Przez ostatnie trzydzieści lat używaliśmy zarządzania strategicznego do rozboju. Udało się. Teraz użyjmy do odnowy, odbudowy i zielonej przyszłości. Też się może udać.

1983.

Studiowałam zarządzanie w Szwecji, na Uniwersytecie w Lund, na ostatnim roku odbywaliśmy praktyki w firmach. Trafiłam do działu personalnego, gdzie troszkę się uczyłam, ale jak chyba każdy praktykant świata, niezależnie od miejsca i czasu, zajmowałam się głównie szredowaniem dokumentów. Student praktykant to bowiem najmniej ważna postać w każdej firmie, jak wtedy mawialiśmy z kolegami, „mniej niż szreder”. To były jednak takie czasy i takie miejsce, gdzie praktykantowi uczciwie płacono. I w ogóle było mi dobrze na praktyce, podobnie jak większości kolegów, żyło mi się dostatnio.

„Nasza firma jest zamożna”, mawiał mój szef, „nie oszczędzamy na pracownikach”. Wskazywał materiały biurowe, ciastka, kawę, mówił: „Proszę, bierz sobie zeszyt, długopis, częstuj się ciastkiem, kseruj sobie, co ci się przyda na studiach”. Szef spytał też pewnego pięknego dnia, czy nie potrzebuję przypadkiem biletu miesięcznego. Potrzebowałam. Natychmiast znalazł się dla mnie bilet, i to na wszystkie linie regionalnych pociągów i autobusów. W mojej świadomości królował wtedy obraz wyniesiony ze studiów i z doświadczeń – korporacja raczej nudna, ale hojna, dostatnia; dom, gdzie każdy się ogrzeje i posili. Korporacji nie da się zaskoczyć, bo jak świetny szachista ma plan na każdą ewentualność, zawsze w odwodzie wyjście, zawsze w zapasie zasoby. Wiedziałam ze studiów, że na tym właśnie polega zarządzanie strategiczne. Szanowałam.

1990.

Zarządzanie zrobiło się modne, szefowie przestali być miłymi nudziarzami spędzającymi czas w wytłumionych od dźwięków gabinetach (i hulającymi troszkę miśkowato po polach golfowych w wolnym czasie) i zmienili się w supergwiazdy na okładkach kolorowych pism. Wyzywająco patrzyli w twarz czytelnikom, niczym sam Marlon Brando (aczkolwiek często mniej urokliwie). Były wczesne lata transformacji w Polsce i siedziałam na szkoleniu z nowoczesnych metod zarządzania. Siedziałam w roli badaczki. Konsultant, brytyjski Polonus, prowadził szkolenie dla doświadczonych polskich dyrektorów, siedzących jak ciche baranki w ławkach, i rozprawiał o tym, że można zaoszczędzić parę groszy na każdym produkcie opakowanym w papier, a nie, jak dotąd, w kartonik. Gdy to się zsumuje w tysiące, setki tysięcy, to oszczędność jest gigantyczna. Słuchałam bez sympatii. No bo jak to? To nie może być serio. Korporacja to arystokracja, to gest, to szczodrość. Jakże to tak, oszczędzać na klientach, żałować im? To musi być jakaś pomyłka, to się nie przyjmie. Na podstawie swoich badań napisałam tekst traktujący o mizerii tej zarządzaniowej krucjaty. O tym, jak chytrzy i skąpi cwaniacy z Zachodu próbują uczyć starych, doświadczonych szefów z Europy Wschodniej, jak zarządzać, oferując im tanie świecidełka w zamian za wszystko, co mieli najcenniejszego. Nie pojęłam, że to też jest strategia.

2019.

Wielka Brytania. Wszystko jest wyśrubowane do obłędu, do bólu. Nie ma nigdzie żadnego luzu, wszystko działa na ostatnim tchu, na pych. Wszystkiego zawsze brakuje, materiały zużyte, narzędzia ledwie dyszą, czas przebukowany aż trzeszczy. Tylko ludzie są w tym systemie elastyczni, coraz częściej pozbawieni nawet etatów, muszą dokonywać bardzo daleko posuniętych poświęceń, by życie codzienne jakoś się toczyło. Wszystko jest just-in-time, nie ma zapasów. Gdy sprekaryzowany maszynista zachoruje tak ciężko, że nie da rady zwlec się do pracy, pociąg nie pojedzie. Gdy „samozatrudniony” rozwoziciel zakupów ugrzęźnie w korku, zablokuje się cały plan rozwozu i nie ma komu nawet go przeprogramować. Niepełnosprawna, która zamówiła dostawę ze spożywczaka, na próżno wydzwania z pytaniami pod podany w zamówieniu numer. Tam nikt nie wie, co się dzieje. Gdy w budynku, gdzie mieszkasz, jest awaria ciepłej wody, trzeba dzwonić do call centeru w najlepszym razie w innej części kraju, a prawdopodobnie w Indiach (bo firma tak może zaoszczędzić dodatkowy ułamek grosika). Nikt, z kim rozmawiasz, nie wie, o co chodzi. Trzeba wszystko tłumaczyć od nowa za każdym razem, gdy po odstaniu kosztownej telefonicznej kolejki wreszcie udaje się z kimś porozmawiać. Osoba, z którą rozmawiasz, nie wie, że awaria jest w całym budynku, i traktuje zgłoszenie jak indywidualny problem dzwoniącego „klienta”. Obiecuje wysłać „inżyniera”, czyli sprekaryzowanego, zestresowanego do szaleństwa hydraulika. Już za tydzień. O której godzinie? Nie wiadomo. Że nie wolno ci się zwolnić z pracy na cały dzień? „No, ale co ja na to poradzę?”.

No, faktycznie – co? Człowiek, z którym rozmawiasz, nie widział dzieci od wielu miesięcy, bo gdy wraca do domu, one dawno śpią. W głowie huczy mu bezustannie od bezsensownych rozmów z ludźmi z obcego kraju, którzy czegoś od niego chcą, krzyczą na niego w sprawach osiedla, którego nigdy nie widział na oczy. Możemy go ocenić na skali od 1 do 5 w nieodłącznej ankiecie telefonicznej po zakończeniu rozmowy. Odreagować frustrację, wlepić pałę, człowiekowi pewno polecą po wypłacie. Kto ponosi za to odpowiedzialność? A co to takiego? Czy wyniknie z tego poprawa usług? No nie, przecież to by za drogo kosztowało („klienta”, czyli ciebie). Co jeszcze? „Inżynier” dojechał koło północy, bo urwało mu się koło – drogi dziurawe, miesiącami pozastawiane ogrodzeniami głoszącymi „udoskonalenia”. Był szary na twarzy. Powiedział, że awaria i nie da się naprawić w twoim mieszkaniu, bo pochodzi od czegoś większego, gdzieś dalej. Gdy szukasz informacji na stronie zoutsource’owanej firmy, która zajmuje się na twoim osiedlu naprawami, noszącej jakąś przefajną nazwę – dajmy na to, Radosne Życie – natrafiasz na strategię, a także wizję korporacyjną opartą na zasadach: „równość, różnorodność, inkluzja”. Firma zapewnia, że ma do tych zasad pasję i że strategia ta jest realizowana we wszystkich jej działaniach. Ale to chyba nie jest prawdziwa strategia, to jakiś żałosny blef. Na stronie widnieją obrazy roześmianych ekstatycznie osób. Już się do tego przyzwyczaiłeś, wszystkie reklamy od wielu lat szczerzą do ciebie zęby.

Co łączy te trzy przykłady? Strategia. We wszystkich przypadkach w centrum uwagi jest zarządzanie strategiczne. W pierwszym przykładzie jest to strategia, o jakiej pisano na podstawie badań naukowych. Tacy wybitni badacze jak James G. March (współautor noblisty Herberta Simona), Karl Weick, Henry Mintzberg czy Krzysztof Obłój opisywali strategię organizacji jako sztukę działania w warunkach niepewności. Głosili potrzebę posiadania scenariuszy działania i zapewnienia zapasu bądź luzu strategicznego, który umożliwiłby szybkie przestawienie się z jednej ścieżki na inną, gdyby zaszła taka potrzeba.

Drugi przypadek to strategia popularna w epoce tak zwanej transformacji, polegająca na cięciu kosztów. Wszystko miałoby być teraz lean, zwinne, odchudzone. Średni szczebel zarządzania miał iść na zieloną trawkę, poszukiwano wszędzie niepotrzebnych nadmiarów, które można by wyciąć (tak jak w 2018 roku administracja prezydenta USA rozwiązała zespół przygotowujący scenariusze na wypadek zagrożenia pandemią, bo ludzie siedzieli, pobierali płace i nic nie robili) i na tym zaoszczędzić. Sęk w tym, że takie działania wynikały z mody, podczas gdy badacze wymienieni wcześniej ciągle ostrzegali, że to się nie skończy dobrze. Karl Weick ukazywał co najmniej od trzydziestu lat niebezpieczeństwo takiego działania – gdy systemy są zbyt ściśle sprzężone, argumentował, stają się podatne na katastrofy.

Trzeci przypadek to wycyzelowana do perfekcji, do doskonałości (nowomowa zarządcza ukochała to słowo), strategia rzucania sloganami i jednoczesnego drenowania zasobów, żerowania na dobru wspólnym, na czasie i prywatnym poświęceniu ludzi. Nowomowa tryska słowami, które wszyscy nazbyt dobrze znamy z mediów i wypowiedzi „ekspertów”: misja, produktywność, innowacyjność, projekty, przedsiębiorczość. Tymczasem, w tej chwili trzeźwości, jaka na nas wszystkich teraz spadła, widać wyraźnie, co rzeczywiście się przez czas tego ględzenia działo. To, co australijski profesor zarządzania Peter Fleming określa prosto a trafnie – wreckage economics, ekonomia rozboju.

Puls rozwałki towarzyszy neoliberalnemu zarządzaniu. A przecież nie musi tak być, to nie jest jedyna możliwa strategia, ani nawet nie „jedynie słuszna”. To jedna z możliwych i w dodatku patologiczna. Jest wiele innych możliwości. Między innymi także strategie zielone, humanitarne, sprawiedliwe. Jak przypomina jeden z najwybitniejszych żyjących teoretyków zarządzania strategicznego, kanadyjski profesor Henry Mintzberg, najpierw należy zadbać o to, by organizacje znów stały się sterowne, „zarządzalne”. Obecnie dominuje model shareholder value – jest to jest jeden z najgroźniejszych patogenów naszych czasów. Polega na oderwaniu własności od jądra działalności organizacji i wiąże się z finansjalizacja. Sektor finansowy, który, jak głoszą ekonomiści tacy jak Mariana Mazzucato, sam nie wytwarza realnej wartości, został w ostatnich dekadach systemowo uczyniony głównym twórcą wartości gospodarczej. W modelu chodzi o wartość dla akcjonariuszy, na ogół bezosobowych i anonimowych funduszy inwestycyjnych, która ma być dostarczana inwestorom-właścicielom kapitału. Ceny akcji rosną, dokonuje się takich operacji, które to umożliwiają, pomnażają finansową wartość księgową, zaniedbując sferę realną, czyli co przedsiębiorstwa naprawdę produkują, w jakich warunkach ludzie pracują, co się dzieje ze środowiskiem naturalnym. Profesor zarządzania i finansów Prem Sikka przestrzega, że jest to model wybitnie szkodliwy w długim i w średnim okresie. Sprawia, że akcjonariusze współczesnych korporacji są właścicielami kapitału „fikcyjnego”, który różni się od kapitału „rzeczywistego”. Taki system wywiera ogromną presję na rynki i inne ważne instytucje. Posiadacze kapitału stale kupują i sprzedają akcje (lub obligacje) w pogoni za krótkoterminowymi zyskami. Okres posiadania udziałów stale się kurczy, akcjonariusze są coraz bardziej rozproszeni. To sprawia, że – jak argumentuje Mintzberg – system staje się niekontrolowalny, zarządzający nie mogą kontrolować organizacji. Strategia w tych warunkach polega na dostosowywaniu się pasywnym do warunków, jakie dyktują fundusze. To sprawia, że mamy do czynienia de facto z gospodarką rabunkową, mającą na celu nawet nie zysk ale jego marginalną maksymalizację. Jest to imperatyw wzrostu ilościowego, za wszelką cenę – ciągłego przyrostu dochodów. W takich warunkach nie sposób się wyłamać i zarządzać strategicznie w jakikolwiek sposób odmienny od tych zewnętrznych warunków. Jednak, głosi Mintzberg, jeśli własność jest kontrolowana przez zarządzających, np. w firmie rodzinnej lub spółdzielni, to inne zarządzanie strategiczne jest możliwe. To nawet nie jest koniecznie strategia „de-wzrostu” lecz wzrostu: jakości życia, sensu, radości.

Neoliberalny rozbój spowodował spustoszenie, w którym się właśnie, jako ludzkość, zaczynamy się budzić: świat rażących nierówności, tragicznego wyniszczenia środowiska naturalnego, wreszcie pandemii. To wygląda katastrofalnie i jest to stan katastrofy. Ale na szczęście nie oznacza to, że musimy pogodzić się z nieuchronnym końcem ludzkości czy nawet cywilizacji. W obliczu katastrofalnych zagrożeń należy obmyślić strategie, które pozwolą nam wydostać się z pułapki, w jakiej się znajdujemy. Przez ostatnie trzydzieści lat używaliśmy zarządzania strategicznego do rozboju. Udało się. Teraz użyjmy do odnowy, odbudowy i zielonej przyszłości. Też się może udać.

Starsza wersja została opublikowana jako: Monika Kostera (2020) „Strategia rozboju, strategia ratunku”, Magazyn Kontakt, 2/43, s. 143-145. Dziękujemy Redakcji Magazynu Kontakt za zgodę na ponowne opublikowanie wersji nowszej!

Artykuł ukazał się w ramach cyklu zielone zarządzanie.


 

BERLIN – Ostatnimi laty stopniowo rośnie poparcie dla idei „zielonej gospodarki”, która miałaby rozpocząć okres zrównoważonego wzrostu i uchronić świat przed ciągłym klimatycznym i gospodarczym kryzysem.

Poparcie to napotyka jednak opór, a wielu przewiduje, że ostatecznie nie ma co liczyć na głębokie zmiany, a co najwyżej na pudrowanie rzeczywistości na zielono. Czy okaże się, że pogodzenie celów gospodarczych i środowiskowych może okazać się trudniejsze, niż dotychczas sądzono?

W skrócie – tak. Obecnie dominuje przeświadczenie, że zielona gospodarka pozwoli nam skończyć z uzależnieniem od paliw kopalnych, a wzrost na tym nie ucierpi. Wielu uważa, że przejście na zieloną gospodarkę może nawet być nowym źródłem wzrostu. Choć taki pogląd może się wydawać atrakcyjny, nie ma on nic wspólnego z rzeczywistością, czego dowodzimy w naszej ostatniej książce Inside the Green Economy.

Oczywiście nie oznacza to, że prawdziwie „zielona” gospodarka nie może prosperować. Jednakże obowiązujący dzisiaj model promuje rozwiązania szybkie i powierzchowne, a co więcej, uznaje prymat ekonomii, co uniemożliwia rozpoznanie, jak głębokiej transformacji potrzebujemy.

Zamiast zmieniać gospodarkę, tak by uwzględniała ograniczenia i wartość środowiska naturalnego, dzisiejsza wizja jej zazieleniania zmienia rozumienie natury, dostosowując je do istniejących systemów gospodarczych. Naturę można wycenić i wpisać w zestawieniach finansowych, w których uwzględnia się ochronę „kapitału naturalnego”, wytworzonego w ramach usług świadczonych przez ekosystemy, czy obciążenia z tytułu degradacji środowiska, mierzone przez abstrakcyjny globalny system pomiaru emisji dwutlenku węgla. Dobrymi przykładami takiego podejścia są nowe mechanizmy rynkowe, takie jak handel bioróżnorodnością. Takie rozwiązania nie zatrzymują niszczenia środowiska, podporządkowują tylko jego niszczenie rynkowi.

Z uwagi na liczne ograniczenia tego podejścia, do dzisiejszego rozumienia zielonej gospodarki można mieć tak wiele zastrzeżeń, że właściwie cała idea wydaje się kwestią wiary. Zbawienie ma nadejść wraz z jakąś innowacyjną technologią, która załatwi wszystko, pozostaje więc na nią spokojnie poczekać. Owszem, innowacje są istotne i mogą pomóc rozwiązać wiele problemów, nie tylko środowiskowych, nie należy ich jednak przeceniać.

Innowacyjne technologie są zawsze zależne od interesów podmiotu, który je wytwarza, muszą więc być oceniane ze względu na skutki społeczne, kulturowe i środowiskowe. Jeśli podmiotowi, który wprowadza nową technologię, nie zależy na transformacji, to innowacja może przysłużyć się zakonserwowaniu status quo, co często przedłuża życie rozwiązań i produktów, które nie służą potrzebom społeczeństwa.

Weźmy przemysł motoryzacyjny. Firmy produkują coraz oszczędniejsze silniki, ale montują je w coraz większych, cięższych i mocniejszych pojazdach, które marnują zaoszczędzoną energię przez tzw. efekt odbicia (rebound effect). Jest też pokusa, by więcej energii inwestować w naukę manipulowania odczytami emisji, tak jak to robi Volkswagen, niż w projektowanie prawdziwie „zielonych” pojazdów.

Biopaliwa też nie są rozwiązaniem. Stosowanie biomasy oznacza spustoszenie w środowisku i społeczeństwie krajów rozwijających się i de facto przedłuża żywot przestarzałej technologii silników spalinowych.

To jasne, że naiwna jest wiara, iż firmy motoryzacyjne będą stały na czele koniecznej radykalnej zmiany w sektorze transportu, czyli same zainicjują proces odejścia od indywidualnego transportu prywatnego. To kluczowa kwestia. Jeśli chcemy odseparować wzrost gospodarczy od zużycia energii i naprawdę efektywnie wykorzystywać zasoby w świecie zamieszkałym przez 9 miliardów ludzi, nie wspominając już nawet o sprawiedliwości, to nie możemy pozwolić, by do gospodarki należało ostatnie słowo.

Zieloną transformację należy postrzegać jako projekt polityczny. Tylko polityka jest w stanie zapanować nad różnicami poglądów i interesów – poprzez prawdziwie reprezentatywne instytucje oraz otwartą debatę, która angażuje społeczeństwo obywatelskie i stanowi rdzeń demokratycznego pluralizmu.

Oczywiście nie wszędzie panuje pluralistyczna demokracja. . W tych krajach, gdzie jej brak – nawet jeśli temu zaprzeczają – działaczki i działacze na rzecz równości społecznej, ekonomicznej i ekologicznej napotykają brutalny opór. Jeśli mają spełnić swoją niezbywalną rolę w napędzaniu transformacji,  to w krajach demokratycznych poszanowanie podstawowych praw człowieka, takich jak wolność słowa i prawa do pokojowych zgromadzeń, musi stać się priorytetem ich polityki zagranicznej. Prawa człowieka są normatywną podstawą, na której należy negocjować strategie transformacji.

Największą przeszkodą społeczno-ekologicznej transformacji, na którą czeka świat, nie jest technologia. Większość rozwiązań już mamy – choćby ekologiczne rolnictwo i sieci systemów transportowych, które nie bazują na pojazdach prywatnych. Prawdziwym problemem jest brak politycznej woli do wprowadzenia innowacji na szerszą skalę, bo sprzeciwiałoby się to żywotnym interesom oligarchów. Wyzwaniem na dziś jest więc pokonanie interesów mniejszości i obrona szeroko rozumianego dobra publicznego – zadanie zrzucone dzisiaj na społeczeństwo obywatelskie.

Słyszymy głosy, że nawoływanie do radykalnej transformacji, zamiast do stopniowej zmiany, to błąd. Kiedy świat boryka się z mnóstwem pilnych problemów – stagnacja gospodarcza, polityczne zamieszki, migracje na masową skalę – trzeba cieszyć się z każdego kroku w stronę bardziej zrównoważonego rozwoju. Nie ma sensu krytykować pragmatycznych i politycznie wykonalnych propozycji rozwiązania problemów związanych z klimatycznym kryzysem.

Takie podejście bagatelizuje skalę kryzysu, który przeżywa nasza planeta, i zakłada linearną zmianę, choć wymagana transformacja taka nie będzie. Choć niektóre elementy zielonej gospodarki – takie jak oszczędzanie zasobów, odnawialne źródła energii, innowacje, zachęty finansowe czy ulgi podatkowe – bez wątpienia odgrywają istotną rolę, to ich suma nie jest w stanie wywołać dalekosiężnych zmian, niezbędnych, by ochronić interesy zarówno obecnego,  jak i przyszłych pokoleń.

Zadanie, jakie dzisiaj stoi przed państwami demokratycznymi, to nie tylko kontynuacja projektu modernizacji z uwzględnieniem najnowszej wiedzy na temat granic możliwości planety. To także rozwijanie mechanizmów partycypacji społecznej, promocja sprawiedliwości społecznej oraz walka z ubóstwem. Do wykonania tego wielkiego zadania potrzeba pasji i uporu. Jesteśmy w stanie to zrobić. A pierwszym krokiem we właściwą stronę jest rozpoznanie ograniczeń, jakie idea „zielonej gospodarki” nakłada na myśl i działanie.

Przełożył: Robert Reisigová-Kielawski

Artykuł ukazał się w Zielonych Wiadomościach nr. 028/lipiec 2017, do ściągnięcia w formacie pdf: http://zielonewiadomosci.pl/wp-content/uploads/028.pdf

Jeśli podoba Ci się to, co robimy, prosimy, rozważ możliwość wsparcia Zielonych Wiadomości. Tylko dzięki Twojej pomocy będziemy w stanie nadal prowadzić stronę i wydawać papierową wersję naszego pisma.
Jeżeli /chciałabyś/chciałbyś nam pomóc, kliknij tutaj: Chcę wesprzeć Zielone Wiadomości.

Zieloną gospodarkę przedstawia się jako model przeciwdziałania kryzysom ekologicznym i gospodarczym. Czy może ona spełnić pokładane w niej nadzieje? Thomas Fatheuer, Lili Fuhr i Barbara Unmüßig z Fundacji im. Heinricha Bölla przyglądają się jej podstawowym założeniom, hipotezom i propozycjom oraz ukazują ich rzeczywiste konsekwencje.

Więcej o książce: Inside the Green Economy – Promises and Pitfalls

 

 1. Zielona gospodarka stanowi optymistyczną wizję stopniowego wycofywania paliw kopalnych i poszanowania środowiska dzięki technologiom i zwiększonej wydajności wykorzystywania zasobów

W zbiorowej świadomości zielona gospodarka jest próbą odejścia od naszych tradycyjnych sposobów działania opartych na paliwach kopalnych. Jej przesłanie jest miłe i optymistyczne – rozwój gospodarczy może trwać i być ekologiczny. Ma ona nawet nadzieję stać się siłą napędową dodatkowego wzrostu. Jednak pogodzenie niwelowania zmian klimatycznych i ochrony zasobów z rozwojem gospodarczym w świecie ograniczonych zasobów i niesprawiedliwości pozostaje złudzeniem. Pojęcie „zielonej gospodarki” nasuwa pozytywne skojarzenia i sugeruje, że świat, jakim znamy go dziś, będzie nadal istniał w dotychczasowej formie dzięki zielonemu paradygmatowi wzrostu charakteryzującego się większą wydajnością i mniejszym zużyciem zasobów.

Ktokolwiek składa takie obietnice, z pewnością celowo umniejsza złożoność problemu i mocno wierzy w obiecywane cuda gospodarki wolnorynkowej oraz postępu technologicznego, ignorując jednocześnie nierówności społeczne i unikając konfrontacji z istniejącymi strukturami władzy ekonomicznej i politycznej. Okazuje się więc, że zielona  gospodarka jest kwestią wiary i wybiórczej percepcji.

Może stać się realistycznym rozwiązaniem na przyszłość tylko wtedy, gdy uwzględni ograniczoną dostępność zasobów, przezwycięży niesprawiedliwości społeczne i polityczne oraz zapewni zarówno gwałtowną redukcję emisji i konsumpcji, jak również sprawiedliwą dystrybucję zasobów.

2. Powiększenie rynku remedium na jego zawodność – przedefiniowanie przyrody zamiast biznesu

Zielona gospodarka na nowo określa koncepcję prymatu ekonomii jako ostatecznej odpowiedzi na obecne kryzysy. Jej replika brzmi: „jeszcze więcej ekonomii”. Ekonomia stała się bowiem walutą polityki, jak twierdzą jej entuzjaści i zwolenniczki. W konsekwencji chcą oni zniwelować zawodność gospodarki wolnorynkowej poprzez zwiększenie rynku, tak by objął  sfery znajdujące się uprzednio poza jego zasięgiem poprzez ponowne ustalenie relacji między naturą a gospodarką.

W rezultacie nie zmienia się sposób, w jaki robimy interesy, lecz powstaje nowa koncepcja przyrody, w której mówi się o usługach ekosystemów oraz o przyrodzie jako kapitale. Zamiast redefinicji biznesu zielona gospodarka proponuje przemianować biosferę poprzez jej pomiar i rejestrowanie, wycenę i ujęcie w bilansie – w oparciu o abstrakcyjną globalną walutę, jaką stanowią jednostki węglowe.

Przesłania to wiele strukturalnych przyczyn kryzysu środowiskowego i klimatycznego, przez co nie są już one uwzględniane przy poszukiwaniu realnych i opłacalnych rozwiązań. Konsekwencje takiego podejścia znajdują swoje odzwierciedlenie w nowych mechanizmach rynkowych dotyczących obrotu zbywalnymi jednostkami bioróżnorodności. W wielu przypadkach nie powstrzymują one degradacji ekosystemów, lecz jedynie organizują je według zasad rynkowych.

Zielona gospodarka sprowadza fundamentalną i niezbędną transformację do kwestii czysto ekonomicznych i daje złudzenie, że jej wdrożenie może nastąpić bez większych wstrząsów i konfliktów.

3. Polityka ekologiczna to coś więcej niż tylko emisja dwutlenku węgla

Główna strategia dekarbonizacyjna zielonej gospodarki zawiera się w powtarzanym jak mantra haśle o konieczności „nałożenia ceny na węgiel”. Podejście sprowadzające wszystko do cen i jednolitej waluty (kredytów węglowych) jest ograniczone.

Dekarbonizacja może przyjmować różne formy  – stopniowe wycofywanie węgla, ropy i gazu, wyrównywanie szkód wynikających z emisji gazów poprzez składowanie „ekwiwalentnych” ilości węgla w roślinach lub glebie czy też wykorzystanie technologii sekwestracji dwutlenku węgla (ang. CCS – Carbon Capture and Storage) na skalę przemysłową. Ze społecznego i ekologicznego punktu widzenia alternatywy te przynoszą zupełnie odmienne skutki.

Globalny kryzys nie dotyczy jedynie klimatu. Powszechnie już uznawane pojęcie „ograniczonych zasobów planety”, stworzone przez Stockholm Resilience Centre, wskazuje trzy obszary, w których ludzkość przekroczyła już bezpieczne granice w zakresie samej tylko ekologii, mianowicie:

  • zmiany klimatu,
  • utrata bioróżnorodności,
  • rosnący poziom zanieczyszczenia azotem (szczególnie z  powodu wykorzystywania nawozów w rolnictwie).

Zielona gospodarka pomija złożoność i interaktywny charakter tych kryzysów, redukując ratowanie świata do prostej narracji o modelu biznesowym i jednej globalnej abstrakcji – ekwiwalentu węgla.

4. Fetysz innowacji – bez uwzględnienia ukrytych interesów i struktur władzy

Wiara w udoskonalenia inżynieryjne jest kluczowa dla obietnic programu zielonej gospodarki. Bez wątpienia potrzebujemy nowatorstwa na każdym poziomie – społecznym, kulturowym i technologicznym – w celu urzeczywistnienia globalnych przemian.

Pomysły na ulepszenia, szczególnie te natury technologicznej, należy jednak zawsze rozpatrywać w ujęciach społecznych, kulturowych i środowiskowych. Wszak nie zachodzą w sposób automatyczny czy oczywisty. Kształtują ją interesy oraz struktury władzy podmiotów społecznych. Dlatego też wiele innowacji nie przyczynia się do gruntownych przemian, legitymizując status quo i przedłużając często okres stosowania produktów i systemów nieprzystosowanych do przyszłościowych wyzwań.

Na przykład przemysł motoryzacyjny produkuje więcej wydajnych silników spalinowych niż kiedykolwiek wcześniej. Jednocześnie wytwarza jednak większe pojazdy o wyższej mocy i masie. Ponadto branża motoryzacyjna wykazała się wielką innowacyjnością, również w manipulowaniu testami emisyjnymi, co ukazała niedawna afera „dieselgate”. Należy też wspomnieć o śmiałym zastąpieniu paliw kopalnych biopaliwami, które są wysoce problematyczne zarówno pod względem społecznym, jak i ekologicznym.

Czy możemy spodziewać się, że taka branża odegra wiodącą rolę w przemianach, które radykalnie zrestrukturyzują nasz system transportu, w dodatku ograniczą liczbę prywatnych samochodów?

Innowacje zmieniają nasze życie, lecz nie czynią cudów. Technologia jądrowa nie rozwiązała światowych problemów energetycznych, zaś zielona rewolucja nie położyła kresu głodowi na świecie. Przykłady energii atomowej, biologii syntetycznej (będącej nową ekstremalną formą inżynierii genetycznej) i geoinżynierii pokazują, jak kontrowersyjne mogą okazać się technologie, jeżeli ich ograniczenia i związane z nimi ryzyka społeczne i ekologiczne nie zostały zawczasu poddane dokładnej i wielowymiarowej analizie.

5. Fałszywa obietnica efektywności

Prawdą jest, że nasza gospodarka staje się coraz bardziej wydajna, co jest zjawiskiem pozytywnym. Przy obecnym tempie rozwoju nie jest to jednak wystarczające. Na przykład poszczególne artykuły gospodarstwa domowego zużywają wprawdzie mniej energii, ale w naszych mieszkaniach znajduje się więcej sprzętu elektrycznego niż kiedykolwiek wcześniej. Ten efekt odbicia zmniejsza pozytywny wpływ wyższej wydajności.

Względne uniezależnienie wzrostu gospodarczego od zużycia energii jest możliwe. Aby doprowadzić do potrzebnych przemian, potrzeba jednak dużo więcej – radykalnego i absolutnego ograniczenia zużycia energii i zasobów, w szczególności w krajach uprzemysłowionych. To bezwzględne ograniczenie będzie realistyczne wyłącznie pod warunkiem zakwestionowania modelu dobrobytu opartego na wzroście.

Dla świata zamieszkanego przez dziewięć miliardów ludzi nie istnieje realny scenariusz, który w wiarygodny sposób łączyłby wzrost, bezwzględne ograniczenie eksploatacji środowiska i zwiększenie poziomu globalnej sprawiedliwości.

6. Zielona gospodarka jest apolityczna – ignoruje prawa człowieka oraz partycypację w procesie podejmowania decyzji

Scenariusz zielonej gospodarki posiada wiele białych plam – niespecjalnie interesuje się polityką, ledwie dostrzega prawa człowieka, nie uznaje partnerów społecznych i sugeruje możliwość bezkonfliktowych reform. Konflikty społeczne – w związku z budową farm wiatrowych lub wielkich tam bądź wynikające ze sporu o to, kto dysponuje potencjałem magazynowania dwutlenku węgla w lasach – są pomijane.

Wychodząc z założenia, że status quo nie wchodzi w grę zielona gospodarka dostarcza pozornie apolitycznych narzędzi służących do przejęcia kontroli nad ścieżką przemian przy jednoczesnym odwróceniu uwagi od kwestii interesów gospodarczych i politycznych, struktur władzy i własności, praw człowieka oraz zasobów władzy.

7. Realizm zamiast myślenia życzeniowego – przyszłość potrzebuje polityki środowiskowej, która potrafi radzić sobie z konfliktami

Aby sprostać wyzwaniom jutra, potrzebujemy realistycznego spojrzenia na świat, którego nie zniekształca myślenie życzeniowe. Innymi słowy – nie będzie ani prostych rozwiązań, ani sytuacji, gdy zawsze wygrywają obie strony. Nie zawsze da się pogodzić ekologię z biznesem. Wymagane przemiany wpłyną na interesy władzy, co spowoduje, że pojawią się przegrani. Doprowadzenie do przemian nie będzie możliwe bez twardych negocjacji, konfliktu i oporu.

Jest to wezwanie do działania, w szczególności dla decydentów i decydentek. Kluczem do większych sukcesów ekologicznych jest dobrze rządzenie. Ukierunkowana i egzekwowana ochrona siedlisk ludzkich i naturalnych jest dużo bardziej skuteczna niż monetyzacja przyrody i siedlisk ludzi, którzy chronią swoje ekosystemy od tysiącleci.

Nie trzeba regulować każdego szczegółu. Czasami jednak zakazy – m.in. używania takich substancji jak benzyna ołowiowa, wysoce toksyczne pestycydy czy freony – są nieuniknione, podobnie jak niezależny monitoring oraz bezwzględne limity i cele ograniczenia emisji.

8. Alternatywy są możliwe

Nie brakuje ani alternatyw, ani dobrych przykładów. Rolnictwo ekologiczne rozwija się na szeroką skalę – to wysoce produktywny sektor gospodarki. Teoretyczne podstawy alternatywnych systemów mobilności usieciowionej, które nie bazują na autach prywatnych, lecz integrują pojazdy o zerowym poziomie emisji, zostały już opracowane i znajdują się we wczesnej fazie wdrażania.

Przede wszystkim do innowacji poza technologiami należą nowe style życia i zarządzania miastem. Zdecentralizowane dostawy energii odnawialnej znajdują się w zasięgu Realpolitik, podobnie jak eliminacja dotacji szkodliwych dla środowiska.

W gruncie rzeczy nie brakuje progresywnych rozwiązań, ale władzy gotowej do ich urzeczywistnienia, w szczególności wobec oporu ze strony głęboko zakorzenionych interesów mniejszości. W takich warunkach obsesja na punkcie pytania o to, jak osiągnąć ekologiczny wzrost, przynosi skutki odwrotne do zamierzonych.

Świat, w którym za jedyną uznaną odpowiedź uchodzi „więcej rynku” i innowacje technologiczne nastawione na dalszy wzrost, udaje, że istotna kwestia stworzenia lepszej przyszłości przy odmiennym i różnorodnym wykorzystaniu mniejszej ilości zasobów jest już nieaktualna.

9. Kwestia władzy – ponowne upolitycznienie polityki środowiskowej

Radykalny realizm ma fundamentalne znaczenie dla zrozumienia ekologii politycznej jako niestroniącej od niewygodnych pytań i poszukującej w społeczeństwie większości, która pozwoli doprowadzić do przemian sprawiedliwych pod względem społecznym i ekologicznym. Autorki i autor wzywają do ponownego upolitycznienia kwestii środowiskowych i powrotu do pojęcia „ekologii politycznej” jako sposobu zrozumienia złożonych relacji między polityką a ekologią oraz pomiędzy ludźmi jako częścią przyrody. Takie świeże ujęcie da polityce środowiskowej i administracji prymat nad interesami gospodarczymi.

Więcej uwagi należy koniecznie poświęcić związkom między innowacjami społecznymi, kulturowymi i inżynieryjnymi. Technologie – a szczególnie ich wpływ na społeczeństwo i ekologię – powinny stać się przedmiotem szerokiej debaty oraz demokratycznej kontroli.

Zazielenienie gospodarki poprzez ochronę zasobów, odnawialne źródła energii, efektywność energetyczną i skuteczne bodźce gospodarcze w postaci np. ulg podatkowych stanowi niewątpliwie element rozwiązania. Jednakże projekt globalnych przemian społeczno-ekologicznych sięga dużo dalej – musi zakwestionować obowiązującą władzę, nadać priorytet demokratycznie legitymizowanym procesom i strukturom podejmowania decyzji, a także skupić się na zgodności z podstawowymi normami ochrony środowiska i praw człowieka.

Odwrócenie trendu będzie musiało być bardziej radykalne niż oferta zielonej gospodarki. Będzie wymagać pasji i optymizmu, a także wiązać się z kontrowersjami i walką. Książka „Zielona gospodarka od środka – obietnice i pułapki” jest częścią światowych poszukiwań i zaprasza czytelników i czytelniczki do udziału w debacie.

źródło: Fundacja Heinricha Bölla

Artykuł udostępniony na podstawie  licencji Creative Commons Attribution-ShareAlike 3.0 Unported License

Obrazek: Creator: ManuDs. Creative Commons License LogoZdjęcie na licencji Creative Commons License.

Tylko dzięki poważnej debacie o odwróconym wzroście gospodarczym (de-growth) Zieloni będą mogli wypracować przekonującą polityczną narrację, która opisuje nasze marzenia o zrównoważonej przyszłości. (więcej…)