Jak unijni politycy dali się ograć lobby mięsnemu
W unijnej debacie o żywności i Wspólnej Polityce Rolnej od 2020 r. czyli słynnej poprawki 165 – veggie burger toczy się właśnie „wojna o burgera”. W rzeczywistości nie chodzi jednak o nazwę na opakowaniu – lecz o miliardy euro, polityczne wpływy i przyszłość systemu żywnościowego w Europie. Zaś na samym końcu tej debaty jest prawo do informacji – prawo milionów osób konsumenckich, które wchodząc do sklepów kierują się nie tylko ceną, ale także myśleniem o funkcjonalności danego produktu. Nikt z nas w końcu nie pija porannej kawy z napojem. Green REV Institute i Federacja Bezpieczna Żywność wskazywały na konsekwencje walki z nazewnictwem od lat. W 2021 w ramach kampanii #StopAm171 na ostatniej prostej prac legislacyjnych wspólnie z koalicją europejskich NGO zatrzymaliśmy absurdalne zapisy dot. tego jakich opakowań mogą używać producenci roślinnych jogurtów czy roślinnego mleka (czyli napoju). W 2023 r. rząd Premiera Mateusza Morawieckiego próbował za pomocą rozporządzenia nieskutecznie wprowadzać cenzurę dla roślinnych zamienników mięsa.
Jednak w trakcie uzgodnień trójstronnych (Parlament, Komisja, Rada UE) ustalono właśnie listę 31 zakazanych dla roślinnych alternatyw nazw. Czas pożegnać się z kotletem z ciecierzycy, roślinnym boczkiem czy stekiem z kalafiora.
Dyskusja o tym, czy roślinne produkty mogą nazywać się „burgerami” czy „kiełbasami”, jest jednym z najlepszych przykładów tego, jak skutecznie lobby mięsne potrafi kształtować a raczej zniekształcać i zmonopolizować narrację publiczną. Zamiast realnej debaty o transformacji rolnictwa i wpływie produkcji mięsa na nasze zdrowie, środowisko, klimat, polityczna debata została sprowadzona do sporu o język.
Wydawałoby się, że wygrana dla mięsnych producentów to “tylko” wygrana o umysły osób konsumenckich ale.. badanie przeprowadzone przez BALPRO, niemieckie stowarzyszenie branży roślinnej, oszacowało, że pełny zakaz nazewnictwa mógłby spowodować straty rynkowe przekraczające 250 mln euro w samych Niemczech. Politycy zapomnieli też, że koszt barier regulacyjnych dla sektora – w tym ograniczeń nazewnictwa – może doprowadzić do spadku prognozowanej rocznej wartości dodanej brutto w UE nawet o 56 miliardów euro do 2040 roku.
Batalia o język zamiast debaty o otyłości i nowotworach
W ostatnich latach w Unii Europejskiej i państwach członkowskich, w tym w Polsce (2023 r.) wielokrotnie pojawiały się próby ograniczenia nazewnictwa produktów roślinnych – np. zakazu używania określeń takich jak „veggie burger” czy „wegańska kiełbasa”. Zwolennicy takich regulacji argumentowali, że chodzi o „ochronę osób konsumenckich przed wprowadzaniem w błąd”.
Problem polega na tym, że konsumenci i konsumentki nie są zdezorientowani. Badania organizacji konsumenckich wskazują raczej coś odwrotnego – nazwy takie jak „burger roślinny” pomagają zrozumieć, w jaki sposób produkt można wykorzystać w kuchni. Cały spór dotyczy więc nie tyle informacji dla osób konsumenckich, ile ochrony producentów mięsa przed zdrowszą konkurencją.
Lobby silniejsze niż fakty
Europejski system rolny jest głęboko związany z produkcją zwierzęcą. W ramach Wspólnej Polityki Rolnej Unia Europejska przeznacza dziesiątki miliardów euro rocznie na wsparcie sektora rolnego – system, który przez dekady – bo w końcu początki WPR to 1962 r. – sprzyjał intensyfikacji hodowli zwierząt.
Nic dziwnego, że pojawienie się alternatywnych, zdrowszych, etycznych źródeł białka – produktów roślinnych – wywołało w sektorze mięsnym paniczną reakcję. Nawet jeśli nowe technologie są jeszcze daleko od masowego rynku, sama perspektywa zmiany wywołała polityczną mobilizację i działania.
Rolnicze organizacje lobbingowe w Brukseli od lat prowadzą kampanie przekonujące, że alternatywne produkty „zagrażają tradycyjnemu rolnictwu” i wprowadzają konsumentów i konsumentki w błąd. W praktyce chodzi jednak o utrzymanie dominującej pozycji sektora, który coraz częściej znajduje się pod presją – zarówno zdrowotną, klimatyczną, jak i ekonomiczną.
Tradycja jako narzędzie grup interesów
W wielu krajach Europy politycy zaczęli powtarzać narrację, że alternatywne białka stanowią zagrożenie dla zdrowia, tradycji czy nawet cywilizacji europejskiej. W debacie publicznej pojawiają się teorie spiskowe o planie odebrania ludziom „prawdziwego jedzenia”.
Takie komunikaty mają niewiele wspólnego z nauką. W rzeczywistości większość nowych technologii żywnościowych w UE podlega jednemu z najbardziej rygorystycznych systemów oceny bezpieczeństwa na świecie. Lobbyści sprytnie wykorzystują tradycję, żeby opowiadać nam historie o małych gospodarstwach, rodzinnym rolnictwie, a tak naprawdę bronią interesów największych korporacji od JBS, Tysona, Cargilla czy Smithfielda.
Zamiast poważnej dyskusji o tym, jak przekształcić europejski system żywnościowy, debata została sprowadzona do symbolicznych konfliktów: burger kontra kotlet, tradycja kontra innowacja, rolnik kontra wegeterrorysta. Nie dajmy się oszukać – ta wojna to sprytny zabieg, żeby przykryć prawdziwe problemy – emisje z produkcji zwierzęcej, smród i konflikty z mieszkańcami i mieszkankami wsi, dominację ferm wielkotowarowych i pogarszający się stan zdrowia milionów Europejczyków – skazanych na dietę, która opłaca się sektorowi hodowlanemu.
Dezinformacja na półkach
Dziś największym zagrożeniem dla konsumentów i konsumentek nie jest nazwa produktu roślinnego na opakowaniu. Jest nim polityczna dezinformacja, która utrudnia uczciwą debatę o przyszłości żywności. Jeżeli europejscy politycy naprawdę chcą chronić konsumentów i rolników, powinni przestać walczyć z nazwą „burger roślinny”. Zamiast tego powinni zmierzyć się z prawdziwym wyzwaniem: transformacją systemu żywnościowego w kierunku zdrowszym, bardziej sprawiedliwym i przyjaznym dla klimatu. Bo w tej historii nie chodzi o słowa na etykiecie. Chodzi o to, kto kontroluje przyszłość naszej żywności. Osoby konsumenckie stały się po prostu narzędziem przemysłu mięsnego w walce z konkurencją. To najlepszy moment, żeby zacząć pytać polityków o konsekwencje finansowe dla konkretnych sektorów i budowanie nierówności międzysektorowych w systemie żywności, który ma bezpośredni, codzienny wpływ na nasze zdrowie, jakość życia oraz środowisko naturalne. Nasze prawo do żywności, do zdrowia, do życia w czystym środowisku jest nagminnie łamane w imię zysków mięsnych korporacji.
ECVC (European Coordination Via Campesina*) wyraża oburzenie z powodu katastrofalnej umowy handlowej między UE a USA, podpisanej 27 lipca w Szkocji przez Donalda Trumpa i Ursulę von der Leyen. Umowa ta jest nie do przyjęcia z kilku powodów: popiera i legitymizuje stosowanie przez Trumpa ceł jako narzędzia kolonializmu i deregulacji, a także ogromne zakupy energii z paliw kopalnych i sprzętu wojskowego w USA, które są niezgodne z unijnym prawodawstwem w zakresie ochrony środowiska, a także zagraża warunkom życia konsumentów i rolników poprzez otwarcie rynku europejskiego na amerykańskie produkty rolno-spożywcze o niskich standardach jakości.
Po raz kolejny Komisja Europejska postanowiła przedłożyć interesy handlowe nad dobro ogółu społeczeństwa europejskiego. Cła nie są najważniejszym aspektem tej umowy: dzięki niej UE obniża swoje standardy jakości, aby umożliwić wprowadzanie produktów amerykańskich na rynek UE. Żywność i produkty rolne z USA są wytwarzane przy użyciu środków sanitarnych i fitosanitarnych zakazanych w UE (takich jak chlorowane kurczaki lub mięso z hormonami);
GMO i pozostałości chemiczne, nie wymagają szczegółowego oznakowania (składniki, alergeny, pochodzenie, informacje w językach lokalnych); nie mają ścisłych limitów dotyczących pozostałości pestycydów, metali, leków weterynaryjnych lub użycia bromku metylu; a także nie podlegają ograniczeniom dotyczącym stosowania pestycydów po zbiorach.
Nie ma zakazów dotyczących BHA, BHT, bromianu potasu oraz niektórych sztucznych aromatów, które nie są zatwierdzone w UE, a produkty nie spełniają norm UE dotyczących chowu zwierząt, ich transportu i mięsa bez hormonów. Jak pokazały protesty przeciwko umowie o transatlantyckim partnerstwie handlowo-inwestycyjnym (TTIP), europejscy konsumenci nie chcą tych produktów, lecz wolą być zaopatrywani w zdrową żywność z lokalnych gospodarstw. Dla ECVC umowa ta stanowi wprowadzenie TTIP tylnymi drzwiami!
Podpisując tę umowę z Donaldem Trumpem, Unia Europejska decyduje się na ochronę podmiotów przemysłowych, w szczególności z sektora motoryzacyjnego, ze szkodą dla zdrowia konsumentów, ich miejsc pracy i praw człowieka. Po raz kolejny wykorzystuje rolników i jakość żywności jako kartę przetargową, całkowicie łamiąc swoje własne przepisy. Komisja decyduje się nadać priorytet militaryzacji, rezygnując z możliwości wyżywienia własnej ludności przez państwa członkowskie, co znajduje odzwierciedlenie zarówno w przedstawionej w lipcu przez Komisję Europejską propozycji nowej WPR, która przewiduje zmniejszenie budżetu WPR o 20% bez zaproponowania żadnych środków regulacji rynku, jak i w upartej determinacji przewodniczącej Komisji do podpisania wielu kolejnych umów o wolnym handlu, takich jak umowa UE-Mercosur.
Pośpiech w podpisywaniu tej i innych umów o wolnym handlu, w połączeniu z redukcją budżetu WPR, sprawia, że Komisja Europejska nadal sprzeniewierza się interesom i ignoruje rolników w momencie, gdy najbardziej potrzebują ochrony i wsparcia. Ponadto KE kieruje UE w stronę gospodarki zorientowanej na eksport z korzyścią dla (głównie amerykańskich) przedsiębiorstw rolniczych, takich jak Cargill, Bunge, JBS czy Unilever. Tymczasem UE zobowiązana jest zagwarantować suwerenność żywnościową poprzez ochronę rynku wewnętrznego, wspieranie rolnictwa chłopskiego, produkcję zdrowej żywności na rynek wewnętrzny oraz wzmacnianie obszarów wiejskich.
źródło: European Coordination Via Campesina
* European Coordination Via Campesina (Europejska Koordynacja Via Campesina) jest europejską gałęzią największej światowej organizacji rolników La Via Campesina (Chłopska Droga), która zrzesza ok. 300 milionów drobnych rolników z pięciu kontynentów.
Do 14 lipca 2025 r. możesz zgłosić się do programu, który łączy wiedzę, praktykę i wspólnotę wokół idei agroekologii i suwerenności żywnościowej.
Polska Szkoła Agroekologii (PSA) to bezpłatny program edukacyjny dla osób, które chcą działać na rzecz bardziej sprawiedliwego i ekologicznego sposobu wytwarzania i dystrybuowania żywności – na wsi i w mieście.
Kiedy i gdzie?
PSA 2025 odbędzie się w dniach 18-22 września 2025 r. w Godki 22 – Gościnnym i Edukacyjnym Gospodarstwie Ekologicznym na Warmii. W programie znajdą się także wizyty w agroekologicznych gospodarstwach i spotkania z przedstawicielkami lokalnych inicjatyw.
Dla kogo?
Dla wszystkich, którzy chcą działać na rzecz sprawiedliwego, zdrowego i zrównoważonego systemu żywnościowego albo już to robią i chcą poszerzyć swoją wiedzę, zyskać nowe inspiracje i kontakty.
Zapraszamy osoby, które chcą:
- zaangażować się w zmienianie tego, jak myślimy o żywności i jak ją wytwarzamy;
- zrozumieć agroekologię i jej powiązania z troską o ludzi, glebę, klimat i lokalne wspólnoty;
- wspólnie budować etyczną, lokalną i sezonową przyszłość jedzenia.
W szczególności zapraszamy osoby:
- z organizacji pozarządowych, oddolnych inicjatyw, a także instytucji publicznych i samorządowych;
- na początku zaangażowania aktywistycznego, edukacyjnego, artystycznego lub badawczego;
- wytwarzające żywność, pracujące w rolnictwie, doradztwie rolniczym lub kuchni;
- zajmujące się tematami społecznymi, klimatycznymi, feministycznymi, wiejskimi i miejskimi.
Co w programie?
Tematyka obejmuje m.in.:
- opowieść i storytelling jako narzędzie zmiany,
- praktykę głębokiej ekologii,
- definicję agroekologii,
- glebę i kompost,
- nasiona i suwerenność żywnościową,
- przemiany współczesnej wsi,
- żywność i politykę.
Zgłoszenia
Rekrutacja trwa do 14 lipca 2025 r.
Szczegółowe informacje LINK
Regulamin LINK
Formularz rekrutacyjny LINK
Udział w programie jest bezpłatny, liczba miejsc ograniczona.
Organizatorami Polskiej Szkoły Agroekologii są Fundacja Agro-Perma-Lab i Fundacja im. Heinricha Bölla w Warszawie.
Europejskie cele redukcji pestycydów – ambitne, ale niewystarczające
Europejskie cele redukcji zużycia pestycydów mogły wydawać się ambitne, ale ich realizacja stoi pod znakiem zapytania. Nawet gdyby udałoby się je osiągnąć, to i tak za mało, by zagwarantować w Europie żywność wolną od najgroźniejszych pestycydów, a także chronić różnorodność biologiczną i ekosystemy na świecie.
Strategia „Od pola do stołu” – gdzie jesteśmy?
Gdzie jesteśmy? Cel przedstawionej przez Komisję Unii Europejskiej w maju 2020 r. strategii „Od pola do stołu” jest jasny – to zmniejszenie wpływu stosowania pestycydów na środowisko i zdrowie ludzi do 2030 r. Cele dotyczą dwóch różnych aspektów: po pierwsze jest to zmniejszenie ryzyka związanego ze stosowaniem pestycydów o 50%, po drugie zmniejszenie o 50% ilości stosowanych środków, przy czym większy nacisk kładzie się na pierwszą z kwestii. Zmniejszenie ryzyka oznacza ograniczanie szkodliwego wpływu pestycydów na zdrowie i środowisko. Może być osiągnięte poprzez wprowadzanie bezpieczniejszych alternatyw dla najbardziej szkodliwych środków oraz lepszych metod aplikacji, a także tzw. zintegrowanego zarządzania szkodnikami. Polega ono na stosowaniu zestawu metod ograniczających populacje szkodników, a więc konieczność zwalczania ich przy pomocy stosowanych na dużą skalę środków ochrony roślin. W 2022 r. roku Komisja przedstawiała projekt rozporządzenia w sprawie zrównoważonego stosowania środków ochrony roślin (ang. Sustainable Use Regulation, SUR), które miało nadać kształt celom ze strategii „Od pola do stołu”. Podczas prac legislacyjnych ambicje projektu były stopniowo osłabiane, a Parlament Europejski i tak odrzucił go podczas głosowania w listopadzie 2023 r. Na początku 2024 r. roku Komisja pod wpływem silnego lobbingu ostatecznie wycofała się z prac nad rozporządzeniem.
Glifosat – kontrowersje wokół najpopularniejszego herbicydu
To nie jedyne niechlubne dokonanie Komisji. Tym razem sprawa dotyczyła najczęściej stosowanego na świecie herbicydu – glifosatu. To substancja aktywna m.in. środków o nazwie Roundup, który jest szeroko wykorzystywany np. przy produkcji genetycznie modyfikowanej soi, kukurydzy i bawełny – odmian Roundup Ready, które mają gen odporności na herbicyd, a zatem uprawy mogą być nim wielokrotnie opryskiwane. Szacuje się, że w skali świata tak uprawiane jest już 80-90% wymienionych roślin. Ale glifosat stosowany jest też w polskich miastach do „pielęgnacji” zieleni, „utrzymania” np. nasypów kolejowych, a także polach – do zwalczania uciążliwych chwastów, a do niedawna nawet do dosuszania plonów bezpośrednio przed zbiorem. Firma Bayer, farmaceutyczny i biotechnologiczny koncern będący właścicielem glifosatu, tylko do października 2023 r. wypłaciła ponad 16 miliardów dolarów odszkodowań za choroby nowotworowe spowodowane długotrwałym stosowaniem glifosatu. Władze UE wciąż nie rozwiązały dotyczącego prawdopodobnej rakotwórczości herbicydu sporu z będącą częścią WHO Międzynarodową Agencją Badań nad Rakiem (IARC). Jednak decyzja zapadła. 28 listopada 2023 r. mimo braku kwalifikowanej większości głosów państw członkowskich i przy proteście organizacji społecznych, Komisja dopuściła glifosat do stosowania na terenie UE na kolejne 10 lat.
Pułapki, w które wciąż wpadamy
Koncerny wydają dużo, żeby przekonać nas – konsumentów, organizacje społeczne, polityków – że pestycydy są całkiem niewinne. Dopiero parę lat temu zniknęła z opakowań Roundupu informacja, że jest on biodegradowalny, o czym latami zapewniano użytkowników. Nie jest. Gromadzi się w glebie, wodzie i ludzkich organizmach. W większości krajów na świecie istnieją normy regulujące najwyższe dopuszczalne poziomy pozostałości pestycydów (NDP) w żywności. Jednak znacznie różnią się one między sobą w zależności od kraju, a praktyka nazywana „tolerancją importową” sprawia, że na rynki europejskie trafiają produkty, które nie spełniają europejskich standardów. Na tym jednak nie koniec. NDP określone są dla pojedynczych substancji, nikt więc nie bada, jakie interakcje zachodzą w produktach, w których poszczególne substancje są w normie, jednak znajduje się ich tam pięć, siedem albo kilkanaście. Nikt też nie bada, jak działa to na glebę i wodę. Entuzjaści stosowania pestycydów zdają się ponadto nie pamiętać, że człowiek codziennie zjada kilkadziesiąt różnych produktów, a pestycydy czy ich pozostałości – a produkty rozpadu są czasem jeszcze bardziej toksyczne niż oryginalne substancje – kumulują się i mieszają w naszych tkankach. Hipokryzja europejskich decydentów ma też inne oblicze: regulacje w Europie dotyczące najbardziej toksycznych pestycydów są może bardziej restrykcyjne niż na innych kontynentach, ale to nie chroni nas przed importem produktów z krajów, gdzie regulacje są znacznie mniej restrykcyjne i słabiej egzekwowane. Dotyczy to np. egzotycznych owoców chętnie kupowanych w Polsce zimą, ale także pasz, szczególnie dla drobiu i trzody chlewnej opartych na poekstrakcyjnej (po wytłoczeniu oleju) śrucie sojowej czy kukurydzy z Ameryki Południowej. Pestycydy kumulują się w tkankach zwierząt karmionych paszą z pestycydami, a ich pozostałości są obecne w mleku, jajach czy mięsie, które produkowane są lokalnie.
Trupy w szafach – pestycydy w ekosystemie i zdrowiu publicznym
A jaki pestycyd jest najczęściej wykrywany w próbkach gleb z gospodarstw ekologicznych w Polsce? Tu uważny czytelnik Zielonych Wiadomości powinien obruszyć się słusznie. Tak, w produkcji ekologicznej nie mogą być wykorzystywane syntetyczne pestycydy. Natomiast zakazane w 1976 r. (sic!) ze względu na wysoką toksyczność DDT do dziś jest z nami. DDT, jak wiele innych wciąż i powszechnie stosowanych pestycydów, ma zdolność bioakumulacji – zamiast rozkładać się w ekosystemie, kumuluje się w tkankach roślin i zwierząt, krąży w obiegu materii i energii. W Unii Europejskiej ponad połowa warzyw, owoców i zbóż jest zanieczyszczona produktami rozkładu pestycydów. Jest jasne, że pestycydy są substancjami toksycznymi, niebezpiecznymi dla organizmów, które nie są celem ich działania. Czyli, między innymi, dla nas. Może zaskakiwać, że badania w tak istotnej sprawie nie są prowadzone na szerszą skalę i nie budzą powszechnego zainteresowania. Jednak danych jest dość, by nie mieć wątpliwości, że pestycydy są przyczyną nowotworów (mózgu, jajników, szyjki macicy, wątroby, płuc, prostaty, białaczki), chorób wynikających z nasilenia stresu oksydacyjnego (m.in. choroby neurodegeneracyjne, cukrzyca), zaburzeń hormonalnych czy problemów z płodnością, donoszeniem ciąży i urodzeniem zdrowych dzieci i ich prawidłowym rozwojem. Pestycydy przekazywane są już przez łożysko, z krwią pępowinową i mlekiem matki. Na naszych oczach koncepty są rozmywane, cele osłabiane, a ich realizacja – ofiara doraźnych interesów politycznych i ekonomicznych – odkładana w czasie. Ale badania są bezlitosne i mówią jednoznacznie: im mniejsze stężenia substancji pestycydów, tym większa ich toksyczność.
*Tekst powstał w oparciu o informacje zawarte w Atlasie Pestycydów wydanym w 2024 r. przez Fundację Heinricha Boella, Koalicję Żywa Ziemia i Polski Klub Ekologiczny Koło Miejskie w Gliwicach. www.pl.boell.org/pl/2024/01/08/ atlas-pestycydow
Raport powstał w ramach projektu “Polskie kooperatywy spożywcze – ścieżki rozwoju” realizowanego przez Fundację Kooperatywy Grochowskiej we współpracy z Fundacją im. Heinricha Bölla w Warszawie oraz EIT Food.
Całość do pobrania TUTAJ
19. listopada 2022 roku w Warszawie odbędzie się pierwsze Forum Bezpiecznej Żywności organizowane przez Green REV Institute i koalicję Future Food 4 Climate.
Koalicja Future Food4 Climate zainicjowana przez fundację Green REV Institute i zrzeszająca 65 organizacje społeczeństwa obywatelskiego z Polski i Ukrainy spotka się na ogólnopolskim wydarzeniu, które będzie w pełni poświęcone tematowi zrównoważonego systemu żywnościowego.
Pierwsza edycja „Forum Bezpiecznej Żywności” to wydarzenie w czasie, w którym pomimo licznych apelów środowiska akademickiego, aktywistycznego i społecznego, decydentki i politycy wciąż nie dostrzegają, jak bardzo potrzebna jest dzisiaj naprawa systemu żywnościowego.
Jak informują organizatorzy wydarzenie ma za zadnie pokazać determinację społeczeństwa obywatelskiego i organizacji pożytku publicznego i wspólnie dać wyraźnie do zrozumienia, że nie ma zgody polskich aktywistów i aktywistek na to, by dzisiejszy system wykorzystywania zwierząt ludzkich i pozaludzkich w celu produkcji i dystrybucji żywności nie podlegał holistycznej transformacji.
W programie sesja plenarna z udziałem dr Sylwii Spurek, posłanki do PE, byłej zastępczyni RPO, prof. Piotra Skubały, ekologa, biologa i etyka środowiskowego, prof Joanny Hańderek, filozofki i działaczki społecznej oraz Morgan Janowicz, aktywistki i członkini Zarządu Green REV Institute.
Przed nami dwa panele dot. transformacji systemu żywnościowego. W dyskusji pt. „Klimat, środowisko, ludzie i zwierzęta. Co robi nam sektor hodowlany?” weźmie udział Paulina Januszewska (dziennikarka, moderatorka), Karolina Skowron-Baka (Dyrektorka Wykonawcza Akcji Demokracji), Jarosław Urbański (ekspert, aktywista), Marzena Waligóra (Stowarzyszenie Tarnowska Rospuda), Maria Firynowicz (Stowarzyszenie Tarnowska Rospuda), Prof. Lidia Wolska (ekspertka) oraz Małgorzata Żmudka-Wyrwał z Biura Rzecznika Praw Obywatelskich. Podczas debaty pt. „Zrównoważony system żywności, czyli zacznijmy łączyć kropki” usłyszymy głosy Sylwii Kowalskiej (Foodsharing), Daniela Petryczkiewicza (bloger klimatyczny, aktywista, Stowarzyszenie Nasz Bóbr), Katarzyny Siczek (It’s Bean), Marcina Tischnera (ProVeg) oraz Marzeny Wichniarz z Rodziców dla Klimatu.
Między sesjami będzie można odwiedzać „Strefę Zielonego Aktywizmu”, w której organizacje społeczeństwa obywatelskiego, będące partnerami koalicji Future Food 4 Climate będą prezentować swoje działania dla naprawy systemu żywnościowego. W strefie Zielonego Aktywizmu spotkamy Podróże z Pazurem, Rodziców dla Klimatu, Istotę, Młodzieżowy Strajk Klimatyczny (Warszawa), Jemy z klimatem, Stowarzyszenie Nasz Bóbr, ProVeg Polska!
Zwieńczeniem konferencji będzie przemówienie Dr. Marcina Anaszewicza i Anny Spurek, czyli zarządu Green REV Institute, w którym podsumujemy nasze cele oraz plan działania na 2023 rok dla wdrożenia w życie zrównoważonego systemu żywnościowego.
Agendę wydarzenia można znaleźć na stronie Future Food 4 Climate.
Forum Bezpiecznej Żywności odbywa się pod matronatem/patronatem Krytyki Politycznej, Śląskiej Opinii, Zielonych Wiadomości oraz Ekowyborcy.
Źródło: informacja prasowa FF4C, Green Rev Institute
Szóstego dnia festiwalu Green Film Festival w Krakowie odbędzie się pokaz “Wegańskiej Warszawy” – dokumentu w reżyserii dr. Marcina Anaszewicza, CEO Green REV Institute, i Anny Spurek, COO Green REV Institute. Reportaż nagrywany był w sierpniu 2021 roku, kiedy to głównym temat debaty publicznej stanowiła pandemia i kryzys gospodarczy. Dokument ten jest wyjątkowo aktualny i dzisiaj – rok później, po agresji Rosji na Ukrainę w lutym 2022 r., upałach, suszach, pożarach na całym świecie, galopującej inflacji oraz kryzysie społecznym i gospodarczym, które dzieją się na naszych oczach i w milczeniu są obserwowane przez polityków i decydentki.
Green Film Festival w Krakowie wyznacza kierunek kina dla klimatu. Dzisiaj, kiedy pojawia się coraz więcej produkcji filmowych organizacji pozarządowych, które codziennie stają do walki o prawa zwierząt i naprawę bankruta moralnego, klimatycznego, zdrowotnego i społecznego, jakim jest nasz system żywnościowy, takie wydarzenia są szczególnie potrzebne.
“Wegańska Warszawa” już na 8 festiwalach filmowych!
“Wegańska Warszawa” została lub zostanie pokazana na na 8 festiwalach filmowych; The Paus Premieres Festival, Lift-Off Filmmaker Sessions, One Earth Awards, Festival del Cinema di Cefalu, ECOCUP Green Documentary Film Festival, EKOTOPFILM / ENVIROFILM Festival i BNP Paribas GreenFilm Festival, z czego na Widlife Vaasa Festival-International Nature Film została nagrodzona jako “finalist”.
“Wegańska Warszawa” to opowieść o ludziach i działaniu
“Wegańska Warszawa” to odpowiedź na pytanie, czy da się zmieniać świat poprzez biznes, kojarzony głównie z dążeniem do maksymalizacji zysków, humanewashingiem i greenwashingiem. Jednak Konrad, Karolina, Iga, Paweł, Ala i Yulia odkrywają przed nami inny, lepszy świat; świat zbudowany dzięki wartościom i wierze w efektywną walkę na rzecz zwierząt ludzkich i pozaludzkich i środowiska.
Wyjątkowi bohaterowie i bohaterki tego reportażu, którego można obejrzeć również tutaj, to:
Paweł z Youmiko Vegan Sushi;
Ala i Yulia ze Słusznej Strawy;
Paweł, Karolina i Konrad ze Spółdzielni Margines/ Lokal Vegan Bistro;
Iga z Roślinnego Qurczaka/Apollo.
Słuszna Strawa to kolektyw, spółdzielnia socjalna, która powstała, żeby łączyć weganizację potraw kuchni międzynarodowej z realnym wsparciem dla osób uchodźczych. Yulia, szefowa kuchni i Białorusinka, mówiąc o swoich marzeniach mówi: “ skończyć wojny”. Lokal Vegan Bistro od lat wspiera osoby uchodźcze i stał się miejscem zbiórek i pomocy, Apollo i Youmiko wspierały zbiórki, prowadziły działania na rzecz uchodźców i uchodźczyń.
A co na to politycy i decydentki?
W tym samym czasie kiedy bohaterowie i bohaterki ruszyli na pomoc, wdrażając wartości w czyny, rządy i organizacje międzynarodowe wykorzystały okazję do wzmocnienia systemu żywności opartego na produkcji zwierzęcej. Słynna strategia Od pola do stołu jest z dnia na dzień okrajana nożem do sera i kotletów z elementów zielonej, roślinnej transformacji.
Wsparcie finansowe w czasie wojny otrzymał sektor produkcji zwierzęcej chociażby przemysł mleczarski a reforma polityki promocji UE została zepchnięta hasłem “teraz gospodarka i eksport”, polityka zielonej transformacji została odsunięta na bok.
A produkcja żywności wciąż w ogromnym stopniu powoduje zanieczyszczenie powietrza, wody i gleby, przyczynia się do utraty bioróżnorodności i zmian klimatycznych oraz zużywa nadmierne ilości zasobów naturalnych, a jednocześnie znaczna część żywności jest marnowana.
Rolnictwo, jakie znaliśmy jest globalnym bankrutem
W USA ponad 90 % produkcji zwierzęcej to fermy przemysłowe, w Europie ponad 80%. Antybiotykooporność, zanieczyszczenie gleb, powietrza, wody. Choroby cywilizacyjne. Katastrofa wykorzystywania miliardów zwierząt rocznie. Produkcja zwierzęca, w tym przemysł mięsny, mleczarski i jajczarski, jest fundatorem katastrofy klimatycznej, etycznej i zdrowotnej.
Społeczeństwo o krok przed decydentami i polityczkami
Pomimo, że prawda jest widoczna gołym okiem, Komisarz ds. rolnictwa Janusz Wojciechowski w odpowiedzi na stanowisko Green REV Institute, wyrażające dezaprobatę dla planu wsparcia hiszpańskiego sektora mleczarskiego w kwocie 169 milionów euro, mówi jasno:
“Produkcja mleka jest w pełni zgodną z prawem działalnością rolniczą i gospodarczą, która przyczynia się do dostarczania konsumentom pożywnej i zdrowej żywności, wspierania obszarów wiejskich, a także do utrzymania cennych ekosystemów użytków zielonych i krajobrazów kulturowych na obszarach wiejskich.”
W cieniu walki o prawo do kremowego cappuccino z mlekiem zwierzęcym, zabranym od krowiej matki, ale i kotleta schabowego z zabitej, nieszczęśliwej, cierpiącej świni, jakich nigdy nie zobaczymy na obrazkach w sklepach czy reklamach, bohaterowie i bohaterki wspomnianego dokumentu, wygrywają. Wegańskie biznesy wygrywają, pomimo braku wsparcia systemowego; wygrywają, choć nie należą do uprzywilejowanych i finansowanych – mięsa, nabiału i jaj. Wygrywają, bo zmieniają narrację.
“Wegańska Warszawa” to opowieść o wygranej wegańskich biznesów
Wegańskie biznesy nie muszą dopisywać do etykiet “od szczęśliwych kurek”, bo wiedzą, że najszczęśliwsze kurki to te, które nie muszą być fabrykami jedzenia dla człowieka. Wegańskie biznesy powoli łączą siły i zaczynają tworzyć własne organizacje rzecznicze, zabierać głos jak Heura, VFC, Oatly. Nie boją się mówienia prawdy o tym, jak biznes zwierzęcy niszczy planetę i zaczynają pojawiać się w sądach. Obnażają rzeczywistość produkcji zwierzęcej, wyręczając polityków i decydentki, które nadal boją się przyznać, że nie da się nikogo zabić humanitarnie.
O “Wegańskiej Warszawie”
Dokument “Wegańska Warszawa” pokazuje odwagę. Odwagę ludzi, którzy realizując swoje marzenia i wartości, stoją naprzeciwko ogromnych kłamstw, zakłamania, bierności. Ludzi, którzy samym faktem, że działają, produkują, karmią – dają manifest zrównoważonego systemu żywności, w którym prawa zwierząt, prawa człowieka i klimat są respektowane.
Debaty i dyskusje
Na Green Film Festival odbędą się również liczne debaty związane z tematyką systemu żywnościowego, jego wad i proponowanych rozwiązań. Podczas dwóch z tych dyskusji, Green REV Institute i Koalicję Future Food 4 Climate będzie reprezentować Ewelina Łobodziec, Media Coordinator w Green REV Institute, która weźmie udział w następujących debatach:
18:00-19:30 – panel dyskusyjny ONZ pt. “Ciemna strona żywności”
21:00-21:30 – debata “Przyszłość żywienia”
Serdecznie zapraszamy do Krakowa!
Źródło: Green Rev Institute
Biogospodarka jest postrzegana jako innowacyjny model gospodarki przyjaznej środowisku. Chociaż stanowi istotny filar rozwoju ekonomicznego Unii Europejskiej, spełnianie przez biogospodarkę celów środowiskowych i społecznych pozostaje dużym wyzwaniem. Gospodarstwa rolne poddane presji dostarczenia biomasy plonów głównych i odpadów dla przemysłu powinny być sprawiedliwie włączone w sieć łańcuchów dostaw. Niezbędna jest budowa lokalnych, samowystarczalnych rozwiązań oraz wspieranie zrównoważonych trendów konsumpcyjnych.
Biogospodarka jest nowym modelem rozwoju światowej gospodarki, opartym o wykorzystanie zasobów naturalnych i produkcję energii odnawialnej. Celem biogospodarki jest zaspokojenie społecznego zapotrzebowania na żywność, energię i produkty przemysłowe przy jednoczesnym ograniczeniu spalania paliw kopalnych i dążeniu do wypełnienia celów zrównoważonego rozwoju. Zmiana klimatu, która wywołuje katastrofalne w skutkach susze czy powodzie uderzające w dużej mierze w rolnictwo, zanieczyszczenie środowiska toksycznymi i szkodzącymi zdrowiu odpadami, pogarszające się warunki życia ludności o ograniczonym dostępie do pełnowartościowej żywności skutkujące głodem lub otyłością – to wszystko wymaga podjęcia natychmiastowych kroków i znalezienia odpowiednich metod działania. Profesjonalne instytucje badawcze zajmujące się doradztwem i niezależni eksperci zgodnie przekonują, że rozwiązanie problemów współczesnego świata wymaga wdrażania zasad biogospodarki w ekonomii.
Biogospodarka jest postrzegana jako droga do osiągnięcia celów Porozumienia Paryskiego obejmujących zobowiązanie UE do redukcji emisji gazów cieplarnianych przynajmniej o 55% do 2030 roku – w stosunku do roku 1990 – a w 2050 roku przestawienie się na gospodarkę zeroemisyjną. Unia Europejska postawiła na biogospodarkę jako motor rozwoju i począwszy od 2012 roku, kiedy opublikowała pierwszą strategię biogospodarki (aktualizowaną w 2018), idea ta wymusiła poszukiwanie rozwiązań służących realizacji różnych polityk wspólnotowych. „Biogospodarka jest wielką szansą dla rolnictwa i rolników w realizacji proekologicznych celów Nowego Zielonego Ładu” – stwierdził w 2020 r. unijny komisarz ds. rolnictwa i rozwoju wsi Janusz Wojciechowski. W kontekście rolnictwa biogospodarka o obiegu zamkniętym jest faktycznie fundamentem bezpieczeństwa żywnościowego i żywności, co zostało odpowiednio wyrażone w zapisach Strategii „Od Pola do Stołu”, mającej ambicje transformacji Europy w kierunku zrównoważonego systemu żywnościowego. Z drugiej strony biogospodarka to również idea szyta na miarę dzisiejszych czasów globalizacji, próbująca stworzyć nowy styl życia społeczeństwa. Często stosowana jako słowo-wytrych uzasadnia decyzje podejmowane przez państwa i wielkie koncerny dotyczące innowacyjnych i niskoemisyjnych procesów produkcji czy biodegradowalnych produktów, które mają spełniać określone środowiskowo-klimatyczne i społeczne standardy. Przyjrzyjmy się bliżej, jak wygląda biogospodarka w praktyce: jakie są jej relacje z rolnictwem, czy jest ona skutecznym rozwiązaniem problemów? A jeśli tak, w jaki sposób należy ją wdrażać, aby przyniosła pozytywne efekty środowisku i społeczeństwu.
Głównym surowcem do wytwarzania bioenergii i bioproduktów w sektorze biogospodarki jest biomasa produkowana w ogromnych ilościach w postaci bogatego w ligninę i celulozę drewna przez leśnictwo oraz w części przez rolnictwo – poprzez pozyskanie masy organicznej z roślin uprawianych z przeznaczeniem na biopaliwa. Podczas gdy przemysł energetyczny (zobligowany do wzrostu udziału odnawialnych źródeł energii w swoim bilansie energetycznym) oraz w coraz większym stopniu przemysł chemiczny są zainteresowane zakupem dużych ilości surowca nieżywnościowego o jednolitych parametrach fizyczno-chemicznych, konsumenci koncentrują się na dostępie do przystępnej cenowo żywności, z tendencją do zakupu produktów odżywczych i wysokiej jakości. Trendy te będą narastać nasilając konkurencję nie tylko pomiędzy produkcją żywności i biopaliw, ale również paszy. Pośrednia zmiana użytkowania gruntów (oznaczająca przeniesienie produkcji żywności na grunty dotychczas nieuprawiane, z powodu wykorzystania gruntów uprawnych na potrzeby produkcji biopaliw) może skutkować zwiększeniem emisji gazów cieplarnianych, degradacją gleb i pogłębianiem się deficytu wody, węgla, makrolementów (w wyniku wycinania lasów czy przekształcania gruntów marginalnych lub dotychczas ekstensywnie użytkowanych). Dodatkowa emisja z procesów przetwarzania biomasy również nie musi koniecznie oznaczać ograniczenia wytwarzania gazów cieplarnianych w porównaniu z emisją ze źródeł kopalnych, tak jak się to często zakłada a priori w naukowych ekspertyzach uwzględniających jedynie obieg dwutlenku węgla przez proces fotosyntezy. Ponadto produkcja roślin energetycznych na glebach marginalnych (np. odłogach, nieużytkach) może znacząco zmniejszać genetyczną i funkcjonalną różnorodność biologiczną pogarszając jednocześnie funkcje regulacyjne ekosystemów chroniące zasoby i jakość wody oraz zaburzając naturalną kontrolę szkodników upraw, co możemy zaobserwować w monokulturowym krajobrazie rolniczym.
Także wytwarzanie biomasy energetycznej przez producentów rolnych może mieć duży wpływ na wzrost cen żywności na rynku globalnym. Z tych powodów zaleca się pozyskiwanie biomasy nieżywnościowej z odpadów z produkcji roślin uprawianych na żywność, np. zbóż. Jednak również tu dochodzi do konfliktu. Z jednej strony rolnik jest zobowiązany dostarczyć odpowiednią ilość zakontraktowanej słomy odbiorcy np. elektrociepłowni, z drugiej powinien pamiętać o potrzebie wzbogacenia gleby w materię organiczną przez pozostawianie resztek pożniwnych na polu, co pozwoli mu ograniczyć straty plonów, które z dużym prawdopodobieństwem wystąpią w wyniku suszy glebowej. Kuś i Kopiński¹ z IUNG szacują, że w gospodarstwach specjalizujących się w produkcji roślinnej o nieznacznej obsadzie zwierząt i w których podstawowym nawozem organicznym jest właśnie słoma, przynajmniej 60% jej biomasy powinno być wykorzystywane jako nawóz w celu zrównoważenia bilansu materii organicznej w glebie.
Ograniczony potencjał produkcji biomasy na gruntach rolnych sprawia, że poszukiwane są alternatywne możliwości pozyskania biopaliw trzeciej i czwartej generacji, drogą modyfikacji genetycznej lub zwiększaniem efektywności procesu produkcji energii oraz wychwytu i składowania dwutlenku węgla na etapie jego wytwarzania. Metody GMO są krytykowane między innymi za ryzyko inwazyjności, transferu genów, alergenów i toksyn do środowiska. Sztuczna regulacja bilansu CO2 jest mało prawdopodobna. Komisja Europejska promuje obecnie koncepcję kaskadowego wykorzystania biomasy w myśl gospodarki o obiegu zamkniętym, co oznacza wykorzystanie biomasy więcej niż jeden raz – najpierw do bioproduktów o wyższej wartości ekonomicznej, następnie do produktów materiałowych o niższej wartości, aż do ostatecznego spalenia. Pozwala na wykorzystanie i zagospodarowanie odpadów, w tym także tych generowanych w sektorze rolnictwa. Problemem jest jednak dostępność biomasy rolniczej, jej jakość, różnorodność i technologiczne możliwości jej przetworzenia na bioprodukty. Dane w tym zakresie dla obszaru Polski są niepełne, a stosowane metody obliczeniowe oparte na bardzo ogólnych założeniach, w związku z tym wszelkie oceny należy traktować z dużą ostrożnością. Mając to na uwadze, warto zacytować wyniki raportu pod redakcją Iglińskiego z 2019 r.², który przedstawia ocenę potencjału technicznego odpadowej biomasy na cele energetyczne w Polsce. Według autora łączna ilość biomasy odpadów pozyskana w ciągu roku z drewna z lasów, dróg i sadów, słomy, siana nieużytkowanych łąk i pastwisk, wierzby wiciowej, substratów biogazu (z nawozów pochodzenia zwierzęcego, odpadów i ścieków komunalnych oraz odpadów przemysłu rolno-spożywczego) oraz glonów hodowlanych pozwoliłaby pokryć zapotrzebowanie energetyczne Polski w 14%, natomiast ciepłownicze w 28%.
Czy da się jednak w pełni zagospodarować odpady, nie czyniąc jeszcze większych szkód sobie i środowisku? Zgodnie z drugą zasadą termodynamiki, z biegiem czasu każdy układ staje się coraz bardziej nieuporządkowany – rośnie jego entropia. Kompletny recykling nie jest możliwy, gdyż na każdym etapie będzie wymagał energii i zawsze będzie niepełny wytwarzając odpady i produkty uboczne. Obecnie w skali globalnej jedynie około 25% energii jest produkowane ze źródeł odnawialnych. Projekty pilotażowe w zakresie biogospodarki o obiegu zamkniętym mają charakter lokalny i w dużym stopniu bazują na materiałach wytworzonych przy wykorzystaniu paliw kopalnych (maszyny, urządzenia, minerały, substancje chemiczne używane do produkcji fotoogniw, itp.).
Ocenę środowiskowego i klimatycznego śladu produkcji utrudnia sieć powiązań globalnego handlu. Nie jesteśmy w stanie przewidzieć całkowitego wpływu środowiskowego, gdyż relacje materiałów i energii są skomplikowane oraz zmieniają się w czasie. W warunkach globalnej konkurencji innowacje technologiczne zmieniają się bardzo szybko, co utrudnia zwrot z inwestycji oraz ogranicza ich trwałość. W ekonomii mamy też do czynienia z tzw. „efektem odbicia”. Wraz ze wzrostem ekonomicznej wydajności oraz efektywności wykorzystania zasobów, rośnie ogólne zużycie surowców. Przy wzroście efektywności produkcji, spadają koszty zakupu surowców, co z kolei obniża cenę produktu końcowego. Niższa oferta sprzedaży napędza konsumpcję a zwiększony popyt powoduje zwiększenie wolumenu produkcji z jednoczesnym wzrostem zużycia surowców z zasobów naturalnych. Ograniczeniem rozwoju gospodarki o cyklu zamkniętym jest również jej kompleksowość, wymagająca ścisłej współpracy uczestników łańcucha produktów i odpadów oraz reprezentantów różnych sektorów. Podsumowując, opisany powyżej efekt skali globalnej gospodarki wskazuje na potrzebę budowy lokalnych, samowystarczalnych rozwiązań oraz wspieranie zrównoważonych trendów konsumpcyjnych.
Transformacja do zrównoważonej biogospodarki obiegu zamkniętego wymagać będzie radykalnych zmian modelu społeczno-gospodarczego. Czy jest to możliwe w obecnych uwarunkowaniach? Unijny Plan Działań Strategii Biogospodarki w kontekście rolnictwa i produkcji żywności zakłada wspieranie przez państwa członkowskie zielonych zamówień publicznych, oznakowanie środowiskowego śladu żywności, stosowanie praktyk niskoemisyjnych i poprawiających bioróżnorodność, działania ograniczające straty żywności czy budowę sieci „żywych laboratoriów” (oddolne tworzenie innowacyjnych rozwiązań przez rolników/przetwórców przy zaangażowaniu pozostałych uczestników łańcucha dostaw oraz innych interesariuszy). Kluczem do sukcesu jest monitoring rzeczywistych rezultatów osiąganych przez rolników, sprawiedliwa rekompensata za dostarczane dobra publiczne oraz skuteczne pokonanie barier innowacyjności na obszarach wiejskich. Największe wyzwanie leży jednak w zmianie społecznych norm i przyzwyczajeń w zakresie diety, konsumpcji materiałów i mobilności. Włączenie wszystkich grup społecznych (w tym drobnych rolników, kobiet i osób młodych) w proces decydowania o strukturze lokalnych modeli biogospodarki (ze szczególnym uwzględnieniem modelu agroekologii), pozwoli na sprawne zbudowanie stabilnego systemu powiązań materiałów i usług. Nie jest to zadanie niewykonalne, jednak z pewnością czasochłonne, a jego skuteczność zależna będzie od poziomu dojrzałości społecznej i właściwie ukierunkowanego politycznego wsparcia rozwoju lokalnego.
Przypisy:
1. https://www.cdr.gov.pl/images/ZDR/ZDR-2012-2.pdf
2. Igliński, B. (2019). Badanie sektora energii odnawialnej w Polsce–potencjał techniczny, badania ankietowe, analiza SWOT, analiza PEST. Wydawnictwo Naukowe Uniwersytetu Mikołaja Kopernika.
W grudniu 2019 roku Komisja Europejska przyjęła strategię „Europejki Zielony Ład”. W nią wpisuje się strategia „Od pola do stołu”, która przewiduje ambitne cele dla unijnego rolnictwa, co budzi ogromne emocje w sektorze rolno-spożywczym. Emocje podsyca sektor agrochemiczny – główny beneficjent rolnictwa napędzanego chemicznie. Czy wyznaczone cele uda się wdrożyć w politykę rolną poszczególnych krajów? Czy może pod naporem lobbingu sektora agrochemicznego strategia rozsypie się w pył mało istotnych zapisów prawnych?
Rolnictwo, jakie dominuje dziś w krajach rozwiniętych – w Unii Europejskiej i w Polsce – jest krytykowane. Zarzuca mu się, że przyczynia się do zmian klimatu, zanieczyszcza wodę i ogranicza jej zasoby, powoduje jałowienie gleb, a na skutek używania pestycydów przyczynia się do spadku populacji pszczół i oddziałuje negatywnie na zdrowie rolników i innych mieszkańców obszarów wiejskich.
Koncentracja hodowli, scalanie gruntów, usuwanie miedz, drzew i krzewów śródpolnych, likwidacja oczek wodnych, monokulturowe uprawy wielkoobszarowe, nawozy mineralne, tysiące środków ochrony roślin, rozwinięta mechanizacja, a teraz również informatyzacja – drony, mierniki satelitarne, aplikacje komputerowe… Tym jest dzisiejsze rolnictwo.
Europejski Zielony Ład (ang. European Green Deal) to nowa strategia rozwoju gospodarczego Unii Europejskiej. Jej celem jest głęboka ekologiczna przebudowa gospodarki UE, która z trzeciego największego emitenta gazów cieplarnianych na świecie ma do 2050 roku stać się pierwszym obszarem neutralnym klimatycznie. Cele klimatyczne UE na 2030 rok także będą dostosowane do zobowiązań Porozumienia paryskiego (2016) na rzecz klimatu. Strategia Europejskiego Zielonego Ładu obejmuje wszystkie unijne polityki kluczowe dla osiągnięcia tych celów: energetyczną, gospodarkę obiegu zamkniętego, mobilność, budownictwo i mieszkalnictwo, na rzecz różnorodności biologicznej, rolną i żywności („Od pola do stołu”) oraz na rzecz likwidacji zanieczyszczeń środowiska.
Same zabiegi rolnicze też się zmieniają – coraz szerzej stosuje się środki chemiczne. Do „przygotowania pola” pod uprawę używa się herbicydów – aby oczyścić glebę z życia, tak by żadne rośliny nie miały szansy wyrosnąć na polu i „zanieczyścić” nowe uprawy. Najczęściej są to herbicydy na bazie glifosatu, których na świecie sprzedaje się dziś ponad 800 tysięcy ton rocznie. Wymyślono też dla nich inne „nowoczesne” zastosowanie, tzw. desykację, czyli oprysk przed zbiorem. Oprysk powoduje obumarcie roślin, które w ten sposób zostają „dosuszone”, co ułatwia ich zbiór i zmniejsza straty plonu. Jest to szeroko stosowana praktyka w uprawie rzepaku, łubinu, gorczycy, roślin strączkowych, słonecznika i zbóż, m.in. gryki i prosa. Z tego powodu prawnie regulowane Najwyższe Dopuszczalne Poziomy (NDP) pozostałości glifosatu w produktach rolnych z wielu wymienionych powyżej roślin są wyższe od standardowej normy 0,1 mg/kg – czasem nawet 100 lub 200 razy. Nic dziwnego, że znajdujemy glifosat w kaszy.
Nie będziemy rozwijać kwestii chowu zwierząt w fermach-fabrykach, gdzie profilaktycznie stosuje się środki przeciwdrobnoustrojowe, których pozostałości znajdujemy w mięsie, co daje różnym patogenom możliwość uodpornienia się na antybiotyki. Natomiast niezależnie negatywnego wpływu rolnictwa na środowisko i przyrodę, już samo występowanie pestycydów i antybiotyków w żywności powinno budzić nasz niepokój. Fakt ten świadczy o nieskuteczności unijnej Wspólnej Polityki Rolnej, na którą przeznaczamy prawie 40% budżetu UE. Nadzieją jest Europejski Zielony Ład, którego strategia „Od pola do stołu” zakłada ambitne cele do osiągnięcia w 2030 roku.
Rolników jest bardzo wielu, a gospodarstwa są bardzo różne. W pewnym uproszczeniu gospodarstwa konwencjonalne (znakomita większość gospodarstw) stosują zasadę: dzięki chemii i maszynom zmuszamy ziemię do wyprodukowania tego, co chcemy (lub chce rynek) w jak największej ilości. Poprzez różne „dobre praktyki” zmniejszamy szkodliwe oddziaływanie na środowisko, nigdy go do końca nie eliminując. Mówi się wówczas o „rolnictwie zrównoważonym”. Wielkie gospodarstwa używają do tego technologie, czyli stosują tzw. rolnictwo precyzyjne. Gdy rolnictwo konwencjonalne stara się zwiększać magazynowanie dwutlenku węgla przez glebę i rośliny, mówi się o „rolnictwie węglowym”. Natomiast, gdy stara się zmniejszać emisje gazów cieplarnianych, m.in. przez praktyki hodowlane ograniczające emisje metanu i tlenku azotu, mówi się o „rolnictwie przyjaznym dla klimatu”. Ale wciąż mamy pestycydy i antybiotyki.
Czy można inaczej? Można. Miliony rolników na świecie reprezentują inne podejście do ziemi i rolnictwa – oparte na trosce o glebę, ekosystemy i przyrodę. Dzięki wiedzy i szacunkowi do świata żywego, wykorzystując naturalne procesy i synergie biologiczne, z pomocą naturalnych nawozów i środków biologicznych, można produkować żywność wysokiej jakości, nie szkodząc środowisku i różnorodności biologicznej. Nazywamy to agroekologią. Wbrew rozpowszechnionym opiniom, to właśnie takie rolnictwo daje najlepsze rezultaty. W tym duchu rozwija się rolnictwo ekologiczne, regeneratywne, agroleśnictwo, permakultura. Agroekologię promuje też dziś FAO – Organizacja Narodów Zjednoczonych do spraw Wyżywienia i Rolnictwa.
Czy konsument może wybrać z którego modelu kupuje żywność? Jedynie rolnictwo ekologiczne jest objęte systemem certyfikacji, która pozwala mieć gwarancję, że produkt został wytworzony w zgodzie z przyrodą, bez użycia chemicznych nawozów i środków ochrony roślin. Żywność z certyfikatami produktów regionalnych i tradycyjnych („jakość tradycja”, „chroniona nazwa pochodzenia”, „gwarantowana tradycyjna specjalność”, „chronione pochodzenie geograficzne”) produkowana jest w sposób tradycyjny. Można oczekiwać, że produkcja takiej żywności będzie także przyjazna środowisku, choć nie ma tu tak jasnych formalnych wymogów. To tyle. Pozostaje nam wspierać rolnictwo ekologiczne oraz wywierać presję na rolników konwencjonalnych, żeby ich praktyki były jak najbardziej zrównoważone, aby środki chemiczne nie przenikały do żywności.
Artykuł ukazał się w Raporcie FoodRentgen „Prześwietlamy mąki” (marzec 2021)
www.foodrentgen.eu/pl/raport-maki
Opowieści o czystym mięsie, czyli o mięsie produkowanym w bioreaktorach (zwanym również mięsem z in vitro, z hodowli komórkowych, czystym mięsem) mogą uwieść. Podobnie, jak te o wegeburgerach, wege parówkach, kaszance wegańskiej – produkowanych z białka roślinnego zamiennikach mięsa. Mogą uwieść osoby zrozpaczone losem zwierząt hodowanych w fermach przemysłowych, chcących za wszelką cenę zakończyć cierpienie zwierząt. I uwodzą, tylko czy naprawdę technologie te są prawdziwą alternatywą do przemysłowej hodowli zwierząt, która nie tylko byłaby końcem cierpienia zwierząt, również tych dzikich, ale i pozwoliłaby zadbać o klimat i przyrodę?
Przyjrzyjmy się zatem hodowli zwierząt. Przed epoką przemysłową, która wraz z rozwojem transportu kolejowego, umożliwiła powstanie ferm przemysłowych, zwierzęta były hodowane w systemie wolnym. Ich pokarmem przede wszystkim były trawy i inne rośliny zielone, a w zimie siano (krowy, kozy, owce), resztki ludzkiego pokarmu, niezjadane przez ludzi resztki po plonach, czy też choćby spady owoców, ale i też drobne zwierzęta żyjące w glebie (świnie i ptaki). Oczywiście, bardzo często do pasz dodawano również ziarno, paszowe odmiany ziemniaków, buraki pastewne. Zależało to od zamożności osób hodujących zwierzęta. W skrócie – zwierzęta hodowane na mięso, nabiał i jaja, żywiono głównie tym, czego człowiek albo nie trawi, albo nie jest w stanie zjeść. Przy czym, hodowano (dalej się hoduje) rasy selekcjonowane na wybraną cechę: wytwarzanie większej ilości mleka, niż potrzebne było do odchowania młodych (krowy, kozy, owce), czy też większą nośność jaj (ptaki), większy przyrost masy mięśni. Większa wartość tych cechy w porównaniu do dzikich zwierząt, zgodnie z zasadą zamkniętych budżetów energetycznych wszystkich żywych organizmów, wynika z przesunięć w tym budżecie – kosztem np., szybkości poruszania się, niemożności latania itp. Podobnie jest też w przypadku uprawianych odmian roślin – wystarczy zobaczyć, jak wygląda np. dzika kukurydza, ziemniak, pomidor, pszenica – części jadalne są wyraźnie mniejsze, niż u uprawianych gatunków. Oznacza to, że zarówno zwierzęta hodowlane, jak i uprawiane rośliny, w przeciwieństwie do swoich dzikich, nieudomowionych przodków, potrzebują ludzkiej opieki. Najbardziej jaskrawym przykładem są domowe psy i koty, które bez człowieka, dziczejąc, skazane są na szybką śmierć, cierpiąc również z powodu rozłąki z ludzkim towarzyszem.
Nie oznacza to, że zwierzęta mogą być hodowane w ciasnych klatkach, zamkniętych pomieszczeniach, jak dzieje się to w przypadku hodowli przemysłowej. Każde zwierzę czuje, ma potrzeby kontaktu z innymi osobnikami, w przypadku samic potrzebuje kontaktu z potomstwem, jak i ono potrzebuje kontaktu z matką. Do dobrego życia konieczny jest kontakt z pastwiskami, wybiegami, słońcem. Potrzebuje zachowania maksymalnego dobrostanu zgodnego z fizjologią i behawiorem swojego gatunku. Podobnie zaburzenie podstaw biologii gatunku obserwujemy w przypadku roślin uprawianych w systemie wielkoobszarowych monokultur, gdzie bardzo często nie stosuje się choćby płodozmianu, brak jest zadrzewień i miedz śródpolnych. Zamiast zapewnienia właściwych warunków glebowych, łącznie z brakiem warstwy materii organicznej, rośliny odżywiane są nawozami mineralnymi. W tym przypadku, oprócz ważnego z powodów ekonomicznych wyjałowienia gleby, śmiało można mówić o braku zachowania dobrostanu roślin. Choćby dlatego, że nawozy mineralne są toksyczne dla mikroorganizmów glebowych, w tym żyjących w symbiozie z roślinami grzybów mikoryzowych, mających kluczowe znaczenie na przykład w odpowiednim dostarczaniu substancji odżywczych roślinom, czy też ochronie przed patogenami.
Nawet pobieżna lektura technologii stosowanych w rolnictwie przemysłowym pokazuje, jak bardzo w przemysłowym wytwarzaniu żywności oddaliśmy się od przyrody, zapominając tysiące lat doświadczeń rolników i rolniczek, wręcz zachłystując się kolejnymi nowinkami technologicznymi. Nie bacząc na ich skutki i dla nas i dla środowiska, ale również właśnie choćby dla zwierząt. Dwie pozornie najważniejsze technologie stosowane w rolnictwie – nawozy mineralne i syntetyczne środki ochrony roślin (pestycydy), patrząc z dzisiejszej perspektywy, nie tylko nie uwolniły ludzkości od głodu, ale są jedną z głównych przyczyn dewastacji naszej Planety, masowego wymierania gatunków oraz globalnego ocieplenia. Kolejne wynalazki, związane z postępującą mechanizacją rolnictwa, w tym hodowli, dokładają swoje w degradacji gleb, w zużyciu paliw kopalnych, w wyczerpywaniu skończonych zasobów Ziemi. Powinniśmy naśladować przyrodę, korzystać z możliwości, które dostarcza, z pomocą najnowszej wiedzy biologicznej i ekologicznej (ale i społecznej), tak, by system wytwarzania żywności był jak najbardziej cyrkularny, podobnie jak obieg materii i energii w przyrodzie. Zamiast tego kupujemy nowe gadżety, podobnie jak kolejną, niepotrzebną parę butów, jak kolejny model smartfona. Zamieniając system wytwarzania żywności w kolejną, linearną produkcję.
Potrzebę „zielonej” rewolucji tłumaczono koniecznością zwiększenia wydajności plonów, tak, by zapewnić odpowiednią ilość żywności każdej osobie na świecie. Zastanówmy się, czy było to konieczne, czy niedobory żywności nie wynikały z powodów społecznych.
Przed epoką przemysłową jednym z głównych źródeł dochodów bogatszej części społeczeństwa były wszelkiego rodzaju płody rolne, nie tylko żywność, ale na przykład bawełna. W naszym kraju podział wytworzonej żywności, podobnie jak w innych krajach, był bardzo nierówny. Wystarczy przeczytać choć jedną z niedawno opublikowanych książek, np. „Ludowa Historia Polski” Adama Leszczyńskiego, czy też „Chamstwo” Kacpra Pobłockiego, żeby przekonać się, że ludność wiejska właściwie cały czas głodowała, była na granicy przeżycia. Cała nadwyżka żywności była konsumowana, nie tylko dosłownie, ale jako towar, którym handlowano, przez maksymalnie 10% społeczeństwa (w zależności od regionu). Pałace, dworki szlacheckie powstały ze sprzedaży żywności, której odmawiano ludności wiejskiej. Śmiało można napisać, że od wieków, a nawet od tysiącleci, problem głodu nie wynikał z braku żywności, czy też ze słabej urodzajności upraw i wydajności hodowli, ale właśnie z nierównego podziału tego, co rolnicy i rolniczki wytworzyli.
Trudno nie oprzeć się wrażeniu, że i teraz jest podobnie. A z powodu globalizacji, nierówność podziału wytworzonej żywności, czy też marnotrawienie terenów rolnych pod zbędne uprawy (np. kwiaty w Kenii), czy też nadmiarowe (bawełna na wyrzucane masowo ubrania) jest główną przyczyną i głodu i dewastacji naszej Planety. Nadwyżki żywności są sprzedawane na Globalnej Północy, bo tam społeczeństwa są wystarczająco bogate, żeby je kupić. Są to też nadwyżki mięsa, nabiału i jaj, prowadząc do ich hiperkonsumpcji, do tego niezdrowej dla naszego wszystkożernego gatunku. Wytwarzanie tych nadwyżek jest możliwe dzięki dwóm mechanizmom: nadmiernej hodowli zwierząt (bo aż 77% terenów rolnych na Ziemi na to jest przeznaczana ), skoncentrowanej głównie w fermach przemysłowych (90% wszystkich hodowli) oraz uprawie pasz, w tym soi na terenach Globalnego Południa. Stamtąd też pochodzi choćby wysokobiałkowa mączka rybna dodawana do pasz w hodowlach na Globalnej Północy. Tak, oczywiście i na terenach rolnych Globalnej Północy uprawia się rośliny na paszę – w Polsce z 33.5 mln ton zbóż jest produkowanych rocznie, aż 15 mln ton to te używane na paszę. Przypominam – wysokobiałkowe pasze, czyli również te produkowane ze zbóż, są wręcz szkodliwe dla większości hodowlanych zwierząt.
Dlaczego tak się dzieje? Podobnie jak przed epoką przemysłową, na wytwarzaniu żywności zarabia niewielka cześć ludzkości, tyle, że dzieje się to obecnie w skali globalnej. Następuje coraz szybsza monopolizacja nie tylko produkcji nawozów mineralnych, pestycydów, maszyn rolniczych, ale również wytwarzania, przetwórstwa i sprzedaży żywności.
Do dominujących koncernów należą choćby Nestle, Cargill, Unilever, JBC, Tyson, wszystkie mniej lub bardziej powiązane z hodowlą zwierząt, dyktujące ceny żywności oraz to, co znajduje się na naszym talerzu.
Wróćmy zatem do pierwszego akapitu tego tekstu: mięso in vitro i „białko roślinne”. Uwodzą, bo jak pisałam, skala hodowli przemysłowej, gdzie zwierzęta cierpią od samego urodzenia się, jest wręcz straszliwa i trudno zobaczyć jej koniec. Stąd też głosy o konieczności całkowitego zakazu hodowli zwierząt na żywność. Zobaczmy jak wytwarzane jest mięso z in vitro: konieczne są komórki macierzyste ze zwierząt (tak, można je pobrać w miarę bezboleśnie) i pożywka dla nich (obecnie głównie serum zwierzęce, ale mogą być opracowane jego roślinne zamienniki). Idźmy dalej: konieczne jest postawienie budynków na jakimś terenie, zasilanych prądem, podobnie jak bioreaktory, w których owo mięso rośnie. Można by spekulować, że budynki postawimy na miejscu ferm przemysłowych, zaoszczędzony w ten sposób prąd będzie użyty na produkcję mięsa z in vitro. Tylko czy jest możliwa cyrkularna produkcja mięsa z in vitro? Np. pożywka produkowana z resztek ludzkiego pożywienia, czy też z roślin niejadalnych dla człowieka, pochodzących z kraju, gdzie jest umiejscowiona fabryka? Czy z takiej produkcji będzie można uzyskiwać naturalny nawóz? Dla kogo będzie przeznaczone takie mięso – dla całego świata, czy też znów głównie, a takie są głosy, dla Globalnej Północy? Czy w takie ilości, jak jest obecnie spożywane – z niezdrowym nadmiarem? Co w takim razie z problemem głodu na Globalnym Południu?
Podobne zastrzeżenia można mieć do „białka roślinnego” służącego do produkcji roślinnych zamienników mięsa. Też musi być przetwarzane ze zużyciem energii, w specjalnych fabrykach. Czy jego produkcja będzie źródłem nawozu wykorzystywanym w lokalnych uprawach? Czy też dalej rośliny będą pochodzić z wielkoobszarowych upraw, gdzie stosuje się zbyt duże ilości i nawozów mineralnych i syntetycznych pestycydów. A może po prostu każdy i każda z nas powinni mieć więcej czasu, by gotować pyszne wegańskie posiłki dla siebie, dla bliskich, zamiast kupować i w pośpiechu zjadać wegeburgery często zapakowane w plastik produkowany z paliw kopalnych. I co szczególnie niepokojące, produkcję mięsa z in vitro i roślinnych zamienników mięsa zaczynają kontrolować te same koncerny, które są odpowiedzialne za eksterminację życia na Ziemi, na której zarabiają krocie, jak choćby Nestle, Cargill, Unilever, wspominane powyżej. To kolejny krok w kierunku kontrolowania żywności na świecie – a kto kontroluje żywność ten ma władzę.
Często słyszę pytanie, zawarte w tytule – czy wegański świat jest możliwy. Nie, nie jest. Przyroda nie jest wegańska, tak, jak nie jest ani dobra, ani zła. Jest w niej miłość, empatia, ale też okrucieństwo (często niewyobrażalne, wystarczy poczytać o osach pasożytniczych), wreszcie śmierć. Organizmy żywe zjadają i są zjadane. Nawet rośliny – i nie mam tu na myśli roślin owadożernych. Bez szczątków organicznych, zawierających nie tylko odchody, ale i resztki ciał zwierząt, nie miałby właściwego podłoża do wzrostu, bogatego w substancje odżywcze, gdzie mogą też żyć tak potrzebne im mikroorganizmy. I na tym bogactwie życia i śmierci rośnie bujność przyrody. Zapominamy o tym, nie mając kontaktu z przyrodą, nie wiedząc jak jest wytwarzana żywność, często z rozpaczy nad cierpieniem zwierząt hodowanych na fermach, oczekując, że to co jemy, nie będzie się wiązało ze śmiercią zwierząt. Osobiście czasem mam wrażenie, że najlepiej z żadną śmiercią. Pójść do sklepu i kupić coś, co nie przypomina żadnej istoty żywej, z której zostało wytworzone, ładnie zapakowane, estetyczne, bez skazy. Taki obraz żywności jest utrwalany przez reklamy, przez koncerny jakkolwiek związane z wytwarzaniem żywności. Bo pomaga w jej nadprodukcji, ale i w produkcji opakowań – świetny interes, zamiast wystarczającej ilości dobrej żywności dla każdego.
Doskonale rozumiem etyczne powody niejedzenia mięsa, nabiału i jajek oraz innej żywności pochodzącej od zwierząt. Tylko jako biolożka muszę zwrócić uwagę czytelników i czytelniczek tego tekstu na funkcjonowanie przyrody, owego cyklu życia i śmierci, którego i my powinniśmy być częścią. Znamy sposoby wytwarzania żywności, jak choćby agroekologia, z włączeniem metod hodowli zwierząt zachowujących ich maksymalny dobrostan, maksymalnie ograniczających ich cierpienia, łącznie z zapewnieniem właściwego dla nich pokarmu. Włączenia ich, ale i siebie, w system wytwarzania żywności maksymalnie przypominający funkcjonowanie naturalnych ekosystemów. Bez marnowania żywności, marnowania terenów rolnych, które mogły by być zwrócone dzikiej przyrodzie, również dzikim zwierzętom. Jednocześnie z maksymalnym ograniczeniem hodowli zwierząt do liczebności stad niezbędnych do prawidłowego funkcjonowania ekosystemów rolniczych, tak, by żywność pochodząca od zwierząt była uzupełnieniem, a nie głównym składnikiem diety, jak jest to obecnie na Globalnej Północy. Z połączeniem osób wytwarzających żywność z tymi, które jedynie ją konsumują. Tak, by żywność w końcu była prawem, a nie towarem, dla każdej osoby na Ziemi.
Europejski Zielony Ład (EZŁ) zakłada osiągnięcie neutralności klimatycznej przez UE do 2050 roku. Tym samym stawia ogromne wyzwanie przed europejskim rolnictwem, które powinno zostać poddane reformom w celu stworzenia sprawiedliwego, zdrowego i przyjaznego dla środowiska systemu żywności. Jest to główny cel strategii “Od pola do stołu” (ang. From Farm to Fork Strategy – F2F), stanowiącej jeden z głównych elementów EZŁ.
W obecnej chwili rolnictwo odpowiada za 10,3% emisji gazów cieplarnianych w UE, a prawie 70% pochodzi z sektora zwierzęcego, w tym emisje szczególnie niebezpiecznego metanu oraz podtlenku azotu. Oprócz śladu węglowego, przemysłową produkcję zwierząt charakteryzuje duże zużycie wody oraz wysokie zanieczyszczenie punktowe środowiska w miejscu produkcji. Oba te zjawiska negatywnie wpływają na różnorodność biologiczną.
Strategia „Od pola do stołu” proponuje zrównoważony system żywnościowy, za którego kształt mają być odpowiedzialni wszyscy jego uczestnicy – od producentów surowców przez przetwórców i dystrybutorów aż do konsumentów kupujących i spożywających żywność. Wybór modelu rolnictwa ma tu decydujące znaczenie. Jedną z najważniejszych kwestii jest kierunek rozwoju produkcji zwierzęcej, z uwagi na jej ogromne oddziaływanie na zdrowie publiczne, jakość życia na terenach wiejskich, pozycję ekonomiczną i społeczną osób zatrudnionych w rolnictwie, dobrostan zwierząt hodowlanych oraz znaczący udział tego sektora w degradacji środowiska i postępującym kryzysie klimatycznym.
Wybór odpowiedniego, zrównoważonego modelu produkcji zwierzęcej zależy od wielu czynników. Dla strategii „Od pola do stołu” najistotniejsze są wola polityczna władz państw członkowskich wobec proponowanej przez UE reformy oraz zaangażowanie się konsumentów, wyrażane przede wszystkim przez zmiany nawyków żywieniowych oraz świadome decyzje zakupowe.
Nie można zapominać, że na decyzje polityczne ogromny wpływ ma lobby przemysłowej produkcji zwierzęcej, którego nadrzędnym interesem jest maksymalizacja zysku w jak najkrótszym czasie bez zwracania uwagi na społeczne i środowiskowe koszty intensyfikacji tej produkcji oraz globalizacji handlu produktami pochodzenia zwierzęcego. Przemysłową produkcję zwierząt charakteryzuje intensywny tucz zwierząt w oparciu o wysokobiałkowe pasze, powstające najczęściej z importowanych, genetycznie modyfikowanych zbóż, w szczególności soi. W związku z tym lobby wspierające przemysłową hodowlę tworzą także importerzy śruty sojowej, krajowi producenci roślin na pasze, a także producenci pasz i dodatków paszowych. Kolejną grupą lobbingową są producenci i dystrybutorzy leków (zwłaszcza antybiotyków) dla zwierząt, gdyż brak dobrostanu (m.in. pozbawienie dostępu do słońca, świeżego powietrza, wolnego wybiegu, stłoczenie) i życie w ciągłym stresie powodują u zwierząt spadek odporności i znaczne zwiększenie ich podatności na choroby. Leki i antybiotyki podaje się nie tylko chorym zwierzętom, ale także prewencyjnie zwierzętom zdrowym w obawie przed wystąpieniem epizootii, np. ptasiej grypy. Do wiodących graczy w lobby broniącym przemysłowej produkcji zwierzęcej należą również ubojnie, zakłady przetwórcze, a przede wszystkim globalne sieci sprzedażowe, oferujące produkty pochodzenia zwierzęcego po niskich cenach możliwych dzięki masowej produkcji takiej żywności. Resztki poubojowe są używane do produkcji tanich karm dla zwierząt towarzyszących, jako pokarm w hodowlach zwierząt futerkowych, a także, wraz z odchodami zwierząt, stanowią surowiec dla biogazowni. Na intensywnej, przemysłowej produkcji zwierzęcej zarabia także transport, obsługujący długodystansowe przewożenie żywych zwierząt, dowóz surowców pochodzenia zwierzęcego do dużych zakładów przetwórczych, a potem przewóz gotowych produktów do sieci sprzedażowych.
Strategia „Od pola do stołu” postrzegana jest przez całe to lobby jako zagrożenie uderzające w dobrze prosperujący łańcuch powiązanych ze sobą interesów. Przewiduje ona bowiem radykalne zmniejszenie zużycia środków produkcji, od których obecnie uzależniona jest przemysłowa produkcja rolna, w tym zwierzęca. Dotyczy to zmniejszenia użycia nawozów sztucznych o co najmniej 20% do 2030 roku, a także zmniejszenia do 2030 roku ogólnego stosowania i ryzyka dotyczącego pestycydów chemicznych o 50% oraz stosowania bardziej niebezpiecznych pestycydów o 50%. Jest to dylemat dla krajów UE przodujących w produkcji zwierzęcej – a zatem także dla Polski będącej potentatem przede wszystkim w produkcji mięsa drobiowego i jaj – gdyż z uwagi na nacisk kładziony w Europejskim Zielonym Ładzie na unikanie dalekiego transportu, powstaje problem uniezależnienia się od importu śruty sojowej spoza UE, przy jednoczesnym rozwoju i utrzymaniu krajowej produkcji pasz w stopniu zapewniającym możliwość wyżywienia zwierząt hodowlanych. Ma to na dodatek nastąpić bez zwyczajowego i powszechnego stosowania chemii rolniczej (nawozy, pestycydy).
Nie jest to problem, którego nie da się rozwiązać. Potrzebna jest tylko wola polityczna, by systemowo wdrażać odpowiednie, już istniejące i sprawdzone praktyki rolnicze, które zapewniają potrzebną wydajność plonowania, bez konieczności stosowania na polach środków chemicznych. Przy dobrze zaplanowanych działaniach krajowych odchodzenie od chemizacji rolnictwa ma ogromną szansę powodzenia. W grę wchodzi przede wszystkim przywracanie żyzności i zdrowia zniszczonym przez stosowanie środków chemicznych glebom, co jest podstawą do budowania naturalnej odporności roślin na szkodniki i choroby.
Odpowiedź na konieczność zmiany metod produkcji rolnej leży także w samej strategii „Od pola do stołu”. Jest nią w pierwszym rzędzie przechodzenie na produkcję ekologiczną. Zaplanowano, że do 2030 roku co najmniej 25% gruntów rolnych UE powinno być przeznaczone na rolnictwo ekologiczne oraz powinien nastąpić znaczący wzrost ekologicznej akwakultury. Niektóre państwa członkowskie, np. Niemcy, Dania, Francja lub Czechy już podejmują działania stymulujące rozwój rolnictwa ekologicznego oraz lokalnej produkcji żywności. W Polsce obecnie rolnictwo ekologiczne zajmuje 3% powierzchni gruntów rolnych i na razie nie widać, by władze publiczne w rzeczywisty sposób podejmowały działania na rzecz jego rozwoju. Szkoda, gdyż wysoki dobrostan zwierząt hodowlanych jest w rolnictwie ekologicznym zagwarantowany unijnym rozporządzeniem 848/2018, zgodnie z którym zabronione jest między innymi utrzymywanie zwierząt w zamknięciu, karmienie paszami GMO oraz prewencyjne podawanie antybiotyków.
A właśnie strategia „Od pola do stołu” najmocniej odnosi się do tej ostatniej kwestii, zapowiadając zmniejszenie do 2030 roku o 50% ogólnej sprzedaży środków przeciwdrobnoustrojowych dla zwierząt (leki, antybiotyki), bez których nie potrafi funkcjonować przemysłowy chów zwierząt. To ograniczenie oznacza w praktyce, że konieczne będzie szukanie naturalnych, alternatywnych metod ochrony zdrowia zwierząt, ale przede wszystkim zmianę przemysłowych metod hodowli i chowu.
Strategia unijna mówi wyraźnie, że UE powinna dążyć do zrównoważonej produkcji zwierzęcej, w której jedną z najważniejszych wartości jest stałe podnoszenie dobrostanu zwierząt hodowlanych. Tym samym nie tylko dąży do ograniczenia szkodliwego wpływu przemysłowej produkcji zwierzęcej na klimat i środowisko (szczególnie na zasoby wodne i różnorodność biologiczną), ale bierze też pod uwagę oczekiwania obywateli UE oraz ochronę zdrowia publicznego. Aż 94% Europejczyków w badaniu Eurobarometru w 2016 r. zadeklarowało, że dobrostan zwierząt hodowlanych jest dla nich ważną sprawą. Konsumenci w UE obawiają się także antybiotykooporności u ludzi w związku z nadmiernym podawaniem antybiotyków zwierzętom w chowie przemysłowym. Już dziś anybiotykooporność jest powodem 33 tysięcy zgonów rocznie w UE. Ponadto 400 tysięcy osób umiera z powodu emisji do atmosfery amoniaku, pochodzącego z odchodów zwierzęcych z ferm przemysłowych.
Jednym z działań, na które stawia strategia „Od pola do stołu”, jest znakowanie żywności pochodzącej od zwierząt utrzymywanych w warunkach wysokiego dobrostanu. Konsumenci powinni nie tylko mieć prawo do zrównoważonej żywności, ale także przyczyniać się swoimi wyborami i prowadzeniem odpowiedniej diety do redukcji negatywnego wpływu produkcji żywności na środowisko i klimat. Chodzi o to, aby robić zakupy z myślą o ograniczeniu marnotrawstwa żywności, zwracając uwagę na rodzaj opakowania i wspierając swoim wyborem producentów szanujących przyrodę i dobrostan zwierząt. Strategia „Od pola do stołu” nie dopuszcza dalszego promowania na rynku taniego mięsa z masowej produkcji i zaleca przekazanie tych środków na upowszechnianie zrównoważonej konsumpcji produktów pochodzenia zwierzęcego. W praktyce powinno to oznaczać wzmacnianie podaży produktów ekologicznych na rynkach krajowych przez państwa UE oraz szukanie zamienników roślinnych lub akwakulturowych dla produkcji zwierzęcej. Siła świadomego konsumenta została już dobrze poznana w UE, a w Polsce cały czas rośnie, o czym może świadczyć odnotowany przez GUS („Rolnictwo w 2019”) spadek spożycia mięsa przez Polaków o 2,24%. Jest to stała tendencja – w ostatniej dekadzie spożycie mięsa spadło z 76,9 kg na osobę do 62, 4 kg. Jednocześnie rośnie w naszym kraju opór społeczny wobec budowy ferm przemysłowych, z uwagi na ich niszczący wpływ na jakość życia mieszkańców wsi.
Mimo to silne w Polsce lobby produkcji paszowej i zwierzęcej przedstawia strategię „Od pola do stołu” jako najczarniejszy scenariusz dla polskiego rolnictwa. Odbywa się to przy milczącym przyzwoleniu instytucji publicznych i pomimo zapewnień ze strony komisarza ds. rolnictwa Janusza Wojciechowskiego, że strategia „Od pola do stołu” jest szansą na rozwój gospodarczy polskich gospodarstw rodzinnych w oparciu o połączenie ekonomii z ekologią. Rolnictwo może rozwijać się w Polsce, dostarczając nie tylko żywności wysokiej jakości od zwierząt utrzymywanych w dobrostanie, ale także wszelkich usług powiązanych z rolnictwem, takich jak poprawa stanu gruntów rolnych i walorów krajobrazowych, agroturystyka, turystyka wiejska oraz ochrona dziedzictwa kulturowego wsi, w tym jej wspaniałej różnorodności przyrodniczej.
Fot. Andrew Skowron
Dzisiaj odbyło się trzygodzinne wysłuchanie komitetu obywatelskiego „Koniec Epoki Klatkowej – End the Cage Age” w Parlamencie Europejskim. Było ono ostatnim etapem przed decyzją Komisji Europejskiej w tej sprawie. Zmiana dotyczyłaby ponad 340 milionów zwierząt hodowanych w krajach UE (w tym ponad 43 miliony zwierząt hodowlanych w Polsce).
Wysłuchanie było kolejnym etapem procesu, który w 2018 roku zapoczątkowała fundacja Compassion in World Farming ze swoim polskim oddziałem Compassion Polska oraz w koalicji ze 170 organizacjami z całej Europy. Rozpoczął się on od zebrania niemal 1 400 000 podpisów pod Europejską Inicjatywą Obywatelską „Koniec Epoki Klatkowej” i złożenia ich przed Komisją Europejską. Wysłuchanie przed Parlamentem Europejskim poprzedza ostateczną decyzję Komisji Europejskiej w sprawie europejskiego zakazu chowu klatkowego zwierząt hodowlanych.
– To decyzja, która zrewolucjonizuje polskie i europejskie rolnictwo – komentuje Małgorzata Szadkowska, prezeska Compassion Polska i członkini komitetu obywatelskiego Koniec Epoki Klatkowej – Wiemy, że bezklatkowe systemy hodowli są możliwe do wprowadzenia tu i teraz, są ekonomicznie opłacalne i co więcej, z dobrym skutkiem stosowane już w wielu krajach w Europie. Przepisy unijne dotyczące zwierząt hodowlanych są przestarzałe i zostały wprowadzone ponad 20 lat temu, obecnie poziom naszej wiedzy na temat dobrostanu świń, kur czy cieląt jest nieporównywalnie większy. Naprawdę już najwyższy czas, żeby UE dostosowała przepisy tak, aby były zgodne z aktualnym poziomem wiedzy naukowej. Bardzo cieszy mnie tak pozytywny wydźwięk dzisiejszego przesłuchania parlamentarnego i poparcie dla naszej inicjatywy.
W trakcie wysłuchania, na temat zakazu chowu klatkowego wypowiadali się zarówno członkowie komitetu obywatelskiego, jak i politycy, naukowcy oraz hodowcy.
– Dorastałem na intensywnej farmie drobiu moich rodziców, która zbankrutowała w 2007 roku. To zmusiło mnie to do przemyślenia modelu produkcji, który stosowaliśmy. Używałem klatek przez wiele lat. Teraz wiem, że wszystkie zwierzęta potrzebują przebywać na zewnątrz. Nasze kury nioski nie są trzymane w klatkach, a nasze wyniki finansowe są bardzo dobre – mówił hodowca z Holandii, Ruud Zanders.
– Mamy wiele funduszy unijnych, które mogą być wykorzystane na odchodzenie od chowu klatkowego na rzecz alternatywnych metod hodowli. Jest pełne poparcie Komisji dla takiej transformacji – powiedział Janusz Wojciechowski, unijny komisarz UE ds. Rolnictwa – Dobrostan zwierząt leży w samym sercu Zielonego Ładu i mnie osobiście zależy na tym, żeby go poprawić. Chów klatkowy jest częścią szerszego problemu jakim jest intensyfikacja produkcji, która nie była wyborem rolników. I rolnicy też na tym cierpią.
– Otrzymałam listy wsparcia dla inicjatywy Koniec Epoki Klatkowej zarówno od rolników, jak i firm branży spożywczej czy towarzystw weterynarzy. To pokazuje, jak ważny jest obecnie dobrostan zwierząt – dodawała Stella Kyriakides, unijna komisarz ds. zdrowia i bezpieczeństwa żywności.
– Wspieramy w pełni tę inicjatywę. Nowa Wspólna Polityka Rolna powinna wspierać odejście od chowu klatkowego – wsparł Koniec Epoki Klatkowej Guillaume Cros, reprezentant Europejskiego Komitetu Regionów.
W Unii Europejskiej hoduje się rocznie ponad 340 milionów zwierząt w klatkach. W Polsce: ponad 43 miliony (głównie kury, króliki hodowane na mięso, świnie w kojcach porodowych i indywidualnych, cielęta w kojcach indywidualnych). Przed wysłuchaniem w PE, Koniec Epoki Klatkowej został poparty przez ponad 140 naukowców oraz gigantów branży spożywczej, takich jak Ferrero, Nestlé czy Mondelēz.
Ostateczne ustosunkowanie się Komisji Europejskiej do treści inicjatywy nastąpi w przeciągu trzech miesięcy od wysłuchania.
Źródło: Compassion Polska (częścią międzynarodowej organizacji Compassion in World Farming). Pełne nagranie wysłuchania znaleźć można na stronie Parlamentu Europejskiego