W 2025 roku obchodzimy 10. rocznicę przyjęcia przez ONZ Agendy 2030 – globalnej strategii transformacji na rzecz zrównoważonego rozwoju. W jej centrum znajdują się 17 Celów Zrównoważonego Rozwoju (SDGs), dotyczących m.in. walki z ubóstwem, przeciwdziałania zmianom klimatycznym, ochrony bioróżnorodności oraz budowy społeczeństw opartych na równości.

Cele SDGs to kompleksowy zestaw 169 szczegółowych zadań do realizacji do 2030 roku. Skupiają się one na pięciu filarach, powszechnie znanych jako 5xP:

  • People (ludzie) – poprawa jakości życia przez dostęp do edukacji i ochrony zdrowia, eliminacja ubóstwa;

  • Planet (planeta) – ochrona środowiska i działania przeciwko zmianom klimatycznym;

  • Prosperity (dobrobyt) – promowanie trwałego i inkluzywnego rozwoju gospodarczego;

  • Peace (pokój) – budowa pokojowych społeczeństw opartych na sprawiedliwości i instytucjach;

  • Partnership (partnerstwo) – międzynarodowa współpraca na rzecz realizacji celów.

SDGs są naturalną kontynuacją Celów Milenijnych (MDGs) z lat 2000–2015. Pomogły osiągnąć ważne sukcesy, lecz jednocześnie wskazały na potrzebę bardziej holistycznego i mierzalnego podejścia do rozwoju, łączącego aspekty społeczne, ekonomiczne i środowiskowe. Agenda 2030 wprowadziła kompleksowe wskaźniki pozwalające na realne mierzenie postępów i efektywne korygowanie strategii rozwojowych [źródło: zielonewiadomosci.pl].

Najnowszy raport Sustainable Development Report 2025 maluje jednak ponury obraz: jedynie około 17% celów jest realizowanych zgodnie z planem, a ponad 80% jest opóźnionych lub cofających się. Szczególnie wrażliwe obszary to ochrona klimatu, bioróżnorodność czy zmniejszanie nierówności społecznych. Główne przeszkody to ekonomiczne i społeczne nierówności między krajami oraz ograniczone możliwości finansowe państw Globalnego Południa.

Ważnym wyzwaniem jest redefinicja wzrostu gospodarczego. Model neoliberalny wzrostu zwiększa konsumpcję zasobów, powoduje degradację środowiska i pogłębia nierówności. Agenda 2030 stawia pytanie: czy możliwy jest trwały rozwój bez ciągłego zwiększania konsumpcji? To zaproszenie do poszukiwania nowych, zrównoważonych modeli, łączących technologiczną innowacyjność i odpowiedzialność społeczną.

Agenda 2030 nie jest planem spiskowym, lecz otwartym, publicznym programem podjętym przez 193 państwa. Prof. Jeffrey Sachs, ekspert ONZ, opisuje ją jako drogowskaz dla zrównoważonego rozwoju, a nie narzędzie kontroli.

Choć żadnemu państwu nie udało się jeszcze zrealizować wszystkich celów, sukcesy odnoszą m.in. Benin, Nepal, Kostaryka i Zjednoczone Emiraty Arabskie. Pokazują one, że możliwa jest skuteczna współpraca i zaangażowanie.

Hasło „5 lat zaczyna się dziś” przypomina, że czas na fundamentalną zmianę jest krótki. Kolejne lata będą decydujące dla ochrony środowiska, wdrożenia SDGs w biznesie, zapewnienia transparentności oraz współpracy sektorowej.

Eksperci ostrzegają: bez zdecydowanego przyspieszenia inspirowane przez ONZ cele pozostaną tylko na papierze. Pięć lat, które się zaczyna, to ostatnia szansa, by nadać działaniom potrzebną skalę i tempo.

Źródło: inf. prasowa UNEP/GRID-Warszawa

To pytanie zadaje dziś sobie mnóstwo ludzi – w tym tęgie łby, zajmujące się na okrągło polityką klimatyczną i energetyczną. Jak moglibyśmy – my, społeczeństwa Ziemi – zmniejszyć emisje gazów cieplarnianych na tyle szybko, by zapobiec katastrofie klimatycznej, nie podkopując zarazem ani globalnej gospodarki (która nadal w 85 proc. zależy od paliw kopalnych), ani marzeń miliardów ludzi z krajów biedniejszych, aby poprawić swoją sytuację ekonomiczną poprzez „rozwój” – który zawsze w historii zależał od wzrostu zużycia energii per capita?

ONZ zadała to dojmujące pytanie światowej społeczności klimatologów w formie oficjalnej prośby o napisanie specjalnego raportu, przedstawiającego „wykonalne” drogi do ograniczenia globalnego ocieplenia do nie więcej niż 1,5°C, które jednocześnie wspierałyby wzrost gospodarczy i pozwalały na osiągnięcie Celów Zrównoważonego Rozwoju. W odpowiedzi społeczność naukowa opublikowała prace prezentujące scenariusze działań, które odpowiadają tym wymogom. Do niedawna większość tych scenariuszy opierała się na technologiach umożliwiających tzw. „emisje negatywne”, takich jak CCS (wychwytywanie dwutlenku węgla w elektrowniach wykorzystujących paliwa kopalne, a następnie jego magazynowanie) lub BECCS (uprawa roślin na biomasę, spalanie jej w celu wyprodukowania energii, a następnie wychwytywanie i magazynowanie dwutlenku węgla). Plany te spotkały się z miażdżącą krytyką, jako zbyt drogie i niebezpieczne dla środowiska.

Nowa, ważna 13-stronicowa praca, ze 122 stronami materiałów dodatkowych, opublikowana w czasopiśmie naukowym Nature Energy, przyjmuje całkowicie inne podejście. Celem autorów pod kierownictwem Arnolfa Grublera było stworzenie scenariusza, który ograniczyłby globalne ocieplenie do 1,5°C, bez odwoływania się do technologii negatywnych emisji – opierając się na redukcji zapotrzebowania na energię. My i nasi koledzy w Post Carbon Institute od dawna promujemy ograniczenie zapotrzebowania jako najważniejszy realny sposób na powstrzymanie katastrofalnej zmiany klimatu. Zakładamy jednak, że znaczna redukcja zużycia energii doprowadziłaby również do skurczenia się gospodarki; nie widzimy możliwości utrzymania wzrostu na dłuższą metę, jeśli zmniejszy się produkcja energii z paliw kopalnych – czy to na skutek polityki klimatycznej, czy też wyczerpania zasobów. Naszym zdaniem jednym z głównych zadań decydentów powinno być dzisiaj znalezienie sposobów na zminimalizowanie negatywnych skutków gospodarczej redukcji.

Autorzy pracy są bardziej optymistyczni. Piszą:

„Pokazujemy, w jaki sposób poprzez odpowiednie zmniejszenie rozmiaru globalnego systemu energetycznego można stworzyć konieczną przestrzeń dla realnej dekarbonizacji po stronie podaży w ramach budżetu węglowego 1,5°C, bez potrzeby zastosowania technologii negatywnych emisji, co przyniesie jednocześnie znaczne dodatkowe korzyści w zakresie zrównoważonego rozwoju.”

Postanowiliśmy przyjrzeć się bliżej temu scenariuszowi niskiego zapotrzebowania energetycznego, żeby ocenić, na ile jest on możliwy do realizacji. Jego założenia wydają się przejrzyste i dobrze udokumentowane w materiałach dodatkowych. Po głębszej analizie stało się jednak jasne, że autorzy do osiągnięcia swoich celów zakładają prawie całkowitą zmianę technologii, instytucji, ludzkich zachowań i systemów przekonań i że ta transformacja społeczna musiałaby się zacząć natychmiast.

