Uniwersytet w imadle rynku

MollyScott Cato
9 sierpnia 2011

Edukacja z prawdziwego zdarzenia jest wyzwalająca i rewolucyjna, i może dlatego konserwatyści jej nie ufają. Dobry nauczyciel kwestionuje pogląd ucznia na świat, stawia mu wyzwania, a to nie może być zawsze komfortowe.

To, co dzieje się z angielskimi uniwersytetami, jest dziwniejsze niż fikcja literacka. Niedawno na przykład spotkałam się z delegacją Politechniki w Chongqing, która odwiedziła moją uczelnię. Moją rolą było przekonać ich, by przysyłali nam tysiące studentów i pomogli w ten sposób utrzymać wypłacalność w opartej na rywalizacji globalnej ekonomii wiedzy.

Na wielu poziomach było to dla mnie kłopotliwe zadanie. Po pierwsze, przy tej okazji ujawniły się ograniczenia zglobalizowanego podejścia do edukacji. Nie mając dostatecznej wiedzy o ich społecznym i kulturowym kontekście, po prostu nie potrafiłam znaleźć właściwej płaszczyzny podejścia do naszych gości. Z bardziej osobistego punktu widzenia, nie po to zostałam nauczycielem akademickim, by uczyć chińskich biznesmenów, jak stać się skuteczniejszymi menedżerami kapitalizmu. No i wreszcie kwestia emisji CO2. W listopadzie ub.r. Vince Cable [minister biznesu, innowacji i zdolności w brytyjskim rządzie – przyp. red.] odwiedził Chiny, promując – między innymi – nasze uniwersytety. A więc, zamiast przygotowywać brytyjskich obywateli zdolnych do życia w sposób bardziej zrównoważony, nienaruszający wytrzymałości planety, mamy teraz kształcić chińskich studentów, którzy każdego roku swego pobytu będą wytwarzać – dokładnie tak jak my – co najmniej 5 ton CO2 (jakieś pięć razy więcej, niż wynosi ich roczny limit).

Uniwersytety tradycyjnie oferowały szereg przedmiotów, umożliwiających równolegle postęp ludzkiego rozumienia i rozszerzanie wiedzy naukowej. Były także odpowiedzialne za podtrzymywanie uczestnictwa w kulturze, a także zapewniały czas, przestrzeń i zaangażowanie w rozwiązywanie problemów kraju. Jednak w ciągu ostatnich dekad uniwersytety nabrały charakteru komercyjnego. Zaś niedawne odebranie rządowych dotacji wszystkim dziedzinom oprócz nauk ścisłych (STEM – nauki przyrodnicze, technologia, inżynieria i matematyka) i języków obcych pokazało jasno, że obecna rola naszych uczelni to dostarczanie korporacjom szkolenia, które dawniej organizowały one sobie we własnym zakresie.

Wymuszona zsyłka naszych uniwersytetów na targowisko została utrwalona, kiedy ich polityczny nadzór przeniesiono z ministerstwa edukacji do ministerstwa biznesu. Uniwersytety zmuszono do przykrawania swoich zajęć tak, by odpowiadały klientom – z pominięciem trudniejszych fragmentów programu, które, czemu trudno się dziwić, cieszyły się wśród studentów mniejszą popularnością. To postrzeganie studenta jako konsumenta podkopało relację uczeń-nauczyciel, która stanowi esencję nauczania. Wielu studentów nie oczekuje dziś bynajmniej od swoich profesorów, by poświęcali im więcej czasu – co, jak sugerował Dawid Willetts, miało być efektem komercjalizacji. Studenci sądzą raczej, że z chwilą wstąpienia na uczelnię kupili sobie stopień naukowy. „Podkręcanie” ich, zawracanie głowy nowymi ideami czy, co gorsza, oczekiwanie, że zainteresują się tym, jak posługiwać się pojęciami teoretycznymi, to policzek dla ich konsumenckich praw.

Edukacji nie można przekształcić w produkt. Nauka, którą się sprzedaje i kupuje, zawsze będzie kiepską edukacją. Patrzeć, jak twoi studenci sprawdzają podczas wykładu komórki, zastanawiając się, czy właśnie liczą, czy zapracowałaś na te 2,69 funta, które ci płacą, odkąd weszłaś do sali – to uczucie zniechęcające, podkopujące zaufanie. To zachęta do nauczania, które przypomina przekazywanie towaru za pieniądze: potężny plik kserówek i bezmyślnie wyrzygane fakty.

A co być może najważniejsze – rzeczywista edukacja nie zawsze jest doświadczeniem przyjemnym. Edukacja z prawdziwego zdarzenia jest wyzwalająca i rewolucyjna, i może dlatego konserwatyści jej nie ufają. Dobry nauczyciel kwestionuje pogląd ucznia na świat, stawia mu wyzwania, a to nie może być zawsze komfortowe.

Wiesz, że uczysz skutecznie, kiedy na gładkich czołach twoich studentów zaczynają się pojawiać pionowe zmarszczki. Zmarszczka oznacza namysł – czynność, która od nadejścia rynku staje się na naszych uniwersytetach coraz rzadsza.

W lutym b.r. odbyła się w Winchester konferencja na temat „Czy uniwersytety mogą włączyć się, a nawet wysunąć na czoło w procesie ekologicznej transformacji?”. Gdyby rola uczelni polegała na rozwiązywaniu problemów kraju, byłaby to oczywiście pierwsza i najważniejsza pozycja w grafiku rektorów uczelni, ale w modelu rynkowym jest to niemożliwe. Nasz Wydział Zarządzania dysponuje nowym, lśniącym budynkiem, w którym będzie się kształcić chińskich i indyjskich menedżerów. Tak się składa, że zbudowano go na kawałku ziemi, gdzie wcześniej znajdowały się szklarnie. Mimo szybujących w górę globalnych cen żywności oraz potrzeby zredukowania food miles (transport żywności na duże odległości – przyp. red.), edukacja młodych ludzi, jak samodzielnie uprawiać żywność, nie mieści się już w strategii nowoczesnej placówki naukowej.

Porzucenie zadania dostarczania młodzieży umiejętności niezbędnych, by odpowiadać na palące problemy społeczne, to część tego, co Sara Parkin nazywa „zdradą szkoły biznesu”. A jeszcze większą zdradą jest pozbawienie naszej młodzieży szansy na krytykę i ulepszanie świata, który pozostawiamy im w spadku, przekazując im jedynie wiedzę, jak nim „zarządzać”.

Jak mówi Paolo Freire: „Edukacja funkcjonuje albo jako narzędzie integracji młodego pokolenia z logiką zastanego systemu i wdrażania konformizmu, albo staje się praktyką wolności, środkiem umożliwiającym ludziom krytyczny i twórczy stosunek do rzeczywistości, dzięki któremu mogą odkryć, jak uczestniczyć w przekształcaniu swojego świata”.

Narastający kryzys ekologiczny pokazuje dobitnie, jak pilnie potrzebujemy uniwersytetów zdolnych oferować edukację tego drugiego rodzaju.

Artykuł pochodzi ze strony Green World Online. Przekład Irena Kołodziej.

Jeśli nie zaznaczono inaczej, materiał nie może być powielany bez zgody redakcji.

3 thoughts on “Uniwersytet w imadle rynku

  • 15 sierpnia 2011 at 16:06
    Permalink

    Jak wiekszosc nauczycieli akademickich, pani dr Cato jest nieco sfrustrowana, powiedzmy to lagodnie. Was there, seen that.

    Moze problemy wziely sie z tego, ze wymusilismy na mlodziezy pogon za „papierkami” a nie za wiedza? Swiat pracodawcow, zarzadcow szkolnictwa wyzszego, rzady i roznego rodzaju osrodki opiniotworcze przekazaly wiadomosc, ze „21 wiek jest wiekiem wiedzy, i bez niej nie mozna egzystowac”. Prawda, ale czy 40%-60% populacji jest zdolne aktywnie przejsc i satysfakcjonujaco – wg standardow lat 70-80 – skonczyc uniwersytet? Obawiam sie, ze nie. W zwiazku z tym obnizanie wymagan, az do momentu postawienia nauczycieli „pod sciana” – „nasi absolwenci musza wykazac sie pewnym minimum”. Nie da sie. Aktywne studiowanie, dyskusje, ciekawosc, wymagaja pewnego minimalnego poziomu intelektualnego. Studia – prawdziwe, a nie „dla papierka” – sa wysilkiem i intelektualnym, i szkola wytrwalosci, samozaparcia, walki z oporem materii :). Gdyby 40%-60% mlodziezy mialo te cechy na poziomie oczekiwanym przez dr Cato, to wyniki testow gimnazjalnych czy matur bylyby WYSOKIE.
    [Male pytanko: dlaczego nasze uniwersytety medyczne, tak oblegane, nie zadaja matury na rozszerzonym poziomie nie tylko z biologii i chemii, ale takze z polskiego, jezyka obcego, fizyki, matematyki…]

    Mam swoja teorie spoleczna na ten temat („upowszechnienie edukacji wyzszej”). Ze strony rzadow (i UE) jest lepiej, jak 40-60% mlodych samcow siedzi na uczelniach do czasu az ukoncza 23-25 lat. Po tym okresie ich agresja spada, a dodatkowo delikwenci maja dlugi do splacenia. Rzady unikaja rewolucji mlodziezy, ktora nie widzi siebie w spoleczenstwie, ktora byc moze nie chce sobie budowac miejsc pracy.
    Ale, jest cos jeszcze, co p. Cato opisala. Niezly zarobek na studentach. Po prostu studiowanie – czy organizowanie studiowania – stalo sie doskonalym biznesem dla ludzi prowadzacych uczelnie (czy korepetycje). Mamy sprzezenie – profesoroie podkreslaja koniecznosc i walory edukacji, rzadzacy im przyklaskuja, student placi.
    Dowod – Proces Bolonski – minimalna zawartsc programow studiow, byle te masy przepchac (i zabrac z ulic w najbardziej „goracym” okresie dojrzewania).

    A co do oplat. Zdaje sie, ze pojecie czesnego (tutition) egzystowalo od zarania uniwersytetow. Byly to elitarne instytucje, dostepne dla dzieci elit.
    Na szczescie, wprowadzono dofinansowanie z podatkow. Uwazam, ze slusznie. Byc moze model dunski dofinansowania szkolnictwa (studentow) jest OK – jakies 6-8 lat finansowania studiow, na cale zycie :), akademiki, jakies bezzwrotne stypendia. Jestem zdecydowanie przeciw „wiecznym studentom”.

    A p. dr Cato chyba przesadza z rownaniem uniwersytetu do kolebki rewolucji. Nigdy takim miejscem nie byl, wylaczajac koniec lat 60.
    Natomiast to studenci sami powinni byc krytyczni, probowac wielu sciezek zycia w czasie studiow (no, tylko czesc z nich to zrobi). Mysle, ze studenci cenia profesjonalizm wykladowcy, nie obrazaja sie za sprawiedliwie ocenione prace czy projekty, cenia wymagajacego – od siebie i od nich – nauczyciela.
    W szkolach technicznych (moi, moi) raczej dyskutuje sie o projektach, i czasem, nieco „oblique” wychodza zagadnienia etyczne. Wiem, ze politechniki to nie miejsca na propagande polityczna i spoleczna.

    A konformizm – moze byc i u p. dr Cato na zajeciach. Zastanawiam sie, jak zareagowalaby, gdyby ktorys z jej studentow powiedzial jej, ze dba o dobro ludzi na ziemi, o ich zdrowie i o ich rozwoj, a nie o Gaje. Gdyby powiedzial, ze jesli uwaza, ze uniwersytet nie powinien przyjmowac Chinczykow, bo produkuja 5 ton CO2, to jest nieludzka, bo uwaza tych ludzi za przedmioty.

    Ladny tytul dala swojej ksiazce (doktorat?) o pracy (7 myths) – „Arbeit Macht Frei”. Prawdopodobnie zamierzony brytyjski humor, mysle, ze nieco obrzydliwa wersja. Pare banialuk juz tam wyczytalem – o szczesliwych Buszmenach – „be my guest, one way ticket to Africa”

    Reply
  • 15 sierpnia 2011 at 16:19
    Permalink

    A w ogole, czy p. dr Cato ma cos przeciw chinskim i hinduskim studentom? Moje doswiadcznie pokazuje, ze akurat te dwie grupy studentow bardzo cenia sobie edukacje, i marszcza czola calkiem czesto. Edukacja w szkole p. Cato ma byc tylko dla „bialego czlowieka”? Jakies nutki rasizmu i wyzszosci wyczuwam :)

    A spory wklad w rosnace ceny zywnosci maja biopaliwa…

    Szkoda szklarni…. A mnie sie wydaje, ze zaoferownie szansy edukacyjnej moze spowodowac, ze powstanie calkiem sporo szklarni, gdy absolwenci szkoly p. Cato zaczna organizowac prace dla swoich wspolobywateli.
    I moze wtedy idee p.n. „rozwiazywanie problemow” zostana przez nich zrealizowane.

    Reply
  • 19 sierpnia 2011 at 09:57
    Permalink

    To, co piszesz, WAM, jest ciekawe i wnikliwe. Nic dziwnego, skoro „was there, seen that”:)

    Masowa (a więc nieuchronnie gorsza) edukacja, aby spacyfikować bunt młodych? Kto wie, kto wie… Ale czy „masowa” na pewno i w każdych warunkach musi oznaczać: gorsza?

    Mnie kluczowe wydaje się spostrzeżenie autorki, że istota problemu tkwi w tym, iż uczelnie są obecnie na usługach korporacji i cała nauka to dostarczanie im SZKOLEŃ, które dawniej korporacje organizowały we własnym zakresie. No i to, że student, płacąc za naukę, w swoim przekonaniu KUPIŁ sobie dyplom i próby zainteresowania go czymkolwiek więcej niż niezbędne minimum to naruszanie jego praw konsumenta:/ Co zresztą wcale nie musi stać w sprzeczności z twoją interpretacją…

    Reply

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *