Na początku był dług

David Graeber
28 kwietnia 2014

Antropolog David Graeber jest obecnie jednym z najbardziej popularnych krytycznych intelektualistów amerykańskich. To on ukuł slogan „Jesteśmy 99%”, który stał się znakiem rozpoznawczym ruchu Occupy. Sam określa się jako anarchista, łączy polityczne zaangażowanie z błyskotliwą karierą akademicką. Jesienią 2013 r. przebywał w Brukseli na zaproszenie Komitetu na rzecz Anulowania Długów Trzeciego Świata.

W najnowszej książka „Dług, pierwsze 5 000 lat” Graeber śledzi wielowiekową historię długu – pojęcia które odgrywa olbrzymią rolę w dzisiejszej polityce. Wywraca w niej przyjęte koncepcje na temat pochodzenia pieniądza, genezy długu, a także organizacji społeczeństw. Zabiera nas w wędrówkę obejmującą pięć tysiącleci, od Nowej Zelandii do Mezopotamii, od skandynawskich sag do opowieści Irokezów.

Green European Journal (G): Jak wpadłeś na pomysł napisania historii długu?

David Graeber: Po prostu zdałem sobie sprawę, że pomimo iż napisano już historie prawie wszystkiego, od bielizny po pieniądze, do tej pory nie powstał żaden historyczny opis długu. W tym czasie temat ten zyskał ogromne znaczenie wskutek kryzysu, który rozpoczął się na przełomie 2007 i 2008 r. A samo słowo „dług” ma szczególnie silną konotację moralną, co odzwierciedla angielska etymologia tego słowa. W wielu językach zresztą pojęcie długu łączy się z kategorią winy i grzechu.

W mojej książce opisuję wydarzenie, które wywołało moje zaciekawienie tym tematem. Brałem udział w imprezie charytatywnej zorganizowanej w Katedrze Westminsterskiej. Z pewną zaangażowaną społecznie prawniczką rozmawiałem o spustoszeniach, jakie wywołali wierzyciele na Madagaskarze, gdzie spędziłem dość długi czas na badaniach terenowych. Opowiadałem o tym, jak drastyczne cięcia w ochronie zdrowia spowodowały wzrost śmiertelności noworodków, oraz głód, choroby i śmierć. „Ale przecież trzeba spłacać swoje długi!”, odparła. Zaintrygowało mnie to, a także zachęciło do zgłębienia sprawy wszechobecności moralnego osądu dotyczącego kwestii długu, zwłaszcza wśród osób, po których można by się było tego najmniej spodziewać.

G: Omawiając w swojej książce koncepcję barteru, nalegasz na stosowanie określenia „mitu barteru”. Co dokładnie przez to rozumiesz?

DG: Wszystkie podręczniki do ekonomii rozpoczynają się następującą fikcyjną, rzekomo historyczną opowieścią: na początku był barter. Okazał się jednak niepraktyczny, ponieważ ludziom trudno było ustalić, czy wymieniane towary są dokładnie tej samej wartości, więc wymyślili pieniądze i walutę jako jednostkę miary wartości. Jednak w antropologii ekonomiczmej nie istnieją żadne dowody, które podtrzymywałyby tę teorię. A właściwie jest odwrotnie: jak dowiedziono, istniało wiele form działalności ekonomicznej, ale nigdzie i nigdy nie był to barter. Jedynym wyjątkiem jest Argentyna lat 90., kraj z ustalonym systemem monetarnym, który uległ poważnemu kryzysowi i to doprowadziło do wprowadzenia barteru. Ale w przeciwieństwie do częstych twierdzeń ekonomistów, nie było to powrotem do barteru. Barter jest właściwie nową praktyką, wynalazkiem, który pojawił się w odpowiedzi na kryzysy monetarne w krajach, gdzie wymiana towarów odbywa się normalnie za pomocą pieniędzy.

Innymi słowy: na początku był nie barter, ale dług. Prymitywna wymiana nie zakładała natychmiastowej wymiany towarów w formie barteru, ale przeciwnie, jedna strona wykładała to, czym druga strona była zainteresowana, a ta z kolei zaciągała dług, który miał być spłacony, gdy wierzyciel znalazł coś, co stanowiłoby dla niego wartość, a czego mógłby żądać w zamian od strony zaciągającej dług. Kiedyś społeczności były blisko połączone, więc taka bezzwłoczna zapłata nie była konieczna. Powstała natomiast skomplikowana i wielowarstwowa sieć długów, która sprzyjała produkcji ekonomicznej i tworzeniu więzi społecznych.

Tak więc, historycznie rzecz biorąc, dług poprzedzał pieniądz. Ten ostatni ma różne źródła, głównie w systemie karnym (niezwykle precyzyjne tabele zawierające rodzaje zadośćuczynienie za konkretne wykroczenia) lub też wynika z kosztów prowadzenia wojny (aby wykarmić armię, co było logistycznie uciążliwe, chłopom wydawano pieniądze, które musieli przyjąć w zamian za żywność). Pieniądze nie wyrosły więc z zapotrzebowania ekonomicznego, ale raczej z potrzeb państwowych lub proto-państwowych.

Przyczyną powstania pieniądza była przemoc państwa, a nie jakaś dobroduszna intencja zapewnienia bezproblemowej wymiany towarów czy też wymogów dobroczynnego handlu. Historia pieniądza przynależy do historii wojen, a nie historii ekonomii.

G: Jak ważne jest rozprawienie się z tym mitem? Na ile poważne są konsekwencje faktu, że ekonomiści wierzą w bajki, którym przeczą dowody z dziedziny antropologii?

DG: Powtórzę jeszcze raz, wynalezienie pieniądza jest ściśle powiązane z potrzebami militarnymi i technologiami wytworzonymi do toczenia wojen. Mit pieniądza wyłaniającego się w odpowiedzi na niedoskonałości wymiany barterowej pozwala wybielić tę niewygodna prawdę, jak również pozwala na legitymizację ekonomii jako rzekomo prezycyjnej nauki, odkrywającej prawa niezależne od konkretnych kontekstów społecznych.

Wiara, że pieniądze istniały przed długiem i były stworzone, aby zaspokajać czysto ekonomiczne potrzeby, nadaje tej „nauce”, jaką jest ekonomia, swoistą czystość. W ten sposób zostaje ona obdarzona prawami, które czynią ją wyjętą z jakiegokolwiek kontekstu, czy to historycznego, czy społecznego. Jest to obecnie dominująca wizja ekonomii w świecie akademickim, Obecny kryzys powinien stanowić dla nas zimny prysznic, jednak tak się nie dzieje.

Próba obalenia tego mitu, lub udowodnienie, że jest to jedynie mit, pokazuje także, że fundamenty, na których powstała ekonomia jako dyscyplina naukowa, są nie tylko kruche, ale także fałszywe, i że cała ta struktura musi zostać ponownie przemyślana.

G: Zaatakowałeś także koncepcję wymiany, czy raczej pomysł, że relacje międzyludzkie mogą być do niej zredukowane?

DG: Nieubłaganie, jeśli ktoś jest święcie przekonamy, że wszystko sprowadza się do wymiany, będzie zawsze naginać rzeczywistość tak, aby pasowała do tych z góry przyjętych założeń. Obsesja ta przybrała gigantyczne rozmiary w latach 60., szczególnie w pracach Claude’a Levi-Straussa. Dowodził on na przykład, że całe ludzkie życie może zostać sprowadzone do trzech wymiarów: języka (wymiana słów), więzi (wymiana kobiet) i ekonomii (wymiana dóbr).

To wyolbrzymienie wybrzmiewa także wyraźnie, gdy słyszmy, że wymiana (a więc także jakaś forma wzajemności) istniała w społeczeństwach średniowiecza pomiędzy chłopami, którzy musieli wykarmić panów i kapłanów, panami, którzy strzegli kler i chłopów, a w końcu także kler, który modlił się za wszystkich. Jeśli to rzeczywiście jest wymianą, jej podstawa jest dość dziwna: czy chłopi mogli odmówić karmienia panów argumentując, że ci nie walczyli wystarczająco dzielnie na wojnie w poprzednim roku? Pojęcia mogą oznaczać cokolwiek chcemy, żeby oznaczały i to właśnie, w mojej opinii, stało się z koncepcją wymiany i wzajemności.

Obsesja związana z ideą wymiany zaprzątała filozofów od czasów oświecenia do Nietzschego i Levi-Straussa, okazała się jednak z gruntu ślepa, gdyż nie pozwoliła nam ujrzeć pewnych faktów i praktyk. Założenie, że wszystkim rządzi koncepcja wymiany i wzajemności, prowadzi do wiary, że dług to prawdziwy rdzeń moralności, jako że jest wynikiem zaburzonej równowagi. A dług, z kolei, jest drastycznym odstępstwem od praw wymiany i wzajemności.

Pojęcie wymiany wymaga rozwikłania w celu zrozumienia kilku praktyk społecznych i ekonomicznych. Dlatego też sugeruję odejście od koncepcji, że wymiana i wzajemność są w centrum ludzkiej aktywności i zastąpienie jej trzema regułami: komunizmu, wymiany i hierarchii. Wydają mi się one bardziej adekwatne do wyjaśnienia złożoności praktyk i organizacji społecznej.

G: Jakbyś podsumował te trzy reguły oraz zasadę, na jakiej działają?

DG: Komunizm, który nie ma oczywiście nic wspólnego ze zdarzeniami z historii XX w., którym się przypisuje związek z nim, opisuje pewną część relacji międzyludzkich ufundowanych na zasadzie „od każdego według możliwości, każdemu według potrzeb”. Jest wiele takich przykładów w historii, także w społeczeństwach uprzemysłowionych. Tak się np. dzieje za każdym razem, gdy pracujemy nad wspólnym projektem. Jeśli jesteś w trakcie naprawiania zepsutej rury i poprosisz kolegę z pracy o podanie klucza francuskiego, ten nigdy nie odpowie ci przecież „a co za to dostanę?”, nawet, jeśli pracujesz dla Goldman Sachs albo Exxon Mobil. Ta zasada ujawnia się także, gdy na ulicy pytasz, czy ktoś ma pożyczyć zapalniczkę. Ta podstawowa forma komunizmu tworzy surowy materiał naszego bycia istotami społecznymi oraz uznania naszej współzależności.

Antropolog Raymond William Firth opisał historię zaczerpniętą z tradycji Maorysów, która w bardzo dobitny sposób ilustruje mój punkt widzenia oraz logikę kryjącą się za podstawowym komunizmem. Nad brzeg morza miał zwyczaj przychodzić pewien pasibrzuch, który drażnił wiejskich rybaków, jako że natarczywie domagał się od nich najlepszej części połowu. Robił to w taki sposób, że rybacy absolutnie nie byli w stanie mu odmówić, godzili się więc i dawali mu to, czego żądał. Aż pewnego dnia miarka się przebrała i postanowili go zgładzić. Innymi słowy, z perspektywy moralnej, łatwiej było zabić pasożyta niż odmówić mu jedzenia, którego żądał. Tak długo, jak osoba prosząca nas o coś nie jest ani wrogiem, ani jej prośby nie są nieracjonalne, zasada podstawowego komunizmu zwycięży bez kalkulacji czy oczekiwania jakiejś formy wzajemności.

W przeciwieństwie do drugiej zasady, zasady wymiany, komunizm właściwie nie obejmuje wzajemności lub równowartości. Oferujemy papierosa nieznajomemu, nie zakładając, że nam go odda, ale, że, gdy zdarzy się tak, że to my będziemy chcieć papierosa, ktoś inny nam go zaoferuje. Wymiana, z drugiej strony, zakłada, że przedmioty nią objęte są podobnej wartości. Zakłada również, że pewna forma wzajemności błędnie została napiętnowana we wszystkich relacjach społecznych. Konkretne przykłady wymiany w nieprawidłowy sposób stały się zasadami praktycznymi. Wymiana handlowa jest z definicji bezosobowa i to jest relatywnie nowe zjawisko. Przynajmniej teoretycznie, ponieważ w praktyce wymagany jest minimalny poziom zaufania. Nawet w najbardziej bezosobowych centrach handlowych od sprzedawców i sprzedawczyń ciągle oczekuje się okazania minimum życzliwości i cierpliwości (nie wspominając już o bazarach na Bliskim Wschodzie).

Jeśli chodzi o zasadę hierarchii, to przeważała ona np. w społeczeństwach średniowiecznych i także została błędnie opisana w kategoriach wymiany. Dzieje się tak, kiedy ludzie dokonujący transakcji oraz towary, które jej podlegają, są innej natury (np. żywność za ochronę). Ta zasada leży u podstaw powstania kast, co znów było mylnie analizowane w kategoriach wymiany i wzajemności.

Nie ulega wątpliwości, że te mechanizmy i zasady nie są całkowicie sztywne i że istnieje między nimi pewna ciągłość. Według tych zasad dług jest czymś niezwykle konkretnym, co wymaga sytuacji, w której żadna ze stron dokonujących wymiany nie czuje się fundamentalnie od siebie różna. Ale tak długo, jak dług nie zostanie spłacony, logika hierarchii zwycięży pomiędzy tymi dwiema stronami. To przejście od sytuacji teoretycznej równowartości do sytuacji hierarchii tworzy jądro długu i tłumaczy, w jaki sposób idea ta zyskała swoje znaczenie moralne.

G: Jak ekonomiści odebrali twoją książkę Co o niej mówili?

DG: Zależy którzy (śmiech). Wiadomo, że ta dyscyplina jest zdominowana przez paradygmat neoliberalny, który obejmuje także założycielskie mity Adama Smitha, jak prymitywny barter. Co najdziwniejsze, mimo rosnącej liczby dowodów z dziedziny antropologii mówiących o tym, że wizja ta jest całkowicie mylna, przeważająca liczba ekonomistów trzyma się tego dominującego wzorca. Zaskakujące jest to, że nie są tak lojalni wobec innych poglądów Smitha, które nie zgadzają się z obecnym kształtem kapitalizmu i stąd są postrzegane jako przestarzałe. Np. radykalna krytyka korporacji przez Smitha jest całkowicie pomijana.

G: Twoja książka kończy się u progu obecnego kryzysu, nie zawiera więc żadnych aktualnych zaleceń. Jeśli jednak zapytałbym cię o wskazówki, to co byś doradzał?

DG: Rozdzielając moralne uzasadnienie, które stanowi sedno koncepcji długu, staram się pokazać, że nie powinien być on traktowany inaczej niż jakikolwiek inny rodzaj obietnicy. Niezrealizowanie przedwyborczych obietnic nigdy nie powstrzymywało polityków przed ubieganiem się o drugą kadencję. W przypadku pożyczki zawsze istnieje element ryzyka, jaki dyskurs dominujący dotyczący koniecznej spłaty długu stara się zręcznie zignorować. Dla państwa natomiast spłata swojego długu nie może dziać się kosztem zdrowia czy bezpieczeństwa żywnościowego swoich obywateli. Jedynie nieusprawiedliwiony i wyjątkowy status moralny prowadzi do takich ekscesów, jakie widziałem na Madagaskarze, czy do postaw prawników-aktywistów niewidzących w tym nic złego.

To właśnie nieusprawiedliwiony status moralny długu skłonił mnie do napisania tej książki. To, co chcę podkreślić w podsumowaniu to fakt, że jest on bezprawny, a w jego imię popełniane są czyny zupełnie niemoralne.

G: Jak łączysz aktywizm z pracą akademicką? Niektórzy z twoich byłych studentów oskarżają Uniwersytet Yale, gdzie uczyłeś, że nie odnowiono z tobą kontraktu z powodu twojego politycznego zaangażowania.

DG: Tak, muszę przyznać, że to była z ich strony spontaniczna mobilizacja. Dla mnie połączenie pracy na uczelni i aktywizmu nie jest zbyt trudne, jeśli tylko pogodzisz się z tym, że nigdy nie będziesz ponownie zatrudniony na uniwersytecie w swoim kraju (śmiech). Poza tym zawsze staram się ściśle rozdzielać te dwie dziedziny w tym, co publikuję. W pismach akademickich w ogóle nie piszę o tym, do czego inspirują mnie moje działania aktywistyczne. Jeśli chodzi o książki czy artykuły odnoszące się do aktywizmu, to zawsze unikam tonu znieważającego lub awangardowego, który mógłby rościć sobie pretensje do jakiejś naukowej wyższości. Jest raczej odwrotnie, staram się dodać wszystko to, co mam najlepszego do zaoferowania w dyskusji nad kwestiami interesującym dla ruchów, w których biorę udział. Robię to na takich samych prawach, jak inni członkowie i członkinie.

Wiesz, jedną z mniej znanych zasług ruchu Occupy, któremu zajęło dużo czasu, aby wypłynąć na powierzchnię, są takie, że okupowanie jakiegoś miejsca przyczynia się do zmiany postrzegania pilnych potrzeb i konieczności codziennego życia. To umożliwia wejście w głębsze i dłuższe dyskusje niż na co dzień, gdzie obowiązuje nakaz efektywności.

G: A jakimi tematami zajmujesz się obecnie?

DG: W tej chwili pracuję nad kwestią nierówności. Jak zwykle, moja perspektywa oparta jest na antropologii i historii. I to prawdopodobnie będzie tematem mojej następnej książki. Istnieją rozmaite mity dotyczące tzw. równości w pewnych wczesnych społeczeństwach, lub sposobu, w jaki powstawały osady, a miasta z nich wyrastające generowały nierówności poprzez specjalizację pracy. Pierwsze tysiąc lat cywilizacji miejskiej w Mezopotamii tworzyło, z tego co wiemy, okres wielkiej równości. Z drugiej strony, są kultury zbieracko-łowieckie, gdzie panowała silna hierarchia.

Oczywiście moją intencją nie jest idealizacja przeszłości, lecz uświadomienie, że spora część tego, co postrzegamy jako oczywiste, nie jest historycznie ugruntowana. Wyzwolenie się z tych mentalnych ograniczeń oznacza uwolnienie nowej utopijnej wizji. Możliwe, że jesteśmy w decydującym momencie w historii naszej cywilizacji. Takim, który dzieje się raz na pięćset lat. Przeżyć ten okres bez utopijnych ideałów byłoby poważnym błędem. W ostatnich dziesięcioleciach dominuje silna tendencja antyutopijna, niektórym każda utopia kojarzy się od razu z gułagiem. Ale to nie utopie są problem, tylko niepohamowana skłonność do narzucania ich innym.

Artykuł Debt, the whole history ukazał się w „Green European Journa”. Przeł. Mateusz Urban.

Jeśli nie zaznaczono inaczej, materiał nie może być powielany bez zgody redakcji.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *