ISSN 2657-9596

Ideowy zawrót głowy, czyli dlaczego „piątka dla zwierząt” nie miała prawa się udać

Norbert Woźniak
3 listopada 2020
To było do przewidzenia. Projekt Prawa i Sprawiedliwości nazwany z jakiegoś powodu „piątką dla zwierząt” oficjalnie trafia do kosza. Pomijam już fakt, że żadna z „piątki” piątka, ponieważ z przedstawionych przez projektodawcę postulatów nie zostało wiele. Przede wszystkim projekt pokazał, jak słaba, niewiarygodna i nieprofesjonalna jest obecna władza.

Podsumujmy krótko, co zawierał projekt zmiany ustawy o ochronie zwierząt, po poprawkach Senatu. Przede wszystkim utrzymano zakaz hodowli na futra, wydłużono jednak vacatio legis do 2,5 roku. Zakaz uboju rytualnego również miał wejść później, ponadto przestał dotyczyć „drobiu” (nie lubię tego określenia – odejmuje zwierzętom ich podmiotowość i sprowadza do kawałka mięsa). Odpuszczono zupełnie kwestię uwięzi, zostawiając ją na pierwotnie zaproponowanej długości 6-ciu metrów. Udało się zmienić na obiektywne przesłanki wpisania na listę NGOsów prowadzoną przez ministra spraw wewnętrznych. Jednocześnie namieszano do granic możliwości w obszarze schronisk, które ponownie mogłyby być prowadzone przez przedsiębiorców, tyle że przepisy byłyby jeszcze bardziej zagmatwane.

Etyczne rozdwojenie jaźni

Jednak pomimo wydłużenia vacatio legis, mimo zagwarantowanych odszkodowań (choć zaproponowanych w sposób urągający jakimkolwiek standardom legislacji), pozostawienia możliwości trzymania psów na łańcuchach – projekt wycofano.

Nie znalazłem żadnej sensownej argumentacji, która wyjaśniałaby krok poczyniony przez rządzących. Prawdopodobnie Strajk Kobiet, COVID-19, a także tony łajna wyrzucone pod biurami poselskimi i domami polityków PiS-u mają coś z tym wspólnego.

Nie jestem tym jednak zaskoczony. Od samego początku konsekwentnie powtarzałem dwie rzeczy: po pierwsze Prawo i Sprawiedliwość ma w głębokim poważaniu zwierzęta i prezes może kochać kotki, ale nawet jeśli, to raczej jest to miłość warunkowa – zależna od korzyści politycznych.

Po drugie, że ten projekt nie przejdzie, ponieważ nie był dostatecznie zły dla zwierząt, a co za tym idzie, nie był satysfakcjonujący dla rolników i przedsiębiorców.

To nie jest zarzut do rolników. To prosta kalkulacja. Jeżeli bowiem na poważnie chcemy podnieść poziom dobrostanu zwierząt, to siłą rzeczy musimy obniżyć komfort osób, które za ten dobrostan odpowiadają. Rolnicy i przedsiębiorcy zarabiają na zabijaniu zwierząt. Jeśli ograniczamy możliwość ich zabijania, to zabieramy pieniądze z kieszeni hodowców – proste. Podobnie w przypadku wszystkich innych zmian – każdy krok w kierunku wolności zwierząt powoduje ograniczenie wolności ludzi.

A Zjednoczona Prawica to ugrupowanie ultra-katolickie, konserwatywne. Kiedy poseł Suski z mównicy sejmowej argumentował, że projekt ustawy świadczy o „miłości do naszych braci mniejszych” oraz cytował św. Franciszka, byłem już przekonany, że z tego projektu nic nie będzie.

Dlatego zapowiedziany przez ministra rolnictwa nowy projekt ustawy budzi dużo większe wątpliwości. Szczególnie, że nie znamy absolutnie żadnych szczegółów go dotyczących.

Jeśli bowiem wycofano marny jakościowo, ale jednak przełomowy projekt zakazujący najgorszych z możliwych metod zabijania zwierząt, nie zdecydowano się na krok w kierunku polepszenia losu zwierząt w Polsce, to czego można spodziewać się po wersji 2.0?

Odpowiem – niczego. Z bardzo prostego powodu. Nie da się napisać sensownej, kompleksowej ustawy o ochronie zwierząt w miesiąc. To po prostu nie możliwe. A biorąc pod uwagę umiejętności legislacyjne rządzących oraz powyżej wykazane podejście do zwierząt – będzie to kolejny bubel.

Twierdzę tak, ponieważ w mojej ocenie wszystko sprowadza się do podstawowej idei, do pytania – jaki jest nasz stosunek do zwierząt?

Najważniejsza jest idea

Żeby zabrać się za pisanie ustawy (może ktoś z PiS-u przeczyta i się nad tym zastanowi), trzeba przede wszystkim ustalić, jakie wartości chce się w przepisach zawrzeć. To właśnie podstawowy kłopot z „piątką dla zwierząt” – była to nieudana próba zrobienia etycznego szpagatu. W mojej skromnej opinii to główna przyczyna, dla której w tej kadencji Sejmu nie zostanie przyjęty żaden akt poprawiający los zwierząt i to dlatego tak bardzo drażni mnie stosowanie przy okazji „piątki” epatowanie hasłem „prawa zwierząt”. Nie można mówić o ochronie praw zwierząt, jednocześnie negocjując, czy kurom można, czy nie można podrzynać gardeł bez ogłuszania albo czy 6 metrów łańcucha można uznać za komfortowe dla psa. Tak się nie da.

Z drugiej strony nie sposób zapomnieć o rolnikach, którzy faktycznie żyją z hodowli zwierząt. Większość z nich prawdopodobnie naprawdę dba o zwierzęta, nie prowadzi swojego gospodarstwa w sposób przemysłowy, nastawiony wyłącznie na zysk, bez poszanowania komfortu zwierząt. Trzeba wskazywać alternatywy, rozwiązania, propozycje, a także oferować pomoc w realizacji zmiany w przedsiębiorstwie.

Czy zatem stworzenie takiego projektu ustawy jest w ogóle możliwe?

Oczywiście, że tak. Tylko że potrzeba na to miesięcy, lat. Już tłumaczę, dlaczego.

Najpierw idea. Nie idźmy aż tak daleko, by wprowadzać prawa zwierząt rozumiane jako podmiotowe prawa podobne do ludzkich. Załóżmy zatem na potrzebny tego artykułu, że zwierzę traktujemy tak, jak dzisiaj – jako istotę czującą, myślącą, jako jednostkę – pod względem cech psychicznych i fizycznych zindywidualizowaną. Stosujemy także zasadę dereifikacji, czyli prawnego wyłączenia z kategorii rzeczy – a zatem podkreślamy, że zwierzę nie jest rzeczą i za każdym razem, gdy rozważamy możliwość zastosowania jakiegoś przepisu prawa, to musimy pamiętać o szczególnym statusie zwierzęcia.

Istotne, by powyższe traktować serio.

Obszarów, które wymagają zmiany lub uregulowania, jest mnóstwo. To m.in:

– zakaz hodowli na futra,

– zakaz hodowli klatkowej,

– ograniczenie hodowli przemysłowych,

– zakaz uboju rytualnego,

– zakaz transportu żywych zwierząt na rzeź,

– zakaz organizowania cyrków ze zwierzętami,

– powołanie Rzecznika Ochrony Zwierząt,

– uregulowanie kwestii współpracy pomiędzy organizacjami społecznymi, a państwem,

– usprawnienie/dofinansowanie lub zamknięcie niewydolnej dzisiaj Inspekcji Weterynaryjnej,

– zakaz myślistwa rekreacyjnego,

– uregulowanie sytuacji schronisk dla zwierząt,

– uregulowanie statusu zwierząt egzotycznych,

– uregulowanie ratownictwa weterynaryjnego,

– wprowadzenie powszechnego, obowiązkowego i systemowego chipowania zwierząt domowych,

– uregulowanie obowiązku leczenia zwierząt,

– uregulowanie kwestii spadkowych, rodzinnych, sytuacji zwierzęcia po jego śmierci,

i wiele, wiele innych.

Dużo, prawda?

Każde z wymienionych obszarów wymaga refleksji na kilku poziomach. Sam pomysł to za mało. Należy przedyskutować go z zainteresowanymi stronami. Na przykład, jeśli zdecydujemy się zająć schroniskami, to wypada zapytać najpierw specjalistów (biologów, weterynarzy, behawiorystów), jakie warunki dla zwierząt w schronisku byłyby chociaż minimalne, a jakie optymalne. Następnie trzeba przeanalizować sytuację finansową państwa, samorządów, instytucji państwowych. Zaprosić w końcu do dyskusji ludzi schroniska prowadzących,  a także organizacje społeczne. Wnioski z tych dyskusji trzeba przemyśleć i zdecydować się na konkretny wariant, a ten przeobrazić dopiero w przepisy, które muszą być spójne z całym systemem. Może się bowiem zdarzyć tak, że wprowadzenie jednego pomysłu w życie będzie wykluczać lub dezorganizować zmiany w innym obszarze.

Dokładnie taki problem ze schroniskami powstał w przypadku „piątki dla zwierząt”. Ktoś uznał, że prywatni przedsiębiorcy są źli, więc zmieniając jeden przepis zrzucono obowiązek prowadzenia schronisk bezpośrednio na gminy. Nikt jednak nie zająknął się o jakimkolwiek dofinansowaniu tejże zmiany, dodatkowo skonstruowano przepis tak, że w przyszłym roku powstałoby 3500 schronisk w całej Polsce przy jednoczesnej likwidacji wszystkich prywatnych podmiotów, często małych azylów cieszących się dobrą opinią. Senat to zauważył, więc… przywrócił możliwość prowadzenia schronisk przez przedsiębiorców, ale wprowadzając zupełnie nowe przepisy, co spowodowało zupełny bałagan w tekście ustawy, a bez żadnego efektu.

To tylko jeden, krótki przykład. A, jak wskazałem powyżej, obszarów do zmiany jest cała lista. Dlatego zbudowanie systemu ochrony zwierząt, nawet bez nadawania im praw, to praca wymagająca czasu, profesjonalizmu i cierpliwości.

Oczywiście są takie kwestie, które można wprowadzić szybko – moratorium na polowania na ptaki to doskonały przykład. Ale jeśli na poważnie chcemy chronić zwierzęta, to nie ma innego wyjścia, jak konsekwentnie pracować.

Kluczem jest profesjonalizm

Rada Programowa ds. ochrony zwierząt Partii Zieloni, której mam zaszczyt przewodniczyć, tak właśnie postępuje. Naszą ambicją jest napisanie nowego prawa dla zwierząt – prawa, które bierze pod uwagę postęp nauki o zwierzętach, ich naturę, potrzeby. Jednocześnie takiego, które nie traktuje rolników i opiekunów zwierząt w sposób lekceważący, a bierze pod uwagę ich interesy i proponuje alternatywy, progresywne rozwiązania. Spotykamy się z organizacjami społecznymi, by porozmawiać o ich doświadczeniach. Analizujemy stosy statystyk, raportów. I kiedy przedstawimy nasz projekt, to będziemy mieć pewność, że to profesjonalny akt, który wprowadza realne zmiany.

 

Kluczem do skutecznej ochrony zwierząt w Polsce są stosunek do zwierząt oraz profesjonalizm w działaniu. Dlatego Prawo i Sprawiedliwość przegrało na „piątce dla zwierząt” podwójnie. Próbując zrobić szpagat, połamało sobie nogi.

 

Jeśli nie zaznaczono inaczej, materiał nie może być powielany bez zgody redakcji.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.