Mozaika ruchów miejskich

Bartłomiej Kozek
31 października 2014

Chcąc zrozumieć fenomen ruchów miejskich, rzucających rękawicę samorządowym układom, warto sięgnąć po książkę „Miasto na żądanie”.

Redaktorzy książki – Łukasz Bukowiecki, Martyna Obarska oraz Xawery Stańczyk – postanowili przygotować publikację, zbierającą ukazujące się w minionych latach na witrynie internetowej kwartalnika „Res Publica Nowa” teksty na temat polityki miejskiej. Z perspektywy czasu możemy prześledzić narodziny miejskiego aktywizmu oraz jego zainteresowania zmianą polityki, jaką kierują się obecnie rządzące naszymi miastami władze samorządowe.

W historii tej pojawiają się ważne punkty, jak chociażby powstanie stowarzyszenia My Poznaniacy, łączącego pod swymi skrzydłami rozmaite ruchy protestu przeciwko praktyce rządów Ryszarda Grobelnego. Komitet My Poznaniacy uzyskał w r. 2010 niemal 10% głosów, ale z powodu niesprzyjającej ordynacji wyborczej nie zdobył ani jednego mandatu w poznańskiej radzie miasta. Są też kolejne Kongresy Ruchów Miejskich, na których spotykały się zróżnicowane organizacje o nierzadko odmiennych spojrzeniach na miasto i sposobach podejścia do władzy.

Pytania o rozwój

Zapis wspomnianych przed chwilą dyskusji stanowi istotny i chyba najmocniejszy element „Miasta na żądanie”. Wymienić w nim można kilka ciekawych wątków. Pierwszym jest napięcie między różnego rodzaju „forami rozwoju”, wyrosłymi nierzadko z internetowych dyskusji wokół miejskich inwestycji (od dróg po wieżowce), a resztą miejskich aktywistek i aktywistów, których publiczne zaangażowanie nierzadko rozpoczęło się od oprotestowywania nietrafionych ich zdaniem inwestycji.

Napięciu temu towarzyszy jeszcze jedna kontrowersja, którą swego czasu w tekście „Konserwa u bram” wyraził Xawery Stańczyk i która da się zawrzeć w przekonaniu o niebezpiecznej bliskości miejskiego aktywizmu do ruchów typu NIMBY („nie w moim ogródku”), paraliżujących rozwój miasta. Kiedyś przykładem na potwierdzenie tej tezy miały być nawoływania do zwężania warszawskiej ulicy Świętokrzyskiej, który to proces miał dyskryminować osoby dojeżdżające do centrum miasta z okolicznych miejscowości.

O tym, że retoryka ta nadal ma się dobrze może świadczyć fakt, że całkiem niedawno w jednym ze swoich felietonów użył jej Cezary Michalski, krytykując Jana Śpiewaka – twarz ruchu „Miasto Jest Nasze” – za sceptycyzm, z jakim podchodzić miał do idei dociągnięcia trakcji kolejowej do lotniska na Okęciu.

Parę lat temu zdarzyło mi się na te zarzuty odpowiedzieć tym, że miejski aktywizm proponuje zredefiniowanie tego, co uznajemy za postęp i rezygnuje z utożsamiania dowolnej inwestycji z automatycznym podniesieniem jakości życia mieszkanek i mieszkańców miasta. Nie oznacza to rezygnacji z inwestycji infrastrukturalnych jako takich (przykładem pomysły Joanny Erbel na domknięcie obwodnicy śródmiejskiej czy ruchu Kraków Przeciw Igrzyskom na rozbudowę sieci tramwajowej w mieście), lecz docenienie lokalności kosztem nakierowanej na zagranicznych inwestorów czy turystów gigantomanii. Patrząc się na ujawniane w ostatnim czasie programy ruchów miejskich w całej Polsce, nie wydaje się, by musiał się obawiać posądzeń o rzekomy konserwatyzm.

Łączenie punktów

Innym ważnym wątkiem w trwającej w latach 2010-2012 dyskusji było zdefiniowanie tego, czym właściwie jest polityka miejska. Po jednej stronie mieliśmy zwolenniczki i zwolenników wąskiego jej pojmowania, sceptycznie patrzących się na tematy związane choćby z polityką społeczną i przeciwdziałaniem nierównościom na szczeblu lokalnym. Napięcia te pokazywały, że mimo deklaracji nie da się tak łatwo zasypać na szczeblu lokalnym podziałów na lewicę i prawicę.

O tym, że nie jest to przebrzmiała dyskusja dobrze pokazuje niedawna wymiana opinii, do jakiej doszło w trakcie wrześniowego Zielonego Kongresu Samorządowego. Uczestniczący w jednym z paneli Tomasz Leśniak, kandydat KPI na prezydenta Krakowa, bronił publicznego charakteru placówek szkolnych, podczas gdy jeden z głosów z widowni krytykował to podejście i sugerował, by raczej możliwie mocno wspierać uspołecznianie przeznaczonych do zamknięcia szkół, np. za pomocą przejmowania ich przez stowarzyszenia rodziców. Różnica zdań nie wynikała z różnic temperamentów czy odmiennego kładzenia akcentów, lecz z innej wizji realizowania dobra wspólnego i roli poszczególnych aktorów życia społecznego.

Dialog czy konfrontacja?

Dochodzimy tu do kolejnego ważnego wątku, a mianowicie odmiennych strategii, jakie wobec władzy przyjęły miejskie ruchy społeczne. Dla części z nich współpraca z władzą, która prywatyzuje stołówki albo przyzwala na faktyczne eksmisje lokatorów na bruk, jest niemożliwa – głos tej grupy reprezentuje w „Mieście na żądanie” Piotr Ciszewski, dziś kandydat na radnego z listy Warszawy Społecznej.

Po drugiej stronie pojawiały się głosy sugerujące, że strategia ta zepchnie miejski aktywizm do niszy populistycznego pieniactwa i skończy się jedynie usztywnieniem stanowiska władz. Zdaniem tej grupy lepiej wchodzić w zastane struktury i z tej pozycji neutralizować wpływ odpornych na nowe idee, zasiedziałych urzędników. Stanowisko to w książce reprezentuje lubelski działacz Piotr Choroś, można też uznać, że w jakiejś formie jest ona realizowana w Łodzi, która pozostała białą plamą zarówno na mapie wyborczego startu Zielonych, jak i Porozumienia Ruchów Miejskich.

Gdzieś w tle tej dyskusji pojawia się wątek partyjności. Czy partyjna legitymacja automatycznie wyłącza z grona miejskich aktywistek i aktywistów? Wydaje się, że powiązane jest to z dyskusją na temat oblicza ideowego osób zaangażowanych w ruchy miejskie oraz ich skłonności do podkreślania powiązań między polityką ogólnopolską a lokalną.

Walcząca o stołeczny Ratusz Erbel wyraźnie podkreśla, że jej start z poparciem Zielonych umożliwia łączenie tematyki miejskiej chociażby z wątkami związanymi ze sprawiedliwością społeczną. Po drugiej stronie Śpiewak kontrargumentuje, że jego start do rady warszawskiego Śródmieścia z niezwiązanej z żadnym konkretnym ugrupowaniem listy obywatelskiej daje mu komfort unikania zaangażowania w spory światopoglądowe.

Listopadowe wybory samorządowe będą interesującym sprawdzianem tego, która ze wspomnianych przed chwilą narracji i strategii najlepiej przyjmuje się na lokalnym gruncie w różnych miastach. Czy wyborczynie i wyborcy są gotowi do głosowania na komitety, które nie obiecują olbrzymich ilości inwestycji otwieranych tuż przed kolejnymi wyborami, czy może nadal uważają, że są one dobrym miernikiem sprawności samorządu? Czy będzie im przeszkadzał partyjny szyld i ideowe etykiety? Czy miejskim aktywistom, przekonanym, że poglądy na lokalne priorytety łączą ich bardziej niż światopoglądowe różnice, uda się wejść do rad miast, uda się zachować spójność swoich oddolnych ruchów? A może ich wszystkich czeka spektakularna porażka, dowodząca, że jedynym konstruktywnym działaniem może być składanie ofert pracy do miejskich urzędów?

Ciekawie będzie obserwować wyborczą rywalizację także i pod tym kątem. Warto wziąć do rąk „Miasto na żądanie” i sprawdzić, skąd wzięły się tak różne strategie, które dziś testują miejskie aktywistki i aktywiści.

Łukasz Bukowiecki, Martyna Obarska, Xawery Stańczyk (red.), Miasto na żądanie. Aktywizm, polityki miejskie, doświadczenia, Wydawnictwo Uniwersytetu Warszawskiego, Warszawa 2014, 312 str.

Jeśli nie zaznaczono inaczej, materiał nie może być powielany bez zgody redakcji.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *