Zwycięstwo reprezentanta partii ekopolitycznej w jednomandatowym okręgu wyborczym wciąż nie zdarza się często. Czemu w udało się to tym razem – i to w kanadyjskim Ontario?

Zieloni w Kanadzie w ostatnich latach rozpoczęli żmudny proces zdobywania swojej politycznej reprezentacji. Bardziej niż o szczebel federalny – na którym sztuka ta udała im się już w roku 2011 wyborem do parlamentu liderki Partii Zielonych Kanady, Elizabeth May – chodzi jednak o poziom poszczególnych prowincji i ich lokalnych ciał legislacyjnych.

Zaczęło się na zachodzie

Do tej pory sztuka ta udała się w trzech z nich. Szlaki przetarła Kolumbia Brytyjska, w której pierwszy deputowany wybrany został w roku 2013. Andrew Weaver został liderem formacji i postanowił wykorzystać swoją pozycję do poszerzenia zielonej reprezentacji. Sprzyjał mu w tym fakt, iż May wybrana została do parlamentu federalnego właśnie z tej prowincji.

Efekty robią wrażenie. W roku 2017 na zielonych kandydatów zagłosowało ponad 16,8% uczestniczących w wyborach. Mimo trudności, jakie małym i średnim partiom o względnie równomiernym terytorialnie rozkładzie poparcia sprawia ordynacja większościowa tym razem udało się zdobyć aż trzy mandaty na 87.

Dodajmy, że mandaty kluczowe. Rządząca przez lata prowincją centroprawicowa Partia Liberalna Kolumbii Brytyjskiej (nieafiliowana przy formacji obecnego premiera kraju, Justina Trudeau i w wielu wypadkach ideowo bliższa konserwatystom) utraciła samodzielną większość w lokalnym ciele ustawodawczym.

Na mocy porozumienia Zieloni poparli na stanowisko premiera kandydata socjaldemokratów z Nowej Partii Demokratycznej (NDP), nie wchodząc jednak w formalną koalicję i zachowując prawo do głosowania zgodnie z własnymi poglądami w kwestiach nieujętych we wspólnym dokumencie programowym.

Patrząc rządowi na ręce

Rozwiązanie to nie jest pozbawione wad, a współpraca – jak to zwykle bywa – problemów. Z drugiej jednak strony konieczność poszukiwania przez NDP porozumienia z Zielonymi już teraz wymusza na mniejszościowym rządzie socjaldemokratycznym np. bardziej twarde podejście wobec pomysłów rozbudowy ropociągu Kinder Morgan, transportującego ropę ze złóż bitumicznych w Albercie do portu nad Pacyfikiem.

Fakt, że dwie partie opowiadające się za przejściem z większościowego na proporcjonalny system wyborczy podjęły ze sobą współpracę już jesienią tego roku poskutkuje realizowanym drogą pocztową referendum, w którym mieszkanki i mieszkańcy Kolumbii Brytyjskiej odpowiedzą na pytanie, czy chcą takiej zmiany.

Jeśli większość opowie się za nią, wówczas przyszłe głosowania odbędą się w jednym z trzech, zaprezentowanych na karcie wariantów ordynacji, który uzyska największą ilość głosów.

Czas na drugie wybrzeże

Choć w pozostałych dwóch prowincjach Zieloni nie mają udziału we współrządzeniu, to jednak i tam trendy wydają się dla nich obiecujące.

W obu wypadkach – Nowego Brunszwiku (od 2014) oraz Wyspy Księcia Edwarda (od 2015, od 2017 z dwuosobową reprezentacją dzięki zwycięstwie w wyborach uzupełniających) – sporo pomogły debaty telewizyjne, do których zaproszono liderów lokalnych partii. W wypadku Kanady kwestia obecności reprezentacji Zielonych jest bardzo często obiektem sporych emocji, jako że nie ma tu jednolitych zasad ze strony konsorcjów medialnych.

Z jednej strony bronią się one argumentem, że nie mają oni reprezentacji na danym szczeblu bądź – nawet jeśli udało im się zdobyć pojedynczy mandat – nie mają charakteru oficjalnie uznanej formacji parlamentarnej. Ze strony partii pojawiają się głosy, że skoro otrzymują oni wsparcie ze środków publicznych to elektorat ma prawo wysłuchać ich argumentów i poddać je w razie potrzeby ocenie, kontroli czy krytyce.

Sprzyjające okoliczności

Argument ten padał przy okazji zakończonej niedawno kampanii w Ontario. Kampanii, w trakcie której lider Zielonych, Mike Schreiner, nie został zaproszony do debat telewizyjnych. Mimo tego – po raz pierwszy w historii prowincji – został wybrany do lokalnej legislatywy, i to z mocnym wynikiem 45% oddanych na niego głosów w okręgu.

Jakie są przyczyny tego sukcesu? Wymienić należałoby trzy.

Po pierwsze – rozkład lokalnej Partii Liberalnej. Mniej w nim zmęczenia premierostwem Justina Trudeau na szczeblu federalnym (w systemie federalnym głosy oddawane w części składowej danego państwa nie muszą odzwierciedlać dynamiki ogólnokrajowej w równie silnym stopniu co w krajach unitarnych), bardziej – 15 latami rządów Liberałów w prowincji.

Skala znużenia tymi rządami była w ostatnich tygodniach kampanii tak duża, że dotychczasowa premierka Ontario – Kathleen Wynne – otwartym tekstem powiedziała, że partia nie ma szans na kolejną kadencję. Mimo jej wysiłków nie udało jej się nawet utrzymać statusu oficjalnej formacji parlamentarnej i straciła 51 z 58 mandatów zdobytych w roku 2014 (status ten wymaga posiadania ósemki parlamentarzystów).

Po drugie – wiedza i szacunek wobec własnych, dotychczasowych i potencjalnych wyborców połączony z wyborem dobrego okręgu. Miasto Guelph, z którego wybrany został Schreiner, to ośrodek akademicki oraz wylęgarnia start-upów, upatrujących nierzadko swych szans biznesowych w ochronie środowiska. Lider Zielonych nie tylko w tym okręgu mieszkał, ale też mówił o bliskich mu sprawach i wartościach jego językiem.

Po trzecie – przekaz. Choć Zieloni w Ontario mają całościową wizję, to na potrzeby kampanii wyborczej zaprezentowano jej okrojoną wersję, w której znalazło się 9 priorytetów podzielonych na 3 rozdziały – praca, ludzie oraz planeta.

Wybór priorytetów

W pierwszej części programu przeczytamy zatem o wsparciu inwestycji w tworzenie miejsc pracy w zielonej energetyce, zwiększeniu finansowania termorenowacji przedsiębiorstw i gospodarstw domowym oraz o obniżeniu opodatkowania małych firm i organizacji pozarządowych, sfinansowanego z podwyżki stawki dla dużego biznesu.

Społeczne priorytety partii uwzględniały wymóg zagwarantowania przez deweloperów, że minimum 20% mieszkań w nowym inwestycjach będzie przystępna cenowo, zwiększenie dostępności świadczeń z zakresu zdrowia psychicznego oraz podjęcie pierwszego kroku we wprowadzaniu minimalnego dochodu gwarantowanego.

W programie pojawiły się również rzecz jasna kwestie ekologiczne, takie jak wzmocnienie ochrony prawnej środowiska (cennych gruntów rolnych, źródeł wody, terenów zielonych), wejście na ścieżkę przejścia w 100% na energetykę odnawialną oraz poprawa stanu transportu zbiorowego i przeznaczenie minimum 5% środków z budżetu transportowego na infrastrukturę pieszo-rowerową.

Tradycyjnie już pojawiły się również konkretne wskazania źródeł finansowania obietnic wyborczych oraz szacunki dotyczące ich wpływu na kondycję budżetową – praktyka, która nad Wisłą wciąż nie jest szczególnie popularna, a wśród środowisk progresywnych rodzi czasem obawy o to, że ogranicza polityczną wyobraźnię.

Wydaje się jednak, że deklarując swoje ambicje uczciwie wskazuje się na grupy, od których oczekiwać się będzie większej solidarności. Umożliwia to dużo bardziej merytoryczną (i zwyczajnie bardziej uczciwą) dyskusję na temat tego, czego oczekujemy od instytucji publicznych i jakie środki do realizacji ważnych dla nas celów jesteśmy w stanie przeznaczyć.

Granatowa fala

Zdobycie samodzielnej władzy w Ontario przez konserwatystów jest z ekopolitycznego punktu widzenia niewątpliwie czymś więcej niż tylko łyżką dziegciu w beczce miodu.

Formacja dowodzona przez Douga Forda również postawiła na prosty przekaz – tyle że skupiony na „powstrzymywaniu marnotrawienia pieniędzy podatników”. Retoryka lidera formacji, Douga Forda, nie jest antyimigrancka, dzięki czemu w przeciwieństwie do Republikanów w USA mogą oni liczyć na dużo większą życzliwość i głosy różnych mniejszości etnicznych. Skupia się ona jednak na przejściu do cięć i zaciskania pasa w usługach publicznych (innych niż infrastruktura) oraz obniżkach podatków.

Jednym z politycznych priorytetów Forda jest walka z działaniami na rzecz ograniczania emisji gazów cieplarnianych. Konserwatystom nie w smak udział prowincji w systemie handlu emisjami – poprzedni rząd Ontario powiązał go z analogicznymi inicjatywami Quebecu oraz Kalifornii. Nie chcą również zgodzić się na proponowane przez rząd federalny minimalne poziomy opłat za emisje dwutlenku węgla.

Wspomniany przykład pokazuje, że punktów spornych między nowym rządem a opozycją nie zabraknie. NDP będzie chciała umocnić swoją pozycję lidera progresywnej części sceny politycznej, Liberałowie z kolei dążyć będą do odbudowy swej pozycji. Dla Zielonych – którym udało się zdobyć mandat w okręgu reprezentowanym dotychczas właśnie przez Liberałów – będą to kolejne obok opozycji wobec posunięć ekipy Forda wyzwania.

Mają oni teraz 4 lata na pokazanie, że mają zamiar na trwałe pozostać w lokalnym parlamencie.

Zdj. Fragment okładki programu Partii Zielonych Ontario

Zielone prawybory były eksperymentem bez precedensu na szczeblu europejskim. Pozwoliły zielonym wyborczyniom i wyborcom z całego kontynentu na udział w procesie wyłaniania twarzy kampanii europarlamentarnej Europejskiej Partii Zielonych w roku 2014. Jak wyglądało to wydarzenie z perspektywy Francji, Niemiec i Hiszpanii?

„Tym razem jest inaczej”

„Tym razem jest inaczej” – to slogan, za pomocą którego Parlament Europejski wspierał ideę wiodących kandydatów, będących twarzami poszczególnych frakcji w eurowyborach. Kiedy już Jean-Claude Juncker wyminął ostatnie przeszkody, okazało się, że istotnie wygraliśmy małą, demokratyczną rewolucję. Za pięć lat, kiedy już elektorat będzie bardziej świadom władzy, jaką zyskał, paneuropejskie formacje będą musiały ponownie przedstawić swoich „szpickandydatów”. Tak wygląda budowanie instytucji w praktyce.

Większość obywatelek i obywateli UE nie jest jednak przekonanych do tego procesu – rezygnuje z głosowania albo powierza swój głos rosnącej rzeszy populistów. Niektóre partie polityczne nie przejmowały się kwestiami europejskimi i zajęły się mówieniem niemal wyłącznie z perspektywy narodowej. Bez zaprzężenia europejskich ugrupowań w proces budowy odpowiedzi na wyzwania stojące przed kontynentem pozostanie on podzielony na wierzycieli i dłużników, północ i południe, zwycięzców i przegranych globalizacji oraz wspólnego rynku.

Kolejnym krokiem w procesie budowy europejskich instytucji powinny być ponadnarodowe listy wyborcze. Raport europosła Duffa w minionej kadencji proponował, aby obok mandatów przypadających poszczególnym państwom członkowskim, wprowadzić również 25-osobową listę ogólnoeuropejską, na którą mogłyby głosować wszystkie obywatelki i obywatele Unii. Jej celem było zaproszenie wyborców i wyborczynie z całej Europy do utożsamienia się ze wspólnym projektem integracji, zamiast wykorzystywania narodowych delegacji wyłącznie do reprezentowania partykularnych interesów poszczególnych państw. Mieliśmy nadzieję, że rozwiązanie to wejdzie w życie już w wyborach w roku 2014, jednak po dziś dzień brak konsensusu w kwestii dodania tak niewielkiej liczby mandatów do PE.

Gdyby można było głosować zarówno na partie narodowe, jak i na listy europejskie, punkt ciężkości zacząłby się przenosić na ugrupowania paneuropejskie, ich oferty programowe, propozycje oraz dotychczasowe osiągnięcia. Uczynilibyśmy pierwszy krok do zmiany narracji z haseł w rodzaju „mój kraj musi dostawać od Unii więcej, niż jej daje” na to, „jakiej Europy chcemy”. Populistyczny dyskurs wiąże się z tożsamością narodową – bez przekonujących, europejskich programów tworzonych wewnątrz paneuropejskich ugrupowań nie będzie on miał naprzeciwko siebie wiarygodnej alternatywy.

Zielone prawybory w perspektywie

Pomysł na współpracę ludzi z różnych krajów, zbierających się, by działać na rzecz wspólnego celu, nie jest niczym nowym. Dowodem na możliwość jednoczesnej mobilizacji ponad granicami są ruchy antyatomowe i pacyfistyczne, europejskie inicjatywy obywatelskie takie jak „right2water” czy kampanie międzynarodowych organizacji pozarządowych. Zielone prawybory były jednak bez precedensu. Choć były projektem ponadnarodowym, kształtowany był on na różne sposoby przez kontekst i perspektywy poszczególnych krajów.

  • Niemcy
  • Niemiecki elektorat nie ma bogatego doświadczenia prawyborczego. Niemieccy Zieloni wybrali czołowe twarze swojej kampanii parlamentarnej w roku 2013 w głosowaniu wszystkich członkiń i członków ugrupowania. Frekwencja była jednak umiarkowana, a partia nie powstrzymała Merkel przed objęciem władzy na kolejną kadencję. Europejskie prawybory przytrafiły się partii wtedy, gdy bardzo poważnie zastanawiała się nad swoim kierunkiem.

    Patrząc na liczby bezwzględne, to właśnie z Niemiec nadeszło najwięcej głosów w prawyborach. Wiąże się to rzecz jasna ze stosunkowo dużą ludnością oraz liczebnością niemieckich Zielonych. Biorąc pod uwagę te uwarunkowania, inne partie należące do EPZ mogły pochwalić się lepszymi osiągnięciami. Grupy robocze ds. europejskich rozpoczęły kampanie profrekwencyjne, np. pokazując w lokalnych kołach, w jaki sposób można wziąć udział w głosowaniu.

    Dyskusje na temat korzyści z udziału w tym procesie zaczęły się jednak za późno. Brakowało komunikacji między radą EPZ, która w kwietniu 2013 r. postanowiła o przeprowadzeniu zielonych prawyborów, delegatkami i delegatami, a szeregowymi członkiniami i członkami. Choć było to cenne (i pierwsze!) doświadczenie, widać po nim wyraźnie, że następnym razem procedury dotyczące kampanii i głosowania będą musiały być opracowane wcześniej, a kwestie techniczne – uproszczone, jeśli chcemy w ten proces zaangażować więcej osób.

  • Francja
  • Również dla francuskiego elektoratu idea prawyborów jest dość nowa. Tradycyjne partie polityczne zawsze nominowały swoich kandydatów za pomocą wewnętrznych, mało przejrzystych procedur. Zmianę przyniosły wybory prezydenckie w roku 2012. Partia Europa Ekologia – Zieloni (EELV) zorganizowała głosowanie, mające na celu wybór swojego kandydata, otwarte również dla osób nienależących do partii. Okazało się ono całkiem udane – zarejestrowało się do niego 35 tysięcy osób (z czego do partii należało ok. 15 tysięcy). Wyboru dokonywano spośród czwórki kandydatów, z czego połowa nie należała do ugrupowania.

    Prawybory na kandydata na prezydenta zorganizowane jesienią 2011 r. przez Partię Socjalistyczną były całkowicie otwarte dla osób spoza tej formacji. Frekwencja była imponująca – 2.661.231 osób w pierwszej i 2.860.157 w drugiej turze – dając spore wsparcie dla kandydatury François Hollande’a. Były one uważnie śledzone przez media, towarzyszyły im debaty telewizyjne, stanowiły również istotną inspirację dla europejskich zielonych prawyborów. Uważa się, że nawet francuska prawica – UMP – zdecyduje się na podobny krok przed wyborami prezydenckimi w roku 2017.

    Zielone prawybory europejskie odbywały się tu zatem w kontekście rosnącej popularności tej idei. Choć zainteresowanie medialne było umiarkowane, to jednak towarzyszyły im raczej pozytywne komentarze – prawdopodobnie z powodu popularności jednego z kandydatów, zielonego europosła José Bové. Główną trudnością był fakt, że toczyły się tu w trakcie kampanii przed wyborami lokalnymi, które odwracały uwagę i przyczyniły się do rozczarowującej frekwencji.

  • Hiszpania
  • Prawybory to popularne słowo na hiszpańskiej scenie politycznej. Uważane są za narzędzie promowania transformacji tutejszej polityki, zapobiegające skostnieniu lokalnych elit partyjnych. Większość z założonych niedawno partii politycznych w Hiszpanii (liberalna UPyD, zielona EQUO i lewicowa Podemos) od samego początku zdecydowały się na prawybory jako sposób na wybór osób kandydujących, tworząc presję na starsze partie lewicowe (socjalistów oraz Zjednoczoną Lewicę) na obranie podobnego kierunku. Popularność prawyborów w tym kraju może tłumaczyć względnie wysoki udział głosów z niego w zielonych prawyborach (trzeci pod względem wielkości) – pomimo faktu, że tutejsza partia ekopolityczna jest niewielka, a obecność tematyki europejskiej w kampanii do PE była śladowa.

    Rzecz jasna prawybory nie dają żadnej gwarancji sukcesu. EQUO organizuje je – wraz z innymi metodami wykorzystania demokracji bezpośredniej – od swojego powstania 3 lata temu. Mimo to osiągnęła znacząco mniej sukcesów niż Podemos, gdzie od początku wiadomo było, kto je wygra. Prawybory w tej partii zainteresowały 30 tysięcy osób (w majowych wyborach zdobyła ponad milion głosów), podczas gdy w Zielonych – 3 tysiące.

    Czego nas nauczyły zielone prawybory?

    Dobrym pomysłem okazało się zaprezentowanie zielonej inicjatywy jako eksperymentu wewnątrzpartyjnej demokracji na szczeblu europejskim. Próba zaangażowania ludzi w wybór wiodących twarzy kampanii, które nie były im znajome, okazała się nie lada wyzwaniem. Ewaluacja tego procesu może być jednak cennym ćwiczeniem. Możemy spojrzeć na te prawybory jako na rozpoczęcie procesu budowy rzeczywiście ponadnarodowych struktur partyjnych, które przydadzą się nam w wypadku zaistnienia list ogólnoeuropejskich, które być może w całości będą wybierane w ten sposób.

    Zauważyliśmy szereg pozytywnych elementów tego doświadczenia, które mogą być przydatne w przyszłości:

  • Udowodniło ono, że młodzieżówka EPZ – Federacja Młodych Europejskich Zielonych (FYEG) ma solidną, wydajną strukturę kampanijną, co poświadcza wynik Ska Keller.
  • Wiele partii członkowskich ma już europejskie grupy robocze. Grupy te, np. w belgijskiej partii Ecolo, holenderskiej Zielonej Lewicy oraz niemieckiego landu Nadrenia Północna-Westfalia, już organizują wspólne wydarzenia, korzystając z geograficznej bliskości.
  • Co kilka lat EPZ powinna zwoływać kongres, na którym wybierałaby prawdziwie ponadnarodową listę kandydacką. Wiązałoby się to z szeregiem wyzwań, jak np. kwestiami finansowymi czy brakiem doświadczenia w organizacji podobnych przedsięwzięć. Aktualnie delegatki i delegaci odgrywają rolę dopiero tuż przed kongresem – musimy im dać narzędzia internetowe do tego, by działali również między zgromadzeniami. Ich doświadczenie może okazać się niezwykle cenne dla funkcjonowania partii.
  • Zielone prawybory, symbolizujące otwarcie polityki dla każdej i każdego, pokazały również skalę wyzwań związanych z harmonizowaniem bardzo różnorodnych procedur oraz struktur członkowskich w poszczególnych partiach. Widać wyraźnie, że będzie to długofalowa inwestycja, która pochłonie sporo czasu, energii i innych zasobów. Jego pomyślne rozwikłanie zależy od tego, jak bardzo szczerze zależy nam na budowie prawdziwie europejskiego ruchu politycznego.

    Artykuł The Next Democratic Revolution: From the Green Primary to European Lists ukazał się w „Green European Journal” (Zielonym Magazynie Europejskim). Przeł. Bartłomiej Kozek.