Ziemia widziana z Apollo 17

Każdy ciągnie w swoją stronę

Bartłomiej Kozek , Artur Wieczorek
7 grudnia 2012

Negocjacje między państwami są mikrokosmosem, w którym odzwierciedla się narodowa polityka poszczególnych krajów. Prosto z Doha specjalnie dla „Zielonych Wiadomości” Artur Wieczorek w rozmowie z Bartłomiejem Kozkiem.

Bartłomiej Kozek: Jesteś na szczycie klimatycznym w Doha – stolicy Kataru – w ramach programu „Adoptuj negocjatora”. Kto wymyślił ten program i na czym on polega w praktyce?

Artur Wieczorek: Program jest elementem działań Global Campaign for Climate Action (GCCA), międzynarodowej organizacji, która skupiona jest na kampaniach klimatycznych w mediach społecznościowych. Dostaliśmy krótkie przeszkolenie z social media i zostaliśmy wrzuceni w sam środek negocjacji: mamy za zadanie tweetować, blogować, fejsować, instagramować, flikrować, szpiegować, nagrywać filmy i nasłuchiwać plotek, docierać do informacji jako pierwsi i wrzucać je w wirtualną przestrzeń. Naszym celem jest nagłaśnianie i czynienie publicznym tego, co dzieje się podczas negocjacji.

BK: To łatwe czy trudne zadanie?

AW: Czasami bardzo trudne, bo w konferencji bierze udział 15 tys. osób i cały czas coś się dzieje. Przez dwa tygodnie wstajemy o 7 rano i pracujemy do późnych godzin nocnych, a czasem negocjacje przeciągają się do rana. Pracujemy w 10-osobowym zespole młodych osób z całego świata, w którym każdy odpowiada za śledzenie poczynań swojego kraju i regionu podczas negocjacji. Zdecydowaliśmy, że każdy pisze we własnym języku, w efekcie prowadzimy wspólnego interaktywnego bloga, na którym języki angielski, polski, chiński, francuski, portugalski, arabski i hindi przeplatają się wzajemnie. Efekty naszej pracy można obejrzeć na stronie www.adoptanegotiator.org.

BK: Jak kształtowały się negocjacje klimatyczne od czasu feralnej konferencji w Kopenhadze?

AW: Z Kopenhagą wiązano ogromne nadzieje. Konferencja klimatyczna w 2009 r. miała być momentem przełomowym, w którym zostanie podpisane nowe wiążące porozumienie. Poprzednia konferencja w Poznaniu miała do tego przygotować i wszystkie kluczowe ustalenia zostawiono do Kopenhagi. Dodatkowo nadzieje rozbudził wybór Baracka Obamy na prezydenta – autentycznie wierzono wtedy, że USA wreszcie podpiszą wiążącą umowę. Dlatego Kopenhaga przeżyła oblężenie aktywistów i organizacji pozarządowych. Jak wielkie były ich nadzieje, tak wielkie okazało się rozgoryczenie, kiedy szczyt w Kopenhadze poniósł klęskę. Wiele osób zraziło to do procesu negocjacyjnego ONZ.

Teraz mamy nową datę osiągnięcia globalnego porozumienia – rok 2015. Do tej daty podchodzimy już jednak, nauczeni doświadczeniami, z dużym sceptycyzmem. Drugich takich fajerwerków jak w Kopenhadze nie będzie. Prawdopodobnie proces negocjacji będzie postępował małymi kroczkami, co roku po trochu i jeśli globalne porozumienie wykuje się w końcu, to nie na jednej konferencji, ale w ciągu następnych kilkunastu lat.

BK: To niezbyt szybko…

AW: Prawdziwa zmiana musi się dokonać gdzie indziej. To nie rządy dokonają przeobrażenia gospodarki, ale zwykli ludzie – konsumenci, drobni przedsiębiorcy, działacze organizacji pozarządowych w krajach globalnej Północy i globalnego Południa. Ta zmiana będzie jeszcze mniej zauważalna i jeszcze wolniejsza, ale to ona doprowadzi do postępu. Negocjacje między państwami są mikrokosmosem, w którym odzwierciedla się narodowa polityka poszczególnych krajów. Jeśli nie zmienimy oddolnie polityki w naszych krajach, negocjacje nie uczynią tego za nas.

BK: Czy kraje globalnego Południa, które wraz z rozwojem gospodarczym zwiększają również swoje emisje gazów cieplarnianych, istotnie są takimi hamulcowymi negocjacji, jak prezentują je kraje Północy?

AW: Według najnowszych raportów Chiny odpowiedzialne są za 28% światowych emisji gazów cieplarnianych, a cała UE za 11%. Nawet gdybyśmy zredukowali swoje emisje do zera, sami nie powstrzymamy globalnego ocieplenia. Głównym czarnym charakterem są jednak nie Chiny, a USA. Chiny są przerażone globalnym ociepleniem, odczuwają jego skutki i bardzo mocno inwestują w odnawialne źródła energii, ale nie chcą tego przyznać na forum międzynarodowym i nie godzą się na żadne umowy. Z kolei USA negocjowało Protokół z Kioto tak, jakby miało do niego przystąpić (osłabiając jego zapisy), po czym w ogóle go nie podpisało.

Ponadto w USA olbrzymie koncerny lobbują kongresmenów i prowadzą kampanie propagandowe przekonujące, że globalne ocieplenie w ogóle nie istnieje. W Chinach podpisanie umowy będzie zależało od kilku przywódców, w USA musi się na to zgodzić Kongres, w którym obecnie większość jest temu przeciwna. USA posiada też najwyższy ślad węglowy w przeliczeniu na jednego mieszkańca. W ostatnich latach boom na gaz łupkowy w USA sprawił, że bardzo tani rodzimy gaz staje się tam coraz częstszym źródłem energii (spalanie gazu emituje znacznie mniej CO2 niż spalanie węgla). Z drugiej strony USA zaczęły eksportować swój węgiel do Azji i teraz spalany jest w Chinach czy Indiach.

BK: Spora grupa krajów rozwiniętych deklaruje, że po zakończeniu okresu obowiązywania Protokołu z Kioto nie zamierzają wiązać się deklaracjami dotyczącymi dalszych redukcji emisji gazów cieplarnianych. Co proponują w zamian – i czy działania te są wystarczające dla opanowania wzrostu średniej temperatury na Ziemi?

AW: Nie. W 2010 r. podczas szczytu klimatycznego w Cancún społeczność międzynarodowa zobowiązała się do utrzymania globalnego wzrostu temperatury na poziomie nie wyższym niż 2 st. Celsjusza. Aby osiągnąć ten cel, globalne emisje gazów cieplarnianych musiałyby osiągnąć swój najwyższy poziom przed r. 2020, a potem systematycznie spadać. Już wiemy, że to się nie uda. Uzgodniony próg 2 stopni będzie martwym zapisem, ponieważ nowe porozumienie dopiero majaczy na horyzoncie – ma zostać uzgodnione w 2015 r. i wejść w życie w r. 2020. A to za późno, żeby powstrzymać wzrost temperatur poniżej 2 stopni. Co miesiąc ukazują się raporty kolejnych instytucji, które mówią jasno – zmierzamy w stronę świata, w którym temperatura pod koniec tego wieku będzie wyższa o 3,5-6 st. Celsjusza.

Państwa najsłabiej rozwinięte (które najmniej zanieczyszczają atmosferę, a jednocześnie poniosą największe koszty zmian klimatu) dostrzegły już, że próby zmuszenia państw wysoko rozwiniętych do ograniczenia emisji CO2 spełzły na niczym i znacząco zmieniły taktykę. Środek ciężkości negocjacji z redukcji emisji przesunął się na zwiększenie funduszy na adaptację i pokrycie kosztów związanych ze stratami spowodowanymi przez zmiany klimatu. A zatem kraje coraz mniej kłócą się o redukcję emisji, a coraz więcej o to, kto zapłaci za wyrządzone przez zmiany klimatu szkody.

BK: Czy Unia Europejska nadal jest globalnym liderem w przeciwdziałaniu zmianom klimatu?

AW: Pojęcie lidera implikuje zdolność poprowadzenia innych za sobą. Żaden kraj obecnie nie ma takiej władzy. Każdy ciągnie w swoją stronę, a do porozumienia daleko. Unia Europejska jest najbardziej ambitnym spośród bloków krajów rozwiniętych – wypełniła zobowiązania Protokołu z Kioto i jest gotowa przedłużyć go na drugi okres rozliczeniowy (protokół obowiązuje do 2012 r.). Ponadto UE ma wewnętrzną politykę klimatyczną, znacznie bardziej ambitną od ONZ-owskiej. Ale nie jest w stanie pociągnąć nikogo za sobą. Co więcej, Unia jest podzielona – Polska stoi na czele grupy krajów, które oponują przeciwko podniesieniu unijnych ambicji.

Znacznie bardziej ambitne są kraje, które tracą najwięcej na zmianach klimatu – kraje najuboższe i małe państwa wyspiarskie zrzeszone w grupie LDC (Least Developed Countries) i w grupie AOSIS (Alliance of Small Island States). Ale one też nie mają żadnej władzy nad największymi graczami – mogą tylko powtarzać rozpaczliwe apele, czy zorganizować posiedzenie rządu na dnie morza (co uczynił premier Malediwów). USA i Chiny, ale także Polska, pozostają głuche.

BK: Polska aspiruje do tego, by w przyszłym roku po raz kolejny gościć międzynarodową konferencję klimatyczną. Tymczasem postawę polskiego rządu trudno chyba – patrząc na kolejne weta wobec bardziej ambitnej unijnej polityki klimatycznej – trudno określić jako konstruktywną…

AW: Przyznanie Polsce organizacji konferencji klimatycznej wywołało lawinę krytycznych komentarzy ze strony organizacji społecznych. Polska postrzegana jest jako hamulcowy unijnej polityki klimatycznej (Polska zawetowała między innymi podniesienie unijnych zobowiązań redukcji emisji z 20% do 30% do r. 2020, samotnie zawetowała też unijną mapę drogową, której założeniem było obniżenie emisji CO2 w całej unii o 80% do 2050 r.). Ale podobne głosy pojawiały się też po ogłoszeniu, że tegoroczna konferencja odbędzie się w Katarze (który całą swoją gospodarkę opiera na ropie, a jego mieszkańcy nie mają pojęcia, czym jest ekologia), co nie przeszkodziło UNFCCC zlokalizować tutaj tegorocznego szczytu klimatycznego.

Zagadką jest jednak dlaczego Polsce zależało na tym, żeby być gospodarzem szczytu klimatycznego zaledwie 5 lat po tym, gdy gościliśmy to wydarzenie w Polsce. Dwutygodniowa konferencja kosztuje gospodarza ok. 50-100 mln dol. Skąd weźmiemy takie pieniądze? Na dodatek Polska prawdopodobnie zbierze negatywną prasę za swoją nieokreśloną postawę i niechęć do przyjmowania zobowiązań. Organizacje pozarządowej już zadeklarowały, że „Polska jest świetnym miejscem na wakacje, ale organizacja konferencji powinna zostać przyznana państwu, które jest liderem w walce z globalnymi zmianami klimatu”.

Coraz częściej pojawiają się też głosy, że nikt już właściwie nie wierzy, że UNFCCC doprowadzi do jakiejś przełomowej zmiany i dlatego do przewodnictwa zgłaszają się tylko te kraje, które chcą ostatecznie pogrążyć ten proces, którym nie zależy na tym, żeby nie osiągnąć globalne porozumienie i które traktują szczyt bardziej jako okazję do promocji turystycznej kraju niż jako wydarzenie o charakterze politycznym. W chwili, kiedy rozmawiamy, negocjacje przeciągają się do późnej nocy i wygląda na to, że do niczego nie doprowadzą. Jesteśmy o krok od załamania się rozmów, a katarska prezydencja jest oskarżana o to, że sabotuje rozmowy, bo jako krajowi czerpiącemu ogromne zyski z ropy nie zależy jej na porozumieniu. Jeśli to się stanie, organizacje społeczne mogą w ogóle zbojkotować szczyt w Polsce.

BK: Czy negocjatorzy czują presję ruchów społecznych, walczących ze zmianami klimatu?

AW: Tak, jak najbardziej. Oczywiście negocjatorzy są związani instrukcjami i nie mogą zmienić stanowiska swojego rządu pod wpływem presji ze strony ruchów społecznych, ale ten światek wbrew pozorom jest dosyć mały i negocjatorzy dobrze wiedzą, kto i jak ocenia ich pracę. Bardzo dużo zależy też od poszczególnych delegacji – jedne są dużo bardziej przyjazne organizacjom pozarządowym, inne mniej.

Rozmawiałem z różnymi obserwatorami. Kiedy przedstawiciele NGOsów z Wielkiej Brytanii idą na spotkanie ze swoją delegacją, ta organizuje dla nich specjalne spotkania i warsztaty, kiedy obserwatorka Arabii Saudyjskiej poszła na spotkanie ze swoją, usłyszała „zorganizujemy Ci wycieczkę po zamkniętych pomieszczeniach do niejawnych negocjacji”. Holendrzy organizują stałe spotkania robocze z przedstawicielami swoich organizacji pozarządowych. Kiedy my (ja i przedstawicielka Koalicji Klimatycznej) wybraliśmy się na spotkanie z polską delegacją, usłyszeliśmy tylko „minister jest bardzo zajęty, ale spróbujemy znaleźć jakiś termin na spotkanie z państwem w przyszłym tygodniu”. No i czekamy.

Ale działa to też w drugą stronę – negocjatorzy próbują wywrzeć presję na członkach ruchów społecznych. W zeszłym roku, kiedy polska delegacja otrzymała od Climate Action Network (CAN) antynagrodę „skamielina dnia”, kilka osób z zespołu negocjacyjnego podeszło do przedstawicielki Koalicji Klimatycznej (polskiego członka CAN), naciskając na odwołanie nagrody i przeproszenie.

BK: Jakie pole manewru mają negocjatorzy?

AW: Bardzo małe. Decyzje płyną ze stolic, a nie są podejmowane tutaj. Sensem naszej obecności jest relacjonowanie polskiemu społeczeństwu, co tu się dzieje, aby ruchy społeczne w Polsce mogły skuteczniej naciskać na rząd.

Większość państw, co widać bardzo wyraźnie, nie kwestionuje tezy o globalnym ociepleniu i naszej za nie odpowiedzialności, ale stara się tak manewrować, żeby cenę zapłacił kto inny. To klasyczny przykład „dylematu więźnia”. Ten kto pierwszy przejdzie na gospodarkę niskoemisyjną, będzie musiał ponieść największe koszty. Dlatego każdy kraj gra tak, żeby koszty poniósł kto inny. Niestety, jak w klasycznym dylemacie więźnia – jeśli będziemy tak postępować, w końcu wszyscy przegramy.

Jak powiedział Steve Sawyer, który obserwuje ten proces od 20 lat, wszystkie instrumenty potrzebne do powstrzymania globalnego ocieplenia istnieją, nie ma tylko woli politycznej, by ich użyć. Brakuje poczucia kryzysu i konieczności podjęcia natychmiastowych działań. Musi wydarzyć się coś strasznego, co otrzeźwi światowych przywódców i zmobilizuje ich do działania – jak zatopienie Szanghaju czy zmiecenie Nowego Jorku z powierzchni ziemi przez gigantyczne tornado.

Jeśli nie zaznaczono inaczej, materiał nie może być powielany bez zgody redakcji.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *