Podczas gdy światowi liderzy prześcigają się w deklaracjach o „zielonej transformacji”, rzeczywistość maluje się w znacznie ciemniejszych barwach. Najnowsza aktualizacja bazy danych Carbon Majors rzuca światło na to, kto realnie stoi za postępującym ociepleniem klimatu. Wyniki są jednoznaczne: zaledwie 57 podmiotów odpowiada za aż 80% globalnych emisji CO2 wygenerowanych od czasu podpisania porozumienia paryskiego.
Iluzja zmiany?
Od 2015 roku, kiedy to w Paryżu niemal wszystkie narody świata zobowiązały się do ograniczenia wzrostu temperatury, globalne emisje gazów cieplarnianych powinny zacząć gwałtownie spadać. Tymczasem dane Carbon Majors pokazują zjawisko odwrotne. Produkcja paliw kopalnych przez największych graczy rynkowych nie tylko nie zmalała, ale w wielu przypadkach wzrosła.
Raport wskazuje na uderzający paradoks: mimo coraz głośniejszych alarmów naukowców i coraz częstszych katastrof naturalnych, giganci naftowi, gazowi i węglowi kontynuują politykę „biznesu jak zwykle”.
Kto pociąga za sznurki?
Baza danych Carbon Majors śledzi emisje od 1854 roku, jednak to ostatnie siedem lat (2016–2022) budzi największy niepokój. Z analizy wynika, że za lwią część emisji odpowiadają trzy grupy podmiotów:
- Przedsiębiorstwa państwowe (State-owned entities): To one dominują w zestawieniu, szczególnie w sektorze wydobycia ropy i gazu.
- Spółki giełdowe (Investor-owned companies): Choć często chwalą się strategiami „Net Zero”, ich realny wkład w emisje pozostaje ogromny.
- Państwowe monopole węglowe: Odpowiadają za gigantyczne ilości CO2, szczególnie w gospodarkach azjatyckich.
Wśród największych emitentów niezmiennie pojawiają się tacy giganci jak Saudi Aramco, Gazprom, Coal India czy ExxonMobil.
Azja i węgiel – powrót do przeszłości
Choć w Europie i Ameryce Północnej obserwuje się powolny odwrót od węgla, globalnie ten surowiec przeżywa „drugą młodość”. Raport podkreśla, że emisje związane z węglem po 2015 roku wzrosły, co jest napędzane głównie przez państwowe spółki w Chinach i Indiach. To właśnie tam koncentruje się obecnie walka o to, czy uda się zatrzymać ocieplenie na poziomie 1,5°C.
Dlaczego to ma znaczenie?
Projekt Carbon Majors nie służy jedynie do wytykania winnych. To kluczowe narzędzie w rękach prawników, aktywistów i inwestorów. Dzięki twardym danym możliwe jest:
- Pociąganie korporacji do odpowiedzialności przed sądami (tzw. climate litigation).
- Weryfikowanie obietnic klimatycznych – teraz każdy może sprawdzić, czy deklaracje firmy o ekologii pokrywają się z twardymi danymi o wydobyciu.
- Wywieranie presji na rządy, by skuteczniej regulowały działalność państwowych monopoli.
Czas na transparentność
Richard Heede, twórca bazy Carbon Majors, podkreśla: „To badanie pokazuje, że za kryzys klimatyczny nie odpowiadają abstrakcyjne siły, ale konkretne zarządy i konkretni politycy”. Bez radykalnej zmiany kursu przez te 57 podmiotów, globalne cele klimatyczne pozostaną jedynie zapisem na papierze.
Źródła i dodatkowe informacje:
O imperatywie moralnym, który jest nieistotny, wciąż jednak pozostaje imperatywem.
Gubię się już, mówiąc szczerze, w tych wszystkich postanowieniach COP-ów klimatycznych. Niby powinienem wiedzieć, co i jak i ile czego mamy ograniczyć oraz do jakiego czasu, żeby wyjść na swoje i przetrwać, jednak wszystko jakoś ulatuje z pamięci.
Nie wiem, może to przez zanieczyszczenie powietrza, ilość chemii w jedzeniu, natarczywą technologię, świąteczne reklamy telewizyjne, celebrytów, polityków – tryb życia jednym słowem? Kiedyś – pocieszam się – umiałem zapamiętywać skomplikowane figury retoryczne, ciągi liczb, całe wiersze, co mam zrobić na jutro, żeby to, co mam zrobić za miesiąc, mogło się udać. Teraz, żeby napisać kolejne zdanie, muszę posiłkować się literaturą przedmiotu, a i tak sprawdzam po kilka razy, czy aby nie przemieszałem lat z procentami i czy na pewno do tego roku, a może jednak jakiegoś innego, równie abstrakcyjnego, i czy serio chodzi o ekwiwalent, bo może jednak sam dwutlenek, a to ogromna różnica; w ogóle czuję się jak w podstawówce, kiedy klęcząc na korytarzu przepisywałem matmę od Agatki – nic nie kumam, ale przecież odrobiłem. Ale ok, jakoś tak to szło: żeby więc zbliżyć się do postanowień paryskich, to jest zatrzymać w drugiej połowie wieku (bo przecież nie teraz) wzrost średniej globalnej temperatury na poziomie 2°C względem ery przedprzemysłowej, musimy co roku – rzecz jasna globalnie – redukować emisje ze spalania paliw kopalnych o 6,2%. Z kolei – ale to już zadanie na szóstkę – jeśli zachciałoby nam się ograniczyć wzrost temperatury do 1,5°C, taka redukcja musi wzbić się na poziom 10% w tym roku i każdym kolejnym. Mamy to, jakoś poszło. Ewentualnie można dodać, że obecnie stoimy na poziomie 1,2°C ocieplenia względem ery sprzed wynalezienia maszyny parowej, przy czym wzrost ocieplenia utrzymuje się na poziomie 0,2°C co dekadę, czyli – to już naprawdę proste – o ile nic się nie zmieni, za 40 lat mamy nasze dwa stopnie jak w banku. Można jeszcze, choć nie trzeba, ale jednak napomknąć – bardziej dla humanistów – że liczby liczbami, ale to już jest, to już się zaczęło. To znaczy to 1,2°C to już jest bardzo słabo, efekty widać na codzień, jak będzie kiedy będzie 1,5°C czy 2°C trudno do końca powiedzieć i chyba nie ma co marnować czasu, bo to są scenariusze ubrane w strój galowy, podkolorowane, wstęgi przecięte, tymczasem w szarej rzeczywistości naszej szarej rzeczywistości idziemy raczej na 4°C jak nie 6°C. A co wtedy się stanie, to już niech każdy sam sobie. Sky is the limit. Impossible is nothing. RRSO 0% i przez pół roku nie płacisz.
Człowiek w ogniu
Ale tam zaraz przetrwać. Wielkie słowa. Przetrwać, przetrwamy – ktoś w każdym razie przetrwa. Nie bardzo rozumiem, czemu literatura przedmiotu z uporem wariata próbuje zapewniać mnie, że zmiany klimatu są demokratyczne i dotkną wszystkich. Wygląda mi to na jakąś ponowoczesną wersję średniowiecznego tańca śmierci, tego amortyzatora wstrząsów społecznych i osobistych frustracji: w obliczu śmierci jesteśmy równi, kto by tam patrzył na akcydensy. W danse macabre katastrofy klimatycznej umrę ja i ty, umrze ksiądz, pleban i rycerz, biskup owszem też, i cała masa dziewic. Ale co do jeźdźców apokalipsy to już wcale nie jestem pewien. Oni chyba mają inne plany. Wydaje mi się, że w zasadzie jako jedyni coś jeszcze robią w obliczu katastrofy – mianowicie jako jedyni przygotowują się na The Event i Life After, jak to w rozbrajający sposób opowiedział Douglas Rushkoff, relacjonując w Guardianie swoje spotkanie z pięcioma miliarderami, z których jeden właśnie kończył budować bunkier, pozostali z kolei dopytywali, w której części świata mają umieścić swoje i jak zabezpieczyć się przed atakami motłochu czy buntem załogi. To jest jednak aż nazbyt boleśnie oczywiste – sam bym tak zrobił, gdybym miał pieniądze: nawet przy tych cenach materiałów stawiałbym właśnie gdzieś na dnie jakiegoś mazurskiego jeziora przestronny designerski schronik z wszelkimi udogodnieniami – na wzór Fundacji zrobiłbym sobie bibliotekę literatury światowej, pokój muzyczny, saunę, ogród i miejsce na grilla, gdyby chciał mnie odwiedzić któryś kolega miliarder z rodziną. Jednak Rushkoff powiedział coś jeszcze:
miliarderzy miliarderami, niech będzie, że patologia kapitalizmu, chodzi raczej o fakt, że krótki moment poczucia sprawczości w obrabianiu postępu minął, kontrkultura po krótkim flircie oddała – musiała oddać – pole przyszłości relacjom biznesowym i obecnie wszystko dzieje się poza naszą sprawczością – świadomie i za naszym przyzwoleniem -, co oczywiście wrzuca nas w marazm nihilizmu i zwalnia, rozgrzeszając, z jakiejkolwiek odpowiedzialności.
Danse macabre miesza się tutaj z non omnis moriar – oba pojęcia o semantyce odmiennej od pierwowzoru. Wszyscy umrzemy trzeba opatrzyć klauzulą, że jednak nie wszyscy, z kolei nadzieja na pozostawianie po sobie jakiegoś śladu oprócz węglowego blednie, ponieważ jeśli ktoś tu coś po sobie zostawi, to ci, którzy już teraz wychodzą obronną ręką z tańca śmierci, a mam jakieś wewnętrzne przeczucie, że ich obecne działania a także scheda po nich będzie jednak trochę inna od naszej. I nie chodzi tu o testament naszej cywilizacji, kogo to interesuje? Spór jest tu i teraz i dotyczy zarówno codzienności, jak i przyszłości. W legendarnym już podziale na 1% vs 99%, opartym na różnicach w kapitale, trzeba uwzględnić coś więcej niż kasę. To przede wszystkim wpływanie na kształt świata, nasze codzienne wybory tak podstawowe jak zakupy na kolację, ale też, niestety, nasze marzenia, wyobraźnię i wizje.
A zatem sprawczość, odpowiedzialność – to już tylko piękne słowa. Nie ma już chciałbym poza kontekstem konsumpcyjnym, nie dla nas. Więc wciąż można chcieć zmienić Oppo na Iphone, ale to już na nic się nie przyda w świecie, który płonie. Prawdziwe chciałbym, które miałoby siłę zmiany paradygmatu, przypomina scenę z filmu Człowiek w ogniu, w którym niepokonany Denzel wybija kolejnych bandziorów, nad jednym zatrzymuje się jednak nieco dłużej, trochę się z nim droczy, przekomarza, pyta go zatem po tym jak wkłada mu ładunek wybuchowy w dupę (chyba tak właśnie było, tak to w każdym razie zapamiętałem) czy może ma jakieś ostatnie życzenie? I wish… I wish, cedzi bandzior ku uciesze Denzela, który dopowiada jak nauczyciel uczniowi, nieznającemu kondyszynali: I wish, I had more time.
Przypomniała mi się ta scena, kiedy jechałem niedawno na Mazury i zamiast słuchać radia wrzuciłem sobie Nadzieję w mroku Rebeki Solnit na słuchawki, coś ku pokrzepieniu serca. Miałem nadzieję w mroku, że zmiana klimatyczna też doczeka się swojego przełomu, na tej samej zasadzie co ruchy wyzwoleńcze, antyrasistowskie, feministyczne, gejowskie itd. Chciałem dowiedzieć się, jak należy działać w obliczu sił, które wyznaczają kierunek świata i nie są zainteresowane oddaniem choćby poletka podmiotowości. Jednym słowem: co mam robić ja, ów słynny pan nikt, every-man po czterdziestce z klasyczną rodziną 2+2 i kot, któremu w kulturalno-cyniczny sposób wmawia się, że może wszystko, byle chodził na wybory, oglądał reklamy, kupował produkty i koniecznie obliczał swój ślad węglowy, jakby to miało jakikolwiek sens. W swojej bezbrzeżnej naiwności chciałem zrozumieć, jak zmierzyć się z Goliatem status quo, który – nie potrzeba tu wielkiej przenikliwości – pędzi na spotkanie z katastrofą. Jak oscylować pomiędzy kompletnymi wariatami a niby porządnymi facetami uwikłanymi w relacje lobbystyczno-finansowe i brak wizji nowego, którzy na przemian organizują nasze życie. Wreszcie jak uporać się z wpływem dających się policzyć na palcach jednej ręki korporacji na jakość mojego życia, co począć z nieustającymi wątpliwościami wobec każdej prawdy, w tym wszystkim jeszcze jak wywinąć się anomii społecznej, nie wpaść w liczne pułapki aktywizmu, przygotować się na czasy – za Harrarim – miliardów niepotrzebnych ludzi i to w świecie – za Pobłockim – uszczelnionym, dającym z grubsza rzecz biorąc jeden scenariusz życia i wreszcie żyć choćby odrobinę zgodnie z sumieniem własnym i dobrem planety. Tylko, że no właśnie. Chciałbym nie mieć trotylu w dupie. I odrobinę więcej czasu.
Krótka historia czasu
Gdyby człowiek był uszczypliwy, mógłby tu się czepnąć. Pamiętam, że mama stosowała takie argumenty. Gdybyś wtedy, tobyś teraz – taka konstrukcja. No bo weźmy choćby taki protokół z Kioto, który już przeszło 20 lat temu zaklinał państwa sygnatariusze, żeby łaskawie obniżyły swoje emisje o 20%. Albo jeszcze wcześniej, Szczyt Ziemi w Rio de Janeiro, gdzie również spokojnie się prosiło, żeby może jednak z tymi emisjami wrócić do roku 1990 a nie przyspieszać tak swawolnie. Długo by wymieniać, uzbierało się sporo grzechów zaniedbania od lat 70-tych ubiegłego wieku, kiedy to zyskaliśmy wiedzę i jak to często z wiedzą bywa, nie zrobiliśmy z nią nic. Jak donoszą źródła, emisje w latach 1990-2009 wzrastają – globalnie rzecz jasna – o 40%. W ostatnich może i trochę opadły, ale do redukcji na poziomie 10% brakuje, no tak, jakieś 10%, bo stoimy na poziomie – znów literatura przedmiotu – 0,9% redukcji rocznie, co uporczywie wygląda na granice błędu statystycznego. Redukować, nie redukujemy, wymyślamy za to zgrabne racjonalizacje. Słuchamy grzecznie o planach redukcji rozciągniętych na kilka dekad, których nie mamy. Przyklaskujemy Indiom i Chinom, kiedy podają terminy tak odległe, że do tego czasu z pewnością odkryjemy już obce cywilizacje, które będziemy mogli prosić o pomoc. W ogóle nie martwi nas fakt, że w politycznej agendzie Polski nie ma punktu dotyczącego klimatu. Nie bardzo denerwujemy się na Stany Zjednoczone, największego truciciela na świecie, kiedy dochodzą do wniosku, że już nie chcą się w to bawić. Gdzieś na przecięciu flat white, selfie i netflixa snujemy fantazje o nowych technologiach, które już niedługo nas uratują. Bo przecież poradziliśmy sobie z freonem. Bo mamy prawo Moora, mówiące o podwajaniu się mocy obliczeniowej komputerów co dwa lata. Zaraz zresztą będą przecież komputery kwantowe. Co ważne, naukowcy pracują nad chemicznym modelowaniem składu atmosfery, więc jakby ten. Każde miasto, każda wioska, każda duża firma będą zaraz miały mikro reaktory jądrowe – Chiny właśnie zaczęły program pilotażowy. Wygląda to tak, jakbyśmy wkładali więcej wysiłku w próbę utrzymania status quo – z różnych powodów: bo nam się podoba, bo choć skrajnie niebezpieczne, to jednak bezpieczne, bo znane – że nie wystarczy nam już siły na snucie wyobrażeń o innych scenariuszach. Nawet nauka spieszy tu z pomocą – znajdujemy się teraz na terenie psychologii społecznej – twierdząc, że jako gatunek nie potrafimy myśleć w perspektywie długofalowej i że najdłuższa dostępna nam perspektywa długofalowa – skręcamy w stronę bankowości – to tak zwana perspektywa inwestycyjna, czyli 30-letnia. A więc nie nasza wina. Po prostu nie umiemy inaczej. Mamy w końcu swoje przyzwyczajenia i tradycje. Chcesz wziąć kredyt, nie ma sprawy, zaraz wszystko ładnie wyliczymy na trzydzieści lat do przodu, ale to tyle, jeśli idzie o nasze kompetencje.
No ale dorzućmy jeszcze garść informacji. Przecież nie o samo ocieplenie klimatu tu chodzi. Byłoby naprawdę fajnie, gdyby tylko o to chodziło. Kupiłbym sobie krem z filtrem i czapkę z daszkiem, stając w jednym szeregu z tymi, którzy twierdzą, że do wszystkiego można się przystosować. Tymczasem naukowcy drą sobie jeszcze włosy z głowy z powodu takich spraw, jak bioróżnorodność, zmieniona gospodarka chemiczna gleb, zakwaszone oceany, zmieniona nie do poznania gospodarka powierzchnią ziemi, aerozole atmosferyczne i zanieczyszczenie chemiczne. Przekroczyliśmy trzy z dziewięciu granic planetarnych (jeśli nie sześć – w tych spornych trzech brakuje po prostu danych). W przypadku bioróżnorodności przekroczyliśmy tak, że w zasadzie moglibyśmy to piękne słowo zamienić na jednoróżnorodność, bo jak inaczej nazwać fakt, że ludzie (jeden gatunek) i zwierzęta hodowlane (głównie 3 gatunki z dodatkami) to już w zasadzie tyle, jeśli idzie o zwierzęta na świecie. Te 4% masy dla innych zwierząt, które jeszcze jakimś cudem się ostały, uporczywie wygląda jak granica błędu statystycznego. To, że zaraz nie będzie owadów, dla niektórych możne brzmieć wcale nieźle – nie trzeba będzie opędzać się od komarów przy grillu, co będzie stanowić duże udogodnienie. Orki, delfiny, rekiny, walenie, lwy, żyrafy, słonie, niedźwiedzie i co tam jeszcze też mogą wydawać się mało istotne i tak rzadko widujemy je w realu, a nakręciliśmy już tyle filmów z ich udziałem, że powinno wystarczyć do końca. Ryby? Jakie ryby?
Z glebą jest ten problem – donoszą specjaliści -, że gdybyśmy chcieli mieć jeszcze jakąś fajną glebę w Europie, należałoby najpierw dać jej kilkanaście lat na regenerację, wyciągnąć z niej cały fosfor, który ładujemy w nią od czasów zielonej rewolucji i modlić się, żeby wróciły te wszystkie piękne naturalne procesy, które przecież nie wrócą skoro zdecydowaliśmy się na rolnictwo przemysłowe. Oddzielając uprawę roślin od hodowli zwierząt, zamykając zwierzęta w klatkach, z pól robiąc ciągnące się po horyzont monokulturowe wygaszacze ekranu, przerwaliśmy proces, który trwał od zawsze. Nawozy sztuczne okazały się mieczem obosiecznym i kiedy wcześniej udało nam się zwiększyć plon z hektara z całkiem spektakularnym wynikiem, tak teraz sięga nas ostrze zemsty. Nasza gleba dała nam się uzależnić od chemicznych substancji i leży teraz przed nami rozwalona jak ziomuś na opiatach, prosząc o więcej. To z tej gleby na naszych stołach lądują wszystkie te zdrowe produkty i co tam, że w mleku karmiących matek znajdujemy glifosat. Brzdące wypiją.
Ale to też naprawdę nie są jakieś wielkie problemy. Mark Zuckerberg ze swoim Metaversum pokazał nam, gdzie leży rozwiązanie. I w porównaniu do chęci naprawienia takiej bioróżnorodności, rozwiązanie to wcale nie leży tak daleko – w końcu od lat wszystko idzie w tym kierunku. Spójrzmy z jakiego rodzaju sprawczością mamy tutaj do czynienia: Zuckerberg opublikował swoją dystopijną prezentację jakiś miesiąc temu, a Nike i H&M już teraz otworzyły swoje sklepy w Metaversum. Nie mamy wyboru. Naszym życiem rządzi już tylko technokratyczna wizja kilku ludzi z ogromnymi budżetami. Teleologia Doliny Krzemowej ustawiona jest na sukces.
Nie musi być duży, byle był długi i gruby
Może nie całkiem w kontekście, ale następujące zdanie robi wrażenie: 90% całej skonsumowanej przez homo sapiens ropy nastąpiło po 1958 roku, natomiast 50% po roku 1984. Agatka zaraz podniesie rękę i zgłosi pani, że na pewno wynika to ze zwiększenia się populacji, nie dzieje się tu nic strasznego, ot czysta matematyka. W końcu u progu lat 60-tych było nas jakieś 3 miliardy, nie więcej. Jeśli jednak przyjrzymy się innym wzrostom w tym czasie, obraz przestaje być taki klarowny. Bo kiedy my się jedynie trochę więcej niż podwoiliśmy obrót gospodarczy wzrósł 40-krotnie, zużycie paliw kopalnych 16-krotnie, połów ryb 35-krotnie, zużycie wody 9-krotnie. Tak spektakularny wzrost trzeba było jakoś nazwać – literatura przedmiotu zdecydowała się na pojęcie Wielkiego Przyspieszenia. Miało być tak: wszystkim nam zaczęło się żyć dostatniej – wszystkie łodzie poszły do góry -, zrobiliśmy wielkie postępy we wszystkich dziedzinach, każdy dostał samochód – byle, rzecz jasna, czarny – i zmywarkę, dobrze płatną pracę, nieograniczony dostęp do wszystkiego oraz możliwość kształtowania rzeczywistości swoją ciężką, uczciwą pracą. Stało się inaczej: kiedy jeszcze komunizm trzymał nas w ryzach jako alternatywa dla porządku kapitalistycznego, wolny rynek przystroił się w całkiem zgrabne fatałaszki państwa opiekuńczego i społecznej gospodarki rynkowej, która stanowiła swoistą poduszkę bezpieczeństwa dla tych, którzy nie potrafią albo nie chcą brać udziału w wyścigu. Jednak w chwili gdy zimna wojna skończyła się upadkiem bloku komunistycznego, kapitalizm odpłynął. Zniknęło państwo opiekuńcze, zniknęło państwo w ogóle, a pojawiły się rynki, które przyniosły kilka nowych przykazań: drugie liberalizuj, trzecie prywatyzuj, czwarte dereguluj, piąte parametryzuj, pierwsze zostało: nie będziesz miał innych Bogów przede mną. W 1994 roku powstaje Światowa Organizacja Handlu – moloch stworzony przez wielkich dla wielkich, w sposób arbitralny piszący swoją wizję świata, z której wypadły wszystkie punkty dotyczące ludzi i przyrody, ponieważ stanowiły przeszkody w kumulacji. To co nam, pożytecznym idiotom codzienności, zostało sprzedane jako nowa jakość, otwarcie na świat i nieograniczone możliwości – osławiona globalizacja – służyło tylko wielkiemu kapitałowi, który mógł przerzucać koszty tam gdzie taniej, płacić podatki tam gdzie taniej, po angielsku wychodzić z imprezy, kiedy ktoś cichutko upominał się o swoje. Kiedy do tego kolażu dołączył sektor finansowy dopiero zrobiło się ciekawie: rok skrócił się do kwartału, który za każdym razem miał przynosić zysk akcjonariuszom. Chyba wszyscy wiedzieli, że tak się nie da zbyt długo, jednak nie widziałem, żeby ktokolwiek poszedł na odwyk. My z kolei dopiero się dowiadujemy, zachłyśnięci resztkami ze stołu, które sprzedano nam jako coś, o czym zawsze marzyliśmy: weekendowe wypady do najdalszych zakątków świata, jedzenie potraw z najdalszych zakątków świata, rozmowa o pogodzie z osobą znajdującą się w najdalszym zakątku świata. W gratisie dostaliśmy jeszcze upadek demokracji (komuś chce się jeszcze głosować, serio?) i katastrofę klimatyczną.
Tak przynajmniej twierdzi literatura przedmiotu. Nie jest tak?
Nie wiem, czy Wielkie Przyspieszenie powinno się nazywać Wielkie Przyspieszenie. Coraz więcej faktów dociera do nas o Wielkim Przyspieszeniu. Weźmy takiego Pikettiego, który pokazał w Kapitale XX wieku kto tak naprawdę wzbogacił się w tym czasie, i że był to 1% i tak już obrzydliwie bogatych. Albo weźmy Michaela E. Manna, który w książce Woja Klimatyczna odsyła do utajonej korespondencji naukowców i menedżerów ExxonMobile z lat 70-tych ubiegłego wieku, gdzie panowie w rozbrajający sposób informują się o katastrofalnych skutkach wydobywania i spalania paliw kopalnych, konkludując że jednak jedziemy dalej z tematem. Nie mówmy jednak nikomu.
Dodajmy dwa do dwóch. W czasach Wielkiego Przyspieszenia nigdy nie chodziło o nic innego jak o gromadzenie kasy przez ludzi, dla których nie ma innego celu w życiu – gromadzenie kosztem innych, natury i przede wszystkim kosztem innych modeli, alternatywnych rozwiązań, rozwijania innych naszych cech poza chciwością. Nie istnieje pozytywistyczna narracja o wielkim przyspieszeniu. To tylko kolejny rozdział w kolonizatorskiej naturze pewnego typu homo sapiens z wielką erekcją na więcej.
Dawaj, szybko to. I jeszcze. Problem może jednak polegać na tym, że – jak mówią źródła -, nie ma już tanich natur, które możemy eksploatować. Ale czy naprawdę? Niewolnictwo zastąpiliśmy uwikłaniem człowieka w pracę bez sensu i setki zależności, które każą mu w niej tkwić po uszy, praca dla dzieci się znajdzie, z kobietami też jeszcze jako tako sobie radzimy, zasobów naturalnych mamy wciąż na lata i możemy z nich śmiało korzystać, skoro Bill Gates zainwestował w sekwestrację węgla. A do tego mamy cały dojrzały już system kapitalizmu nadzoru, w którym dostajemy światopogląd skrojony dla każdego na miarę, byle był czarny.
Premiujemy, kochamy i aspirujemy do ludzi chciwych. Chwyciliśmy się – i to jest najbardziej obsceniczne – mitu, który podali nam na talerzu. Pij mleko, będziesz wielki. Pracuj dzielnie, osiągniesz sukces. Nikt z nich oczywiście nie chce zmiany paradygmatu, wymyślenia mitu na nowo. Nie ma alternatywy. Będzie w końcu Metaversum, które już całkowicie odklei nas od świata realnego, natury i ciała. Wygląda mi to na kolejną podróż na Marsa – to jest pomysł z tej samej bajki. Skoro zniszczyliśmy Ziemię, szukamy kolejnych rynków, które mają potencjał zarobkowy. To jest wielka strata zarówno dla nas, jak i dla samej technologii, że jest ona w rękach ludzi pozbawionych wyobraźni. Jeśli jutro Jeff Bezos z kolegami wymyślą sobie, że będą sprzedawać nam sztuczne mięso, my je kupimy, zafascynowani jakie to innowacyjne i tanie.
Nie umiem, fuck
Gubię się w tym, jednak mimo to wciąż wydaje mi się, że muszę być ze wszystkimi tymi danymi na bieżąco. Nawet nie wiem, skąd to przyszło. Czytam więc kolejne raporty, przerzucam strony kolejnych książek, słucham mądrych ludzi w ich podcastach i debatach. Staram się to zapamiętać i jakoś nie mogę, nie umiem. Z jednej strony, owszem, mam już nieco zużyty umysł, proza życia nie pomaga. Jasne, powinienem medytować, ale przecież nie mam czasu i nie mówcie proszę, że skoro nie mam czasu na medytację, to pierwsza rzecz, jaką powinienem zrobić, to znaleźć czas na medytację. Z drugiej strony próbuję pojąć coś, co jest po prostu niepojmowalne – coś zaczyna do mnie w końcu docierać. Żadna kolejna książka, żadna następna dyskusja, kolejny legendarny wykres nie przybliżają mnie nawet o krok do prawdziwego zrozumienia problemu. Chwała specjalistom od PR-u i mistrzom od storytellingu danych, dziękuję że jesteście, ale z drugiej strony czuję się czasem, jakbym oglądał kolejny odcinek Mam Talent, kiedy czytam te wszystkie błyskotliwe porównania, które chyba mają nam coś unaocznić. Jak to było? Że produkcja jednego kilograma mięsa wołowego zużywa taką ilość wody, która wystarczyłaby do napełnienia basenu w ogródku, gdzie zaprosimy znajomych i będziemy wreszcie dobrze się bawić przez całe wakacje w gronie klasy średniej? Że żeby zneutralizować weekendowy wypad do Wenecji na carpaccio trzeba by zasadzić tysiąc drzew zaraz po powrocie a potem ładnie je pielęgnować i podlewać przez kolejne dekady? Że hodowla przemysłowa zwierząt to taki holokaust, tylko że dla zwierząt? Co tam jeszcze? Dawajcie. To wszystko jest bardzo kreatywne i w ogóle super content na instagrama. Ile można gratulować na linkedin, że ktoś zrobił kolejny szczebel w karierze, albo zgubił portfel, ale kurier znalazł i oddał – ile można się wzruszać? Dużo ciekawiej zalajkować kolejną infografikę, z której spoziera na nas prosty ciąg przyczynowo-skutkowy pomiędzy naszym obiadem a zwłokami dziecka na plaży. Owszem, wszystkie te treści – super ważne – uległy rynkowemu mechanizmowi mediów społecznościowych i przekazu w ogóle. Dajcie łapkę w górę, nic poza tym.
Więc owszem, to jest niepojmowalne. Bo jak zrozumieć i przyswoić sobie wyważone opinie ekspertów mówiące o tym, że już dosłownie za kilkanaście lat nie będzie na ziemi miejsca, które byłoby wolne od skutków załamania się klimatu? W sensie, że na naszej planecie już nigdy nie będzie fajnie. Że wszystkie przewodniki, choćby te po najpiękniejszych plażach, właśnie otrzymały datę ważności. Można to usłyszeć, można nawet na ten temat dyskutować, ale nie da się tego pojąć. Planeta właśnie została zniszczona. Proste zdanie, którego jednak nie sposób pojąć. Oczywiście dobrze to o mnie świadczy, ta aporia poznania, trochę się pocieszam. Raczej nie zachwycałbym się swoją przenikliwością, gdybym to tak po prostu pojął, wolę jednak nie umieć. Bo tu trzeba pojąć coś prostego i w zasadzie tak głupiego, że aż wręcz nie wypada, trzeba przyznać, że jesteśmy ograniczonym gatunkiem.
Tam, gdzie trzeba wyciągnąć, spalić, wywlec, wystrzelić, wyżreć, przyspieszyć, wykarczować, zgwałcić, sprzedać, nasrać, zabić, wyrwać, podwoić, potroić, podporządkować, zabrać, dać w pysk – tam jest ok.
Tam, gdzie trzeba współczuć, kochać, dawać, powściągnąć się, pomyśleć, zatrzymać się, czegoś nie zrobić, czegoś zrobić mniej, nadstawić pyska – tam nie radzimy sobie zupełnie.
Nie wiem, jak przyswoić sobie zdanie o tym, że już zaraz będziemy walczyć o wodę, jedzenie, to wszystko oczywiście w emploi susz, huraganów, fal upałów nie do wytrzymania, deszczy tak ulewnych, że zmiatających wszystko, co stanie na drodze formującym się z nich rzekom, nie zapominając o setkach milionów emigrantów, którzy dotrą do nas z miejsc, z których można już tylko uciekać, i będą nas prosić o pomoc i my ich będziemy prosić o pomoc, to wszystko rzecz jasna przy stałym braku prądu, z czarnym ekranem smartfona, który będzie się nadawał już tylko do samoobrony, najpewniej przy całkowitym barku kontaktu z bliskim, z godnością – no przecież to jeszcze – wciąż w pamięci, ale już zaprzepaszczoną, z lufami karabinów maszynowych ustawionych na flankach murów obronnych naszych kochanych miliarderów wymierzonymi w naszą stronę. Jak zrozumieć fakt, że już dziś codziennie słyszymy o skutkach ocieplenia, ale wciąż nazywamy je, jakby nigdy nic, burzą, huraganem, suszą, gradem, powodzią, pożarem lasu, wymarciem gatunku? Naprawdę pogodziłem się z faktem, że od kilku lat na Mazurach, gdzie staram się spędzać wakacje, nie ma wody. Pogodziłem się z tym i stoję jak uśmiechnięty przygłup, bo przecież rozumiem, ale wciąż nie pojmuję. Jak mam się zachować po obejrzeniu wykresu, ukazującego „dzień przekroczenia”, który mówi mi, że dziś nasze roczne zasoby kończą się już w sierpniu a całą resztę roku żyjemy na koszt następnego, i że zmieniło się to w ciągu ostatnich 50 lat, ponieważ jeszcze w 1970 tylko ostatnich kilka dni grudnia jechaliśmy na gapę?
Katastrofa jest niepojmowalna, ponieważ my dzisiejsi nie mamy już pojęcia, czym jest natura, która właśnie umiera. Człowiek zrobił naprawdę wszystko, żeby odepchnąć ją od siebie, upatrując w tym wyzwolenia. Dziś natura jest co najwyżej tłem dla naszych działań, weekendowym wyjazdem na grila, wyskokiem na rybki, grzybki, kojącymi przebitkami pomiędzy kolejnymi scenami serialowej fabuły, czymś z boku w każdym razie. Więc i ta śmierć jest z boku. Nie dotyczy.
To nie ma sensu
Ech, nastrzępiłem jęzora, krwi napsułem. Mądrzę się. Dużo się o niej mówi, w ogóle jest bardzo wdzięcznym tematem ta katastrofa klimatyczna. Wiemy już wszystko i w zasadzie każdy z nas może wejść w przyjemną skórę moralizatora, jak ja teraz. Z drugiej strony jest w niej coś irytującego i wcale nie chodzi o to, że za chwilę wszyscy spektakularnie zdechniemy. Uwiera coś innego, ciężko to nawet sformułować. Literatura przedmiotu mówi o zmęczeniu wobec ogromu problemu, którego nie da się rozwiązać. Dużo się pisze o naszych gadzich mózgach w tym kontekście. Znamy choćby przypadek Bydgaby, prawdziwego miasteczka o fikcyjnej nazwie, którego mieszkańcy – choć odczuwający na co dzień skutki ocieplającego się klimatu – doszli do perfekcji w niewspominaniu o temacie. Jeszcze jedno creme brule, poproszę. Lampeczkę primitivo di manduria. Ach, zostawcie już tego Titanica. Zdaje się, że naprawdę umrzemy oglądając netfliksa. Często jest tak, że wspominając o niej puszczamy bąka w towarzystwie. Albo odwrotnie, ale wychodzi na to samo: wszyscy nagle rzucają się na temat i oto dowiadujemy się o tysiącu nowych faktów, przez co jednak nie jesteśmy w żaden sposób mądrzejsi; pogadaliśmy sobie. Coś jest nie tak z katastrofą klimatyczną. Nawet ja, który interesuje się nią nieco może ponadprzeciętnie, trochę jednak kompulsywnie, nie wiem, może przez tę cholerną depresję, może dlatego, że mam dzieci, możliwe że w młodości słuchałem za dużo The Sisters of Mercy, więc ja również muszę przełykać jakieś dziwne uczucie zniechęcenia i odrazy, zanim wysłucham kolejnej debaty. To znaczy widzę na ekranie kogoś, kogo jestem fanem – weźmy takiego Dipesha Chakrabartyego – i przez pierwszych kilka chwil, zanim dojdę do siebie, zanim wniknę w jego kolejny wykład – ten miły skądinąd i mądry człowiek po prostu mnie wkurwia.
Myślę, że to dlatego, że to wszystko nie ma już sensu. Ten tekst nie ma sensu, zmiana klimatyczna nie ma sensu, nasze działania nie mają sensu. Mógłbym w tym momencie wsiąść w samolot, polecieć gdzieś na jakąś plażę, wejść do morza, złapać delfina i udusić go reklamówką z Biedronki. Nic by to nie zmieniło. Mógłbym codziennie jeść steki – od rana do wieczora obżerać się krowami. Mógłbym wyrzucić starą lodówkę w lesie, tuż obok zmywarki i kupić sobie nowe – są przecież w permanentnej promocji. Mógłbym teraz zaraz skoczyć do puszczy i ustrzelić łosia, a co, co to zmieni? W ogóle frajda ponoć. Mógłbym, kurczę, upijać się Coca Colą. Mógłbym zajadać smutki jakimś słodkim gównem w ładnym opakowaniu za 1,99 zł i klikać w clickbajty cały boży dzień. Nic to nie zmieni. Pogorszenie jakości życia w granicach błędu statystycznego i cały czas zero wpływu na cokolwiek.
Gdzie podział się ten mindset?
W naprawdę czarnych chwilach wracam do Mistrza Eckharta. W którymś miejscu mówi, że nawet gdyby nie było wokół niego żywiej duszy, swoje kazania wygłaszałby drzewu, które tu stoi. Gdzie to się podziało? Gdzie podział się mindset tego typu?
Kiedy kilka tygodni temu jechałem na Mazury, goniąc za zawodowymi sprawami, moją uwagę przykuła ściana lasu wyrastająca daleko na horyzoncie jako zwieńczenie falującej łąki. Mijam ją często, dużo jeżdżę w tamte rejony, ale tamtego dnia zagadnęła mnie w jakiś dziwny sposób. Zawsze to była tylko ściana lasu, jedna trzecia drogi za mną, jestem za Mławą. Tamtego dnia jednak najpierw zwolniłem, potem zatrzymałem się, następnie zostawiłem samochód na poboczu. Zacząłem iść. Mimo deszczu i w ogóle psiej pogody. Chyba po prostu chciałem się oderwać, zanurzyć w przyklepane wiatrem trawy, dojść do tego lasu. Nie wiem w zasadzie, po co. Teren stawał się podmokły, trawa robiła się coraz grubsza, przechodziła w szuwary, z których jak piegi wyglądały omszałe kamienie. Łąka zmieniała się we wrzosowisko. Nie widziałem tego z samochodu, nie mogłem. Teraz czułem silne zapachy – inne, pierwotne, miło niepokojące. Na myśl przyszedł mi zapach przełamanej trzciny z dzieciństwa, szczegół, który nie wiedzieć czemu moja pamięć wydobyła z mroków niepamięci. Dziwne to było, ale ciekawe. W tym samym momencie spod moich stóp wypłyną strumień, wcześniej ukryty w trawach, coś jak mała nieustępliwa rzeczka. A więc i ty tu jesteś. Nie namyślałem się długo. Zdjąłem buty, podwinąłem nogawki. Wszedłem. Dziwny widok moich stóp w lodowatej wodzie, wśród długich traw czesanych nurtem. Dziwnie obco. Przez chwilę ślizgałem się na kamieniach, zapadałem w muł. Po kilkunastu krokach znalazłem głębsze miejsce. Rozebrałem się do rosołu, to był impuls. Czułem się trochę jak stary dureń, ale powoli przestaję się przejmować takimi odczuciami. Położyłem się, zanurzyłem. Zniknęło uczcie zimna. Unosząc się na wodzie patrzyłem w szare niebo, nasłuchiwałem podwodnych westchnień i gwaru, chaosu zamkniętego w toni, którego nie potrafiłem ogarnąć, z którym jednak dobrze się czułem. Moje ciało uderzało delikatnie o kamienie i wpadało w śliskie zarośla. Woda była krystaliczna i twarda. Nagle ujrzałem siebie, z bardzo wysoka. Białe cielsko homo sapiens w wijącym się strumieniu, przecinającym wrzosowisko, na łące, w cieniu ściany lasu, niedaleko drogi, po której śmigały samochody. Nie widzieli mnie, nie mogli. Wygramoliłem się i ledwo wróciłem do samochodu. Przemarzłem. Zanim ruszyłem dalej musiałem nagrzać w aucie i odpocząć, chyba zasnąłem na chwilę. Byłem wykończony, ale uczucie ekscytacji unosiło się we mnie jeszcze przez wiele dni. Cała ta sprawa była głupia, histeryczna, naiwna, jednak zarazem była to najbardziej sensowna czynność, jaką zrobiłem od dłuższego czasu.
Chcesz mieć biceps, rób nogi
W latach 90-tych jeszcze nic tego wszystkiego nie zapowiadało. Spokojnie robiłem biceps na warszawskim Gocławiu. Mój przyjaciel obok – na modlitewniku – również robił biceps. U naszych stóp zaschnięta plama krwi po bandziorze, którego dopadli tu tydzień wcześniej koledzy z karabinem maszynowym. Na szczęście szybko ponownie otwarto siłownię. Bandzior – jak wynika z plamy krwi pod modlitewnikiem – także robił biceps w godzinie śmierci.
Kiedy tak wszyscy gremialnie robiliśmy bicepsy, spostrzegam przypadkowanego kolesia, patrzącego co rusz na mnie. Nie pamiętam, co sobie pomyślałem wtedy. Miałem kilkanaście lat i wychowywałem się na Gocławiu, więc pomyślałem pewnie, że gej, albo że zaraz dostanę w papę za wygląd lub coś podobnego – coś w tym stylu w każdym razie. Tymczasem on podchodzi do mnie i okazuje się, że jest trenerem. Że podoba mu się, jak robię biceps, jednak chciałby mi doradzić, żebym jednak podszedł holistycznie do sprawy. Chcesz mnieś dobry biceps, powiedział, rób nogi.
Teraz nie robię bicepsa od lat. Chodzę na siłownię codziennie, ale tylko po to, żeby wykrzesać z siebie nieco endorfin – nie ważne, co robię, ważne, żebym ledwo schodził do szatni. Każdy trening jest dobry, jeśli w jego wyniku poczuję łączność z własnym ciałem i – tak, owszem – duszą.
Jednak to zdanie pamiętam. Wówczas nic sobie z niego nie zrobiłem – dalej machałem biceps, klatka, plecy triceps, brzuch – czasami. A potem znowu biceps. Dopiero po jakimś czasie zrozumiałem, że nie ma bicepsa bez nóg, że ciało jest całością, że codzienność jest całością, każda nasza decyzja – choć nie mamy sprawczości – składa się na całość naszego życia.
Dziś to zdanie tamtego napakowanego kolesia często mi towarzyszy. Jest moim mottem w codziennych działaniach. Robię nogi, bo chcę mieć biceps. Jestem uważny. Dokładnie wybieram każdy element mojego życia, sprawdzam, kto i jak wyprodukował dla mnie jedzenie i ubrania, jestem adeptem nieposłuszeństwa konsumpcyjnego, omijam wielkie firmy, które bogacą się na niszczeniu ludzi w Kongo czy Brazylii, nie korzystam z usług firm, których szefostwo stosuje cwaniactwo podatkowe, dokładnie przyglądam się programom polityków, chodzę na manifestacje, nie oglądam reklam, staram się kupować u rolników, gotuję, sprzątam, zamiatam, pomagam młodym jeżom przechodzić przez jezdnię. I czekam. Może coś się wreszcie zmieni.
Może jeszcze rzucę palenie. Pomyśli się.
Ludzkość stoi wobec największego w dziejach wyzwania – kryzysu klimatycznego. Topnienie lodowców postępuje na niespotykaną dotąd skalę. Podnoszenie się poziomu morza i coraz większa częstotliwość katastrofalnych powodzi są w tych warunkach nieuchronne, nawet jeśli uda się zredukować do pewnego stopnia emisje gazów cieplarnianych.
Z Lynn Sorrentino* rozmawia Ewa Dryjańska.
Ewa Dryjańska: Kilka wysp w Oceanii zostało już wchłoniętych przez wody morskie, których poziom stale się podnosi na skutek zmian klimatu. Nie zmieniło to jednak zbytnio naszych zachowań w kwestii konsumpcji energii czy nawyków konsumenckich. Badania wskazują, że zalanie zagraża także w obecnym stuleciu znacznym obszarom na wszystkich kontynentach, w tym w Polsce.
Lynn Sorrentino: Ten brak zainteresowania w związku ze zniknięciem części Wysp Salomona jest tu dobrym przykładem, bo informacja o tym ewidentnie została odnotowana w mediach w maju 2016 r. Miało to katastrofalne skutki dla tamtejszej społeczności. Świadomość globalnych problemów powoli rośnie, co mogliśmy zauważyć w postaci cotygodniowych szkolnych strajków dla klimatu, a także większej wiedzy na ten temat w wielu miastach, coraz częściej zalewanych przez fale powodziowe. Jednak wiele badań wskazuje, że większość ludzi nie postrzega globalnego ocieplenia ani nabrzeżnych powodzi w kategoriach bezpośredniego, osobistego zagrożenia, ponieważ nie jest ono namacalne. Jest abstrakcyjne, w przeciwieństwie do “zwykłej” powodzi, na skutek której rodzina lub cała społeczność musi zostać przesiedlona. Prognozy są zgodne co do podnoszenia się poziomu mórz oraz częstych i ekstremalnych nabrzeżnych powodzi wywołanych przez zmiany klimatyczne, o czym informuje choćby Międzyrządowy Zespół ds. Zmian Klimatu przy ONZ (IPCC). W miarę jak coraz więcej ludzi będzie doświadczać gwałtowniejszych i częstszych powodzi, poziom zaniepokojenia i percepcja zagrożenia będzie wzrastać. Na percepcję takich zagrożeń jak wzrost poziomu mórz, zmiany klimatyczne czy nabrzeżne powodzie wpływa wiele czynników, a poszczególne osoby są na nie narażone w różnym stopniu w zależności od zamożności, wykształcenia, stanu zdrowia, płci, wieku czy stopnia zintegrowania danej społeczności.
Kiedy dokładnie możemy się spodziewać zalania wybrzeży? Które dokładnie obszary mogą zostać zalane?
Według prognoz nadmorskie populacje osiągną do 2080 r. 800 milionów mieszkańców, tym dotkliwsze więc będą skutki podnoszenia się poziomu mórz dla mieszkańców, infrastruktury i systemu opieki medycznej. Ale już obecnie wiele nadmorskich miast ich doświadcza – to jest problem, z którym mamy do czynienia już teraz i będzie on się pogłębiał w kolejnych dekadach. IPCC ocenia, że bez natychmiastowych działań w kwestii emisji gazów cieplarnianych do 2100 r. zostanie dotkniętych przez nabrzeżne powodzie 400 milionów ludzi na całym świecie .
Co nabrzeżne powodzie będą oznaczały w praktyce dla dotkniętych nimi państw?
Przed powodzią powinno zostać przeprowadzone odpowiednie rozpoznanie, a miejscowa ludność powinna zostać dobrze uświadomiona w kwestii zagrożeń. Komunikacja i gruntowne informowanie opinii publicznej jest kluczowe dla zarządzania ryzykiem. Jednak ta analiza ryzyka powinna być też stale aktualizowana na podstawie różnych modeli i scenariuszy klimatycznych, biorących pod uwagę różne czynniki. Zarówno decydenci, naukowcy, urzędnicy, jak i przestawiciele lokalnych społeczności powinni mieć świadomość słabych punktów i aspektów łagodzących skutki kataklizmu. Należy wziąć pod uwagę ograniczenie skutków zarówno dla osób indywidualnych, społeczności, firm, jak i dla środowiska. Priorytetowe powinny być inwestycje we wspólnoty najbardziej zagrożone. Niemożliwe jest przecenienie pilności tej kwestii.
Dotkliwość konsekwencji powodzi będzie zatem zależeć nie tylko od siły żywiołu, ale też od stopnia przygotowania służb, infrastruktury i społeczności. Ich skutki dla środowiska, a także fizycznego i psychicznego stanu zdrowia ludzi mogą utrzymywać się przez miesiące, lata, a nawet dekady. Może dojść do obrażeń na ciele, utonięć, zetknięcia z substancjami niebezpiecznymi, nagłego braku dostępu do czystej wody i wzmożonego stresu. Następstwem kataklizmu mogą być choroby zakaźne i brak pożywienia. Śmiertelność w pierwszym roku po powodzi wzrasta o 50%, gdyż szerzą się choroby takie jak zapalenie wątroby typu E, dolegliwości żołądkowo-jelitowe czy choroba Weila, prowadząca do niewydolności wątroby i nerek.
Raport Wspólnego Centrum Badawczego UE przewiduje, że częstotliwość powodzi na europejskim wybrzeżu wzrośnie pięciokrotnie, a trzy razy więcej ludzi niż dotychczas będzie dotkniętych powodziami rzecznymi. Koszty zniszczeń powodzi rzecznych wzrosną z 5,3 do 17,5 miliardów euro rocznie.
Na wybrzeżach oprócz dużych skupisk ludzkich znajdują się także obiekty przemysłowe lub instalacje wojskowe. Jak wygląda zagrożenie w tym przypadku?
Przykładem obiektu wojskowego zagrożonego przez podnoszący się poziom mórz jest betonowa kopuła przykrywająca odpady jądrowe na Wyspie Runit na Atolu Enewetak na Wyspach Marshalla. Podnoszące się wody, pęknięcia w konstrukcji i zagrożenia ze strony cyklonów mogą spowodować wyciek substancji radioaktywnych do Pacyfiku.
Wiele rządów ma opracowane prognozy i plany działań związane z ryzykiem powodzi dla obiektów militarnych i przemysłowych. Bardzo dużo robi w tej kwestii unijna Europejska Agencja Środowiska (EEA). Europejski System Świadomości Powodzi (EFAS) wspiera środki zapobiegawcze i zapewnia dane oraz szkolenia.
Jednak choć lokalne, państwowe i międzynarodowe organy mają plany zabezpieczenia infrastruktury przed powodziami związanymi ze zmianami klimatu, to przykłady ostatnich kataklizmów pokazują, że społeczne, ekologiczne i ekonomiczne koszty są bardzo wysokie, nawet w przypadku bardzo szczegółowego planu działania.
W następstwie powodzi lub huraganu może dojść do wycieków substancji chemicznych, namnożenia bakterii i osadzenia się toksycznych osadów na zalanych terenach. Wody powodziowe często przenoszą bakterie, które dostają się na miejsca upraw, prowadząc do chorób. Ten problem również będzie narastał wraz z intensyfikacją zjawisk powodziowych.
Jest wiele przykładów na to, jak gwałtowne zjawiska pogodowe spowodowały wyciek toksycznych substancji na pola lub obiekty przemysłowe oraz zalania elektrowni jądrowych, jak w przypadku elektrowni St. Lucie na Florydzie w 2014 r. Amerykańskie elektrownie jądrowe nie zostały zaprojektowane w sposób, który przygotowałby je na ekstremalne powodzie – stanowi to duże wyzwanie.
Po powodzi, która spowoduje wyciek substancji radioaktywnych, pojawia się logistyczny i ekonomiczny problem oczyszczenia terenu ze skażenia i składowania skażonej gleby. Skutki wycieków ropy, zanieczyszczenia ziemi i wody metalami ciężkimi, pestycydami, bakteriami czy ściekami utrzymują się latami i mogą trwale wpłynąć na lokalne społeczności. Np. niedawno na skutek tajfunu w Fukushimie w Japonii worki z radioaktywną ziemią zostały porwane przez wodę.
Holenderski naukowiec zasugerował zbudowanie gigantycznej tamy, która oddzieliłaby Morze Północne od Atlantyku, co miałoby zapobiec trwałemu zalaniu znacznej części europejskiego wybrzeża. Czy to dobry pomysł?
Koncepcja Sjoerda Groeskampa z Królewskiego Holenderskiego Instytutu Badań Morskich polega na wybudowaniu tamy o długości 475 km pomiędzy Szkocją a Norwegią i kolejnej tamy o długości 160 km pomiędzy Francją a Anglią. Taki projekt wymaga wielkiej liczby badań. Skutki dla morskiej fauny i flory byłyby w dużym stopniu negatywne. Prawdopodobnie ekosystemy w znacznym stopniu by się zmieniły, a morskie i nabrzeżne siedliska uległyby katastrofalnym zniszczeniom. Przedsięwzięcie o takiej skali wymagałoby zbadania jego skutków dla gatunków ryb i innych stworzeń morskich, szczególnie tych zagrożonych wyginięciem. Postulowałabym znalezienie jakiejś alternatywy, która niosłaby ze sobą mniej skutków ubocznych.
W swojej pracy badałaś również skutki socjologiczne, jakie pociąga za sobą życie w społeczności zagrożonej powodzią. Jakie są Twoje konkluzje?
W tym badaniu skupiłam się na wybrzeżu Walii i starałam się ustalić, czy poziom niepokoju w związku potencjalną powodzią u danej osoby wpływał na jej zdrowie i stan psychiczny. Skupiłam się szczególnie na takich kwestiach jak związek między ryzykiem powodzi a świadomością zagrożenia, demografią, zdrowiem, stanem psychicznym, utratą majątku, integracją wspólnoty.
Analiza statystyczna wykazała negatywny wpływ na zdrowie osób, które obawiały się o swoją własność, jednocześnie pozytywny efekt wywoływały obawy o ryzyko dla ich społeczności. Jak wykazały także inne badania, stopień zintegrowania społeczności i utrata własności mają dla mieszkańców zarówno pozytywne, jak i negatywne skutki. Wspólnoty, gdzie są silne więzi, są bardziej odporne na tego typu zdarzenia.
Na pewno należy kontynuować badania nad skutkami zdrowotnymi obaw związanych z ryzykiem powodzi i tego, jak poziom zintegrowania społeczności i utrata własności mogą wpłynąć na osoby nieświadome ryzyka powodziowego. Rządy, które nie uwzględniają tego aspektu w swoich działaniach na rzecz przeciwdziałania powodziom i ich skutkom, narażają zdrowie swoich obywateli w dobie zmieniającego się klimatu.
Czy i jak możemy uniknąć globalnej katastrofy powodziowej?
Ludzkość ma do czynienia z największym wyzwaniem – kryzysem klimatycznym. Wzmożone topnienie lodowców postępuje na niespotykaną dotąd skalę. Podnoszenie się poziomu morza, a także zwiększająca się częstotliwość katastrofalnych powodzi jest w tych warunkach nieuchronna, nawet jeśli uda się zredukować do pewnego stopnia emisje gazów cieplarnianych. By temu zapobiec, musiałyby zostać zastosowane nadzwyczajne rozwiązania. Pozostaje nam wdrożenie środków zaradczych i łagodzących skutki kataklizmów, zarówno dla nabrzeżnych megacities jak i małych nadmorskich wspólnot. Propozycja zorganizowanego wycofania ludzi z tych terenów, czyli pozwolenie, by zajęło je morze, powinna zostać przeanalizowana również pod kątem społecznych konsekwencji przesiedlenia dużych grup ludności w głąb lądu. Ekonomiczne, społeczne i środowiskowe koszty kryzysu klimatycznego dla naszych społeczeństw są olbrzymie. Dlatego musimy wprowadzić gruntowne zmiany do tego, jak i gdzie żyjemy. Priorytetem powinny być inwestycje w energetykę odnawialną. Powinniśmy także analizować zachodzące w świecie przemiany społeczne i kulturowe. Na całym świecie powinniśmy edukować ludzi w kwestiach nauki i zmian klimatu, by zwalczać dezinformację i denializm. To nie będzie łatwe.
*Lynn Sorrentino – prowadzi projekt Badania Nabrzeżnych Powodzi (ang. Coastal Flooding Research) https://coastalflooding.ch Twitter: @FloodingCoastal. Zdobyła tytuł magistra ochrony środowiska morskiego na Uniwersytecie w Bangor w Walii oraz tytuł licencjata biologii na Stanowym Uniwersytecie Humboldta w Kalifornii. Pracuje w zakresie komunikacji i zarządzania projektami. W przeszłości pracowała przy organizacji spotkań państw – sygnatariuszy Konwencji Ramsarskiej, dotyczącej ochrony przyrody na obszarach wodno-błotnych oraz na Politechnice Federalnej w Lozannie.
Rządowe plany rozwoju śródlądowych dróg wodnych grożą zniszczeniem polskich rzek, które powinny być kontrolowane i zarządzane przez lokalne społeczności, a przynajmniej z ich udziałem.
Unikalne przyrodniczo rzeki Wisła i Odra są wspólnym dobrem Polaków i Europejczyków, które – w interesie wąskiego lobby i w imię fałszywej obietnicy rozwoju gospodarczego i lepszej ochrony przeciwpowodziowej – może doznać wielkich szkód. W rzeczywistości plany te doprowadzą niechybnie do większych powodzi, suszy, konfliktów oraz zniszczenia niezwykle cennych siedlisk, nie poprawiając bynajmniej dobrostanu lokalnych społeczności.
Nastawiona na zrównoważony rozwój Unia Europejska wydaje się najbardziej zaawansowanym zakątkiem świata w zakresie ochrony środowiska, polityki klimatycznej i długofalowej ochrony zasobów niezbędnych do życia, w tym wód. Ponieważ czysta woda jest do życia niezbędna, rzeki, jeziora, wody powierzchniowe i wody podziemne stanowią dobra wspólne (wspólne zasoby) Europejczyków, które – dla zapewnienia dobrostanu dzisiejszych i przyszłych pokoleń – muszą być chronione przez przepisy i instytucje UE. Ramowa Dyrektywa Wodna, która powinna zostać wdrożona przez kraje członkowskie do końca 2015 roku, miała zapewnić osiągnięcie „dobrego stanu wód”. Jej intencją jest pogodzenie wymogów ochrony środowiska z interesami ludzi. Trudne zadanie. Bo dyrektywa niewiele mówi na temat regulacji rzek i hierarchii potencjalnego ich wykorzystania ani w jaki sposób najlepiej chronić ludzi przed ich destrukcyjną mocą. Rzeki pełnią bardzo liczne funkcje i są tymi dobrami wspólnymi, wokół których istnieje chyba najwięcej sporów o to, jak je najlepiej wykorzystać, jakim i czyim potrzebom i interesom mają priorytetowo służyć. W dzisiejszej Polsce, ale też szerzej w Unii Europejskiej, lokalne społeczności mają niewielki wpływ na decyzje dotyczące rzek, mimo iż są one zasobami mającymi istotny wpływ na jakość ich życia.

Rzeka Ruda i Kanał Rybnicki. Ruda to jedna z ostatnich nieuregulowanych rzek na Śląsku, która ma zostać przekształcona w Kanał Śląski. Fot.: Marcin Karetta
W Polsce rzeki należą niewątpliwie do kategorii zagrożonych dóbr wspólnych, czego głębszą świadomość ma dziś niestety tylko nieliczna grupa ekspertów przyrodników, ekologów i hydrologów oraz niektóre samoorganizujące się grupy wędkarzy i promotorów rzecznej ekoturystyki. Media i opinię publiczną zdominowało wiele stereotypów, utrzymywanych przez lobby melioracyjno-hydrotechniczne, np. o rzekomej konieczności prostowania rzek czy oczyszczania ich koryt. W post-komunistycznym kraju, jakim jest Polska – tradycyjnie katolickim, antropocentrycznym i zindywidualizowanym – obywatele nie są wystarczająco świadomi, aby zadbać razem o dobro wspólne, oprzeć się utowarowieniu i prywatyzacji, silnie promowanym przez produktywistyczną ideologię neoliberalną.
Nadambitne plany zagrażające rzekom
Odra i Wisła, dwie największe polskie rzeki, są dziś przedmiotem nadambitnych planów rozwoju żeglugi śródlądowej. Odra, uregulowana pod koniec XIX i na początku XX w., stanowiła do niedawna najdłuższy szlak wodny w Polsce, stopniowo coraz mniej używany ze względu na zbyt niski poziom wody oraz brak funduszy na kosztowne utrzymanie szlaków i ich odpowiedniej dla transportu towarowego głębokości. Wisła jest natomiast prawdopodobnie największą zbliżoną na ogół do naturalnej, „dziką” rzeką w Unii Europejskiej. Cała rzeka i dolina stanowi nieprzebrane bogactwo przyrodnicze. Jej bieg obejmuje dwadzieścia obszarów Natura 2000, szesnaście rezerwatów przyrody, pięć parków krajobrazowych i trzynaście obszarów chronionego krajobrazu oraz otulinę podwarszawskiego Kampinoskiego Parku Narodowego. Poza uregulowanym krótkim odcinkiem Górnej Wisły w okolicach Krakowa, na pozostałych ponad 900 km rzeki znajduje się tylko jedna zapora wodna, wybudowana między 1962 a 1970 rokiem.

Wisła – Warszawa/Fot.: Dominik Dobrowolski
Przygotowane przez polskie Ministerstwo Żeglugi i Gospodarki Morskiej oraz przyjęte przez Radę Ministrów „Założenia rozwoju śródlądowych dróg wodnych w Polsce na lata 2016-2020 z perspektywą do 2030 r.” przewidują wielkie plany rozwoju żeglugi śródlądowej na Odrze i Wiśle oraz połączenie obydwu rzek kanałem. Gdyby zostały zrealizowane, to m.in. wspaniała, niezwykle cenna przyrodniczo i w pełni objęta ochroną Natura 2000 Dolina Środkowej Wisły stałaby się skanalizowaną drogą wodną w ramach rzecznej autostrady E40 od Odessy do Gdańska. W proteście przeciw tym planom ponad sześćdziesięciu przedstawicieli organizacji od lat śledzących los rzek, takich jak Stowarzyszenie Ekologicznie EKO-UNIA, wspieranych przez naukowców i przedstawicieli samorządów, wystosowało Apel (link: http://bit.ly/2b5Pl4g). Sprzeciwiono się w nim rządowemu planowi i podważono jego uzasadnienie wskazujące jednostronnie na same korzyści, jak wzrost udziału przewozów żeglugi śródlądowej na rzekach, wzrost konkurencyjności portów morskich ujścia Odry i Wisły z powodu pojawienia się żeglugi, aktywizacja gospodarcza, poprawa bezpieczeństwa powodziowego czy produkcja odnawialnej energii na powstałych na rzekach piętrzeniach.

Rzeka Warta, nieuregulowany fragment/Fot.: Dominik Dobrowolski
Autorzy Apelu podważają wskazywaną „konieczność gonienia Europy Zachodniej”, gdyż, jak piszą: „nie powinna być dla nas argumentem i wzorem żegluga śródlądowa na Renie, która rozwijała się w ubiegłym wieku przy zupełnie innym stosunku do ochrony bioróżnorodności, w innej epoce gospodarczej oraz warunkach klimatycznych. Tu powinniśmy być szczególnie ostrożni w przenoszeniu wzorców krajów zachodnich.” Ponadto istnieją znacznie wartościowsze przykłady do naśladowania w krajach zachodnich, jak rzeki Loara i Dordogne we Francji, z wieloma lokalnymi inicjatywami w oparciu o zasadę dostosowywania łodzi do rzeki, a nie odwrotnie.
Można śmiało stwierdzić i ma to oparcie w ekspertyzach naukowych, że plany te są całkowicie sprzeczne ze zbiorowym interesem: doprowadzą do zwiększenia zagrożenia powodziowego, silniejszych susz, spowodują straty gospodarcze, powiększenie deficytu budżetowego, potencjalne konflikty o wodę, wreszcie doprowadzą do dewastacji polskiej przyrody o europejskim znaczeniu. Inwestycje publiczne dla ich realizacji służyłyby przede wszystkim interesowi przemysłu hydrotechnicznego.

Rzeka Dobra, dopływ Widawy/Fot.: Radosław Gawlik
Źródło konfliktów i zagrożeń
Polska ma mało wody, a zasoby polskich wód należą do najniższych w Europie. Konsekwentnie zbudowana i prowadzona w oparciu o środki publiczne żegluga śródlądowa może zabrać wodę innym sektorom i doprowadzić do niedoborów wody pitnej i konfliktów o wodę. Za większość poborów wód w Polsce odpowiadają dziś procesy produkcyjne, zwłaszcza energetyka oparta na spalaniu węgla, a następnie pobór wód przez sieci wodociągowe i nawodnienia. Polska produkuje 88% energii elektrycznej w elektrowniach węglowych, a energetyka oparta na węglu jest najbardziej wrażliwa na niedobory wody ze względu na konieczność chłodzenia. Ponadto, wraz z narastającym ociepleniem i powtarzającymi się suszami, należy się spodziewać masowego rozwoju systemów do nawadniania pól, jak na południu Europy. Istnieje więc groźba zbudowania z rzek drogich kanałów, w których nie będzie wody.

Rzeka Wilga przed i po regulacji/Fot.: Cecylia Malik
Projekt polskiego rządu nie dostrzega naturalnych sprzeczności między potrzebami żeglugi i ochrony przeciwpowodziowej. Żegluga będzie wymagać magazynowania wody w zbiornikach wielofunkcyjnych, aby zasilać spływ statków podczas częstych w Polsce niskich stanów wody. Ochrona przeciwpowodziowa powinna mieć te zbiorniki puste, aby mogły one przejmować silne fale powodziowe wyprostowanych i uregulowanych rzek. Żegluga oraz produkcja prądu na nowych piętrzeniach w elektrowniach wodnych zderza się z zapotrzebowaniem na wodę energetyki konwencjonalnej, którą Polska pragnie utrzymać jako główne źródło energii jeszcze przez dziesięciolecia, a która nie może funkcjonować bez wody z rzek do procesów technologicznych.
Ukryte koszty: ryzyko powodzi i nieodwracalne szkody ekologiczne
W planach dotyczących żeglugi śródlądowej nie ma mowy o dewastacji przyrodniczej, która spotka zbliżone do naturalnych polskie rzeki i ich doliny, jeżeli te plany zostaną zrealizowane. Polskie wciąż wyjątkowe przyrodniczo rzeki, podziwiane w Europie, to prawdziwy skarb i dziedzictwo bioróżnorodności nie tylko polskiej, ale też europejskiej. Większość dolin dużych rzek w Polsce pokrywają obszary Natura 2000, chroniące siedliska europejskie, florę i faunę, w tym ptaki. Regulacja Wisły i Odry oraz budowa drogi wodnej Odra – Wisła oznaczają zniszczenie tych obszarów na niewiarygodną skalę. To łamanie nie tylko Ramowej Dyrektywy Wodnej, ale także Dyrektyw Siedliskowej i Ptasiej.

Rzeka Pluskawka/Fot. Paweł Augustynek Halny
Dokument rządowy twierdzi, że użeglownienie wielkich rzek poprawi bezpieczeństwo powodziowe, ale zarówno aktualna wiedza naukowa, jak i doświadczenie kilkudziesięciu lat regulacji europejskich rzek wykazują, że głęboka regulacja rzek oraz budowa zapór i zbiorników mających zasilać żeglugę − przy nieuchronnych niskich stanach wód wraz z coraz częstszym zjawiskiem gwałtownych opadów – powodują wzrost ryzyka i zagrożenia powodziowego. Zapewnienie funkcji żeglugi śródlądowej jest sprzeczne z funkcją ochrony przeciwpowodziowej. Zwiększone ryzyko powodziowe oznacza dodatkowe wysokie koszty budowy zabezpieczeń powodziowych i ich utrzymania. Tak więc wydanie 80 mld złotych na program żeglugi ( część ekspertów twierdzi, że jest to koszt kilkakrotnie zaniżony!) to nie koniec wydatków publicznych, wręcz przeciwnie.
Publiczne pieniądze wydane przeciw wspólnemu dobru
Żegluga rzeczna to zamierający podsektor transportu, obarczony ryzykiem niepewności wobec zmiennych warunków klimatycznych. Bezcelowa jest jego kosztowna reanimacja. Ministerstwo żeglugi obiecuje przewożenie 20 mln ton towarów po Odrze oraz 7,8 mln ton po Wiśle w 2020 r., jednakże te liczby wydają się całkowicie nierealne. Poza tym towary te można bez problemu przewieźć rozwijaną aktualnie za unijne pieniądze państwową koleją, dofinansowywaną i modernizowaną za miliardy złotych i euro od wielu lat, która ma i będzie mieć dużo większą i niewykorzystaną zdolność przewozową, niż miałyby przekształcone w kanały polskie rzeki.
Rozwój polskiej żeglugi śródlądowej ma kosztować prawie 20 mld euro do 2030 r., w tym ok. 2,3 mld euro do 2020 r. Projekt rozwoju żeglugi rzecznej nie służy dobru wspólnemu i nie niesie żadnych wspólnych korzyści gospodarczych, społecznych czy ekologicznych, a już na pewno nie dla lokalnych społeczności.

Rzeka Iławka/Fot. Dominik Dobrowolski
Zamiast takiego projektu pożądany i potrzebny byłby realistyczny program wsparcia rozwoju lokalnej i ponadlokalnej żeglugi pasażerskiej oraz turystycznej, która korzystałaby z piękna tych rzek i ich walorów przyrodniczych. System mógłby też obejmować lokalne przewozy towarów po rzekach. Zasada jest tu prosta – dostosowujemy jednostki pływające, ich zanurzenie, do rzeki, a nie odwrotnie. Program rządowy i Banku Światowego chcą przywrócenia na koszt podatników barek o zanurzeniu ponad 2 m i długości ok. 100 m. Ofiarą tego pomysłu mają być Wisła i Odra. To szkodliwa iluzja.
Finansowanie destrukcji rzek: uzupełniająca rola funduszy UE
Program rozwoju żeglugi śródlądowej aktualnego polskiego rządu nawiązuje do umowy pożyczki podpisanej przez poprzedni rząd z Bankiem Światowym na sfinansowanie programu ODRA-VISTULA FLOOD MANAGEMENT PROJECT, rzekomego programu ochrony przeciwpowodziowej, a de facto programu regulacji i użeglownienia tych rzek ( na pewno Odry).
Ten zaskakujący program Banku Światowego został przygotowany „w skrytości” oraz przyjęty przez polski rząd po selektywnych konsultacjach społecznych, o których nie wiedziały i nie brały w nich udziału liczące się organizacje pozarządowe zajmujące się wodami. Program o wielkości ponad 1,317 mld dolarów stanowią m.in. pożyczki z Banku Światowego (504 mln dol) oraz Banku Rozwoju Rady Europy (329 mln dol), ale także dotacja Unii Europejskiej (219 mln dol).

Rzeka Ruda/Fot. Marcin Karetta
Program ten wpisuje się w trwający kilkadziesiąt lat proces „ujarzmiania” rzek, co jest podejściem likwidującym ich naturalne funkcjonowanie i wyjątkowe ekosystemy. Plany te stworzono, pomimo iż doświadczenie i wiedza naukowa wykazują od lat, że naturalna rzeka, meandrująca, stale zmieniająca swój kształt i formy, wylewająca na tereny zalewowe w okresach wezbrania i cofająca się stopniowo do własnego nurtu, tworzy znacznie bogatsze ekosystemy i znacząco bardziej przyczynia się do dobrostanu lokalnych społeczności, a do tego znacznie lepiej chroni przed dramatycznymi w skutki powodziami.

Rzeka Drożdżynka/Fot. Roman Żurek
A jednak Bank Światowy zgodził się na finansowanie tych inwestycji. Co dziwniejsze, projekt uzyskał też dofinansowanie z Unii Europejskiej, która protestowała przeciwko regulacjom i niszczeniu rzek i potoków ze środków unijnych w latach 2007-13 oraz zakwestionowała wydatki melioracyjne i hydrotechniczne w Polsce na kwotę setek milionów euro, uznając je za sprzeczne z Ramową Dyrektywą Wodną. A teraz Komisja Europejska ma zamiar finansować działania łamiące Dyrektywy Siedliskową i Ptasią oraz Ramową Dyrektywę Wodną? W tej sprawie sygnatariusze Apelu wysłali we wrześniu zapytanie do Komisarza UE d/s Środowiska. Na razie pozostaje ono bez odpowiedzi.
Ratowanie rzek oznacza wzmacnianie lokalnych społeczności
Czas przypomnieć decydentom i opinii publicznej, że rzeki tworzą niezwykle wartościowe ekosystemy i należą do dóbr wspólnych wszystkich ludzi, jak i innych istot. Zarządzanie rzekami, na wszystkich poziomach, powinno służyć społecznościom lokalnym i przyszłym pokoleniom, a także podlegać społecznej partycypacji i kontroli. W ten sposób wspólne zasoby stopniowo stawałyby się dobrami wspólnymi, the commons. Jednakże aby taka partycypacja i kontrola mogły mieć miejsce i były skuteczne, trzeba doprowadzić do obalenia stereotypów o rzekomo koniecznej i opłacalnej regulacji rzek, a obywatele – w ich własnym interesie oraz w interesie przyszłych pokoleń i ekosystemów – muszą posiąść wiedzę i zrozumienie, jak funkcjonują naturalne rzeki i na czym powinna polegać zrównoważona gospodarka ich wodami.
Zamiast promowania nierealnych dziś marzeń o nowych drogach wodnych, władze krajowe i lokalne powinny wspierać lokalną partycypację i samorządność społeczności mieszkających w pobliżu rzek, tak by ochronić te szczególne wspólne dobra przed ich przejęciem przez grupę interesów powiązaną i wpisaną w system państwowy. Obywatele powinni być aktywnie zaangażowani w utrzymanie terenów zalewowych ważnych dla ochrony przeciwpowodziowej oraz w zapewnienie wspólnego i zrównoważonego wykorzystania rzek do ekoturystyki, wędkowania i małego transportu lokalnego. Umożliwi to ochronę naturalnych funkcji ostatnich naturalnych dużych rzek Europy i ich unikatowych ekosystemów.
Sygnatariusze Apelu kontynuują kampanię. Złożyli list i Apel do prezesa Banku Światowego w Waszyngtonie oraz demonstrowali pod Biurem BŚ w Warszawie w sierpniu br. Domagają się wstrzymania projektu BŚ oraz takiej jego modyfikacji, aby to był program ochrony przeciwpowodziowej, nie niszczący europejskiej przyrody, chronionej siecią Natura 2000. List skierowali również do Komisarza ds. Środowiska UE, gdyż Komisja Europejska nie powinna wspierać projektów Banku Światowego, dewastujących obszary chronione przepisami UE.
Artykuł ukazał się w Zielonych Wiadomościach nr. 26.
Jeśli podoba Ci się to, co robimy, prosimy, rozważ możliwość wsparcia Zielonych Wiadomości. Tylko dzięki Twojej pomocy będziemy w stanie nadal prowadzić stronę i wydawać papierową wersję naszego pisma.
Nowe badanie wykazało, że oceany świata ocieplają się w coraz szybszym tempie, a ostatnie 20 lat odpowiada za połowę wzrostu zawartości ciepła w oceanach, które zakumulowało się od początku rewolucji przemysłowej.
Amerykańscy naukowcy odkryli, że 35% dodatkowego ciepła z industrialnych emisji gazów cieplarnianych znajduje się na głębokości poniżej 700 metrów. Oznacza to, iż w najdalszych zakątkach oceanu jest obecnie nieporównanie więcej ciepła niż 20 lat temu – było go wówczas zaledwie 20%.
Praca opublikowana w Nature Climate Change rzuca dodatkowe światło na ogromne ilości ciepła wchłanianego przez oceany.
Wody oceanu, które mają znacznie większą pojemność cieplną niż powietrze, zmagazynowały ponad 90% ciepła i prawie 30% dwutlenku węgla wytworzonych przez konsumpcję paliw kopalnych. Tylko w 2011 roku Ocean Południowy przejął 1,2 miliarda ton węgla – ilość ta odpowiada mniej więcej rocznej jego produkcji w Unii Europejskiej.
Naukowcy z Narodowego Laboratorium Lawrence’a Livermore’a (Lawrence Livermore National Laboratory) i Narodowej Służby Oceanicznej i Meteorologicznej (National Oceanic and Atmospheric Administration – NOAA) zanalizowali zmiany zawartości ciepła na różnych głębokościach oceanów z wykorzystaniem komputerowych modeli i danych sięgających 1865 roku.
Zawartość ciepła w górnej części oceanu wzrosła 32-krotnie od chwili, kiedy eksploatacja paliw kopalnych stała się powszechna.
„Zmiany, o których mówimy to naprawdę duże liczby. To nieludzkie liczby”, powiedział Paul Durack, oceanograf i współautor badania. Jednakże źródłem trwogi badaczy nie są same surowe liczby, tylko szybkość z jaką rosną. „Zwłaszcza po roku 2000 tempo naprawdę zaczęło galopować”, dodał Durack. Zdaniem Petera Gleckera, głównego autora badania, fakt ten wskazuje na to, że ilość energii uwięzionej w całym ziemskim systemie klimatycznym raptownie się zwiększa.
Ponieważ oceany są tak rozległe i zimne, wchłonięte ciepło podnosi temperaturę o zaledwie kilka dziesiątych stopnia, ale najistotniejszy jest bilans energetyczny, wyjaśniają uczeni. Zaabsorbowane ciepło zapobiega jeszcze większemu ogrzaniu powierzchni przez gazy cieplarniane będące rezultatem spalania węgla, ropy i gazu. Jednakże ogrzane oceaniczne wody będą wchłaniać coraz mniej ciepła, które pozostanie w powietrzu i na lądzie, powiedział Chris Las, współautor analizy i wykładowca Uniwersytetu Stanowego w Pensylwanii.
Ocieplające się oceany potęgują też intensywność burz, a gatunki morskie zmuszone są do opuszczenia swoich tradycyjnych obszarów występowania. Absorpcja dwutlenku węgla podniosła poziom zakwaszenia oceanów o 30% – w wyniku tego procesu nastąpił spadek pH wody, który utrudnia stworzeniom takim jak korale, ostrygi i małże formowanie skorup i struktur utrzymujących je przy życiu.
Naukowcy ogłosili już, że trwa trzecie globalne wybielanie koralowców, podczas którego giną one z powodu wysokiej temperatury. Analiza ponad 620 badań ustaliła w zeszłym roku, że łańcuchy pokarmowe oceanów świata zagrożone są upadkiem wskutek zmian klimatycznych, przełowienia i miejscowych zanieczyszczeń.
Według Jane Lubchenco, profesor nauk o morzu z Uniwersytetu Stanowego w Oregonie i byłej dyrektor Narodowej Służby Oceanicznej i Atmosferycznej, Wyniki pracy mają poważne konsekwencje dla życia w oceanach, a także dla wzorów cyrkulacji oceanicznej, tras i siły burz. Jeff Severinghaus z Instytutu Oceanografii Scrippsa (Scripps Institute of Oceanography) potwierdził, iż badanie przedstawia twarde dowody na to, że ludzie dramatycznie ogrzewają planetę. Natomiast Kevin Trenberth, szef sekcji analizy klimatycznej Narodowego Centrum Badań nad Atmosferą (National Center for Atmospheric Research), który również przygląda się zawartości ciepła w oceanach, ocenił, że zespół Glecklera znacznie zaniżył ilość ciepła, jaką wchłonął ocean.
Ocieplenia oceanów spowodowanego zmianą klimatu nie da się już zatrzymać
Ocieplenie oceanów będące konsekwencją zmiany klimatu jest już nie do zatrzymania w ślad za rekordowymi temperaturami w 2014 (i 2015) roku; przyczyni się ono do wzrostu poziomu morza i zwiększy ryzyko wystąpienia poważnych burz, poinformowali w lipcu 2015 klimatolodzy rządu USA.
Raport o stanie klimatu w 2014 roku, bazujący na badaniach przeprowadzonych przez 413 naukowców z 58 krajów, zidentyfikował rekordowe ocieplenie powierzchni lądu i górnych poziomów Oceanu Światowego, zwłaszcza północnego Pacyfiku, co pozostaje w zgodzie z wcześniejszymi ustaleniami, iż sezon 2014 był najcieplejszy w historii pomiarów.
Naukowcy stwierdzili, że skutki rosnących temperatur oceanu będą odczuwalne przez wiele stuleci, nawet jeśli podjęte zostałyby natychmiastowe działania celem ograniczenia emisji dwutlenku węgla – źródła zmian we Wszechoceanie.
Myślę o tym procesie jako o kole zamachowym lub pociągu towarowym. Aby wprawić go w ruch, potrzebny jest potężny impuls; teraz jest już w ruchu i będzie toczył się długo po tym, jak zaprzestaniemy dalszego popychania, powiedział podczas konferencji z dziennikarzami Greg Johnson, oceanograf z Laboratorium Środowiska Morskiego Pacyfiku NOAA.
Nawet gdybyśmy utrzymali koncentracje gazów cieplarnianych na obecnym poziomie, morze będzie ocieplać się przez wieki i tysiąclecia, a temu ociepleniu i ekspansji towarzyszyć będzie nieprzerwany wzrost poziomu morza, dodał Johnson.
Technologia nie powstrzyma zmian zachodzących w oceanach
W badaniu opublikowanym 3 sierpnia 2015 na łamach Nature Climate Change niemieccy naukowcy udowodnili, że nawet niezwłoczne usunięcie ogromnych ilości dwutlenku węgla z atmosfery, które obniżyłoby jego koncentracje do poziomu bezpiecznego dla ludzkości, nie uratowałoby oceanów. Pozostałyby one cieplejsze i bardziej zakwaszone przez tysiące lat, a konsekwencje dla życia morskiego nadal byłyby katastrofalne.
Zespół badaczy pod kierunkiem Sabine Mathesius z Centrum Badań Oceanicznych Helmholtz w Kilonii (Helmholtz Centre for Ocean Research) Poczdamskiego Instytutu Badań nad Wpływem Klimatu (Potsdam Institute for Climate Impact Research) rozważył hipotetyczny scenariusz, w którym świat nie zaprzestał spalania paliw kopalnych i zaadoptował (nieistniejącą) technikę usuwania dwutlenku węgla.
Wynik demonstruje po raz kolejny, że technologiczne panaceum nie pozwoliłoby na cofnięcie zgubnych skutków emisji gazów cieplarnianych.
W głębokim oceanie chemiczne echa postępującego w bieżącym wieku skażenia CO2 będą wybrzmiewać przez tysiące lat, powiedział Hans Joachim Schellnhuber, współautor pracy.
Źródła: The Guardian, CBC
Opracowanie: M.Rz.
Najnowsza literatura badawcza, dane i obserwacje dowodzą, że zmiana klimatu Ziemi nie przebiega już w sposób stopniowy, lecz wkroczyła w fazę określaną mianem „nagłej”. W poniższych komentarzach Paul Beckwith, badacz systemu klimatycznego planety i wykładowca Uniwersytetu w Ottawie (Ontario), przybliża w skrócie potwierdzające ten fakt symptomy i formułuje własne prognozy w oparciu o wyłonione na przestrzeni ostatnich dekad trendy.
Maksymalne tempa zmian klimatycznych są systematycznie zaniżane w zapisie geologicznym – tytuł badania opublikowanego 10 listopada 2015 w Nature Communications
Paul Beckwith: Naukowcy całkowicie zaniżyli swoją ocenę zagrożeń wynikających ze zmiany klimatu. Jeśli przyjrzymy się prognozom i oczekiwaniom, to zawsze mają one charakter zachowawczy. Problem polega na tym, że eksperci są przesadnie podzieleni, tkwią w swoich specjalizacjach. Nie biorą pod uwagę całego systemu klimatycznego. Glacjolodzy nie dzielą się swoimi ustaleniami z badaczami atmosfery, ci ostatni nie konsultują się ze specjalistami od metanu itd. Aby zrozumieć, co się dzieje i uzyskać pełniejszy obraz, należy podejść do systemu klimatycznego w sposób całościowy. To istota moich dociekań badawczych, które koncentrują się na nagłej zmianie klimatu – obecnej oraz z epok minionych. Informacje o zamierzchłym klimacie pozyskujemy z zapisów instrumentów pomiarowych sprzed stu/kilkuset lat lub wydobywamy je bezpośrednio z układów fizycznych: słojów drzew, rdzeni lodowych (nośników dawnych temperatur atmosfery), morskich osadów, pierścieni koralowców, stalagmitów/stalaktytów itp. Pokazują nam one, że system klimatyczny był zdolny do niezwykle gwałtownych zmian temperatury w bardzo krótkim czasie.
Konfrontujemy się z nagłym przeobrażeniem klimatu Ziemi. Doświadczamy go mniej więcej od 2010 roku – Dr Jim Salinger (główny autor z nagrodzonego Noblem w 2007 Międzyrządowego Zespołu ds. Zmian Klimatu, listopad 2015)
Paul Beckwith: Zmiany w składzie chemicznym atmosfery, które spowodowaliśmy poprzez spalanie paliw kopalnych i przemysłowe użytkowanie gruntów, są znacznie większe od wszystkiego, co odczytaliśmy z zapisów paleoklimatycznych. Przebiegają co najmniej 10-20 razy szybciej od którejkolwiek ze zmian w historii planety. Zatem sytuacja bardziej przypomina teraz klimat odmienny pod względem stanu atmosfery, oceanów i lodu morskiego. Następuje amplifikacja (inaczej wzmocnienie) ocieplenia w Arktyce ze względu na zanikający lód morski (12% objętości na dekadę) i pokrywy śnieżnej (22% pokrycia na dekadę). Region ociepla się o wiele bardziej niż równik: w wysokiej Arktyce tempo ocieplenia jest do 8 razy szybsze niż na pozostałych obszarach planety. Zmniejsza to gradient temperatury; prądy oceaniczne i atmosfera przenoszą mniej ciepła od równika do bieguna. W efekcie wiejące z zachodu na wschód prądy strumieniowe stają się nieregularne, falują i zwalniają, co wydłuża czas trwania, zwiększa częstotliwość i nasilenie ekstremalnych zjawisk pogodowych. Widzimy więcej upałów i susz, ulewnych deszczów i powodzi. Jesteśmy świadkami coraz intensywniejszych burz, ponieważ w atmosferze znajduje się więcej pary wodnej. Przyczyną wszystkich tych zdarzeń jest zmiana cyrkulacji atmosferycznej.
Wzrost temperatury o ponad 1°C może wywołać szybkie, nieprzewidywalne i nieliniowe reakcje, które mogą prowadzić do rozległych uszkodzeń ekosystemu – Grupa Doradcza ONZ ds. Gazów Cieplarnianych (1990)
Paul Beckwith: Często słyszeliśmy, że od początku rewolucji przemysłowej w 1750 roku Ziemia ogrzała się o 0,85°C. Jeśli wykorzystamy średnią z trzydziestu lat, od 1979 do 2009 roku, a następnie odejmiemy wartości z 1750 roku, otrzymamy 0,85°C. Sięgnijmy teraz po temperaturę z 2014 roku i porównajmy ją z rokiem 1750. Rezultat to 1,17°C. A gdy weźmiemy tegoroczną średnią – od stycznia do września – i obliczymy różnicę, uzyskamy 1,26°C. Tak więc planeta ociepliła się o wartość przekraczającą 1°C. Branie średniej z trzydziestu lat w trakcie nagłej zmiany klimatu wprowadza w błąd.
Ziemia traci swój klimatyzator: lód morski Arktyki – Dr Walt N. Meier (badacz z Laboratorium Nauk o Kriosferze Centrum Lotów Kosmicznych im. Goddarda – NASA, 2012)
Paul Beckwith: Morska pokrywa Oceanu Arktycznego zamienia się w lodowy koktajl. Arktyka była dotychczas jednolicie suchym miejscem, ponieważ jej zimne powietrze nie zatrzymywało wilgoci. Z powodu raptownej amplifikacji temperatury i szalonych jej anomalii dochodzi do opadów deszczu. Kiedy deszczówka zamarza i następuje skroplenie pary wodnej, uwalnia się mnóstwo energii. Nisko położona pokrywa chmur zatrzymuje ciepło. Następnie mamy niezmiernie ciepłe wody Północnego Pacyfiku. Przedostają się one przez Cieśninę Beringa i podmywając lód redukują go. Po stronie Atlantyku, u wybrzeży Svalbardu i na dalekiej północy, utrzymują się bardzo wysokie temperatury. Ląd otaczający Ocean Arktyczny jest mocno rozgrzany, w związku z tym mnóstwo słodkiej wody z rzek w Kanadzie i Azji trafia do Atlantyku. Na intensywności przybierają pożary w obrębie koła podbiegunowego. Popiół przyciemnia region. Ciemniejąca Arktyka pochłania dużo energii.
Czynniki te zmieniają zachowanie lodu. Odbiega ono zupełnie od tego, co obserwowaliśmy wcześniej. W okresie zimowym lód uformuje się ponownie, ale nie odzyska swojej dawnej grubości. Został w bieżącym roku przygotowany na całkowite rozbicie w przyszłym i następnym sezonie. Eksperci byli zdania, że na północ od Archipelagu Arktycznego pokrywa zachowa swą grubość, a tak zwany lód „szybki” – przytwierdzony do linii brzegowej – pozostanie bez szwanku. Tymczasem oderwał się całkowicie.
Wkrótce Ocean Arktyczny będzie we wrześniu wolny od lodu [ciągłego] – Prof. Peter Wadhams (dyrektor Grupy ds. Fizyki Oceanu Polarnego Wydziału Matematyki Stosowanej Uniwersytetu Cambridge, listopad 2014)
Paul Beckwith: Na Pacyfiku zachodzi teraz zjawisko El Niño, zaś anomalia temperatury u wybrzeży Ameryki Południowej sięga aż 5,7°C. Nawet przy El Niño jest ona bez precedensu. U brzegów Alaski utrzymuje się „plama” ciepłych wód. W połowie drogi do równika mamy kolejną w pobliżu Kalifornii. Sprzyjają one generowaniu potężnych cyklonów/tajfunów. Niektóre z nich udają się na północ w ślad za prądami strumieniowymi. Mogą zostać zaniesione w górę do Arktyki, gdzie spowodują dalszą dezintegrację lodu morskiego. Jeśli zasięg pokrywy spadnie do 1 miliona kilometrów kwadratowych, to lód zniknie w całości. W 2012 roku w ciągu jednego tygodnia cyklon skrócił pokrywę o blisko milion kilometrów kwadratowych. Para dużych cyklonów może wyprowadzić cały ten koktajl z regionu. Jest bardzo prawdopodobne, iż „błękitny ocean” – czyli akwen pozbawiony lodu (ciągłego) przed zakończeniem sezonu topnienia – zobaczymy przed 2020. Pokazuje to bieżący rok.
Gwoli zachowania okrągłych liczb powiedzmy, że pierwszy „błękitny ocean” zdarzy się w 2020. W pierwszym roku stan otwartego Oceanu Arktycznego potrwa tylko przez kilka tygodni. Lód powróci zimą, ale w mniejszej ilości. Do 2022 „błękitny ocean” być może utrzyma się w sierpniu, wrześniu i październiku. A potem, po upływie kolejnych dwóch lub trzech lat, lodu nie będzie w ogóle przez około pięć lub sześć miesięcy w roku. Dekadę później, przed 2030, wody Arktyki utracą lód ze względu na dodatnie sprzężenia zwrotne. Bez niego w rejonie Arktyki nie będzie już chłodzenia w postaci ciepła utajonego, a więc ocieplenie przyspieszy. Emisje metanu z podmorskiej wiecznej zmarzliny Oceanu Arktycznego ulegną znacznej eskalacji.
Nagłe uwolnienie 50 miliardów ton metanu z klatratów Arktyki jest wysoce prawdopodobne w każdej chwili – Dr Natalia Szakowa (badaczka Wschodniego Syberyjskiego Szelfu Kontynentalnego, nadzoruje rosyjsko-amerykańskie Studia nad metanem m.in. w Międzynarodowym Centrum Badań nad Arktyką, lipiec 2013)
Paul Beckwith: Temperatura i ciśnienie były w przeszłości wystarczające, aby z zamrożonych cząsteczek wody stworzyć rodzaj krystalicznej komory. W jej środku znajduje się uwięziona molekuła metanu. Wraz ze wzrostem temperatury cząsteczki wody topią się i uwalniają metan z morskiego dna. Ucieczka gazu z tych klatratów stanowi wielkie planetarne zagrożenie. Jeśli przyjmiemy 20-letnią skalę czasową, potencjał cieplarniany metanu jest 86 razy większy niż w przypadku dwutlenku węgla. Na skali kilkuletniej jest on nawet 150/200 razy silniejszy. Jego atmosferyczne poziomy rosną teraz wykładniczo. Kiedy metan zdoła już się wydostać z morskiego dna, jego rozpad zajmuje co najmniej dziesięć lat. Jako że w Arktyce przez większą część roku panują suche warunki, metan pozostaje tam i krąży w wysokich stężeniach. Rozproszenie gazu nad resztą planety zajmuje trochę czasu. Arktyka po prostu się ugotuje. Co oznacza przyspieszone topnienie Grenlandii i raptowny wzrost poziomu morza.
W końcowej fazie interglacjału eemskiego – około 121,000 lat temu – poziom morza wzrósł o 2-3 metry w ciągu kilku dekad – autorzy badania zamieszczonego 23 lipca 2015 w Atmospheric Chemistry and Physics
Paul Beckwith: W tegorocznej przełomowej pracy pt. „Topnienie lodu, wzrost poziomu mórz i super-burze: dowody z danych paleoklimatycznych, modelowania klimatu i współczesnych obserwacji wskazujące, że globalne ocieplenie o 2°C jest bardzo niebezpieczne” zespół Jamesa Hansena (były dyrektor należącego do NASA Instytutu Badań Kosmicznych im. Goddarda; przyp. tłum.) przedstawia dowody z zapisów paleoklimatycznych, które pokazują, że za ten katastrofalny wzrost poziomu morza odpowiadało spowolnienie Atlantyckiej Południkowej Cyrkulacji Wymiennej. Ogrzało ono Ocean Południowy, uruchomiło proces cielenia się (odłamywania) lodowych szelfów, zwiększyło topnienie pokrywy lodowej i wzrost poziomu morza w tempie nieliniowym (wykładniczym). Doszło również do powstania rozległych obszarów zimnej wody, co z kolei wywołało duże gradienty temperatury. Natomiast woda cieplejsza przyniosła znaczne różnice ciśnienia i burze z wiatrami o 10%-20% silniejszymi niż obecnie; wywołały one potężne, długie fale, które zgodnie z geologicznymi dowodami (m.in. z wysp Bahama) osiągnęły 30 metrów wysokości. Najnowsze dane z różnych źródeł sugerują, że temperatura była w tamtym okresie wyższa od dzisiejszej zaledwie o parę dziesiątych stopnia – 0,2°C lub 0,3°C. Brakuje nam niewiele. Opublikowana w marcu bieżącego roku analiza, której głównym autorem jest Stefan Rahmstorf demonstruje, że cyrkulacja oceaniczna zwalnia. Aktualne tempo zdarzeń jest nieporównanie szybsze, ponieważ atmosferyczne koncentracje gazów cieplarnianych są wyższe. Niedawno zadałem pytanie: Czy może dojść do wzrostu poziomu morza o około 7 metrów przed rokiem 2070? Jeżeli spojrzymy na blisko 7-letni okres podwajania tempa topnienia Grenlandii i Antarktydy z ostatnich dwóch dekad i przeniesiemy go w przyszłość, otrzymamy mniej więcej 7 metrów przed rokiem 2070.
Zmiany zachodzące w lodowcach polarnych Ziemi są oszałamiające. Prognozy Piątego Raportu Międzyrządowego Zespołu ds. Zmian Klimatu dotyczące wzrostu poziomu morza uważam za nierealistycznie zaniżone – Prof. Eric Rignot (glacjolog i główny badacz z Sekcji Nauk Radarowych i Inżynierii w Laboratorium Napędu Odrzutowego NASA, listopad 2015)
Paul Beckwith: Szacunki klimatyczne w modelach są zawsze chybione. W oparciu o nie formułuje się prognozę, jednakże w ciągu kilku lat podwojenie tempa topnienia ulega zmianie i konieczne staje się opublikowanie nowej. Model Międzyrządowego Zespołu ds. Zmian Klimatu oczywiście przygląda się przypadkowi linearnemu. Autorzy szacują wzrost poziomu morza o 0,74 metra do roku 2100. Nie ma żadnego racjonalnego powodu, aby zakładać liniowy wzrost topnienia lodu i poziomu morza, tym bardziej, że nie widzieliśmy go na przestrzeni minionych 20 lat. I dysponujemy dostatecznymi dowodami, które potwierdzają, iż jest to już proces nieliniowy. Być może w Grenlandii tempo zwolni, ale jeśli morski lód Arktyki zaniknie, nie widzę szansy na taką ewentualność. Na Antarktydzie Zachodniej lodowce Morza Amundsena posiadają kilkumetrowy potencjał wzrostu poziomu morza. System lodowcowy Tottena w regionie basenu podlodowcowego Aurora Antarktydy Wschodniej może podnieść poziom morza o ponad 6-7 metrów. Zanikanie lodowej masy Grenlandii, Antarktydy Zachodniej i basenu Aurora w Antarktydzie Wschodniej bez wątpienia przebiega nieliniowo.
Przyjrzyjmy się dokładnym danym NASA z satelitów GRACE. W ciągu ostatniej dekady utrata lodu Grenlandii wynosiła średnio 287 gigaton rocznie. Kilka lat temu temperatura przy lodzie utrzymywała się powyżej zera nad 95/96% całej powierzchni wyspy. Antarktyda traciła w tym samym czasie około 134 gigaton rocznie. Gigatona zawiera w sobie miliard ton. Łączny wynik topnienia, które podnosi poziom morza to 5 bilionów ton od 2002. Co oznacza bilion? Wyobraźmy sobie kostkę lodu wielkości 18 kilometrów. Szczyt atmosfery, gdzie pojawia się pogoda znajduje się na wysokości 11 kilometrów. Kostka ta sięgałaby dość daleko w kosmos.
Proces komunikacji o zmianie klimatu zawiódł całkowicie. Nie obchodzi ona ani opinii publicznej, ani większości rządowych oficjeli – Dr Chris Shaw (interdyscyplinarny badacz z Uniwersytetu w Sussex, specjalista w komunikacji o zmianie klimatu, wrzesień 2015)
Paul Beckwith: Arktyczna amplifikacja temperatury, emisje metanu, falowanie prądu strumieniowego i wzrost poziomu morza wywrą druzgocący wpływ na ludzkość. Podczas gdy planeta doświadczać będzie tej zmiany, cywilizacje pogrążą się w tragicznym zamęcie i konfliktach. Ekstremalne zjawiska pogodowe sprowokują rozpaczliwe próby adaptacji i łagodzenia skutków. Kurczące się zasoby słodkiej wody i żywności obalą rządy, wiele państw wprowadzi stan wojenny.
Dokąd byśmy się nie udali, na całym świecie zobaczymy oznaki gwałtownej zmiany klimatu. Ludzie nie dostrzegają powiązań lub odmawiają ich zauważenia. Około 6 lat temu, jeszcze przed rozpoczęciem pracy na Uniwersytecie w Ottawie, przygotowywałem e-maile pt. „Kondycja planety”. Pozyskałem adresy poczty elektronicznej wszystkich członków kanadyjskiego parlamentu, regionalnego parlamentu i rad miast. Robiłem zestawienia wszystkich zachodzących zjawisk pogodowych o ekstremalnym charakterze i wysyłałem je do kilkuset polityków. W większości były ignorowane. Ludzie nie chcą o tym słyszeć. Ludzie nie potrafią oceniać zagrożeń. Martwią się przesadnie tym, czym nie powinni, tymczasem zostaną zalani lub zderzą się z niedoborami żywności i wody.
Kiedy głód, choroby i katastrofy pogodowe uderzą z powodu nagłej zmiany klimatu, potrzeby wielu krajów przekroczą ich zdolność do utrzymania populacji. Wywoła to desperację, która najpewniej doprowadzi do ofensywnej agresji w celu odzyskania równowagi. – cytat z raportu pt. Scenariusz nagłej zmiany klimatu i jej konsekwencji dla bezpieczeństwa narodowego Stanów Zjednoczonych sporządzonego na zlecenie rządu USA w 2003 roku
Opracowanie M.Rz. / Źródło: paulbeckwith.net
Kiedy piszę ten tekst, południowo-wschodnia Azja ogarnięta jest ogromnym pożarem, który już teraz nazywany jest największą dotychczas katastrofą ekologiczną i ekonomiczną XXI wieku. Przyczyną jest gospodarka człowieka i wypalanie lasów (zwykle nielegalne) pod rolnictwo, przede wszystkim uprawy oleju palmowego – jednego z bardziej powszechnych składników stosowanych w przemyśle spożywczym i kosmetycznym. Choć pożary w tej części świata pojawiały się co roku, jednak zwykle na początku października przychodziły deszcze i gasiły je – w tym roku z powodu anomalii El Nino deszcze przyszły kilka tygodni później i wiele wskazuje na to, że będą słabsze niż zwykle.
Klęska pożarów dotknęła 28 mln mieszkańców Indonezji, Malezji, Tajlandii, Filipin, Borneo i Sumatry, kilkadziesiąt osób zginęło, wiele cierpi z powodu rekordowych zanieczyszczeń powietrza, mieszkańców okolic objętych pożarami lub zadymionych ewakuowano. Jednak pożary dotykają nie tylko ludzi. Orangutan – to słowo w lokalnym języku oznacza „człowiek lasu”, „osoba lasu”. Wystarczy spojrzeć na twarze orangutanów, ich mimikę, sposób życia, relacje między osobnikami, opiekę nad młodymi, aby stwierdzić z całą pewnością, że to nasi najbliżsi krewni – i rzeczywiście tak jest, bliżej na drzewie filogenetycznym są tylko szympansy i goryle. Można powiedzieć, że są prawie ludźmi. Lasy południowo-wschodniej Azji to ich dom. Orangutany od wielu lat należą do najsilniej zagrożonych gatunków, jednak tegoroczny pożar doprowadzi prawdopodobnie do zagłady większości dzikiej populacji. Ludzie lasu nie wrócą już do domu, nawet ci którzy przeżyją – nie mają już dokąd wracać.
Dramat lokalnych społeczności, wymieranie orangutanów i wielu innych gatunków – to ogromny problem, jednak nie wyczerpuje on rozmiaru zniszczeń. Większość płonących lasów to lasy bagienne, mokradła położone na ogromnych złożach torfu. Torf to szczątki roślinne, a więc węgiel magazynowany na tych terenach przez dziesiątki tysięcy lat. Płonące torfowiska oznaczają uwalnianie do atmosfery ogromnych ilości gazów cieplarnianych, nie tylko dwutlenku węgla, ale także metanu Ilości te już teraz znacznie przekraczają roczną emisję dwutlenku węgla krajów rozwiniętych, w tym Niemiec i USA. Efekt cieplarniany zaczyna nabierać charakteru reakcji łańcuchowej – zmiany klimatu generują pożary i susze, które z kolei przyczyniają się do uwalniania jeszcze większych ilości węgla. Zmiany powodowane globalnym ociepleniem będą postępowały więc dużo szybciej, niż dotychczas prognozowano.
Pożary w rejonach tropikalnych to tylko jeden z przykładów na lawinowo postępujące zmiany. Innym mogą być torfowiska Syberii, najrozleglejsze torfowiska świata, skupiające w sobie blisko 40% światowych zasobów torfu, który po spaleniu lub rozłożeniu uwalnia do atmosfery węgiel magazynowany przez setki tysięcy, a nawet miliony lat. Obecnie torfowiska te akumulują węgiel, ograniczając efekt cieplarniany. Niestety, teren ten jest bogaty w złoża ropy naftowej i gazu ziemnego, których eksploatacja nasiliła się w ostatnich latach – a wraz z nią degradacja torfowisk i uwalnianie węgla. Dodatkowo teren ten pokryty jest tzw. wieczną zmarzliną, warstwą trwale zmrożonego gruntu o głębokości od kilkudziesięciu metrów do nawet 1,5 km. W wyniku globalnego wzrostu temperatury, najsilniej odczuwanego w rejonach wokółbiegunowych, wieczna zmarzlina zaczyna stopniowo rozmarzać. Lokalne skutki to walenie się budynków, nieprzejezdność dróg (na Alasce liczba miesięcy w roku, kiedy możliwe jest podróżowanie przez tundrę skróciło się z 7 do 3 miesięcy), uszkodzenia linii kolejowych czy gazociągów budowanych na wiecznej zmarzlinie, obecnej na tych terenach od milionów lat. Do funkcjonowania w tych warunkach przystosowana jest też przyroda, rozmarzanie twardej warstwy zmrożonej ziemi powoduje masowe przewracanie się drzew, ale także wymieranie gatunków, kiedy tundra zamienia się w grzęzawisko lub step. Skutki globalne to stopniowe uwalnianie setek miliardów ton metanu i dwutlenku węgla związanych w wiecznej zmarzlinie, pozostających w niej jeszcze od czasów plejstocenu. Im więcej gazów cieplarnianych, tym cieplej w rejonach podbiegunowych, tym szybsze rozmarzanie wiecznej zmarzliny, tym większe kolejne dawki gazów cieplarnianych…
Ocieplenie klimatu to nie tylko susze, powodzie i tajanie wiecznej zmarzliny. Topnienie górskich lodowców już teraz prowadzi do klęsk suszy w zlewniach zasilanych (szczególnie w porze suchej) wodą płynącą z gór. Woda z lodowców w Himalajach jest warunkiem funkcjonowania rolnictwa w najludniejszych krajach Azji, zasilając w porze suchej takie rzeki jak Jangcy, Huang He, Ganges, Indus, Brahmaputra czy Mekong. Dorzecza tych wielkich rzek dostarczają 25% światowych plonów. A przecież woda jest również podstawą przemysłu czy energetyki, nie wspominając o bezpośrednich potrzebach ludzi. Kraje te już teraz doświadczają ekstremalnych susz, a zużycie wody rośnie. Podobne znaczenie mają lodowce w Andach dla krajów Ameryki Południowej, takich jak Peru, Boliwia czy Ekwador. Zasilają one rzeki dostarczające wody dla milionów ludzi żyjących po zachodniej stronie gór. Wiele lodowców w Andach już zniknęło (choćby lodowiec Chacatlaya, który zniknął ostatecznie w 2009 r.), większość stopi się w ciągu najbliższych 20-30 lat. Karczowanie lasów w Amazonii w połączeniu z globalnymi zmianami klimatu powoduje też ogólne zmniejszenie opadów w regionie (choć zdarzają się też katastrofalne powodzie). Brak wody to również brak energii elektrycznej – połowa produkcji prądu w Peru, Boliwii i Ekwadorze pochodzi z energetyki wodnej.
Nie ma wątpliwości, że zmiany klimatu, wywołane działalnością człowieka, gwałtownie przyspieszają w ostatnich latach, prześcigając dotychczasowe prognozy. Wymieranie gatunków, przystosowanych do ściśle określonych warunków środowiska, jest obecnie 100-1000 razy szybsze niż kiedykolwiek w ciągu ostatnich milionów lat. Zmiany te będą miały dramatyczne skutki również dla ludzi, co można zauważyć już teraz, kiedy znaczna część Afryki i Azji przestaje się nadawać do zamieszkania na skutek suszy (i spowodowanych nią wojen), a miliony ludzi migrują tam, gdzie mają nadzieję znaleźć lepszy los – również do Europy. Za suszą i głodem wędrują pożary i wojna, wkraczają do naszego wygodnego świata. Czy możemy jeszcze coś zmienić? Zmian klimatu nie można już zatrzymać, trudno powiedzieć, czy można je spowolnić, z pewnością można przestać je przyspieszać – ale to wymaga współpracy na poziomie globalnym, podobnie jak przygotowanie się na solidarne ponoszenie ich kosztów i minimalizowanie strat. Czy taka współpraca jest jeszcze możliwa?
Zmiany klimatu są faktem i bez zdecydowanych globalnych działań na rzecz zmniejszenia emisji gazów cieplarnianych będą następowały coraz szybciej.
Ilość energii zgromadzonej w systemie klimatycznym Ziemi wzrosła zauważalnie. Ocieplenie Ziemi jest bezspornym faktem, a wiele z obserwowanych zmian jest bez precedensu w skali dekad i tysiącleci. Atmosfera i oceany są cieplejsze, jest mniej śniegu i lodu, a poziom mórz wzrósł w wyniku rozszerzenia cieplnego oraz topnienia lodowców i pokrywy lodowej. W każdym z ostatnich trzech dziesięcioleci notowano temperatury przy powierzchni Ziemi, które były najwyższe w historii pomiarów (czyli od połowy XIX w.). Według ustaleń Piątego Raportu Międzyrządowego Zespołu ds. Zmian Klimatu (IPCC, 2013), okres od 1983 r. do 2012 r. był prawdopodobnie najcieplejszym trzydziestoleciem w ciągu ostatnich 1400 lat na półkuli północnej, tj. na obszarze, dla którego dostępne są dane paleoklimatyczne dot. temperatur pozwalające na wyciąganie takich wniosków.
Ostatnie 30 lat, od 1986 r. do 2015 r. z dużym prawdopodobieństwem okaże się jeszcze cieplejsze. Ostatnie zmiany klimatu już teraz wpływają w ogromnym zakresie na ekosystemy, a także na działalność ludzi, zwłaszcza te jej rodzaje, które są bezpośrednio uzależnione od systemów naturalnych (gospodarka wodna, rolnictwo i leśnictwo).
Zmiany klimatu można również traktować jako wyzwanie moralne. Bezpieczna przestrzeń dla życia na Ziemi kurczy się. Stawką jest nie tylko to, co zostawimy następnym pokoleniom w dalekiej przyszłości, ale również, w bardziej bezpośrednim wymiarze, to, co przekażemy naszym własnym dzieciom. Czy sami ograniczymy zmiany klimatu, czy raczej pozostawimy to zadanie, które będzie z czasem stawało się coraz trudniejsze, następnym pokoleniom, zmuszając je w ten sposób do dostosowania się do stale postępujących, bezprecedensowych zmian klimatu i dramatycznego ograniczenia bioróżnorodności? Czy chcemy pogłębić stworzony przez nas problem, czy go rozwiązać?
Obecne ocieplenie klimatu jest spowodowane w przeważającej części działalnością ludzką. Antropogeniczne emisje dwutlenku węgla, metanu i tlenku azotu wzrosły od epoki przedindustrialnej i są obecnie na poziomie nienotowanym wcześniej w historii. Stężenie gazów cieplarnianych w atmosferze wzrosło wskutek tego do wartości, jakie nie były obserwowane nigdy w ciągu ostatnich 800 000 lat, a więc w okresie, dla którego dysponujemy danymi z badań rdzeni lodowych, będących źródłem wiedzy o klimacie w odległych czasach. Działalność człowieka wywiera skutek ocieplający, wywołany przez gazy cieplarniane, oraz słabszy skutek schładzający wywoływane przez aerozole. Wpływ człowieka na klimat jest bezsprzeczny.
Obserwowane są także zmiany dotyczące ekstremalnych zjawisk pogodowych, a naukowcy łączą niektóre z nich (np. rzadsze występowanie najniższych temperatur, częstsze występowanie najwyższych temperatur, wzrost najwyższego poziomu mórz oraz zwiększona częstotliwość występowania intensywnych opadów) z odpowiedzią systemu klimatycznego na antropogeniczne emisje gazów cieplarnianych.
W przyszłości rosnące emisje gazów cieplarnianych spowodują dalsze ocieplanie i długotrwałe zmiany we wszystkich elementach systemu klimatycznego, zwiększając prawdopodobieństwo wystąpienia poważnych, wszechobecnych i nieodwracalnych skutków dla ludzi i ekosystemów. Ustabilizowania się temperatur w drugiej połowie obecnego stulecia można spodziewać się tylko w scenariuszu, w którym globalne emisje gazów cieplarnianych osiągają maksimum przed rokiem 2030, a następnie spadają w szybkim tempie. We wszystkich innych scenariuszach zmiany klimatu i ich konsekwencje będą przybierać na sile.
Atmosfera ociepli się bardziej nad kontynentami niż nad oceanami, co będzie szczególnie widoczne w rejonie Arktyki, ze względu na wzajemne wzmacnianie się skutków zmian klimatu. Fale upałów będą występować częściej i trwać dłużej, a ekstremalne opady będą bardziej intensywne i częstsze. Oczekuje się, że wielkość opadów wzrośnie w pobliżu równika, spadnie w strefie subtropikalnej i w basenie Morza Śródziemnego oraz wzrośnie w strefie umiarkowanej i polarnej, co będzie wynikiem zmian w strukturze obiegu atmosferycznego oraz faktu, że w cieplejszej atmosferze znajdzie się więcej miejsca dla pary wodnej. Oceany będą nadal się ocieplać, a średni światowy poziom mórz będzie wzrastał. Spodziewane tempo podnoszenia się poziomu mórz będzie co najmniej dwukrotnie większe w XXI w. (40 cm) niż było w XX w. (20 cm).
Zmiany klimatu pogłębią ryzyko już istniejące i stworzą nowe rodzaje ryzyka, które będą rozłożone nierównomiernie, ale generalnie będą w większym stopniu dotykać mniej uprzywilejowanych osób i społeczności. Wiele aspektów zmian klimatu i ich konsekwencji będzie trwać przez stulecia, a nawet tysiąclecia, i to również w przypadku, gdy antropogeniczne emisje gazów cieplarnianych ulegną zmniejszeniu. Wynika to z inercji cyklu węglowego (obecnie w wyniku naturalnych procesów wychwytywane jest tylko ok. połowy antropogenicznych emisji CO2) oraz inercji globalnego oceanu, który akumuluje energię i będzie przyczyniać się do podnoszenia się poziomu mórz oraz ocieplania powierzchni Ziemi przez kolejne stulecia.
Przewiduje się, że znaczne ocieplenie i wynikające z niego skutki będą niekorzystne w zagregowanym ujęciu globalnym. Ryzyko wystąpienia dramatycznych, nagłych i nieodwracalnych zmian (takich jak całkowite stopienie się lodu Grenlandii, które samo w sobie może doprowadzić do podniesienia się poziomu mórz o 6-7 m) wzrasta wraz ze wzrostem skali ocieplenia.
Jeśli nie zostanie osiągnięte globalne porozumienie w sprawie ograniczenia emisji gazów cieplarnianych, tempo globalnego ocieplenia wzrośnie, a wraz z nim wzrosną zagrożenia dla bezpieczeństwa ludzi wynikające z wpływu zmian klimatu na zasoby wodne, żywność, obszary przybrzeże i zdrowie ludzi. Zahamowanie ocieplania się Ziemi będzie wymagało znalezienia odpowiednich rozwiązań w sferze polityki, a także w energetyce i przemyśle.
Ludzkość do tej pory wyemitowała już ok 2000 Gt CO2, co znaczy, że może wyemitować jeszcze tylko 1000 Gt CO2 jeśli chcemy, by ocieplenie nie przekroczyło uznawanego za „bezpieczny” poziomu 2°C. Bez dodatkowych, skutecznych działań służących ograniczeniu emisji, wykraczających znacznie poza to, co zrobiono do tej pory, i nawet przy założeniu podjęcia działań adaptacyjnych, do końca obecnego stulecia ocieplenie klimatu spowoduje poważne, powszechne i nieodwracalne skutki.
Czy zatem jest gorzej niż się spodziewaliśmy? Globalne ocieplenie nie jest niespodzianką dla ekspertów i mieści się w granicach wcześniejszych projekcji wynikających z modeli klimatycznych. Tempo podnoszenia się średniego światowego poziomu mórz wzrosło w ciągu ostatnich 20 lat w porównaniu do tempa charakterystycznego dla wieku XX, co było zgodne z oczekiwaniami. Do wzrostu poziomu mórz w coraz większym stopniu przyczyniały się pokrywy lodowe Grenlandii i Antarktydy, ze względu na szybsze tempo topnienia lodu i większe przepływy.
Rok 2014 był w ujęciu globalnym najcieplejszym rokiem w historii wg. danych z różnych pomiarów (gromadzonych od 1880 r.), i to pomimo faktu, że wewnętrzna wymiana energii cieplnej między oceanem i atmosferą nie sprzyjała rekordowym temperaturom, jakie zazwyczaj obserwuje się w latach silnej fazy El-Niño. Z globalnych obserwacji obejmujących pierwsze dziesięć miesięcy roku 2015 (który jest rokiem silnego El-Niño) wynika jasno, że średnie światowe temperatury w tym roku znów pobiją rekord. W ciągu ostatniej dekady ocieplenie było szczególnie wyraźne w regionie arktycznym, gdzie wzrosło tempo kurczenia się pokrywy lodowej morza i odnotowano kilka lat z rekordowo małym obszarem pokrywy lodowej.
Porównując zmiany klimatu z wcześniejszymi projekcjami można stwierdzić, że jak dotąd antropogeniczne zaburzenia związane z emisjami gazów cieplarnianych mieściły się w górnych granicach scenariuszy, na podstawie których szacowano przyszłe zagrożenia. Działo się tak wbrew oczekiwaniom obserwatorów i graczy politycznych, którzy spodziewali się, że do obecnego momentu globalna polityka ograniczania zmian klimatu zacznie już działać, tzn. że wysiłki na rzecz „przykręcenia pokrętła ogrzewania” zaczną przynosić spodziewany skutek. Obecnie projekcje dotyczące zagrożeń związanych z klimatem wyglądają o wiele bardziej dramatycznie niż na początku tego stulecia, kiedy to opracowano koncepcję diagramów czynników ryzyka.
Znaczne ocieplenie z dużym prawdopodobieństwem spowoduje poważne problemy dotyczące unikalnych i zagrożonych systemów, ekstremalnych zjawisk pogodowych, rozłożenia skutków zmian klimatu, zagregowanych skutków globalnych i pojedynczych zjawisk w dużej skali. Obecną tendencję ocieplenia należy zatem uznać za niebezpieczną dla ludzkiej cywilizacji.
Nawet ocieplenie o 2°C powyżej poziomu z ery przedindustrialnej (a taki jest oficjalny cel międzynarodowej polityki klimatycznej) niesie ze sobą niebezpieczeństwa i negatywne skutki związane z ekstremalnymi zjawiskami pogodowymi, szybszym podnoszeniem się poziomu mórz i zniszczeniem niektórych unikalnych i zagrożonych systemów.
Jak dotąd skuteczność globalnej polityki klimatycznej była rozczarowaniem: obecnie prawdopodobieństwo, że uda się zatrzymać globalne ocieplenie na poziomie poniżej 2°C, jest niewielkie i cały czas spada. Co roku ponad 10 tysięcy delegatek i delegatów z całego świata przybywa na konferencję stron Ramowej konwencji Narodów Zjednoczonych w sprawie zmian klimatu, jednak jak dotąd nie udało im się zainicjować namacalnego i znaczącego ograniczenia globalnych emisji gazów cieplarnianych, których stężenie w atmosferze wzrasta w szybkim tempie. Czy 21. konferencja stron w Paryżu przyniesie wreszcie tak oczekiwany przełom?
Autor – prof. dr hab. inż. Zbigniew W. Kundzewicz jest kierownikiem Zakładu Klimatu i Zasobów Wodnych w Instytucie Środowiska Rolniczego i Leśnego PAN w Poznaniu oraz członkiem korespondentem PAN. Ponadto współpracuje z Poczdamskim Instytutem Badań nad Konsekwencjami Klimatu (PIK). Czterokrotnie był koordynatorem i autorem prowadzącym dokumentów IPCC.
Dzięki staraniom polskiego rządu w stanowisku negocjacyjnym Unii Europejskiej przygotowanym na Konferencję Klimatyczną w Paryżu (COP21) zamiast słowa dekarbonizacja widnieje neutralność węglowa. Zmiana wydaje się być kosmetyczna, ale tylko pozornie. Warto przyjrzeć się, co tak naprawdę stoi za obydwoma określeniami, aby zrozumieć motywacje polskiego rządu.
W uproszczeniu – dekarbonizacja to redukcja emisji gazów cieplarnianych, w szczególności dwutlenku węgla. Neutralność węglowa to możliwość równoważenia emisji dwutlenku węgla działaniami powodującymi pochłanianie go z atmosfery. Obok technologii składowania i wychwytywania dwutlenku węgla (CCS), która z uwagi na wysokie koszty, energochłonność i zagrożenie dla ludzi oraz środowiska, raczej nie ma szans na szersze zastosowanie, istnieje inna, mniej kosztowna– sadzenie lasów. Pozostaje tylko pytanie: ile dwutlenku węgla jest w stanie wchłonąć las?
Wiadome jest, że rośliny pochłaniają dwutlenek węgla. Lasy w Europie pochłaniają i przechowują około 10% emisji dwutlenku węgla emitowanego przez państwa unijne. Na poziomie globalnym rola lasów dla akumulacji dwutlenku węgla została uwzględniona już w Protokole z Kioto, który w artykule 3 ust. 3 i 4 reguluje działania związane z gospodarką leśną i zalesieniami oraz użytkowaniem ziemi na potrzeby rolnictwa – w skrócie nazywane sektorem LULUCF (land use, land use change and forestry). Na szczeblu unijnym dyskusja o temacie włączenia sektora LULUCF do polityki klimatycznej UE toczy się od lat i jest raczej pewne, że realizacja celu redukcji emisji gazów cieplarnianych do roku 2030 będzie w jakimś stopniu uwzględniała pochłanianie dwutlenku węgla przez lasy.
Polska emituje około 400 milionów ton CO2 rocznie, z czego za prawie połowę odpowiedzialne są sektory objęte systemem handlu emisjami (ETS) – energetyka, przemysł i lotnictwo. Polski rząd kreatywnie poszukuje rozwiązań, które przy wykorzystaniu łatwo dostępnych zasobów naturalnych ochronią rodzimy przemysł. Tylko czy rzeczywiście jesteśmy w stanie osiągnąć neutralność węglową skupiając się wyłącznie na sadzeniu drzew?
Zacznijmy od szacowania ilości pochłoniętego dwutlenku węgla w systemie ETS oraz przez lasy. Emisje z sektora ETS są dość łatwe do policzenia i sprawdzenia. Każdą tonę wyemitowanego CO2 musimy policzyć tylko raz, wtedy gdy jest uwalniania do atmosfery. Obliczenia wielkości pochłoniętego CO2 przez lasy często opiera się na szacowaniu liczby koron drzew przy wykorzystaniu między innymi urządzeń satelitarnych czy radarów lotniczych i naziemnych. Obliczenie wielkości redukcji dwutlenku węgla jest zatem trudne, a także obarczone bardzo dużym marginesem błędu.
Kompensacja lasami w praktyce
Kompensowanie przez lasy mogłoby polegać np. na tym, że elektrownia, która emituje CO2, zamiast kupować uprawnienia do emisji, zwraca się do właściciela lasu i kupuje dwie tony pochłoniętych emisji, za co w zamian może wyemitować jedną tonę. Sprawdźmy to na przykładzie. Elektrownia Bełchatów to największa na świecie elektrownia na węgiel brunatny, emitująca rocznie około 37 milionów ton CO2. Ile zatem należałoby zalesić polskich gruntów by skompensować emisje z Bełchatowa?
W Polsce ponad 75% zalesionej powierzchni kraju stanowią lasy iglaste, a wśród nich lasy sosnowe i modrzewiowe, w których średni wiek drzew to około 60 lat. Naukowcy szacują, że 1 hektar polskiego lasu sosnowego jest w stanie pochłonąć od około 20 do 30 ton CO2 na rok. Oznacza to, że zakładając najbardziej optymistyczny i mocno uproszczony scenariusz, w celu skompensowania rocznych emisji elektrowni Bełchatów należałoby posadzić ponad 1 200 tysięcy hektarów lasu sosnowego, co stanowi prawie 4% powierzchni Polski. Należałoby go także utrzymywać przez kilkadziesiąt lat, gdyż badania wykazują, że najwięcej CO2 wchłaniają drzewostany ponad pięćdziesięcioletnie, a bardzo młode okazy tego samego gatunku emitują go więcej niż pochłaniają. Dla porównania, celem realizowanego od 1995 roku Krajowego Programu Zwiększania Lesistości jest poszerzenie powierzchni lasów w Polsce z 28% do 30% do 2020 i 33% do 2050.
Należy zwrócić także uwagę na nagminne mylenie dwóch cech – zdolności do dodatkowego wychwytywania CO2 z atmosfery i możliwości jego magazynowania. Tymczasem, gdyby wziąć tę kwestię pod uwagę okazuje się, że tak naprawdę ochrona istniejących lasów – szczególnie pierwotnych – powinna być priorytetem. I to nie ze względu na bieżące wychwytywanie CO2, ale ze względu na już zmagazynowane w nich zasoby węgla. Otóż, drzewo rosnąc wbudowuje węgiel w swoje tkanki. Stare, dojrzałe lasy, w których dominują drzewa kilkusetletnie, magazynują olbrzymie ilości węgla. Pochłaniają one także dwutlenek węgla z atmosfery, chociaż stosunkowo wolno. Gdy drzewo zamiera i ulega rozkładowi (co może trwać od kilkudziesięciu do kilkuset lat) węgiel w postaci CO2 znów wraca do atmosfery. Szacuje się, że środkowoeuropejski las trzyma około 150 ton węgla na 1 hektar powierzchni. Dokonując zatem wylesień i degradując lasy uwalniamy dodatkowy zmagazynowany w nich węgiel w ogromnych ilościach. Jeżeli drewno zostanie przeznaczone na opał, wówczas węgiel zostanie uwolniony najszybciej, a najdłużej będzie związany w wyrobach meblarskich.
Należy także zrozumieć źródło podstawowego błędu koncepcji kompensowania emisji przez lasy: nie zauważa ona rozbieżności między krótkoterminową ramą czasową projektowanych polityk i długotrwałością cykli naturalnych. Pomimo że około 60% gazów cieplarnianych emitowanych w wyniku spalania paliw kopalnych przebywa w atmosferze przez „zaledwie” 100 lat, to około 20-35% jest i będzie w niej obecne jeszcze od dwóch aż do dwudziestu tysięcy lat.
Nie należy mieć złudzeń, że sadząc drzewa skompensujemy rosnące emisje CO2 będące wynikiem spalania kopalin i degradacji ekosystemów. Ku niepocieszeniu wielu polityków i przedstawicieli przemysłu – jedynym tak naprawdę skutecznym rozwiązaniem, czy to przy użyciu słowa dekarbonizacja czy neutralność węglowa, jest znaczne zmniejszenie emisji gazów cieplarnianych pochodzących z paliw kopalnych.
Jak wynika z najnowszego raportu fundacji Oxfam, 50 proc. najuboższej ludności na świecie jest odpowiedzialna za jedyne 10 proc. emisji CO2. To oni jednak stoją przed poważnymi zagrożeniami, jakie niosą ze sobą klęski żywiołowe spowodowane zmianami klimatu.
„Najwyższy czas na zmiany i działania dla dobra naszych społeczeństw, a nie dla zanieczyszczających” – powiedziała Kandi Mosset z organizacji Indigenous Environmental Network (Sieć Ekologiczna Ludów Tubylczych).
Podczas gdy politycy, dyplomaci i najwięksi przedsiębiorcy zebrali się w Paryżu na międzynarodowej konferencji klimatycznej COP21, nowy raport opublikowany w środę przez pozarządową organizację humanitarną Oxfam International potwierdza oskarżenia organizacji społecznych, które od dawna twierdziły, że chociaż to głównie najbogatsi ludzie świata i najzamożniejsze kraje są odpowiedzialne za zmianę klimatu, to jednak ubodzy – a w szczególności mieszkańcy Globalnego Południa – cierpią z powodu susz, nawałnic i podniesienia się poziomu mórz.
Wnioski raportu pokazują, że 50 proc. najuboższej ludności świata jest odpowiedzialna za jedyne 10 proc. emisji CO2.
Dla porównania, bogaci mieszkańcy naszej planety biorą nieproporcjonalnie większy udział w zanieczyszczaniu klimatu: 10 proc. najzamożniejszych jest winna emisji około światowej 50 proc. CO2.
Z kolei największą nierówność znajdziemy, kiedy przyjrzymy się czołówce, czyli zaledwie 1 proc. najbogatszych. Zużycie związków węgla przez jednostkę z tej grupy jest średnio 175 razy większe niż osoby pochodzącej z najbiedniejszych 10 proc. populacji.
„Jedynymi beneficjentami statusu quo i kiepskiego porozumienia zawartego w Paryżu, jest elitarna grupa multimilionerów, którzy swoich fortun dorobili się w przemyśle paliw kopalnych” – donosi Oxfam International.
Nie da się zaprzeczyć globalnym nierównościom.
We wnioskach raportu można przeczytać, że średnie zużycie CO2 przez jednostkę z najbiedniejszej połowy populacji Indii to jedynie 1/20 tego, co zużywa najuboższa połowa w Stanach Zjednoczonych. Natomiast 10 proc. najbogatszych ludzi w Indiach wykorzystuje tylko 1/4 tego, co jedna osoba należąca do najbiedniejszej połowy populacji Stanów Zjednoczonych.
Podobne zestawienie pokazuje, że 600 milinów ludzi stanowiących 50 proc. najbiedniejszej populacji Chin jest odpowiedzialna za wytwarzanie 1/3 emisji 10 proc. najbogatszych Amerykanów.
Autorzy raportu Oxfam piszą w podsumowaniu, że ich „analiza pozwala rozwiać mit, który głosi, że obywatele szybko rozwijających się krajów w jakikolwiek sposób ponoszą winę za zmianę klimatu”. Raport dobitnie pokazuje, że „chociaż emisje dwutlenku węgla zwiększają się szybciej w krajach rozwijających się, to jednak są one wynikiem produkcji towarów konsumowanych w innych miejscach na świecie. To oznacza, że emisje związane ze stylem życia zdecydowanej większości ludzi, są nadal niższe niż te w krajach wysoko rozwiniętych”.
Co więcej, Bank Światowy odnotował w swoim sprawozdaniu (pdf) z listopada, że skutkami wynikającymi z ocieplenia klimatu takimi jak powodzie, susze, brak urodzaju i fale gorąca zagrożeni są najbiedniejsi mieszkańcy naszej planety, ale w szczególności kobiety.
Dlatego też autorzy raportu Oxfam podkreślają, że „jedynymi beneficjentami statusu quo i kiepskiego porozumienia zawartego w Paryżu, jest elitarna grupa multimilionerów, którzy swoich fortun dorobili się w przemyśle paliw kopalnych”.
To przesłanie wybrzmiewa na ulicach Paryża, gdzie ludzie z całego świata uczestniczą w tzw. ceremoniach leczniczych, tworzą łańcuchy ludzi i ogłaszają kreatywne kampanie artystyczne, domagając się konkretnych rozwiązań dla klimatu. Wspierają ich marsze i protesty ludzi na całym świecie.
Bogate kraje, takie jak Stany Zjednoczone, atakowane są za uchylanie się od odpowiedzialności w walce z obecnym kryzysem.
„Jeśli rząd Obamy poważnie podchodzi do zmian klimatu, to musi równie poważnie podejść do zmian, które chcą wprowadzić” – podkreśliła w oświadczeniu prasowym opublikowanym w drugiej połowie listopada Kandi Mosset z organizacji Indigenous Environmental Network (Sieć Ekologiczna Ludów Tubylczych), będącej częścią koalicji liderów lokalnych społeczności przewodzących walce ze zmianami klimatu w Stanach Zjednoczonych i Kanadzie. „Dokonanie tych zmian nie będzie łatwe, jednak droga na skróty i uległość wobec interesów przemysłu paliw kopalnych były tym, co wpędziło nas w obecny kryzys”.
„Najwyższy czas na zmiany i działania dla dobra ludzi, a nie trucicieli” – pointuje Mosset.
Sarah Lazare
autorka jest członkinią redakcji Common Dreams
Przekład: Justyna Gontarz
Źródło: http://www.commondreams.org/news/2015/12/02/new-report-confirms-worlds-wealthy-fueling-carbon-pollution-poor-suffer
Polska na arenie międzynarodowej często przedstawia się jako kraj na dorobku, zbyt biedny na solidaryzowanie się w przeciwdziałaniu zmianom klimatu. Nasz kraj wydaje jednocześnie ogromne pieniądze na ratowanie sektora węglowego oraz planowanie elektrowni atomowej, której powstanie wciąż stoi pod znakiem zapytania. A więc bieda czy raczej kamuflaż? Zastanówmy się jak mogłaby się odnieść do naszej polityki energetycznej biedniejsza, z pewnością, Kenia.
Nowy minister gospodarki Krzysztof Tchórzewski twierdzi, że Polska nadal i coraz więcej powinna inwestować w węgiel. Z kolei minister środowiska Jan Szyszko jest zdania, że ograniczenie zmian klimatu powinno być w Polsce realizowane poprzez sadzenie lasów. Jeżeli chodzi o politykę ochrony klimatu oraz odchodzenie od spalania węgla polski rząd jak na razie nie ma ambitnych planów. Przed szczytem w Paryżu mowa była raczej o niebezpieczeństwach jakie dla polskiej gospodarki może mieć angażowanie się w porozumienie. Polski rząd rozważał nawet rewizję zobowiązań klimatycznych, szczególnie, jeżeli w Paryżu nie dojdzie do porozumienia. Przykład Kenii warto dlatego przedstawić, aby pokazać, jakie są kierunki rozwoju i oczekiwania krajów rozwijających się. Oczekiwania te kierowane są również pod naszym adresem.
Pieniądze dla zmiany
Jeżeli chcemy zostawić przyszłym pokoleniom świat, przynajmniej w takim stanie w jakim go zastaliśmy, nie możemy doprowadzić do podwyższenia się temperatury powyżej 1,5 stopni Celsjusza. Stąd organizacje społeczne żądają zaprzestania finansowania energii z paliw kopalnych ze środków publicznych. Pozwoli to zaoszczędzić fundusze, jakie będzie można przeznaczyć na adaptację i ograniczenie zmian klimatu. Środki na przeciwdziałania i adaptację do zmian klimatu pochodzić będą z Zielonego Funduszu Klimatycznego (GCF), na który składają się kraje rozwinięte – w tym również Polska jako państwo członkowskie Unii Europejskiej. Dodatkowo kraje rozwijające się podkreślają, że zapobieganie należy ściśle powiązać z adaptacją. Filipiny czy Kenia już teraz dotkliwie odczuwają skutki zmian klimatu i potrzebują środki np. na przywracanie zniszczonej infrastruktury do życia.
Byle polska wieś spokojna…
Podczas kampanii wyborczej polscy politycy nie komentowali takich problemów jak susza ostatniego lata, która stała się ogromnym problemem dla elektrowni węglowych. Musiały one znacznie zredukować z jej powodu produkcję prądu. Jak dotąd ministerstwo gospodarki twierdzi, że problem leży po stronie technologii, a nie zmian klimatu. Zdaniem nowych władz Polacy chcą się rozwijać, a to oznaczać ma zwiększone zapotrzebowanie na energię. Niemcy, kraj transformacji energetycznej, polski rząd uznaje za przykład energetyki węglowej i taką wizję wciąż przedstawia polskiemu społeczeństwu. Zdaniem ministra gospodarki Krzysztofa Tchórzewskiego rozwiązaniem problemu polskiej energetyki i górnictwa jest budowa nowych kopalń – tam, gdzie złoża są płytsze.
Na klimatycznym celowniku
Kenia z kolei to kraj, który w zmianie klimatu widzi ogromne wyzwanie dla własnego kraju. Mimo minimalnego wkładu w globalne emisje gazów cieplarnianych oraz niewielkiej gospodarki i dochodów postanowił przyjąć bardzo ambitną postawę w zakresie proponowanej redukcji emisji (INDC) na konferencji COP 21 w Paryżu. Kenia już teraz odczuwa dramatyczne skutki zmian klimatu, mimo że sama produkuje stosunkowo niewielkie ilości gazów cieplarnianych. Przeciętny jej mieszkaniec emituje rocznie 1 tonę CO2. W tym samym czasie mieszkaniec UE 8 ton a USA – około 25. Historyczny wkład Kenii w zmiany klimatu wynosi 0,1% globalnych emisji.
Z raportu Christian Aid „Low-carbon Africa” wynika, że Kenia już dzisiaj około 75% swojej energii czerpie ze źródeł odnawialnych – głównie z elektrowni wodnych. Problematyczne jest jednak opieranie bezpieczeństwa na dużych elektrowniach wodnych właśnie ze względu na zmiany klimatu – powodzie oraz okresy suszy. W interesie tego kraju jest też dalsze uniezależnianie się od produkcji energii z paliw kopalnych. Ministerstwo środowiska Kenii już kilka lat temu przyjęło więc Krajowy Plan Reagowania na Zmiany Klimatu (NCCRS 2010) oraz Krajowy Plan Działania na Rzecz Klimatu (NCCAP 2013). W programach tych ważną rolę odgrywa energetyka odchodząca od węgla.
Zdaniem Mohameda Adow z organizacji Christian Aid, plany Kenii wyglądają dość nietypowo, ale jednocześnie ambitnie na tle krajów rozwiniętych. „Kenia pokazuje innym krajom afrykańskim, że nie chce być niewolnikiem kopalnych źródeł energii. Wiadomo jednak, że planowana, imponująca zmiana w tym biednym kraju wymagać będzie solidarności, szczególnie ze strony krajów bogatszych. Porozumienie w Paryżu powinno przynieść możliwość wsparcia finansowego oraz technologicznego. Dlatego tak ważne jest, aby uzgodniona pomoc dotyczyła technologii czystych, niezależnych od paliw kopalnych. Dalsze wspieranie paliw kopalnych przyczyni się tylko do tego, że tak ambitne przedsięwzięcie biednego kraju jakim jest Kenia może się nie udać”.
Klimatyczne ambicje
Okazuje się, że kraj taki jak rozwijająca się Kenia – mimo że w zasadzie w minimalnym stopniu przyczyniła się do zmian klimatu, a do tego ponosi już skutki jego zmian – postawił na ambitną pozycję w przeciwdziałaniu zmianom klimatu. W lipcu 2015 Ministerstwo Środowiska i Zasobów Naturalnych Kenii przedstawiło planowany wkład redukcyjny gazów cieplarnianych (INDC). Wynosi on 30% do 2030 r. Dla porównania bogata Unia Europejska proponuje redukcję 40% do 2030.
Kenia zamierza również grać istotną rolę, jeżeli chodzi o kwestię komunikowania znaczenia sprawiedliwego podziału środków na zapobieganie zmianom klimatu, transferu technologicznego oraz odchodzenia od inwestowania w paliwa kopalne.
Polski hamulec?
Konferencja w Paryżu trwa. Minister Tchórzewski nie tylko podtrzymuje wcześniejszą pozycję Polski, ale jeszcze wyraźniej stwierdza, że potrzeba budowy nowych kopalni. Trzeba dodać, że scenariusz pozostania naszego kraju przy węglu wiąże się z małym wsparciem dla energetyki odnawialnej, szczególnie tej służącej produkcji energii dla gospodarstw domowych. Skarżą się na to głównie rolnicy i mali przedsiębiorcy.
Dalsze poparcie dla węgla i wspieranie go ze środków publicznych to także konsekwentne pogarszanie jakości powietrza jakim oddychają Polki i Polacy. Na chwilę obecną jest ona jedną z najgorszych w Europie. Nikt nie twierdzi, że pożądana w Polsce zmiana wydarzy się nagle – wszak polska energetyka w prawie 90% opiera się na węglu! Potrzebna ze względów bezpieczeństwa klimatycznego, gospodarczego i środowiskowego zmiana polskiej struktury energetycznej wymagać będzie czasu, inwestycji, pracy i pieniędzy. Trudno sobie wyobrazić, że stopniowe odchodzenie od węgla wiązać się będzie z nagłym załamaniem gospodarki jak twierdzi lobby węglowe.
Trzeba jednak powiedzieć wprost – polski rząd, który chce słuchać strony społecznej i wypełniać moralną wolę papieża Franciszka powinien więcej energii wkładać w transformację energetyczną. Jak na razie mowa jest tylko o pogłębianiu monokultury węglowej. W żadnym wypadku nie daje się to pogodzić z bezpieczeństwem energetycznym i zdrowotnym oraz międzynarodową solidarnością. Dodatkowo, jeżeli Polska chce ograniczyć problem napływu do Europy uchodźców musi zdać sobie sprawę, że zmiany klimatu są jednym w głównych powodów migracji i konfliktów zbrojnych na świecie. Liczymy więc na polską delegację i zdrowy rozsądek!
Śnieg. Lodowce. Czapa lodowa. Prądy rzeczne. Wszystkie są wrażliwe na zmiany klimatu, zwłaszcza na podniesienie się średniej temperatury. To nie jest tylko teoria. To obserwowalny fakt.
Naukowców martwi rosnące zagrożenie związane ze zmianami klimatu, gdyż klimat naszego globu jest mocno powiązany z tym wszystkim, na czym zależy społeczeństwu: zdrowiem ludzi i otaczającego ich środowiska, produkcją żywności i produkcją przemysłową, dostępnością wody, ekstremalnymi zjawiskami pogodowymi itd. Trudno zrozumieć, jak wszystkie te elementy łączą się ze sobą. I wielu z nas, od naukowców po opinię publiczną i decydentów, tylko częściowo rozumie prawdziwe skutki zmiany klimatu dla naszych gospodarek, społeczeństw i całego otaczającego nas świata. Ale wiemy już wystarczająco dużo, by się zacząć martwić. Oto jeden przykład: związki między klimatem, śniegiem, lodem i zasobami wody.
Moje pierwsze badania dotyczące klimatu i wody wykazały, że zmiana klimatu prawdopodobnie doprowadzi do redukcji ilości śniegu w obszarach górskich, zwiększając szanse na opady deszczu zamiast śniegu i przyspieszając topnienie śniegów. Od tamtej pory coraz więcej lepszych badań potwierdziło i poszerzyło rozumienie tych zjawisk. Pod koniec lat 80. wszystko to było hipotezą – nasze modele wskazywały, co się prawdopodobnie stanie, gdy dojdzie do ocieplenia. Te modele okazały się prawidłowe i teraz widzimy, że dochodzi do takich i innych zmian.
Niektóre z tych odkryć naukowych podsumowano ostatnio w palącym raporcie IPCC, ale naukowcy stwierdzają teraz choćby, że z bardzo dużą pewnością rozmiary pokrywy śnieżnej półkuli północnej zmniejszyły się od połowy XX w. Prawdopodobnie obserwowane zmniejszenie wiosennej pokrywy śnieżnej na półkuli północnej od r. 1970 miało wśród swoich czynników działalność człowieka. W zjawisku ocieplenia się atmosfery i oceanów, w zmianach globalnych cyklów wodnych, zmniejszeniu pokrywy śnieżnej i lodowej, podniesieniu się poziomu oceanów oraz w zmianach w niektórych ekstremalnych zjawiskach pogodowych odkryto wpływ czynnika ludzkiego. Dowodów na wpływ człowieka jest więcej niż w poprzednim raporcie IPCC. Bardzo prawdopodobne jest, że wpływ człowieka był główną przyczyną zaobserwowanego od połowy XX w. ocieplenia.
A perspektywy na przyszłość są jeszcze bardziej niepokojące.
Do końca XXI w. rozmiar pokrywy lodowej na całym świecie, poza lodowcami na peryferiach Antarktydy, ma zmniejszyć się o 15-55% (zakładając niską emisję) i o 35-85% (zakładając wysoką emisję). Obszar wiosennej pokrywy śnieżnej na półkuli północnej ma zmniejszyć się przeciętnie o 7% (zakładając niską emisję) i 25% (zakładając wysoką emisję) do końca XXI w.
Nasze systemy wodne są złożone. Ale wiele czynników klimatycznych można właściwie dość łatwo zrozumieć. Skupmy się na chwilę tylko na jednej części obrazu związanego ze zmianą klimatu: wzrostem temperatury. Wiemy, że Ziemia staje się coraz cieplejsza z powodu działalności człowieka – naukowcy są tego tak pewni, jak tego, że palenie tytoniu powoduje raka. Samo ocieplenie oznacza, że większą część opadów stanowić będzie deszcz, a mniejszą śnieg. Wyższa temperatura oznacza również, że spadający śnieg stopi się szybciej, wcześniej spłynie do rzek i szybciej wyparuje z powrotem do atmosfery.
Weźmy za przykład Himalaje. Region Hindukuszu i Himalajów obejmuje terytoria należące do ośmiu państw (Afganistanu, Bangladeszu, Bhutanu, Chin, Indii, Nepalu, Myanmaru i Pakistanu) i to na nim znajdują się liczne najwyższe szczyty świata oraz największe lodowce. W górach tych biorą także początek niektóre z największych rzek świata – w tym Ganges, Indus, Brahmaputra, Saluin, Mekong, Rzeka Żółta i Jangcy. Dostarczają one wody pitnej i służącej do irygacji terenów rolniczych dla przynajmniej półtora miliardowi ludzi. Nawet przy przyspieszającej zmianie klimatu region ten raczej zachowa swoje lodowce na kolejne stulecia, ale wraz ze wzrostem temperatury niżej położone lodowce i pokrywa śnieżna będą się topić, cofać i znikać, co dotknie kwestii dostępności wody, a szczególnie czasu wylewu.
Wschodnie Himalaje i Wyżyna Tybetańska już się ocieplają, podobnie jak reszta planety. Cofanie się lodowców, szczególnie w środkowej i wschodniej części Himalajów, możemy obserwować już w tej chwili. Położone niżej lodowce znikają szybciej niż te położone wyżej (i zimniejsze). Na niektórych rzekach odnotowuje się już zwiększenia w sezonowych czy rocznych wylewach spowodowanych zwiększonym topnieniem lodu. Te regiony prawdopodobnie znajdą się na froncie wszelkich wyzwań dla zasobów wody wywołanych przez zmianę klimatu.
Zasoby wodne w Ameryce Północnej pochodzące z Gór Skalistych, Gór Kaskadowych i Gór Sierra Nevada także są zagrożone. Oczekuje się, że linia wiecznego śniegu będzie się podnosić, że zimą wzrosną wylewy oraz ryzyko powodzi, gdyż śnieg zamieni się w deszcz, a latem wylewy się zmniejszą, ponieważ śnieg co roku będzie się stapiał wcześniej. Oczekuje się, że lokalne lodowce zmniejszą się i znikną, jak to już ma miejsce w Glacier National Park.
Dojdzie do znaczących zmian klimatu, ponieważ zbyt długo zajęło nam przyjęcie do wiadomości tego problemu i reakcja na niego. Oznacza to nieodwracalne skutki dla zasobów wodnych (oraz innych kwestii), a także nieuniknioną konieczność adaptacji i reakcji. Dobra (trochę) wiadomość jest taka, że zaplanowanie i działanie już dzisiaj może pomóc w zredukowaniu najgorszych konsekwencji, jakie mogą nastąpić później.
Możemy zrobić mnóstwo rzeczy, włącznie ze zwiększeniem wydajności zużycia wody i zainstalowaniem systemów ostrzegawczych przed ekstremalnymi powodziami (takie, jakie zadziałały niedawno przy ewakuacji po cyklonie Phailin), bardziej przemyślnymi operacjami na zasobach i wzmocnieniem instytucji zarządzających wodą oraz redukujących konflikty wokół niej.
Artykuł ukazał się na blogu Petera Gleicka na Science Blogs, dziękujemy autorowi za zgodę na przedruk. Przeł. Katarzyna Sosnowska.