ISSN 2657-9596
Fot. Alexas Fotos/Pixabay

Problem przemocy a strach przed Konwencją Stambulską

Marta Pabian , Sylwia Spurek
25 marca 2021
Marta Pabian rozmawia z Sylwią Spurek, która obserwuje kwestie praw kobiet z perspektywy Brukseli, a wcześniej zajmowała się nimi na co dzień, w swojej działalności społecznej i zawodowej. Sylwia Spurek, jedyna zielona polska przedstawicielka w Parlamencie Europejskim mówi o zasadzie równości, przemocy wobec kobiet oraz tłumaczy, dlaczego tak ważna jest Konwencja Stambulska.
Marta Pabian: Oglądałam ostatnio serial „Mrs. America” o walce amerykańskich kobiet o przegłosowanie poprawki dotyczącej równości praw (Equal Right Amendment) z 1972 roku. W Stanach Zjednoczonych do dzisiaj nie udało się jej przegłosować, a co za tym idzie – wprowadzić do systemu prawnego, pomimo dużego wsparcia ruchów feministycznych. Rzecz się dzieje w latach siedemdziesiątych, a mam wrażenie, ze niewiele się zmieniło. Dlaczego, Pani zdaniem, walka o podstawowe prawa kobiet, prawa człowieka, nawet w krajach najbardziej rozwiniętych jest taka ciężka?

Sylwia Spurek: Bo niektórym to jest na rękę. Niektórym, niestety, jest na rękę, żeby kobiety nie miały równych szans. Niektórzy z kolei nie uświadamiają sobie uprzywilejowanej sytuacji, w jakiej się znaleźli. A jeszcze inni nie mają ochoty na zmianę sytuacji. Oczywiście, są też mężczyźni, którzy stoją po stronie kobiet nie tylko nazywając siebie feministami, ale podejmując działania na rzecz kobiet, praw reprodukcyjnych i przeciwko przemocy. Ważne jest, żeby mężczyźni byli z nami, byli naszymi sojusznikami, ale też aby nie odbierali nam głosu – niech wzmacniają ten głos, a nie dominują w przekazie. Niestety debata o prawie aborcyjnym w Polsce pokazał, że wielu mężczyzn nie potrafi się oprzeć pokusie zabierania głosu zamiast kobiet. Nie na rzecz czy w interesie kobiet, ale zamiast nich. Kiedy mamy do czynienia z wypaczonym dyskursem o aborcji, opartym o narrację o „morderstwach”, „nienarodzonych dzieciach”, „życiu od poczęcia”, słyszymy także głosy panów, dotkniętych estetyką protestów, zgorszonych padającymi na nich wulgaryzmami czy pouczających nas, jak powinnyśmy manifestować nasze niezadowolenie. Świadomie czy nie wspierają w ten sposób ten dyskurs i są przeciwko prawom kobiet nam. To powinna być nasza wspólna walka i sprawa. Dopóki niektórzy tego nie zrozumieją, dopóty będziemy mieli niestety problem z realizacją podstawowych praw kobiet na całym świecie.

Myślę, że jest w tym sporo racji. Ale w takim razie, w jaki sposób wciągnąć mężczyzn w tę walkę i w jaki sposób egalitaryzować ten dyskurs?

Praca zaczyna się od najmłodszych lat, od przedszkola. Niestety, nie pokazujemy chłopcom i dziewczynkom równościowych standardów. Brakuje edukacji antydyskryminacyjnej, edukacji o prawach człowieka. Nie uczy się tego również w wielu domach – zbyt rzadko mówimy i pokazujemy dzieciom, że każdy, bez względu na swoją płeć, ma prawo realizować swoje cele i swoje marzenia. Bez tego będzie nam trudno cokolwiek zmienić. Poza tym konieczne jest edukowanie dorosłych mężczyzn. I nie zgadzam się ze stwierdzeniami, że „nie da się” wychowywać mężczyzn, bo mają określoną mentalność. Wręcz przeciwnie, takich mężczyzn również możemy i powinniśmy wychowywać, i doskonale pokazała to sytuacja z Jurkiem Owsiakiem. Jeśli ktoś przekracza granice, jeśli używa języka wykluczającego, to bez względu na to, czy jest zasłużony, bez względu na sprawowane przez niego funkcje, powinniśmy mu zwracać uwagę i jego postępowanie krytykować. A on powinien przyjąć krytykę i po prostu przeprosić. Kwestie równości, niedyskryminacji czy demokracji powinny być dla wszystkich oczywiste. A jeżeli nie są – uczmy! I to uczmy mężczyzn bez względu na wiek. Bo równość jest ważna również dla nich, bo dzięki niej oni także nie muszą realizować odgórnie narzuconych im ról, ale będą mogli sami wybrać, jak chcą żyć.

Rozumiem, ze nawiązuje Pani do niedawnej wymiany miedzy Pauliną Młynarską a Jurkiem Owsiakiem, odnośnie niedawnych słów szefa Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy na temat aborcji[1]?

Paulina Młynarska była jedną z wielu kobiet, które zwróciły uwagę Jurkowi Owsiakowi. I jej się za to dostało, zresztą podobnie jak tym pozostałym. Bo według niektórych nie powinno się krytykować zasłużonego działacza społecznego, nawet kiedy narusza prawa człowieka. Niestety mam wrażenie, że on sam nie zrozumiał, że źle zrobił. Nie przeprosił, a tłumaczenie nie odnosiło się do meritum. Co więcej, sam fakt, że odpowiadając na krytykę ze strony wielu kobiet, znanych i mniej znanych, zwrócił się jedynie do Pauliny Młynarskiej, pokazuje jego podejście.

Też mam wrażenie, ze Jurek Owsiak, nazwany skądinąd przez Pauline Młynarską „dziadersem” symbolizuje tutaj być może podejście wielu mężczyzn, ba, także kobiet, nauczonych i przekonanych, że różnice miedzy płciami są nam nadane z góry i narzucają pewne role społeczne i wzorce zachowanie. Często jest to przekonanie zupełnie niezłośliwe, czasem nawet nieświadome.

Mam na pewno dużo więcej tolerancji dla osób, które zostały w ten sposób wychowane, żyją w tradycyjnych rodzinach czy małych społecznościach. Nie miały możliwości i szansy na wyjście poza narzucone schematy myślenia i nie wiedzą, że można. Więcej natomiast wymagam od ludzi wykształconych, działających społecznie, mających ogrom doświadczeń, które mimo wszystko nadal nie dostrzegają, że klimat się zmienił.

Tym bardziej, że ta „rewolucja” powinna właśnie zacząć się od takich osób.

Dokładnie. To oni wyznaczają standardy i pokazują wzorce.

A skoro mówimy o tym skostniałym, konserwatywnym podejściu, to na czym polega nierówność miedzy kobietami a mężczyznami i na jakich podstawach (prawnych, społecznych, politycznych, religijnych) się ona opiera?

Działając na rzecz kobiet od 21 lat, często spotykam się z pytaniem: „To pokażcie konkretnie te przepisy prawne, które dyskryminują kobiety”. Oczywiście, dzisiaj ciężko by było znaleźć w systemach prawnych, zwłaszcza państw europejskich, regulacje prawne, które wprost stanowią dyskryminację ze względu na płeć, wykluczają lub ograniczają szanse. Problem tkwi raczej w braku przepisów, które wzmacniałyby równość oraz w świadomość osób: nie tylko wykonujących przepisy, ale nas wszystkich. Jeśli spojrzymy na to, ilu mężczyzn w Polsce korzysta z urlopu rodzicielskiego, z którego każde z rodziców może w równym stopniu korzystać, to okazuje się, że tylko 1%. Dlaczego? Przecież nie ma tu żadnej dyskryminacji formalno-prawnej. To wynika z kultury i mentalności, ale także z systemowej dyskryminacji. Kobiety cały czas zarabiają mniej, wykonując prace tej samej wartości, a także wykonują dużo częściej mniej płatne prace. Dlatego też decyzja rodziców o tym, które z nich ma skorzystać z urlopu rodzicielskiego, wydaje się oczywista ekonomicznie. Pozostając przy rynku pracy, należy zauważyć, że kobiety częściej mają przerwy w zatrudnieniu i szybciej przechodzą na emeryturę. Zawsze byłam za zrównaniem wieku emerytalnego powinien być zrównany, chociażby dlatego, że niższy wiek emerytalny kobiet oznacza ich często ich ubóstwo na starość.

Porozmawiajmy chwilkę o Konwencji o zapobieganiu i zwalczaniu przemocy wobec kobiet i przemocy domowej, zwanej Konwencja Stambulska. O co tak naprawdę w niej chodzi i dlaczego niektóre środowiska w Polsce dostrzegają w niej takie zagrożenie?

Powinniśmy przyjrzeć się temu z perspektywy historycznej. Postrzeganie przez niektóre środowiska Konwencji jako zagrożenia, a także duża popularność wyrażenia „ideologia gender” wynika niestety z faktu, że „autorka” Konwencji, Rada Europy, nie reagowała, kiedy w przestrzeni publicznej pojawiły się po raz pierwszy takie stwierdzenia. W Polsce to był 2014 rok. Konwencja była wówczas przedmiotem debaty publicznej, bo trwał proces jej ratyfikacji. Poza pojedynczymi interwencjami pani profesor Małgorzaty Fuszary, Pełnomocniczki Rządu ds. Równego Traktowania, dla której koordynowałam rządowy proces ratyfikacji Konwencji, nie było niestety żadnych działań innych instytucji publicznych, w tym organów Rady Europy, pokazujących, jakie są cele Konwencji. Problemem są także mity i stereotypy dotyczące przemocy w rodzinie, tej najbardziej popularnej formy przemocy wobec kobiet. Kiedy powstawał pierwszy projekt ustawy o przeciwdziałaniu przemocy w rodzinie, który miałam zaszczyt przygotowywać dla pani premier Izabeli Jarugi-Nowackiej, ministrowie lewicowego rządu, minister sprawiedliwości, pan Mirosław Sadowski oraz minister spraw wewnętrznych i administracji, pan Ryszard Kalisz, dużo bardziej niepokoili się o prawa sprawcy niż o prawa ofiary. Zgodnie mówiono wtedy o prawie własności sprawcy, nie zastanawiając się, co ma zrobić ofiara, kiedy musi uciekać z domu, często z małymi dziećmi. Wtedy przepadł niestety, forsowany przez panią premier mechanizm natychmiastowej izolacji sprawcy od ofiary. Swoją drogą mechanizm ten, dość zaskakująco, został wprowadzony w zeszłym roku przez PIS, po kilkunastu latach od pierwszych prób. W 2005 roku Sejm był również zgodny co do tego, żeby nie przyjąć ustawowego zakazu stosowania kar cielesnych wobec dzieci. W trakcie prac nad nowelizacją ustawy, w 2010 roku, te wszystkie stereotypy nadal były żywe i widoczne: znów nie udało się wprowadzić mechanizmu izolacji ofiary, czyli policyjnego nakazu opuszczenia lokalu przez sprawcę. Nie wybrzmiało również to, co bardzo wyraźnie wybrzmiewa w Konwencji Stambulskiej, czyli gdzie są źródła przemocy wobec kobiet. Konwencja jest widziana jako zagrożenie, bo bardzo wyraźnie wskazuje właśnie na genezę problemu. Niestety wszystkie rządy, odkąd pamiętam, opierały się na tych mitach i stereotypach w procesie stanowienia prawa. Nie jest więc dla mnie zaskakujące, że Konwencja wzbudziła tyle emocji. Dziwi mnie natomiast całkowita bezczynność Rady Europy w tamtym czasie. Rada obudziła się dopiero po kilku latach i przygotowała podręcznik na temat Konwencji. To było jednak kilka lat za późno. Gdy rozum śpi, budzą się demony.

Czyli nastąpiła reakcja trochę według starej maksymy: „uderz w stół, nożyce się odezwą”?

Na cały świecie działają organizacje fundamentalistyczne, które uważnie obserwują procesy legislacyjne i wychwytują te projektowane regulacje, które mogą zagrażać status quo. Mają znakomite zasoby finansowe, działają sprawnie i szybko. Efekty tych działań widzimy w tym momencie. To nie są przecież tylko działania związane z Konwencją Stambulską, ale także sama realizacja polskiej ustawy o przeciwdziałaniu przemocy w rodzinie, próby wprowadzenie zmian w Kodeksie rodzinnym i opiekuńczym w celu utrudniania orzekania rozwodów, działalność uchwałodawcza niektórych polskich samorządów kreująca de facto strefy wolne od LGBT.

A czy mogłaby pani prostymi słowami przybliżyć nam, co dokładnie znajduje się w Konwencji Stambulskiej i dlaczego powinno nam zaleźć na tym, by obowiązywała ona w Polsce?

Konwencja stanowi najbardziej kompleksowy międzynarodowy dokument prawno-człowieczy, dotyczący zwalczania przemocy wobec kobiet i przemocy w rodzinie. Mówię: najbardziej kompleksowy dlatego, że Konwencja określa działania we wszystkich kluczowych obszarach i wyznacza ich standardy. To działania edukacyjne, zarówno całego społeczeństwa, jak i służb, podmiotów pierwszego kontaktu dla ofiar. Chodzi też o kompleksowe działania i wsparcie dla osób, doświadczających przemocy ze względu na płeć: wsparcie psychologiczne, prawne, materialne, pomoc przy znalezieniu pracy, wszystko zależne od indywidualnej sytuacji. To także działania wobec sprawców: oczywiście ściganie i karanie ich zachowań, ale też izolacja sprawcy od ofiary i działania korekcyjno-edukacyjne. Przemocy człowiek się uczy, a więc może się oduczyć. System państwa powinien opierać się na współpracy ze specjalistycznymi organizacjami pozarządowymi. Do tego, jak już wspominałam, Konwencja wyraźnie wykazuje, co może stanowić źródło przemocy i co, jako takie, powinno być zwalczane. Konwencja jest taką konstytucją praw osoby, doświadczającej przemocy ze względu na płeć i przemocy domowej. Nie ma takiego drugiego dokumentu. Gdybyśmy zaczęli wdrażać standardy Konwencji przynajmniej w 50%, to myślę, ze osoby doświadczające przemocy otrzymywałyby potrzebne im wsparcie, a sprawcy zdawaliby sobie sprawę z niedopuszczalności swoich zachowań. Dzięki temu moglibyśmy skuteczniej zwalczać to zjawisko.

Wydaje mi się, że to, co stoi jeszcze na przeszkodzie w Polsce, to uświęcona wartość rodziny. Jakimi argumentami możemy trafić do osoby, która nie radzi sobie z przemocą, ale nie potrafi się uwolnić od sprawcy, bo to jest przecież jej mąż, brat czy ojciec?

Bardzo chciałabym takim jednym komunikatem sprawić, że ofiara podejmie jakieś działania i przemoc zniknie. Ale bez specjalistycznego systemu wsparcia ze strony państwa, systemu specjalistycznego i interdyscyplinarnego, nie mamy prawa zmuszać nikogo do podjęcia działań. Bo my będziemy przeświadczeni o tym, jak dużo dobrego zrobiliśmy, a to ta osoba poniesie konsekwencje swoich działań. Niestety, ofiary nadal na komisariacie Policji słyszą: „Niech się pani jeszcze zastanowi”, „Czy na pewno chce pani wsadzić ojca swoich dzieci do więzienia?” albo „To przecież on zarabia, jak pani sobie poradzi?”. Sprawy w sądach trwają latami, a sprawca skazywany jest na karę pozbawienia wolności w zawieszeniu, co oznacza, że wraca do domu. Lekarze nadal wysyłają na płatną obdukcje i odmawiają wydania zaświadczenia o przemocy, chociaż mają taki obowiązek. Ofiara po wizycie na policji wraca do domu, w którym jest sprawca. Ona z nim śpi, spotyka się z nim w kuchni. To wszystko jest niezwykle skomplikowane i dlatego prawo musi brać pod uwagę cala ta specyfikę. To właśnie robi Konwencja. I dopóki jej nie wdrożymy, kobiety będą pozostawione same z problemem. I będą bały się nawet o nim mówić. Bo w Polsce mamy taki klimat, że kobiety nie mogą bez winy i wstydu, nawet anonimowo opowiedzieć o problemie. I dobitnie pokazały to badania Agencji Praw Podstawowych z 2014 roku. Ten klimat panuje od wielu lat, nie zmienił się nagle w 2015

Pozostając w sferze praw kobiet, praw człowieka, ale zmieniając nieco fokus. Intuicyjne przecież wyczuwamy, ze obie kwestie są ze sobą powiązane. Skąd, Pani zdaniem, politycznie umotywowana decyzja niby-Trybunału nie-Konstytucyjnego o zakazie aborcji z przyczyn wady płodu? Czy jest to tylko ukłon w stronę środowisk ultrakatolickich, czy tez próba cofnięcia emancypacji w czasie? Czy będzie ciąg dalszy?

Ciąg dalszy pewnie będzie. Ale to wszystko nie ma swojego początku w 2015 roku, kiedy PiS wygrał wybory. Nie ma swojego początku nawet w 1993, kiedy została przyjęta ustawa antyaborcyjna. Ma to swój początek na przełomie lat 80 i 90, kiedy uznano, a właściwie mężczyźni uznali, że demokracja nie oznacza równości, a jedną z pierwszych decyzji w wolnej Polsce będzie ograniczanie praw kobiet. Stad się wzięła ustawa z 1993. Stad też się wzięło orzeczenie TK z 1997 roku, kiedy to Trybunał, i to przecież nie Trybunał pani Julii Przyłębskiej, tylko Trybunał pan profesora Andrzeja Zolla, uznał, że aborcja z przyczyn społecznych jest niekonstytucyjna. Stąd się wziął również wyrok Trybunału profesora Andrzeja Rzeplińskiego z 2015 roku, TK jeszcze sprzed PiSu, maksymalnie wzmacniający klauzulę sumienia lekarzy. Dokładnie tej samej logice hołduje wyrok Trybunału Julii Przyłębskiej. I tej sytuacji nie zmienimy, jeśli nadal część panów uważających się za sojuszników kobiet będzie twierdzić, że „kobiety mają prawo do decyzji, ale”. Jeśli kobieta ma prawo decydować o sobie, to ma prawo decydować bez „ale”. Powtarzam, że aborcja jest ok, bo każda kobieta, która miała lub planuje przeprowadzić aborcję, nie może od nas usłyszeć niczego innego. W przeciwnym razie stygmatyzujemy ją i osądzamy. I będzie ciąg dalszy, bo na to po prostu pozwoliliśmy. Bo politycy i polityczki przez ostatnich 30 lat odwracali głowę od problemu i akceptowali brak realizacji i tak już restrykcyjnej ustawy. Sprawozdania rządowe z realizacji ustawy antyaborcyjnej od początku, czyli od prawie 30 lat, wyglądają tak samo. Nie przedstawiają realizacji ustawy, tylko cytują przypisy. Tak było za rządów lewicowych, tak było za PO, tak jest za PiS. Jeśli dla niektórych osób kopanie piłki było ważniejsze przez wiele lat od praw kobiet, to nie ma się czemu się dziwić.

Rozumiem, ze równie logiczne będzie dalsze ograniczanie prawa aborcyjnego, chociażby z przesłanki czynu zabronionego (gwałtu)?

Politycy prawicowy w większości w swoich wypowiedziach odżegnują się od dalszego ograniczenia prawa do aborcji i wprowadzania zmian w zakresie dwóch pozostałych przesłanek przerwania ciąży. Jeśli jednak ktoś mówi o „życiu”, „nienarodzonym dziecku” i „zabójstwie dziecka”, to logiczne jest, że będzie dążył do ograniczenia możliwość popełnienia tego „zabójstwa”, jeśli ciąża jest wynikiem czynu zabronionego lub gdy zagraża zdrowiu kobiety. Jedyną dopuszczalną przesłanką aborcji według tej logiki powinno być zagrożenie życia kobiety, bo wtedy kosztem „życia” ratujemy inne życie.

Też się niestety tego obawiam. Natomiast bardzo fajnie naprowadziła mnie Pani na kolejne pytanie. Chciałabym porozmawiać o opozycji. Jakie priorytety w walce o prawa kobiet powinna mieć opozycja? Strajk Kobiet wyciąga na ulice tłumy ludzi, pokazując niezadowolenie społeczne. Czy i jaka oprawę polityczna powinien mieć ten ruch? Czego nam brakuje, by się skutecznie obronić?

Na pewno nie zmuszałabym osób, które obecnie protestują, do wejścia do polityki. Politycy i polityczki oraz aktywiści i aktywistki mają do odegrania inne role. Sama jestem polityczką od niedawna i nadal postrzegam siebie jako ekspertkę. Tym „starym” politykom i polityczkom powiedziałabym dwie rzeczy. Po pierwsze, nie ma szans na prawdziwą reformę bez równości. To musi oznaczać zaangażowanie kobiet do wszelkich procesów decyzyjnych, a nie ich pomijanie, jak dotychczas. Ponadto, musi pojawić się agenda z tematami dotyczącymi praw kobiet ujętymi w sposób maksymalnie progresywny. My nie możemy ciągle słyszeć, że na walkę o prawa kobiet, na te sprawy przyjdzie czas, że najpierw musimy – i tutaj padają stwierdzenia dotyczące priorytetów. Podobnie ma się zresztą sprawa z prawami osób LGBT+. Nie będzie demokracji bez praw kobiet czy bez praw osób LGBT+. Nie możemy się zgodzić na układanie praw chronologicznie, bo już wiemy, jak to się skończyło po 1989 roku. Najpierw miała być wolność, demokracja, prawa pracownicze. Były sprawy ważniejsze. Niestety, bardzo szybko zaczęto odbierać prawa kobietom.

Konwencja Stambulska to konstytucja praw kobiet doświadczających przemocy. Niestety 20 marca kobiety w Turcji zostały pozbawione wynikających z niej praw. Prezydent, mężczyzna, zdecydował za kobiety i wypowiedział Konwencję Stambulską, mimo rosnącej skali przemocy domowej. Mimo, że według oficjalnych statystyk w Turcji z rąk partnerów i krewnych umiera rocznie kilkaset kobiet, a organizacje pozarządowe podkreślają, że rzeczywistość jest jeszcze bardziej przerażająca. Decyzja tureckich władz musi być sygnałem ostrzegawczym dla Unii Europejskiej, bo w jej państwach członkowskich, w tym w Polsce, Konwencja też jest zagrożona. Sejm zagłosuje 30 marca nad przekazaniem do prac w komisjach projektu „Tak dla rodziny, nie dla gender”, zakładającego jej wypowiedzenie. To kolejna, po oczekującym na rozpoznanie wniosku premiera do Trybunału Konstytucyjnego, próba zdyskredytowania i podważenia Konwencji. Wyrażając solidarność z Turczynkami, solidaryzujmy się też w obronie Konwencji Stambulskiej w Polsce i postulujmy jej ratyfikację przez UE. Pokażmy, że trzymamy stronę kobiet.

Przerażające jest to, że w XXI wieku nadal mówimy o prawach kobiet w kontekście praw mniejszości.

To jest faktycznie fenomen, że kobiety stanowiąc większość, nadal mówią głosem mniejszości. Ten fenomen nie wynika ze specyfiki tej grupy, ale raczej z katalogu i charakteru praw, które są naruszane. Mówiłyśmy już o przemocy wobec kobiet, o prawach reprodukcyjnych, o sytuacji na rynku pracy. Wiele kobiet doświadcza dyskryminacji krzyżowej, czyli wynikającej nie tylko z tego, że są kobietami, ale również z tego, że mieszkają na wsi, są osobami z niepełnosprawnościami, są bezrobotne, starsze. I wiele osób tych sytuacji nie dostrzega. Ile osób wie, że w XXI wieku głucha kobieta musi iść do lekarza ze swoim dzieckiem, bo w przeciwnym razie nie porozumie się z tym lekarzem? Że kobieta z niepełnosprawnością ruchową musi być na fotel ginekologiczny wnoszona przez lekarza, recepcjonistkę i pielęgniarkę, inaczej nie można jej zbadać, bo brak odpowiedniego wyposażenia gabinetu? Kobiety nieheteronormatywne, Romki, uchodźczynie doznają ogromnej fali nienawiści, nie tylko w sieci, ale też coraz częściej w postaci ataków przemocy fizycznej na ulicy. Ta lista spraw niezałatwionych jest bardzo długa, a charakter tych spraw powinien nam dawać do myślenia! W lutym miała miejsce sesja plenarna Parlamentu Europejskiego, na której dyskutowano o prawach kobiet w kontekście 25. rocznicy przyjęcia Platformy Pekińskiej. Czytając dokumenty przyjęte w 1995 roku na konferencji ONZ w sprawie kobiet, Deklarację Pekińską i Platformę Działania[2], mam niestety wrażenie, że niewiele się zmieniło, a wymienione w dokumentach postulaty i rekomendacje są nadal bardzo aktualne.

Z gatunku political fiction. I have a dream… Prawa Kobiet w Polsce 2030. Jak chciałaby Pani, żeby wyglądały i co by się musiało wydarzyć?

Hmm.. Pewnie musiałaby się wydarzyć rewolucja, a szczególnie rewolucja w głowach polityków liberalnej banki, którzy nadal nie potrafią zrozumieć podstawowych rzeczy. Mówię tutaj o całej opozycji, począwszy od tych, którzy twierdzą, że o prawach człowieka można dyskutować w referendum, po tych, którzy chętnie mówią o prawach kobiet, ale nie są w tym niestety wiarygodni. Marzy mi się, żeby każda osoba, bez względu na swoją płeć czy orientacją seksualną, mogła realizować swoje cele i spełniać swoje marzenia. Żeby mogła podejmować autonomiczne decyzje, niepodyktowane przymusem, stereotypami, czynnikami zewnętrznymi czy oczekiwaniami otoczenia.

A to i tak już bardzo dużo. Parodiując klasykę polskiej kinematografii, możemy stwierdzić, ze Unia Europejska jest kobietą, więc jeszcze jedno pytanie o Unię. Jakimi sprawami ważnymi dla Polski zajmuje się Pani w Parlamencie Europejskim? Jakie ma Pani plany polityczne na najbliższy okres?

Weszłam do polityki całkiem niedawno, bo w marcu 2019. Wcześniej działałam w tych samych obszarach, ale z pozycji aktywistki, prawniczki, urzędniczki, legislatorki, akademiczki, Zastępczyni Rzecznika Praw Obywatelskich. I ta ponad 20-letnia działalność miała jeden wspólny mianownik – moje wartości i standardy, cele i priorytety, dotyczące praw człowieka. Od początku realizacji mojego mandatu w Parlamencie Europejskim zaczęłam również działać także na rzecz praw zwierząt. Sama jestem weganką. I to nie jest kwestia diety, ale całego stylu życia opierającego się na założeniu, że zwierzęta nie są na świecie dla człowieka, a my, ludzie, nie mamy prawa ich eksploatować, wykorzystywać, zabijać. Prawa człowieka i prawa zwierząt to są moje dwa priorytety na tę kadencję. Chcę przede wszystkim inicjować debatę publiczną w tych obszarach i zmieniać kierunek tej debaty. Proszę zobaczyć, w jaki sposób dyskutujemy o katastrofie klimatycznej: mówimy o energii czy o transporcie, ale mało kto zwraca uwagę na rolnictwo przemysłowe. Podnoszę ten temat przy każdej możliwej okazji i staram otwierać ludziom oczy na kwestie, które od dawna powinny być oczywiste w Parlamencie Europejskim. Próbuję mobilizować do działania Komisję Europejską. Minął już ponad rok, od kiedy Ursula von der Leyen powołała swoją Komisję, a nic zupełnie nie wydarzyło się w tematyce zwalczania przemocy wobec kobiet. A obiecywano wiele: przyspieszenie ratyfikacji Konwencji Stambulskiej, wpisanie przemocy wobec kobiet do katalogu przestępstw unijnych, systemowe, ważne zmiany. To wszystko Ursula von der Leyen osobiście zadeklarowała mi podczas naszego roboczego spotkania przed jej wyborem na Przewodniczącą KE. Ponieważ nic nie zrobiła, w zeszłym roku z okazji 16 dni przeciw przemocy wobec kobiet wystosowałam do niej kilkudziesięciostronicowy list z mapą drogowa właśnie w sprawie przeciwdziałania przemocy wobec kobiet. Ten list podpisało 75 posłów i posłanek, ale też, z czego jestem wyjątkowo dumna, prawie 60 tysięcy osób z Polski. To pokazuje, jak naprawdę istotny jest to problem i że Komisja powinna w końcu wziąć się do roboty. W ten sposób działam i będę działać: monitorując działania Komisji, wychodząc z konkretnymi propozycjami, zwracając uwagę na potrzebę podjęcia pewnych działań. I przesuwając granicę debaty publicznej. Bo czas na zmiany i w obszarze praw człowieka, i w obszarze praw zwierząt.

Bardzo dziękuję za rozmowę.

[1] „Nie jesteśmy świrami, wariatami, którzy mówią, że aborcja ma być na pstryknięcie. To jest absolutnie nadużycie” – oświadczył Jerzy Owsiak, dodając, że nie zgadza się z “tą najnowszą ustawą”, która jest „restrykcyjna, nie powstała w wyniku żadnego dialogu”.

[2] Dokumenty przyjęte na IV Światowej Konferencji w sprawie Kobiet pod egidą ONZ, która miała miejsce w Pekinie w dniach 4–15 września 1995 roku.

Jeśli nie zaznaczono inaczej, materiał nie może być powielany bez zgody redakcji.