Przyszłość. Ludzkość poradziła sobie z problemami, które zagrażały jej przetrwaniu na początku XXI wieku. Historia ma dalszy ciąg. I jak to bywa w przypadku dalszych ciągów, ich mieszkańcy interesują się wszystkim, także przeszłością. Wynaleziono chronoport do podróżowania w przeszłość, ale ze względu na zagrożenia jakie niesie to urządzenie, jest do użytku wyłącznie naukowego. Badaczki i badacze przeszłości – z przyszłości – po przejściu długotrwałych szkoleń z etyki i technologii chronoportacji – studiują wybrane historyczne obszary czasu i przestrzeni, żeby zrozumieć lepiej kim jesteśmy, skąd przybywamy i dokąd zmierzamy.

To był jeden z gorszych pomysłów w dziejach chrononautyki naukowej. Para doktorantów Bulwieć i Ciećwierz przekonała swoich mentorów do pozytywnego zaopiniowania ich podróży we wschodnioeuropejskie knieje w ramach pracy „Puszczańska polityka ekologiczna w późnym państwie krzyżackim”. Temat jak temat, sęk w tym, że wbrew przyjętym zasadom Bulwieć i Ciećwierz ani nie udali się tam przebrani za postacie z epoki, ani w trybie Predatora – przykryci czapką niewidką. Jakiś szaleniec przedawkował najwyraźniej kurs z etyki pangatunkowej i zaakceptował pomysł, że dla sprawy większej równości wszelkich istot przeniosą się w czasie wewnątrz sztucznych mobilnych niedźwiedzi. Bulwieć był niskorosły, więc udawał niedźwiedziątko. Stukilowy Ciećwierz wcielił się w mamę niedźwiedzicę. Reszty łatwo się domyślić. Z bacznych obserwatorów rzeczywistości doktoranci zamienili się w zwierzynę łowną. Bowiem nie w każdej epoce hołdowano zasadom etyki pangatunkowej.

Nasi doktoranci wszakże im hołdowali. Wchłaniali wrażenia z ukochanej puszczy, a także wpadali w zachwyt nad napotkanym to grzybkiem, to krzaczkiem jagód i w tym uniesieniu pangatunkowym znacznie oddalili się od wehikułu czasu schowanego w dziupli potężnego dębu. Nie przeczuwając nic złego, z każdym dniem ryzykowali, że ktoś naszpikuje ich strzałami, a potem obedrze ze skóry. „Nic prostszego nic porzucić zwierzęce kostiumy”, powiecie być może, drogie grono koleżeńskie, które podjęło się recenzji badań naszych doktorantów. Ha, trzeba wszakże do tego kodów dostępu, które Bulwieć i Ciećwierz zagubili pierwszego dnia. Jednak prosimy o wyrozumiałość szanowne grono, uczynili to w zachwycie nad swoim terenem badawczym i z najlepszą intencją zanurzenia się w nim. Dosłownie – bo podczas kąpieli w urokliwej leśnej rzece. Niestety to woda nie współpracowała z Nauką, bo doprowadziła do zwarcia w niedźwiedzim egzoszkielecie, awarii systemu wejścia/wyjścia i zerwania bezpośredniego kontaktu z przyszłością. Tak tak, dobrze mówili prastarzy filozofowie – nie wchodzi się dwa razy do tej samej wody. Zwłaszcza w egzoszkielecie.

W języku ludzi kulturalnych nie ma słów, po które sięgnęły mentorki zagubionej dwójki i współdoktoranci, gdy usłyszeli o „przygodzie” młodych naukowców w roku 1524. Grono recenzenckie będzie miało na uwadze fakt, że już ktoś się zdenerwował wcześniej, więc nie ma powodu denerwować się dwa razy z powodu tej samej rzeki. Volens nolens trzeba było jednak wysłać misję ratunkową. Tworzyli ją inni doktoranci – Zbyszko i Jagienka – wcześniej wizytujący ten teren podczas zbierania materiałów do własnej pracy doktorskiej, która została przez szacowne grono oceniona bardzo wysoko. Dosyć słynnej zresztą na naszym wydziale: o wpływie pomysłu Kopernika na smarowanie chleba masłem na zachowanie higieny podczas oblężenia Olsztyna przez wojska zakonne w roku 1521. Skoro Zbyszko i Jagienka poradzili sobie w warunkach wojennych, to tym bardziej powinni dać radę, gdy przycichły walki polsko-krzyżackie. Przebrani byli za prostaczków, mieli za to najnowsze translatory i czapki-niewidki na wszelki wypadek. Etyka pangatunkowa była bliska ich sercom, ale jednak postanowili podzielić skórę na niedźwiedziach, czyli swoich kolegach, pozostając sami w skórze ludzkiej.

Wędrowali tak przez zielony las, zgodnie z instrukcją postaci prostaczków – starając się nie mieć pieniędzy, ale za to mieć czas. Jak zwykle, podeszli do zadania odpowiedzialnie i z rozmachem. Zwłaszcza że pieniądze nie były im do niczego potrzebne. Natomiast po drodze głowili się, jak to się ma do innego starego przysłowia, mówiącego, że czas to pieniądz? Dyskutując nad następnym interesującym projektem badawczym, nagle dostrzegli charakterystyczny niedźwiedzi trop.

„Ej, Jagienko, jak myślisz, czy to prawdziwe niedźwiedzie czy nasze zgubi-misie?” Zbyszko wyglądał na odrobinę speszonego możliwością spotkania twarzą w twarz z prawdziwym władcą kniei.

„Hm…” pokiwała głową Jagienka „Stawiam na naszych.”

„Skąd wiesz?”

„Bo prawdziwe niedźwiedzie chyba rzadko palą fajkę”.

„No faktycznie – w innej ludowej przypowiastce to kot pali fajkę… też trzeba zbadać!”

Ciećwierz zaciągał się jakimś ziołem, a Bulwieć wył. Sądząc z tkwiącej w jego pokaźnej tylnej części ciała strzały, wył raczej z bólu niż z radosnego szału wywołanego psychotropem współkolegi.
Jak wiemy z raportu, który złożyli później na uczelni, udało im się właśnie powalić wędrownego rycerza – zapewne wariata, który naczytał się legend arturiańskich. Zamiast szukać Graala, niegodziwiec zasadził się na zwierzynę. Odniósł nawet pewne sukcesy, o czym świadczyła owa strzała, wbita w zad Bulwiecia. Kiedy tenże zaczął przeklinać ludzkim głosem, rycerzyna tak się wystraszył, że spadł z konia i stracił przytomność.

No więc mniej więcej wtedy Zbyszko i Jagienka odnaleźli Bulwiecia i Ciećwierza. Ciećwierz, między dwoma zaciągnięciami, podnosił nieszczęśnika i wlókł w krzaki na poboczu leśnego traktu. Bulwieć wył z bólu.

„Nie bójcie się, jesteśmy z uczelni, jak wy!” – zawołał Zbyszko. Jagienka coś syknęła, ale nie oponowała za bardzo za widok dwóch kretynów. Lepiej nie wystraszyć kolegów w niedźwiedzim egzoszkielecie. Jednak upalony nieco Ciećwierz wytrzeszczył oczy, sądząc, że ma jakieś zwidy i wypuścił rycerzynę z łap. Ów runął na glebę z chrzęstem swojego pogiętego pancerza. Zapadł w jeszcze głębszy letarg.

„Ajaj!” – zawołał Ciećwierz.

„Buu” – wył Bulwierz. Był jednak przytomniejszy, niż kolega, bo rozpoznał sławną parę naukowców. „Musicie nas tak straszyć?”

„A – to wy! Przez was mało nie uszkodziliśmy tego pancernego włóczęgi” – w głosie Ciećwierza była wyraźna pretensja.

„Lepiej martwiłbyś się o mnie” – odburknął Bulwieć, wskazując na strzałę wbitą w zad.

„Przecież mówiłeś, że to tylko lekkie ukłucie? Przecież jesteś niedźwiedziątkiem, a ja mamą niedźwiedziem!” – zachichotał nagle Ciećwierz.

„Przestań palić to świństwo. Lekkie nie lekkie, strzała mogła być zatruta!” – rozkręcał się Bulwieć.

„Krzyżacy takowych nie używali…”

„A niedźwiedzie nie palą środków psychotropowych!”

„Jakich środków? Przecież to czosnek niedźwiedzi.”

„Misie drogie, już wystarczy” – przerwała kłótnie Jagienka i machnęła metrowym warkoczem. – „Zapomnijcie o tych przebraniach. Zapomnijcie o czosnku. Mamy kody awaryjne do Waszych kostiumów i stroje zastępcze.”

„Szkoda, że nie mogliście kodów po prostu przetransmitować” – burknął Bulwieć.

„Trzeba wpisać je na zewnętrznym terminalu” – wyjaśnił Zbyszko. – „Faktycznie, wywal ten czosnek.”

„To mamy takowy? Gdzie?” – żachnął się Ciećwierz.

„Czosnek czy terminal? Nie gadaj, otwieraj paszczę” – poleciła Jagienka.

Kilka minut później golusieńcy Bulwieć i Ciećwierz wkładali zgrzebne chłopskie stroje, a Zbyszko i Jagienka uruchomili mechanizmy autodestrukcji w niedźwiedzich egzoszkieletach. Z sykiem zaczęły się topić, a po kwadransie ich resztki wsiąkły w leśną glebę, pozostawiając jedynie lekką czosnkową woń.

„Gotowe, możemy wracać do dziupli z wehikułem czasu” – oznajmiła Jagienka.

„A co z nim?” – Zbyszko wskazał na leżącego bez ruchu nieszczęśnika w pancerzu. – „Etyka zakazuje nam zostawiać lokalsów w takim stanie. To może zmienić historię”.

„Eeeee tam, akurat… Zakuty łeb…” – zaśmiali się Bulwieć i Ciećwierz.

Ostatecznie jednak ustalono, że dwaj nieszczęśni ex-niedźwiedzie udadzą się z Jagienką do dziupli, zaś Zbyszko poczeka, aż „Zakuty łeb” oprzytomnieje.

Jak ustalili, tak zrobili. Przezorna Jagienka poleciła, by jej grupa weszła w tryb Predatora. Miała już dość przygód z tymi pechowymi doktorantami. Włączyli czapki-niewidki i znikli w leśnej gęstwinie.

Zbyszko czekał zaś, aż „Zakuty łeb” zacznie dawać oznaki życia.

Zaczęło się od gromkiego kichnięcia pod przyłbicą.

Potem Krzyżak zerwał z głowy hełm.

„Jak ja nienawidzę tych staroci!” – zamruczał.

„Jak się czujecie, panie?” – zapytał Zbyszko odpowiednio grzecznie.

„Jak rupieć!” – odparł Krzyżak.

„Co wam się przytrafiło?” – Zbyszko udawał oczywiście, że nie wie.

„Nigdy nie uwierzysz, dobry człowieku!”

„Doprawdy?”

„Napadły mnie niedźwiedziołaki!”

Straumatyzowany „Zakuty łeb” opowiedział Zbyszkowi, jak jadąc przez puszczę wypatrzył parę niedźwiedzi. Najdziwniejsza rzecz: wydawało mu się, że go śledzą. Próbował je zgubić. Wystraszony, strzelił nawet z kuszy, ale cięciwa zamokła w podróży i słabo niosła. Chybił. Bełt ledwo się wbił – i to w mniejszego zwierza. Potem niedźwiedzie zaczęły krzyczeć po ludzku, co wystraszyło rumaka. Jeden chyba palił fajkę, ale to już musiała być wizja pod wpływem szoku, inaczej być nie może. Rycerz runął na ziemię, a potem pamięta już tylko swoje kichnięcie.

Była to opowieść odrobinę różniąca się od wersji wydarzeń, którą prezentowali później w raporcie Bulwieć i Ciećwierz, a której Zbyszko był w tym momencie nieświadomy.

„Czyli byliście panie w podróży?” – spytał naukowiec z miną wiejskiego głupka.

„Ba. Do samego wielkiego mistrza Albrechta” – odparł „Zakuty łeb”.

„Mam ja szczęście, że trafiłem na kogoś tak zacnego” – Zbyszko skłonił się w pas.

„Eee tam…” – machnął ręką „Zakuty łeb”. – „Niedługo to wszystko będzie bez znaczenia.”

„Jak to?”

„Tak to” – odparł rycerz, zdzierając z siebie ciężką zbroję. – „Ot, z nami będzie to samo”.

„O, Najświętsza Panienko” – wzdrygnął się Zbyszko, zgodnie z nakazem epoki. Zresztą Najświętsza Panienka jest w porządku, zawsze trzymała z ubogimi.

„Najświętsza Panienka też pójdzie w odstawkę” – wysapał „Zakuty łeb”.

„To robi się ciekawe”, pomyślał Zbyszko i ukradkiem włączył nagrywanie. – „Co to znaczy, panie?”

„I tak nie zrozumiesz, prostaczku” – sapnął rycerz.

„Zapewne.”

„Ale powiem ci. W nagrodę. Może coś sobie zapamiętasz na przyszłość” – „Zakuty łeb” zajrzał mu w oczy. Nie wiedział jak bardzo trafił ze swoją diagnozą. Przyszłość stała przed nim właśnie twarzą w twarz. – „Nadchodzą wielkie zmiany. Koniec z Zakonem Krzyżackim. Koniec z płaszczami z krzyżem, leżeniem plackiem w kościele i celibatem.”

„Jak to?!”

„Lada rok porzucamy dawne życie.”

„A co na to ojciec święty?”

„Kończymy z nim.”

„ Ale jak to?”

„Przyjmujemy nową wiarę, szerzoną przez Marcina Lutra” – odparł z dumą „Zakuty łeb”.

„Nową? Przeca mówią, że to herezja…”

„Oooo, zdziwiony jestem, że ty, prosty człeku, cokolwiek o tym wiesz” – rycerz łypnął na Zbyszka dziwnie. – „Żadna herezja. Prusy przestaną być państwem zakonnym, a staną się świeckim. Nie trzeba będzie święceń, by rządzić. Nawet ty będziesz miał szansę. Hehe, powiedzmy, tak radzi mówić komtur Balzer von Owitz. Tak czy owak, to jedyna szansa, byśmy przetrwali. Ludzie się burzą, nieprzyjaciele dookoła. Koniec ze słuchaniem papy z Rzymu, który i tak słabo nam już pomaga. Nasz wielki mistrz Albrecht zostanie świeckim księciem. Zreformowanym!”

„A jego wysokość cesarz na to pozwoli?”

„Nim też się nie przejmujemy, jako i on ma nas już w nosie. Najgorsze, że trzeba się dogadać z Polakami i Litwinami… „

„Zakuty łeb” gadał, a Zbyszko słuchał jego opowieści o tym, jak podupadła rycerska korporacja ma zamienić się w sprawne państwo, prawie jak nasze, ekosocjalistyczne! Z poddanymi mówiącymi wieloma językami, mającymi uczyć się, wyznawać nową wiarę. Ze starym-nowym władcą, który będzie miał protektora w osobie króla z Krakowa, z którym niedawno jeszcze walczył. Bo po co walczyć, jak można budować pokój.

„Ciekawy przykład rewitalizacji korporacji”, pomyślał Zbyszko, „Chyba nie ten zakuty łeb pierwszy na to wpadł… i jaka wizja przyszłościowa…”

W tym momencie coś zaszeleściło mu koło ucha. Machnął ręką, odganiając się od domniemanej muchy – i przypomniał sobie o Jagience w czapce niewidce. Tak, to na pewno była ona. Niewidocznie stałą i czymś go wachlowała.

„Pssst. Nie widzę, czym tam machasz” – wyszeptał najmniej teatralnie jak umiał. Nie musiał się wysilać, „Zakuty łeb” zajął się poszukiwaniem swojego spłoszonego wierzchowca.

„I dobrze, że nie widzisz, bo krew by cię zalała” – odszeptała równie nieteatralnie niewidzialna Jagienka. „Nasi współkoledzy tu nam zrobili niezły Goldman Sachs.”

„Coś jeszcze spieprzyli?”

„Ano spieprzyli grubo – wiesz, co zrobili, jak próbowali odzyskać kody?”

Zgubili w zachwycie, ale odzyskiwali w panice. Liczymy na dalszą wyrozumiałość szacownego grona wobec nierozważnych doktorantów, mimo że rzeczywiście ich działania mogły skutkować poważnym zamieszaniem czasowym. Wpisując różne losowe kombinacje spowodowali bowiem pojawienie się pewnej postaci z pewnym artefaktem w niewłaściwej czasoprzestrzeni. To tłumaczy też, czemu zaczęli okadzać się czosnkiem, zapewne dla zmylenia tropów grupy rycerzy, podążających za widmową damą, niosącą chorągiew, którą właśnie szeleściła Zbyszkowi koło ucha Jagienka.

„No co jeszcze zmalowali?” – zafrasował się Zbyszko. „Zakuty już nie wróci, chyba znalazł rumaka, bo słyszałem tętent tam w oddali.”

Jagienka zmaterializowała się brutalnie, powiewając rzeczonym sztandarem.

„O to zmalowali. Dama upuściła, pościg ścigał, misie zacierały ślady – a historia już skręciła w maliny, bo rycerze zapatrzyli się – w tę oto chorągiew.”

„W jakie maliny…” – wymamrotał Zbyszko i nagle zdał sobie sprawę z tego, co właściwie powiewa w dłoni koleżanki – „o święta Gajo, bogini życia…!”

Był to flaga Partii Korsarzy, z uśmiechniętą czaszka i piszczelami. Ani chybi aktywistkę z takim sztandarem, wyrwaną z demonstracji w 2020 roku, średniowieczne zakute łby wzięłyby za czarownicę roznoszącą zarazę. A to oznacza śledztwo, tortury, zeznania, stosik. A po nim kolejne i kolejne.

„Lepiej zmykajmy, bo wieści poszły w teren i zaraz w bibliotekach zakonnych zacznie się wertowanie »Młota na czarownice«. Nie prowokujmy kolejnych problemów”, westchnęła Jagienka.

„A co z aktywistką?”, zapytał Zbyszko.

„Ją już odesłałam do roku 2020. Kiedy minie szok, pomyśli, że to był tylko zły sen po przedawkowaniu rolek i seriali”, odparła Jagienka ze smutkiem kręcąc głową nad losem ludzi w tamtych ciemnych czasach.

A co z planowaną wspaniałą rewitalizacją korporacji rycerskiej i zakończeniem wojen? No cóż, tę piękną kartę historii wyniosło w przywołane przez Jagienkę maliny. (może tego szukały tam dwie romantyczne bohaterki: Alina i Balladyna? Warto zbada w przyszłym projekcie) Na ile to przykład smutnego prawa pechowych powstań i rewolucji na Wisłą, a na ile sprawka naszych doktorantów – Bulwiecia i Ciećwierza – to już oddajemy pod wnikliwy osąd Wysokiej Komisji.


 

2 października na wieść o porwaniu przez Izrael aktywistów z wiozącej pomoc humanitarną Flotylli Sumud tysiące ludzi wyszło na ulice 22 miast w Polsce. Wieczorem poprzedniego dnia, gdy flotylla podpłynęła na mniej niż 80 mil morskich do Strefy Gazy, izraelska marynarka wojenna przejęła część jednostek, w tym wszystkie, na których znajdowali się obywatele Polski, czyli Omar Faris, Ewa Jasiewicz, Nina Ptak i poseł Franciszek Sterczewski.

Największa demonstracja miała miejsce w Warszawie, gdzie pod siedzibą Ministerstwa Spraw Zagranicznych o godzinie 17:30 zebrało się kilkaset osób, aby wyrazić sprzeciw wobec izraelskiej agresji. Protestujący domagali się natychmiastowej reakcji polskich władz oraz bezpiecznego powrotu aktywistów do kraju. Żądali także rozliczenia izraelskich zbrodniarzy wojennych. Wprost zarzucali szefowi MSZ Radosławowi Sikorskiemu bierność i nawoływali do jego dymisji. Podczas demonstracji wybito szybę w drzwiach do siedziby MSZ oraz oblano je czerwoną farbą. W związku z zaistniałymi incydentami zatrzymano dwie osoby. Wtedy rozpoczął się spontaniczny przemarsz:

“W pewnym momencie wszyscy zaczęli iść ulicami Warszawy nawołując przechodnich do dołączenia do pochodu. To było wspaniałe przeżycie. Można było poczuć energię tłumu, taką siłę oddolną” – mówi jedna z protestujących.

Spod gmachu MSZ ruszono pod Kancelarię Prezesa Rady Ministrów, następnie pod Sejm, przez Plac Trzech Krzyży, Nowy Świat, Krakowskie Przedmieście i plac Bankowy. Manifestacja zakończyła się na ulicy Wilczej, gdzie znajduje się Komenda Rejonowa Policji, Protestujący chcieli w ten sposób „wyrazić solidarność z osobą zatrzymaną za protest pod MSZ”.

Kolejna fala demonstracji przeszła przez Polskę w niedzielę 5 października o godzinie 14, gdy na ulice Krakowa, Warszawy i Wrocławia wyszli ludzie pod hasłem “Mobilizacja dla Palestyny trwa! Nie ma spokoju, gdy trwa ludobójstwo!”. 

Protestujący ponownie wezwali rząd do potępienia izraelskich zbrodni, zerwania współpracy z Izraelem, a także nałożenia na ten kraj sankcji. Według demonstrantów rządzący Polską powinni podjąć wszystko, co w ich mocy, aby zakończyć ludobójstwo w Strefie Gazy oraz sprzeciwić się  całkowitej bezkarności władz Izraela.  Demonstracja w Warszawie zaczęła się na Placu Defilad, skąd kilkaset osób przeszło ponownie pod siedzibę Ministerstwa Spraw Zagranicznych. We Wrocławiu zebrano się na Placu Uniwersyteckim, a w Krakowie pod Pomnikiem Adama Mickiewicza na Rynku Głównym.

Fot. Afra Wierska

Polskie protesty w porównaniu do innych odbywających się na świecie są jedynie symboliczne: w Amsterdamie na ulice w pierwszą niedzielę października wyszło około 250 tysięcy ludzi. Warto spojrzeć także na sytuację we Włoszech, gdzie w piątek 3 października miał miejsce strajk generalny, którego uczestnicy wyrażali sprzeciw wobec zablokowaniu Flotylli Sumud. Należy zwrócić uwagę także na protesty w samym Izraelu przeciwko działaniom w Strefie Gazy oraz na opór widoczny w społecznościach żydowskich na całym świecie. Na protestach w Polsce przemawiają często osoby ze środowisk żydowskich np. przedstawiciele/przedstawicielki polskiej organizacji Cafe Bund czy amerykańskiej Jewish Voice for Peace at the University of Michigan. Kto by jeszcze niedawno pomyślał, że do słynnego hasła “Nigdy więcej!” trzeba będzie dodawać domyślne, wydawało się wcześniej, “dla nikogo!”.

W piątek 10 października weszło w życie zawieszenie broni w Strefie Gazy. Ma ono stanowić pierwszą fazę procesu pokojowego. Pomimo tego Warszawa wyszła na ulice ponownie 12 października. Z ronda de Gaulle’a protestujący udali się pod ambasadę Izraela na ulicy Krzywickiego 24 na Ochocie. Na zgromadzeniu głos zabrała m.in. członkini Global Flotylla Sumud Ewa Jasiewicz, a także ambasador Palestyny w Polsce dr Mahmoud Khalifa. Dyplomata zaapelował o prawdziwe porozumienie polityczne, które doprowadzi do utworzenia niepodległego państwa palestyńskiego w granicach z 4 czerwca 1967 roku. Warto podkreślić, że w izraelskich więzieniach wciąż pozostaje około 9 tysięcy osób (Według grupy Addameer na 5 października w izraelskich zakładach karnych przebywało 11 100 palestyńskich więźniów politycznych, a rozejm zakładał uwolnienie 2 tys.). Tego dnia protesty miały miejsce także w Poznaniu, Krakowie i Wrocławiu. Dlaczego? Przecież już jest zawieszenie broni.Tak, ale nie chodzi o ostatnie dwa lata, ale o ostatnie siedemdziesiąt siedem lat. Ruch propalestyński rozbudził się i teraz ciężko go ostudzić. Na ten moment mieszkańcy i mieszkanki Gazy wracają do swoich domów i starają się odbudować swój świat. Tylko jaka jest gwarancja, że znowu nie runie?

 

Październik to miesiąc, w którym obchodzimy trzy ważne święta: Międzynarodowy Dzień Kobiet Wiejskich (15 października), Światowy Dzień Żywności (16 października) i Światowy Dzień Owoców i Warzyw (17 października). To dobry moment, by zatrzymać się na chwilę i zapytać: skąd pochodzi jedzenie, które jemy? Kto je wytwarza — i co nas z tymi ludźmi łączy?

Z tej okazji Sieć Kooperatyw Spożywczych odwiedziła jedno z pierwszych ekologicznych gospodarstw w Polsce — EkoFarm Czaniec. Gospodarstwo posiada certyfikat ekologiczny nieprzerwanie od 1996 roku, a prowadzą je kobiety: Maria Sordyl i jej córka Barbara Sordyl-Lipnicka. EkoFarm Czaniec to również wieloletni dostawca bielskiej kooperatywy spożywczej Beskidzka Paczka.

Ekologiczne rolniczki w regionie zdominowanym przez urbanizację

To niewielkie gospodarstwo na południu Polski, u podnóży Beskidu Małego jest wyjątkowe pod wieloma względami. EkoFarm ma zaledwie 3 hektary i jest uprawiane metodami naturalnymi od czterech pokoleń. Takich miejsc w regionie praktycznie już nie ma. Jak mówi Barbara Sordyl-Lipnicka: „To jest teren aglomeracji. I u nas nie ma rolników. Teraz wszystkie wioski w okolicy są zabudowywane przez domy jednorodzinne i niestety, nawet nie ma takich rolników, którzy by chcieli tej ekologii — nawet, jeżeli się już decydują na rolnictwo, to na konwencjonalne uprawy.”

Październikowe pole w Czańcu Sieć Kooperatyw Spożywczych – SKS

„Ziemia oddycha jak człowiek”

Jak to możliwe, że w tak niesprzyjających okolicznościach rodzina Sordylów zachowała wiedzę i praktykę dotyczące naturalnych upraw? “Chcieliśmy się odżywiać zdrowo, żeby nie chorować, nie jeść chemii. Ta świadomość, że żywimy siebie, swoją rodzinę, dzieci była ważna.” – mówi Maria Sordyl. Rodzinna tradycja gospodarowania jest tu przekazywana z pokolenia na pokolenie, a relacja z ziemią ma niemal duchowy wymiar. „Gospodarujemy według sił słońca i księżyca. Tak było od czasu moich dziadków. Mówiąc ogólnie, od nowiu do pełni księżyca rośliny rosną w stronę nieba, a na księżycu ubywającym pracują korzenie. Inny przykład jest taki, że ziemniaki powinno się wsadzić do ziemi rano, a nie wieczorem. Bo ziemia tak samo oddycha, jak człowiek. Rano robi wydech, z rosą idzie wszystko w górę, a wieczorem wchłania wilgoć.” 

Kobiety i wieś

Rozmawiamy też o roli kobiet na wsi. Barbara Sordyl-Lipnicka ujmuje to następująco: „Siła kobiet jest tutaj kluczowa. W niej tkwi sedno sprawy. Bo to kobiety często pokonują te codzienne trudności i wyzwania, jakie są w gospodarstwie. Bez tej siły nie byłoby to możliwe.” 

Na pytanie o to, co najtrudniejsze w pracy na roli, rolniczki odpowiadają zgodnie: ogrom pracy. „Nawet jeśli tych upraw warzywnych mamy tylko ponad hektar, to jest to olbrzymi wysiłek, bo wszystko robimy ręcznie. To jest taka rolnicza manufaktura” — mówi Barbara.
„Największym wyzwaniem jest to, jak utrzymać gospodarstwo i zapewnić siłę roboczą. Teraz pomagają nam głównie osoby z rodziny.” 

Wsparcie przychodzi czasem także ze strony kooperatywy.  “Jak parę osób z kooperatywy przyjedzie pomóc, to dobre i to — nie musi być dużo – mówi pani Maria – Dla nas to duży plus, jak kooperatywa przyjedzie, popracuje i odbierze sobie warzywa za to. Bo nie ma skupu warzyw ekologicznych. A powinien być.

 „Z perspektywy mojego pokolenia – mówi Barbara – wydaje mi się, że to, co jest najtrudniejsze na obecne czasy, to to, że trzeba być bardzo systematycznym, bardzo obowiązkowym, odpowiedzialnym za to, co się robi, bo nie można sobie pozwolić na nieprzemyślane decyzje. To przecież odbija się na plonach i w efekcie na uzyskanych rezultatach z gospodarstwa.Dzisiaj wiele ludzi żyje w wygodzie; zostawiamy rzeczy na później, zajmujemy się tym, co jest dla nas lepsze, wygodniejsze. Żyjemy w dobie dobrobytu i konsumpcji, więc patrzymy pod kątem tego, co jest dla nas przyjemne. A w gospodarstwie pracowanie nie zawsze bywa przyjemne i nie zawsze jest tak ładnie.”

Kopuła geodezyjna – szklarnia w gospodarstwie w Czańcu. Fot. Dariusz Krakowiak

Plany na przyszłość

Mimo wielu wyzwań Maria i Barbara Sordyl z nadzieją patrzą w przyszłość. 

Basia, z wykształcenia pedagożka i wykładowczyni akademicka, łączy dziś doświadczenie naukowe z praktyką rolniczą. „Zawsze chciałam uczyć — i w pewnym sensie robię to także tutaj, w gospodarstwie. Ekologia to nie tylko uprawa roślin, ale też edukacja. Chciałabym, żeby nasze gospodarstwo stało się miejscem spotkań edukacyjnych — dla dzieci, młodzieży, seniorów, osób z niepełnosprawnościami. Żeby mogli zobaczyć, jak wygląda cykl życia w przyrodzie i jak powstaje żywność. To może być dobry kierunek na przyszłość.”

Jedzenie, które łączy

EkoFarm Czaniec to nie tylko przykład rolniczej wytrwałości. To także część większej historii – budowania relacji między producentami_kami i konsumentami_kami, między wsią i miastem. Dzięki współpracy z klientami indywidualnymi oraz kooperatywą spożywczą, produkty z Czańca trafiają bezpośrednio – prosto z pola – do osób, które je doceniają.

