Relacja ludzkości z naturą była tematem, dostarczającym ekopolityce szeroką, materialną bazę do analizy przeszłości. Problemy z funkcjonowaniem tej relacji sprawiają, że analiza ta staje się coraz bardziej potrzebna. Filozof Pierre Charbonnier pokazuje trzy siły, kształtujące oblicze ekologii politycznej – zielony socjalizm, radykalną krytykę nowoczesności oraz elitarną technokrację. Choć ich diagnozy fundamentalnie się od siebie różnią, to od ich współpracy zależy dziś naprawdę wiele.

Zakończoną w roku 2020 dekadę można określić jako czas globalnego lenistwa w zakresie ochrony klimatu. Nasza niezdolność do transformacji systemów ekonomicznych w stronę ich funkcjonowania w obrębie ograniczeń ekosystemowych niewątpliwie definiować będzie opis początku XXI wieku.

Porażkę tę można wytłumaczyć rozziewem między istniejącymi strukturami politycznymi, nakierowanymi na konkurencyjność i produktywność (co służyć ma polityce zatrudnienia), a imperatywami środowiskowymi i klimatycznymi, wyznaczonymi przez nauki o ziemi. Lekceważenie negatywnych kosztów zewnętrznych taniej energii, umożliwiającej funkcjonowanie aktualnie funkcjonujących łańcuchów dostaw, staje się dziś niemożliwe. Co więcej – wysiłek ekonomiczny, podejmowany w celu odpowiedzi na naszą potrzebę sprawiedliwości społecznej czy materialnego dobrobytu zagraża realizacji tychże potrzeb. Naszą epokę charakteryzuje rozziew między strukturami, które odziedziczyliśmy, a tym, co rysuje się już na horyzoncie.

Staliśmy się dziś więźniami systemów technologicznych i ideologicznych, stworzonych w dużej mierze w nieistniejącym już dziś świecie obfitości i stabilnego klimatu

Świat, w którym przyjdzie nam żyć będzie fizycznie różnił się od tego, który doświadczały poprzednie pokolenia – ale mimo tego faktu spora część myślenia, kształtującego podejmowane dziś decyzje polityczne, wciąż wywodzi się z tego utraconego przez nas świata. Szczególnie tyczy się to kwestii praw własności oraz dążenia do ciągłego podnoszenia produktywności. Współczesne subiektywności, objawiające się w sferze prywatnej i napędzane technologiami indywidualnej mobilności wydają się odległe od potrzeb i możliwości dnia dzisiejszego. Świat, który rodzi się na bazie tego projektu czyni sporą jego część nieaktualną.

Część problemu tkwi w tym, iż przeszacowujemy skalę naszego uzależnienia od dotychczasowych wzorców myślenia i działania. Historia uczy nas, że opierające się na wzroście społeczeństwa nie omijają konflikty – są one bowiem produktem kruchej równowagi między nauką, technologią i polityką, w obrębie której istnieje potencjał do zaistnienia ruchu oporu wobec niej. Bezwład dużych systemów technologicznych oraz ideał postępu nie powinny być mylone z nieuchronną koleją rzeczy. Nasza relacja z przyszłością oraz narzędziami, które mogą służyć zmianom, powinna zostać na nowo przemyślana.

Jednym z problemów – zarówno politycznym, jak i intelektualnym – jest ustalenie, co dokładnie odziedziczyliśmy, co z tego warto zachować, a co odrzucić. Odpowiedź zależy od naszego punktu wyjścia. Z tego też względu ekologii politycznej ściśle towarzyszy myślenie o czasie, którego horyzont stawia na głowie kryzys klimatyczny.

Kreślenie rozwiązań

Przydatne w myśleniu o stojących przed nami wyzwaniach politycznych są co najmniej trzy perspektywy czasowe. Na poziomie długoterminowym zazielenianie społeczeństw powinno być traktowane jako przejęcie struktur, które kształtują nasze relacje z naturą. Zgodnie z tym spojrzeniem celem staje się powrót do korzeni projektu nowoczesności oraz renegocjacja naszych relacji z istotami żywymi i ze światem. W perspektywie średniookresowej, ważnej z punktu widzenia przemysłowego kapitalizmu i jego krytyków, ekologia polityczna może być postrzegana jako nowy głos na rzecz okiełznania kapitału i sprawiedliwości społecznej. Patrząc się z kolei krótkoterminowo, biorąc pod uwagę powojenne Wielkie Przyspieszenie oraz zmianę pozycji gospodarczej Azji, wizja technokratyczna kładzie nacisk na zakończenie wzrostu zużycia paliw kopalnych przez globalne supermocarstwa poprzez finansowanie dekarbonizacji sektora produkcji.

W zależności od przyjętej przez nas skali czasowej przed oczami pojawiają się nam różne polityczne imaginaria, narzędzia na rzecz zmian oraz apelujące o ich użycie ruchy. Powodzenie zielonej transformacji zależy od współpracy tych trzech projektów i ich zdolności do tego, by nie traktować siebie nawzajem z pogardą.

Najwięcej przestrzeni zajmuje dziś ta pośrednia perspektywa. Główny napęd dla politycznego podejścia do ekologii dostarczają dziś środowiska tradycyjnej lewicy, mające swoje korzenie w ruchu pracowniczym i poszukujące nowej, wielkiej opowieści po klęsce projektu lewicowo-populistycznego. Różne wersje Zielonego Nowego Ładu łączy wizja spójnej odpowiedzi sektora publicznego na wyzwania ekologiczne. ZNŁ odzwierciedla przekonanie, że moc kapitału może być ograniczona jedynie poprzez interwencje rządów, wsłuchujących się w równościowe żądania – i że żądań tych nie da się oddzielić od okiełznania opartego na paliwach kopalnych systemu ekonomicznego. Podobnie jak prawo pracy czy sieć zabezpieczeń społecznych stanowiły odpowiedź na wady przemysłowego modelu rozwojowego, tak dziś projekt socjalistyczny odpowiadać musi na szkody, jakie czynione są w środowisku.

W opublikowanym niedawno manifeście „Planeta do wygrania” (A Planet to Win) widać, że związek aktywizmu ekologicznego i socjalizmu opierać się ma na odświeżeniu tradycyjnego języka walki klasowej. Jego głównym założeniem jest to, że rosnącej niepewności ekonomicznej towarzyszy również rosnąca niestabilność ekologiczna, a konflikty związane z nierównościami ostatecznie staną się również konfliktami środowiskowymi. W czasie, gdy osoby z klasy pracującej zostały w dużej mierze przekonane przez konserwatywny neoliberalizm Trumpa czy brexitowców, którym skutecznie udało się zhakować opowieść o ochronie i społeczności (zrównywanej dziś z tożsamością), wyzwaniem staje się odzyskanie rządu dusz w tej grupie. Jasno widać, że strategia ta opiera się na dziedzictwie dziewiętnastowiecznej rewolucji przemysłowej – i że ogranicza ją dawna wiara we wzrost i rozwój przemysłowy.

Sprawiedliwość społeczna z kolei zależy dziś od resetu systemu i, za pomocą gwarancji zatrudnienia, na uniemożliwieniu szantażu ekonomicznego ze strony elit ekonomicznych

Zielony socjalizm wydaje się dziś najbardziej wiarygodną strategią polityczną w Stanach Zjednoczonych, zdobywa również przyczółki w Europie. Wiąże się ona jednak z dwoma ograniczeniami. Po pierwsze stawia ona na pewną formę etatyzmu. Wraz z przyjęciem tej wizji w wyniku zwycięstwa wyborczego żądania sprawiedliwości ekologicznej mają być realizowane poprzez regulacje oraz zmiany priorytetów inwestycyjnych. Nie należy jednak lekceważyć ryzyka oporu wobec tego typu transformacji wewnątrz aparatu państwowego, podobnie jak obaw przez reakcjami prywatnego kapitału. Wizja ta stawia nam przed oczami obraz totalnej mobilizacji, podobnej do tej, doświadczanej w okresie działań zbrojnych. Oznacza ona wypowiedzenie wojny wrogu, o którym nie wiemy nawet, czy jest wewnętrzny (przemysł paliw kopalnych) czy zewnętrzny (np. naftowe monarchie w rodzaju Arabii Saudyjskiej) – w tym drugim wypadku wymagać to może zresztą opracowania odpowiedniej polityki zagranicznej. Drugim istotnym ograniczeniem jest fakt, że podobnie jak w wypadku powojennego państwa dobrobytu opierałby się on na uprzywilejowanej pozycji Globalnej Północy wobec Południa, któremu brakuje środków na przeprowadzenie tego typu transformacji i które będzie najmocniej dotknięte przez kryzys klimatyczny.

Etatyzm i (względny) brak globalnego myślenia to dwa aspekty zielonego socjalizmu, które generują niemało nieufności i krytyki ze strony kolejnego projektu ekologicznego. Wywodzi się on z bardziej radykalnego myślenia o relacjach między społeczeństwem a naturą i stawia sobie za cel obalenie struktur, stojących za sprowadzaniem środowiska do roli czynnika produkcji. Punktem odniesienia jest tu nie kryzys społeczeństwa przemysłowego, ale początek nowoczesnego myślenia naukowego i związanego z nim odczarowania świata. W poszukiwaniu źródeł tego procesu cofamy się co najmniej do XVI wieku, a więc okresu rewolucyjnych odkryć z zakresu astronomii czy fizyki, które w centrum świata postawiły ludzki rozum. Okres ten stał się zarazem bazą dla zachodniej dominacji nad resztą świata. Krytykę tę podziela szereg pozostających na peryferiach geograficznych czy kulturowych szkół myślenia, takich jak te ze rdzennych społeczności Amazonii, Arktyki czy obu Ameryk, których relacje ze światem przyrody nie dają się wpisać w ramy przywłaszczania i eksploatacji. Podzielają ją również ruchy zrodzone z nowoczesności, chcące jednak zerwać z jej dominującymi paradygmatami. Lokalny opór przed państwową suwerennością, realizującą najczęściej cel wzrostu dobrze wpisuje się w ten model. W wypadku Francji symbolem więzi z ziemią, opierającej się na wizji radykalnej autonomii jej użytkowników i obrońców, stał się przykład Notre-Dame-des-Landes, długotrwałego obozowiska osób protestujących przeciwko budowie lotniska.

Tego typu ruchy opowiadają się dziś przeciwko suwerenności, własności oraz wyzyskowi – elementom, tworzącym fundament nowoczesności

Siła tych ruchów, wywożąca się z ich radykalizmu, jest równocześnie ich słabością. Starają się odzyskać – jedną po drugiej – wyspy autonomii, stawiając na powolne zmiany w paradygmatach kulturowych i prawnych. Wymagają sporych inwestycji na poziomie jednostkowego zaangażowania i tym samym pozostają niedostępne dla osób, które z konieczności życiowej muszą podejmować pracę na dzisiejszym, konkurencyjnym rynku pracy i nie mogą sobie pozwolić na rezygnację z korzystania z sieci zabezpieczeń społecznych. Umieszczanie walki na poziomie metafizycznym oznacza stawianie na szeroko zakrojonym horyzoncie czasowym współistnienia struktur ludzkich i naturalnych. Każda krytyka ma swoje własne tempo i rytm – w tym wypadku wydaje się ono niezwykle powolne w świetle wymogów, stawianych przez naukę o klimacie.

Trzeci poziom mobilizacji wydaje się mniej radykalną praktyką, ale za to operuje w znacznie bardziej namacalnej perspektywie czasowej. Na pat klimatyczny można patrzeć nie tylko jako efekt długotrwałych procesów, których przeszłość sięga początków współczesnej kosmologii, ani nawet jako na konsekwencję uprzemysłowienia, ale jako efekt Wielkiego Przyspieszenia. Mowa tu o zjawisku, łączącym w sobie łatwość w dostępie do energii z ropy, stworzenie technosfery, opartej na indywidualnej mobilności i masowej konsumpcji, a także instytucji państwa opiekuńczego funkcjonujących dzięki mierzeniu i wzrostowi PKB. Jego cechy charakterystyczne – ropociągi, lotniska czy nieruchomości – wskazują na to, że jest on kontrolowany przez ekonomiczną i technologiczną elitę, skupiającą się w niewielkim zestawie wielkich firm (szczególnie w sektorze energetycznym oraz agroprzemysłowym), a także w kluczowych pozycjach władzy i wiedzy, w tym w ponadnarodowych ciałach regulacyjnych, kształtujących oblicze wolnego rynku, ale też rzecz jasna również w obrębie głównych graczy geopolitycznych.

Póki żelazo jest gorące

Ruch klimatyczny wydobył na światło dzienne fakt, iż te struktury decyzyjne są zarazem bardzo potężne, ale też znacznie bardziej kruche, niż nam się wydaje. Efektywne kampanie na rzecz dezinwestycji w najbardziej destrukcyjne sektory gospodarki – szczególnie, jeśli za ich głosem decydują się iść banki centralne – są w stanie sparaliżować struktury kapitalizmu kopalnego, a tym samym nieefektywne, generujące nierówności łańcuchy dostaw, które dziś kształtują nasze życia. Wzmocnienie pozycji urzędników czy inżynierów, uwolnionych od arbitralnych ograniczeń budżetowych, może pozwolić kreować im spójną, realną transformację ekologiczną miast, systemów transportowych czy budynków. Ukształtowanie nowej praktyki władzy, która nie będzie kierować się żądaniami dalszego wzrostu, za to słuchać będzie eksperckich porad, brzmi na sensowne pragnienie. Równocześnie jest mniej romantyczne niż idealistyczne nawoływania do cywilizacyjnych zmian czy bezwarunkowej hojności wobec świata przyrody.

Test władzy będzie kolejnym, niezbędnym krokiem – prawdopodobnie mniej ekscytującym niż stworzenie nowego paradygmatu kulturowego, ale za to prostszym do szybkiego wdrożenia

Ta nowa, zielona elita nie wywodzi się z tego samego rodzaju ludzi, którzy tworzą dwa poprzednie ruchy. Zauważalne są dziś (realne bądź wyobrażone) animozje między postkolonialnymi, autonomistycznymi utopistami, eko-jakobinami spod znaku Zielonego Nowego Ładu oraz liderami technokratycznej rewolucji. Z perspektywy teoretycznej możemy przekonywać, że każdy ze wskazanych przez nich problemów należy rozwiązywać w dostosowanym do tego celu horyzoncie czasowym – niezależnie od tego, czy mówimy o kosmologicznych strukturach nowoczesności, kosztach uprzemysłowienia czy Wielkiego Przyspieszenia. Podobnie jak te trzy, wspomniane perspektywy nie stoją ze sobą koniecznie w sprzeczności, tak również stojące za nimi trzy (kontr)ruchy nie są skazane na pozostawanie w konflikcie. Muszą za to uczyć się przekonywać siebie nawzajem i tworzyć wspólną podstawę do dalszego działania.

W rzeczywistości bowiem – pomimo różnych politycznych tożsamości, taktyk czy praktyk władzy – ich obiektywne interesy są ze sobą powiązane, stanowiąc coś, co we Francji określamy mianem „schodzenia się walk”. Połączenie sił bez wątpienia będzie mieć czasowy charakter – jak jednak zauważał Machiavelli polityka jest sztuką wykorzystania odpowiedniego momentu do działania.


Artykuł „The Three Tribes of Political Ecology” ukazał się na łamach Zielonego Magazynu Europejskiego. Tłumaczenie: Bartłomiej Kozek

Zdj. Ekaterina Novitskaya / Unsplash


Jeśli podoba Ci się to, co robimy, prosimy, rozważ możliwość wsparcia Zielonych Wiadomości. Tylko dzięki Twojej pomocy będziemy w stanie nadal prowadzić stronę i wydawać papierową wersję naszego pisma.
Jeżeli /chciałabyś/chciałbyś nam pomóc, kliknij tutaj: Chcę wesprzeć Zielone Wiadomości.

 

Zieloni w Austrii odnotowali w roku 2017 poważną porażkę, kiedy po rozłamie w partii nie udało się im przekroczyć 4-procentowego progu wyborczego. Przedterminowe wybory parlamentarne – efekt skandalu korupcyjnego, który przyczynił się do upadku prawicowego rządu – były dla nich najlepsze w historii dzięki osiągnięciu poparcia na poziomie 13,9%.

Pytania, jakie musieli sobie stawiać w ostatnich miesiącach – od sposobów na trafianie tak do wielkomiejskiego, jak i wiejskiego elektoratu po tworzenie nowych koalicji wyborców – są aktualne dla zielonych i progresywnych partii w całej Europie. Bartłomiej Kozek rozmawia na ten temat z nową, zieloną posłanką, Ewą Ernst-Dziedzic.

– Bartłomiej Kozek: Dwa lata temu Zieloni wypadli z parlamentu. Teraz, obok chadeków Sebastiana Kurza (OeVP) uważani są za jednego z dwóch zwycięzców wrześniowych wyborów. Co doprowadziło do tak wielkiej zmiany?

– Ewa Ernst-Dziedzic: Po wyborach w roku 2017 startowaliśmy z bardzo niskiego poziomu. Badania opinii publicznej dają nam z reguły większe poparcie niż to, które uzyskujemy potem w dzień głosowania – mając to na uwadze mobilizacja naszego elektoratu była dla nas kwestią priorytetową. Osoby sympatyzujące z nami musiały dostać komunikat, że nie mogą uznawać przekroczenia przez nas progu wyborczego za pewnik i że muszą zagłosować, by cel ten się udał.

Ta strategia przyniosła nam sukces. Wyniki badań exit poll wskazały, że spora część elektoratu, którą w roku 2017 straciliśmy na rzecz socjaldemokratów zdecydowała się do nas powrócić. Bardziej lewicujący wyborcy byli zniechęceni flirtem centrolewicy z nastrojami antyimigranckimi. Udało się nam nawet pozyskać część dawnych wyborców OeVP, zniechęconych zwrotem chadeków w stronę neoliberalizmu, którzy docenili nasz program w kwestiach socjalnych.

Jeszcze półtora roku temu sytuacja była zupełnie inna. Dwójka Zielonych ostała się jedynie w izbie wyższej parlamentu, dysponującej znacznie mniejszymi uprawnieniami. Nie mieliśmy statusu frakcji, budżetu na działanie czy osób zatrudnionych do wsparcia pracy parlamentarnej. Jedyne, co nam zostało, to dwa małe pokoje.

– Jak zatem udało się wam odbić od dna?

– Powołaliśmy do życia stowarzyszenie osób, wspierających nasze działania parlamentarne. Pozwoliło nam ono na zatrudnienie szkieletowej ekipy, zajmującej się podstawowymi elementami naszego funkcjonowania, na przykład księgowością. Zielona fundacja polityczna straciła finansowanie budżetowe, ale dzięki oszczędzonym zawczasu pieniądzom była w stanie ruszyć z cyklem Kongresów Przyszłości. Były one szansą na przedyskutowanie scenariuszy przyszłości tak partii, jak i kraju, w gronie zainteresowanych ekopolityką ekspertów i zwykłych osób.

Zgromadzona na tych odbywających się co kwartał wydarzeniach wiedza pomogła nam przy późniejszym pisaniu programu wyborczego. Ostatnie spotkanie z tego cyklu, które odbyło się w zeszłym roku, zgromadziło około 700 osób – i to w czasie, gdy sondaże nie były dla nas szczególnie korzystne i nikt nie spodziewał się przedterminowych wyborów. Ostatnie dwa lata były dla partii powrotem do korzeni i pokazywaniem, że wizje rozwoju Austrii, które towarzyszyły jej powstawaniu 30 lat temu wciąż pozostają aktualne, szczególnie w obliczu trwającego kryzysu klimatycznego. Wniosek ten pomógł w poszerzaniu naszej bazy członkowskiej.

– Zieloni osiągali w sondażach dość wyrównany poziom poparcia w różnych częściach kraju. W jaki sposób próbujecie uniknąć łatki liberalnej partii grupującej wielkomiejską elitę?

– Zdajemy sobie sprawę z tego, że Zielonym może towarzyszyć taki stereotyp, który od czasu do czasu jest nam wyciągany. Mediom udaje się go kreować, wykorzystując nawet pojedyncze wypowiedzi czy poglądy w danym temacie. W czasie pożarów w Amazonii trafiliśmy pod ostrzał za krytykowanie opierającego się na oferowaniu tanich produktów przemysłu mięsnego. Skupiała się ona na twierdzeniu, że jesteśmy przeintelektualizowani i „oderwani od zwykłego życia”.

Tymczasem Zieloni od zawsze byli zróżnicowaną grupą. Część z nas zaangażowała się w działalność partyjną z powodu jej postulatów ekologicznych, inni – walki o prawa kobiet czy mniejszości. Jest oczywiste, że pojawiać się będą momenty, gdy w zielonym przekazie jeden z tematów będzie poruszany częściej niż pozostałe, wtedy jednak jesteśmy atakowani za to, że ponoć o nich zapominamy.

Przez lata naszej działalności politycznej przekonaliśmy się, że kwestie związane ze stanem środowiska czy szeroko pojętym zrównoważonym rozwojem – od praw zwierząt po dostęp do transportu publicznego – potrafią mobilizować ludzi, żyjących poza wielkimi miastami. W każdym rejonie kraju nasz profil polityczny jest nieco inny, mieści się jednak w wizji partii na szczeblu federalnym.

Skromny budżet na kampanię oznaczał, że zamiast billboardów nasza kampania opierać się musiała na ulotkach, mediach społecznościowych i odrobinie kreatywności. Wiązało się to siłą rzeczy z wychodzeniem na ulicę i rozmawianiem z ludźmi. W tego typu okolicznościach trudno było twierdzić, że jesteśmy oderwani od zwykłego życia. Naszym kluczowym przekazem do potencjalnych wyborców było udowadnianie, że kluczowa, stojąca przeze nami transformacja ekologiczna wymaga progresywnych rozwiązań w polityce społecznej i ekonomicznej.

– Jakimi osiągnięciami mogliście się pochwalić, uczestnicząc w rządzeniu na poziomie regionalnym?

– Pierwszą koalicję na tym szczeblu zawarliśmy z chadekami w Górnej Austrii – pozwoliła nam ona na zwiększenie ilości miejsc w żłobkach. Kiedy OeVP po kolejnych wyborach zdecydowało się tam na zmianę koalicjanta i sprzymierzyło się ze skrajnie prawicową Wolnościową Partią Austrii (FPOe) opłaty za żłobki wzrosły, a wiele z dotychczasowych sukcesów w zapewnianiu kobietom równych praw na rynku pracy zostało zaprzepaszczonych. Pokazuje to, jaką różnicę potrafią robić Zieloni, kiedy są u władzy.

W wypadku czerwono-zielonej koalicji w Wiedniu wielkim sukcesem okazało się wprowadzenie biletu rocznego na komunikację miejską, kosztującego 365 euro. Inicjatywa ta zwiększyła oczekiwanie co do dalszego inwestowania przez miasto w transport publiczny. Wiedeń poszczycić się może również najwyższym w kraju poziomem lokalnego zasiłku na dziecko, co pozwala na walkę z ubóstwem wśród najmłodszych. Dzięki Zielonym we władzach miasta poszerza ono swoją sieć rowerową i tworzy nowe przestrzenie publiczne na terenach zarezerwowanych do tej pory na ruch samochodowy. Drobne zmiany – od inwestowania w parki po sadzenie drzew owocowych i stawianie syfonów – pozwalają na tworzenie lepszego miasta z niższymi poziomami zanieczyszczeń powietrza i wyższą jakością życia nawet w obliczu zmian klimatu.

– Czy koalicja chadeków Sebastiana Kurza z prawicowymi populistami z OeVP pomogła Zielonym w odzyskiwaniu zaufania elektoratu?

– Jeszcze w trakcie kampanii przedwyborczej większość Austriaków uważała, że powrót do wspomnianej koalicji byłby dla naszego kraju najlepszym scenariuszem – i to mimo skali skandalu, jakim było opublikowanie taśm z szemranymi interesami wierchuszki FPOe na Ibizie. Kurzowi udało się wręcz przedstawić samego siebie jako ofiarę swoich prawicowych koalicjantów. Wolnościowcy starali się ograniczyć szkody, jakie nagrania mogły poczynić w elektoracie – i to z pewnym sukcesem, bowiem ich poparcie spadło jedynie z 20,5% w roku 2017 do 16,2% w 2019.

Znaczna część elektoratu czuła, że koalicyjny rząd OeVP-FPOe cofał nas w kwestii postępu społecznego. Rząd Kurza usiłował uniknąć kontroli ze strony parlamentu, a na dodatek obrał neoliberalny, wspierany przez bogatych sponsorów kurs. Poszczególne elementy sieci zabezpieczeń społecznych zaczęły być demontowane pod pretekstem ich nadużywania przez imigrantów. Maksymalna długość dnia pracy została wydłużona do 12 godzin dziennie i 60 godzin tygodniowo. Było to szczególnie niekorzystne dla kobiet, zmuszanych bądź to do pracy na pół etatu (i tym samym do godzenia się z niższymi zarobkami) albo wzięcia na siebie większej ilości godzin. Cięcia dotknęły zresztą również finansowanie dla grup, zajmujących się ochroną praw kobiet.

W parlamencie brakowało opozycji, która uznawana by była za wiarygodną. Zielonych pamiętano jako ludzi, którzy wiedzą, o czym mówią. Socjaldemokraci jeszcze do niedawna byli częścią wielkiej koalicji z chadekami i ciągle zdawali się przeżywać utratę kanclerskiego fotela. Liberałowie z partii NEOS z kolei zachowywali się, jakby sami chcieli wejść do kolejnego rządu.

– Jakie było podejście ekipy Kurza do kwestii europejskich? Czy tematyka unijna pojawiła się w szerszym zakresie w trakcie kampanii wyborczej?

– Podejścia tamtego rządu nie da się określić inaczej niż jako reakcyjne i autorytarne. Nie było dziełem przypadku, że na scenie europejskiej jego sojusznikami były rząd Węgier i Polski czy Matteo Salvini, który z ramienia prawicowo-populistycznej Ligi piastował wówczas stanowisko wicepremiera Włoch. Kurz i jego ówcześni wolnościowi sojusznicy z FPOe widzą wprawdzie Austrię jako część Unii Europejskiej, ale ich wizja UE to luźny sojusz państw, realizujących swoje własne postulaty i interesy. Bardzo potrzebujemy innej wizji Europy, opartej na zauważeniu faktu, że żaden kraj nie jest wyspą w obliczu takich międzynarodowych wyzwań, jak zmiany klimatu czy polityka azylowa.

– Jakie tematy były kluczowe w kampanii Zielonych? W jaki sposób łączyliście kwestie ekologiczne, takie jak kryzys klimatyczny, z postulatami społecznymi?

– W trakcie kampanii przypominaliśmy o tym, że wyzwanie klimatyczne jest również kwestią sprawiedliwości społecznej, które dotyka również osoby z grup defaworyzowanych. Przez ostatnie dwa lata poświęciliśmy dużo czasu na podkreślanie tych powiązań. W kwestiach związanych z prawami człowieka i polityką społeczną naszym celem jest odwrócenie reform, ograniczających dostęp do wsparcia socjalnego. Inwestycje publiczne, szczególnie te infrastrukturalne, muszą zostać przekierowane na przyjazne dla środowiska projekty. System podatkowy musi się zmienić, uwzględniając zasady społecznej i ekologicznej reformy fiskalnej. Potrzebne są również poważne zmiany na terenach wiejskich – to bowiem niepojęte, że w kraju tak bogatym jak Austria wciąż mamy wioski, pozbawione dostępu do przyzwoitego połączenia internetowego czy transportu publicznego.

Naszymi trzema głównymi tematami kampanii był klimat, korupcja i sprawiedliwość społeczna. Były to kwestie, które dominowały zresztą w debacie publicznej. Kwestie klimatyczne stały się palące dzięki ruchowi Fridays for Future (Piątki dla klimatu) oraz wrześniowemu szczytowi w Nowym Jorku, który miał miejsce tuż przed wyborami. Jako że ich przyczyną była afera korupcyjna ciężko było zapomnieć o domaganiu się większej przejrzystości w polityce czy potrzebie wzmocnienia demokratycznej kontroli nad działaniami rządu.

– Jakie zagrożenia czy wyzwania stoją przez Zielonymi w Austrii w najbliższych latach?

Jako że ekologia staje się palącym tematem aktualnych dyskusji jesteśmy w stanie pozyskiwać wyborców z różnych stron sceny politycznej – w tym również takich, którzy zgadzają się z nami jedynie w kwestii ochrony środowiska. To dla nas zarówno szansa, jak i wyzwanie – chcemy bowiem prezentować wizję polityczną, która będzie w stanie przyciągać zarówno świadomych wyzwań ekologicznych chadeków, jak i lewicowych wyborców sceptycznych wobec koalicji Zielonych i prawicy, takich jak w Tyrolu. Odbudowa partyjnych struktur oraz znalezienie złotego środka między regionalnymi różnicami a spójnością na szczeblu krajowym, będzie zatem dla nas niezwykle ważna.


Artykuł The Austrian Greens Make Their Comeback ukazał się na łamach Zielonego Magazynu Europejskiego.


Jeśli podoba Ci się to, co robimy, prosimy, rozważ możliwość wsparcia Zielonych Wiadomości. Tylko dzięki Twojej pomocy będziemy w stanie nadal prowadzić stronę i wydawać papierową wersję naszego pisma.
Jeżeli /chciałabyś/chciałbyś nam pomóc, kliknij tutaj: Chcę wesprzeć Zielone Wiadomości.

Dyskurs zielonej polityki ciągle zawieszony jest między słownikiem używanym przez główny nurt polityki i swoim własnym językiem. Tego napięcia między starym a nowym nigdzie nie widać wyraźniej niż w przypadku kwestii związanych z transformacją energetyczną i ochroną klimatu. (więcej…)

Trudno jest pisać historię nadal żywego ruchu. Nowoczesna zielona polityka liczy sobie – jeśli za jej początek uznać wydarzenia pamiętnego roku 1968 – czterdzieści pięć lat. W tym czasie rozliczne ruchy społeczne wykrystalizowały swoje pozycje polityczne i zdecydowały się współdziałać. Historia Zielonych zbiega się tu z historią społeczeństw, zniecierpliwionych ślepym materializmem, nieliczącym się z ludźmi i ich potrzebą samostanowienia. Ruchy feministyczne, ekologiczne, sprawiedliwości społecznej (zarówno w skali międzynarodowej, jak i lokalnej), mniejszości wszelkiego rodzaju nauczyły się od siebie bardzo wiele.

Dziś Zieloni w wielu krajach stanowią poważne siły polityczne, które nie boją się brać odpowiedzialności za otaczającą ich rzeczywistość. Nierzadko partie te stykały się z koniecznością podejmowania trudnych wyborów i godzenia się z daleko posuniętymi kompromisami. Mimo to tam, gdzie Zieloni są liczącymi się graczami, ludziom żyje się lepiej. Poniżej subiektywny przegląd przełomowych dla Zielonych wydarzeń – jak i informacje o tym, co z tego wynikło:

1972 – Powstaje pierwsza grupa uznana za zieloną partię polityczną – Zjednoczona Grupa Tasmańska, walcząca z niszczącymi środowisko projektami hydrologicznymi. Jednym z jej najważniejszych liderów był Bob Brown – do 2012 r. był szefem i jednym z pięciu senatorów Zielonych w Australii, trzeciej największej siły politycznej kraju. W jego rodzimej Tasmanii w wyborach stanowych w 2006 r. Zieloni otrzymali 21,6% głosów.

W tym samym roku powstała też nowozelandzka Partia Wartości, która następnie przekształciła się w Partię Zielonych. Dzięki zmianie ordynacji wyborczej z większościowej na mieszaną ma dziś 14 osób w liczącym 122 reprezentantów parlamencie tego kraju, będąc trzecią siłą Nowej Zelandii.

1973 – Pierwsza zielona partia ekologiczna w Europie – Partia Ekologii, z której wyrosły dzisiejsze partie: Partia Zielonych Anglii i Walii, Szkocka Partia Zielonych oraz Partia Zielonych w Irlandii Północnej. W wyborach do parlamentu europejskiego w 1989 r. jako Partia Zielonych (jeszcze przed podziałem na trzy partie) otrzymała 15% głosów, jednak z powodu dyskryminującej ordynacji większościowej nie zdobyła ani jednego mandatu. Sztuka ta udała się dopiero po reformie prawa wyborczego w 1999 r., kiedy to dwie zielone eurodeputowane – zajmująca się prawami człowieka Caroline Lucas oraz specjalistka od praw pracowniczych i polityki społecznej Jean Lambert zostały wybrane do Europarlamentu (partia zdobyła wówczas 6,3% głosów).

Dziś partia kierowana przez dziennikarkę Natalie Bennett ma swoje reprezentantki w Izbie Gmin (Caroline Lucas) oraz Izbie Lordów (Jenny Jones), a także ponad 200 radnych we władzach samorządowych, zajmujących się takimi tematami, jak ograniczenie prędkości na drogach, zapewnienie darmowej termoizolacji, posiłków w szkołach i płacy wystarczającej do godnego życia. W mieście Brighton Zieloni tworzą pierwszy w kraju zielony zarząd miasta.

1983 – najsłynniejsi na świecie Zieloni – niemieccy – po raz pierwszy wchodzą do Bundestagu, zdobywając 5,6% głosów i 27 miejsc w parlamencie. Z początku wielu z nich szokuje alternatywnym sposobem ubierania się, z czasem jednak dają się poznać jako obrońcy pokoju (weszli do parlamentu na fali protestów przeciwko nowym amerykańskim instalacjom rakietowym), wysokich standardów społecznych i ekologicznych, a także praw konsumenckich.

1984 – pierwsi Zieloni wchodzą do Parlamentu Europejskiego – siódemka osób z Niemiec, dwójka z Belgii i dwójka z Holandii. Wraz z partiami regionalistycznymi tworzą Grupę Tęczową, która w kolejnych latach zmieni się w grupę Zielonych/Wolnego Sojuszu Europejskiego. W jej ramach Zieloni organizują m.in. pierwszą w historii europarlamentu konferencje poświęconą prostytucji, wspierają opozycję demokratyczną za żelazną kurtyną, a także działają na rzecz poprawy jakości spożywanej żywności i rozszerzeniu wiedzy na temat zmian klimatycznych. Największą liczebność – 48 posłów na 626 – grupa miała w kadencji 1999–2004. Obecnie jest ona czwartą pod względem liczebności grupą polityczna po chadekach, socjalistach i liberałach.

1995 – Liga Zielonych w Finlandii – wchodzi do koalicji rządowej firmowanej przez socjaldemokratów. Otrzymują tam m.in. stanowisko ministra środowiska i pomocy rozwojowej. Rezygnują z udziału w niej w 2002 r., kiedy rząd zaczyna forsować program rozwoju energetyki nuklearnej. Do władzy wracają w r. 2007, kiedy w rządzie razem z konserwatystami, centrystami i mniejszością szwedzką otrzymują ministerstwa pracy i sprawiedliwości, skupiając się na kształtowaniu polityki społecznej rządu. Liga Zielonych pokazuje, że realizacja zasad zielonej polityki możliwa jest zarówno w różnorodnych konfiguracjach koalicyjnych. W ostatnich latach model centroprawicowej koalicji był – z różnymi skutkami – testowany przez formacje Zielonych w Irlandii i w Czechach, a także – na szczeblu regionalnym – w niemieckim Hamburgu. W lokalnych wyborach w Helsinkach w 2008 r. Liga Zielonych otrzymuje 23,5% głosów i staje się drugą po konserwatystach siłą polityczną w radzie miasta. 4 lata później, mimo spadku poparcia, nadal utrzymuje tę pozycję.

1998 – Zieloni/Sojusz’90 wchodzą w koalicję z Socjaldemokratyczną Partią Niemiec, aż do 2005 r. tworząc czerwono-zieloną koalicję. W jej obrębie udało się wprowadzić przełomowe decyzje stymulujące powstanie nowoczesnych zielonych miejsc pracy, np. w sektorze energetyki i budownictwa. Sektor energetyki odnawialnej zatrudnia dziś prawie 400 tysięcy osób – dwukrotnie więcej niż konwencjonalnej. Dodatkowo uzyskano obietnicę stopniowego wygaszenia elektrowni jądrowych i przestawienie się na produkcję energii ze źródeł odnawialnych. Wiele kontrowersji wzbudziła jednak postawa partii w stosunku do wojny w Afganistanie – zgoda na wysłanie tam żołnierzy Bundeswehry spowodowała głęboki kryzys w partii. Formacja ta głośno protestowała przeciwko amerykańskiej inwazji na Irak. W wyborach do parlamentu krajowego i europejskiego w roku 2009 promowała się hasłem „WUMS – Für Ein Besseres Europa”. Skrót ten oznacza skupienie się na kwestiach zielonej gospodarki (Wirtschaft), środowiska (Umwelt), ludzi (Menschlisch) i Europy Społecznej (Sozial). W r. 2011, na fali niepokoju po katastrofie w Fukushimie, po raz pierwszy zdobywają władzę na poziomie landowym jako silniejszy partner koalicyjny, wchodząc w alians z socjaldemokratami w Badenii-Wirtembergii.

W kolejnych latach Zieloni wchodzą i współtworzą gabinety m.in. w Belgii, Francji i Włoszech.

2003 – Wokół Grupy Referendalnej „Zieloni” krystalizują się w Polsce Zieloni 2004. Partia skupia ludzi działających w ruchach społecznych, zniesmaczonych polityką Sojuszu Lewicy Demokratycznej i Unii Pracy, oznaczającej m.in. udział w agresji na Irak, uległą politykę wobec kościoła katolickiego w kwestiach aborcji i mniejszości seksualnych czy likwidację Funduszu Alimentacyjnego. Pierwszymi przewodniczącymi zostali Jacek Bożek, założyciel Klubu „Gaja”, oraz Magdalena Mosiewicz, działaczka ekologiczna i feministyczna. Partia wprowadziła na stanowiskach funkcyjnych parytet kobiet i mężczyzn. Przez lata prowadzi działania związane z pokojem, zrównoważonym rozwojem, wysoką jakością żywności i równym statusem kobiet i mężczyzn. Sporym zainteresowaniem medialnym cieszyły się wiece w obronie Konstytucji w r. 2005 i działania związane z obroną doliny Rospudy. W r. 2010 Zieloni zdobyli swoich pierwszych radnych w Warszawie, Opolu, Kątach Wrocławskich oraz sejmiku śląskim i zachodniopomorskim. Po dziesięciu latach działalności planuje ona samodzielny start w wyborach do Parlamentu Europejskiego w roku 2014.

2006 – przełomowy rok dla zielonej polityki w Europie Środkowej. Do parlamentu wchodzą Zieloni w Republice Czeskiej, uzyskując wcześniej wsparcie Václava Havla. Idąc pod hasłem jakości życia, zdobywają 6,3% głosów i 6 na 200 miejsc w izbie niższej czeskiego parlamentu. W rozchwianej politycznie izbie decydują się na alians z konserwatystami i chadekami, za co otrzymują cztery ministerstwa: środowiska, edukacji, spraw zagranicznych oraz praw człowieka. W rok po Czechach swoich reprezentantów do lokalnego parlamentu wprowadzają Estońscy Zieloni. Obie partie wypadają z parlamentu, w 2010 r. wchodzi do niego węgierska partia Polityka Może Być Inna (LMP), uzyskując jak do tej pory najlepszy wynik partii ekopolitycznej w regionie – 7,5%. W roku 2012 pierwsi reprezentanci Zielonych pojawili się w parlamentach Serbii oraz Litwy.

Warto wspomnieć, że jest to druga fala rozwoju partii ekologicznych w regionie – w latach 90. XX wieku partie Zielonych miały swoją polityczną reprezentację m.in. w parlamentach Ukrainy i Estonii. Jedyną partią z tej fali, która nadal ma istotne znaczenie w życiu politycznym swego kraju, są Zieloni z Łotwy, którzy w r. 1993 jako pierwsi na świecie stali się członkami ówczesnej koalicji rządowej i którzy dziś startują w wyborach wraz z Łotewskim Związkiem Rolników.

2010 – dwa ważne wydarzenia w rozwoju zielonej polityki w Ameryce Południowej. Wiosną Antanas Mockus, były burmistrz Bogoty, przechodzi do drugiej tury wyborów prezydenckich, zdobywając 21,5% głosów. W drugiej turze udaje mu się ich zdobyć 27,5%. Jesienią Zieloni cieszą się w Brazylii – ich kandydatka, była ministra środowiska, walcząca z latyfundystami w obronie dziewiczej przyrody Amazonii Marina Silva z wynikiem 19,3% zajmuje trzecie miejsce. W stolicy kraju – Brasilii – udaje jej się nawet pokonać zarówno obecną prezydentkę Dilmę Rousseff, jak i kandydata prawicy Josego Serrę.

W sytuacji dużego spersonalizowania polityki w tym regionie świata ekopolityka ma tam nieco pod górkę. Choć w obu krajach Zielonym udaje się zdobyć reprezentację parlamentarną (w Brazylii przez krótki czas weszli nawet do lewicowego rządu), to jednak tak Mockus, jak i Silva zdystansowali się od nich. W obliczu dużego ideowego fermentu i sporów między nastawioną na wzrost gospodarczy kosztem środowiska częścią lewicy, neoliberalną prawicą, wielkomiejskim elektoratem oraz ważnymi w wielu krajach regionu ruchami politycznymi rdzennej ludności kontynentu znalezienie trwałego miejsca na politycznej scenie będzie dla nich nie lada zadaniem.