Jakich Zielonych wybrały Węgry

Bartłomiej Kozek
8 kwietnia 2014

Jeszcze parę tygodni temu w ponowne wejście węgierskich Zielonych (Lehet Más a Politika!) do parlamentu mało kto wierzył. Udało się.

Wynik 5,3% oznacza minimalne przekroczenie progu wyborczego w niedzielnych wyborach i daje pięć miejsc w zmniejszonym z 386 do 199 osób parlamencie partii Polityka Może Być Inna (Lehet Más a Politika! – LMP). W sytuacji, gdy jeszcze do niedawna zdobywała w sondażach 2-3 procent poparcia, a minioną kadencję kończyła w siedmioosobowym składzie dawniej 16-osobowego klubu parlamentarnego, niedzielne wyniki trudno nie uznać za sukces dla partii.

Co sprawiło, że LMP – jako pierwsza samodzielnie startująca partia ekopolityczna w Europie Środkowej – utrzymała się po pierwszej kadencji w parlamencie?

Z otwartą przyłbicą

Kiedy zdarzyło mi się wziąć udział w organizowanej na Węgrzech letniej akademii ekopolitycznej, obywającej się wkrótce po wejściu LMP do tamtejszego parlamentu, przemówienie jednego z ówczesnych liderów formacji, dziś zaś jej współprzewodniczącego – Andrása Schiffera – zrobiło na mnie niemałe wrażenie. Już wtedy mówił on to, co stało się wiodącym przekazem partii w tegorocnych wyborach: że jej celem jest nic innego, jak odnowienie tamtejszej demokracji, zawłaszczonej przez oligarchiczny klub polityków z prawa i z lewa.

W obliczu wdrażanych przez prawicowy rząd Viktora Orbána reform, wprowadzających podatek liniowy, kryminalizujących bezdomność czy poddających silniejszej państwowej kontroli media, nie wszystkie jego partyjne koleżanki i koledzy byli tego samego zdania.

Powrót do politycznej gry byłego premiera, Gordona Bajnaia, pragnącego wspólnego frontu centrolewicowej opozycji, doprowadził do trwającego miesiącami paraliżu partii. Walki frakcyjne zakończyły się opuszczeniem LMP przez polityczki i polityków gotowych do współpracy wyborczej z centrolewicą. Nowa partia Dialog dla Węgier (PM) zabrała ze sobą ósemkę posłów (przez co LMP na jakiś czas utraciła status klubu parlamentarnego) oraz całą, trzyosobową reprezentację Zielonych w Radzie Budapesztu.

Schiffer przyznawał w wywiadach, że był to dla niego trudny czas. Był zdeterminowany, by zachować polityczną niezależność swej formacji, a w wypadku przegranej na poważnie rozważał wycofanie się z polityki. Gdy wraz z Bernadett Szél przejmował ster partii, polityczna fortuna zdecydowanie nie sprzyjała. Sondaże zdawały się potwierdzać słuszność kroku rozłamowców, którzy sprzymierzyli się z ruchem Bajnaia – Razem 2014. Rozbita partyjna baza oraz pikujące sondaże zwiastowały, że Zieloni okażą się partią jednego sezonu.

Pochwała konsekwencji

Po swojej stronie duet Schiffer-Szél miał właściwie tylko jedno: konsekwentną krytykę zarówno autorytarnych zapędów Fideszu i wdrażanej przezeń polityki (np. porozumienie z Rosjanami w sprawie modernizacji i poszerzenia jedynej węgierskiej elektrowni atomowej w Paks), jak i „pseudolewicy”, która ich zdaniem nie podjęła trudu oczyszczenia swych szeregów z osób odpowiedzialnych za korupcję i krach gospodarczy, który utorował drogę do zwycięstwa Orbánowi.

Gdyby LMP za konkurencję miała Węgierską Partię Socjalistyczną Attilli Mesterházego, być może nie byłoby jej dziś w parlamencie. Po odejściu z MSZP frakcji niepopularnego byłego premiera Ferenca Gyurcsány’ego wydawać się mogło, że uda się jej zerwać z niechlubną przeszłością.

Powrót do gry Bajnaia, mającego ambicje zjednoczenia opozycji pod swym przywództwem, rozpoczął proces przegrupowania po lewej stronie sceny politycznej. W efekcie wyłonił się konglomerat przypominający nieco polską Lewicę i Demokraktów. W wyniku defragmentacji lewicy objął on również ugrupowanie Gyurcsány’ego – Koalicję Demokratyczną (DK), sam zaś ekspremier – w sytuacji niespodziewanej niewyrazistości tak Mesterházy’ego, jak i Bajnaia, stał się właściwie czołową twarzą kampanii centrolewicowej koalicji.

Paradoksalnie to jej powstanie – tłumaczone jako konieczność w sytuacji przeforsowanych przez Fidesz zmian w ordynacji wyborczej (zmiany granic okręgów jednomandatowych, przejście na jednomandatowy tryb wyboru posłów w ramach tej puli oraz zwiększenie jej znaczenia względem mandatów dzielonych między listy krajowe) – spowodowało sondażowe odbicie LMP.

W sytuacji, gdy w pierwszej piątce czołowych kandydatów centrolewicy znalazła się tylko jedna twarz spoza układu rządzącego sprzed r. 2010 (Timea Szabó, swoją drogą była posłanka LMP, obecnie PM) przekaz Zielonych o skorumpowanym stole politycznych wyjadaczy nie brzmiał już jak teoria spiskowa. Wymiana Orbána na Gyurcsány’ego okazała się perspektywą, która dla sporej grupy progresywnych wyborczyń i wyborców była nie do przyjęcia.

