Czas Apokalipsy

Marek Nowak
16 października 2016

Kiedy w mediach pojawiła się wiadomość, że Wojciech Smarzowski postanowił nakręcić „Wołyń”, głównym moim uczuciem była obawa.

Owszem, twórca „Domu złego” i „Róży” jest z pewnością jednym z najoryginalniejszych i najciekawszych polskich reżyserów, ale jest też artystą bardzo mało subtelnym. W połączeniu z trudnym tematem czystki etnicznej, jaka dokonała się na Polakach mieszkających na Kresach Wschodnich w 1943 r., budziło to moje niemałe obawy.

Po obejrzeniu filmu mogę powiedzieć, że na szczęście się nie sprawdziły. To nie tylko najlepszy obraz w dorobku Smarzowskiego, ale też jeden z najważniejszych polskich filmów po 1989 roku.

Wsi spokojna, wsi wesoła

Film otwiera długa, blisko półgodzinna scena polsko-ukraińskiego wesela Heleny i Wasyla, podczas której poznajemy większość bohaterów.

Obraz Kresów daleki jest od idyllicznej wizji pokojowo współistniejących ze sobą narodów. W tej wielokulturowej mozaice odmienne tradycje, wierzenia, języki i interesy nie żyją ze sobą, lecz obok siebie. W małych społecznościach „rytuały przejścia” pełnią funkcję cementującą i celebrującą wspólnotę. Tymczasem ślub Polki i Ukraińca jest jedynie manifestacją podziałów klasowych i etnicznych, a oglądane na ekranie tradycyjne weselne obrzędy, przestając spełniać swoją społeczną funkcję, szybko zamieniają się w zwykłą farsę.

Polacy uważają Ukraińców za naród im poddany, a Ukraińcy, mając dość swojej sytuacji ekonomicznej i symbolicznej, marzą o „nadejściu Hitlera”.

Nie da się zbudować wspólnoty, gdy tak wiele osób jest z niej wyłączonych lub istnieje w niej na podrzędnych prawach – zdaje się mówić Smarzowski.

Nadciągająca apokalipsa jest tylko kwestią czasu. Widzimy ją w stopniowo rozkręcającej się morderczej machinie propagandy i coraz bardziej widocznej atmosferze pogromowej.

Często zmieniające się na tych ziemiach porządki władzy, z których każda nowa zarządza przy pomocy strachu i przemocy (Sowieci organizują wywózki tej części społeczeństwa, którą uznają za wrogą, Niemcy mordują ludność żydowskiego pochodzenia), dodatkowo wzmacniają poczucie niepewności i tymczasowości.

Wędrówka przez piekło

W filmie Smarzowskiego będziemy obserwować wydarzenia wspólnie z Zosią Głowacką (znakomita Michalina Łabacz), młodą dziewczyną zakochaną w ukraińskim chłopaku. Rodzice nie godzą się na ten związek, wydając ją za dużo starszego od niej, zamożnego Polaka, Macieja Skibę (Arkadiusz Jakubik). Kiedy nadejdzie czas szalejącej śmierci, Zosia będzie musiała uciekać wraz z dzieckiem, by ocaleć.

Wbrew moim obawom nie ma w filmie epatowania okrucieństwem i typowej dla współczesnego kina pornografii przemocy. Owszem, Smarzowski nie kokietuje nas obrazem, nie chce się podobać i nie oszczędza nikogo, łącznie z widzem. Jednak w jego obrazie nie ma fascynacji przemocą, jest raczej chłodny dokumentalizm.

Pokazuje zbrodnie tak, jak one wyglądały. Bez upajania się nimi, ale też bez łatwej artystycznej autocenzury.

Czas zemsty

„Wołyń” – to także świetne studium nacjonalizmu. Twórca „Róży”, jak mało który reżyser w Polsce, świetnie pokazuje korzenie nacjonalizmu. Jego obraz uczy nas, że nacjonalizm bierze się zawsze z poczucia krzywdy – nieprzepracowanej traumy oraz poczucia nieistotności i braku sprawczości (politycznej, obywatelskiej). Nie wynika z braku wykształcenia czy też innego typu braków kompetencji kulturowych.

Nacjonalizm nie jest chorobą rozumu, lecz jest chorobą duszy.

Ta choroba, która kaleczy duszę i niszczy człowieczeństwo, zawsze jest pochodną innych procesów. By ją zwalczyć, musimy zmierzyć się z tymi procesami. Na Kresach, w 1943 roku, doprowadziły do erupcji nacjonalizmu, który stał się siłą konstytuującą ludobójcze społeczeństwo obywatelskie.

Obyśmy zrozumieli…

Gdy dziś widzimy odradzający się w Europie nacjonalizm i słyszymy (na szczęście już byłego) księdza Jacka Międlara nawołującego do nienawiści i próbującego pożenić uniwersalną religię, jaką jest chrześcijaństwo, z nacjonalizmem, powinniśmy czuć niepokój.

Ten niepokój rozumiem. Zupełnie nie rozumiem za to lęku, jaki, w związku z odbiorem filmu w Polsce odczuwa część naszych środowisk liberalnych i lewicowych.

Nie akceptuję też płynącej z intelektualnie grafomańskich tekstów tezy o tym, że poruszanie kwestii Wołynia konfliktuje nas z Ukrainą i wzmacnia nacjonalizm. Zakładanie, że tylko inteligencja będzie w stanie dostrzec w filmie krytyczne wątki, podczas gdy szerokie masy widzów skazane są na spłycony odbiór, to przejaw feudalnego paternalizmu od którego osoby, aspirujące do analizy stosunków etnicznych na Wołyniu „w szerszym historycznym kontekście” powinny chyba być wolne.

Jakub Majmurek w swojej bardzo dobrej recenzji „Wołynia” zamieszczonej na łamach „Krytyki Politycznej pyta: „Kto zawłaszczy Wołyń?”. W tekście wyraża obawy, czy film „nie zostanie zawłaszczony przez wojny pamięci prowadzone przez nacjonalizmy, przed którymi przestrzega”.

Obraz, co jest już teraz widoczne, różni ludzie odczytują na różne sposoby – to pewien fakt społeczny, na który nie mamy wpływu. Jednak to, jak podejdziemy do tego zjawiska, zależy od już nas.

Jeśli oddamy dyskusję walkowerem, to „ zawłaszczą Wołyń” ci, którzy nie popełnią tego błędu.

Ten, kto go pierwszy opowie w przekonujący sposób – da mu „drugie pozaekranowe życie” – ten wyznaczy kierunek tej dyskusji. Jeśli będą to nacjonaliści, to będzie to nasza wina. Największym naszym sojusznikiem w tej dyskusji jest sam film – poruszający i do bólu uczciwy. To bardzo potrzebne dzieło, które powstało w idealnym momencie. Przestrzega nas przed złem przeszłości powracającym w teraźniejszości.

Czy będziemy potrafili to wykorzystać? Nie wiem.

Wiem, że musimy spróbować – nie tylko w trosce o naszą przyszłość, ale także w imię pamięci o ofiarach Wołynia i w imię pamięci o wszystkich ofiarach nacjonalizmu.

Jeśli nie zaznaczono inaczej, materiał nie może być powielany bez zgody redakcji.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *