ISSN 2657-9596

Twórzmy więzi

Wika Szmyt , Przemysław Wiśniewski
07/03/2014

Wokół jest wielki potencjał do porozumienia, tylko trzeba być na nie otwartym. Na wspólne spędzanie czasu, na komunikację. Więzi nam się rozrywają i musimy je inaczej budować. Musimy się je starać tworzyć świadomie. Z najstarszą polską didżejką, 75-letnią Wiką Szmyt, rozmawia Przemysław Wiśniewski.

Przemysław Wiśniewski: Przez kilkadziesiąt lat pracowałaś w zakładzie opiekuńczym dla chłopców. Ciężka praca?

Wika Szmyt: Pracowałam w zakładzie o zaostrzonym rygorze. Męskim zakładzie. Na dzień dobry usłyszałam „Daję pani dwa tygodnie. Nie sprawdzi się pani, to wylot”. Nie wierzyli w kobietę w takim miejscu. No, ale wytrzymałam te dwa tygodnie i zostałam na wiele lat.

PW: Co ciebie skłaniało do tej pracy? Nie skończyłaś resocjalizacji tylko pedagogikę. Na początku swojej aktywności zawodowej uczyłaś polskiego…

WS: Ja jestem takim typem, że lubię nowe rzeczy, wyzwania, które mnie trzymają w ryzach i nakręcają do działania. A wtedy jeszcze chciałam przełamać coś w sobie, bo byłam osobą delikatną, wrażliwą, nieśmiałą. Tak mi to dobrze poszło, że zostałam w końcu kierownikiem tego zakładu.

PW: Zdarzyły się jakieś nieprzyjemne sytuacje przez te wszystkie lata z dzieciakami „po przejściach”?

WS: Na samym początku zaczęłam do zakładu sprowadzać zwierzęta żeby chłopaków w ogóle uwrażliwić, ale oni na początku mordowali je… Rozrywali koty, topili gołębie w smole i podpalali. Po jakimś czasie to się skończyło i zakład stał się niemal schroniskiem dla bezdomnych zwierząt. Chłopcy zobaczyli ich cierpienie, przygarnęli. Po prostu mieli w sobie jakiś pokład tej elementarnej wrażliwości, dobroci. Po jakimś czasie każdy chciał kota mieć w pokoju.

Ale ciężko im szły kontakty ze mną czy z innymi osobami. Czasami już byłam na granicy, bliska rozłożeniu rąk. Kiedy pojechałam nawet z nimi – z dwunastoma chłopakami – nad morze. Sama. Przyjęłam takiego jednego, który był nieznany mi, nowy w zakładzie. W trakcie wyjazdu rzucił we mnie nożem. Ale jeden chłopak mnie przewrócił, nóż trafił w drzewo.

W czasie takich wyjazdów zdarzały się, niestety, rzeczy nieprzyjemne dla innych. Pewnego dnia budzę się rano i za chwilę zjawia się milicja. Chłopcy w nocy obrobili kiosk i monopol. To nie była łatwa resocjalizacja, jak na filmach. To była ciężka przeprawa. I nie było przebacz setny raz. Za błędy się płaciło. Ja wybaczałam tylko raz. Zasady były jasne i większość starała się ich nie przekraczać. Kobieca wrażliwość i metody, ale zasady, jakie znali ci chłopcy. Męskie.

PW: W którym roku skończyłaś pracę zawodową?

WS: W osiemdziesiątym szóstym. Mąż był dyplomatą, wyjechałam z nim do Niemiec i Szwajcarii. Potem wróciłam. Jeszcze przepracowałam rok, ale już nie jako dyrektor. Potem poszłam na emeryturę, ale i z niej wróciłam.

PW: Ale nie od razu jeszcze zaczęłaś grać?

WS: Nie od razu. Poszłam na emeryturę, bo myślałam sobie o działce, o odpoczynku, takiej potrzebie wypracowywania sobie drobnych radości. Ale ile można siedzieć w ogródku? Znudziło mi się po dwóch latach.

PW: I co się stało jak już się znudziłaś życiem emerytki?

WS: Ludzie mi mówili: „Wika, ty na emeryturze? Poetka, artystka, słuchaj, byś seniorom pomogła”. No i wmawiają mi, żebym ja poszła do jakiegoś Klubu Seniora, pomogła im coś zrobić. No i poszłam do Klubu Seniora na Baśniowej. I zaczęłam tam pracować. Założyłam zespół poetycki, założyłam kabaret. No i z tym kabaretem za rok pojechałam na przegląd ogólnopolski.

PW: Jak Wam poszło?

WS: Dostałam pierwsze miejsce. Ale nie bardzo mi się tam podobało, bo klub był w piwnicy, bez sceny. Jak dla seniora to wiadomo, że byle jak i nikt nie widzi… I akurat we Włochach, na Okęciu taki jeden klub się otwierał i potrzebowali kierownika. I założyłam ten klub i zrobiłam z niego jedno z lepszych miejsc w Warszawie. Była tam piękna sala, no więc trzeba było tam robić zabawy. Zaprosiłam raz DJ-a, ale szefostwo Domu Kultury, pod który podlegaliśmy, mówi: „Oj, Pani Wiko, no Pani by chciała od razu zabawy, to kosztuje… Pani sama gra!”. I zaczęłam puszczać muzykę. Najpierw z magnetofonu.

PW: Jak szło z tym klubem?

WS: Prowadziłam go pięć lat, przyjeżdżała telewizja, robiła wywiady. Zaczęliśmy rozkręcać Uniwersytet Trzeciego Wieku. Zapraszałam polityków, zapraszałam lekarzy, kościoły z religii chrześcijańskich i niechrześcijańskich. Był pop, był rabin, chodziliśmy na wycieczki do synagogi, byliśmy u Jehowych w Soborze. Miałam duże białe ściany, wiec organizowałam wystawy. Amatorskie wystawy artystów plastyków. Zadzwoniłam do Związku Artystów Plastyków, zaproponowałam im wystawy.

PW: Czyli w tamtym czasie stawałaś się animatorką kultury?

WS: I powiem, że trochę podpadłam Domowi Kultury, bo mnie szefostwo zawołało o oznajmiło „Pani nie może być lepsza od domu kultury! Pani taką działalność szeroką ma, telewizja przychodzi”. Sami nie mieli pomysłu, sztywne to wszystko było. Tzw. kultura instytucjonalna. Musiałam odejść z tego miejsca z tego względu, że zmieniły się władze i gorsze czasy nastały. Przyszedł PiS i nasza dyrektorka, poprosiła mnie. Mówi: „Wszystkim pani dyryguje, czy może pani seniorów sobie zostawić, a oddać młodzież?”. Zrobiła tak, bo jednego pana zwolnili z pracy, a on miał dzieci dwoje. I się zgodziłam.

PW: W głosie czuję zbliżający się dramat…

WS: Dramat może nie, ale po trzech miesiącach już mnie tam nie było. Tego pana nie szanowali, do mnie mówili „pani kierowniczko”. Zaczął się dogryzane mi, nawet zabieranie kluczy od pomieszczeń, z których korzystałam. Wielu seniorów to odczuwa, jak się ich chce wygryźć z miejsca pracy. W każdym razie odeszłam, a po mnie odeszli wszyscy inni pracownicy. Klub po dwóch latach już nie istniał. A ja zaczęłam współpracować z jedną z fundacji i razem rozkręcaliśmy imprezy. Początkowo tylko po to, żeby zarobić na ambitniejsze projekty, ale potem to już było samoistne i po prostu fajne. Tak narodziły się taneczne imprezy w Bolku na Polach Mokotowskich. Prowadzę je do dziś.

PW: Jako DJ Wika, najstarsza polska didżejka. Czujesz się również ambasadorką seniorów i seniorek? Osobą, która pokazuje innym, że osoby starsze są uczestnikami kultury, funkcjonują społecznie poza stereotypami?

WS: Nie miałam ambicji, żeby jakoś reprezentować swoją grupę pokoleniową. No, ale jak się stałam jakoś ciekawa dla mediów, bo w środowisku seniorów już wszyscy o mnie wiedzieli, to zaczęłam to wykorzystywać, żeby w blasku fleszy było coś więcej niż ja. Tak trzeba wykorzystywać popularność. Nie jak ci starzy politycy, który tylko o sobie mówią, resztę mają gdzieś, nie wykorzystują siły przebicia, jaką dysponują.

PW: Kiedy się zaczyna starość tak naprawdę? Seniorzy z którymi pracuję bardzo różnie do tego podchodzą. Znam osoby 75-letnie, którym samo słowo „senior” ubliża. Inni jeszcze w czasie aktywności zawodowej mówią, że już im prędko do kapci i „dziadkowania”. Potrzebne nam w ogóle definicje, bariery? System społeczny wymusza ich istnienie…

WS: Starość zaczyna się w psychice przede wszystkim. Jeżeli chorujemy, nie ma takich cudów, żeby zatrzymać młodość. Nie ma! Oczywiście robią operacje plastyczne, robią wszystko, ale co z tego, jeśli staro myślisz? Starość tkwi w stereotypach. Ja nie tkwię w stereotypach. Dla mnie stereotypy są w ogóle wszelkimi wrogami. Zwyczaj, który porządkuje życie, jest OK. Ale nie stereotyp, bo on podsuwa złe sposoby na życie. Senior nie musi być w kościele albo na cmentarzu.

PW: Media nam utrwalają pewne modele bycia seniorem? Ja w nich widzę radykalne opozycje, z jednej strony seniorów biednych i narzekających, pokazywanych często nie po to, by nawet wzbudzić empatię. Część moich znajomych widzi w nich ludzi nieodpowiedzialnych, którzy dbali o wszystko, tylko nie o siebie, i dziś są sami i źli. Nie ścigali się wystarczająco o zasoby dla siebie i można ich z tego powodu mieć gdzieś. Inny model to senior radosny, nadaktywny, kolorowy, też raczej budzący obojętność, bo jednak egzotyczny.

WS: I jeszcze ten senior roszczeniowy.

PW: No właśnie, roszczeniowy, pasożytujący wręcz.

WS: Wokół nas każdy starszy człowiek będzie roszczeniowy, ale dlatego, że człowiek stary potrzebuje tak samo ciepła, serdeczności i uwagi jak inni. Ale według mnie trzeba też zrozumieć, że tej uwagi i ciepła w pewnym momencie jest jednak mniej. Albo przynajmniej niektórzy dostają tego mniej od rodzin. I jeżeli człowiek tego nie rozumie, nie umie sobie wytłumaczyć… Nie tylko rodzina jest ważna. Ja np. mimo, że nie mogę nieraz posmarować kromki chleba rano, bo mam zapalenie nadgarstka, to jednak nie dzwonię do syna, żeby mi pomógł. Nie mogę nasmarować chleba, to poczekam, aż mnie przestanie boleć i po prostu zrobię sobie płatki w międzyczasie. Każdy ma własne życie. Każdy musi sobie radzić, godzić się z upływającym czasem. Ale i wchodzić w różne relacje, które pomagają mu przetrwać.

PW: Potrafisz znakomicie sprowokować wspólne przebywanie seniorów i osób młodszych. Masz talent do łączenia ludzi? Czy wystarczy skoczna nuta, by różne osoby chciały widzieć w sobie wspólnotę?

WS: Wystarczy nuta i trochę piwa (śmiech).

PW: A na poważnie?

WS: Wokół jest wielki potencjał do porozumienia, tylko trzeba być na nie otwartym. Na wspólne spędzanie czasu, na komunikację. Nie każdy to ma, a inni muszą wypracować. Szkoła nas chyba tego dobrze nie uczy. Kiedyś była taka zależność, że mieszkały dzieci z rodzicami. Wiadomo, że to gospodarstwo, czy tam to bogactwo przechodziło na dzieci; była taka zależność, że rodzice będą z nami, jak sami będziemy mieli dzieci. A teraz dzieci wyjeżdżają, kończą studia, żyją po swojemu. Nie odpowiada im styl życia rodziców, bo przeczytali inaczej, zobaczyli inaczej, bo są inaczej wychowani, bo są wyedukowani, a rodzice nie byli. Więzi nam się rozrywają i musimy je inaczej budować. Musimy się je starać tworzyć świadomie. Nie ma takiego prawa naturalnego, które by nas wzajemnie sklejało.

PW: Przyświeca Ci idea. by angażować tych roztańczonych seniorów do działalności społecznej? Badania pokazują, że zaledwie co piąty robi coś na rzecz lokalnej społeczności czy grupy pokoleniowej.

WS: Tego chyba się nie da przewidzieć, nie można prognozować, co kto zrobi. Każda wspólna sprawa jakoś tworzy wyjście do dalszej pracy. Od zabawy też można zacząć.

PW: Jakby Cię zaproszono do Rady Seniorów, tobyś się zgodziła?

WS: Najgorzej byłoby dać głos seniorom wszystkim, bo wtedy ładu nie będzie (śmiech). Jak ja jeżdżę z nimi na wczasy, to trudna jest grupa społeczna. Są mądrale, są wojskowi, niejeden to cicha woda, a potem awantury robi. To nie jest grupa jednolita i wcale nie jest skora, żeby zasady równości uskuteczniać. Partner trudny, ale rozmawiać trzeba. Ja mam inne sprawy, ale Rada chyba by się przydała.

PW: Co jest największą barierą uczestnictwa seniorów w życiu społecznym? Wiele jest osób, które by chciały „wyciągać seniorów z domu”, aktywizować na różne sposoby…

WS: Wystarczyłoby zlikwidować bariery finansowe uczestnictwa w kulturze. Wszędzie się płaci grube pieniądze, zniżki są rzadkie i małe. Legitymacja seniora powinna być i uprawniać do dużych upustów albo darmowych wejść wręcz. Kino, teatr, to jest 20 zł minimum. Muzeum to jest 5 zł najmniej. Jak ja prowadzę zabawę, na której lokal też musi zarobić, to zabawa kosztuje 12 zł wstęp, a piwo 6 zł. I są seniorzy, którzy mogą przyjść tylko raz w tygodniu, albo raz w miesiącu, a chcieliby częściej, bo się dobrze bawią, a ich znajomi mogą sobie pozwolić bywać częściej. Więc nie chodzą, nie spotykają się z tymi znajomymi.

W kinach powinny być pokazy dla seniorów, nawet tych starszych rzeczy, które zaraz będą w telewizji i na których kino już nie zarobi. A senior promocyjnie zapłaci, bo jemu chodzi przede wszystkim, żeby wyjść z domu i się spotkać. Już nie mówiąc o tym, że seniorzy nie kupują prasy. Jak wyrzucam stare gazety, to zaraz znikają. Nie mogłyby te kluby seniora dostawać wczorajszych gazet niesprzedanych, których senior za normalną cenę nie kupi?

PW: Jesteś rozpoznawalna, lubiana. Twoje koleżanki i koledzy czują się szanowani?

WS: Są i byli nieszanowani. Starość jest nieciekawa dla większości, najlepiej ją zakryć. Poza tym, seniorzy są nieproduktywni, tylko na nich się płaci. Najlepiej napuścić ich na czerwone światło i przejechać busem. Widziałam jak młodzież zaatakowała na Facebooku, że jeżdżą stare baby z torbami, śmierdzące, tylko tam i z powrotem w tym czasie, kiedy młodzi idą do pracy. I całe tramwaje, wszystko zanurzone tymi grubymi starymi babami z tymi torbami, wózkami. Ale nie zdają sobie ci młodzi sprawy z tego, że te stare baby z wózkami to jadą po to, żeby tym młodym zrobić obiad.

PW: Chciałbym widzieć w telewizji różne obrazy starzenia się i osób starszych. Myślisz, że jest na to szansa? Żeby nie idealizować, nie upraszczać, pokazać po prostu. Od bycia w polu widzenia zaczyna się zmiana w tym, który patrzy.

WS: Nie podoba mi się ten program pani Kwaśniewskiej „Przybliżenie starości”. Dla mnie byłby taki program potrzebny w telewizji na te czasy „Między nami seniorami” ewentualnie „Senior zaprasza”. I wtedy pokazujmy, jaka może być nasza rola na emeryturze. Seniorzy są różni i mają wybór.. Mam też takie znajome, które wstają o siódmej rano i spotykają się – dajmy na to – na dworcu i jadą do wsi, gdzieś tam, za Warszawę. I trafią, idą w las. Śnieg, nie śnieg – idą. Tak pięć, sześć kilometrów. Zatrzymują się przy jakiejś knajpie, co mają w pobliżu, termosy wyciągają, tam sobie popiją herbatkę, kanapeczkę, wsiadają potem znowu w pociąg, wracają do domu. Pokazać ich, wariatów jednych. Pokazać seniorów oczywiście tańczących, pokazać zespoły seniorów, pasjonatów. Radio i telewizja nie interesują się tym, pokażą czasem jako ciekawostkę, „z kamerą wśród zwierząt”. Nie interesuje mnie, że pani Rozenek ma pięć botoksów. Interesuje mnie i ludzi, jak ludzie obok żyją. Jak na przykład żyje senior na wsi. Jeszcze pod strzechą, czy coś się zmieniło?

PW: Dużo się zmieniło.

WS: Ja wiem, ale niektórzy nie wiedzą. Potrzeba inspiracji. Zawsze się znajdzie taka kobieta, która coś tam zrobi, jak zobaczy przykład. Jeśli ludzie się spotykają, to więcej o sobie wiedzą i wtedy jest pewna wymiana – „a co tam u niej, u tego”.

PW: Byłaś ze mną w niewielkiej mazowieckiej gminie Drobin. Tam już są przykłady fajnych działań, są ludzie z pasją. W jaki większości miast i miasteczek brakowało przyjaznego miejsca albo raczej animatora, swoistego wariata-pasjonata. Dopiero jak tacy odważni i nieszablonowi ludzie się pojawili, to się znalazło miejsce, pieniądze, oferta. Chyba takich ludzi powinny inspirować do działania właśnie media.

WS: Na tym polega społeczeństwo, że ktoś musi być do przodu i ten ktoś pociąga za sobą resztę. Muszą być przykłady w obiegu, wzorce działania. Wtedy się pojawia inicjatywa i ktoś wszystko zaczyna, a ludzie chętnie przyjdą, potańczą, pośmieją się, pobawią, bo jest to integracja. I wtedy jest zaczyn czegoś więcej. Prosta sprawa dla mnie.

Jeśli nie zaznaczono inaczej, materiał nie może być powielany bez zgody redakcji.

Discover more from Zielone Wiadomości

Subscribe now to keep reading and get access to the full archive.

Continue reading