To, co dla jednych jest tylko „jedzeniem”, dla Marii i Barbary Sordyl jest opowieścią o trosce, rytmie natury i współpracy między ludźmi. „Rolnik to człowiek stworzony przez Boga do pracy z ziemią, bo nie każdy to potrafi robić” — mówi Maria.

W Dniu Kobiet Wiejskich i Światowym Dniu Żywności warto pamiętać, że za każdym pokarmem; warzywem, zbożem, owocem, które jemy stoi konkretna osoba, historia i praca – często kobieca.

Chcesz wspierać lokalne_ych rolniczki_ów?
Dołącz do kooperatywy spożywczej w Twojej okolicy.
Po więcej informacji, zapraszamy:
https://siec-kooperatyw.pl    
www.facebook.com/SiecKooperatywSpozywczychSKS
www.instagram.com/siec_kooperatyw_spozywczych 

Działania Stowarzyszenia Sieć Kooperatyw Spożywczych są realizowane przy wsparciu Fundacji im. Roberta Boscha.

Dyskusja o zielonym wodorze w polskiej i europejskiej debacie publicznej często przypomina opowieść o cudownym lekarstwie na większość bolączek energetyki. Wodór jest przedstawiany jako magazyn energii, paliwo dla hutnictwa i chemii, ratunek dla ciepłownictwa czy motor ciężkiego transportu. W dokumentach strategicznych chwilami urasta do rangi Świętego Graala transformacji: uniwersalnego i niezastąpionego. O wodorze mówi się zresztą od lat, raz jako o rewolucji tuż za rogiem, innym razem jako o wizji, która wciąż wymyka się rzeczywistości. Kiedy jednak odłożymy na bok entuzjastyczne narracje, widać, że ten obraz bywa niepełny, a miejscami prowadzi na manowce.

W lipcu 2025 r. rząd opublikował zaktualizowany Krajowy Plan na rzecz Energii i Klimatu (KPEiK). Dokument ten, mający wskazać drogę Polski do realizacji celów klimatycznych, ponownie wskazuje wodór, a zwłaszcza tzw. RFNBO (Renewable Fuels of Non-Biological Origin) jako ważną część strategii transformacji energetycznej. „Produkcja wodoru odnawialnego stanie się fundamentem dekarbonizacji przemysłu i transportu” – czytamy w rozdziale poświęconym transformacji sektorów energochłonnych. Brzmi to ambitnie, jednak sama kategoria RFNBO, od której Komisja Europejska uzależnia uznanie wodoru za „zielony”, opiera się na wymaganiach w praktyce trudnych do spełnienia.

RFNBO – co to właściwie znaczy i dlaczego dotyczy zielonego wodoru?

Zielony wodór nie funkcjonuje w przepisach prawnych jako osobna kategoria; jego miejsce zajęły tzw. RFNBO, czyli paliwa odnawialne pochodzenia niebiologicznego. Tylko wodór spełniający definicję RFNBO może być uznany za zielony, co oznacza, że spełnia założenia określone w dyrektywie RED III i kwalifikuje się do ulg regulacyjnych czy instrumentów finansowych. Mają one zagwarantować, że produkcja wodoru rzeczywiście przyczyni się do transformacji, a nie stanie się kolejnym źródłem popytu na energię elektryczną z węgla czy gazu. W praktyce jednak tak wyśrubowane wymogi utrudniają realizację wielu istniejących lub planowanych inwestycji. 

Trzy kluczowe zasady, które określają, kiedy wodór może zostać uznany za RFNBO, to:

  1. Dodatkowość – wodór może być uznany za RFNBO tylko wtedy, gdy elektrolizer jest zasilany energią z nowych źródeł OZE uruchomionych maksymalnie 36 miesięcy przed rozpoczęciem produkcji. Chodzi o to, by nie „zabierać” istniejącej zielonej energii z rynku, co mogłoby jedynie przesunąć emisje. W praktyce oznacza konieczność budowy nowych źródeł OZE specjalnie dla elektrolizy, co podnosi koszty i wydłuża przygotowanie projektu. Ponadto źródła te nie mogą korzystać z żadnej formy wsparcia publicznego, co automatycznie wyklucza wiele projektów, w tym dużą część inwestycji offshore.
  2. Korelacja czasowa – energia OZE użyta do produkcji wodoru powinna być dostępna w tym samym czasie, co praca elektrolizera. Obecnie obowiązuje korelacja miesięczna, pozwalająca elastycznie bilansować zmienną produkcję PV i wiatru z pracą instalacji wodorowych. Od roku 2030 planowane jest jednak przejście na korelację godzinową, co znacząco utrudniłoby ekonomiczne funkcjonowanie elektrolizerów, wymuszając niemal idealne zsynchronizowanie ich pracy z chwilową generacją OZE.
  3. Korelacja geograficzna – zarówno elektrolizer, jak i źródło energii muszą znajdować się w tej samej strefie bilansowania. Ma to zapobiec sytuacjom, w których energia użyta do produkcji wodoru byłaby tylko „papierowo zielona”.

Takie wymagania wydają się logicznie, gdyż mają zapewnić rzeczywisty bilans zeroemisyjny. W praktyce jednak prowadzą do sytuacji, w której budowa elektrolizerów staje się niezwykle skomplikowanym przedsięwzięciem inwestycyjnym. Paradoksalnie, regulacje stworzone po to, by przyspieszyć transformację, mogą ją w wielu przypadkach spowolnić.

KPEiK 2025 – ambitny, ale nie zawsze spójny z realiami

KPEiK 2025 stara się łączyć wymogi unijnej polityki klimatycznej z możliwościami polskiej gospodarki. To dokument, który z natury rzeczy musi być ambitny, ale momentami jego założenia rozmijają się z realiami technicznymi i ekonomicznymi. Polska planuje znaczący wzrost mocy OZE, ale równocześnie rośnie zapotrzebowanie na energię elektryczną, zarówno w przemyśle, jak i w gospodarstwach domowych. W efekcie każda megawatogodzina skierowana do elektrolizera to energia, której może zabraknąć gdzie indziej.

Często podnosi się argument, że nadwyżki z fotowoltaiki i wiatru mogłyby zasilać elektrolizery. To rzeczywiście ciekawy kierunek, choć w praktyce, z punktu widzenia technicznego i ekonomicznego, niełatwy. Praca elektrolizera wyłącznie w okresach nadpodaży oznacza niskie wykorzystanie mocy, a tym samym wydłużony czas zwrotu z inwestycji. Dochodzi do tego aspekt techniczny: urządzenia projektowane do pracy ciągłej źle znoszą częste włączanie i wyłączanie, obniżając ich sprawność i skracając żywotność. Mimo to warto śledzić rozwój rozwiązań, które pozwolą lepiej powiązać produkcję wodoru z elastycznością systemu, np. poprzez magazyny energii czy dynamiczne ceny.

Kolory wodoru – inaczej niż zwykle

Warto zrobić krok wstecz i spojrzeć szerzej – prawdziwy sens transformacji energetycznej nie tkwi w jednej definicji „zieloności”, lecz w zrozumieniu, że wodór ma wiele odcieni i każdy może znaleźć swoje miejsce w polskiej energetyce. W debacie często mówi się o wodorze „szarym”, „niebieskim” i „zielonym”. To skrót pokazujący pochodzenie energii, ale coraz częściej staje się narzędziem marketingowym, upraszczającym technologiczną rzeczywistość. 

Skoro o „zielonym” RFNBO powiedziano już wiele, warto przyjrzeć się innym ścieżkom, które mogą mieć znaczenie w Polsce, zarówno dziś, jak i w perspektywie najbliższych lat:

  • Wodór niebieski – wytwarzany z gazu ziemnego przy jednoczesnym wychwycie i składowaniu CO₂ (CCS). Budzi kontrowersje, gdyż wymaga dużych nakładów inwestycyjnych i nie eliminuje całkowicie emisji, ale może pełnić funkcję pomostu w procesie dekarbonizacji przemysłu.
  • Biowodór – produkowany z odpadów rolniczych, organicznych i przemysłowych jest małoskalowy, niskoemisyjny i dobrze wpisuje się w koncepcję gospodarki obiegu zamkniętego. W polskich realiach mógłby rozwijać się równolegle z biometanem, wykorzystując ten sam potencjał surowcowy i lokalne łańcuchy dostaw. Obie technologie się uzupełniają: biometan stabilizuje system gazowy, a biowodór może stanowić jego niskoemisyjne rozszerzenie w sektorach trudnych do dekarbonizacji.
  • Piroliza metanu („turkusowy” wodór) – w procesie wysokotemperaturowego rozkładu metanu powstają wodór i stały węgiel. Dwutlenek węgla nie trafia do atmosfery, a węgiel może mieć wartość przemysłową. Choć technologia jest nadal na etapie rozwoju, w krajach z rozwiniętą infrastrukturą gazową (takich jak Polska) stanowi obiecujący kierunek produkcji wodoru niskoemisyjnego.

Wspólny mianownik? Wszystkie te ścieżki pozwalają na ograniczenie emisji bez konieczności ścisłego wpisywania się w definicję RFNBO. Choć nie są jeszcze gotowe do masowego wdrożenia, mogą odgrywać rolę projektów przejściowych, ułatwiając stopniowe odejście od wodoru „szarego” w stronę rozwiązań neutralnych klimatycznie. Takie podejście, oparte na neutralności i pragmatyzmie, a także różnorodność technologii pozwalają tworzyć komplementarny system niskoemisyjny, dając szansę na szybszy i bardziej zrównoważony rozwój sektora wodorowego w Polsce.

To tutaj kończy się mit o jednym „zielonym” rozwiązaniu, a zaczyna rozmowa o prawdziwej dekarbonizacji.

Nie tylko wodór: potrzeba neutralności technologicznej

Narracja o RFNBO często przysłania również inne technologie, które w polskich realiach mogą odegrać równie istotną rolę w transformacji energetycznej. Przykładem jest biometan – technologia mniej widowiskowa niż wodór, ale łatwiejsza do wdrożenia dzięki rozwiniętej infrastrukturze gazowej i lokalnemu potencjałowi surowcowemu. W praktyce pozwala włączać odnawialne paliwo do systemu bez potrzeby budowy nowych sieci, a przy tym często zapewnia szybsze i tańsze efekty dekarbonizacyjne niż projekty wodorowe, które wymagają dużych inwestycji oraz nowych źródeł energii. Wodór dotychczas przyciągał największe zainteresowanie polityków i inwestorów, co nie zawsze szło w parze z realnymi możliwościami jego wdrożenia.

Jeszcze niedawno wodorowe projekty mnożyły się jak grzyby po deszczu, a entuzjazm był ogromny. W ostatnich miesiącach wiele z nich upadło lub zostało zawieszonych, nie dlatego że zabrakło wizji, lecz dlatego e rzeczywistość gospodarcza i techniczna okazała się bardziej wymagająca, niż zakładano. Wodór pozostaje ważnym kierunkiem, ale dziś coraz częściej mówi się o nim w sposób bardziej pragmatyczny – tam, gdzie ma realne uzasadnienie, a nie jako uniwersalne remedium.

Wnioski – między ambicją a pragmatyzmem

KPEiK 2025 pokazuje, że mit „zielonego wodoru” nadal ma się dobrze, choć coraz więcej ekspertów zauważa, że entuzjazm polityczny nie zawsze idzie w parze z realiami biznesowymi. Ambitne zapisy dotyczące RFNBO mają sens w dłuższej perspektywie, ale zbyt restrykcyjne podejście na wczesnym etapie rozwoju rynku może przynieść skutek odwrotny do zamierzonego. Warto, by regulacje nie wyprzedzały realnych możliwości technologicznych i inwestycyjnych. Potrzebna jest elastyczność, która pozwoli projektom dojrzewać i korygować kurs w miarę rozwoju rynku, zamiast zamykać go w sztywnych ramach, zanim jeszcze ruszy.

Neutralność technologiczna i pragmatyzm to dziś najcenniejsze waluty transformacji energetycznej. Zielony wodór może odegrać ważną rolę, ale tylko wtedy, gdy stanie się częścią zróżnicowanego miksu rozwiązań, a nie jego jedynym symbolem. Prawdziwy postęp nie polega na wierze w idealne rozwiązanie, lecz na budowaniu systemu, który pozwala różnym technologiom współistnieć i rozwijać się zgodnie z ich potencjałem.

 

 

.

 

 

Co roku w Centrum Nauki Kopernik w Warszawie ma miejsce interdyscyplinarny Festiwal Przemiany, który skupia się na szeroko pojętym rozwoju i jego skutkach. Tym razem festiwal (3–5 października) poświęcono ważnemu zagadnieniu, jakim jest empatia – nie tylko ta pomiędzy ludźmi, ale także ta międzygatunkowa, w stosunku do roślin i zwierząt pozaludzkich. Udział we wszystkich wydarzeniach był bezpłatny, za wyjątkiem koncertów w Planetarium.

Fot. Afra Wierska

Wykład rozpoczynający festiwal „Jak trenować społeczny mózg? Neuronauka empatii i współczucia” (prof. Tani Singer z Max Planck Society) był tak oblegany, że zabrakło miejsc dla wszystkich. W związku z tym organizatorzy zdecydowali o wcześniejszym udostępnieniu wystawy zwiedzającym.

Sama wystawa pozwala spojrzeć na otaczającą nas rzeczywistość w sposób bardziej… empatyczny. Empatia w stosunku do ludzi czy istot takich jak psy i koty jest wręcz wymagana społecznie. A co z innymi zwierzętami? One też tworzą swoje społeczności, więzi, przyzwyczajenia i zwyczaje. A co z roślinami? Na wystawie można było zobaczyć wykres, który wskazywał dokładnie odczucie danej rośliny na bodziec zewnętrzny. Poznanie istot, które często stanowią dla nas jedynie element krajobrazu, to rozszerzenie empatyczności o nowe obszary. Można było także posłuchać śpiewu ptaków, które już niestety wyginęły, zajrzeć do ula pszczół miodnych, obserwować bakterie glebowe żyjące w symbiozie z roślinami i usłyszeć dźwięki wydawane przez grzyby.

Zaprezentowano także filmy „Hyperlinks or it didn’t happen” (reż. Cécile B. Evans, 2014) oraz „Ayênan. Water Territories” (reż. Felipe Castelblanco & Lydia Zimmermann, 2020, 35 min). Poza tym przez cały Festiwal działało stanowisko EKG roślin, można było zaprogramować pokaz robotyczny, obejrzeć filmy tematyczne w technologii VR, a także wziąć udział w interaktywnej instalacji „The Machine to Be Another” kolektywu BeAnotherLab, podczas której wyświetlacz montowany na głowie jednej osoby przesyła wideo z jej perspektywy do drugiej.

„Patrzę na Festiwal Przemiany jako taką, powiedziałbym, fortpocztę pewnych światowych trendów. I te trendy, w których środowisko naturalne, przyroda, czy – ogólnie mówiąc – Ziemia są równoprawnym interesariuszem, powinny mieć głos, powinny być reprezentowane. Jest to coraz bardziej obecne w sztuce, ale też w dyskusji o nauce i o tym, jak powinny wyglądać scenariusze przyszłości. Festiwal Przemiany to jeden z elementów tego dyskursu”.

Fot: Afra Wierska

Na Festiwalu nie zabrakło także artystów. Poza występem Expo 2000 DJ Set oraz koncertami Skalpel AV Set i Janka (którym towarzyszyły wizualizacje na kopule Planetarium autorstwa zespołu studenckiego Wydziału Sztuki Nowych Mediów Polsko‑Japońskiej Akademii Technik Komputerowych), znalazło się miejsce także na artist talk.

„Z perspektywy artystki o tej wystawie sądzę, że jest genialna. Jest jedną z lepszych, które widziałam. W instytucjach sztuki nie ma wystarczająco dużo tej nieantropocentrycznej perspektywy. Nie dziwi mnie, że w Centrum Nauki Kopernik jest taka wystawa, ponieważ ludzie nauk ścisłych wiedzą, że interdyscyplinarność to konieczność. Ta wystawa mnie jednocześnie fascynuje i frustruje, bo wiem, że połączenia nauki ze sztuką są rzadko spotykane” – mówi Hania, studentka ASP i antropozoologii na Uniwersytecie Warszawskim.

Zdaniem filozofki Donny Haraway żadne istnienie nie ma prawa bytu w izolacji, i o tym właśnie jest ta wystawa. Wszystkie organizmy istnieją w sieciach wzajemnych relacji, a zrozumienie tego może pomóc nam zbudować lepszą przyszłość – dla nas jako ludzi, ale także dla wszystkich innych bytów pozaludzkich.

Data: 24 października 2025 r.

Godzina: 11:00 – 14:00

Miejsce: CAK Gniazdo, ul. Krucza 17, 00-525 Warszawa

Dołącz do wydarzenia na Facebooku!

Podczas Okrągłego Stołu, w którym wezmą udział samorządowcy, przedstawiciele organizacji pozarządowych, środowiska akademickiego oraz parlamentarzyści, wspólnie będziemy dyskutować nad kluczowymi aspektami transformacji energetycznej i klimatycznej w Unii Europejskiej. Poruszymy m.in. następujące zagadnienia:

  • Aktualny stan energetyki obywatelskiej w Polsce.
  • Unijne cele związane z podnoszeniem efektywności energetycznej, zwiększeniem udziału OZE i ograniczaniem emisji gazów cieplarnianych do 2030 r., a także demokratyzacją energetyki w UE, ze szczególnym uwzględnieniem obywatelskich i odnawialnych społeczności energetycznych (https://eko-unia.org.pl/spolecznosci-energetyczne/).
  • Realizacja unijnej zasady „po pierwsze efektywność energetyczna”.
  • Łączenie efektywności energetycznej z rozwojem własnych źródeł OZE, magazynowaniem energii, komunalnymi sieciami elektroenergetycznymi oraz innymi usługami energetycznymi w ramach tworzenia lokalnych rynków energii (zgodnie z dyrektywą 2019/944 w sprawie wspólnych zasad rynku wewnętrznego energii elektrycznej w UE).
  • Tworzenie i realizacja praktycznych działań we współpracy z obywatelami/ obywatelkami w ramach obywatelskich społeczności energetycznych (ang. citizen energy community CEC) oraz odnawialnych społeczności energetycznych (ang. renewable energy communities, REC).

Formuła okrągłego stołu zapewni równe szanse do wymiany poglądów i umożliwi aktywne zaangażowanie różnych grup interesariuszy w dyskusję na temat procesu uspołeczniania i zazieleniania śląskiej energetyki.

W czasie wydarzenia, ok. godziny 12:30, zapraszamy Państwa na wegański poczęstunek.

Osoby zainteresowane udziałem w warsztatach prosimy o kontakt: kkubiczek[małpa]eko.org.pl

Patronat medialny:

Projekt realizowany w ramach Inwestycji G1.1.4 Krajowego Planu Odbudowy i Zwiększenia Odporności: Wsparcie dla instytucji wdrażających reformy i inwestycje w ramach REPowerEU

Planeta, nasz jedyny dom, w 2025 roku stoi bliżej niż kiedykolwiek wcześniej na krawędzi katastrofy – ostrzega raport „Planetary Health Check 2025”. To szczegółowa naukowa diagnoza, która pokazuje, że aż siedem z dziewięciu fundamentalnych granic planetarnych zostało przekroczonych – granic, które stanowią podstawę bezpieczeństwa życia, stabilności klimatu i biosfery, czyli warunków niezbędnych do tego, by ludzkość mogła nadal istnieć i się rozwijać. Dziś jednak bezmyślne przekraczanie tych progów zwiastuje zakłócenia i niestabilność, które mogą wprowadzić nas w nieodwracalne zmiany.

W raporcie jasno podkreślono, że stężenie dwutlenku węgla w atmosferze przekroczyło 423 ppm, znacznie przekraczając bezpieczny poziom 350 ppm. Odpowiada to niemal dwukrotnie większej sile wymuszenia radiacyjnego niż w stanie równowagi, co bezpośrednio napędza globalne ocieplenie i ekstremalne zjawiska pogodowe – od najsilniejszych huraganów, przez rekordowe fale upałów, aż po dramatyczne topnienie lodowców na Grenlandii i Antarktydzie. Skutki tych zmian już dzisiaj dotykają milionów ludzi i będą się jeszcze nasilać.

Utrata bioróżnorodności jest równie przerażająca – tempo wyginięcia gatunków jest dziś dziesięciokrotnie wyższe, niż mogłoby być naturalnie, a pierwotne lasy, które są tlenem planety i kluczowym elementem klimatycznego systemu regulacji, kurczą się do poziomów niebezpiecznych dla ich funkcjonowania. Wielkie biomy leśne znajdują się już głęboko poza granicami bezpieczeństwa.

W oceanie, który dotąd pełnił rolę ogromnego pochłaniacza CO2 i stabilizatora klimatu, po raz pierwszy oficjalnie przekroczono granicę zakwaszenia. Chemiczne zmiany w wodzie morskiej niszczą rafy koralowe i organizmy żyjące w oceanach, których degradacja może mieć katastrofalne konsekwencje dla miliardów ludzi uzależnionych od ryb jako podstawowego źródła białka.

Te problemy nie występują osobno, lecz tworzą potężne sprzężenia zwrotne. Topniejące lodowce zmniejszają odbicie promieni słonecznych, przyspieszając globalne ocieplenie. Degradacja lasów nasila powodzie i susze, a nadmierne nawożenie ziemi powoduje powstawanie martwych stref w wodach – miejsc praktycznie pozbawionych życia.

Raport pokazuje również rosnące zagrożenia dla zasobów wodnych – ponad 20% lądów jest dotknięte poważnymi zaburzeniami hydrologicznymi, co zwiększa ryzyko susz i powodzi o dużej skali, zagrażających zdrowiu i produkcji żywności na wielką skalę.

Rok 2024 i początek 2025 przyniosły falę ekstremalnych i śmiertelnych zjawisk pogodowych: rekordowe upały 50°C w Arabii Saudyjskiej podczas hadźu, które spowodowały ponad 1300 zgonów, niszczycielskie huragany w USA oraz susze i powodzie, które w Afryce i Azji doprowadziły do migracji i głodu. Ci, którzy najbardziej ponoszą konsekwencje, to najsłabsi społecznie – migranci, kobiety, osoby starsze – bez najmniejszych szans na obronę.

Naukowcy apelują o natychmiastowe zatrzymanie wzrostu emisji gazów cieplarnianych, ochronę pozostałej przyrody, zmiany w rolnictwie oraz wprowadzenie restrykcyjnej kontroli chemikaliów. Ekonomia musi zacząć respektować granice naszej planety, a miasta, takie jak Amsterdam czy Kopenhaga, pokazują, że można łączyć ochronę środowiska z dobrym standardem życia. Coraz więcej firm rozumie to ryzyko, ale pilna potrzeba jest działań o zasięgu globalnym.

Okno czasowe na ratowanie Ziemi wciąż jeszcze się nie zamknęło, ale szybko się zawęża. Decyzje, które podejmiemy teraz, mogą zadecydować o tym, czy świat, jaki znamy, przetrwa, czy stanie się świadkiem katastrof, które niemal zniszczą naszą cywilizację i samą planetę. To nasza wspólna odpowiedzialność – a czas na działanie jest już niezwykle krótki.

Źródło: Planetary Health Check 2025, Potsdam Institute for Climate Impact Research PIK 

Krakowski kongres pokazał, że przyszłość polskiej energetyki to wodór, biometan i lokalne społeczności

W dniach 18-19 września 2025 r. odbyło się jedno z najważniejszych wydarzeń dla branży energetycznej: III Kongres Energetyki Rozproszonej w Krakowie, którego patronem medialnym były Zielone Wiadomości. Wstępem do KER była zorganizowana 17 września przez Akademię Górniczo-Hutniczą Konferencja Naukowa Energetyki Rozproszonej. Naukowcy z całego kraju dzielili się wynikami swoich badań z zakresu nowoczesnej energetyki. Świetnym życzeniem dla grup badaczy są słowa dziekana Wydziału Informatyki AGH, prof. dr hab. inż. Marka Kisiel-Dorohinickiego: “liczymy że rozwiązania, o których usłyszymy dzisiaj, za rok będą przedstawiane na Kongresie jako projekty wdrożone na szeroką skalę”. 

Prof. Maciej Nowicki, były minister środowiska, wygłosił referat o roli wodoru w transformacji energetycznej. Poza tą innowacyjną technologią wspomniał również o roli społeczności energetycznych, jako o fundamencie polskiej energetyki przyszłości. “Systemy oparte na lokalnym wytwarzaniu energii, z magazynami wodorowymi, to gwarancja bezpieczeństwa energetycznego” – powiedział prof. Nowicki. Naukowiec i były minister wyraził optymistyczną perspektywę rozwoju nie tylko energetyki wodorowej, ale energetyki rozproszonej ogółem. “W 2012 roku napisałem książkę Nadchodzi era słońca, która traktuje o przełomie w energetyce, jakim będzie energetyka słoneczna. W tamtych czasach te inwestycje były drogie i niedostępne dla wielu osób – podobnie jak teraz technologia wodorowa – a jednak ponad 10 lat później obserwujemy powszechność fotowoltaiki i ogromny spadek cen wytwarzania tych instalacji” – mówił prof. Nowicki.

Pozostając w świecie wodoru, prof. Magdalena Dudek wskazała na zainteresowanie tym paliwem ze strony wojska. Badane są możliwości wykorzystania ogniw paliwowych na wodór do zasilania poza dostępem do sieci. Jest to pozytywna wiadomość dla amatorów energetyki wodorowej – nie od dziś wiadomo, że fundusze na badania na rzecz wojskowości są bardzo dobrze dofinansowywane i mogą przyspieszyć rozwój tej technologii. Prof. Dudek wspomniała o wykorzystaniu takich “mobilnych elektrowni wodorowych” na rzecz również innych służb ratunkowych, jak ratownictwo medyczne czy górskie. 

Fot. Julia Ługowska

Po sesji plenarnej miejsce miały trzy równoległe sesje, m.in. dotyczące roli informatyki w energetyce. Badacze dzielili się badaniami w zakresie budowania baz danych o energetyce, a także wykorzystaniu tych danych np. do predykcji wielkości produkcji energii ze słońca, czy do ustalania cen energii. Swoje miejsce znalazły również badania w zakresie wykorzystania ciepła do magazynowania, odzysku ciepła z procesów przemysłowych oraz energii geotermalnej. Nie zabrakło miejsca także dla badań z dziedziny nauk społecznych – przedstawiony został raport Barometr Społecznej Energii dla Transformacji, przygotowany w ramach zespołu społecznego Obserwatorium Transformacji Energetycznej (OTE) działającym przy Akademii Górniczo-Hutniczej w Krakowie, pokazuje zróżnicowane postawy wobec zmian w energetyce. Autorami opracowania są badacze: dr Marcin Kocór, prof. UJ, dr Dorota Micek, dr Anna Szczucka oraz dr hab. Barbara Worek, prof. UJ. Badacze w bardzo ciekawy sposób podzielili Polaków na cztery grupy postaw wobec transformacji energetycznej, których nazwy mówią same za siebie: Konserwatyści energetyczni, Ekonarodowi, Pragmatycy rynkowi oraz zieloni Entuzjaści. Takie badania są niezwykle istotne w czasach, gdy politycy tak chętnie opowiadają w mediach, czego chcą Polacy w kwestii energetyki. Zachęcamy do zapoznania się z wynikami raportu na stronie energetyka-rozporszona.pl

Energetyka rozproszona rozwija się dynamicznie, a jej prężny rozwój i wprowadzanie nowych, bezpiecznych i tanich technologii to szansa na dekarbonizację polskiej gospodarki.

Równie ciekawe tematy poruszono podczas Kongresu Energetyki Rozproszonej. Centrum Kongresowe ICE w Krakowie zgromadziło wielu znamienitych gości z branży energetycznej, przedstawicieli władz państwowych i samorządowych, prezesów najważniejszych polskich instytucji związanych z rynkiem energii, a także przedstawicieli uczelni wyższych, przede wszystkim Akademii Górniczo-Hutniczej w Krakowie.

 

Bezpieczeństwo energetyczne 

Jednym z najczęściej powtarzanych haseł było bezpieczeństwo energetyczne. Temat ten jest szczególnie ważny w obliczu trwającej agresji Rosji na Ukrainę, a ostatnio o bliskości zagrożenia przypomniało nam naruszenie polskiej przestrzeni powietrznej przez rosyjskie drony w nocy z 9 na 10 września. Bezpieczeństwo może nam zapewnić uniezależnianie się od paliw kopalnych poprzez rozwój OZE, modernizacja systemu energetycznego oraz energetyka rozproszona, która jest znacznie mniej podatna na ataki i zniszczenie niż scentralizowana. Edwin Bendyk, Prezes Fundacji im. Stefana Batorego podkreślił, że w Ukrainie po zniszczeniach wojennych energetykę odbudowano właśnie w formie rozproszonej, w dużej mierze w ramach działań oddolnych i lokalnych. Dzięki temu w kraju wciąż ogarniętym wojną, mieszkańcy mają dostęp do energii, a nawet generowane są jej nadwyżki na eksport. 

Przyszłość sieci dystrybucyjnej

Dzięki silnej reprezentacji przedstawicieli instytucji państwowych, dowiedzieliśmy się o planach w energetyce z centralnego punktu widzenia.

Prezes Polskich Sieci Elektroenergetycznych Grzegorz Onichimowski podkreślił, że największym wyzwaniem jest planowanie strategicznych zmian w systemie elektroenergetycznym, w szybko zmieniających się realiach. Nie wystarczy więc szukać rozwiązań na obecne problemy – konieczne jest przewidzenie wyzwań, które pojawią się za wiele lat.

Renata Mroczek, Prezes Urzędu Regulacji Energetyki, zapowiedziała, że priorytetem jest zapewnienie nieprzerwanego dostępu do energii, a jednocześnie dążenie do obniżenia jej cen, co jest możliwe dzięki zwiększaniu udziału OZE w miksie energetycznym. Jednocześnie należy mieć świadomość, że na najbliższe lata planowane są znaczące inwestycje w modernizację i rozbudowę sieci dystrybucyjnej, co prawdopodobnie odczujemy w zwiększeniu opłat dystrybucyjnych za energię.

Biometan przyszłością sieci gazowniczej

O coraz większym znaczeniu gazu ziemnego w polskim miksie energetycznym opowiadał Sławomir Hinc, Prezes GAZ-SYSTEM. 

„Gaz ziemny może być stabilizatorem sieci elektroenergetycznej. W tym jako element transformacji energetycznej będziemy bardzo promować biometan, do którego transportowania sieć gazownicza jest już doskonale przystosowana.” Warto w tym miejscu wspomnieć, że 9 września do sieci została przyłączona pierwsza w Polsce biometanownia.

Przed nami jednak dużo pracy, aby wykorzystać ogromny potencjał produkcji biometanu w Polsce. Na panelu poświęconym biogazowi i biometanowi przedstawiciele branży opowiadali o wyzwaniach, spośród których największym są skomplikowane i trwające bardzo długo procedury. Apelowali o wdrażanie ułatwień z poziomu przepisów prawa, ale też o zapewnienie szkoleń dla urzędników, którym często brakuje wiedzy w tym wciąż mało popularnym w Polsce obszarze. 

Edukacja fundamentem transformacji energetycznej 

Na KER dużo uwagi poświęcono edukacji i jej ważnej roli w kształceniu kadr oraz w walce z dezinformacją. Przedstawiciel Ministerstwa Energii, Wojciech Wrochna, zwrócił uwagę, że „ludzie mają coraz częściej opinie na temat faktów”. Z tego względu kluczowe jest rzetelne informowanie i edukowanie społeczeństwa na temat energetyki oraz komunikacja zwiększająca zaufanie obywateli do państwa, aby zmniejszać podatność na fałszywe informacje. Dostępna powszechnie wiedza to również motor napędowy do rozwijania lokalnych inicjatyw w ramach energetyki rozproszonej. Z kolei dla osób chętnych do związania się zawodowo z branżą OZE, przygotowano ofertę w Branżowych Centrach Umiejętności, o czym opowiadała Beata Matecka z Business Consulting Group.

Społeczności energetyczne

Na Kongresie można było też posłuchać o wyzwaniach, z jakimi mierzą się działające w Polsce społeczności energetyczne. Krzysztof Kosiński, prezydent Ciechanowa, zwrócił uwagę na opóźnienie we wdrażaniu przepisów gwarantujących korzystne warunki finansowe klastrom energii. Jest to jeden z powodów, dlaczego obecnie najskuteczniej działającą formą społeczności energetycznych są spółdzielnie energetyczne. Jest ich już w Polsce ponad 130 i ta liczba dynamicznie rośnie. Dorota Zawadzka-Stępniak, prezes Narodowego Funduszu Ochrony Środowiska i Gospodarki Wodnej poinformowała, że 17 września Rada Ministrów przyjęła projekt nowelizacji ustawy, umożliwiający zakładanie spółdzielni energetycznych w gminach miejskich. Na temat obecnych sposobów działania i rozliczania w spółdzielniach energetycznych można było dowiedzieć się więcej na warsztatach prowadzonych przez Krajowy Związek Rewizyjny Spółdzielni Energetycznych.

KER 2025 był więc pełen różnorodnych tematów i na pewno pokazał jak dużo dzieje się obecnie w polskiej energetyce. Już nie możemy się doczekać kolejnej, IV edycji!

Artykuł został opublikowany w ramach realizacji projektu realizowanego w ramach Inwestycji G1.1.4 Krajowego Planu Odbudowy i Zwiększenia Odporności: „Wsparcie dla instytucji wdrażających reformy i inwestycje w ramach REPowerEU”.

 

Ważą się losy przepisu, który ograniczał przekształcanie miast i gmin w księstwa udzielne różnych „włodarzy”. Chodzi o dwukadencyjność, czyli zakaz sprawowania funkcji wójta, burmistrza, czy prezydenta miasta dłużej niż przez dwie kadencje.

W Sejmie właśnie toczy się dyskusja nad zniesieniem tych ograniczeń, które wprowadzono w 2018 roku, a które mają zacząć obowiązywać od najbliższych wyborów. Organizacje samorządowe zrzeszające wójtów, burmistrzów i prezydentów walczą o możliwość sprawowania tych urzędów dłużej.

Dlaczego te ograniczenia mają sens?

Nie dlatego, że rozwiążą wszystkie problemy lokalnego samorządu, także nie dlatego, że przywrócą zamierającą demokrację miejską i gminną.

Są ważne bo przetną tworzące się z latami sieci powiązań i układów. Te oplatające każdy urząd struktury w połączeniu z monstrualnie rozbudowanymi kompetencjami wójta, burmistrza i prezydenta stanowią piorunującą mieszankę. Trzeba  mieć wyjątkowe samozaparcie, by sprawując podobny urząd w  takich warunkach ciągle liczyć się z mieszkańcami. Wiemy, że są tacy „włodarze” ale nie mówimy o heroicznych jednostkach, tylko o systemie.

W obecnych realiach kontrola wójta, burmistrza czy prezydenta przez radę jest fikcją. Decydujący głos wspólnoty samorządowej, czyli wszystkich mieszkańców, jest fikcją.

A wybory co pięć lat? Sprytny „włodarz” ma tyle narzędzi wpływu, że może przekonać wyborców o swym geniuszu, nawet jeśli zrobił połowę tego, co mogliby na jego miejscu zrobić inni.

Tak, macie rację, demokracja lokalna w Polsce przestała działać.
Tak, potrzebna jest gruntowna reforma samorządu.

Dlatego mówimy stanowczo: póki ta reforma nie nastąpi, dwukadencyjność jest potrzebna.

Jest jedynym „leżącym na stole” narzędziem ograniczenia dominacji „włodarzy” nad tymi, którzy teoretycznie mieli ich kontrolować. Czy to nie skrzywdzi dobrych  wójtów, burmistrzów i prezydentów?

Być może. Ale chodzi o system. Przecież nie dlatego usuwa się z półki przeterminowany towar, że  każdy z nich jest na pewno zepsuty, ale dlatego, że stwarza on takie niebezpieczeństwo i systemowo opłaca się ponieść koszt wyeliminowania czegoś w pełni przydatnego.

Czy Sejm podejmie wyzwanie?

Niebawem rozstrzygnie się, czy Sejm podejmie wyzwanie Kongresu Ruchów Miejskich i zorganizuje wysłuchanie publiczne. Do tej pory ograniczał się do wysłuchania opinii organizacji zrzeszających samych zainteresowanych, czyli wójtów, burmistrzów i prezydentów.

W środowisku eksperckim oraz organizacji pozarządowych jest dostatecznie dużo opracowań pokazujących jak bardzo potrzebne jest przewietrzenie zabetonowanych struktur samorządu.
Takie zdanie zaprezentowała też większość odpowiadających na ankietę konsultacyjną Sejmu.

78,6% z 2,5 tysiąca odpowiedzi zdecydowanie przeciwstawiła się próbie zniesienia dwukadencyjności.

Jak więc widać argumentów i społecznego poparcia nie brakuje dla utrzymania tych ograniczeń. Czy polski Parlament weźmie je pod uwagę, czy też przeważą głosy parlamentarzystów blisko współpracujących z „włodarzami”?

Do duża próba w walce elit władzy z oczekiwaniami mieszkańców.

Witold Gawda, Kongres Ruchów Miejskich, współautor książki:  „O pustyni samorządności i jej rewitalizacji” (link do pobrania)

Treść listu otwartego: Do Posłanek i Posłów Rzeczypospolitej Polskiej.

Kongres Ruchów Miejskich, to długoterminowe, oddolne i dobrowolne porozumienie kilkudziesięciu lokalnych organizacji społecznych z ponad dwudziestu polskich miast. Działamy na rzecz dobrego życia w mieście, miasta zielonego, demokratycznie zarządzanego i sprawiedliwego. To jakie są, i mogą być nasze miasta nie zależy jednak tylko od działań lokalnych władz i mieszkańców. W wielu dziedzinach to ogólnokrajowe regulacje prawne, prowadzone polityki, funkcjonujące instytucje utrudniają zrównoważony rozwój miast, prospołeczny i sprawiedliwy. Zorganizowaliśmy się więc po to, by takie bariery wspólnie przezwyciężać.

Polska mapa przyrodnicza wzbogaciła się w ostatnich tygodniach o kolejne cenne punkty – nowe rezerwaty przyrody. Każdy z nich jest nie tylko obszarem chronionym, ale również fragmentem większej opowieści o różnorodności biologicznej naszego kraju. Od śląskich lasów, przez nadmorskie wydmy, po torfowiska i pradawne dąbrowy – nowe rezerwaty pokazują, że natura wciąż potrafi zaskakiwać swoją złożonością i bogactwem.

8 sierpnia 2025 roku Regionalna Dyrekcja Ochrony Środowiska w Opolu powołała największy jak dotąd rezerwat przyrody w województwie – Koszatka (138,72 ha). Nazwa nie jest przypadkowa: chronione jest tu jedno z nielicznych w Polsce stanowisk koszatki leśnej – niewielkiego, rzadkiego ssaka z rodziny popielicowatych. Rezerwat zajmuje dwa oddzielone fragmenty lasu, połączone ze sobą otuliną. To przestrzeń nie tylko dla samej koszatki, ale także dla całego bogactwa leśnego ekosystemu. Niedaleko, w gminie Kietrz, powołano rezerwat Nowy Dwór (31,68 ha), którego sercem są grądy o wyjątkowo nietypowym składzie. Klon jawor i lipa dominują w drzewostanie, a w niższych partiach usytuowały się łęgi z jesionem i olszą. Interesującą częścią rezerwatu są również wychodnie skał z okresu dolnego karbonu – rzadko spotykane na powierzchni w tym regionie.

Na północy Polski, 19 sierpnia, utworzono rezerwat Wydma Lubiatowska (107,68 ha) w gminie Choczewo. To perła wśród polskich wydm nadmorskich, gdzie chroniony jest cały kompleks wydm i zagłębień międzywydmowych wraz z unikatowymi biocenozami, jakie mogą się rozwijać tylko na styku morza i lądu. Wydmy, często postrzegane jako fragment „piaskowej pustyni”, w istocie są żywym, dynamicznym ekosystemem, który wciąż podlega przebudowie pod wpływem wiatru i fal.

Lubelszczyzna wzbogaciła się z kolei o trzy nowe obszary. Rezerwat Kahiża (104,79 ha) chroni misę dawnego jeziora z bogatymi osadami organicznymi – torfami i gytią – będącymi zapisem naturalnych procesów trwających tam od tysięcy lat. W gminie Chełm powstał Starodrzew Sosnowy (21,65 ha), unikatowy fragment boru bagiennego z 180-letnimi sosnami, gdzie w runie królują bagno zwyczajne i żurawina błotna. Z kolei Zakrzów (51,92 ha) to ostoja łęgów i olsów nad naturalnie meandrującym Wieprzem. Bogactwo martwego drewna sprzyja tu życiu owadów – stwierdzono aż 178 gatunków chrząszczy, w tym siedem wpisanych na polską czerwoną listę.

W Nowym Targu powiększono jeden z najstarszych rezerwatów w Polsce – Bór na Czerwonem, który w tym roku obchodzi swoje 100-lecie. Dzięki rozszerzeniu granic ze 115 do 195 ha pod ochroną znalazły się dodatkowe świerczyny bagienne, stanowiące ważne siedlisko torfowiska wysokiego.

Szczególną uwagę przyciąga jednak Podlaskie. 15 września ogłoszono powstanie aż jedenastu nowych rezerwatów – od źródlisk nad Szeszupą i torfowisk wokół jeziora Krejwelanek, po najstarsze dąbrowy w Puszczy Knyszyńskiej i lasy pełne rzadkich porostów. Połomin obejmuje 250-letnie dęby, najstarsze w całej puszczy, a Romanówka skrywa starodrzew dębu bezszypułkowego o wieku 124–132 lat, w towarzystwie takich gatunków jak gładysz paprociowaty – relikt dawnych lasów. Natomiast Sokoli Las został powołany specjalnie z myślą o ochronie porostów – w tym granicznika płucnika, wskaźnika lasów naturalnych. Jeszcze inny charakter ma Osada Wydmowa, gdzie przyrodnicze wartości splatają się z archeologicznymi – na wydmie nad Narwią zachowały się murawy napiaskowe, ale też ślady pradawnych kultur i starożytnych pochówków.

Oprócz tworzenia nowych rezerwatów, poszerzono również istniejące: BartoszychęKozi Rynek i Starą Dębinę. Dzięki temu pod ochroną znalazły się wiekowe dęby, lasy wodochronne i kolejne refugia rzadkich gatunków ptaków i owadów.

Każde takie rozporządzenie to więcej niż administracyjny akt – to znak, że Polska staje się krajem coraz bardziej świadomym swojego naturalnego dziedzictwa. Wydmy, torfowiska, źródliska, pradawne dąbrowy – wszystkie te ekosystemy są jak otwarte księgi, w których zapisana jest historia Ziemi i jej mieszkańców. W czasach, gdy przyroda wszędzie zmaga się z presją człowieka i zmianami klimatycznymi, każdy nowy rezerwat można odczytywać jak wiadomość pełną nadziei.

 

Źródło: gov.pl

24 września 2025 roku może przejść do historii polskiego parlamentaryzmu. Po ponad półtora roku blokad ulic i głośnych happeningów postulaty ruchu Ostatnie Pokolenie po raz pierwszy znalazły się w Sejmie, w formie projektu ustawy. „Lex Ostatnie Pokolenie”, złożona przez Klub Lewicy, to odpowiedź na apel aktywistów, którzy twierdzą, że walczą nie tylko o klimat, lecz także o elementarną sprawiedliwość społeczną.

Projekt zakłada trzy główne zmiany. Po pierwsze, środki z budowy autostrad mają zostać przeniesione na rozwój kolei i transportu autobusowego. Po drugie, wprowadzony zostałby wspólny bilet miesięczny za 50 zł, obowiązujący na wszystkie połączenia regionalne. Po trzecie, ustawa chroniłaby kolej towarową, marginalizowaną od lat przez transport ciężarowy. Zdaniem aktywistów, wzmacnianie transportu kolejowego to nie tylko krok w stronę ograniczenia emisji i nowoczesnej polityki klimatycznej, lecz także kwestia strategicznego bezpieczeństwa kraju – kolej może być kluczowa w ewakuacjach, transporcie wojska oraz w zarządzaniu kryzysowym.

Od blokad ulic do politycznych salonów

Ostatnie Pokolenie jeszcze niedawno kojarzyło się przede wszystkim z blokadami ulic, akcjami polegającymi na malowaniu farbą budynków czy spektakularnymi formami obywatelskiego nieposłuszeństwa. Teraz ich postulaty znalazły się na stole legislacyjnym. Dla sympatyków to dowód zwycięstwa wytrwałości, dla przeciwników – symbol zamiany ulicznej presji w narzędzie wpływania na instytucje demokratyczne. Tymczasem marszałek Sejmu Szymon Hołownia odmówił przedstawicielom ruchu wstępu do parlamentu, zasłaniając się względami bezpieczeństwa. W odpowiedzi aktywiści zapowiedzieli rozpoczęcie okupacji Sejmu pod hasłem „Odbierzemy władzę bogaczom”.

W imieniu Ostatniego Pokolenia projekt złożyli Włodzimierz Czarzasty i Anna Maria Żukowska. Dla Lewicy to strategiczny ruch – wsparcie obywatelskiej inicjatywy, która mocno akcentuje kwestię nierówności społecznych. Jednocześnie jest to posunięcie ryzykowne. Ograniczenie inwestycji drogowych uderza w potężne lobby motoryzacyjne i budowlane. W obrębie koalicji rządzącej projekt może stać się iskrą ostrych sporów – część jej polityków wciąż widzi w transporcie samochodowym podstawowy motor rozwoju infrastruktury.

Nowe sojusze i przyszłość ustawy

Nowym elementem tej historii jest zawiązany sojusz między Ostatnim Pokoleniem a Związkiem Zawodowym Maszynistów Kolejowych, największą organizacją pracowników w tej branży. Latem aktywiści wsparli protesty przeciwko masowym zwolnieniom w PKP Cargo. To nietypowe porozumienie ekologów i pracowników przemysłu wskazuje na nową dynamikę: walka o klimat i walka o prawa pracownicze przestają być dwiema odrębnymi narracjami, zlewając się w jedną.

Przyszłość projektu „Lex Ostatnie Pokolenie” pozostaje niepewna. Jego los zależy od decyzji marszałka Sejmu i większości parlamentarnej. Jeśli projekt zostanie zablokowany, okupacja Sejmu stanie się faktem i może wywołać najpoważniejszy kryzys polityczny tej kadencji. Jeśli jednak trafi do komisji, rządząca koalicja zmierzy się z fundamentalnym pytaniem: czy pierwszeństwo w Polsce mają interesy lobby drogowego, czy prawa obywateli do taniego i dostępnego transportu?

„Lex Ostatnie Pokolenie” pokazuje bowiem wyraźnie, że pytanie o klimat i transport to pytanie o demokrację, o priorytety inwestycyjne i o to, komu służą publiczne pieniądze – wąskiej grupie interesów czy milionom mieszkańców mniejszych miejscowości.

Zamiast dalszych protestów na ulicach, dziś o 10.00 Ostatnie Pokolenie przenosi swój sprzeciw do Sejmu, rozpoczynając tam okupację.

27–28 września 2025 roku w Łodzi odbędzie się VII Forum Technopolityczne – wyjątkowe wydarzenie poświęcone relacjom między technologią, społeczeństwem i geopolityką. Instytut Spraw Obywatelskich oraz Obywatelski Akcelerator Innowacji zapraszają do debaty na temat wyzwań, przed którymi stoi Polska i świat w erze dynamicznych zmian technologicznych.

Hasłem przewodnim tegorocznej edycji jest pytanie: Jak Polska powinna grać na wielkiej szachownicy technologicznej? Organizatorzy podkreślają, że technologia stała się nową przestrzenią rywalizacji mocarstw, a dynamiczny rozwój sztucznej inteligencji, automatyzacji i cyfryzacji zmienia układ sił na całym globie.

„Forum Technopolityczne to przestrzeń do rozmowy o miejscu Polski na wielkiej, globalnej szachownicy. Na naszych oczach mocarstwa kształtują nowy porządek świata. Tym razem technologia, a nie tylko geografia, ma kluczowe znaczenie” – mówi Rafał Górski, prezes Instytutu Spraw Obywatelskich.

Najważniejsze tematy dyskusji

W dwudniowym programie zaplanowano panele i debaty wokół problemów, które mogą redefiniować przyszłość społeczeństw:

  • Wojna, której nie widzisz – wykorzystanie AI w działaniach militarnych, blackouty i wojny nowych generacji.

  • Globalne Południe kontra Zachód – pytanie o to, czy BRICS zmieni układ sił na świecie.

  • Jak przeżyć koniec świata, jaki znasz? – odporność i obrona cywilna w razie kryzysu.

  • Gra w atom – bezpieczeństwo energetyczne i kierunki polskiej polityki nuklearnej.

  • Pandemia smartfonów – konsekwencje nadużywania technologii mobilnych, utrata empatii i zdolności poznawczych.

  • Czy Europa zamieni się w superpaństwo? – AI Act, waluta cyfrowa, wyzwania integracyjne UE.

  • Bezrobocie technologiczne – robotyzacja i sztuczna inteligencja w kontekście przyszłości pracy.

„Planujemy rozmawiać bez znieczulenia o tematach, których inni nie chcą lub boją się podejmować” – podkreśla Paweł Marczak z Obywatelskiego Akceleratora Innowacji.

Eksperci i różnorodność głosów

Dotychczas w Forum udział brali eksperci z różnych dziedzin: filozofowie, ekonomiści, politycy, socjolodzy, publicyści i naukowcy. Wśród nich m.in. Jan Sowa, Katarzyna Szymielewicz, Andrzej Zybertowicz, Maciej Kawecki i Jacek Dukaj. Różnorodność perspektyw sprawia, że debaty nie mają charakteru politycznej agitacji, lecz autentycznej wymiany idei.

Spotkanie na żywo

W świecie zdominowanym przez cyfrowe komunikatory i media społecznościowe Forum Technopolityczne stawia na rozmowę twarzą w twarz. To – jak przypomniał organizator, cytując Neila Postmana – najgłębsza forma relacji międzyludzkiej i fundament odpowiedzialnej debaty publicznej.

Informacje praktyczne

  • Termin: 27–28 września 2025 r. (sobota–niedziela)

  • Miejsce: Sala T401, Wydział Ekonomiczno-Socjologiczny UŁ, ul. Rewolucji 1905 r. 39 w Łodzi

  • Program i rejestracja: forumtechnopolityczne.pl