Zieloni wykonali tytaniczną pracę – wystawili kandydatki i kandydatów we wszystkich 106 okręgach jednomandatowych, wliczając to miejsca dalekie od większych ośrodków miejskich. W swym programie – poza walką z korupcją – postawili na ułatwienia w godzeniu pracy zawodowej i życia rodzinnego, edukację, wspieranie drobnych rolników, tworzenie zielonych miejsc pracy oraz inwestycje w energetykę odnawialną. Nie mieli trapiącego centrolewicową koalicję problemu sprzeczności części postulatów, podnoszonych przez ugrupowania wchodzące w jej skład. Odbudowali również bazę członkowską i aktywistyczną.

Na południu bez zmian

Fidesz szykuje się na kolejną kadencję u władzy, najprawdopodobniej utrzymując niezbędną do zmieniania konstytucji większość dwóch trzecich miejsc w parlamencie. Różnica poparcia między nim a centrolewicowym sojuszem sięgnęła 18,5 punktu procentowego (44,5% wobec 26%) Choć prawica straciła więcej poparcia, niż można się było spodziewać (ok. 8 pp), nadal ma silny mandat do rządzenia. Co gorsza, Fidesz sporą część elektoratu stracił nie na rzecz lewicy, lecz nacjonalistycznej partii Jobbik, której wygładzenie wizerunku i skupianie się na polityce rodzinnej oraz praworządności pozwoliło przekroczyć 20% poparcia. Czyni to z tej formacji jedno z najsilnilniejszych ugrupowań skrajnej prawicy w Europie.

Słaby wynik węgierskiej lewicy powinien być dla niej nauczką, że mechaniczne łączenie się w koalicje nie gwarantuje automatycznego sukcesu – wręcz przeciwnie, często uniemożliwia wymianę pokoleniową i petryfikuje istniejące układy. Nie pomogło jej także ciągłe podnoszenie kwestii zagrożenia demokracji, momentami ocierające się o sugestie, że Fidesz będzie fałszował głosy.

Przy wielu zastrzeżeniach, jakie można mieć do Orbána i jego polityki, sugestie tego typu w sytuacji, kiedy wszystkie sondaże zwiastowały wysoką wygraną partii rządzącej, były raczej przejawem bezsilności niż podnoszenia realnego zagrożenia. Zagrożenia, w które centrolewica uwierzyła tak skutecznie, że w wieczór wyborczy Mesterházy postanowił publicznie odmówić pogratulowania zwycięstwa Orbánowi.

Fidesz tymczasem wygrał, bo okazał się skuteczny. Nie tylko głosił hasła zmian w życiu politycznym i ekonomicnym Węgier, ale też je realizował. Niewątpliwie pomogła mu zarówno krucjata przeciwko międzynarodowym koncernom, jak i urzędowe cięcia w cenach mediów. Orbánowi sprzyjały również wskaźniki ekonomiczne – umiarkowany wzrost gospodarczy i malejące bezrobocie. Pokiereszowana, zjednoczona wyłącznie powierzchownie opozycja zdawała się być w tej sytuacji zupełnie bezbronna.

Droga do władzy

LMP liczy na to, że niedzielny wynik pozwoli jej zdobyć w maju pierwszego zielonego europosła. Daje również nadzieje na pozytywne rezultaty w wyborach lokalnych, które mogłyby pomóc w dalszym jej zakorzenianiu się w węgierskim społeczeństwie. Już dziś liderzy ugrupowania deklarują, że w r. 2018 interesuje ich udział we władzy.

Kryje się tu rzecz jasna ryzyko – samodzielna budowa masowej partii, która zastąpiłaby starą lewicę w roli głównej opozycji do Fideszu wydaje się mało prawdopodobna. Udział w rządach z lewicą możliwy będzie wyłącznie w wypadku jej wewnętrznej odnowy – ta zaś pozostaje niepewna.

Możliwe, że zamiast skupić się na niej, centrolewica zajmie się narzekaniem na to, że Zieloni „rozbili głosy” demokratycznej opozycji. Byłoby to z jej strony o tyle kiepską strategią, że nawet mechanicznie dodane do siebie głośy centrolewicy i Zielonych dałoby nadal dużo słabszy wynik niż prawica – nie mówiąc już o tym, że część elektoratu ekopolitycznego wolałaby zostać w domu niż głosować np. na Gyurcsány’ego.

Scena polityczna na Węgrzech będzie prawdopodobnie nadal ulegać przekształceniom. Otwartym pytaniem pozostaje chociażby to, czy centrolewicowy alians się utrzyma, czy konflikty pomiędzy poszczególnymi partiami rozsadzą go od środka. Na pewno – mimo iż wybory parlamentarne już za nami – warto będzie śledzić sytuację nad Dunajem.

PS Dialog dla Węgier w ramach koalicji centrolewicowej zdobył jeden mandat, który obejmie Timea Szabó. Ciekawie będzie obserwować, czy PM rozpłynie się w ruchu Razem 2014, czy – co dziś wydaje się mało prawdopodobne – podejmie próby powrotu do LMP.

Jeśli nie zaznaczono inaczej, materiał nie może być powielany bez zgody redakcji.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *