Jeszcze do niedawna Zielonym w Szwecji groziło wypadnięcie z parlamentu. Tuż przed niedzielnymi wyborami elektorat znów zaczął jednak na nich patrzeć życzliwszym okiem.
Głównym obiektem zainteresowania globalnych mediów i opinii publicznej przed wyborczym „dniem zero” 9 września był wzrost popularności prawicowych populistów – Szwedzkich Demokratów (SD). Do niedawna nawet na ich europejskiej mapie nowej prawicy wydawali się dość osamotnieni ze względu na swe dawne powiązania z lokalnymi ruchami faszystowskimi.
Normalizacja skrajności
Dziś, gdy partie i politycy tacy jak Marine Le Pen czy Wolnościowa Partia Francji przesuwają scenę polityczną na Starym Kontynencie na prawo, a niegdyś skrajne partie próbują sięgnąć po bardziej centrowy elektorat, dawne uprzedzenia tracą na sile. Najlepszym tego dowodem może być niedawne przyjęcie SD do europarlamentarnej frakcji Europejskich Konserwatystów i Reformatorów (EKR), stworzonej m.in. przez brytyjskich Torysów oraz Prawo i Sprawiedliwość.
Już 4 lata temu mocny wynik Szwedzkich Demokratów w wyborach parlamentarnych (12,9%) uniemożliwił zdobycie samodzielnej większości jednemu z dwóch bloków – czerwono-zielonemu lub „mieszczańskiemu”. W efekcie pierwszy w historii koalicyjny rząd socjaldemokratów i Zielonych musiał liczyć nie tylko na poparcie Partii Lewicy, która w ławach rządowych się nie znalazła, ale też na tolerowanie swojego istnienia i działania przez partie centroprawicowe.
Dziś wyniki SD zapowiadają się na jeszcze wyższe niż w 2014. Antyimigranckie ugrupowanie coraz rzadziej już wprawdzie prześciga socjaldemokratów w sondażach (co groziło niemałym, symbolicznym trzęsieniem ziemi w Sztokholmie), jednak 18-20% poparcia pokazuje skalę niechęci wobec dzielenia się zdobyczami szwedzkiego państwa opiekuńczego z osobami z zewnątrz.
Poza tym wynikiem oba bloki – lewicowy i prawicowy – idą ze sobą łeb w łeb. Największe partie w tych blokach – socjaldemokraci oraz Moderaci – szykują się na spadek popularności w stosunku do roku 2014. Jak wskazują publicyści spoistość tych sojuszy w porównaniu do poprzednich wyborów wydaje się słabsza, co dodatkowo komplikować będzie próby stworzenia względnie stabilnej większości parlamentarnej.
Trudne decyzje
W całej tej sytuacji odnaleźć się muszą Zieloni. Cztery lata temu z wynikiem 6,9% głosów stali się czwartą, największą partią w jednoizbowym parlamencie – Riksdagu. Wejście w skład koalicji rządowej wiązało się z poznaniem na własnej skórze trudów rządzenia i koniecznością zawierania (nierzadko niesatysfakcjonujących) kompromisów z większym koalicjantem.
Jeden z tych kompromisów niemal ich nie zabił. Jego symbolem stała się konferencja prasowa, na której reprezentująca partię polityczka i ówczesna jej współprzewodnicząca, Åsa Romson, rozpłakała się w trakcie ogłaszania rządowej decyzji o zaostrzeniu szwedzkiej polityki azylowej. Posunięcie to było reakcją na skalę kryzysu migracyjnego, którego doświadczyła w roku 2015 Europa.
Zwrot w polityce lewicowego rządu nie został – mówiąc delikatnie – przyjęty ciepło przez wielkomiejski, dobrze wykształcony elektorat który był podporą partii. Miał zresztą dokąd iść – a przykład do będącej poza rządem Partii Lewicy albo do należącej do bloku mieszczańskiego Partii Centrum, mającej silny rys proekologiczny.
Jeszcze na przełomie lipca i sierpnia prognozy nie wyglądały zbyt różowo. Głównymi, poruszającymi wyborczynie i wyborców tematami były kwestie migracji oraz przestępczości, które zdawały się napędzać sondażowe wzrosty Szwedzkich Demokratów. Inną istotną sprawą była ochrona zdrowia, kojarzona raczej z socjaldemokratami.
Druga szansa?
Upalne lato przyniosło jednak ponowne zainteresowanie kwestiami klimatycznymi – tym bardziej, że jednym z jego przejawów były pożary lasów, w gaszeniu których pomagali m.in. strażacy z Polski. Jako że Zieloni w swym politycznym przekazie i programie mocno postawili na walkę ze zmianami klimatu, elektorat postanowił spojrzeć na partię i jej postulaty nieco bardziej życzliwie.
Tym bardziej, że akurat w tej kwestii Zieloni mogli się pochwalić ważnymi – tak symbolicznymi, jak i realnymi – osiągnięciami. Ich przykładem było przyjęcie legislacji klimatycznej, wedle której do roku 2045 Szwecja stanie się krajem o zerowym bilansie emisji gazów cieplarnianych.
Obraz sytuacji dopełnia opodatkowanie lotów, ambitne finansowanie działań prośrodowiskowych czy obniżenie stawki podatku VAT na usługi naprawy, mające zachęcić do korzystania z tej opcji zamiast kupowania nowych produktów.
W efekcie od sierpnia badania opinii publicznej wskazały na wzrost poparcia Zielonych z okolic 4-procentowego progu wyborczego do przedziału 5-6%. Choć jest to mniej niż cztery lata temu i na pewno nie umożliwi utrzymania pozycji czwartej największej siły politycznej w Szwecji (głównie z powodu znaczących, prognozowanych wzrostów dla Partii Lewicy oraz Partii Centrum) to jednak szansa na odbudowę politycznej pozycji przez tę partię wydają się całkiem spore.
Lepszy klimat, lepsze życie
Co Zieloni proponują tym razem? Jak już wspomniałem w liczącym przeszło 30 stron programie na tegoroczne wybory dominacja tematyki ekologicznej widoczna jest gołym okiem. Obok priorytetów, takich jak rozwój sieci kolejowej czy podatek od importowanego mięsa ze zwierząt faszerowanych antybiotykami znalazło się jednak również miejsce na postulat skrócenia tygodnia pracy czy zwiększenie finansowania usług z zakresu zdrowia psychicznego.
Charakterystyką skandynawskiego spojrzenia na politykę jest istotne zwracanie uwagi na kwestie globalnej odpowiedzialności. W wypadku najnowszego programu wyborczego szwedzkich Zielonych oznacza to m.in. obietnicę powrotu do bardziej gościnnej polityki wobec uchodźców, ochronę Arktyki, dezinwestycje funduszy emerytalnych z przedsięwzięć w sektorze paliw kopalnych czy zakończenie procederu międzynarodowego handlu bronią.
Z ciekawszych, niestandardowych pomysłów wymienić z kolei można postulat możliwości wyższych odpisów podatkowych i niższych składek ubezpieczenia społecznego dla pracujących na obszarach z dała od większych miast, co miałoby na celu zatrzymanie odpływu osób młodych i wykształconych ze słabiej zaludnionych terenów kraju.
Znawcy programu polskiego PSL dostrzegą z kolei znany im pomysł na emeryturę bez podatku, zaś zwolennicy przenoszenia instytucji publicznych poza Warszawę zauważą pokrewny postulat bardziej równomiernego rozmieszczenia terytorialnego zatrudnienia w instytucjach rządowych. Instytucje publiczne powinny zdaniem szwedzkich Zielonych lepiej wykorzystywać również realizowane przez siebie zamówienia, wpisując w nie klauzule społeczne i ekologiczne (np. mające na celu zapobieganie wylesianiu).
Polityczne grząskie piaski
Ambitne plany? Z całą pewnością. Trudno na dziś powiedzieć, na ile uda się ich wcielanie w życie w nowej kadencji – szczególnie, jeśli blok centroprawicowy zechce choćby nieformalnie zerwać „kordon sanitarny” wokół Szwedzkich Demokratów i dzięki ich cichemu wsparciu przejąć władzę z rąk lewicy.
Z całą pewnością Zieloni w Szwecji poznali smak władzy – w tym także jego bardziej gorzkie nuty. Choć elektorat, jak już wspomniałem, zaczyna jak się zdaje patrzeć na nich cieplej, to jednak nie da się ukryć, że dla sporej części głosujących niegdyś na tę partię nie zrealizowała ona pokładanych w niej nadziei na dalsze zazielenienie socjaldemokratycznego państwa dobrobytu.
Spora część postulatów ekopolityczek i ekopolityków po drugiej stronie Bałtyku jest jak najbardziej aktualna również w polskim kontekście. Głównym pytaniem – tak tu, jak i tam – jest to, w jaki sposób przekonywać do nich w kontekście wzrostu znaczenia prawicowego populizmu i ogólnej radykalizacji postaw i stanowisk, widocznej często również po stronie szeroko pojętych zwolenników liberalnej demokracji czy – dla nieco mniej wobec nich życzliwych – obrońców status quo.
Zdj. Okładka programu szwedzkich Zielonych.
Po raz pierwszy w swej 33-letniej historii szwedzcy Zieloni (Miljöpartiet de gröna) weszli w skład koalicji rządowej, mimo dość rozczarowującego wyniku wyborczego. Czas pokaże, jak poradzą sobie w rządzie – w kontekście rosnącego ksenofobicznego populizmu oraz trudnej sytuacji politycznej w kraju.
Zieloni objęli sześć tek ministerialnych, w tym wicepremierkę. Po ponad trzech dekadach w opozycji chciałoby się powiedzieć „najwyższy czas”, zwłaszcza że większość siostrzanych partii w Europie ma już doświadczenie we współrządzeniu. Działalność partyjna ma sens wtedy, gdy ludzie nastawieni na budowanie lepszego społeczeństwa nie zadowalają się już kształtowaniem opinii, wywieraniem nacisku i lobbingiem (co też jest bardzo istotne), lecz chcą walczyć o bezpośredni udział we władzy politycznej. Logiczne jest więc, że udział w rządzie powinien być podstawowym dążeniem. Szwedzka Partia Zielonych osiągnęła ten cel, co powinno cieszyć wszystkich zwolenników.
Wynik poniżej oczekiwań
Choć wejście w skład rządu to powód do radości, jednocześnie jasnym jest, iż wynik rzędu 6,9% stanowi rozczarowanie, zwłaszcza w kontekście sukcesu w wyborach europejskich oraz sondaży, dających partii poparcie między 8 a 11%. Dlaczego Zieloni opadli z sił przed samą metą, tracąc 0,4 punktu proc. w porównaniu do wyborów z 2010 r.? Uważam, że istnieją po temu trzy główne powody.
Po pierwsze, w kampanii zabrakło dyskusji o środowisku.
Jak to się stało, że kryzys ekologiczny, z którym stykamy się na co dzień, od faszerowania naszych posiłków środkami chemicznymi po katastrofy spowodowane zmianą klimatu, nie znalazł się wśród głównych tematów debaty?
Dużą odpowiedzialność za ten stan rzeczy ponoszą media, ale nie tylko one. Problem polega na tym, że sami Zieloni nie byli w stanie zaprezentować się wystarczająco wyraziście w stosunku do oponentów, zarówno z prawej, jak i z lewej strony sceny politycznej, koncentrując się zbyt często na przysłowiowej walce z cieniami.
A może Zieloni spuścili z tonu, by nie zrazić do siebie lidera socjaldemokratów Stefana Löfvena, który nie słynie z przywiązania do ideałów ekologicznych? Jest faktem, że w większości kwestii ekologicznych Zieloni pozostają w konflikcie nie tylko z siłami konserwatywnymi, lecz również z socjaldemokratami. Jasno pokazuje to ogłoszony przed wyborami raport Szwedzkiego Towarzystwa Ochrony Przyrody na temat postępowania poszczególnych partii w kwestiach ekologii.
Trzeba pamiętać, że Zielonym trudno liczyć na sukces wyborczy w kampanii, w której środowisko nie jest jednym z głównych tematów, bez względu na to, jak wspaniałe są ich propozycje w innych obszarach, takich jak edukacja, dyskryminacja czy różnorodność.
Drugim powodem było to, że Stefan Löfven nie ma „słuchu” na zagadnienia związane ze środowiskiem. Jak pisałem, to jeden z czynników odpowiadających za to, że Zieloni stępili ostrze swojego przekazu. Poparcie Zielonych dla kandydata na premiera nieszczególnie zainteresowanego ekologią mogło wzbudzić wahania wśród wyborców, stawiających ekologię na pierwszym miejscu.
Po trzecie „kradzież głosów” przez Inicjatywę Feministyczną (FI).
Według sondaży, FI odebrała Zielonym od 1,5 do 2 puntów proc. poparcia. Decyzja o nieatakowaniu siostrzanej partii była przemyślana i słuszna, i gdyby tylko FI przekroczyła 4-procentowy próg wyborczy, gra byłaby warta świeczki. Jednakże FI do parlamentu nie weszła, przez co przychylna neutralność Zielonych poszła na marne. Pytanie brzmi, co Zieloni powinni zrobić teraz. Być może oba ugrupowania powinny poważnie rozważyć wspólny start w 2018 r.?
Wobec sukcesu ksenofobów
Nic nie wskazuje na to, by Szwedzcy Demokraci (SD) odebrali jakieś głosy Zielonym. Nie zmienia to jednak faktu, iż triumf skrajnej prawicy to poważny problem dla całego społeczeństwa i systemu demokratycznego. Na nas wszystkich spoczywa odpowiedzialność za stawienie czoła nacjonalistycznej spirali, przypominającej tę, która uderzyła m.in. w Danię. Jak się z tej odpowiedzialności wywiązać? Nie mam definitywnych odpowiedzi, jedynie parę sugestii
Konsekwentnie odmawiać jakiejkolwiek współpracy politycznej ze Szwedzkimi Demokratami, ale zawsze traktować ich poprawnie.
Kontynuować walkę przeciwko rasizmowi, ale w taki sposób, by nie dawać szeregowym wyborcom SD poczucia, że to oni są atakowani.
Opowiedzieć na zarzuty SD, głoszące, iż przyjmowanie uchodźców odbywa się kosztem szwedzkiego systemu opieki społecznej, poprzez zwrócenie uwagi na błędy w ich kalkulacjach, a zarazem rozbudowując poziom opieki, szczególnie dla tych najbardziej potrzebujących.
Przywrócić zbiorowe poczucie bezpieczeństwa. Obywatele, którzy nie obawiają się o swoje miejsca pracy i poziom życia, nie zaliczają się do wyborczej klienteli SD.
Wzmóc konkretne wysiłki na rzecz integracji społeczeństwa. Trzeba zwalczać wszelkie formy wykluczenia i nie dopuszczać do tworzenia gett, zarówno etnicznych, jak i socjalnych.
Kontynuować liberalną politykę w dziedzinie imigracji, podkreślając nie tylko humanitarny aspekt, ale też, że taka polityka na dłuższą metę wzbogaca całe społeczeństwo.
Nie obawiać się przyznania, że imigracja powoduje czasem tarcia i może być wyzwaniem dla polityki społecznej.
Ustawienie się w pozycji głównego przeciwnika SD jest dla Zielonych nie tylko moralnie właściwym, ale i rozumnym kursem. Każdy punkt ich programu jest zły. Jednak celem walki powinni być politycy SD, ich ideologia, nie zaś szeregowi wyborcy. To trudna taktyka, ale konieczna, aby uniknąć jeszcze gorszego wyniku za cztery lata.
Od protestu do współrządzenia
Szwedzcy Zieloni, podobnie jak inne partie ekopolityczne, powstali jako wyraz protestu przeciwko dominującemu porządkowi społecznemu. Po ponad trzech dekadach istnienia, w tym dwóch ostatnich jako partia parlamentarna, status Zielonych jako orędowników alternatywnej wizji społecznej nie jest już tak oczywisty. Protest przeciw establishmentowi i nadużyciom władzy, który definiował Partię Zielonych w dniach jej młodości, dziś jest w znacznym stopniu domeną prawicy.
To niemałe wyzwanie dla partii, która pomimo wszystkich dostosowań, nawet wówczas, gdy jej liderzy zaczeli nosić krawaty, nie przestała opowiadać się za zupełnie innym modelem społecznym niż konserwatyści bądź socjaldemokraci. Jak pogodzić zachowanie tożsamości opartej na proteście ze współudziałem w rządzeniu?
Zadanie nie będzie proste. Niedawno ukazała się książka Cécile Duflot, byłej minister z ramienia francuskich Zielonych w gabinecie Jeana-Marca Ayraulta (od 2012 do kwietnia 2014). To ostra ocena tego, jak zielone ideały ulegają zmiażdżeniu w trybach gry o władzę. Gdy Manuel Vals, minister spraw wewnętrznych, który wsławił się skandalicznymi komentarzami na temat Romów, został mianowany premierem w miejsce Ayraulta, Zieloni uznali, że miarka się przebrała i Duflot ustąpiła z rządu. Podobnie postapili niedawno fińscy Zieloni, którzy wyszli z rządu w proteście przeciwko decyzji o budowie kolejnego reaktora jądrowego.
Nie oznacza to, że właściwą drogą powinna być generalna odmowa wchodzenia w skład rządu. Jednak Zieloni muszą być przygotowani, by w momencie, gdy cena okazuje się za wysoka, umieć powiedzieć „Nie, dziękuję”. Jeżeli ludzie dojdą do przekonania, że Zieloni są kolejną oportunistyczną partią, której zależy wyłącznie na utrzymaniu się przy władzy, jesteśmy skończeni. Ale jak tego uniknąć? Należy wyciągnąć naukę z doświadczeń innych partii ekopolitycznych w Europie.
Granice kompromisów
Niektórzy z obecnych i byłych członków partii już zaczęli mówić o zdradzie zielonych pryncypiów. Były rzecznik partii Birger Schlaug (który odszedł już kilka lat temu) stwierdził, iż po sfinalizowaniu negocjacji koalicyjnych, skrót MP przestał oznaczać „Partię Zielonych” (MiljöPartiet), a zaczął „Partię Bez Znaczenia” (Meningslösa Partiet). Skąd tak gwałtowne reakcje?
Ma się rozumieć, iż czerwono-zielona koalicja nie będzie oznaczać radykalnej zielonej rewolucji. Przecież nikt nie może się spodziewać, że Zieloni mogą współpracować tylko z partiami, które przyjmą słowo w słowo ich program.
Choć niektóre ustalenia umowy nie mogą napawać wielkim zadowoleniem, są też wyraźnie zielone i różowe punkty. W samej deklaracji termin „środowisko” pojawia się 15 razy, a „klimat” 14 – więcej niż „praca” (13). Prócz tego należy wymienić odnawialne źródła energii (6) i „równe traktowanie” (4), podczas gdy wyświechtane socjaldemokratyczna hasła „wzrost” czy „przemysł” pojawiają się tylko raz.
Zarazem mamy takie punkty, jak zwiększone wydatki na obronność, przede wszystkim więcej samolotów JAS, co jest zwykłym marnotrawieniem funduszy. Jeżeli naprawdę sądzić, że Putin zamierza zaatakować Szwecję, to i tak za mało, aby go powstrzymać. Tak naprawdę ta decyzja to nic innego, jak poddanie się „kompleksowi przemysłowo-wojskowemu”. Jednak koalicja oznacza, że Zieloni musieli w czymś ustąpić socjaldemokratom, a że działania reżimu Putina powinny spotkać się ze zdecydowaną reakcją międzynarodową, trudno o lepszy grunt dla koncesji na rzecz koalicyjnego partnera.
Co ważniejsze, socjaldemokraci muszą w odpowiedzi pozwolić Zielonym odnieść poważne „zielone” sukcesy. To już się stało wraz z decyzją o niebudowaniu nowych elektrowni jądrowych i rozpoczęciu procesu wygaszania starych reaktorów, których czas funcjonowania dobiega końca. Aby się o tym przekonać, wystarczy tylko posłuchać głosów oburzenia ze strony koncernu Vattenfall oraz Partii Liberalnej, oraz głosów pochwalnych Szwedzkiego Towarzystwa Ochrony Środowiska. Nie mogłoby się to zdarzyć, gdyby Zieloni zdecydowali się pozostać poza rządem Löfvena – który jest przecież zwolennikiem energii nuklearnej – i tym samym wymusić jego sojusz z liberałami.
Każdy, kto przeczyta umowę koalicyjną, zobaczy, że zawiera ona kilka bardzo poważnych zielonych postulatów. Mówi np., że „kraje świata muszą zaprzestać niszczenia naszej planety”. Ponieważ niemal każdy rodzaj inwestycji zawiera destrukcyjne elementy, oznacza to radykalną zmianę podejścia do gospodarki; zerwanie z nieodpowiedzialnym kultem wzrostu za wszelką cenę.
Deklaracja mówi także: „narodowe cele ekologiczne muszą zostać spełnione”. W przedmowie zwraca się uwagę, iż w okresie rządów konserwatystów Szwecja nie wywiązała się z 14 (z ogólnej liczby 16) założeń w tej dziedzinie. Słowa te muszą zostać poparte radykalnymi działaniami, za których wdrożenie główna odpowiedzialność spoczywa na nowej minister środowiska, pełniącej jednocześnie funkcję wicepremierki Åsie Romson, ale także pozostałych członkach rządu z ramienia Zielonych.
Jeżeli uda się wywiązać z obietnic, Zieloni będą mogli stanąć przed wyborcami z podniesionym czołem. Jeżeli nie, trzeba będzie poważnie rozważyć wyjście z koalicji. Mam nadzieję, że do tego nie dojdzie. Mam nadzieję, że podobnie jak Die Grünen w Niemczech szwedzcy Zieloni będą w stanie utrzymać koalicję do końca kadencji, aby z silniejszej pozycji startować w kolejnych wyborach.
Artykuł Green Party presence in Swedish government welcomed all the same ukazał się w „Green European Journal” (Zielonym Magazynie Europejskim). Przeł. Krzysztof Pacyński.