Zieloni w Austrii odnotowali w roku 2017 poważną porażkę, kiedy po rozłamie w partii nie udało się im przekroczyć 4-procentowego progu wyborczego. Przedterminowe wybory parlamentarne – efekt skandalu korupcyjnego, który przyczynił się do upadku prawicowego rządu – były dla nich najlepsze w historii dzięki osiągnięciu poparcia na poziomie 13,9%.

Pytania, jakie musieli sobie stawiać w ostatnich miesiącach – od sposobów na trafianie tak do wielkomiejskiego, jak i wiejskiego elektoratu po tworzenie nowych koalicji wyborców – są aktualne dla zielonych i progresywnych partii w całej Europie. Bartłomiej Kozek rozmawia na ten temat z nową, zieloną posłanką, Ewą Ernst-Dziedzic.

– Bartłomiej Kozek: Dwa lata temu Zieloni wypadli z parlamentu. Teraz, obok chadeków Sebastiana Kurza (OeVP) uważani są za jednego z dwóch zwycięzców wrześniowych wyborów. Co doprowadziło do tak wielkiej zmiany?

– Ewa Ernst-Dziedzic: Po wyborach w roku 2017 startowaliśmy z bardzo niskiego poziomu. Badania opinii publicznej dają nam z reguły większe poparcie niż to, które uzyskujemy potem w dzień głosowania – mając to na uwadze mobilizacja naszego elektoratu była dla nas kwestią priorytetową. Osoby sympatyzujące z nami musiały dostać komunikat, że nie mogą uznawać przekroczenia przez nas progu wyborczego za pewnik i że muszą zagłosować, by cel ten się udał.

Ta strategia przyniosła nam sukces. Wyniki badań exit poll wskazały, że spora część elektoratu, którą w roku 2017 straciliśmy na rzecz socjaldemokratów zdecydowała się do nas powrócić. Bardziej lewicujący wyborcy byli zniechęceni flirtem centrolewicy z nastrojami antyimigranckimi. Udało się nam nawet pozyskać część dawnych wyborców OeVP, zniechęconych zwrotem chadeków w stronę neoliberalizmu, którzy docenili nasz program w kwestiach socjalnych.

Jeszcze półtora roku temu sytuacja była zupełnie inna. Dwójka Zielonych ostała się jedynie w izbie wyższej parlamentu, dysponującej znacznie mniejszymi uprawnieniami. Nie mieliśmy statusu frakcji, budżetu na działanie czy osób zatrudnionych do wsparcia pracy parlamentarnej. Jedyne, co nam zostało, to dwa małe pokoje.

– Jak zatem udało się wam odbić od dna?

– Powołaliśmy do życia stowarzyszenie osób, wspierających nasze działania parlamentarne. Pozwoliło nam ono na zatrudnienie szkieletowej ekipy, zajmującej się podstawowymi elementami naszego funkcjonowania, na przykład księgowością. Zielona fundacja polityczna straciła finansowanie budżetowe, ale dzięki oszczędzonym zawczasu pieniądzom była w stanie ruszyć z cyklem Kongresów Przyszłości. Były one szansą na przedyskutowanie scenariuszy przyszłości tak partii, jak i kraju, w gronie zainteresowanych ekopolityką ekspertów i zwykłych osób.

Zgromadzona na tych odbywających się co kwartał wydarzeniach wiedza pomogła nam przy późniejszym pisaniu programu wyborczego. Ostatnie spotkanie z tego cyklu, które odbyło się w zeszłym roku, zgromadziło około 700 osób – i to w czasie, gdy sondaże nie były dla nas szczególnie korzystne i nikt nie spodziewał się przedterminowych wyborów. Ostatnie dwa lata były dla partii powrotem do korzeni i pokazywaniem, że wizje rozwoju Austrii, które towarzyszyły jej powstawaniu 30 lat temu wciąż pozostają aktualne, szczególnie w obliczu trwającego kryzysu klimatycznego. Wniosek ten pomógł w poszerzaniu naszej bazy członkowskiej.

– Zieloni osiągali w sondażach dość wyrównany poziom poparcia w różnych częściach kraju. W jaki sposób próbujecie uniknąć łatki liberalnej partii grupującej wielkomiejską elitę?

– Zdajemy sobie sprawę z tego, że Zielonym może towarzyszyć taki stereotyp, który od czasu do czasu jest nam wyciągany. Mediom udaje się go kreować, wykorzystując nawet pojedyncze wypowiedzi czy poglądy w danym temacie. W czasie pożarów w Amazonii trafiliśmy pod ostrzał za krytykowanie opierającego się na oferowaniu tanich produktów przemysłu mięsnego. Skupiała się ona na twierdzeniu, że jesteśmy przeintelektualizowani i „oderwani od zwykłego życia”.

Tymczasem Zieloni od zawsze byli zróżnicowaną grupą. Część z nas zaangażowała się w działalność partyjną z powodu jej postulatów ekologicznych, inni – walki o prawa kobiet czy mniejszości. Jest oczywiste, że pojawiać się będą momenty, gdy w zielonym przekazie jeden z tematów będzie poruszany częściej niż pozostałe, wtedy jednak jesteśmy atakowani za to, że ponoć o nich zapominamy.

Przez lata naszej działalności politycznej przekonaliśmy się, że kwestie związane ze stanem środowiska czy szeroko pojętym zrównoważonym rozwojem – od praw zwierząt po dostęp do transportu publicznego – potrafią mobilizować ludzi, żyjących poza wielkimi miastami. W każdym rejonie kraju nasz profil polityczny jest nieco inny, mieści się jednak w wizji partii na szczeblu federalnym.

Skromny budżet na kampanię oznaczał, że zamiast billboardów nasza kampania opierać się musiała na ulotkach, mediach społecznościowych i odrobinie kreatywności. Wiązało się to siłą rzeczy z wychodzeniem na ulicę i rozmawianiem z ludźmi. W tego typu okolicznościach trudno było twierdzić, że jesteśmy oderwani od zwykłego życia. Naszym kluczowym przekazem do potencjalnych wyborców było udowadnianie, że kluczowa, stojąca przeze nami transformacja ekologiczna wymaga progresywnych rozwiązań w polityce społecznej i ekonomicznej.

– Jakimi osiągnięciami mogliście się pochwalić, uczestnicząc w rządzeniu na poziomie regionalnym?

– Pierwszą koalicję na tym szczeblu zawarliśmy z chadekami w Górnej Austrii – pozwoliła nam ona na zwiększenie ilości miejsc w żłobkach. Kiedy OeVP po kolejnych wyborach zdecydowało się tam na zmianę koalicjanta i sprzymierzyło się ze skrajnie prawicową Wolnościową Partią Austrii (FPOe) opłaty za żłobki wzrosły, a wiele z dotychczasowych sukcesów w zapewnianiu kobietom równych praw na rynku pracy zostało zaprzepaszczonych. Pokazuje to, jaką różnicę potrafią robić Zieloni, kiedy są u władzy.

W wypadku czerwono-zielonej koalicji w Wiedniu wielkim sukcesem okazało się wprowadzenie biletu rocznego na komunikację miejską, kosztującego 365 euro. Inicjatywa ta zwiększyła oczekiwanie co do dalszego inwestowania przez miasto w transport publiczny. Wiedeń poszczycić się może również najwyższym w kraju poziomem lokalnego zasiłku na dziecko, co pozwala na walkę z ubóstwem wśród najmłodszych. Dzięki Zielonym we władzach miasta poszerza ono swoją sieć rowerową i tworzy nowe przestrzenie publiczne na terenach zarezerwowanych do tej pory na ruch samochodowy. Drobne zmiany – od inwestowania w parki po sadzenie drzew owocowych i stawianie syfonów – pozwalają na tworzenie lepszego miasta z niższymi poziomami zanieczyszczeń powietrza i wyższą jakością życia nawet w obliczu zmian klimatu.

– Czy koalicja chadeków Sebastiana Kurza z prawicowymi populistami z OeVP pomogła Zielonym w odzyskiwaniu zaufania elektoratu?

– Jeszcze w trakcie kampanii przedwyborczej większość Austriaków uważała, że powrót do wspomnianej koalicji byłby dla naszego kraju najlepszym scenariuszem – i to mimo skali skandalu, jakim było opublikowanie taśm z szemranymi interesami wierchuszki FPOe na Ibizie. Kurzowi udało się wręcz przedstawić samego siebie jako ofiarę swoich prawicowych koalicjantów. Wolnościowcy starali się ograniczyć szkody, jakie nagrania mogły poczynić w elektoracie – i to z pewnym sukcesem, bowiem ich poparcie spadło jedynie z 20,5% w roku 2017 do 16,2% w 2019.

Znaczna część elektoratu czuła, że koalicyjny rząd OeVP-FPOe cofał nas w kwestii postępu społecznego. Rząd Kurza usiłował uniknąć kontroli ze strony parlamentu, a na dodatek obrał neoliberalny, wspierany przez bogatych sponsorów kurs. Poszczególne elementy sieci zabezpieczeń społecznych zaczęły być demontowane pod pretekstem ich nadużywania przez imigrantów. Maksymalna długość dnia pracy została wydłużona do 12 godzin dziennie i 60 godzin tygodniowo. Było to szczególnie niekorzystne dla kobiet, zmuszanych bądź to do pracy na pół etatu (i tym samym do godzenia się z niższymi zarobkami) albo wzięcia na siebie większej ilości godzin. Cięcia dotknęły zresztą również finansowanie dla grup, zajmujących się ochroną praw kobiet.

W parlamencie brakowało opozycji, która uznawana by była za wiarygodną. Zielonych pamiętano jako ludzi, którzy wiedzą, o czym mówią. Socjaldemokraci jeszcze do niedawna byli częścią wielkiej koalicji z chadekami i ciągle zdawali się przeżywać utratę kanclerskiego fotela. Liberałowie z partii NEOS z kolei zachowywali się, jakby sami chcieli wejść do kolejnego rządu.

– Jakie było podejście ekipy Kurza do kwestii europejskich? Czy tematyka unijna pojawiła się w szerszym zakresie w trakcie kampanii wyborczej?

– Podejścia tamtego rządu nie da się określić inaczej niż jako reakcyjne i autorytarne. Nie było dziełem przypadku, że na scenie europejskiej jego sojusznikami były rząd Węgier i Polski czy Matteo Salvini, który z ramienia prawicowo-populistycznej Ligi piastował wówczas stanowisko wicepremiera Włoch. Kurz i jego ówcześni wolnościowi sojusznicy z FPOe widzą wprawdzie Austrię jako część Unii Europejskiej, ale ich wizja UE to luźny sojusz państw, realizujących swoje własne postulaty i interesy. Bardzo potrzebujemy innej wizji Europy, opartej na zauważeniu faktu, że żaden kraj nie jest wyspą w obliczu takich międzynarodowych wyzwań, jak zmiany klimatu czy polityka azylowa.

– Jakie tematy były kluczowe w kampanii Zielonych? W jaki sposób łączyliście kwestie ekologiczne, takie jak kryzys klimatyczny, z postulatami społecznymi?

– W trakcie kampanii przypominaliśmy o tym, że wyzwanie klimatyczne jest również kwestią sprawiedliwości społecznej, które dotyka również osoby z grup defaworyzowanych. Przez ostatnie dwa lata poświęciliśmy dużo czasu na podkreślanie tych powiązań. W kwestiach związanych z prawami człowieka i polityką społeczną naszym celem jest odwrócenie reform, ograniczających dostęp do wsparcia socjalnego. Inwestycje publiczne, szczególnie te infrastrukturalne, muszą zostać przekierowane na przyjazne dla środowiska projekty. System podatkowy musi się zmienić, uwzględniając zasady społecznej i ekologicznej reformy fiskalnej. Potrzebne są również poważne zmiany na terenach wiejskich – to bowiem niepojęte, że w kraju tak bogatym jak Austria wciąż mamy wioski, pozbawione dostępu do przyzwoitego połączenia internetowego czy transportu publicznego.

Naszymi trzema głównymi tematami kampanii był klimat, korupcja i sprawiedliwość społeczna. Były to kwestie, które dominowały zresztą w debacie publicznej. Kwestie klimatyczne stały się palące dzięki ruchowi Fridays for Future (Piątki dla klimatu) oraz wrześniowemu szczytowi w Nowym Jorku, który miał miejsce tuż przed wyborami. Jako że ich przyczyną była afera korupcyjna ciężko było zapomnieć o domaganiu się większej przejrzystości w polityce czy potrzebie wzmocnienia demokratycznej kontroli nad działaniami rządu.

– Jakie zagrożenia czy wyzwania stoją przez Zielonymi w Austrii w najbliższych latach?

Jako że ekologia staje się palącym tematem aktualnych dyskusji jesteśmy w stanie pozyskiwać wyborców z różnych stron sceny politycznej – w tym również takich, którzy zgadzają się z nami jedynie w kwestii ochrony środowiska. To dla nas zarówno szansa, jak i wyzwanie – chcemy bowiem prezentować wizję polityczną, która będzie w stanie przyciągać zarówno świadomych wyzwań ekologicznych chadeków, jak i lewicowych wyborców sceptycznych wobec koalicji Zielonych i prawicy, takich jak w Tyrolu. Odbudowa partyjnych struktur oraz znalezienie złotego środka między regionalnymi różnicami a spójnością na szczeblu krajowym, będzie zatem dla nas niezwykle ważna.


Artykuł The Austrian Greens Make Their Comeback ukazał się na łamach Zielonego Magazynu Europejskiego.


Jeśli podoba Ci się to, co robimy, prosimy, rozważ możliwość wsparcia Zielonych Wiadomości. Tylko dzięki Twojej pomocy będziemy w stanie nadal prowadzić stronę i wydawać papierową wersję naszego pisma.
Jeżeli /chciałabyś/chciałbyś nam pomóc, kliknij tutaj: Chcę wesprzeć Zielone Wiadomości.
Kampania wyborcza w Polsce znajduje się na finiszu. Nas interesują jak polskie partie polityczne traktują kwestie ekologiczne. Czy zmiany klimatu, transformacja energetyczna, tematy środowiskowe i czystego powietrza, wody, dobrostanu zwierząt, gospodarki odpadami, transportu czy polityki rolnej zajmują polityków w sposób, który zmusza ich do proponowania konkretnych konstruktywnych rozwiązań.

Prezentujemy opracowanie analityczne  grupy Ekowyborca przygotowane na bazie programów oraz odpowiedzi na ankiety rozesłane do partii.

  1. Ekologia w programie PiS
  2. Ekologia w programie Koalicji Obywatelskiej
  3. Ekologia w Programie Lewicy
  4. Ekologia w programie Konfederacji
  5. Ekologia w programie Polskiego Stronnictwa Ludowego

1. EKOLOGIA W PROGRAMIE PIS

Trzeba przyznać, że PiS potraktowało swoich wyborców poważnie i przygotowało program długi na ponad 200 stron, dlatego też ten tekst będzie dłuższy od pozostałych. Program PiS.

Dokument rozpoczyna się rozdziałem “Wartości” określający zasady, jakimi chce się kierować PiS. Nie znajdziemy tu nic o ekologii, poza fragmentem:

Jesteśmy przekonani, że dzisiaj należy chronić nie tylko klimat i środowisko naturalne, ale także ludzkie instytucje i dotychczasowe formy życia.

Umieszczono go w podrozdziale dotyczącym… rodziny. Widać więc, że zmiany klimatu czy degradacja środowiska nie należy do spraw najważniejszych dla partii. I choć w programie pojawiają się ekologiczne propozycje, niektóre zaskakująco sensowne, to program jako całość oceniamy jako niewystarczający czy wręcz szkodliwy dla środowiska i klimatu.

KLIMAT

W programie pojawiają się liczne zapewnienia, że PiS, że dba o klimat. Jednak patrząc na to, co partia ma na myśli, należy mieć wątpliwości.

W programie, jeszcze przed opisem tego, co partia zamierza zrobić jeśli wygra, wymienione są jej sukcesy (lub to, co sama uważa za sukcesy) z czasu ostatniej kadencji. I tutaj, jako przykład dbałości o klimat, PiS wymienia zorganizowanie COP24 w Katowicach i powstanie dokumentu „Katowice Rulebook”. Owszem, jest to pewien sukces dyplomatyczny, tym niemniej na tymże szczycie Polska usilnie starała się promować energetykę węglową (chociażby przez pamiętną ścianę z węgla przy wejściu czy wypowiedź prezydenta Dudy o tym że “spalanie węgla nie stoi w sprzeczności z ochroną klimatu”). Co w języku PiSu brzmi tak: „Polska jest państwem godzącym różne perspektywy i w praktyce implementującym ambitne zamierzenia proekologiczne z poszanowaniem własnych interesów społeczno-ekonomicznych.” Kuriozalne jest też to, że jako przykład dbania o środowisko na obszarach wiejskich podaje blokowanie budowy elektrowni wiatrowych.

Nie podobają się PiSowi również unijne regulacje na temat klimatu. Piszą: „(…) przyjęliśmy postawę renegocjacji pakietu energetyczno-klimatycznego w kierunku zagwarantowania interesów polskiego przemysłu i konsumentów”. Pakiet klimatyczny ma stanowić zagrożenie dla polskiej gospodarki, w tym górnictwa, oraz dla rynku energii. Partia chwali się też zablokowaniem unijnego porozumienia o neutralności klimatycznej do 2050, uzasadniając to ochroną interesów Polski i… dążeniem do sprawiedliwej transformacji.

Co w takim razie proponuje PiS dla klimatu? Oprócz zmian w energetyce, wsparcia dla transportu publicznego czy elektromobilności – o czym później – pojawia się na przykład program “Dobrostan Plus” (wcześniej zwany nieoficjalnie „Krową Plus”), nastawiony na promowanie lokalnego rolnictwa. W jego ramach dostaną wsparcie rolnicy, którzy karmią zwierzęta głównie paszą z własnego gospodarstwa, sprzedają je do uboju max. 50 kilometrów od miejsca hodowli i hodują świnie lub bydła własnego chowu (tzn. niesprowadzane z zagranicy). Te rozwiązania mają między innymi ograniczyć emisje CO2 z transportu. Na Dobrostan Plus ma być przeznaczone 30% lub więcej unijnych funduszy przeznaczonych na rozwój obszarów wiejskich. Warto dodać, że zgodnie z projektem Wspólnej Polityki Rolnej na lata 2021-2027 30% lub więcej środków przeznaczonych na rozwój wsi ma być przeznaczone na ochronę klimatu i środowiska (o czym wspomina sam program PiSu). Tak więc, tak czy inaczej rząd byłby zmuszony do wydania tych pieniędzy w podobny sposób. Sam program jest ciekawym pomysłem i na pewno krokiem w dobrą stronę, jednak brakuje tu całościowej refleksji na temat emisji CO2 z produkcji żywności, np. uwzględniając marnowanie żywności czy ograniczenie produkcji mięsa. W tym drugim przypadku jest wręcz przeciwnie – Dobrostan Plus ma doprowadzić do „korzystnej dla konsumentów obniżki cen produktów mięsnych”.

PiS chce również inwestować w efektywność energetyczną i modernizację ogrzewania. Budynki, w których świadczy się najważniejsze usługi publiczne, mają zostać doprowadzone do wysokich standardów efektywności energetycznej (nie wiemy niestety, jakich konkretnie). O budynkach prywatnych autorzy piszą: „Zwiększymy liczbę gospodarstw domowych podłączonych do efektywnych systemów ciepłowniczych (sprawność instalacji indywidualnego ogrzewania to najczęściej znacznie poniżej 65%, w przypadku ciepłowni i elektrociepłowni to 85%) oraz rozbudujemy system wysokosprawnej kogeneracji i ogrzewania gazowego. Dla obszarów o niskim poziomie urbanizacji alternatywą jest ogrzewanie elektryczne, ujęte w taryfie antysmogowej.” Do tej pory wsparciem dla termomodernizacji, wymiany kotłów i inwestycje w OZE w prywatnych domach były programy „Energia Plus” i „Czyste Powietrze”. Oba będą kontynuowane. „Czyste powietrze” ma objąć 3-4 mln domów jednorodzinnych (a więc 60-80%), co ma doprowadzić do 50% redukcji emisji z sektora bytowo-komunalnego do 2030. Porównując z raportem Banku Światowego, cel ten wydaje się nieco zawyżony, nawet zakładając że mówimy tu o 50% emisji tylko z domów jednorodzinnych. Według raportu, termomodernizacja i wymiana kotła w ubogich domach jednorodzinnych w całej Polsce (ok. 10% wszystkich) dałaby 58% ograniczenia emisji, a w pozostałych 42% – czyli ok. 44% w sumie, a mówimy tu o przeprowadzeniu zmian we wszystkich domach, nie w 80% czy 60% (choć oczywiście dom domowi nierówny, więc pewnie program obejmie te o gorszym standardzie energetycznym). Z kolei w raporcie ISCES  “Strategia walki ze smogiem”, według którego, gdyby przeprowadzić termomodernizację we wszystkich domach jednorodzinnych w Polsce i dostosować źrodła ciepła do potrzeb po modernizacji, zużycie energii na ogrzewanie spadłoby w nich o 57%. Biorąc grube przybliżenie, że emisja CO2 jest proporcjonalna do zużytej energii, cel wydaje się sensowny (o ile mówimy o 50% emisji z domów jednorodzinnych, nie całości). Więc nie wykluczamy, że różnice wynikają z przyjętej metodologii. Natomiast pozostaje pytanie, czy faktycznie uda się wdrożyć program na tą skalę. Dokument chwali się dotychczasowym jego sukcesem, jednak nie wspomina w ogóle o problemach z nim związanych – opóźnieniach w rozpatrywaniu wniosków czy konflikcie z Komisją Europejską (dotyczących m.in. udziału banków w projekcie) – ani o możliwych rozwiązaniach (choć trzeba wspomnieć, że rząd uczynił kroki w tę stronę). Patrząc po średnim tempie akceptacji wniosków z pierwszych 10 miesięcy, program musi znacznie przyspieszyć, aby objąć zamierzoną liczbę budynków.

Oprócz tego sposobem na walkę ze zmianami klimatu mają być lasy. PiS chce zwiększyć lesistość Polski do 33% do 2045 roku (w 2016 wynosiła ona 29,5 %). Poza tym, planowany jest dalszy rozwój Leśnych Gospodarstw Węglowych, które mają wyssać z atmosfery 1 milion ton CO2 przez 30 lat. Liczba ta może robić wrażenie, dopóki nie sprawdzimy, że Polska corocznie emituje ponad 300 mln ton CO2. LGW mogą być więc co najwyżej dodatkiem do innych działań proklimatycznych. Zalesianie samo w sobie nie jest w stanie powstrzymać zmian klimatu.

Jeśli chodzi o adaptację do zmian klimatu, to PiS chwali się Miejskimi Planami Adaptacji, przygotowanymi dla największych 44 miast: „ To jedyna inicjatywa w Europie, w której rząd wspiera władze samorządowe koordynując działania przystosowawcze do skutków zmian klimatu w kilkudziesięciu miastach jednocześnie.” Możliwe, że to prawda, ale jest to przynajmniej w części kwestia przyjętego modelu adaptacji. Na przykład w Niemczech czy Hiszpanii istnieją regionalne plany adaptacji, których u nas nie ma, oraz instytucje koordynujące współpracę między poziomem regionalnym a rządowym. Nota bene w takiej Hiszpanii do Porozumienia Burmistrzów dla Klimatu i Energii przystąpiło 2271 miejscowości, 583 z nich jest zobowiązane do opracowania planu adaptacji. Dla porównania, w Polsce do Porozumienia przystąpiły 74 miejscowości. Nie jesteśmy więc jakimś potentatem jeśli chodzi o adaptację miast do zmian klimatu. Swoją drogą PiS nazywa Miejskie Plany Adaptacji “przykładem działań na rzecz przeciwdziałania zmianom klimatycznym”, myląc adaptację z mitygacją. Aczkolwiek dobrze że plany w ogóle powstały.

Dalsze pomysły adaptacyjne to zwiększenie pomocy dla rolników w związku z suszą i innymi klęskami żywiołowymi (które nie zawsze są objęte ubezpieczeniami) czy walka z „betonozą” (a więc efektem miejskiej wyspy ciepła) przez zmiany w przepisach, czy inwestycje w retencję (niestety współistniejące z udrażnianiem rzek dla transportu, o czym piszemy dalej).

ENERGETYKA

Choć gdzieniegdzie program wspomina o zmianach w energetyce w kontekście emisji CO2 i zanieczyszczenia powietrza, to przede wszystkim skupia się na bezpieczeństwie energetycznym (które jest jednym z priorytetów wg PiS). Tutaj kluczowa jest zdaniem polityków dywersyfikacja źródeł energii. Dlatego PiS chce inwestować zarówno w OZE, atom jak i paliwa kopalne.

W zakresie paliw kopalnych, zapowiadana jest modernizacja bloków węglowych i budowa gazowych, a także wspieranie innych inwestycji związanych z paliwami kopalnymi takich jak gazociąg Baltic Pipe czy trwająca rozbudowa gazoportu w Świnoujściu. Fuzja Orlenu i Lotosu ma stworzyć potężny polski koncern paliwowy. Odnośnie górnictwa, program mówi o „restrukturyzacji” i „ratowaniu”, ale nie o (sprawiedliwej bądź nie) transformacji czy odchodzeniu od węgla.

Jeśli chodzi o OZE, to tutaj priorytetem będzie energetyka wiatrowa na morzu. Wsparciem dla OZE na lądzie mają być już rozpoczęte programy „Energia Plus” (w tym tzw. pakiet prosumencki), „Czyste Powietrze”, „Mój Prąd” (wspierający domowe instalacje fotowoltaiczne) i „Polska Geotermia Plus”. Niestety, jak już wspominaliśmy, energetyka wiatrowa na lądzie jest przez PiS traktowana jak zagrożenie dla środowiska. Pamiętajmy, że w 2018 minister Tchórzewski zapowiadał złomowanie wiatraków. Natomiast w 2016 PiS wprowadził tzw. ustawę antywiatrakową, zawierającą m.in.„regułę 10h”: wiatraki mogą znajdować się nie bliżej niż dziesięciokrotność swojej wysokości od budynków mieszkalnych. Od tego czasu rozwój energetyki wiatrowej w Polsce praktycznie się zatrzymał. Patrząc po programie, trudno się spodziewać że ta regulacja zostanie zniesiona.

Elektrownie atomowe w 2035 mogą dać ok. 10% całkowitej produkcji elektryczności (nie wiemy, dlaczego autorzy używają słowa „mogą”, czyżby nie byli pewni, czy uda się im zrealizować plany?). W latach 2040-2043 ten udział ma wzrosnąć do 20%. Zainstalowana moc „może” wynosić 10 GW, tyle samo ile jest planowane dla morskich farm wiatrowych w tym samym czasie. Niestety, nie podano innych liczb charakteryzujących miks energetyczny, nie wiemy więc, jaki będzie udział procentowy wszystkich OZE, a jaki paliw kopalnych. Zgodnie z Polityką Energetyczną Polski (PEP) 2040 przyjętej w zeszłym roku PiS planuje 27% OZE w 2030 roku, natomiast nieznane są cele w przyszłych latach. Łącznie więc mówimy o ok. 50% ze źródeł niskoemisyjnych do 2040 roku, a reszta prądu w domyśle pochodzić będzie z gazu ziemnego i węgla. Tym samym plan PiS trzeba ocenić jako dużo mniej ambitny od propozycji opozycji.

ZANIECZYSZCZENIE POWIETRZA

Jako przykłady własnych działań w tej sprawie PiS podaje program „Czyste powietrze”, oraz rozporządzenia dotyczące kotłów i jakości paliw. Warto jednak dodać, że, choć partia obwinia za bezczynność w sprawie smogu poprzedni rząd, sama z początku nic nie robiła w tej sprawie (czy wręcz powiększała problem, np. podnosząc progi informowania o zanieczyszczeniu powietrza).

Dalsza walka ze smogiem będzie się odbywała w ramach wymienionych już wcześniej działań: wsparciu dla termomodernizacji i OZE m.in. w ramach programów „Czyste Powietrze” i „Mój Prąd”.

TRANSPORT PUBLICZNY

Ten temat nie pojawia się w kontekście zmian klimatu, ale jest istotny (prawie 30% emisji CO2 z UE pochodzi z transportu). PiS rozważa go bardziej w kontekście wykluczenia komunikacyjnego i jakości życia. Zwraca uwagę, że 13,8 mln Polaków żyje w gminach bez zorganizowanego transportu publicznego. Przywracanie zredukowanych wcześniej połączeń autobusowych było elementem tzw. Piątki Kaczyńskiego ogłoszonej przed wyborami do Parlamentu Europejskiego. W czasie następnej kadencji, PiS chce zapewnić, żeby w odległości max. 2 kilometrów od każdej polskiej wsi (wyłączając te położone w trudnym terenie) znajdował się przystanek kolejowy lub autobusowy z możliwością co najmniej 5 połączeń dziennie do najbliższego miasta powiatowego. Z miast powiatowych ma być min. 10 połączeń dziennie do miast wojewódzkich. Planowany jest też program wsparcia zakupów nowych autobusów dalekobieżnych. Zmiany mają nastąpić również na kolei – PiS planuje rozbudowywać sieć kolejową włączając miejscowości z powyżej 10 tys. mieszkańców dotychczas do niej nie należące.

ELEKTROMOBILNOŚĆ

Elektromobilność jest zdaniem PiSu „jedną z flagowych branż polskiej polityki rozwojowej”. Dlatego ma zyskać na planowanych programach wspierania innowacji. Brakuje jednak konkretów, mowa tylko o „wspieraniu rozwoju elektrycznego transportu publicznego” i „inwestycjach w stacje ładowania”.

ROLNICTWO

Na samym początku rozdziału o rolnictwie pada zdanie: „Popieramy rolnictwo przyjazne środowisku, chroniące bioróżnorodność i dobrostan zwierząt, jako alternatywę dla niekorzystnego dla środowiska i dla zdrowia ludzi intensywnego rolnictwa przemysłowego.” Jak to się realizuje w praktyce? Warunkiem otrzymania pomocy w „Dobrostanie Plus” będzie nie tylko lokalność produkcji, ale też na przykład „rozgęszczenie” hodowli (co ma faworyzować małe gospodarstwa, przeciwstawione hodowli przemysłowej). Jednym z warunków dofinansowania jest też nieużywanie pasz GMO (co jest uzasadnione sprowadzaniem ich zza granicy, czyli emisją CO2 z transportu). Wsparcie dla gospodarstw ekologicznych ma się zwiększyć również poza programem „Dobrostan Plus”, aczkolwiek tutaj dokument nie zawiera szczegółów. W sumie PiS chce dążyć do podwojenia liczby gospodarstw ekologicznych oraz pomocy dla nich. Rodzinne (niekoniecznie ekologiczne) gospodarstwa rolne mają dodatkowo być chronione specjalną ustawą.

Jak to się ma do praktyki za kadencji PiS? Na przykład wbrew opiniom naukowców i zakazowi Komisji Europejskiej Jan Ardanowski, tuż po objęciu stanowiska ministra rolnictwa, w ekspresowym tempie wydał zgodę na używanie neonikotynoidów – substancji owadobójczych uznanych za niebezpieczne dla pszczół.

Co ciekawe, PiS chyba jako jedyna partia poza Zielonymi wspomina w programie o degradacji gleby, planując ogólnopolski program regeneracji zakwaszonych gleb przez wapnowanie.

GOSPODARKA WODNA

Tutaj PiS chwali się przyjęciem we wrześniu 2019 „Programu przeciwdziałania niedoborowi wody na lata 2021–2027 z perspektywą do roku 2030”, w ramach którego planowana jest budowa zbiorników retencyjnych i stopni wodnych, renaturyzacja rzek i odtwarzanie mokradeł, co ma zwiększyć zatrzymywanie odpływu wody z rzek z 6,5 % do 15 %. PiS planuje też pozyskać środki z UE na wsparcie małej retencji.

Jednocześnie jednak planowane jest przystosowanie rzek (w tym Odry, Wisły, Narwi i Bugu) dla żeglugi śródlądowej. To jest złym pomysłem zarówno w kontekście suszy, jak i powodzi. Dodatkowo spowodowałoby to szkody środowiskowe, m.in. w nadwiślańskich obszarach Natura 2000. Propozycja ta spotkała się z więc z krytyką ze strony środowisk ekologicznych i naukowych jak np. Koalicja Ratujmy Rzeki.

Inną kontrowersyjną inwestycją jest przekop Mierzei Wiślanej, w dokumencie wychwalany i nazywany „realnym i symbolicznym przedsięwzięciem pokazującym zmianę polityki zagranicznej Polski” czy „decyzją podjętą suwerennie przez rząd Polski.”, jednak wielokrotnie krytykowany od strony ekologii jak i ekonomii.

GOSPODARKA ODPADAMI

PiS deklaruje chęć walki z „mafią śmieciową”, pożarami wysypisk i szarą strefą. Jako swoje sukcesy na tym polu wymienia m.in. zakaz przywożenia do Polski odpadów przeznaczonych do unieszkodliwienia i odpadów komunalnych (z wyjątkiem tych przeznaczonych do recyklingu), czy zobowiązanie firm przetwarzających odpady do posiadania monitoringu wizyjnego. Zapowiada powstanie Bazy Danych o Odpadach, w której ma być zarejestrowany każdy odpad. To ma umożliwić śledzenie tego, co się dzieje z odpadami od wytworzenia, przez transport do zagospodarowania, i zlikwidować handel pustymi kwitami.

Aby polepszyć jakość recyklingu w Polsce, ma zostać wprowadzona kaucja na opakowania , zgodnie z zasadą: „zwracasz opakowanie – dostajesz kaucję”. Koszt organizowania zbiórki i przetwarzania odpadów ma być poniesiony przez producentów, co ma sprawić że mieszkańcy zapłacą mniej za wywóz śmieci. PiS wyznacza sobie następujące cele, jeśli chodzi o odsetek ponownie przetwarzanych odpadów: 55% w 2025, 60% w 2030, 65% w 2035. Zaraz potem podaje, że ilość składowanych odpadów komunalnych ma spaść do 10% w 2035. Nie do końca wiemy jak to interpretować – co z pozostałymi 35%? Być może 65% dotyczy odpadów jako całości, razem z np. odpadami przemysłowymi, a być może te 35% mają być spalane. Nie możemy stwierdzić, która interpretacja jest prawdziwa.

Warto tu dodać, że cele PiS odnośnie przetwarzania odpadów wynikają wprost ze zobowiązań wynikających z regulacji unijnych.

PRAWA ZWIERZĄT

Na ten temat PiS nie mówi wiele. Temat pojawia się co najwyżej przy okazji programu „Dobrostan Plus”, który ma promować „humanitarne metody uboju”. Co to znaczy? Wiem tylko, że nie będzie to ubój rytualny, co ma dać pewność, że mięso nie będzie na eksport (bo mięso z uboju rytualnego jest w prawie 100% eksportowane). Wpływ na dobrostan zwierząt mają mieć też inne wymagania w ramach programu skierowanego do rolników, jak na przykład hodowla świń na ściółce czy lokalność (a więc mniej stresu związanego z transportem). Wsparcie dla takich mniejszych hodowli nie wpłynie też w żaden sposób na sytuację zwierząt w dużych fermach przemysłowych.

Poza tym kontekstem, kwestie praw zwierząt nie pojawiają się w obecnym programie.

Przed wyborami w 2015 r. PiS obiecywał nowelizację Ustawy o ochronie zwierząt i wprowadzenie zakazu hodowli zwierząt na futra (Jarosław Kaczyński wystąpił nawet w spocie Vivy!), miał być też zakaz uboju rytualnego, wykorzystywania zwierząt w cyrkach i zakaz trzymania psów na łańcuchach. Nic z tego nie zostało uchwalone. Polska jest “liderem” zarówno w uboju rytualnym na eksport, jak i hodowli zwierząt na futra. Przyjęto jedynie podwyższenie kar za znęcanie się nad zwierzętami: podwyższenie maksymalnych kar za zabijanie zwierząt – niezgodnie z przepisami – lub znęcanie się nad nimi z 2 lat do 3 lat pozbawienia wolności, a w przypadku dokonywania takich czynów ze szczególnym okrucieństwem, z 3 do lat 5. (choć to nie był główny problem, ważniejszym jest skuteczne odnajdywanie sprawców i wydawanie wyroków bez zawieszenia). Wprowadzono też (bardzo dobrze!) orzekanie zakazu posiadania zwierząt i pracy ze zwierzętami w przypadku skazania za szczególnie okrutne znęcanie się nad nimi.

Na plus należy zaliczyć ograniczenie przywilejów myśliwych (zakaz uczestniczenia w polowaniach dla dzieci, zakaz szkolenia psów myśliwskich na żywych zwierzętach). Niestety nie wprowadzono np. zakazu polowań na ptaki.

Obrońcy praw zwierząt mogą więc czuć się zawiedzeni polityką PiS. Dużo więcej obiecywano, ale potem, pod naciskiem lobby hodowców i myśliwych, temat ochrony zwierząt został odsunięty na margines. Wybijanie dzików jako główna metoda “walki” z ASF, zakusy, by wznowić polowania na wilki czy łosie, czy wreszcie niszczenie środowiska bez liczenia się z innymi gatunkami – to stale budzi protesty.

PODSUMOWANIE

Podsumowując, w ekologicznych elementach programu PiS jest mało konkretnych rozwiązań, a dużo ogólników i retoryki. Czasem pokrętnej i szkodliwej, jak w przypadku ochrony środowiska przed wiatrakami czy zapominaniu o słowie „transformacja” w wyrażeniu „sprawiedliwa transformacja”. Tym niemniej, znajdują się w nim także sensowne propozycje, mogące świadczyć o tym, że waga tematyki klimatycznej powoli się przebija do świadomości polityków tej partii – ale nie mamy tyle czasu, żeby czekać, aż faktycznie się przebije.


2. EKOLOGIA W PROGRAMIE KOALICJI OBYWATELSKIEJ

Ponownie nie analizujemy całościowego programu i skupiamy się na wątkach ekologicznych. Jeśli chodzi o konferencję programową z 6 września, to trzeba przyznać mocny pro-ekologiczny wydźwięk, głównie dzięki przemowie Małgorzaty Tracz, dwójki z list KO we Wrocławiu i przewodniczącej Zielonych. Ekologia została też ewidentnie wyróżniona jako jeden z sześciu głównych punktów programowych – coś, czego zabrakło np. na konwencji programowej Lewicy.

Warto zaznaczyć tu, że tuż po konferencji programowej Koalicji Obywatelskiej, Partia Zielonych zorganizowało drugą konferencję ‘uzupełniającą’ o dalej idących postulatach.

Koalicja Obywatelska zaprezentował więc niewątpliwie rozszerzony program ekologiczny, ale znów zachodzi pytanie: Czy postulaty usatysfakcjonują wyborców? Jest na pewno lepiej niż np. program Platformy Obywatelskiej cztery lata temu, ale ekowyborca nadal może mieć sporo zastrzeżeń.

ZAPOBIEGANIE ZMIANOM KLIMATU I ENERGETYKA

Ponownie zaczniemy od polityki klimatycznej, która znów wydaje się za mało ambitna wobec nadchodzącej katastrofy.

Jak już pisaliśmy, świat musi zredukować emisje wobec 2010 roku o 55% do 2030 roku (do 2050 roku mamy osiągnąć zeroemisyjność), jeśli mamy spełnić cele klimatyczne założone w raporcie IPCC z 2018 roku. Co prawda emisje w Polsce są o ok 30% poniżej poziomu z 1990, stało się to w wyniku transformacji politycznej i zamknięciu przemysłu ciężkiego. Obecnie emisje są na poziomie bliskim tego z 2010, a co gorsze, od kilku lat rosną.Tu niestety czeka nas zawód: Program Koalicji Obywatelskiej niestety nie jest tak ambitny jak program ich koalicjanta, czyli Zielonych, a do tego szybko wyszła na jaw niespójność postulatów.

W zakresie energetyki, która w Polsce wytwarza ok. 39% gazów cieplarnianych, trudno jednoznacznie ocenić jakość postulatów. Z jednej strony ostała się deklaracja totalnego odejścia od węgla do 2040 roku (czego nie ma np. w programie Lewicy, chociaż politycy tego komitetu często mówią o dacie granicznej 2035 roku). Realizacja tego postulatu jest jak najbardziej zgodna z celami klimatycznymi, jest jednak jedno wielkie ale… Program Koalicji zakłada program 3×10, czyli po 10 GW energii słonecznej, energii wiatrowej lądowej i morskiej w ciągu 10 lat. To łącznie ma zwiększyć udział energetyki odnawialnej do ponad 33% w perspektywie 10 lat. Tu jest identyczny problem z deklaracjami Lewicy: liczby się nie spinają. Jeśli po 2029 roku nie dojdzie do przyspieszenia programu OZE jej udział w energetyce będzie ok. 47% w 2035 roku (wobec 50% w programie Lewicy) i 58% w 2040 roku. Tym samym, jeśli Koalicja Obywatelska postuluje odejście od węgla do 2040 roku to skąd brakujące ok. 40% energii?

Są więc trzy opcje: budowa elektrowni atomowych, spalanie gazu ziemnego lub radykalnie przyspieszenie transformacji w latach 2030-2040. W Latarniku Wyborczym na stwierdzenie “Polska powinna przyspieszyć budowę elektrowni atomowej” Koalicja odpowiada “Nie”, dodając “Koalicja Obywatelska chce by energetyka węglowa została zastąpiona przez tańszą i bardziej efektywną energetykę odnawialną.” Natomiast na temat dwóch pozostałych rozwiązań KO nie wypowiada się ani w Latarniku, ani w programie.  Tak czy inaczej w obecnej formie trzeba mówić o postulatach, które nie spinają się logiczną całość.

Trzeba tu zaznaczyć jednak, że Lewica przynajmniej deklaratywnie twierdzi, że nie będą otwierane nowe kopalnie węgla, ani nie będzie importowany węgiel czy gaz ziemny, natomiast jako kandydatka na premiera Małgorzata Kidawa-Błońska wspominała tylko o zakazie budowy nowych kopalń. Tym niemniej Koalicja Obywatelska zobowiązała się do przeznaczenia 100% wpływów ze sprzedaży uprawnień do emisji CO2 na inwestycje w OZE oraz zapowiada budowę inteligentnej sieci elektroenergetycznej.

Tak jak w przypadku Lewicy, możemy popatrzeć również na zdania poszczególnych koalicjantów. Odnośnie największego z nich, Platformy Obywatelskiej, nie posiadamy żadnych dodatkowych informacji. Od .Nowoczesnej dostaliśmy odpowiedź na nasz kwestionariusz, w której twierdzą “Nasze propozycje są w tym zakresie [tj. energetyce] zbieżne z programem Koalicji Obywatelskiej.” i podają następujący skład miksu energetycznego energetycznego: w 2035 40% z węgla, 50% z OZE i 10% z gazu, natomiast w 2050  0 % z węgla, 80-100 % z OZE i 0-20 % z gazu. Jeśli faktycznie ich program miałby być spójny z programem KO, potrzebne byłoby przejście z 40% do 0% węgla w ciągu 5 lat, co wydaje się mało prawdopodobne. Dalej w kwestionariuszu .Nowoczesna deklaruje “Polska musi stać się krajem o emisjach netto na zerowym poziomie najpóźniej w 2050 roku.”, jednak jest to sprzeczne z cytowaną wyżej wypowiedzią dopuszczającą czerpanie 20% energii z gazu (chyba że mówimy o Power2Gas albo zakładamy jakieś ujemne emisje które mogłyby to zrównoważyć). Z drugiej strony, .Nowoczesna dostrzega też problem emisji CO2 z innych sektorów gospodarki, deklarując: “Strategię dekarbonizacji energetyki należy uzupełnić o strategie dekarbonizacji transportu, przemysłu, sektora komunalnego i rolnictwa. Wszystkie te dziedziny generują w Polsce znaczące emisje i bez ich wyeliminowanie nie ma szans na neutralność klimatyczną.”

Z kolei w programie Zielonych z 2018 roku widnieją cele min. 70% zaopatrzenia w energię finalną (czyli wliczając energię w transporcie i ciepłownictwie) z OZE do 2050, 20% do 2020 roku (to się już raczej na pewno nie uda – w samej energetyce OZE wytworzyły 12.7% energii w 2018) i 50% w 2030. W naszym kwestionariuszu doprecyzowują swoje cele jeśli chodzi o samą energetykę. W 2035 chcieliby prądu produkowanego zupełnie bez użycia węgla, optymalnie ze 100% OZE, dopuszczając jednak do 15% energii z gazu. Na rok 2050 deklarują 100% OZE, odwołując się do programu prof. Jana Popczyka. Wybudowane wcześniej bloki gazowe mają docelowo działać na gaz z Power2Gas.  Do tego Zieloni mówią o pokryciu 50-100% kosztów gminnych programów inwestycji w produkcję i oszczędzanie energii.

DEKLARACJA DLA GÓRNEGO ŚLĄSKA

W rozbudowanym dziale ekologicznym Koalicji Obywatelskiej pojawił się jeden dziwny fragment, czyli „Deklaracja dla Górnego Śląska”, gdzie pada takie stwierdzenie: „Nie będziemy zamykać kopalń, dopóki będzie w nich węgiel, a koszty wydobycia pozwolą na utrzymanie godnego życia górników i ich rodzin. Nie będziemy zamykać elektrowni węglowych, dopóki będą w stanie pracować.”

Ów fragment szybko zyskał popularność w sieci i doczekał się nawet Razemowego mema. Jednak wbrew pozorom nie ma tutaj akurat tak wielkiej sprzeczności z postulatami odejścia od węgla do 2040 roku, choć musi wzbudzać sceptycyzm zwrot typu „nie będziemy zamykać elektrowni węglowych, dopóki będą w stanie pracować.” Wygląda to na próbę ugłaskiwania elektoratu górniczego na Dolnym Śląsku.

Jeśli chodzi o sam węgiel, warto pamiętać, że według samej branży w obecnie działających kopalniach węglowych zabraknie węgla do 2035 roku, a przy planowanej stopniowej redukcji zużycia cel 2040 rok wydaje się sensowny. Tym niemniej nie sposób nie poddać krytyce wypowiedzi np. Małgorzaty Kidawy-Błońskiej, która w publicznych deklaracjach stawia ochronę kopalń, dopóki opłacalne jest wydobywanie w nich węgiel, jako cel nadrzędny wobec możliwie szybkiego odejścia od węgla w energetyce. Nawet jeśli kopalnie wyczerpią się zanim osiągnie się zeroemisyjną energetykę, hierarchia priorytetów jest tu niewłaściwa.

W przypadku polskich elektrowni trzeba nadmienić, że ponad połowa z nich ma ponad 35 lat i już w najbliższych latach część będzie zamykana ze starości (ba, na 90 bloków węglowych 70 już pracuje dłużej niż zakładano). Przy rozsądnej, ale i radykalnej transformacji energetycznej, można większość elektrowni stopniowo zastępować czystymi źródłami energii. Sytuacja ma się gorzej z nielicznymi nowymi blokami w Turowie, Bogatyni czy Jaworznie, które w 2040 rok będą miały zaledwie nieco ponad 20 lat i daleko im będzie do końca użyteczności.

SPRAWIEDLIWA TRANSFORMACJA

W “Deklaracji dla Górnego Śląska” pada takie stwierdzenie: “Zaproponujemy stabilny plan transformacji przemysłowej Śląska i innych regionów węglowych, min. w oparciu o środki unijne z Platformy Węglowej. Zostanie on stworzony wspólnie nie tylko z górnikami, ale ze wszystkimi pozostałymi pracownikami branży energetycznej. “

.Nowoczesna w naszym kwestionariuszu dodaje: “Dochody ze sprzedaży uprawnień do emisji zapewnią znaczne środki finansowe które pozwolą nie tylko na duże inwestycje w infrastrukturę dla nowego systemu energetycznego, ale też programy rozwojowe i osłonowe dla regionów zależnych dziś ekonomicznie od energetyki opartej na węglu i kopalniach. Inwestycje w efektywność energetyczną i programy zwalczania ubóstwa energetycznego pozwolą na łagodne dla najwrażliwszych grup przejście przez proces transformacji.”

Dla Zielonych, według naszego kwestionariusza, “transformacja musi być sprawiedliwa albo jej nie będzie w ogóle”. Tu, oprócz tworzenia nowych miejsc pracy w regionach powęglowych, mówią o reformie podatkowej, która ma obciążyć podatkami negatywny wpływ człowieka na przyrodę, a uzyskane środki przeznaczone zostaną na redukcję nierówności.

ADAPTACJA DO ZMIAN KLIMATU

Koalicja zapowiada kompleksowy program walki ze skutkami suszy. Ewidentnie dostosowała tu optykę do postulatów Zielonych, a nawet czuć w tym ich język (nieraz zbyt ekspercki). Tym samym komitet zapowiada wstrzymanie programów regulacji rzek oraz ich renaturyzację. Do tego doprowadzą do zaprzestania melioracji odwadniającej na terenach podmokłych, nakażą małą retencję w lasach i podejmą kompleksowe działania w zakresie retencji wód w miastach. Retencja wody ma zostać zwiększona z ok. 5% do co najmniej 15%. Podobny cel zadeklarował PiS, jednak jednocześnie zapowiadając szkodliwy program przystosowania rzek do transportu.

Ponadto, KO zapowiada stworzenie Funduszu Klęskowego dla Wsi i Rolnictwa mającego “skupić rozproszone obecnie środki pomocowe z przeznaczeniem na klęski żywiołowe.”.Nowoczesna w naszym kwestionariuszu rozszerza te propozycje o przystosowanie ochrony zdrowia na większą liczbę pacjentów cierpiących wskutek upałów, oraz przekazanie samorządom środków na przygotowanie i wdrożenie lokalnych planów adaptacji.

Zieloni z kolei proponują między innymi zmianę modelu rolnictwa na oparty na małych i średnich gospodarstwach, a szczególnie na certyfikowanym rolnictwie ekologicznym i agroleśnictwie, co zdaniem partii jest jedynym sposobem na zapewnienie Polsce długofalowego bezpieczeństwa żywnościowego.

SMOG, ENERGOOSZCZĘDNOŚĆ, PROSUMENCKOŚĆ

Koalicja Obywatelska już w lipcu ogłosiła ambitny program wymiany pieców węglowych, które za pomocą prawa i systemu dotacji mają być całkowicie wyeliminowane do 2030 roku. Dla porównania, Lewica chce zamontowania bezemisyjnych instalacji grzewczych w 2 milionach domów do 2035 (w Polsce jest ok. 5 milionów domów jednorodzinnych), a PiS mówi o objęciu 3-4 mln. domów programem “Czyste Powietrze” (który zakłada wymianę pieca, termomodernizację i budowę instalacji OZE, ale niekoniecznie rezygnację z węgla). Koalicja zapowiada przy tym inwestycje w pompy ciepła czy w kompleksową modernizację systemu ciepłowniczego, a także ogólnopolski program termomodernizacji, uwzględniający problem ubóstwa energetycznego oraz nowe standardy cieplne dla nowych i starych domów.

Ponadto, podczas niedawnej debaty o smogu, Gabriela Lenartowicz z Platformy Obywatelskiej skrytykowała PiSowski program “Czyste Powietrze” za brak podstawy prawnej oraz finansowania określonego w budżecie bądź ustawach. Program antysmogowy KO ma być wolny od tych problemów. Zgodnie z wypowiedziami kandydatki w tej i innej debacie, finansowanie ma wynosić 0.5% PKB, tak jak w napisanym przez nią w 2017 projekcie ustawy.

W programie poruszano też kwestie energii prosumenckiej. Tu Koalicja obiecuje mechanizm preferencyjnych pożyczek dla firm i obywateli chcących inwestować w przydomowe odnawialne źródła energii – panele słoneczne, przydomowe wiatraki i i pompy ciepła.Odnośnie smogu, Nowoczesna w naszym kwestionariuszu proponuje dodatkowo wzmocnienie kontroli samochodów i surowsze kary za jazdę pojazdami niespełniającymi norm i ogólne ograniczenie ruchu samochodów w miastach kosztem pieszych, rowerów i transportu publicznego.

Natomiast w odpowiedzi Zielonych na nasz kwestionariusz zawarty jest kompleksowy i szczegółowy program antysmogowy, obejmujący nie tylko dopłaty do wymiany ogrzewania czy nowe standardy w budownictwie, ale także np. ulgi podatkowe dla pojazdów elektrycznych, całkowite wycofanie pojazdów emitujących spaliny do 2035.

W zakresie wsparcia prosumentów, Zieloni planują zmianę prawa i programów jak „Mój Prąd”, tak żeby stały się istotnym elementem polityki państwa. Pomoc mają zapewnić zero procentowe kredyty dla ogółu społeczeństwa, a także częściowe lub całościowe dofinansowanie dla osób biedniejszych. Zmiany mają spowodować, że z wsparcia będą mogły korzystać też wspólnoty i spółdzielnie mieszkaniowe, a spółdzielnie energetyczne będą mogły się rozwijać zarówno w miastach, jak i na obszarach wiejskich.

GOSPODARKA ODPADAMI

To jeden z silnych punktów programu Koalicji Obywatelskiej, chociaż nie tak szczegółowo ujęty jak w przypadku np. Prawa i Sprawiedliwości.

Politycy Koalicji po pierwsze chcą wprowadzić system kaucji za butelki i depozytu za opakowania plastikowe. W tej wielkiej przemianie kluczową rolę miałyby odegrać instytucje publiczne, które dawałyby przykład np. w zakresie korzystania z opakowań wielorazowych czy biodegradowalnych.

W tym kontekście do programu Koalicji wkradł się termin “zero waste”, dotychczas obecny chyba tylko w partiach niszowych. Do tego pojawił się postulat zakazu importu śmieci, zapewne wskutek coraz bardziej gorszącego procederu dzikich czy płonących wysypisk.

Na pytanie z naszego kwestionariusza o gospodarkę o obiegu zamkniętym .Nowoczesna  odpowiada wspominając o regulacjach prawnych mających wymusić wielorazowość, naprawialność i kompozytowość produktów. “Należy narzędziami regulacyjnymi wpływać na rynek, by niekonkurencyjne stały się produkty jednorazowe, trudne do przetworzenia lub ponownego wykorzystania oraz o wysokim śladzie węglowym” – piszą.

Odpowiedź Zielonych utrzymana jest w podobnym duchu, choć jest nieco bardziej szczegółowa. Mowa tu o przenoszeniu ciężaru podatków z opodatkowania pracy na opodatkowanie surowców, wprowadzeniu odpowiednich systemów certyfikacji, odpowiedzialności producentów za usuwanie odpadów czy ekologicznych kryteriach w zamówieniach publicznych. Tłumaczą, że ważniejsze od poprawiania samego recyklingu jest zmniejszenie ilości odpadów oraz poprawienie ich jakości, tak aby recykling był łatwiejszy.

LASY

Koalicja ogłosiła hasło „Zielona Polska” i zapowiada koniec z betonozą, ale też strategie zadrzewiania terenów miejskich oraz nieużytków rolnych. Są zapowiedzi ochrony lasów i powołania nowych lub rozszerzenia obszarów istniejących parków narodowych (w porozumieniu z lokalnymi społecznościami), jednak jedynym konkretem jest spełnienie postulatu zmiany całej Puszczy Białowieskiej w park narodowy. Dla porównania Lewica ogłosiła ochronę 10% lasów polskich.

Konkrety znajdziemy za to w postulatach Zielonych, którzy chcą m.in. zwiększenia obszaru parków narodowych o ok. 360% i zasadzenia miliona hektarów nowych lasów (kilkukrotność obszaru Puszczy Białowieskiej) do 2025 roku.

PRAWA ZWIERZĄT

Tutaj doszło niewątpliwie do pewnych przełomów. Platforma Obywatelska, raczej dotychczas przychylna myśliwym, zaakceptowała do programu postulat ewidentnie wzięty od Partii Zielonych, czyli zakaz polowań na ptaki.

Jeszcze większym skokiem programowym jest stwierdzenie, że „Przemysłowa hodowla zwierząt jest jednym z głównych źródeł emisji gazów cieplarnianych. Jej ograniczenie jest niezbędne ze względów klimatycznych, zdrowotnych i etycznych.” Nie idą za tym zapisem jednak żadne konkretne deklaracje, poza zapisem o potrzebie wsparcia mniejszych gospodarstw rodzinnych, rolnictwa ekologicznego i innowacyjnego.

Do tego (podobnie jak na Lewicy) mamy zakaz wykorzystywania zwierząt w cyrku czy likwidację ferm futrzarskich. Nie pojawił się za to w ogólnym programie Koalicji postulat powołania Rzecznika Praw Zwierząt – aczkolwiek znalazł się on w deklaracji programowej Zielonych.

TRANSPORT

Temat transportu akurat nie pojawił się w dziale ekologii, tylko gospodarki. Jest więc co prawda mowa o przyspieszeniu rozbudowy i modernizacji systemu dróg, ale też powraca znany z ruchów ekologicznych postulat „Tiry na tory”, czyli zapowiedź przekierowania ciężkiego transportu na kolej.

Do tego zapowiadana jest rozbudowa węzłów komunikacyjnych i odbudowa systemu połączeń kolejowych czy autobusowych. W tym celu Koalicja zapowiada powstanie 314 powiatowych centrów komunikacyjnych.

Dodajmy też, że program Koalicji dostrzega duży potencjał wodoru jako nośnika energii – ma być “prawdopodobnym fundamentem światowej transformacji energetycznej” i “zrewolucjonizować transport”. Jednak, aby produkować wodór przy użyciu energii odnawialnej, potrzebne są nadwyżki tejże energii, a tego program KO nie gwarantuje. Tym niemniej warto ten punkt zauważyć jako zapowiedź inwestycji w nowoczesny przemysł przyszłości.

Jak już wspominaliśmy, Zieloni są za całkowitą eliminacją pojazdów spalinowych do 2035. W naszym kwestionariuszu dodają: “Potrzebny jest ambitny program dla redukcji emisyjności transportu, wprowadzający preferencje dla kolei i transportu publicznego, ale też stopniowe ulokalnianie gospodarki, eliminując niepotrzebne przewożenie towarów, które mogą być produkowane lokalnie (np. produkty żywnościowe dla szkół i szpitali od lokalnych rolników).”

EDUKACJA

KO postuluje rozszerzenie edukacji ekologicznej w szkołach.

PODSUMOWANIE

W programie Koalicji Obywatelskiej znalazło się sporo ekologicznych postulatów, część z nich z pewnością zaczerpniętą z programu Partii Zieloni. Bardzo dobrze (najambitniej ze wszystkich komitetów) wypada program walki ze smogiem. Nieco gorzej jest niestety z polityką klimatyczną. Pojawia się co prawda deklaracja odejścia od węgla do 2040, ale nie jest jasne jak Koalicja chce osiągnąć ten cel i czy w ogóle ma na to jakiś plan. Tutaj na tle całej KO wyróżnia się plan Zielonych, zakładający odejście od węgla do 2035 i pełną zeroemisyjność energetyki w 2050. Z pewnością możemy więc polecić kandydatów tej partii wyborcom, którzy zgadzają się z modelem 100% OZE (tych preferujących udział energii atomowej w miksie zachęcamy do zapoznania się z postulatami Lewicy, szczególnie Lewicy Razem).


3. EKOLOGIA W PROGRAMIE LEWICY

Program Lewicy, czyli komitetu wyborczego Sojuszu Lewicy Demokratycznej wspólnie z Wiosną Roberta  Biedronia i Lewicą Razem, został ogłoszony w sobotę 24 sierpnia.

My jak zwykle skupiamy się na ekologii. Jak wypadł ten temat na samej konwencji? Raczej poniżej oczekiwań. Na tematy klimatu i ekologii zahaczyli właściwie tylko Beata Maciejewska (jedynka z list Lewicy w Gdańsku z ramienia Wiosny) oraz Robert Biedroń.

Poznaliśmy jednak główne postulaty Lewicy odnośnie tematów ekologicznych, a w międzyczasie komitet uzupełnił o kolejne zapisy, np. w sprawie suszy. Czy postulaty usatysfakcjonują wyborców? Z tym różnie bywa.

ZAPOBIEGANIE ZMIANOM KLIMATU I ENERGETYKA

Świat musi zredukować emisje wobec 2010 roku o 45% (do 2050 roku mamy osiągnąć zero emisyjność), jeśli mamy spełnić cele klimatyczne założone w raporcie IPCC z 2018 roku. Po początkowych sukcesach w redukcjach emisji w wyniku transformacji politycznej w Polsce, od kilku lat emisje w Polsce rosną i obecnie są ok. 30% poniżej poziomu z 1990 roku.

Czy program Lewicy odpowiada na te potrzeby? Sam w sobie raczej nie. Zawarte w nim zapisy są mniej hurraoptymistyczne niż program Wiosny (całkowite odejście od węgla do 2035 roku), natomiast daleko im do kompleksowości rozwiązań Razem.

Największym emitentem gazów cieplarnianych w Polsce jest energetyka (ok. 39%), a tutaj Lewica zakłada średnio ambitny plan pozyskiwania min. 50% energii ze źródeł niskoemisyjnych do 2035 roku. Nie ma jak dotychczas oświadczeń odnośnie daty odejścia od węgla, ale przy takim tempie rozwoju energetyki odnawialnej węgiel będzie spalany jeszcze w latach 2040+, chyba że zostanie zastąpiony gazem naturalnym.

Dla porównania zarówno Polskie Stronnictwo Ludowe jak i Partia Zieloni zakładają o wiele ambitniejszy cel, czyli min. 50% energii z OZE do 2030 roku – o pięć lat szybciej. Sama Koalicja Obywatelska (do której należą wspomniani Zieloni) zakłada rozwój OZE w tempie odrobinę wolniejszym niż Lewica, ale w przeciwieństwie do niej deklaruje odejście od węgla do 2040 (aczkolwiek są tu pewne nieścisłości – opiszemy to dokładniej w tekście o KO).

Oprócz tego Lewica planuje uniezależnić Polskę od gazu z importu i zakazać importu węgla (na konwencji była mowa o zakazie importu fatalnej jakości węgla, w programie — o zakazie importu węgla w ogóle). Skąd więc będzie pochodzić nawet do 50% energii w 2035 roku, skoro ani gaz, ani węgiel nie będzie importowany? Z nowych odkrywek węgla brunatnego? Nie, bo Lewica postuluje też powstrzymanie budowy kolejnych odkrywek. A więc z rodzimego gazu łupkowego i węgla kamiennego? A może to “uniezależnienie się od gazu z importu” nastąpi dopiero po 2035? Program nie udziela odpowiedzi i rodzi podejrzenie, że jest wewnętrznie sprzeczny.

Tym niemniej, podane w dokumencie postulaty należy raczej potraktować jako plan minimum. Poszczególne partie Lewicy różnią się zdaniem w niektórych kwestiach. “Są sprawy, w których uzgodniliśmy wspólny program, ale są też takie, w przypadku których pozwoliliśmy sobie na protokół rozbieżności.” – powiedział Adrian Zandberg w wywiadzie dla Gazety Wyborczej. Jedna z nich dotyczy energii jądrowej. “Koleżanki i koledzy z Wiosny uważają, że w ciągu najbliższych lat dokona się przełom technologiczny, jeżeli chodzi o magazynowanie energii.” – tłumaczył Zandberg – ”W związku z tym możliwe miałoby być płynne przejście do energetyki w stu procentach opartej na odnawialnych źródłach energii. W Razem uważamy, że politykę energetyczną trzeba planować w ostrożniejszy sposób, więc OZE powinna wspierać energetyka atomowa.”

Razem opisuje swoje poglądy na energetykę w osobnym tekście na swojej stronie. Wynika z niego, że partia jest zdecydowanie przeciwko gazowi jako paliwu przejściowemu i za stawianiem tylu OZE ile to tylko możliwe, jednak jest nieco sceptyczna wobec fotowoltaiki. Pisze: “Fotowoltaika może być istotnym czynnikiem na rzecz elektrooszczędności w budynkach w miastach i gospodarstwach domowych poza miastami. Nie zostanie ona jednak powszechnym źródłem pozyskiwania energii dla całego systemu elektroenergetycznego — z uwagi na szerokość geograficzną, na której się znajdujemy, osiągnięcie współczynnika wydajności powyżej 11-12% jest nierealne”. Razem stwierdza też, że Polska potrzebuje co najmniej dwóch elektrowni jądrowych. Kiedy zostaną wybudowane?  “Uruchomienie pierwszego reaktora jądrowego w Polsce w 2030 teoretycznie jest nadal możliwe, patrząc na czasy budowania APR-1400, ale realistycznie istotny udział energii jądrowej w polskim miksie będzie możliwy dopiero w 2040 i 2050.”  stwierdzają. Być może więc, że w wizji Razem przynajmniej część “dziury” w polityce energetycznej Lewicy będzie załatana przez energetykę atomową. Na rok 2050 planowany jest zupełnie bezemisyjny miks energetyczny: “Dzięki inwestycjom w efektywność energetyczną jako kluczowy priorytet zakładamy, że zapotrzebowanie na energię w 2050 będzie wynosić ok. 210 TWh rocznie. Zakładając 2 elektrownie jądrowe, po 4 bloki 1,4 GW każdy, daje to ok. ~45 TWh rocznie z energii jądrowej. Do tego 50 TWh z wiatru na morzu, 80 TWh z wiatru na lądzie, 15 TWh z fotowoltaiki, 10 TWh z biogazowni i 10 TWh z hydroelektrowni (MEW).”

SLD jeszcze niedawno było niezbyt ambitne w kwestiach klimatycznych. W programie z 2017 proponuje „wsparcie dla polityki klimatycznej, przy jednoczesnej jej renegocjacji w stronę ochrony energetyki węglowej.” Wygląda jednak na to, że partia zmienia poglądy. W odpowiedzi na nasz kwestionariusz (podobne wysłaliśmy też do Razem i Wiosny, ale nie otrzymaliśmy odpowiedzi) SLD podało, że do 2035 planuje całkowite odejście od węgla, z 40% energii wytwarzanej z gazu (w tym, choć nie wiadomo w jakiej części, z biometanu i gazu z Power2Gas, które technicznie rzecz biorąc powinny także być uznane za OZE), a 60% z OZE. Natomiast w 2050 planowane jest 100% OZE, w tym 40% to bezemisyjny gaz i inne nośniki chemiczne. Dodatkowo, partia twierdzi, że Polska osiągnie neutralność klimatyczną w latach 40 XXI wieku. W pomysłach SLD widać pewną rozbieżność z postulatem uniezależnienia się od gazu z importu – w końcu ono nastąpi, jednak o ile nieodnawialny gaz w 2035 nie będzie polskim gazem łupkowym, będzie on sprowadzony z zagranicy.

Wiosna w programie na wybory europejskie miała deklarację odejścia od węgla do 2035. Nie został od tego czasu opublikowany nowy program Wiosny, musimy więc skupić się na wypowiedziach pojedynczych polityków. I tak Krzysztof Śmiszek  i Robert Biedroń utrzymują postulat o odejściu od węgla do 2035. Katarzyna Ueberhan na debacie w Poznaniu jako datę odejścia od węgla podała nawet 2030. Dariusz Standerski powiedział: “W latach 2035-2050 polska energetyka powinna opierać się w 75% na OZE. Pozostałe 25% musi zostać uzgodnione podczas dojrzałej dyskusji, również z opinią publiczną. Musimy pamiętać o rozwoju technologicznym.” O 75% OZE w 2035 wspomniał również Maciej Gdula.

Tak więc, choć istnieją znaczne rozbieżności między trzema członkami Lewicy, ich zapowiedzi są zasadniczo zgodne z założeniem zeroemisyjności w energetyce do 2050 roku.

ADAPTACJA DO ZMIAN KLIMATU

Na konwencji 24 sierpnia nie pojawił się ani temat suszy, ani ogólnie adaptacji do zmian klimatu. Jednak później Lewica opublikowała “Pakiet przeciw suszy”. Postuluje jest wprowadzenie powszechnego systemu ubezpieczeń plonów. Dodatkowe składki na ubezpieczenia na wypadek suszy i innych ekstremalnych zjawisk pogodowych będą dla małych i średnich rolników w pełni opłacane przez państwo. Oprócz rekompensat Lewica chce aktywnie przeciwdziałać suszy.. Środki na wspieranie małej retencji mają być znacząco zwiększone. Jedna piąta przychodów z gospodarki leśnej ma być przeznaczone na Fundusz Dzikiej Przyrody, który ma się zająć m.in. zalesianiem nieużytków czy odtwarzaniem mokradeł. Lewica zamierza również wspierać renaturalizację rzek (co ma nie tylko polepszyć retencję, ale i chronić przed powodzią). Dostrzega też negatywny wpływ kopalni odkrywkowych na warunki wodne w okolicy – na co odpowiada wspomniany już postulat powstrzymania budowy nowych odkrywek węgla brunatnego. Natomiast odpowiedzią na problem miejskiej wyspy ciepła ma być koniec z “betonozą”: wspieranie miejskiej zieleni i określenie “minimalnego udziału powierzchni biologicznie czynnej w każdym kwartale”. Dodatkowo, Lewica wspomina o modernizacji wodociągów i kanalizacji, tak aby nie powtórzyła się sytuacja ze Skierniewic, gdzie oprócz upałów przyczyną braku wody była przestarzała instalacja wodociągowa.

W odpowiedzi SLD na nasz kwestionariusz znajdują się dodatkowe propozycje adaptacji do suszy dla rolnictwa: “powinno się stosować międzyplony i płodozmian, skończyć z rozrzutnym stosowaniem chemii rolniczej czy wprowadzać uprawę bezorkową”. SLD jest także za zmianą wspólnej polityki rolnej, tak aby dopłaty promowały mniejsze gospodarstwa, dbające o długoterminowy dobrostan gleb, bioróżnorodność i retencję.

SMOG, ENERGOOSZCZĘDNOŚĆ, PROSUMENCKOŚĆ

Lewica zapowiedziała też pewne elementy kompleksowego programu antysmogowego i energooszczędnościowego, jak dofinansowanie wymiany 2 mln pieców węglowych w ciągu 15 lat. Jak stwierdził Robert Biedroń na konferencji: „Będziemy mieli w Polsce najbardziej czyste powietrze w tej części Europy.” Tu warto zauważyć, że w przypadku wymiany pieców cel jest mniej ambitny niż zapowiedzi Koalicji Obywatelskiej, która deklaruje całkowite wyeliminowanie pieców węglowych do 2030 roku.

W programie poruszano też kwestie energii prosumenckiej i deklarowano kompleksowe uproszczenie przepisów związanych z tą energetyką (domowe OZE). Pojawiły się też postulaty odnośnie modernizacji sieci energetycznej czy termomodernizacji. W naszym kwestionariuszu SLD stwierdza dodatkowo, że nowe budynki powinny powstawać w “standardzie prawdziwie zeroenergetycznym”.

SPRAWIEDLIWA TRANSFORMACJA

W “Zielonym pakcie dla Polski” Lewica deklaruje, że “transformacja energetyczna nie może oznaczać biedy i bezrobocia.” Regiony węglowe mają stać się centrami technologicznymi rozwijającymi “zielone” technologie czy sztuczną inteligencję, co ma zapewnić setki nowych miejsc pracy. W programie Wiosny z wyborów do europarlamentu jest mowa o 200.000 nowych miejscach pracy w sektorze OZE oraz programach dostosowawczych dla górników i pracowników elektrowni. SLD w naszym kwestionariuszu dodaje, że sama transformacja jest tak potężną inwestycją, że miejsc do pracy będzie raczej nadmiar, nie tylko przy samych OZE, ale np. przy termomodernizacji budynków.

TRANSPORT

W kontekście walki ze zmianami klimatu i smogiem ważne jest upowszechnienie transportu publicznego i zmniejszenie ruchu samochodowego, zarówno w miastach jak i poza nimi. Ten drugi był w Polsce systematycznie zaniedbywany.

Lewica chce tę sytuację poprawić. „Kolej w każdym powiecie, autobus w każdej gminie” —  deklarują, dodając że pełną siatkę połączeń lokalnych we wszystkich gminach stworzą w ciągu sześciu lat. Jest to porównywalne z celem obecnym w programie PiS: maksymalnie 2 kilometry z każdej wsi od przystanku.

W odpowiedziach SLD na nasz kwestionariusz pojawia się też postulat walki z wycinaniem filtrów DPF przez zmiany regulacji czy transformacja systemu transportowego w miastach w kierunku czystych źródeł energii na wzór Kopenhagi.

LASY

Tu pojawiła się pewna nowość jeśli chodzi o postulaty w Polsce, czyli Pakiet dla Lasów i bardzo ambitny cel, żeby co najmniej 10% lasów było wolnych od ingerencji człowieka. Postulat zapewne został zaczerpnięty z Niemiec, gdzie to hasło robi wciąż niezłą karierę polityczną.

Pakiet dla Lasów jest częściowo zbieżny z propozycją Zielonych, czyli Cała Polska Pełna Parków Narodowych, którzy wołają o potrojenie wielkości parków narodowych w Polsce z 1% powierzchni Polski do 3% oraz do powiększenia obszarów Natura 2000 do 25% powierzchni kraju. Powiększenie terenów parków narodowych postulują też Konfederacja oraz Koalicja Obywatelska, chociaż brak tu konkretnych deklaracji, jeśli chodzi procentowe ilości / przyrosty.

Ewentualna wątpliwość wobec postulatu Lewicy może dotyczyć tego, że lasy to nie jedyne obszary zasługujące na ochronę i brak ingerencji ludzkiej (np. mokradła, bagna, jeziora, rzeki), tym niemniej sam cel jest ambitny i godny poparcia. Warto też dodać, że Lewica deklaruje przeznaczenie 20% przychodów z gospodarki leśnej na Fundusz Dzikiej Przyrody, która zajmie się zalesianiem nieużytków i odtwarzaniem mokradeł, więc ten temat nie został przez nich zignorowany.

PRAWA ZWIERZĄT

W tym temacie pojawiają się mocne deklaracje, zaczerpnięte zarówno z programu Wiosny jak i Razem.

Poza powołaniem urzędu Rzecznika Praw Zwierząt zadeklarowano zakaz wykorzystywania zwierząt w cyrku czy likwidację ferm futrzarskich.

Tu jednak uwadze większości mediów uszedł najbardziej ambitny z ekologicznych postulatów Lewicy: koniec z chowem klatkowym. De facto jest to zapowiedź wojny, a dotychczas polscy dziennikarze tego nie zauważyli. Byłby to największy samodzielny komitet w Polsce, który deklarował ten cel w historii polskich wyborów (wcześniej podobne postulaty głosili Zieloni, Razem czy Wiosna).

Dodajmy też, że Razem (a także np. europosłanka Wiosny Sylwia Spurek) zadeklarowało poparcie dla zakazu polowań na ptaki.

GOSPODARKA ODPADAMI

O gospodarce odpadami nie ma ani słowa ani w programie Lewicy, ani w programie Lewicy Razem z 2015, SLD z 2017, czy Wiosny z tego roku. Kwestia ta pojawia się w programie Razem z wyborów do Europarlamentu, z propozycjami finansowania badań nad technologiami przetwarzania odpadów, nałożenia opłat na produkcję i import plastiku czy zakazu prowadzenia tzw. otwartych wysypisk śmieci. Podczas kampanii europejskiej kandydaci Lewicy Razem opowiedzieli się za powrotem obowiązkowych zwrotnych opakowań szklanych. Temat śmieci, a konkretnie plastiku, podjęła też wtedy Wiosna. W przypadku polityków Sojuszu Lewicy Demokratycznej nie zaobserwowano większego zainteresowania tematem.

To jednak poprzednie wybory, a przy okazji tych wyraźne odniesienie się do kwestii odpadów byłoby wskazane, zwłaszcza w kontekście płonących wysypisk. Tutaj wyprzedza Lewicę nie tylko Koalicja Obywatelska, ale i PiS.

Trochę ratuje tutaj Lewicę SLD, które w naszym kwestionariuszu opowiada się za implementacją gospodarki o obiegu zamkniętym, rozwijając tę myśl następująco:

“Wprowadzane na rynek rzeczy powinny być trwałe, łatwe w naprawie i projektowane pod kątem odzysku surowców wtórnych. Będziemy redukować ilość odpadów, szczególnie tych najbardziej problematycznych, m.in. przez standaryzację opakowań, ich wielorazowość, opłaty za wprowadzanie opakowań na rynek i stosowanie zasady „zanieczyszczający płaci”. W tym kierunku idą działania na forum Unii Europejskiej. Będziemy je wspierać, stymulować i wdrażać na poziomie krajowym.”

PODSUMOWANIE

Lewica ma wiele sensownych ekologicznych postulatów. W niektórych kwestiach, na przykład jeśli chodzi o prawa zwierząt, wypadają one lepiej niż u innych komitetów. Niestety, w niektórych obszarach jest gorzej niż u konkurencji. Na przykład, i PSL chce osiągnąć 50% OZE o 5 lat wcześniej, a KO i PiS chce objąć znacznie więcej domów programem antysmogowym. Prawie zupełnie pominięta została także przez Lewicę kwestia śmieci. Do tego, we wspólnym programie dotyczącym energetyki znajdują się w najlepszym razie nieścisłości, w najgorszym – wewnętrzne sprzeczności. Natomiast zapewnienia partii składowych jak Razem czy SLD wypadają pod tym względem dużo lepiej. Lewica pozostaje więc dla ekowyborców propozycją wartą rozważenia, ale w zależności od tego, które kwestie uważamy za najważniejsze, może się okazać, że lepiej wybrać konkurencję.


4. EKOLOGIA W PROGRAMIE KONFEDERACJI

Program Konfederacji do sejmu i senatu RP został w końcu ogłoszony w sobotę 21 września 2019 roku. Jest dosyć krótki i zwięzły, a do tego konkretnych postulatów ekologicznych (czy też antyekologicznych) jest niewiele.

SMOG

W programie Konfederacji znajduje się hasło “czyste powietrze”, ale bez żadnych propozycji jak je osiągnąć. Z kolei osobny program Ruchu Narodowego stwierdza: “Do  tej pory nie powstała  żadna pogłębiona analiza,  która umożliwiłaby skuteczną  walkę z tym zjawiskiem. Decyzje samorządowców w tej materii podejmowane są na podstawie spekulacji.” Dlatego proponują jedynie przeprowadzenie tej analizy oraz zwiększenie lesistości kraju (gdzie walka ze smogiem jest jedną z motywacji). Nie wiemy, co RN ma tu na myśli, ze względu na brak pogłębionej analizy. Program ukazał się pod koniec 2016, kiedy na pewno wiedziano już, że problemem jest niska emisja, istniały też np. raporty o termomodernizacji.

Od czasu publikacji programu RN ukazało się sporo raportów na temat zanieczyszczenia powietrza, politycy tym bardziej nie mogą więc zasłaniać się brakiem wiedzy. Czy coś się zmieniło? Polski Alarm Smogowy i Dziennik Gazeta Prawna zorganizowały niedawno debatę o smogu z udziałem jednego z liderów Konfederacji, Krzysztofa Bosaka. Była to dobra okazja do przedstawienia swoich postulatów na ten temat. Bosak krytykował biurokrację w programie “Czyste powietrze” i w propozycjach swoich oponentów. Mówił też o tym, że wymiana pieców powinna się ludziom opłacać (finansowo i psychicznie – nie powinni “płacić” za wymianę piecy stresem związanym z biurokracją). Nie padły jednak żadne konkrety na temat tego, jak to osiągnąć. W odpowiedzi na pytanie Business Insider o pomysły na walkę ze smogiem padły słowa: “Żadne programy socjalne tutaj nie pomogą. Jeśli człowieka na coś nie stać, trzeba zmniejszyć opodatkowanie pracy, pozwolić mu się bogacić dzięki swojej pracy. Wtedy będzie miał środki na palenie w lepszy, wydajniejszy i bliższy środowisku sposób”. Nie spodziewamy się więc po Konfederacji działań systemowych w rodzaju dofinansowania do wymiany pieców czy termomodernizacji.

ENERGETYKA, ENERGIA JĄDROWA, KLIMAT

Zarówno w programie wyborczym, jak i np. w Latarniku Wyborczym, Konfederacja odrzuca całkowicie potrzebę odchodzenia od węgla, a ewentualne alternatywne źródła energii tłumaczy wyłącznie optymalizacją miksu energetycznego. Jako jedyny komitet nie wspomina o zmianach klimatu, tylko  kładzie nacisk na “bezpieczeństwo narodowe”.

W samym programie Konfederacji jest bardzo mało o energetyce i właściwie zapisy ograniczają się do zachwalania energii jądrowej oraz deklaracji odnośnie węgla. Jak piszą w programie: “Do ekologii podchodzimy ze zdrowym rozsądkiem, dlatego nie jesteśmy przeciwnikami produkcji energii z węgla, natomiast popieramy korzystanie z nowszych, bardziej efektywnych i czystszych technologii w energetyce.” W Latarniku Wyborczym pada za to stwierdzenie, że energia jądrowa jest najbardziej ekologicznym źródłem energii, aczkolwiek energia odnawialna nie jest odrzucana przez komitet. W “100 ustawach Mentzena” – zestawie ogłoszonych przez Konfederację projektów ustaw –  pada nawet propozycja zniesienia niesławnej PiS-owskiej “ustawy antywiatrakowej”, wprowadzającej bardzo restrykcyjne ograniczenia dotyczące lokalizacji elektrowni wiatrowych.

Niektóre wypowiedzi polityków Konfederacji mogą sugerować, że przynajmniej w części zdają oni sobie sprawę z powagi zmian klimatu, jednak w ogólnym rozrachunku partia wydaje się raczej negacjonistyczna. Na przykład we wspomnianej debacie o smogu Krzysztof Bosak przytomnie zauważył problem pozornej redukcji emisji CO2 przez przeniesienie przemysłu do innych krajów (tzw. carbon leakage). Bosakowi jednak służy to tylko i wyłącznie do krytyki unijnej polityki klimatycznej, która zdaniem cytowanych przez niego profesorów (bez podania nazwiska) doprowadzi, w kontekście całego świata, do wzrostu emisji (nie znamy żadnych badań potwierdzających tę tezę, a nawet jeśli jakaś pojedyncza praca istnieje, z pewnością nie jest to konsensus naukowy). Nie pada też żadna propozycja konstruktywnego rozwiązania tego problemu, tzn. rozwiązania nie ograniczającego się do zostania przy węglu (nota bene sama Unia próbuje zapobiegać temu efektowi dając szczególnie podatnym na niego sektorom więcej darmowych uprawnień do emisji). Dalej, w tej samej debacie, padają zdania o lewicowej “ideologii antywęglowej”. Z kolei program Ruchu Narodowego nazywa globalne ocieplenie “wątpliwą naukowo teorią”. O negacjonistycznych poglądach Janusza Korwin-Mikke nie musimy chyba nikogo przekonywać.

Ostatecznie, Konfederacja wyraźnie stwierdza, że ważniejsza od klimatu jest potrzeba ochrony polskich konsumentów przed rosnącymi cenami energii. Tym samym postuluje przeprowadzenie kampanii informacyjnej w Polsce odnośnie “wypowiedzenia tzw. pakietu klimatycznego Unii Europejskiej, nakładającego na naszą gospodarkę nieuzasadnione obciążenia finansowe i wymuszającego transformację w kierunku droższych źródeł energii”.

Trzeba tutaj wyraźnie podkreślić, że Konfederacja nie stawia żadnych celów klimatycznych i nawet nie wiadomo np. ile GW elektrowni jądrowych chcieliby postawić i w jakich terminach, ani też nie ma żadnych celów np. odnośnie odnawialnych źródeł energii.

TRANSPORT

Konfederacja zapowiada zniesienie akcyzy na paliwo i wydaje się stanowczo wspierać transport indywidualny. Radykalna obniżka cen paliwa do poziomu 3 złotych miałaby dać “naszej gospodarce nową energię”. Z racji tego, że należy coraz bardziej ograniczać nadmierne spalanie paliw kopalnych w transporcie, taki spadek cen paliw mógłby mieć katastrofalny wpływ na emisje gazów cieplarnianych w tym sektorze oraz doprowadzić do dalszego skokowego wzrostu ruchu samochodowego w Polsce, która już i tak jest przodującym krajem unijnym w ilości aut na 1000 mieszkańców.

We wspomnianej debacie na temat smogu Krzysztof Bosak był za rozwojem transportu publicznego, ale przeciwko utrudnieniom ruchu w centrum miast. Jako żart (mamy nadzieję) sugerował nawet że likwidacja miejsc parkingowych zwiększa smog, bo kierowcy dłużej jeżdżą szukając miejsc. Ale, poza wysokimi karami za wycinanie filtrów DPF, konkretne rozwiązania na redukcję smogu wywołanego przez transport nie padły. Pojawiły się za to słowa o tym, że lewica “wypowiada wojnę kierowcom”  i kieruje się “antysamochodową agendą”. Nie zapominajmy, że w skład Konfederacji wchodzi Partia Kierowców, której przedstawiciel na konwencji programowej wprost mówił o walce z aktywistami miejskimi i „ekoterrorystami” 

OCHRONA PRZYRODY

Tu światełko w tunelu programu Konfederacji. Jednym z pięciu haseł komitetu jest bowiem zdrowe życie, a w tym temacie (obok oczywiście “ochrony życia”) pojawiają się postulaty: czyste powietrze, ochrona lasów i zdrowa żywność. Jak piszą: “Dobrze pojęta ochrona przyrody nie ma barwy politycznej (…) Szczególnie ważna jest ochrona dziedzictwa narodowego – nie tylko w kulturowym, ale też w przyrodniczym oraz krajobrazowym wymiarze.” Z konkretnych informacji programowych pojawia się jednak tylko postulat całkowitego zakazu importu śmieci do Polski.

Więcej postulatów ekologicznych pojawia się za to w programie Ruchu Narodowego. Postulują tam m.in. zalesianie nieużytków, zwiększanie lesistości Polski, inwentaryzację gatunków dzikich zwierząt, zaostrzenie kar za kłusownictwo, czy powołanie niezależnej państwowej agencji ds. ochrony przyrody.

Ale na tym koniec optymistycznych wieści. Pół “ekologicznego” rozdziału programu Konfederacji poświęcone jest krytyce wspomnianego wyżej paktu klimatycznego, a Ruch Narodowy w swoim programie pisze, że “…nie możemy przy tym pozwolić by błędnie postrzegany, przesadny „ekologizm” blokował wzrost gospodarczy kraju”. Z kolei wśród “100 ustaw Mentzena” tylko dwie dotyczą w jakiś sposób środowiska. Jedna to wspomniane zniesienie ustawy anty wiatrakowej, druga…to zniesienie regulacji dotyczących wycinki drzew na posesjach.

PODSUMOWANIE

Dla osób, którym bliska jest tematyka klimatyczna i ekologiczna, Konfederacja zdecydowanie nie jest dobrym wyborem. Sama obecność tematyki ekologicznej w programie komitetu świadczy o tym, że troska o środowisko może być motywowana konserwatywnymi wartościami – niestety jednak tej troski jest za mało. Konfederacja nie odpowiada adekwatnie ani na problem smogu, ani na zmiany klimatu, stwarzając tym samym zagrożenie dla polskich ekosystemów oraz życia i zdrowia Polaków w przyszłości.


5. EKOLOGIA W PROGRAMIE POLSKIEGO STRONNICTWA LUDOWEGO

Zielona koniczynka czyli Polskie Stronnictwo Ludowe próbuje się unowocześniać, a zarazem przemawiać dalej do tradycyjnego elektoratu wiejskiego. Widać to wyraźnie w programie wyborczym ogłoszonym 7 września przez prezesa PSL Władysława Kosiniaka-Kamysza na konwencji w Sandomierzu.

Aspekty transformacji wypadły szczególnie przekonująco, a zielona energia została przez Kosiniaka-Kamysza określona „kołem zamachowym polskiej gospodarki”. Sama konwencja została nieco przyćmiona przez Prawo i Sprawiedliwość, ale program Polskiego Stronnictwa Ludowego wart jest uwagi, jeśli chodzi o ekologię.

Tu ocena będzie mieszana, bo w paru punktach jest to program mocny, także z racji wiarygodności: ewidentnie czuć, że postulaty są kierowane do wiejskiego i małomiasteczkowego elektoratu oraz do problemów, z którymi muszą się mierzyć. Pojawiają się też ciekawe nowe postulaty, których nie spotkaliśmy w żadnym innym programie wyborczym, jak np. ponadregionalna sieć tras rowerowych. Jednak wielce wymowne są te tematy, których Polskie Stronnictwo Ludowe w swoim programie pominęło milczeniem.

CZEGO NIE MA W PROGRAMIE POLSKIEGO STRONNICTWA LUDOWEGO?

Tu wielu ekowyborcom może się zapalić czerwona lampka, dlatego napiszmy o tym najpierw. Czego nie ma w programie PSL? Nie ma nic o prawach zwierząt, ochronie lasów, czy ochronie wód i rzek. Pojawia się za to zapis o rekompensatach za straty łowieckie, więc PSL jak najbardziej pozostaje partią myśliwych.

POLITYKA KLIMATYCZNA – ENERGETYKA

Przypominamy: świat musi zredukować emisje wobec 2010 roku o 45% do 2030 roku (do 2050 roku mamy osiągnąć zeroemisyjność), jeśli mamy spełnić cele klimatyczne założone w raporcie IPCC z 2018 roku. Niestety, od 2010 emisje w Polsce prawie się nie zmieniły. Ponieważ energetyka to największe źródło emisji większość uwagi w kontekście walki ze zmianami klimatycznymi skupia się właśnie na tym aspekcie transformacji.

Pod tym względem trzeba napisać wprost: program energetyczny Polskiego Stronnictwa Ludowego jest w bliskiej perspektywie najambitniejszy ze wszystkich pięciu komitetów, a do tego najbardziej spójny, wiarygodny i można uznać, że jako jedyny, spełnia w zakresie energetyki cele klimatyczne IPCC na 2030 rok. Choć dla purystów mogą się pojawić zgrzyty, bo Polskie Stronnictwo Ludowe zapowiada stabilizowanie energetyki odnawialnej gazem, w tym ziemnym. Ponadto, po 2030 nie będzie aż tak różowo.

Ciekawostką jest, że w programie Polskiego Stronnictwa Ludowego pojawiły się odniesienia do bieżących wydarzeń jak pożary w Syberii i w Amazonii i pada nawet takie stwierdzenie: „Musimy zastanowić się, w jakim świecie żyć będą nasze dzieci i wnuki oraz co zrobić, aby ten świat nie był gorszy niż ten, który my zastaliśmy?”. Odnośnie Amazonii jest nawet konkret – PSL chciałoby wypowiedzenia umowy UE-Mercosur, w uzasadnieniu pisząc: “Wejście w życie tej umowy godzi nie tylko w rolnictwo krajów UE – takich jak Polska, ale przyniesie dalekosiężne, dewastacyjne skutki dla klimatu na świecie, bo wypalanie Amazonii to nic innego niż pozyskiwanie terenów pod uprawę soi, kukurydzy oraz wypas bydła.”

W kontekście energetyki PSL zakłada najszybsze tempo transformacji, czyli min. 50% OZE do 2030 roku (wobec min. 33% Koalicji Obywatelskiej, ok. 27% Prawa i Sprawiedliwości czy min. 50% OZE, ale dopiero w 2035 roku u Lewicy). Nie ma co prawda terminu odejścia od węgla ani pełnego planu dekarbonizacyjnego, jest za to deklaracja, że z węglem trzeba skończyć.Program nie opisuje niestety tego, jak energetyka ma wyglądać później. Dostaliśmy jednak częściowe odpowiedzi partii na nasz kwestionariusz (choć ze względu na niejasności i brak odpowiedzi na niektóre pytanie nie został on jeszcze przez nas opublikowany). Tutaj miks energetyczny na 2035 ma wyglądać następująco: 30% węgla, 55% OZE, 15% gaz,

Energia jądrowa 0%. Na 2050 przewidują 10% energii z węgla, 70% z OZE i 20% z gazu. Widać więc że tempo rozbudowy OZE ma spaść po 2030. Co więcej, nie ma co liczyć nie tylko na neutralność klimatyczną w 2050, ale i na odejście od węgla w tym terminie. Troszkę bardziej optymistyczna jest tu wypowiedź posłanki Urszuli Pasławskiej w jednej z debat, która podaje 2050 rok jako realistyczną datę odejścia od węgla – choć jednocześnie uznaje wcześniejszy termin za nierealistyczny, gdyż przedwczesne zamykanie nowo wybudowanych bloków węglowych byłoby niegospodarne.

Skąd uzyskać te 50% OZE w 2030? Po pierwsze PSL stawia na energię ze słońca i wiatru – tu warto podkreślić zamiar wybudowania 14 GW elektrowni wiatrowych na morzu, skąd Polska czerpałaby nawet 20% energii elektrycznej. Z mniej oczywistych inwestycji pojawiają się w programie biogazownie i elektrownie wodne. To ostatnie źródło energii wzbudza jednak wątpliwości, bo zamierzają w tym celu zrealizować program budowy zbiorników dużej i średniej retencji, a to z kolei wzbudza spore zastrzeżenia co do ekologiczności takich inwestycji, chociażby ze strony Koalicji Ratujmy Rzeki.

Jak też wspominano PSL zamierza bloki węglowe zastępować blokami gazowymi. To w teorii powinno też zmniejszyć emisje, gdyż spalanie gazu jest ok. dwukrotnie mniej emisyjne niż produkcja energii z węgla, jednakże w ostatnim czasu pojawiły się też opracowania naukowe wskazujące, że wycieki metanu (licząc na tonę znacznie silniejszego gazu cieplarnianego niż dwutlenek węgla) podczas pozyskiwania i transportu gaz ziemnego są znacznie większe niż zakładano.

Warto ponadto zaznaczyć zamiar rozwoju i rozbudowy sieci przesyłowej (czyli ten wątek pojawił się we wszystkich trzech głównych partiach opozycyjnych), masowej rozbudowy fotowoltaiki na budynkach administracji publicznej oraz cofnięcie ustawy antywiatrakowej (na rzecz uzależnienia budowy wiatraków od zgody lokalnej społeczności)

Nie ma w programie wzmianki o energii jądrowej, jednak zgodnie z odpowiedziami na nasz kwestionariusz, wypowiedzią posłanki Pasławskiej, oraz Latarnikiem Wyborczym, PSL deklaruje się przeciw energii jądrowej

Na koniec dodajmy, że ekowyborcy mogą patrzeć z podejrzeniem na koalicjantów PSL – polityków Kukiz’15. W programie ruchu z 2015 mamy fragment odnoszący się sceptycznie nie tylko do polityki UE, ale do samego konsensusu naukowego na temat zmian klimatu: “Polityka  energetyczno-klimatyczna Unii Europejskiej to  czysto ideologiczny projekt, dla którego nie ma  żadnego sensownego naukowego, ekonomicznego ani politycznego  uzasadnienia. Nawet jeśli przyjęlibyśmy teorię ludzkiego wpływu na niekorzystne zmiany w  atmosferze, akceptacja jednostronnej polityki przez UE, przy sprzeciwie państw Azji i Ameryki, stanowi przejaw ideologicznego zacietrzewienia i tendencji do gospodarczego samobójstwa.” Teraz jednak najwyraźniej nie przeszkadza im ambitny cel 50% OZE do 2030. Dokument programowy jest programem Koalicji Polskiej – a więc PSL i koalicjantów. W grafice z twittera PSL o “porozumieniu programowym” pod najważniejszymi postulatami (w tym właśnie 50% OZE do 2035) pod spodem widnieją loga zarówno PSL jak i Kukiz’15. Na mediach społecznościowych polityków Kukiz’15 nie znaleźliśmy w ostatnim czasie żadnych negacjonistycznych treści. Wygląda więc na to że porzucili tamte poglądy, przynajmniej na czas wyborów.

SUSZA I RZEKI

W kontekście suszy w programie PSL są głównie zapisy odnośnie chronienia interesów rolników, czyli fundusz klęskowy czy mała retencja z myślą o potrzebach wsi.

Odnośnie rzek pojawiają się tylko postulaty martwiące, czyli rozbudowy średniej i dużej retencji na potrzeby energetyki wodnej. Negatywne opinie środowisk ekologicznych i naukowych na ten temat można poczytać chociażby na stronie Koalicji Ratujmy Rzeki.

SMOG, ENERGOOSZCZĘDNOŚĆ, PROSUMENCKOŚĆ

W kontekście pieców i kotłów brakuje trochę konkretów odnośnie celów. O ile Koalicja Obywatelska obiecała wycofać piece węglowe do 2030 roku, a Lewica wymianę 2 milionów pieców do 2035 roku, PSL zapowiada tylko zakaz instalacji pieców nie spełniających norm ochrony środowiska. Warto tu jednak dodać zapowiedź dofinansowania zakupów pieców w wysokości 75-100%. Nie ma jednak w programie nic o pompach ciepła czy termomodernizacji.

Mocnym zapisem jest obietnica, że od 2025 roku wszystkie nowo budowane domy muszą być nie gorsze niż w standardzie domów pasywnych, co ma ogromne znaczenie, jeśli chodzi o energooszczędność budynków (redukcja poboru energii na ogrzewanie nawet ponad 90%).

Dodatkowymi antysmogowymi postulatami wymienionymi przez kandydatów PSL podczas debat są: zakaz importu samochodów nie spełniających norm zanieczyszczeń oraz możliwość wprowadzenia strefy czystego transportu we wszystkich miastach (nie tylko tych powyżej 100 tys. mieszkańców jak teraz).

W kontekście prosumentów PSL zapowiada przywrócenie stałych taryf dla OZE i 8% VAT na wszelkie rozwiązania w tym zakresie. Pojawiły się do tego zapisy o ułatwieniu odsprzedaży międzysąsiedzkiej energii.

ROLNICTWO

Czytając program rolniczy uderza, jak bardzo Koalicja Obywatelska (w tym nawet Zieloni) czy Lewicy zaniedbały ten temat, a Polskie Stronnictwo Ludowe skrzętnie to wykorzystało.

Postulatów nie ma wiele, ale w kontekście chociażby bioróżnorodności czy roli rolnictwa w zakresie walki ze zmianami klimatycznymi są one jak najbardziej słuszne:

  • Wprowadzenie 0% VAT na „tradycyjną żywność” (zastanawia jednak unikanie tu zwrotu „ekologiczna”).
  • Zielone Targi w każdej gminie – umożliwiające sprzedaż lokalnej żywności bez opłat.
  • Wsparcie polskich ras zachowawczych jako alternatywy dla żywności masowej.
TRANSPORT

Tu poza obietnicą rozbudowy i przywrócenia lokalnych połączeń zbiorowych (obecne też w programie KO, Lewicy i PiS) pojawia się postulat budowy rozległej sieci tras rowerowych połączonych na poziomie regionalnym i ponadregionalnym. Do tego zapowiedziany jest obowiązek budowy chodnika i trasy rowerowej przy każdej budowie czy modernizacji dróg wojewódzkiej, powiatowej i gminnej.

Podobnie jak Koalicja Europejska, PSL chciałoby również inwestować w wodór jako paliwo przyszłości. Jednak, inaczej niż w propozycji Koalicji, wodór produkowany ma być z gazu koksowniczego – produktu ubocznego przy produkcji koksu. Ma być go pod dostatkiem, bo PSL chce wspierać polski przemysł koksowniczy i otwierać nowe kopalnie węgla koksowniczego. To jednak należy oddzielić od węgla używanego w energetyce, bo koks jest wykorzystywany przy produkcji stali i choć da się go zastąpić wodorem (z odnawialnych źródeł) redukując tym samym emisje CO2, to na razie dopiero powstają pierwsze takie instalacje. W propozycji PSL, wodór z gazu koksowniczego miałby posłużyć między innymi do napędzania transportu publicznego w aglomeracji Górnośląsko-Zagłębiowskiej.

GOSPODARKA ODPADAMI

Problem śmieci nie został w ogóle poruszony w programie. W naszym kwestionariuszu partia dodaje tylko, że chce wprowadzić zakaz importu śmieci z zagranicy.

PODSUMOWANIE

W niektórych obszarach program PSL jest najbardziej ambitny ze wszystkich komitetów. Tak jest na przykład z polityką klimatyczną w krótkim okresie. Zaletą jest też spójność – nie spotkaliśmy się w jego przypadku z zapisami zdającymi się zaprzeczać sobie nawzajem, jak w przypadku Lewicy i Koalicji Europejskiej. Niestety jednak wiele jest obszarów w których inne komitety mają lepsze lub bardziej konkretne programy (np. polityka klimatyczna w długim okresie czasu, śmieci, walka ze smogiem). Niektóre, tak jak np. prawa zwierząt, nie zostały poruszone w ogóle. Mamy więc sporo zastrzeżeń, ale nie możemy jednoznacznie odradzić głosowania na tę partię.

Opracowanie: Ekowyborca 
Alicja Barcikowska, Błażej Jaworowski, Przemysław Stępień.


Jeśli podoba Ci się to, co robimy, prosimy, rozważ możliwość wsparcia Zielonych Wiadomości. Tylko dzięki Twojej pomocy będziemy w stanie nadal prowadzić stronę i wydawać papierową wersję naszego pisma.
Jeżeli /chciałabyś/chciałbyś nam pomóc, kliknij tutaj: Chcę wesprzeć Zielone Wiadomości.
Po trwającej dekadę walce mieszkańców gmin Gubin i Brody wspieranych przez organizacje ekologiczne, w tym Greenpeace, jest znacząca decyzja o przyszłości tego regionu.

Regionalny Dyrektor Ochrony Środowiska w Gorzowie Wielkopolskim wydał decyzję umarzającą postępowanie w sprawie wydania decyzji środowiskowej dla kopalni odkrywkowej węgla brunatnego na ich terenie [1]. To de facto oznacza, że odkrywka w Gubinie nie powstanie.

W lutym 2016 roku w wyniku konsultacji transgranicznych w sprawie kopalni planowanej w gminach Gubin i Brody (woj. lubuskie) wykazano, że prognozy inwestora, spółki PGE, na temat negatywnych skutków oddziaływania na środowisko, np. strat w rolnictwie spowodowanych osuszaniem terenu, są zaniżone. W sierpniu 2016 roku RDOŚ w Gorzowie Wielkopolskim stwierdził także znaczące braki w dokumentach dotyczących planowanej odkrywki. PGE został wezwany do ich uzupełnienia, jednak nie zrobił tego w wymaganym terminie. Postępowanie dotyczące decyzji środowiskowej dla odkrywki zostało wówczas zawieszone, a inwestor miał maksymalnie 3 lata na złożenie wniosku o jego ponowne podjęcie. W związku z upłynięciem tego terminu gorzowski RDOŚ umorzył postępowanie.

Powstanie kopalni Gubin oznaczałoby wysiedlenie nawet 3 tys. osób, likwidację 15 miejscowości, wyburzenie kilkunastu cennych zabytków, całkowite zniszczenie lasów i pól uprawnych oraz zaburzenie stosunków wodnych w rejonie odkrywki. Wstrzymanie planów budowy kopalni odkrywkowej to doskonała wiadomość. Fakt, że inwestor przez 3 lata nie był w stanie uzupełnić dokumentacji jasno pokazuje, że te plany to była ślepa uliczka. Firma nie potrafiła udowodnić, że budowa odkrywki węgla brunatnego przyniesie zyski mieszkańcom i nie zdegraduje środowiska. Rażące błędy we wniosku PGE o wydanie decyzji środowiskowej nigdy nie zostały poprawione – mówi dr hab. Leszek Pazderski, ekspert ds. polityki ekologicznej Greenpeace.

Mieszkańcy gmin Gubin i Brody od początku nie zgadzali się na budowę kopalni na ich terenie, a swój sprzeciw wyrazili w prawnie ważnym referendum już w 2009 roku, kiedy to większość głosujących opowiedziała się przeciwko inwestycji. Wśród oponentów inwestycji znajdowali się także przedstawiciele gminnych samorządów i wójtowie. Niemal dokładnie 5 lat temu, w sierpniu 2014 roku, miała miejsce akcja „Łańcuch Ludzi Stop Odkrywce”, w której aż 7,5 tysiąca osób z Polski, Niemiec i innych krajów zaprotestowało przeciw budowie kopalni na terenach przygranicznych.

Koniec planów odkrywki Gubin-Brody to olbrzymi sukces społeczności lokalnej i wielu organizacji pozarządowych. Zwyciężył upór i wytrwałość wszystkich zaangażowanych w tę sprawę, zwyciężyli ludzie, nad którymi wisiało widmo wysiedleń. To budująca wiadomość, i to nie tylko dla mieszkańców z Lubuskiego. W podobnej sytuacji jak przed laty w Gubinie, są teraz mieszkańcy okolic Złoczewa w woj. łódzkim. Również zagrożeni odkrywką, której powstanie także podaje im się za pewnik. Tymczasem wiemy, że rok 2019 nie jest czasem na otwieranie nowych kopalń. Aby uniknąć katastrofy klimatycznej, Polska powinna odejść od energetyki opartej na węglu do 2030 roku. W takim scenariuszu nie ma miejsca na nowe odkrywki. Zamiast kolejnych lat utrwalania węglowego status quo, potrzebujemy sprawiedliwej transformacji w oparciu o odnawialne źródła energii  – powiedział Łukasz Supergan, koordynator kampanii Klimat i Energia w Greenpeace.

Źródło: Greenpeace Polska

Przypisy:

[1] http://bip.gorzow.rdos.gov.pl/files/obwieszczenia/147426/Obwieszczenie_RDOS_Gorzow_WZS.420.3.2019.AN.pdf

Współprzewodnicząca niemieckich Zielonych, Annalena Baerbock, rozmawia z Bartłomiejem Kozkiem o niemieckiej transformacji energetycznej, sposobach na jej przyspieszenie oraz źródłach rosnącej popularności swojej partii.
Bartłomiej Kozek: Niemiecki rząd lubi się prezentować jako odpowiedzialny aktor w walce ze zmianami klimatu – jednocześnie jednak istnieje poważne ryzyko, że federalne cele redukcji emisji gazów cieplarnianych nie zostaną zrealizowane. Jakie są źródła tego rozdźwięku między rzeczywistością a deklaracjami?

Annabele Baerbock: Energiewende – przechodzenie na odnawialne źródła energii – rozpoczęło się w roku 2000 przyjęciem legislacji dotyczącej OZE (EEG), gwarantującej stałą stawkę za wygenerowaną z tych źródeł energię (feed-in-tariff) przez 20 lat. Dzięki temu prawu 38% energii elektrycznej czerpiemy dziś z OZE.

W ostatnich latach rządy kanclerz Merkel przyczyniły się do spowolnienia procesu przechodzenia na OZE poprzez przyjęcie nowych regulacji, takich jak wprowadzenie degresywnego limitu stawek skupu energii z tych źródeł czy opór wobec wygaszania węgla. Rządy te „zapomniały” o przeprowadzeniu analogicznej transformacji sektora energetyki cieplnej oraz transportu. Tak właśnie wyglądają źródła naszych kłopotów z osiągnięciem celów redukcyjnych.

W polskich mediach nie brak głosów krytycznych wobec niemieckiej decyzji o połączeniu transformacji energetycznej w kierunku OZE z wygaszaniem energetyki jądrowej, co prowadzić ma co wciąż istotnej roli węgla w sektorze energetycznym. Zgadzasz się z tym punktem widzenia?

Energetyka jądrowa stanowi zagrożenie dla naszego bezpieczeństwa – decyzję o jej wygaszeniu wciąż uznaję za słuszną. Wspiera ją przygniatająca większość niemieckiego społeczeństwa. Wygaszanie węgla to kolejny etap budowy bardziej przyjaznego dla klimatu świata.

Niemcy, mimo ryzyka niedotrzymania swoich obietnic w redukcji emisji gazów cieplarnianych, zdołały zmniejszyć je w większości sektorów gospodarki – poza transportem. Dlaczego przez ostatnie 20 lat emisje tu rosły i w jaki sposób zatrzymać ten trend?

Transport odpowiada za 1/5 niemieckich emisji. Mimo przyjęcia celu redukcyjnego zauważalny jest ich wzrost z tego źródła w porównaniu do roku 1990. Jednym z powodów jest rosnąca ilość samochodów na drogach – a także fakt, że są one coraz większe.

Warto wspomnieć, że niektóre europejskie rządy blokują przyjęcie ambitnych, unijnych celów redukcji emisji gazów cieplarnianych pochodzących z samochodów. Szkodzi to nie tylko Niemcom, ale całej Unii.

W roku 2010 nasz rząd ogłosił cel miliona samochodów elektrycznych na drogach do roku 2020. Niestety – Angela Merkel i kolejni ministrowie transportu nie zrobili nic, by osiągnąć cel upowszechnienia napędzanych na energię elektryczną ze źródeł odnawialnych pojazdów. Póki co mamy ich w Niemczech jedynie 55 tysięcy.

Zieloni chcą rygorystycznych standardów emisji dwutlenku węgla pochodzących z samochodów, a także przyjęcia na szczeblu europejskim zobowiązania, by po roku 2030 nowe auta otrzymywały zgodę na poruszanie się po drogach tylko wtedy, gdy będą one elektryczne lub na wodór.

Przez długi czas uznawano gaz ziemny za paliwo przejściowe na drodze od węgla i ropy w stroną odnawialnych źródeł energii. Uważasz, że to nadal aktualne? Pytam szczególnie w ważnym dla Polski kontekście Nord Stream 2. Co sądzisz na temat tej inwestycji?

Gaz ziemny może pomóc nam na drodze do czerpania energii w 100% ze źródeł odnawialnych. To jednak ważne, by nie uzależnić się od rozwoju tego źródła poprzez budowę nowej infrastruktury, która miałaby nam służyć przez kolejne dekady. Paryskie porozumienie klimatyczne jest tu jasne – najpóźniej do roku 2050 musimy wygasić wszystkie paliwa kopalne, w tym gaz ziemny.

Nord Stream 2 prowadzi nas tymczasem w odwrotnym kierunku. Stoi w sprzeczności z europejskimi celami w zakresie ochrony klimatu. To na dodatek najdroższa opcja dla jego odbiorców. Nie potrzebujemy nowych gazociągów, tylko więcej energetyki odnawialnej oraz efektywności energetycznej. Działania w tych kierunkach pomagają chronić klimat, zmniejszać nasze uzależnienie od importu surowców energetycznych – stają się też najtańszą opcją dla konsumentów.

Polska strategia klimatyczna zdaje się skupiać na redukowaniu emisji pochodzących z wydobycia węgla i jego spalania poprzez innowacje technologiczne (mające przynieść nam „czysty węgiel”), jak również na jego wychwycie z atmosfery za pomocą rozwiązań technologicznych (Carbon Capture and Storage – CCS) oraz naturalnych (lepsza gospodarka rolna i leśna). Uważasz, że takie podejście może nam pomóc w walce ze zmianami klimatu?

CCS nie jest moim zdaniem żadną odpowiedzią. Technologia ta obniża efektywność elektrowni węglowych do poziomu z lat 50. XX wieku (z 45 do 35%). Efektem jest wzrost zużycia węgla aż o jedną trzecią.

Dodajmy do tego nierozwiązane do tej pory kwestie, takie jak transport wychwyconego dwutlenku węgla na duże odległości czy jego bezpieczna i skuteczna utylizacja. Do osiągnięcia naszych celów klimatycznych potrzebujemy energetyki odnawialnej i efektywności energetycznej, a nie CCS.

Można tu wysunąć argument, że skoro Polska jest dziś tak bardzo uzależniona od węgla, to Unia Europejska powinna w mniejszym stopniu krytykować naszą politykę energetyczno-klimatyczną, a zamiast tego zaproponować Warszawie więcej środków na rzecz transformacji gospodarki w niskowęglowym kierunku. Uważasz, że kraje takie jak Polska powinny otrzymać więcej wsparcia?

Jedną z mocnych stron Unii Europejskiej jest partnerstwo i współdziałanie. Mamy w Europie szereg regionów węglowych – nie tylko Łużyce i Śląsk, ale również Zachodnia Macedonia czy niektóre rejony Hiszpanii. Wszystkie je (prędzej czy później) czeka niemała transformacja.

UE ma możliwość – a może wręcz obowiązek – pomagać im w dzieleniu się swoimi doświadczeniami oraz dobrymi praktykami z zakresu wcielania w życie idei sprawiedliwej transformacji. Bruksela może wspierać je w ich wysiłkach na rzecz wygaszania węgla poprzez dedykowane im formy wsparcia, takie jak środki na finansowanie badań i rozwoju czystych technologii energetycznych. Polska, dzięki wpływom z systemu handlu emisjami (ETS) i wysokiej zależności od węgla ma dziś niemało środków na tego typu cele.

Niektórzy naukowcy sugerują, że nie będziemy w stanie uniknąć katastrofy klimatycznej bez używania ryzykownych technologii (np. energetyki jądrowej) czy odwoływania się do geoinżynierii – np. emitowania do atmosfery związków siarki. Jak zapatrujesz się na takie pomysły?

Realizacja zapisów porozumienia paryskiego z pewnością nie będzie łatwa. Kluczowe jest tu natychmiastowe zabranie się do roboty. Im dłużej zwlekamy, tym trudniej będzie osiągnąć cel neutralności emisyjnej do roku 2050. Na pewno nie chcę przy tej okazji powrotu ryzykownych technologii, takich jak energetyka jądrowa. Jest ona zbyt niebezpieczna i za droga – szczególnie na dłuższą metę.

W kwestii geoinżynierii muszę zauważyć, że nie ma jej jednolitej definicji. Znaną metodą wychwytu dwutlenku węgla z atmosfery jest sadzenie drzew, a uregulowania poziomów pochłaniania i odbijania promieni słonecznych – malowanie domów na biało. Musimy korzystać z naturalnych form geoinżynierii. Jestem jednak zdecydowanie przeciwna pomysłom w rodzaju nawożenia oceanów czy emitowania siarki do atmosfery. Otworzylibyśmy w ten sposób prawdziwą puszkę Pandory.

W jaki sposób powinniśmy komunikować kwestie klimatyczne oraz związane ze zmianami klimatu wyzwania w najbardziej efektywny sposób? Czy możesz podzielić się pomysłami, realizowanymi na niemieckiej scenie politycznej?

Jeśli chcemy osiągnąć cele ochrony klimatu, do których zobowiązała się na szczycie klimatycznym w Paryżu w roku 2015 społeczność międzynarodowa, wówczas musimy skończyć z węglem. W kwestii potrzebnych do tego zmian strukturalnych rządy muszą opracować wizje naszej przyszłości – najlepiej z osobami bezpośrednio dotkniętymi zmianami, np. mieszkających w regionach górniczych.

Zarówno Zieloni, jak i inni interesariusze, przygotowali jak do tej pory bogaty zestaw propozycji. Znajdziemy wśród nich m.in. rozwijanie infrastruktury kolejowej oraz inwestowanie w technologie powiązane z cyfryzacją, a także transformacja systemu energetycznego finansowana z dedykowanych jej funduszy strukturalnych.

Jesteś współprzewodniczącą niemieckich Zielonych – partii, która cieszy się ostatnio dobrą passą w wyborach do Landtagów oraz w badaniach opinii publicznej. Jakie Twoim zdaniem są źródła tych sukcesów i jaką rolę odgrywają w nich kwestie klimatyczne?

Zielonym zależy na ochronie klimatu. Tego lata wszyscy w Europie przekonać się mogli na własnej skórze, w jaki sposób możemy cierpieć z powodu upałów i susz, które pogłębia kryzys klimatyczny. Odnawialne źródła energii stają się coraz tańsze, paliwa kopalne z kolei – coraz droższe, jako że ich cena musi uwzględniać ich negatywny wpływ na środowisko i nasze zdrowie. Rozwijając technologie ochrony klimatu przyczyniamy się zresztą również do tworzenia setek tysięcy miejsc pracy.

Jesteśmy pierwszym pokoleniem, które widzi skutki zmian klimatu – i ostatnim, które może coś w tej sprawie zrobić. To fakt, który ludzie zaczynają coraz lepiej rozumieć.

Annalena Baerbock będzie gościnią konferencji „Towards a New Climate”, organizowanej 11 grudnia w Katowicach m.in. przez Zieloną Fundację Europejską (Green European Foundation), Fundację im. Heinricha Boella oraz Fundację Strefa Zieleni.

Zdj. Guido Sutthoff na licencji CC BY-SA 4.0

Czy dawni ideowi oponenci na szczeblu centralnym mogą być sojusznikami bardziej progresywnej polityki lokalnej? Czy ich obiecujące deklaracje rozpatrywać jako szczerą ewolucję – czy może zasłonę dymną?

Nie da się ukryć, że widoczny cztery lata temu wysyp ruchów miejskich przeorał nieco dominującą opowieść o miastach. Okazało się, że dla niemałego grona nowych mieszczan lanie betonu pod kosztowne, spektakularne inwestycje, przy których dobrze przecinać wstęgi tuż przed wyborami nie było zadowalającą odpowiedzią na stojące przed samorządami wyzwania rozwojowe.

Miasta na plus?

Jakość życia czy dostęp do czystego środowiska – kwestie, które przez lata traktowano drugorzędnie w stosunku do zaspokajania np. apetytów inwestycyjnych prywatnych deweloperów – nie było już tak łatwo ignorować. W Warszawie Hanna Gronkiewicz-Waltz zaczęła chwalić się bulwarami nad Wisłą oraz mieszkaniami komunalnymi. W Poznaniu epoka Ryszarda Grobelnego przerwana została przez wywodzącego się z ruchów miejskich polityka Platformy Obywatelskiej, Jacka Jaśkowiaka.

Oczywiście nie oznacza to, że polskie miasta zaczęły być krainami mlekiem i miodem płynącymi. Samorządy nie zaspokoiły własnymi siłami głodu mieszkaniowego, w zdecydowanej większości miast nie uporały się również ze smogiem.

Po obecnej kampanii widać już, że marzenia o cofnięciu choćby minimalnych zmian na lepsze w kierunku zrównoważonej mobilności oraz oddania dróg i chodników z powrotem w ręce samochodowej monokultury pozostają atrakcyjnym paliwem wyborczym, na przykład dla walczącego o Warszawę Patryka Jakiego.

Mimo wszystko jednak nie słyszymy już tak często o tym, że miasto to nie wieś, żeby jeździć po niej rowerem. Mało kto odważy się już zakwestionować rolę konsultacji społecznych w unikaniu konfliktów wokół inwestycji czy prawa lokalnej społeczności do dysponowania jakąś częścią budżetu samorządowego.

Wszyscy są aktywist(k)kami?

Zmiany te z jednej strony cieszą – nawet, jeśli wprowadzane są na skromniejszą skalę niż marzą o tym osoby o lewicowych, progresywnych przekonaniach czy też deklarujący sympatię dla aktywistycznego „miastopoglądu” – z drugiej jednak wiążą się one dla nich z niemałym wyzwaniem.

Skoro bowiem nie ma większych konfliktów o konieczność wytyczania nowych tras rowerowych czy o walkę ze smogiem to skąd czerpać wyborcze paliwo? Czy przesunięcie dominującego modelu myślenia o miastach nie sprawia, że siły progresywne i ruchy miejskie stają się właśnie ofiarami własnego sukcesu?

Nie wątpię, że po przeczytaniu zadanych przed chwilą pytań niejedna, związana z nimi osoba podważy ich założenia i stwierdzi, że rządzący częściej o zmianach mówią, niż je realizują. Odpowiedzią na ewentualne wątpliwości staje się zatem przede wszystkim kwestionowanie wiarygodności zmiany kursu i udowadnianie, że można ją dokonać dużo skuteczniej.

Problemy z tą opowieścią mają dwojaki charakter. Po pierwsze, jeśli lokalne władze nie mają za uszami jakiejś spektakularnej klapy w trakcie minionej kadencji, mają one przewagę, wynikłą z lat doświadczenia rządzenia oraz oczywistego zainteresowania mediów.

Łatwiej im dowieść, że działają w obrębie określonych ograniczeń i że muszą realizować politykę, która uwzględnia interesy różnych stron. Często zresztą jej uzasadnienie wychodzi z nieprawidłowych założeń, np. dotyczących potrzeby tworzenia polityki transportowej pod kątem potrzeb kierowców samochodów w sytuacji, gdy np. w Warszawie większość z nas porusza się transportem zbiorowym.

Prawda nas wyzwoli?

Tu jednak pojawia się drugi problem, który trapi zresztą także część środowisk liberalnych i tyczy się nie tylko szczebla lokalnego. Polega on na przyjęciu założenia, że najskuteczniejszą bronią przeciwko oponentom jest cierpliwe tłumaczenie i podawanie rzetelnych faktów. W wyniku demaskatorskiej działań podważona ma być kompetencja i wiarygodność atakowanych, a to stanowić ma z kolei pierwszy krok do wyborczego sukcesu.

Sęk w tym, że założenie to – choć niewątpliwie szlachetne – nie musi jednocześnie być skuteczne. Pojawia się bowiem pytanie o to, jak duża część elektoratu, np. w starciu z zachwytami Patryka Jakiego nad metrem w Sofii, zechce się zapoznać z całościowym działaniem lokalnego systemu transportowego i jego mankamentami.

Jeśli już jakiś jego fragment to zrobi pozostaje pytanie o to, jak duży kawałek tej grupy uczyni kolejny krok i np. uzna, że lepiej pod względem kosztowym byłoby zainwestować przede wszystkim w tramwaje i autobusy, a nie rysować kolejne, magiczne linie podziemnej kolejki na mapie.

Strategia np. Miasto Jest Nasze zdaje się mieć nadzieję, że odsetek ten jest dość spory i można mu zaproponować chociażby efekt 10 linii metra, możliwy do realizacji głównie dzięki wykorzystaniu możliwości już istniejącej sieci kolejowej w Warszawie.

Scenariusze takie, podobnie jak plany rozwoju sieci tramwajowej na Mokotowie, przedstawiony przez komitet Wygra Warszawa, są godne najwyższej pochwały z punktu widzenia promowania zielonej, zrównoważonej mobilności. Pytanie jednak, czy – jeśli przekazy progresywnych komitetów skupią się głównie na nich – nie będzie im groziło przypięcie łatki swego rodzaju „zielonych/miejskich technokratów”, proponujących złożone rozwiązania – słuszne, ale za to trudne do sprzedania w kampanii wyborczej.

Zważywszy na fakt, że pierwsze sondaże w wypadku Warszawy dają tym dwóm komitetom poparcie poniżej pięcioprocentowego progu, dającego nadzieję na reprezentację w Radzie Warszawy, a badania opinii w innych miastach wskazują najczęściej na dość sporą polaryzację między Koalicją Obywatelską a Prawem i Sprawiedliwością (którą w niektórych metropoliach, takich jak Gdańsk czy Wrocław, przełamują głównie komitety prezydenckie) – jest się nad czym zastanawiać.

Nowi konkurenci

Kwestia ta nie wydaje mi się zupełnie abstrakcyjna – kandydatów na „miejskich technokratów”, wykorzystujących w mniejszym lub większym stopniu ideę zrównoważonego rozwoju oraz wizję „miasta na ludzką skalę” może bowiem w najbliższych latach przybywać. Nie wszyscy z nich muszą wywodzić się z szeroko rozumianych środowisk progresywnych, co dodatkowo może komplikować lokalne układanki polityczne.

Najlepszym przykładem tego zjawiska wydaje się dziś Kraków. Choć badania opinii publicznej charakteryzują się tam dziś dość sporym rozstrzałem wydaje się, że jedyną osobą, mogącą choć trochę zamieszać w starciu urzędującego prezydenta, Jacka Majchrowskiego, a Małgorzatą Wasserman z Prawa i Sprawiedliwości może być Łukasz Gibała.

Były poseł Platformy Obywatelskiej, który po przejściu do Ruchu Palikota promował mocno (neo)liberalne propozycje gospodarcze. Dziś – potrafiący krytycznie spojrzeć na poczynania deweloperów lider lokalnego stowarzyszenia Logiczna Alternatywa.

W swojej książce „Kraków Nowa Energia” wciąż zdarzy mu się zacytować Margaret Thatcher (powiedzenie, że rząd nie ma własnych pieniędzy, umrze chyba dopiero wraz z naszą cywilizacją), ale na półce z jego lekturami znajdują się poza tym głównie te same książki, co u miejskich aktywistów.

Chce dużego wsparcia finansowego do wymiany pieców oraz bezpłatnej komunikacji zbiorowej. Zwiększenia roli pociągów w przewozach na terenie Krakowa oraz zmniejszenia dystansu między władzą i urzędnikami a mieszkankami i mieszkańcami. Rozwijania energetyki odnawialnej i miasta, w którym blisko do wszystkich, potrzebnych w codziennym życiu usług i urzędów.

Nawet tam, gdzie preferuje rozwiązania, wobec których można mieć nieco wątpliwości, stara się argumentować z pozycji bliskich ekopolityce czy miejskiemu aktywizmowi.

Promując swoją wizję dzielnicy biznesowej z drapaczami chmur proponuje ją jako antidotum dla obecnego status quo, w którym przestrzenie biurowe powstają bez składu i ładu, zagrażając spójności przestrzennej miasta. Wskazuje również, że taka dzielnica może być rozsadnikiem ekologicznych rozwiązań budowlanych, nie zaś przeniesionym pod Wawel warszawskim Mordorem.

Bruderszaft czy gest Kozakiewicza?

Nie chodzi tu o zachwalanie cudownego nawrócenia polityka, który do niedawna daleki był od lewicowych czy progresywnych postulatów. Konkretne zapisy jego programu w zbliżających się wyborach na prezydenta Krakowa wcale nie muszą zresztą brzmieć tak różowo jak obraz, który odmalowuje w swej książce.

Przykład Gibały jest interesujący co najmniej z dwóch powodów. Po pierwsze każe zadać pytania o to, jakie sojusze polityczne, w jakich sprawach i o jakim charakterze, jesteśmy sobie w stanie wyobrazić.

W sąsiadujących z nami Czechach najzupełniej naturalne potrafią być na przykład alianse, w których wspólne listy lokalne tworzą Zieloni, Piraci i chrześcijańscy demokraci. Nie oznacza to, że którakolwiek z tych partii rezygnuje ze swych poglądów – wychodzą one jednak z założenia, że szczebel lokalny można oddzielić od tego ogólnokrajowego i że na tym pierwszym więcej je dzieli niż łączy.

Tego typu dyskusje są nad Wisłą siłą rzeczy skażone „wojną polsko-polską” i mniej lub bardziej wyraźnie artykułowanym, szczególnie przez liberalnych publicystów, pragnieniem wspólnej listy opozycji wobec rządów Prawa i Sprawiedliwości, która tej jesieni zablokowałby przejęcie przez partię Jarosława Kaczyńskiego jak największej ilości samorządów.

Dużo bardziej chodzi o wyobrażenie sobie sytuacji, w której – mimo różnic – możliwa jest współpraca ponad podziałami i wspólny start z akceptowanym przez wszystkie strony programem (i ewentualnym zastrzeżeniem prawa do odmiennego głosowania w sprawach niezapisanych w porozumieniu), który umożliwiłby zdobycie reprezentacji w radach poszczególnych miast i dawał szansę na wpływanie na politykę lokalną.

Przestrzeń na nową politykę

Jeśli jednak poszerzanie pola współpracy odrzucić, to pojawia się kolejne pytanie – o to, w jaki sposób odróżnić się programowo od komitetu, który deklaruje podobne priorytety programowe. Wydaje się, że w tym konkretnym wypadku kluczowe staje się równorzędne podnoszenie kwestii ekologicznych i społecznych, takich jak poszerzanie dostępu do wysokiej jakości usług publicznych.

Ta równorzędność wydaje się tu kluczowa. Możliwe jest postawienie tezy, że w tegorocznych wyborach samorządowych chyba po raz pierwszy tematyka ekologiczna nie będzie mogła być (przynajmniej w dużych miastach) traktowana jako kwiatek do kożucha, ale będzie musiała być wpisana w sam środek politycznego przekazu lokalnych, lewicowych i progresywnych komitetów wyborczych.

Wspomniana równorzędność pozwoli jednocześnie odróżnić się od „nowo nawróconych” na ekologię polityków i komitetów, a jednocześnie stępić nieco (w dużej mierze wyobrażony) radykalny wizerunek, oferując wizję nowoczesnego i zarazem troskliwego miasta. Paradoksalnie może ona być bardziej całościowa niż programy kandydatów, chcących złagodzić nieco swój wizerunek osób utożsamianych z tym czy innym nurtem ideowym.

Równie ważne jest to, by wspomniana wizja nie była jedynie listą życzeń, ale by towarzyszył jej realny symbol lub symbole takiej polityki. Konkretna obietnica, umożliwiająca zgromadzenie wokół siebie ludzi i odróżnienie się od konkurentów. Ile samorządów i ich lokalnych specyfik, tyle takich lokalnych odpowiedników 500+.

Jesień prawdy

Mając to wszystko na uwadze obserwowanie kampanii i wyników wyborów samorządowych będzie w tym roku niezwykle ciekawe.

Czy elektorat po raz kolejny zainteresuje się ofertą ruchów miejskich i uwierzy w ich opowieść o miejskiej polityce bez partii politycznych? Czy życzliwszym okiem spojrzy na inicjatywy, próbujące choć trochę skleić pokiereszowaną lewą stronę sceny politycznej? A może okaże się, że na wzroście zainteresowania tworzeniem zielonych miast najbardziej skorzystają partie i komitety, które w miarę uważnie uważnie czytały odpowiednie książki i raporty?

Odpowiedzi na te pytania mogą okazać się równie ciekawe, co wyniki starcia między Platformą Obywatelską a Prawem i Sprawiedliwością.

Zdj. Fragment okładki książki „Kraków Nowa Energia”.

Czy po wrześniowych wyborach do Bundestagu niemieccy Zieloni po 12 latach wejdą do rządu? Po drodze udało im się zebrać doświadczenia na szczeblu krajów związkowych. (więcej…)

Ekonomia społeczna i solidarna ma się dobrze w Katalonii, a najbardziej w aglomeracji Barcelony. Szczególnie odkąd w ostatnich wyborach samorządowych w 2015 roku władzę w Barcelonie przejęła lewicowo-ekologiczna koalicja ruchów obywatelskich, organizacji, kooperatyw i partii – wśród których ważną rolę odegrali Zieloni – Barcelona en comú (Barcelona wspólnie), w istotny sposób zmieniając politykę miasta.

„Ekonomia społeczna i solidarna stała się po raz pierwszy w historii miasta jednym z oficjalnych filarów polityki gospodarczej samorządu” – mówił do nas Xavier Rubio, bezpośrednio podlegający członkowi władz Barcelony odpowiedzialnemu za ten sektor. „Ponieważ tradycyjna gospodarka utrzymuje i tworzy niesprawiedliwości społeczne i ekologiczne, konieczne było opracowanie nowego modelu. Nasz nowy model nosi nazwę „gospodarki mnogiej” i składa się z trzech kręgów działalności gospodarczej: klasyczna działalność biznesowa, działalność samorządu jako podmiotu gospodarczego – to 20% gospodarki Barcelony, wreszcie gospodarka społeczna i solidarna”.

Dowiedzieliśmy się też, że promocja nowych inicjatyw społecznych i solidarnych i wzmocnienie istniejących nie jest pomysłem, który wziął się znikąd. Te działania już były, tylko poprzednie ekipy ich nie wspierały. Celem nowych władz Barcelony jest „poruszenie” tych sił, które działają w sposób niestandardowy lub stawiają sobie za cel rozwiązanie problemów stworzonych przez system. Tylko w ten sposób, czyli poprzez praktykę, da się zmienić dominujący system i załagodzić jego niesprawiedliwości i patologie.

Lepiej zrozumieliśmy źródła nobilitacji obywatelskich form działalności społecznej i gospodarczej – służących interesom lokalnej społeczności i przyszłych pokoleń – gdy nasz przewodnik, Sergi Alegre Calero, Zielony wiceburmistrz podbarcelońskiego miasta El Prat Llobregat (w skrócie El Prat) zaprowadził nas do budynku przy ulicy Casp 43 w Barcelonie. Jest to siedziba siedemnastu struktur (stowarzyszeń, kooperatyw, spółek, bank etyczny…), a także czasowa siedziba wielu rodzących się prospołecznych „start- -upów”. Wszystkie te struktury, bez względu na ich formę prawną, łączy to samo pragnienie: aby ich działalność miała sens i służyła wspólnemu dobru i społeczności. Te same wartości – co robimy, dla kogo działamy i jak to robimy – stanowią wystarczające „lepidło”, aby możliwe było kolektywne współzarządzanie wynajmowanym za 5,5 tysiąca euro miesięcznie dwupiętrowym budynkiem w centrum miasta. Tylko kilka pomieszczeń jest wydzielonych, i to szklanymi, całkowicie przejrzystymi ścianami. Poza zamkniętymi ze względu na przepisy bezpieczeństwa pomieszczeniami banku etycznego FIARE oraz kilkoma salkami na zebrania, pozostałe przestrzenie są otwartymi skupiskami biurek, regałów i krzeseł, gdzie o dziwo, mimo dużej ilości pracujących osób, poziom hałasu jest ograniczony, a liczne wspólnie użytkowane przestrzenie – w tym wspólna kuchnia i jadalnia z pełnym zieleni tarasem – sprzyjają współpracy i wymianie informacji. W jednym z pomieszczeń pokazano nam miejsce, gdzie przez lata pracowała (czy działała) aktualna burmistrzyni Barcelony Ada Colau, była rzeczniczka ruchu ofiar kredytów hipotecznych Plataforma de Afectados por la Hipoteca, powstałego w wyniku masowych eksmisji po kryzysie z 2008 roku.

Jedną ze struktur mieszczących się w zwiedzanym przez nas budynku jest ECOS – grupa spółdzielni, kooperatyw i innych struktur gospodarki społecznej i solidarnej, działających w różnych sektorach. ECOS skupia 14 organizacji partnerskich zatrudniających około stu osób, prowadzących bardzo różnorodną działalność: wspieranie inicjatyw edukacyjnych, doradztwo prawne, usługi architektoniczne, ubezpieczenia, doradztwo organizacyjne i inkubator dla struktur ekonomii solidarnej, sprawiedliwy handel, spółdzielnia mieszkań socjalnych, usługi i doradztwo w zakresie zrównoważonego marketingu i komunikacji, usługi sprzątania, kurierskie, opiekuńcze, językowe, zdrowotne, dziennikarskie i inne. Jako grupa ECOS ma ok. 7200 stałych partnerów korzystających z usług struktur członkowskich.

Celem ECOS jest przede wszystkim wzmocnienie i rozwój struktur członkowskich działających na rzecz dobrobytu i dobrostanu ludzi, promujących modele działania oparte na zaufaniu, przejrzystości, demokracji, równości, samoorganizacji i solidarności, starających się umieszczać ludzi w centrum swoich działań i przyczyniać się do transformacji społecznej. Aby osiągnąć te cele, ECOS tworzy systemy wzajemnego wsparcia i wspólnego inwestowania, promuje produkty i usługi, a wraz z nimi odpowiedzialność społeczną i ekologiczną, dzielenie się doświadczeniami, wzajemną pomoc i uczenie się.

Jedną ze struktur członkowskich ECOS jest IACTA, Cooperativa d’assessorament juridic i transformacio social (spółdzielnia doradztwa prawnego i transformacji społecznej, http://iacta.coop), skupiająca szóstkę prawników-działaczy, z których pięć to kobiety.

„Prowadzimy między 300 a 400 spraw rocznie, doradzając ludziom o bardzo różnych profilach, którzy mają jedną wspólną cechę: są niewidoczni dla społeczeństwa. Osoby te zwykle nie rozumieją istoty swoich problemów i nie radzą sobie z nimi. Mogą to być na przykład imigranci albo kobiety zatrudnione jako pomoce domowe. Ponieważ w naszej pracy dostrzegamy luki i blokady prawne, których inni nie widzą, staramy się również lobbować na rzecz zmiany prawa, nie tylko rozwiązywać sytuacje pojedynczych osób” –  opowiada jedna z prawniczek z IACTA.

ECOS zarządza dwiema wyposażonymi przestrzeniami biurowymi w Barcelonie, które udostępnia strukturom ekonomii społecznej i solidarnej. W jednym z tych budynków ma swoją siedzibę XESC (Xarxa d’Economia Solidaria de Catalunya , http:// www.xes.cat) czyli katalońska sieć ekonomii solidarnej, skupiająca około 200 struktur (spółdzielni, kooperatyw, stowarzyszeń, małych firm, itp.). Podobnie jak ECOS, XESC udowadnia, że inny model gospodarki jest nie tylko konieczny i możliwy, ale już istnieje. Sieć XESC powstała w 2002 roku jako efekt wieloletniego procesu refleksji i debaty między kooperatywami katalońskimi i brazylijskimi, zapoczątkowanego w połowie lat 90. XX w. Aby być członkiem XESC, firma czy organizacja musi spełniać co najmniej 9 z 15 kryteriów, ocenianych corocznie, na skali od 1 do 5, przez niezależny zespół. Ocenie podlega nie to, jaka jest forma prawna struktury, tylko to, co firma czy organizacja robi dla zmiany społecznej (a nie tylko dla zarabiania pieniędzy), oraz jak to robi (jaką ma politykę płci, niedyskryminacji, jak organizuje handel, czy uwzględnia skutki ekologiczne, jaki ma proces podejmowania decyzji, przejrzystość etc.). XESC jest także organizatorem corocznych katalońskich targów gospodarki społecznej i solidarnej.

W zarządzanym przez Zieloną koalicję – od prawie czterdziestu lat i bez ani jednej „afery” (!)mieście El Prat odwiedziliśmy duże schronisko młodzieżowe z siedzibą fundacji Fundació Catalana de l’Esplai, największej katalońskiej organizacji organizującej czas wolny dla młodzieży w ubogich regionach. W siedzibie fundacji w El Prat pracuje ok. 200 osób, ale fundacja zatrudnia w sumie ponad 1000 pracowników. FCE pracuje aktualnie nad projektami, które mają na celu pomoc młodym ludziom w radzeniu sobie ze skutkami kryzysu w Hiszpanii, poprzez sieć pomocy i współpracy dla tysięcy młodych ludzi w Hiszpanii i Ameryce Południowej.

W San Boi, 5 km od El Prat, odwiedziliśmy siedzibę fundacji Fundació Cassià Just, znaną z marki „cuina justa” czyli „sprawiedliwa kuchnia” (http://www.fundacio-cassiajust.org). Fundacja dostarcza codziennie ok. 6 tysięcy posiłków dla szkół, instytucji i firm. Specyfiką fundacji jest to, że prawie wszyscy pracownicy (ok. 180 osób), to osoby upośledzone umysłowo i wykluczone społecznie. Sukces fundacji, beż żadnej pomocy publicznej, opiera się na tym, że jej pracownicy nie czują się upośledzeni i nie mają poczucia, że są ciężarem dla społeczeństwa. Odpowiednio przygotowani i otoczeni cierpliwą opieką, są w stanie sprostać takim samym wymogom jak inni pracownicy i działać na rzecz najważniejszego dla organizacji celu, jakim jest dostarczanie konsumentom wysokiej jakości żywności po konkurencyjnej cenie. Organizacja pracy, oparta na długim procesie przygotowania każdego nowego pracownika i powierzeniu mu rutynowych, dostosowanych do jego możliwości zadań, zapewnia fundacji stabilność, a jej pracownikom niezależność finansową i poczucie własnej godności.

Ostatnim etapem naszej wizyty śladami katalońskiej gospodarki społecznej i solidarnej był odbywający się w tym czasie w El Prat alternatywny Festival Esperanzah, gdzie obok stoisk z wyrobami kooperatyw katalońskich i z krajów Ameryki Południowej odbywały się koncerty i debaty na temat ekonomii dobra wspólnego i jej doświadczeń.

Katalonia, z ponad czterema tysiącami organizacji, kooperatyw, spółdzielni i firm działających na rzecz dobra wspólnego według zasad gospodarki społecznej i solidarnej, jest niewątpliwie wzorem, nad którym warto się pochylić. Również, a może szczególnie, w postkomunistycznej Polsce, mocno promującej przedsiębiorczość dla indywidualnego zysku – bez względu na jej konsekwencje społeczne, ekologiczne i dla przyszłych pokoleń.

El Prat de Llobregat znajduje się w sercu obszaru metropolitarnego Barcelony i delty rzeki Llobregat. Ta lokalizacja wyjaśnia główną cechę charakterystyczną miasta: wielosektorowe użycie jego terytorium. Niewiele miast na świecie, jeśli w ogóle jakiekolwiek, mieści międzynarodowe lotnisko i port, linię kolejową dla pociągów dużych prędkości, dworzec, dwie autostrady, największą infrastrukturę regulującą obieg wody (zakłady uzdatniania i odsalania wody itd.) i …chronione obszary rolnicze, mokradła i plaże z Obszarami Specjalnej Ochrony (SPA), utworzonymi na mocy unijnej Dyrektywy w sprawie ochrony siedlisk naturalnych dzikiej fauny i flory.

Ta różnorodność sposobów wykorzystania, bogactwo terenu El Prat de Llobregat, stanowiły znakomitą pożywkę dla rozwoju zielonych idei, a więc również partii zielonych, które od lat siedemdziesiątych zdobywały większość głosów we wszystkich lokalnych wyborach, czasami rządząc miastem samodzielnie, a czasami z pomocą partii socjalistycznej.

Sukces miejskich i terytorialnych polityk w zakresie ochrony środowiska, planowania i zarządzania miał kluczowe znaczenie dla działań politycznych, w których centrum znajduje się obieg wodny, podejmowanych przez wszystkie te lata przez Initiativa per Catalunya. Powodem tego jest sytuacja, jaka zaistniała w 1979 roku: rzeka stała się czarna i pozbawiona jakiegokolwiek życia, z powodu wody napływającej z domów i fabryk; plaża była ostatnią plażą w Katalonii, na której obowiązywał zakaz kąpieli; mokradła niszczały bez żadnej opieki i ochrony; obszar rolniczy zmniejszał się na skutek prywatnych i publicznych projektów, a warstwa wodonośna ulegała zasoleniu i zbliżała się do szczytu możliwości poboru wody. Poza tym ogólny plan zagospodarowania przestrzennego obszaru metropolitalnego zakładał „przeniesienie” ostatnich czterech kilometrów rzeki o sześć kilometrów na południe, aby umożliwić rozbudowę portu.

Najważniejszym zadaniem była ochrona zasobów wód podziemnych, więc po pierwsze ogłosiliśmy oficjalnie, że są one „zagrożone”, co pozwoliło nam na wprowadzenie zakazu zwiększania poboru wody przez wszelkie podmioty prywatne czy publiczne, a po drugie założyliśmy stowarzyszenie użytkowników warstw wodonośnych (pierwsze w Hiszpanii), aby uzyskać prywatno-publiczną kontrolę i dobrowolne umowy w celu zmniejszenia zużycia wody. Środki na działalność stowarzyszenia pochodzą od lokalnej publicznej spółki wodociągowej – Aigües del Prat, S.A. (1), która pobiera wodę bezpośrednio ze zbiornika podziemnego i obsługuje 65 tys. mieszkańców, setki przedsiębiorstw, lotnisko i port.

delta 2

W tym samym czasie pracowaliśmy intensywnie nad planem zagospodarowania przestrzennego, aby zapewnić warunki dla odzyskania jakości biologicznej rzeki, mokradeł i plaż. Bardzo szybko stało się jasne, ze jedynym rozwiązaniem jest zbudowanie największego w Europie zakładu uzdatniania wody, będącego w stanie oczyszczać wodę odprowadzaną przez 2 miliony ludzi i setki fabryk (w tamtym czasie całość wody wpływała bezpośrednio do rzeki a następnie na wybrzeże). Jako lokalny samorząd narzuciliśmy kilka wymogów, chociaż sam projekt musiał być inwestycją rządu centralnego:

  • zakład uzdatniania wody musiał być zbudowany, a następnie zarządzany przez instytucję publiczną;
  • musiał zawierać trzeci stopień oczyszczania wody;
  • co najmniej 20% całej oczyszczanej wody musiało być ponownie wykorzystane, aby:
  1.  zagwarantować ekologiczny poziom wody w rzece;
  2. stworzyć „barierę wodną” aby zapobiec przenikaniu wody morskiej do warstw wodonośnych (konsekwencja rozbudowy portu w latach sześćdziesiątych, która zaburzyła równowagę hydrostatyczną);
  3. zagwarantować wodę dla obszarów rolniczych;
  4. zapewnić wodę dla zastosowań alternatywnych (przemysłowych, podlewania parków i ogrodów publicznych, czyszczenia ulic itp.);
  • musiał zawierać rurociąg o długości 3,2 km od wybrzeża, w celu zapobieżenia jego skażeniu w przypadku problemów lub przerw technicznych.

Następnym krokiem po podpisaniu porozumienia było zajęcie się problemami dotyczącymi rzeki. Po pierwsze dlatego, że usytuowanie rzeki było niezbędne dla wyznaczenia lokalizacji zakładu uzdatniania, a po drugie, ponieważ ostateczne położenie rzeki miało kluczowe znaczenie dla ogólnej równowagi terytorialnej. My, Zieloni, byliśmy przeciwko jakiejkolwiek zmianie naturalnego biegu rzeki, lecz w ogólnym porozumieniu wynegocjowaliśmy ostatecznie następujące warunki dla tego projektu:

  • projekt musiał obejmować rewitalizację rzeki, tak aby mogła być użytkowana przez społeczność – nie tylko na ostatnich czterech kilometrach, ale całych dziewięciu kilometrach rzeki w granicach miasta;
  • musiał uwzględniać zakup 125 ha w celu utworzenia nowych mokradeł zarządzanych przez publiczne konsorcjum;
  • musiał być stworzony system kontroli warstw wodonośnych i rzeki;
  • musiał obejmować nawiezienie 1 mln m3 piasku dla zrównoważenia zmniejszania ilości piasku dostarczanego przez rzekę, co skutkowało przybrzeżną erozją (5-10 m każdego roku).

Inne warunki tego porozumienia były następujące: utworzenie ponad 600 ha obszarów chronionych Natura 2000 (i zakup połowy z nich przez miasto) oraz powołanie instytucji publicznej odpowiedzialnej za ochronę wszystkich terenów przyrodniczych i zarządzanie nimi.

Później ustaliliśmy też, że zbudujemy zakład odsalania, aby zapobiec dwóm zagrożeniom:

  1. sytuacji kryzysowej na obszarze metropolii w przypadku dotkliwej suszy (2);
  2. oraz realizacji gigantycznego projektu katalońskiej partii konserwatywnej (3), który zakładał dostarczanie wody z oddalonej o… 400 kilometrów rzeki Rodan we Francji, nad którą znajdują się liczne
    elektrownie atomowe, używające jej wody do chłodzenia.

Poza tym przez wszystkie te lata pracowaliśmy intensywnie na rzecz ochrony obszaru rolniczego Delty, dla której system nawadniania ma znaczenie kluczowe. Z tego powodu współpracowaliśmy ze Społecznością Użytkowników Kanału (organizacją będącą własnością wszystkich rolników, która kontroluje i reguluje system wodny Delty przez ostatnie 200 lat), wspomagając ją finansowo i naszymi zasobami ludzkimi.

Można powiedzieć, że w EL Prat znajduje się obecnie największa koncentracja infrastruktury wodnej i wszystkie instalacje są w całości w rękach publicznych i wspólnotowych, aby zapewnić model zrównoważony, społeczny i sprawiedliwy. Ma on zagwarantować odpowiednią ilość wody, jakość ekologiczną wody we wszystkich ekosystemach, zapewnić dostęp do niej dla wszystkich (sprawiedliwa cena i gwarancja usług dla osób znajdujących się w trudnej sytuacji finansowej), oraz, co jest prawdopodobnie najważniejsze, usunąć wodę z cyklu komercyjnego.

Przypisy

(1) El Prat jest jedynym miastem na obszarze metropolitalnym Barcelony, które nie jest obsługiwane przez prywatne przedsiębiorstwo – Aigües de Barcelona. Rezultat: woda jest o 30% tańsza!

(2) Średnio co 10/12 lat z powodu klimatu śródziemnomorskiego mamy do czynienia z dotkliwymi suszami, które na skutek zmian klimatu stają się obecnie jeszcze dotkliwsze, przy czym oparte na zasadach gospodarki neoliberalnej zarządzanie wodą pociąga za sobą coraz bardziej katastrofalne konsekwencje. Ostatnia miała miejsce w 2006 roku i woda do obszaru metropolitalnego Barcelony dostarczana była statkami.

(3) Katalońska Partii Konserwatywna sprawowała władzę w Katalonii przez 45 z 50 lat istnienia rządu Katalonii.

Tłumaczenie: Jan Skoczylas

Prawo i Sprawiedliwość zdobyło władzę obietnicami dowartościowania pozostawionych na uboczu polskiej transformacji ekonomicznej. Pozory egalitarnej retoryki stoją w sprzeczności z pogardą, jaką darzy „liberalne elity” oraz rzekomych „lewaków”. (więcej…)

Philippe Lamberts od lat działa na rzecz bardziej ludzkich, uczciwszych regulacji finansowych w Parlamencie Europejskim. (więcej…)

Zieloni chcą zmienić kierunek unijnej Wspólnej Polityki Rolnej (WPR) tak, by była bardziej zielona – gdyż tylko wtedy będzie ona miała przyszłość. Pilnie potrzebny jest długofalowy projekt, stojący w opozycji do wielkiego agrobiznesu. Współtworzyć powinni go ci, których najbardziej dotyczy: rolnicy. (więcej…)

Z Agnieszką Grzybek, feministką, przewodniczącą partii Zieloni, rozmawia Bartłomiej Kozek. (więcej…)