ISSN 2657-9596

Zima przyszła?

Bartłomiej Kozek
02/11/2015

Po tych wyborach wiemy już chyba, że uporczywe powtarzanie tyrad o polskim sukcesie i przemilczanie niekoniecznie miłych faktów nie popłaca. Wiemy też, że w poselskich ławach nie uświadczymy lewicy. Co z tą wiedzą zrobimy?

Po wyborach prezydenckich miałem niezbyt dobre (przynajmniej z szeroko pojętego, progresywnego punktu widzenia) przeczucie. Zacząłem mianowicie obawiać się, że w kolejnym Sejmie za lewicę robić będzie Paweł Kukiz, a za centrum – Ryszard Petru.

Poza faktem, że znany rockman postawił raczej na znoszenie podatków, walkę z pakietem klimatycznym oraz uchodźcami prognoza ta właściwie się sprawdziła. Wyniki październikowych wyborów parlamentarnych zapewniły wprawdzie finansowanie dwóm lewicowym komitetom wyborczym. Gorzej z powyborczym zainteresowaniem medialnym, które niemal na pewno spadnie.

Debata, na której rozbłysła gwiazda Adriana Zandberga z Razem pokazuje, że mimo pokładania wiary w Internet to nie on, ale telewizja nadal w przeważającej mierze kształtuje wyobrażenia masowego elektoratu. Fakt ten będzie miał zatem niebagatelne znaczenie dla przyszłości sceny politycznej.

Co zatem się stało, że obudziliśmy się pod samodzielnymi rządami Prawa i Sprawiedliwości? Czy jest jakiś sposób, by progresywna polityka wróciła do parlamentu?

Nie taki wiek złoty, jakim go malują

Platforma Obywatelska poniosła porażkę. Jeszcze nie tak dawno, gdy Ewa Kopacz wygłaszała w Sejmie swoje expose, wydawało się to niemożliwe. Drobne, ale konkretne zobowiązania – od lepszej infrastruktury nakierowanej na potrzeby osób starszych po wprowadzenie zasady „złotówka za złotówkę” – miały pokazać, że „ciepła woda w kranie” na dobre trafi pod strzechy.

Później jednak nadszedł czas burzy i naporu. Jeden z filarów rządów PO strzałem w kolano załatwił Bronisław Komorowski. Urzędujący do niedawna prezydent postanowił przeprowadzić szeroko zakrojony eksperyment, polegający na sprawdzeniu, jak szybko może roztrwonić społeczne poparcie.

Wyniki były spektakularne – choćby dlatego, że postanowił pobawić się w tradycyjną strategię Platformy, czyli straszenie PiSem.

Jak wiemy z jednej z bajek, usilne wołanie pastuszka twierdzącego, że widzi wilka w pewnym momencie sprawiło, że gdy wilk w końcu przyszedł, pastuszkowi nikt nie dał wiary. Patrząc się na reakcje części mediów widać zresztą, że nie tylko partia Ewy Kopacz nie za bardzo zapamiętała tę lekcję.

Dodajmy do tego gafy, takie jak słynne wezwanie, by siostra pewnego młodzieńca pytającego się, jakim cudem ma ona zdobyć pieniądze na własne mieszkanie „zmieniła pracę”.

Tak proste spojrzenie na rzeczywistość stanie się znakiem firmowym wielomiesięcznej kampanii PO. Polska stawała się w niej niemal krajem mlekiem i miodem płynącym – głównie dzięki (wyciśniętym z brukselki przez Donalda Tuska) funduszom unijnym.

Jakiekolwiek choć odrobinę bardziej zniuansowane spojrzenie, jak choćby wysoki wskaźnik dzieci zagrożonych ubóstwem w Polsce, bywały zbywane. Czasem śmiechem, jak w czasie inauguracyjnego wystąpienia prezydenta Andrzeja Dudy przed parlamentem, czasem zaś aluzjami o szczawiu i mirabelkach.

Tymczasem ogarnięcie rosnących słupków Prawa i Sprawiedliwości czy eksplozji poparcia dla Kukiza wydawało się banalnie proste – wymagało przeprowadzenia prostego eksperymentu myślowego.

Wystarczyło zauważyć, że gdy np. w mniejszych ośrodkach zmienia się na lepsze – powstają nowe drogi, otwarty zostaje nowy aquapark czy rewitalizowane są starówki, a ludzie jak mieli problemy z kiepską, śmieciową pracą czy kolejkami do lekarza, tak je mają, to nie będą mniej, lecz bardziej zirytowani i skorzy do zmiany władzy.

Modernizacja czy przypudrowanie?

PiS na takie nastroje był w stanie – przynajmniej do pewnego stopnia – odpowiedzieć. Wbrew powtarzanemu przez komentatorów i polityków PO do znudzenia zwrotowi „Polska w ruinie” prezentował nieco bardziej zniuansowaną wizję rzeczywistości, połączoną z bardziej klarownym programem zmian.

Porównajmy chociażby (nie wchodząc w rozważania na temat sensowności tego czy innego postulatu) hasło „500 złotych na każde dziecko” z „podatkiem PIT już od 10%” – ten drugi pomysł Platforma musiała tłumaczyć przez jakieś pół tygodnia po swojej konwencji programowej.

PiS sprawnie dodał do puli swych wyborczyń i wyborców osoby do 30. roku życia. Międzypokoleniowy alians, będący efektem skrętu polskiej młodzieży w prawo (lekcje religii i martyrologiczne spojrzenie na historię robią swoje), nie był przede wszystkim efektem tego, że osoby młode nie pamiętały lat 2005-2007.

Ich punktem odniesienia dużo bardziej staje się ich sytuacja na rynku pracy oraz poczucie, że „ciepła woda w kranie” to jednak za mało. Szczególnie, jeśli partia będąca jej orędowniczką nie była w stanie przekonująco wytłumaczyć, dokąd owa woda właściwie płynie.

Andrzej Duda oraz Beata Szydło mieli nie tylko odmłodzić wizerunek partii, ale też otworzyć ją na polityczne centrum. I to zadanie – wbrew pozorom, a nawet i wypowiedziom Jarosława Kaczyńskiego o roznoszących epidemie uchodźcach – było łatwiejsze niż się zdaje.

W sytuacji, w której Kukiz’15 bardzo mocno wsparty został przez środowisko Ruchu Narodowego, a KORWiN niemal wszedł do Sejmu skupiający się na kwestiach ekonomicznych PiS nie musiał robić zbyt wiele, by prezentować się na siłę bardziej umiarkowaną od konkurencji.

Im bardziej Platforma miała problemy z zaprezentowaniem jasnej wizji tego, czego spodziewać się po niej na kolejne 4 lata, tym bardziej straszyła PiSem. Przyjmowało to momentami karykaturalne formy, jak choćby internetowe reklamy, w których adresatami były kreskówkowe, stylizowane na hipsterów postacie. Przekaz? Prosty jak budowa cepa – jeśli nie zagłosujesz wygra PiS.

Nie wiadomo, czy w sztabie PO ktokolwiek pomyślał, że rozczarowani młodzi mogą przerzucić swoje głosy np. na .Nowoczesną (jeśli mają liberalne poglądy gospodarcze) a kto wie, czy nawet nie na swego największego wroga.

Platforma tych wyborów wygrać raczej nie mogła. Mogła liczyć na wyrównany wyścig i mniej lub bardziej szeroki „kordon sanitarny” wokół partii Jarosława Kaczyńskiego. Nie wszystko (np. wynik Zjednoczonej Lewicy) jest jej winą.

Nawet, gdyby zrozumiała powody irytacji na 8 lat jej rządów nie oznacza to, że zaproponowanie przekonującej kontrnarracji byłoby prostą sprawą. Teraz czeka ją trudne zadanie – wymyślenie dość bezideowej formacji władzy na nowo, już bez władzy.

Nie każdy ruch w tę czy inną stronę będzie dla niej prosty. Klapa w forsowaniu związków partnerskich czy długoletnie problemy przy okazji in vitro pokazują, że jej konserwatywne skrzydło poważnie utrudnia strojenie się w szaty formacji światopoglądowego liberalizmu. Miłość do budżetów partycypacyjnych nie przysłania faktu, że sejmowa niszczarka najróżniejszych obywatelskich inicjatyw ustawodawczych pracowała do niedawna pełną parą.

Lewica, lewica, dialog

O ile jednak PO będzie miała problemy, o tyle jakakolwiek pozaparlamentarna formacja lewicowa będzie musiała starać się pięć razy bardziej niż formacja Ewy Kopacz. Platforma będzie mogła mrugać do lewicowego wyborcy, wskazując chociażby na swe pragmatyczne podejście do płacy minimalnej. Media podchwycą jej opinię szybciej, niż kolejne oświadczenia płynące z tego czy innego biura.

Czy tak być musiało? Niekoniecznie. Zjednoczona Lewica mogła zdobyć te 12%, stać się trzecią siłą polityczną i odebrać PiSowi samodzielną większość.

Mogła, ale nie zdobyła. Nie przez Razem, które jak się zdaje potrafiło wytworzyć swój własny elektorat (wystarczy zobaczyć, że największe poparcie według sondażu exit poll zdobyła w grupie osób do 40. roku życia, gdzie do tej pory SLD było dość słabe), ale przez własne przewiny.

Jakie? Znamy oczywiste wytłumaczenie – niepełne wycofanie się Leszka Millera i Janusza Palikota z polityki. Kontrowersje związane z osobami liderów SLD i TR są na tyle znane, że nie ma potrzeby ich w tym miejscu przypominać.

Byłaby to jednak moim zdaniem diagnoza niepełna. Przede wszystkim bowiem zabrakło żaru, przekonania o sensowności projektu oraz spójnego przekazu. W pewnym momencie można było odnieść wrażenie, że na Zjednoczoną Lewicę powinno się zagłosować, bo oferowała większą kiełbasę wyborczą niż inni.

Skoro PO i PiS dawały minimalną płacę godzinową na poziomie 12 złotych, ZL wolało 15. Skoro prawicowa konkurencja nie kwestionowała wzrostu płacy minimalnej, lewicowa koalicja oferowała 2.500 złotych – i tak dalej.

Od samego początku wiadomo było, że wspólny program będzie miał kompromisowy charakter. Sęk w tym, że w trakcie kampanii pojawiały się rozdźwięki w bardzo istotnych tematach, takich jak polityka migracyjna czy energetyczna. Rozdźwięki, które trudno było uznać jedynie za odmienne rozłożenie akcentów.

W efekcie trudno było wspólny start przedstawić w kategoriach innych niż małżeństwo z rozsądku. Tak jakby socjaldemokracja nie miała w Europie dość problemów ze swym zredefiniowaniem po tym, jak „trzecia droga” na dłuższą metę okazała się ślepą uliczką.

Długie tygodnie powyborczych zmian w głównych partiach koalicyjnych – i otwarte kwestionowanie projektu przez część ich polityków – raczej nie ułatwiają rzetelnej analizy błędów i próby korekty kursu. Nie do końca wiemy nawet, czy wkrótce będzie co korygować…

Inny lewicowy gracz – Razem – ma paradoksalnie wcale nie łatwiej.

Dobry wynik, będący efektem jednej, telewizyjnej debaty sprawia, że trudno właściwie zanalizować przyczyny sukcesu i stojące na przyszłość wyzwania. Trudno w takiej sytuacji uznać ok. 3,5% wyborczyń i wyborców za „twardy elektorat”, który na pewno pozostanie przy formacji w kolejnych wyborach.

Tak jak sondażowe badania raczej obalają tezę, jakoby to Razem stać miało za klapą ZL, tak samo – w pewnej mierze – potwierdzają krążące o partii stereotypy. Dobre wyniki wśród młodych, wykształconych z wielkich miast sprawiają, że media mogą tym chętniej przypinać im łatkę oderwanych od realiów hipsterów z Placu Zbawiciela.

Że to łatka niesprawiedliwa? Cóż, problem w tym, że widzimy już, jak silne potrafią być konwencjonalne kanały „czwartej władzy”. Memy okazać się mogą niedostateczną formą komunikacji, a media nie będą raczej miały ochoty za często zapraszać do siebie pozaparlamentarnej opozycji.

To realny problem – dużo bardziej niż pomysły różnej maści komentatorów na pozbycie się z programu „radykalnych haseł” czy wręcz na przejście na pozycje… lewicy światopoglądowej a la Janusz Palikot.

Kampania zimowa

Nie mi radzić tej czy innej formacji, co ma robić. Nie po to człowiek wycofuje się z polityki.

Jeśli jednak cokolwiek może siłom progresywnym pomóc w odbiciu się od dna to odejście od fantazji o nadrzędnym znaczeniu jedności i akceptacja istnienia konkurencji również po lewej stronie. Wyborczyniom i wyborcom nie przeszkadza, że mają wybór między KORWiNem i Kukizem czy między Platformą a .Nowoczesną.

Jeśli jakaś partia powstaje ze sprzeciwu wobec polityki, symbolizowanej przez Leszka Millera to trudno czynić jej zarzuty, że z Millerem nie współpracuje. Z drugiej jednak strony jeśli największą namiętnością „prawdziwej lewicy” staje się utopienie tej „farbowanej”, to z horyzontu znikać zaczynają realne stawki wyborów i ich długofalowe skutki.

A te mogą być różne – i na różne scenariusze powinno się być przygotowanym.

Być może PiS istotnie skupi się na kwestiach ekonomicznych. Wówczas otwartym pozostanie pytanie o jego socjalne obietnice – szczególnie w kontekście niemal pewnej obecności Jarosława Gowina w rządzie. Jeśli jednak istotnie będzie je realizował, to konieczność zaprezentowania spójnych, odmiennych wizji państwa wyjdzie na pierwszy plan.

Możliwy jest jednak również powrót „wojen kulturowych” – szczególnie, jeśli ekipa Beaty Szydło nie będzie sobie radzić z gospodarką albo natknie się na ten czy inny globalny kryzys. Powrót do pomysłów na zaostrzanie ustawy antyaborcyjnej, regulacji dotyczących in vitro czy wojen z „gender” czy „homopropagandą” nie da się wykluczyć.

Wówczas walka może nie być taka prosta. Nawet jeśli Platformie nie uda się przepoczwarzyć w centrową formację praw i wolności obywatelskich (o czym niektórzy już fantazjują) to w Sejmie widoczna będzie – deklaratywnie liberalna również światopoglądowo – .Nowoczesna.

Choć Razem deklaruje, że z kwestiami kulturowymi nie ma problemu otwarte pozostaje pytanie, czy będzie się czuło komfortowo, kiedy zdominują one debatę publiczną.

Jeśli rodzima scena polityczna ma na dłuższą metę przypominać te zachodnie, to istnienie 2-3 silnych formacji na lewo od centrum (najczęściej socjaldemokratów, zielonych oraz socjalistów), obsługujących zróżnicowane elektoraty wydaje się czymś naturalnym.

Oponenci tej wizji lubią w kontrze do niej dawać „równanie Zandberga” – proste sumowanie elektoratów ZL i Razem, które dało 0 mandatów w Sejmie.

Pamiętajmy jednak, że już raz – w 1993 – o głosy konkurowały ze sobą SLD oraz Unia Pracy. Konkurowały – i obie do Sejmu się dostały. W 4 lata później do powtórzenia tego scenariusza nie zabrakło znów tak wiele głosów.

Nie ma co zatem ograniczać swej politycznej wyobraźni – a już szczególnie nie co do tego, na ile progresywnych formacji politycznych polski elektorat miałby być gotowy.

Jeśli nie zaznaczono inaczej, materiał nie może być powielany bez zgody redakcji.

Discover more from Zielone Wiadomości

Subscribe now to keep reading and get access to the full archive.

Continue reading