Foto: postcarbon.org

Według studium, większą część zakładanej transformacji możemy osiągnąć poprzez niemal całkowitą cyfryzację. Autorzy skupiają się na końcowym wykorzystaniu energii i usług energetycznych, sugerując, że większość z nich zyskałaby znacznie na efektywności dzięki zastosowaniu mikroelektroniki. Domowe i komercyjne zużycie energii elektrycznej może zostać drastycznie obniżone, gdy różnego rodzaju urządzenia zostaną całkowicie zastąpione przez smartfony, których pobór mocy 5 W może zastąpić 450 W zużywane przez aparaty fotograficzne, kalkulatory, odbiorniki radiowe i telewizyjne, konsole do gier, odtwarzacze DVD, skanery, tablety, zestawy stereo, budziki, urządzenia GPS, stacje pogodowe, kamery video itd. Niektóre z tych zastosowań już zostały przejęte przez smartfony. Autorzy zakładają ponadto, że wszystkie urządzenia domowe będą podłączone do Internetu Rzeczy, co umożliwi ich optymalne funkcjonowanie i nieprzerwaną aktywną reakcję na zmiany zapotrzebowania.

Scenariusz Grubera nie wspomina o tym, że taka powszechna cyfryzacja wymagałaby solidnych i niezawodnych dostaw energii elektrycznej oraz sieci łączności elektronicznej. Wiązałoby się to z koniecznością budowy nowej infrastruktury znacznych rozmiarów i zapotrzebowaniem na energię elektryczną, aby pomieścić transmisję, magazynowanie i przetwarzanie danych dla niemal każdego urządzenia na Ziemi. Potrzebna byłaby również ogromna ilość miedzi. I wszystko to musiałoby pracować nieprzerwanie 24 godziny na dobę przez siedem dni w tygodniu.

W swoich rozważaniach dotyczących zużycia energii autorzy zakładają olbrzymi wzrost efektywności ogrzewania i chłodzenia poprzez całkowitą modernizację budynków na globalnej Północy w analizowanym okresie do 2050 roku. Oznacza to, że każdego roku musiałoby być modernizowane 3% budynków. Jednocześnie wszystkie nowe budynki na globalnym Południu (łącznie 84 miliardy metrów kwadratowych) byłyby budowane w taki sposób, by spełniały standardy domów pasywnych.

Jeśli chodzi o przemysł, proponowana koncepcja skupia się przede wszystkim na sześciu sektorach (stal, aluminium, cement, papier, produkty petrochemiczne i surowce). Redukcje zapotrzebowania osiąga się dzięki założeniu maksymalnej dematerializacji (zmniejszenia ilości zużywanych materiałów) i efektywności wykorzystania materiałów (są one używane dłużej) oraz produkcji wszystkich rzeczy przy zastosowaniu najlepszych światowych praktyk, zapewniających najwyższe poziomy wydajności. Studium zakłada – w wyniku rozwoju gospodarki współdzielenia (więcej o tym poniżej) – zmniejszenie ilości pojazdów z przewidywanego miliarda w 2050 roku do 530 milionów. W sumie autorzy studium przewidują redukcję rocznego popytu na produkty z omawianych sześciu sektorów o 4 miliardy ton do 2050 roku, pomimo wzrostu populacji do dziewięciu miliardów i przy jednoczesnym wypełnieniu założeń gospodarczych ONZ dotyczących stóp wzrostu PKB i zwiększenia dochodów.

Trudno pogodzić obserwowaną od dawna ścisłą relację pomiędzy globalnym PKB a zużyciem materiałów i energii z założeniem, że światowa populacja i bogactwo będą nadal wzrastać, podczas gdy wykorzystanie materiałów i energii zacznie się zmniejszać. Ekonomiści nazywają to oddzielenie wzrostu PKB od zużycia zasobów i energii „rozdzieleniem” (decoupling). Jednak, jak pokazuje niedawno opublikowany raport, dotychczasowe próby wprowadzenia takiej rozdzielności się nie powiodły. Cóż więc takiego proponują autorzy pracy na temat „niskiego zapotrzebowania na energię” , aby osiągnąć w przyszłości to, co do tej pory okazywało się nieosiągalne? Jednym z mechanizmów jest zwrot w stronę „społeczeństwa współdzielenia”, gdzie rezygnujemy z osobistego posiadania samochodów, narzędzi i urządzeń na rzecz płatnych usług, takich jak wypożyczanie pojazdów, narzędzi itd. Dzielenie się będzie możliwe i rozpowszechnione dzięki cyfryzacji i Internetowi Rzeczy. Nie bierze się jednak pod uwagę faktu, że wszystko, co zawiera czujniki i płytki obwodu drukowanego, staje się o wiele trudniejsze do zreperowania.

Po zsumowaniu wszystkich oszczędności energii z zastosowań końcowych autorzy tworzą zoptymalizowany system energetyczny, który ma to wszystko napędzać. W systemie tym 60 proc. całości końcowego zużycia energii do 2050 roku stanowi elektryczność, w porównaniu z 20 proc. obecnie. Elektryfikację w celu zaspokojenia potrzeb gospodarstw domowych i handlu, można sobie łatwo wyobrazić, ale autorzy podają niewiele konkretów dotyczących tego, w jaki sposób moglibyśmy rozszerzyć elektryfikację na przemysł, który wedle ich założeń ma się niemal całkowicie uniezależnić od paliw kopalnych krótko po 2050 roku.

Jak dowodziliśmy w naszej książce „Our Reneweble Future” (Nasza odnawialna przyszłość), trudno będzie zdekarbonizować przemysłowe zużycie energii (szczególnie procesy wymagające wysokich temperatur, jak produkcja cementu), a procesy takie zawarte są w niemal wszystkich łańcuchach dostaw. Scenariusz Grublera nie bierze pod uwagę lotnictwa i żeglugi.

Wreszcie, model działa tylko pod warunkiem spełnienia wszystkich założeń, na odpowiednią skalę i we właściwych ramach czasowych. A ponieważ sam wymóg modernizacji budynków oznacza, że do roku 2050 musimy dostosować ponad miliard metrów kwadratowych budynków rocznie, trzeba zacząć to robić natychmiast – i dotyczy to również pozostałych niezbędnych zmian: zmiany zachowań, zmian społecznych, technologicznych i wszystkich innych.

Światowa społeczność naukowa przedstawiała do tej pory scenariusze, których zadaniem było spełnienie kryteriów ONZ, polegając na magicznym CCS. Teraz, po krytyce z jaką spotkało się CCS, społeczność ta rozważa koncepcje, które będą niezwykle trudne do zastosowania, bazując zamiast tego na magicznym rozdzieleniu.

Naszym zdaniem, w którymś momencie naukowcy i decydenci muszą rozpocząć dyskusję nad jedynym scenariuszem, którego światowi przywódcy chcą za wszelką cenę uniknąć, mianowicie kontrolowanym zmniejszeniem aktywności gospodarczej. W tym scenariuszu można niezawodnie osiągnąć znaczne zmniejszenie emisji gazów cieplarnianych bez odwoływania się do myślenia magicznego (CCS lub rozdzielenia). Bez przezorności i planowania skurczenie się gospodarek uzależnionych od wzrostu może doprowadzić ich upadku, ale przy odpowiednim planowaniu i zarządzaniu społeczności mogłyby powrócić do lokalnej produkcji żywności, energii i dóbr, a także prostszego stylu życia i zaspokajania potrzeb. Liczba ludności mogłaby się zmniejszyć w przemyślany i humanitarny sposób.

Światowi przywódcy obarczyli społeczność klimatologów zadaniem niemożliwym do wykonania. W końcu naukowcy ci poświęcili swoje życie zawodowe badaniu systemów naturalnych i prawdopodobnie bardzo się martwią wpływem ocieplenia klimatu na ludzkość i inne gatunki. A teraz wymaga się od nich znalezienia społecznych rozwiązań ściśle ograniczonych parametrami, które w mniemaniu rządów są politycznie do zaakceptowania. Jeśli okaże się, że to, co rzeczywiście trzeba zrobić, aby przeciwstawić się zagrożeniu zmianami klimatu, jest polityczną trucizną – co wtedy? Czy politycy posłuchają i zredefiniują to, co jest politycznie do zaakceptowania? I jak długo będzie trwała ta przepychanka, zanim pojawi się skuteczna odpowiedź na klimatyczne wyzwanie?

źródło: Postcarbon Institute

Artykuł pierwotnie ukazał się na stronie: Resilience.org.

Tłumaczenie: Jan Skoczylas

Jeśli podoba Ci się to, co robimy, prosimy, rozważ możliwość wsparcia Zielonych Wiadomości. Tylko dzięki Twojej pomocy będziemy w stanie nadal prowadzić stronę i wydawać papierową wersję naszego pisma.
Jeżeli /chciałabyś/chciałbyś nam pomóc, kliknij tutaj: Chcę wesprzeć Zielone Wiadomości.
Czy nasze podejście do planety ma szansę się zmienić? Z Anne Snick rozmawiają – Joanna Lebiedzińska i Robert Reisigová-Kielawski.

Joanna Lebiedzińska: Jak najlepiej wytłumaczyć, co to jest postwzrost? Szczególnie ludziom, którzy ciągle uważają, że konkurencja to podstawowy mechanizm porządkujący życie publiczne. Muszą przecież walczyć o pieniądze, pracę, status…

Anne Snick: Zaczęłabym od przypomnienia faktu, że nasza planeta nie rośnie. Tworzy raczej układ zamknięty – jak w pierwszej zasadzie termodynamiki. A jednak stworzyliśmy model ekonomiczny całkowicie zależny od wzrostu, który nie współgra z rzeczywistością planety. Ten prosty fakt leży u podstaw kolejnych kryzysów, konfliktów, degradacji środowiska, czy migracji.

Rozwiązanie tych problemów wymaga modelu ekonomicznego, którego celem jest mądre zarządzanie zasobami mające na celu zapewnienie dobrobytu wszystkim żywym istotom. Chodzi o to, by wzrost dobrobytu nie był zależny od wzrostu produkcji i konsumpcji dóbr. To właśnie podstawowe założenia postwzrostu, na których powinniśmy budować ekonomię.

Robert Reisigová-Kielawski: A jak rozprawisz się z poglądem podważającym to, że nasza planeta i działalność ludzka to układ zamknięty? Ciągle pokutuje przeświadczenie, że rozwój technologii może nas zbawić i niejako otworzyć ten układ – wzrost postrzegany jest jako właśnie przekraczanie naszych możliwości.

AS: Załóżmy, że zaprojektujesz świetne urządzenie do zarządzania systemem wspólnego użytkowania samochodów (car sharing). W obecnym modelu jest tak, że aby przetrwać, twoja firma musi rosnąć, czyli zwiększać sprzedaż i pewnie zużywać więcej zasobów. Ale ten cel – wzrost – nijak się ma do systemu wspólnego korzystania z samochodów, którego celem jest zapewnienie mobilności jak największej liczbie osób, zużywając przy tym jak najmniej zasobów.

Wzrost może być oczywiście wyłącznie finansowy, ale wtedy mamy do czynienia ze spekulacjami. Kolejne bańki na rynkach nieruchomości skutecznie nam o tym przypominają. Spekulacje mogą dać wzrost finansowy, ale nie mają nic wspólnego z ekonomią rozumianą jako mądre i sprawiedliwe zarządzanie zasobami, którego celem jest dobrobyt wszystkich istot, nawet pszczół. A taką funkcję powinna mieć ekonomia w świecie postwzrostu.

Obecny system oparty jest na wydobyciu zasobów. Rozwój technologiczny niczego nie zmieni, ponieważ działamy w systemie planowanego niedoboru pieniądza, którego celem jest „robienie pieniędzy”, czyli zysk – wspólny mianownik kolejnych kryzysów, konfliktów i nierówności. Mamy politykę monetarną, która nie służy społecznym funkcjom ekonomii. Służy bankom, ale ludzie i planeta mają jej wyraźnie dość.

JL: Jeśli nie rozwój technologii, to może zrównoważony rozwój?
Przyłączasz się do głosów, że zrównoważony rozwój to wyświechtane hasło marketingowe – jak społeczna odpowiedzialność biznesu? Czym różni się postwzrost od zrównoważonego rozwoju?

AS: Na pewno „zrównoważona” polityka nie powinna być dzisiaj celem samym w sobie. Celem jest przetrwanie ludzkości i ekosystemów Ziemi oraz zaprojektowanie takiego modelu ekonomicznego, który nie będzie służył garstce wybranych kosztem pozostałych. Dzisiaj każda branża przemysłu konkuruje, walczy o przetrwanie i zasoby. Polityka zrównoważonego rozwoju zakłada, że ekstraktywizm – czyli eksploatację ludzi i planety w celu zanotowania wzrostu – należy zreformować tak, by praca i kapitał służył ludziom, zwierzętom i całej planecie, co pomoże stworzyć zielone produkty i miejsca pracy, poprawi sprawiedliwość społeczną i dobrobyt. Jeśli przyjmiemy taką definicję, to naturalnie zrównoważony rozwój częściowo pokrywa się z założeniami postwzrostu, ale trzeba pamiętać, że wzrost na planecie, która nie rośnie z definicji będzie oparty na eksploatacji i ekstraktywizmie.

Przyłączam się jednak do głosów, że zrównoważony wzrost nie wystarczy, ponieważ nie kwestionuje obecnej polityki monetarnej, nie wyciąga wniosków z systemowych błędów, opisanych choćby przez Thomasa Piketty’ego w Kapitale w XXI wieku: koncentracja kapitału pogłębia nierówności. Eksploatacja Globalnego Południa trwa w najlepsze. Biedni zmuszeni są do migracji. Z kolei Richard Wilkinson i Kate Pickett w Duchu równości dowodzą, że nierówności szkodzą wszystkim, nie tylko biednym. Społeczeństwo amerykańskie jest bogatsze od japońskiego, ale bardziej nierówne i to właśnie ci drudzy żyją szczęśliwiej. Dzisiaj zrównoważony rozwój to za mało, by walczyć z nierównościami.

JL: Jeśli wzrost jest paliwem kryzysów, wojen, migracji i nierówności, to w jaki sposób postwzrost może pomóc uniknąć ich w przyszłości?

AS: Niedobór pieniądza jest ważną przyczyną nierówności. Jeśli stworzymy system, w którym pieniędzy nie brakuje, zysk jako cel sam w sobie zostanie zastąpiony przez równość i dobrobyt. Zresztą ludzie dobrze to wiedzą i już teraz tworzą własne systemy wymiany, niezależne od banków. W paradygmacie postwzrostu wzrost nie oznacza wzrostu zysków, które dzielą społeczeństwa, czy rozbudowy infrastruktury, która przyspiesza zmiany klimatu. Jeśli celem ekonomii będzie więcej dobrobytu i mniej nierówności, i jeśli tak zdefiniujemy wzrost, to osiągnięcie go może zakładać spadek tradycyjnie rozumianego wzrostu. Postwzrost oznacza więc rozwój bardziej dostępnej i włączającej infrastruktury opartej na odnawialnych źródłach energii. W pewnym sensie dzisiaj mamy już fragmenty takiej infrastruktury. Tworzą ją praca u podstaw i oddolne inicjatywy społeczne – często wbrew dogmatom wolnorynkowym.

Warto dodać, że wiele pracy wykonywanej jest poza ekonomią, choć bez niej nie byłoby „wolnego rynku”. Przede wszystkim chodzi o pracę opiekuńczą i pracę społeczną. W kategoriach postwzrostu taka praca jest fundamentalna, ponieważ jej celem jest właśnie zdrowie, dobrobyt, solidarność czy więzy społeczne. Dotychczasowe modele ekonomiczne wykluczały to, co niektórzy nazywają „wartościami kobiecymi”, były patriarchalne, ceniły konkurencję i hierarchiczność. Modele, które cenią współpracę wymagają innej filozofii zarządzania – opartej na zaufaniu. Zamiast odgórnej hierarchiczności, potrzebujemy modeli wrażliwych na inicjatywy oddolne.

Weźmy wspomniany car sharing. Jestem członkinią takiego systemu i uczestniczę w procesach zarządzania. Na pewnym etapie nasz car sharing stał się nie tylko korzystny dla nas samych, czyli poszczególnych „klientów”, ale lokalni politycy powoli zaczęli dostrzegać, że takie rozwiązania poprawiają jakość życia wszystkich mieszkańców. Zaczęli więc wspierać takie inicjatywy. W Gandawie za darmo zaparkujesz tylko samochodem należącym do systemu wspólnego użytkowania. To pokazuje powolne zmiany w systemie zarządzania: oddolnie idzie sygnał, że chcemy taki system, a odgórnie mamy rozwiązanie, które pozwala mu się rozwijać. Inicjatywy społeczne muszą być rozpoznawane, wspierane i popularyzowane. Liczne przykłady takich inicjatyw znajdziemy we francuskim dokumencie Nasze jutro.

JL: Sugerujesz, że ekonomia wzrostu gospodarczego zaniża wartość pracy opiekuńczej, którą wykonują głównie kobiety, a jednocześnie umacnia wiarę w większą „wydajność” mężczyzn i tym samym utrwala nierówności między płciami. Jakie rozwiązania tej kwestii podsuwa postwzrost?

AS: Powtórzę. Obecny system wymusza wzrost gospodarczy i wzrost wydajności pracy. Jednak rozumienie „wydajności” jest związane z kulturą, rolami społecznymi i przyjętą polityką monetarną. Ponieważ mężczyźni nie rodzą dzieci, mogą być w pracy zamiast na sali porodowej i w mniejszym stopniu zajmują się domem i dziećmi, są bardziej „wydajni” w systemie, który zaniża wartość pracy opiekuńczej. Ciąża i opieka nad dziećmi są niestety wykluczające dla kobiet, ponieważ nie uznaje się wpływu takiej pracy na indywidualny zysk. Historia feminizmu pokazuje, że wywalczenie prawa do udziału w patriarchalnym społeczeństwie przez uprzywilejowane kobiety oznaczało, że w pracy opiekuńczej musiały je zastąpić kobiety z najniższych klas, czarne kobiety oraz migrantki.

Tradycyjnie rozumiany wzrost wymusza konkurencję i walkę o zasoby, bo przetrwanie zależy od możliwości ich eksploatacji. Nie każda działalność może się rozwijać, może generować zysk, ponieważ planeta jest układem zamkniętym. Wychowujemy kolejne pokolenia w duchu rywalizacji i indywidualizmu, ponieważ obecna polityka ekonomiczna takie wartości premiuje. Ostatni kryzys ekonomiczny jest tego przykładem. Instytucje finansowe prowadzą śmiertelnie niebezpieczną grę w pogoni za zyskiem, a rządy wyciągają je z tarapatów za pieniądze podatników. Mamy więc przyzwolenie na żyłkę do hazardu, co ma fatalne skutki dla społeczeństwa.

Nieprzypadkowo kobiety zarabiają mniej i częściej zmagają się z ubóstwem. Postwzrost przeciwstawia się takim niesprawiedliwościom, logice zysku i wyniszczającemu ekstraktywizmowi. Jego celem jest przeprojektowanie ekonomii tak, by jej celem było zmniejszanie nierówności. Nierówności niszczą, na różnych poziomach. Dzisiaj bogate kraje Europy mogą kupić sobie prawa do połowu w biednych krajach Globalnego Południa i zniszczyć lokalne rynki oraz społeczności, jak w Senegalu.

RRK: Jaki powinien być kolejny krok w stronę postwzrostu? Jak edukować i lobbować za postrozwojem, aby wyjść poza paradygmat zrównoważonego rozwoju?

AS: Odpowiedzi na te pytania już teraz szuka wiele osób i instytucji – od lokalnych polityków, przez ruchy społeczne, po firmy. To żywe laboratoria, na które warto zwrócić uwagę, aby zrozumieć zmiany w myśleniu o funkcjach ekonomii. Niestety nie widzę żadnego ogólnoświatowego planu. Idee postwzrostu znajdują odbicie w działaniach lokalnych, bo tam pojawia się zrozumienie dla dobrobytu wspólnoty, tam pojawia się zaufanie. Jeśli chcemy zmiany w skali makro, to musimy przyglądać się zmianom w skali mikro i wspierać wszelkie działania mające na celu sprawiedliwą alokację zasobów.

Niestety na poziomie samorządów i państw sprawa się komplikuje, są ogromne opory. Obawiam się, że bez jakiegoś gwałtownego zwrotu wkrótce może być za późno, by zatrzymać zmiany klimatu na poziomie, który zapewni godne warunki życia nie tylko kilku bogaczom. Obowiązująca dogma ekonomistów prowadzi nasz tankowiec prosto na górę lodową. Wpływ ideologów i interesantów wzrostu jest tak potężny, że nie ma szans, byśmy zmienili kurs jakąś odgórną decyzją. Chodzi raczej o to, by wszyscy aktorzy zainteresowani przywróceniem ekonomii jej podstawowych funkcji połączyli siły i naciskali na klasę polityczną. Im więcej osób dowie się, że ciągły wzrost sprowadzi na nas katastrofę, tym większe szanse na to, że alternatywne rozwiązania takie jak postwzrost będą brane pod uwagę.

Postwzrost może oznaczać zmniejszenie produkcji – na przykład samochodów, których mogłoby być mniej, jeśli sprawnie działałyby systemy wspólnego użytkowania. Chodzi tu przede wszystkim o funkcję (równy dostęp do środków transportu i mobilność), którą odpowiedni model ekonomiczny powinien zapewnić. Transformacja w kierunku ekonomii postwzrostu wymaga społecznej innowacyjności, czyli takiej organizacji lokalnych społeczności, która zapewni dobrobyt wszystkim jej członkom i członkiniom. Wymaga również wspierania takiego rozwoju technologicznego i naukowego, który pozwoliłby lepiej zarządzać dostępnymi zasobami. Oczywiście kolejnym wymogiem jest odpowiednia polityka monetarna, której celem byłoby zapewnienie równego i bezpiecznego przepływu kapitału. Wreszcie taka transformacja wymaga zmian w prawie, co pozwoliłoby utrwalić model postwzrostu.

Bez zmiany we wszystkich opisanych obszarach – nie może być mowy o świecie postwzrostu. Sama technologia nas nie zbawi i nie chodzi tylko o prawo patentowe. Ekonomia i polityka są nierozerwalnie połączone w zglobalizowanym świecie. Świadomość kresu obecnego modelu nie ogranicza się wyłącznie do elity w krajach bogatej Północy. Alternatywne modele ekonomiczne pojawiają się w Afryce i na Bliskim Wschodzie. Powodem są wyniszczające skutki nierówności. Pojawienie się oporu wobec ideologii wzrostu w różnych zakątkach świata daje nadzieję na nowe sojusze i możliwości wywierania wpływu na polityków.

Już dzisiaj wiemy, że bieda, głód, zmiany klimatu mają i będą miały katastrofalne skutki. Mam tylko nadzieję, że idee postwzrostu w porę złagodzą je i poprawią życie przyszłych pokoleń. Przecież ekonomia i polityka są właśnie od tego!

Przełożył Robert Reisigová-Kielawski

Dr Anne Snick – doktorat z filozofii edukacji. Prowadzi badania naukowe (KU Leuven), pracuje z rodzinami cierpiącymi ubóstwo (Uniwersytet Centrum Kortenberga) i badania-działania (action research) wprowadzające nowe modele ekonomiczne (Flora Network). Zainteresowania badawcze: systemowa analiza ubóstwa, nierówności (gender) i katastrofy ekologiczne, współtworzenie alternatywnych modeli społeczno-gospodarczych. Stworzyła ramy metodologiczne dla ułatwiania transdyscyplinarnych inicjatyw na rzecz zrównoważonego zarządzania. Od 2012 roku jest członkinią zarządu Klubu Rzymskiego – rozdziału UE.

Poniższy artykuł jest pierwszym z serii „Wizje na 2018 rok”, w której przywódcy – aktywiści odpowiadają na pytanie: „Czego byś pragnął/a, by zostało stworzone, zbudowane, wyobrażone lub rozpoczęte w tym roku?” Każdy z odcinków będzie się koncentrował na odważnej idei transformacji, aby dodać nam sił i zainspirować nas w rozpoczynającym się właśnie roku.

Zaledwie kilka lat temu dominująca narracja w naszym kraju brzmiała: „Jest coraz lepiej”. Ta mantra była nie tylko przesłaniem do homoseksualnej młodzieży, ale wyrazem wiary w kulturę opartą na idei nieustającego postępu. Ta podnosząca na duchu kampania rozpoczęła się w 2010 roku, w czasie gdy dla tych z nas, którzy z uwagą śledzili kryzys klimatyczny, stawało się coraz bardziej oczywiste, że w rzeczywistości sprawy nie zmierzają w dobrym kierunku. Następnie w roku 2017, duża część naszego społeczeństwa zmuszona była skonfrontować się z brutalnym faktem, że ten marsz postępu z pewnością nie jest czymś nieuniknionym. Być może 2018, mógłby stać się rokiem, w którym zaakceptowalibyśmy tego rodzaju realistyczną ocenę rzeczywistości i rozwinęlibyśmy model przywództwa zakorzeniony we wrażliwości.

Konwencjonalna mądrość zakłada, że aby zmotywować ludzi do działania lub wygrać wybory, przywódcy muszą przejawiać optymizm, jeśli chodzi o naszą zdolność do poradzenia sobie z wszelkim złem i zbudowania świata wolnego od biedy i nieszczęść. Widzimy to zarówno w organizacjach klimatycznych, jak u progresywnych polityków, którzy obiecują, że możemy powstrzymać zmiany klimatu i jednocześnie zwiększyć długoterminowy wzrost gospodarczy. Trzeźwa analiza mówi nam, że nie tylko nie jest możliwe osiągnięcie obu tych celów równocześnie, lecz również, że prawie na pewno osiągnęliśmy punkt, w którym żaden z nich z osobna nie jest już dłużej możliwy do zrealizowania. Ale publiczne wyrażenie tego rodzaju brutalnej prawdy uważa się za polityczne samobójstwo, indukowanie w ludziach paraliżu i uczucia bezsilności.

Jednak jest jedna ważna rzecz, jeśli chodzi o realizm, a mianowicie to, że odnosi się on do realiów miejsca, w którym faktycznie żyjemy. Możemy uparcie trzymać się bezbolesnych iluzji, lecz robiąc to, oddzielamy się od autentycznego doświadczenia tych, którzy nas otaczają. Poetka Andrea Gibson, do której czasami odnoszę się jako do największego teologa 21. wieku, mówi: „Wiem jedno o życiu – ból nigdy nie jest tylko nasz”.

Kiedy zaprzeczamy naszemu bólowi, zwątpieniu i rozpaczy, odrzucamy również możliwość solidarności z tymi, którzy czują to samo. Prowadzi to do przekonania, że jesteśmy mali, słabi i samotni. Biorąc pod uwagę nieprawdopodobnie potężne siły, które trzeba pokonać, żeby poradzić sobie z kryzysem klimatycznym, niesprawiedliwością społeczną i supremacją białych, nie ma nic bardziej beznadziejnego od myślenia o sobie jako o osamotnionych jednostkach.

Najczęściej dyskutowanym artykułem na temat klimatu w 2017 roku, był artykuł Davida Wallace- Wellsa zatytułowany „Ziemia nie nadająca się do zamieszkania” ( The Uninhabitable Earth). Wallace-Wells spotkał się z ogromną krytyką z powodu tego, co niektórzy odebrali jako pesymizm. Lecz artykuł stał się najczęściej czytanym tekstem w historii New York Magazine, i jednym z najczęściej czytanych artykułów na temat klimatu na świecie, pomagając wielu z nas uświadomić sobie, że, słowami Gibson, „Inni ludzie też to czują”. Dla mnie był to moment prawdziwej nadziei.

Po roku pełnym rozwianych iluzji, 2018 stwarza szansę na wyłonienie się modelu przywództwa zapewniającego przestrzeń dla naszej wspólnej wrażliwości. Zamiast składać fałszywe obietnice i próbować nakłonić nas do uwierzenia na nowo w te same iluzje, i mówić ludziom to, co ich zdaniem chcieliby usłyszeć, liderzy mogą pozbyć się tych złudzeń i uczciwie informować o ich ograniczeniach, a także związanych z nimi niewiadomych. Taki rodzaj przywództwa nie opiera się na czyjejś umiejętności kontrolowania sytuacji, lecz na odwadze koniecznej do zaangażowania się i pozostawania z nią w ciągłej relacji.

Tego rodzaju przywództwo może wyłonić się w tym roku zarówno na wysokich szczeblach władzy, jak i na małych zgromadzeniach lokalnych społeczności. Umożliwiając wyrażanie braku poczucia bezpieczeństwa w przestrzeni publicznej, przywódcy mogą zaprosić innych, którzy czują podobnie, do doświadczenia autentycznej solidarności, ponieważ w tej solidarności jest nasza prawdziwa siła. Zbudowanie poczucia, że jesteśmy częścią czegoś znacznie większego i potężniejszego od naszych indywidualnych jaźni, i być może przyznanie, że niektóre rzeczy są niemożliwe, może przyczynić się do poszerzenia sfery tego, co jest możliwe.

Jeżeli wyzwolimy się w tym roku z dążenia do celów niemożliwych do osiągnięcia, będziemy mogli rozpocząć proces powrotu do działań, które są dla nas naprawdę ważne. Ponieważ nieskończony wzrost nie jest możliwy na ograniczonej planecie, pogoń za wzrostem gospodarczym zawsze wymagała ofiar – innych ludzi i innych części naszego ekosystemu. Porzucenie snu o niekończącym się wzroście gospodarczym pozwala na rozpoczęcie szerszej dyskusji publicznej na temat tego, jaki powinien być cel gospodarki i komu powinna ona służyć.

Jednakże w przeciwieństwie do porzucenia fałszywego bożka wzrostu gospodarczego, realność zmiany klimatu oznacza, że będziemy zmuszeni ponieść realne straty i cierpieć z powodu realnych trudności. Lecz tak jak w przypadku każdej prawdziwej straty, zaprzeczenie nie chroni przed żalem; sprawia jedynie, że zostajemy z nim sami. Jedynym sposobem, żeby poradzić sobie z tym żalem i kontynuować pracę, która musi zostać zrobiona, jest dzielenie się nim z innymi. Jest dużo pracy do zrobienia, a w trakcie nieskończenie długiej walki, która jest przed nami, nadal będzie jej mnóstwo. W roku 2018, w końcowym stadium kapitalizmu i na wczesnym etapie zmiany klimatu mamy wiele do udźwignięcia, więc miejmy nadzieję, że będzie to rok, w którym pojawią się przywódcy, chcący podjąć się tego zadania.

Tim DeChristopher

http://www.truth-out.org/opinion/item/43387-in-the-face-of-climate-crisis-let-s-make-2018-a-year-for-realism

Tłumaczenie: Jan Skoczylas

Copyright, Truth-out.org. Reprinted with permission. Dziękujemy redakcji „Truth-out” za zgodę na publikację.

Rozwijane obecnie po cichu górnictwo głębinowe niesie ogromne zagrożenie dla środowiska, ostrzegają Instytut Globalnej Odpowiedzialności i Fundacja MARE. Dokładnie 35 lat temu ONZ przyjęło Konwencję o prawie morza, która ustala zasady porządku prawnego dla oceanów i uznaje większość ich zasobów za „wspólne dziedzictwo ludzkości”. Dziedzictwo to powinno być wykorzystywane w sposób sprzyjający ochronie środowiska morskiego. Jednak wbrew ostrzeżeniom naukowców i organizacji środowiskowych, bez publicznej debaty i właściwych regulacji, trwa wyścig po te zasoby.

POBIERZ OBSZERNE OPRACOWANIE o górnictwie głębinowym przygotowane przez IGO i Fundację MARE: IGO_MARE_Brief_GornictwoGlebinowe

Morza i oceany pokrywają 70% powierzchni Ziemi. Na ich dnie kryją się ogromne ilości wielu cennych minerałów, jak złoto, miedź, magnez, nikiel, cyna czy cynk. Podwodne złoża mają często znacznie większe stężenie niż lądowe, stanowią więc wielką pokusę dla przemysłu, który od kilku lat intensywnie dąży do rozwoju górnictwa głębinowego. 27 państw, w tym Polska, uzyskało już licencje poszukiwawcze o łącznej powierzchni 1,3 mln km2, czyli więcej niż czterokrotność powierzchni Polski.

Tymczasem wiele organizacji, społeczności lokalnych i naukowców ostrzega, że górnictwo głębinowe poważnie naruszy ekosystemy morskie. „Utrata bioróżnorodności (…) będzie nieunikniona, a być może również nieodwracalna” – głosi oświadczenie międzynarodowej grupy naukowców na łamach Nature Geoscience. Na głębokości od 800 do 4 tysięcy metrów powstaną podwodne kopalnie odkrywkowe. Ciężkie koparki, jeżdżąc po dnie, będą zdzierać jego fragmenty. Potem materiał będzie kruszony i zasysany rurami na statki, a odpady będą zrzucane z powrotem na dno.

Trudno przewidzieć skalę szkód spowodowanych mechanicznym niszczeniem dna, odpadami, hałasem, wibracjami czy wyciekami zanieczyszczeń. Oceany to bardzo kruchy, pełen współzależności ekosystem, który już teraz jest krytycznie zagrożony. O funkcjonowaniu stref głębinowych wiemy mniej niż o powierzchni Marsa. Wiemy jednak, że ich autoregeneracja trwa co najmniej 25 razy dłużej niż systemów lądowych – mówi Olga Sarna z Fundacji MARE.

Ponadto górnictwo głębinowe utrwali obecny, autodestrukcyjny system gospodarczy, oparty na nieskończonym wzroście i nadmiernej konsumpcji.

Wydobycie surowców prowadzi do niszczenia środowiska i łamania praw człowieka. Ziemskie zasoby wcześniej czy później się wyczerpią. Do tego czasu nasza planeta zostanie nieodwracalnie zniszczona, a przyszłość ludzkości stanie pod znakiem zapytania. Musimy to sobie uświadomić i jak najszybciej przestawić się na inny system: znacznie ograniczoną konsumpcję, trwałe produkty, ich reperowanie, recycling surowców i gospodarkę okrężną – podkreśla Ewa Jakubowska-Lorenz z IGO.

Do 370 km od linii brzegowej zasobami morskimi dysponują państwa, z których kilka już rozpoczęło lub planuje wydobycie. Poza tą granicą licencji udziela Międzynarodowa Organizacja Dna Morskiego, oskarżana o brak przejrzystości, jasnych procedur i zbyt pośpieszne dążenie do rozdzielania koncesji, bez właściwych zabezpieczeń środowiskowych. Szczególne kontrowersje budzi fakt, że MODM wydała Polsce licencję poszukiwawczą na obszarze uznanym na mocy Konwencji o Różnorodności Biologicznej za obszar morski o szczególnym znaczeniu ekologicznym lub biologicznym. Obszar ten położony jest w rejonie kominów hydrotermalnych, wyjątkowych na skale światową i aktywnych od ponad 30 tysięcy lat.

To wszystko dzieje się bez odpowiedniej debaty publicznej i świadomości konsekwencji, o czym również alarmują naukowcy. Najbliższych kilka lat rozstrzygnie czy w wyścigu po surowce MODM i społeczność międzynarodowa zadbają o bezpieczeństwo środowiska, a w konsekwencji nas wszystkich.

źródło: Instytut Globalnej Odpowiedzialności

O kapitale, jego akumulacji oraz konsekwencjach społecznych i środowiskowych z Filipem Ilkowskim rozmawia Jan Chudzyński.
Jan Chudzyński: Zacznijmy od podstawowej kwestii. Czym jest kapitał?

Filip Ilkowski: To nie jest rzecz, którą się po prostu posiada. Rzeczy mogą stać się kapitałem tylko w określonych stosunkach społecznych. Szklanka jest po prostu szklanką, wartością użytkową, natomiast w momencie, gdy zacznę ją produkować na sprzedaż, lub kupować i sprzedawać drożej, stanie się dla mnie kapitałem.

Marks zwrócił uwagę na to, że kapitał ma dwie istotne cechy. Po pierwsze, jest stosunkiem społecznym polegającym na wyzysku siły roboczej. Po drugie, kapitał jest mnogością. Oznacza to, że w systemie opartym na jego gromadzeniu (akumulacji) – kapitalizmie – dynamika pomnażania wartości kapitału jawi się każdemu jego właścicielowi jako zewnętrzna presja. Musi inwestować, inaczej wypadnie z gry. Właśnie dlatego, że kapitał funkcjonuje w ramach konkurencji wielu kapitałów. To też odróżnia kapitalizm od innych systemów opartych na wyzysku siły roboczej. W systemie niewolniczym mamy oczywisty wyzysk siły roboczej, w systemie feudalnym też. Natomiast kapitalizm to nie jest tylko wyzysk, ale to jest wyzysk konkurencyjny. Konkurencja toczy się między poszczególnymi jednostkami kapitału, poszczególnymi kapitałami, co powoduje tę niekończącą się konieczność akumulacji. Nie ma jakiegoś momentu, kiedy kapitalista może powiedzieć: “OK, koniec”. Szlachcic w I Rzeczpospolitej mógł się bogacić, eksportując zboże produkowane przez jego chłopów pańszczyźnianych, ale nie musiał tego robić, pozostając nadal właścicielem ziemskim. Kapitalista nie ma takiego luksusu. Oznacza to dużą dynamikę systemu, ale też niekończącą się presję ku potęgowaniu wyzysku.

Gorączkowe poszukiwanie rentownych inwestycji, możliwości pomnożenia kapitału.

Tak, i proces ten natrafia na szereg barier. Na pewno jest nią pęd kapitalizmu ku kryzysom. Każdy kapitalista stara się zastępować pracę najnowszą technologią, czyli powodować większą wydajność jego pracowników. To jest perfekcyjnie racjonalne z punktu widzenia politycznego kapitału. Pierwszy kapitalista, którego pracownicy będą bardziej wydajni, ma przewagę nad innymi. Może sprzedawać taniej albo sprzedawać w tej samej cenie, ale z ekstra zyskiem z tego powodu. Natomiast kiedy wszyscy to czynią, coraz mniej pracowników „uruchamia” coraz większą masę zainwestowanego kapitału stałego. Przez to stosunek zysku do całości inwestycji ma tendencję spadkową. Nie ma ucieczki od momentu, w którym stosunek zysku do inwestycji jest na tyle niski, że kapitalista stwierdza, że nie opłaca mu się inwestować. Kiedy taka postawa się uogólnia jest to moment kryzysu.

Kryzys…

Kryzys, który teoretycznie oznacza bankructwa i niejako wyczyszczenie rynku i rozpoczęcie całej zabawy od nowa. Problem polega jednak na tym, że gdy jednostki kapitału stają się coraz większe, to i przywracanie tymczasowej równowagi w ten sposób jest coraz bardziej problematyczne. Widzieliśmy to w czasie ostatniego kryzysu gospodarczego: pojęcie korporacji “too big to fail”, czyli zbyt dużych, by upaść. Ich upadek może powodować pogłębienie kryzysu, dlatego państwa interweniują, żeby do tego nie dopuścić. Co więcej, kiedy państwa są w systemie konkurencyjnym między sobą, żadne z nich nie chce żeby to „ich” firmy były pierwszymi, które niejako mają oczyszczać rynek.

Ale przed kryzysem są jeszcze poszukiwania innych źródeł zysku, innych rentownych inwestycji. Kapitał patrzy, gdzie jest możliwość wzrostu. Birma, kraje afrykańskie…

Powstawanie nowych gałęzi gospodarki, presja na większą wydajność i na obniżanie płac też są próbami przeciwdziałania spadającej stopie zysku. Ale tak, szuka się ujść ku handlowi zagranicznemu, ku nowym rynkom w nadziei na skuteczniejszą akumulację kapitału. To jest system oparty na nierównomierności rozwoju. Nie jest tak, że wszystko się rozwija w tym samym tempie.

A finansjalizacja?

Też jest pochodną problemów z akumulacją kapitału. Początek ogromnego rozwoju sektora finansowego datuje się na połowę lat 70. i wyraźnie idzie w parze z momentem spadku dynamiki wzrostu gospodarczego. Jeżeli inwestycje w tak zwaną realną gospodarkę wydają się mniej atrakcyjne, wtedy wyrastają różnego rodzaju bańki spekulacyjne. To nie przypadek, że nawet tak czysto produkcyjne przedsiębiorstwa, jak General Motors, angażowały się w sektor finansowy. Dzięki finansjalizacji wskaźniki wzrostu mogły być na jakiś czas poprawiane w różnych państwach, np. w Stanach Zjednoczonych.

A jaka jest rola państw w kapitalizmie?

Państwa są ważnymi aktorami w procesie konkurencyjnej akumulacji kapitału. Mają istotną, nawet jeśli historycznie zmienną, rolę gospodarczą – bezpośrednią i pośrednią. Niezależnie od podejmowanych strategii, ostatecznym wskaźnikiem skuteczności państw kapitalistycznych jest osiągany przez nie poziom „wzrostu gospodarczego”, inaczej mówiąc skuteczność akumulacji kapitału we własnych granicach w porównaniu z konkurentami. Zapewniają także stabilność systemu na danym terytorium poprzez monopol na legalne stosowanie przemocy, ale i monopol ideologiczny, czyli przekonywanie ludzi, że żyjemy w systemie najlepszym z możliwych. Elementem tego drugiego jest , też zapewnianie spójności społecznej w społeczeństwie opartym na wyzysku poprzez ideologię patriotyzmu. Już od przedszkola: hymn, chorągiewka itp. Kluczową funkcją państwa jest posiadanie siły militarnej. Ta siła militarna jest na różne sposoby używana w rywalizacji międzypaństwowej. Ma ona też znaczenie symboliczne, tzn. umacnianie wizji danego państwa jako stabilnego centrum akumulacji.

Państwa starają się umożliwiać rodzimym kapitalistom akumulację także poza swoim terytorium.

Specyficzną cechą kapitalizmu jest możliwość dokonywania ekspansji ekonomicznej bez dokonywania formalnej ekspansji politycznej. W systemie feudalnym ekspansja “chcemy więcej ziemi, więcej chłopów” wiązała się z ekspansją militarną. W kapitalizmie można dokonywać ekspansji gospodarczej bez formalnego rozszerzania państwowego władztwa. Oczywiście nie oznacza to, że siła militarna nie jest używana. Państwo kapitalistyczne z natury ma wbudowane imperialistyczne dyspozycje i w konkurencyjnym systemie te dyspozycje różnie się ujawniają, ale się ujawniają.

To jest dość złożona struktura. Dobrze obrazuje ją zdanie Marksa, że kapitaliści są wojującymi braćmi. Braćmi, ale rywalizującymi. Państwa rozwiniętego kapitalizmu na różnych polach ze sobą współpracują, chociażby w obszarze ochrony praw patentowych w ramach Światowej Organizacji Handlu, czy poprzez politykę Międzynarodowego Funduszu Walutowego. Jest to pole wspólnych interesów – głównie najsilniejszych gospodarek pod hegemonią amerykańską. Z drugiej strony oczywiście mamy ciągły przetarg i mniejsze czy większe tarcia. W tym momencie pojawienie się nowych “challengerów” (głównie Chin) jest faktem zmieniającym te rozgrywki i układy z innymi państwami.

Kolejną areną zmagań wydaje się być Arktyka. Czy istnieje szansa, że wobec sprzeciwu opinii publicznej jednak nie zostanie ona przekopana i nie stanie się kolejnym źródłem surowców i zysków?

Oczywiście, że w ramach tego systemu nie odpuszczą… To jest cała logika kapitalistycznych państw. I ciekawe jest to, że przestrzenie geograficzne, które są szczególnie istotne w danym czasie dla akumulacji, zmieniają się wraz ze zmianą znaczenia określonych dóbr, które się tam znajdują. Kiedyś Lotaryngia była bardzo atrakcyjna ze względu na węgiel, teraz jednak może mieć dla imperializmu francuskiego znaczenie tylko symboliczne, ale nie bezpośrednio gospodarcze. Kluczowym regionem jest wciąż Bliski Wschód. Także Azja Środkowa jest ważna.. Natomiast pojawiają się nowe przestrzenie. I Arktyka jest jedną z nich…

W wojennej doktrynie Federacji Rosyjskiej z 2014 roku Arktyka jest określona jako jedno z kluczowych miejsc dla możliwości wywierania przez Rosję wpływu na politykę światową. I oczywiście są już układy amerykańskich korporacji, próby wkraczania tam w konkurencji, ale także i we współpracy z rosyjskim państwem. Arktyka jako potencjalne źródło ropy, gazu, ale też metali rzadkich jest ogromnym nowym polem gdzie te rozgrywki będą się toczyć. A do końca jeszcze nie wiemy, co jest ukryte w Arktyce.

No właśnie. Środowisko naturalne wydaje się być pod coraz większą presją kapitału..

Mamy kapitalistyczny system oparty na wyzysku, więc siłą rzeczy na konflikcie. Co więcej, podkopuje on sam siebie na różne sposoby. I bariera ekologiczna jest jedną z najistotniejszych. Kapitalizm polega na ciągłym przeobrażaniu przyrody. Jeżeli rozejrzymy się, mamy wokół siebie przyrodę przeobrażoną przez ludzką pracę. Ale nie tylko w celu wytworzenia użytecznych przedmiotów, zaspokojenia zapotrzebowania na cegły czy stoły. Jak zauważył Marks, w kapitalizmie obok procesu pracy – czyli istniejącego od zarania ludzkości procesu przeobrażania przyrody przez jej ludzką część w celu tworzenia potrzebnych człowiekowi wartości użytkowych – istnieje specyficzny dla tego systemu proces pomnażania wartości. Przetwarzanie przyrody w tym kontekście ma więc na celu pomnażanie kapitału i przekształcanie samej przyrody w kapitał. Staje się ona tylko „zasobem”, środkiem dla akumulacji. W tym systemie bardzo ciężko poradzić sobie z coraz bardziej oczywistą barierą środowiskową. Szczególnie w momencie problemów gospodarczych, kiedy żadne z państw nie chce być tym pierwszym, które poświęci część swojego wzrostu, żeby chronić całość. Widzimy te wszystkie przetargi w kontekście zmian klimatycznych i jak niewiele się w tym temacie robi. Problem jest oczywisty i powszechnie uznany, natomiast działania są w dużej mierze pozorne.

Pojawiają się pomysły rozwiązania tego problemu w ramach kapitalizmu. Może zielony wzrost ma szansę zaprowadzić harmonię w relacjach gospodarka-środowisko?

Moim zdaniem kapitalizm jest z natury niezielony. Na pewno warto walczyć o wszelkie częściowe zmiany, ograniczenia emisji itd. To nie jest wszystko albo nic. Natomiast kapitalizm jako system jest oparty na konkurencyjnej akumulacji z wszystkimi tego następstwami dla przyrody. Nie ma ucieczki od niszczenia przyrody w ramach tego systemu.

W takim razie jak go zmienić?

To jest pytanie o to, gdzie jest podmiot, który może cokolwiek zmienić. Moim zdaniem mogą to zrobić tylko pracownicy, tylko alter ego kapitału, którym jest praca najemna. Bunt pracowników najemnych może nie tylko zahamować kapitał, ale przezwyciężyć go poprzez zorganizowanie społeczeństwa opartego na demokratycznym planowaniu gospodarczym. Tak w skrócie.

Jeśli podoba Ci się to, co robimy, prosimy, rozważ możliwość wsparcia Zielonych Wiadomości. Tylko dzięki Twojej pomocy będziemy w stanie nadal prowadzić stronę i wydawać papierową wersję naszego pisma.
Jeżeli /chciałabyś/chciałbyś nam pomóc, kliknij tutaj: Chcę wesprzeć Zielone Wiadomości.
O tym jak Morawiecki przejął strategię azjatyckich „tygrysów” oraz mądrościach Zenona z Elei z prof. Jackiem Tittenbrunem rozmawia Adam Ostolski.

(więcej…)

O powstawaniu wskaźników rozwoju i ich wpływie na rzeczywistość z dr Kubą Krysiem rozmawia Jan Chudzyński
W jaki sposób wskaźniki używane do mierzenia poziomu rozwoju mogą wpływać na rzeczywistość?

Wskaźniki są narzędziami. I tak jak pilot dzięki nim jest w stanie bezpiecznie pilotować samolot, tak wskaźniki pomagają decydentom. To, jaką rzeczywistość kreują decydenci, zależy więc od narzędzi, którymi się posługują. Na razie posługują się głównie narzędziami skupiającymi się na wzroście gospodarczym, ewentualnie czasem ktoś zerknie na HDI (Human Development Index), czyli narzędzie, które oprócz wzrostu gospodarczego mierzy jeszcze długość życia i poziom edukacji. A jeśli podsuniemy im narzędzie, które jest uwrażliwione na inne kwestie, to mam nadzieję, że zacznie to odpowiednio zmieniać rzeczywistość.

No właśnie, mylimy rozwój z rozwojem gospodarczym, a ten z kolei ze wzrostem gospodarczym…

Błędnie je utożsamiamy. Warto zastanawiać się nad różnymi celami rozwoju oraz ścieżkami, które do tych celów prowadzą. Jeżeli decydenci i decydentki utożsamiają wzrost gospodarczy z podnoszeniem poziomu szczęścia czy poprawą jakości życia, to nie do końca trafnie to diagnozują. Od wielu lat wiemy, że wzrost PKB tylko trochę podnosi szczęście, i też tylko do pewnego poziomu.

Warto zacząć się zastanawiać, co jest celem rozwoju, a co jest środkiem, drogą do danego celu. Jeśli celem ma być podniesienie materialnego poziomu życia, to być może wzrost ekonomiczny jest jakąś (choć na pewno niewystarczającą) drogą do tego, ale czy to jest jedyny cel? Może są inne cele? No i jakie są koszty poszczególnych dróg?

I dlatego od lat 70-tych XX wieku PKB jest pod ostrzałem. Przez ten czas pojawiło się sporo wskaźników, których celem jest mierzenie rozwoju, a ty jesteś jednym z autorów kolejnego. Moim zdaniem jest w nim coś szczególnego, przyjęliście zupełnie inną logikę.

Tak. Trzeba zacząć ważyć cele preferencjami społeczeństwa.

Przejawia się to w tym, że to nie twórcy tego wskaźnika decydują o tym, co jest ważne, najważniejsze i w których sferach powinniśmy dokonać tej maksymalizacji.

Tak. Chodzi o zrelatywizowanie kulturowe tego, czym ma być rozwój i jak ma być mierzony, lub, inaczej mówiąc, o ważenie ścieżek rozwoju preferencjami społecznymi. To chyba najprostszy opis tej idei.

Dotychczas istniejące indeksy włączają koszty środowiskowe do PKB lub tak jak w przypadku HDI – próbują uwzględniać dodatkowe aspekty życia.
Przyjęty w Butanie i stosowany tam w planowaniu rozwoju tzw. wskaźnik szczęścia Narodowego (Gross National Happiness) uwzględnia 33 aspekty życia i łączy je w jeden wskaźnik. Każdy z tych indeksów przyjmuje jednak, że wszystkie społeczeństwa mają dokładnie ten sam zestaw celów rozwoju, że wszyscy z tą samą intensywnością te cele rozwoju życzą sobie realizować i podążają tą samą drogą ich realizacji. Tu nie ma zróżnicowania na różne społeczności, na społeczeństwa.

Z kolei nasz zespół proponuje, żeby jednak zacząć myśleć, że warto różnicować. W przypadku wskaźnika HDI, który jest średnią geometryczną trzech składowych, proponujemy zabieg sprawiający, że będzie on kulturowo wrażliwy. Wystarczy zrobić średnią geometryczną ważoną preferencjami społeczeństwa. To jest proste do zrobienia, tylko trzeba znaleźć odpowiednie wagi, odpowiednio je zmierzyć.

Jak działa ten zabieg ze średnią ważoną?

Idea jest taka, żeby wszelkie wskaźniki, które miałyby służyć do mierzenia rozwoju społecznego, zacząć uwrażliwiać na zróżnicowanie kulturowe, preferencje rozwoju. Czyli na przykład jeśli w społeczeństwie A 70% ludzi chciałoby żeby skupić się na rozwoju gospodarczym, a 30% ludzi wolałoby skoncentrować się na rozwoju duchowym, a w innym społeczeństwie proporcje są odwrócone, to twierdzę, że warto by zacząć konstruować wskaźniki tak, żeby to odzwierciedlać. Czyli w społeczeństwie A 70% wagi przyłożyć do rozwoju ekonomicznego, a 30% do duchowego, a w społeczeństwie B odwrotnie. Tak?

OK. Czyli tak naprawdę dla każdego z krajów wskaźnik jest inny, bo inaczej są skonstruowane ze względu na wagę poszczególnych celów. A skąd bierzecie dane o preferencjach społeczeństw?

Na razie bawimy się danymi zastanymi, żeby próbować pokazywać, jak to może działać, ale to wszystko jest dopiero do opracowania. To jest praca na lata. Póki co posługiwaliśmy się wartościami skwantyfikowanymi przez Shaloma Schwartza, który zebrał dane z ponad pięćdziesięciu krajów. Ale wyszukujemy je też z innych źródeł.

Patrzę na ten pomysł jako coś, co może stymulować debatę nad wartościami, krytyczne spojrzenie na rzeczywistość. Ciekawi mnie, jeżeli chcesz się tym podzielić, jakie były motywacje waszych działań?

W latach 60-tych ONZ przyjęła rezolucję dekolonizacyjną, w której zapisano: “wszystkie ludy mają prawo do samostanowienia; na mocy tego prawa określają według własnej woli swój status polityczny i swobodnie rozwijają swoje życie gospodarcze, społeczne i kulturalne”. To wszystko, co się dzieje w dzisiejszym świecie, to jest trzecia faza dekolonizacji. W latach 60-tych była dekolonizacja polityczna, gdzie Afryka i Azja Południowo-Wschodnia zapełniły się niezależnymi bytami politycznymi. Druga faza, nieudana, czyli dekolonizacja gospodarcza: prawie wszystkie kraje, które dawniej były koloniami nadal są pod silnym wpływem ekonomicznym dawnych “macierzy”. A teraz dekolonizacja kulturowa. Ryszard Kapuściński pisał, że dawniej będąc w Afryce czy Azji widywał pilotów głównie europejskich, na uniwersytetach europejskich profesorów, europejskie hotele, a w kioskach europejskie gazety. Jedak z czasem zaczęło się to zmieniać, pojawili się lokalni piloci, profesorowie i profesorki na uniwersytetach są już coraz częściej lokalni. Czyli zachodzi proces dekolonizacji kulturowej, i ja to sobie bardzo chwalę.

Ta idea przywrócenia ludziom wolności i równości. To są być może zbyt szumne hasła, ale jeżeli pytasz o inspiracje, to gdzieś tam w tle coś takiego się pojawia.

Funkcja performatywna wskaźników, fajnie by było, żeby ona..

…przyniosła swój skutek zamierzony, żeby coś się zadziało. Świat zawsze się zmieniał, więc cieszmy się, że zaczynamy o tym pisać i cieszmy się, że to może wejdzie do dyskursu.

Rozmowa z Gail Tverberg, badaczką energii i gospodarki. Jako aktuariuszka zajmowała się do roku 2007 modelowaniem finansowym branży ubezpieczeniowej. Ze względu na swoje doświadczenie zagadnienia energetyczne rozpatruje z innej perspektywy niż większość analityków. Pisze regularnie na swojej witrynie OurFiniteWorld.com. Publikuje również artykuły naukowe i jest częstym prelegentem na konferencjach międzynarodowych.
Redakcja: Najnowsze dane wskazują, że cywilizacja przemysłowa wykroczyła poza środowiskową pojemność planety o ponad 60%. Jakie są ekonomiczne symptomy tych realiów?

Gail Tverberg: Gospodarcze objawy przekroczenia nośności środowiska naturalnego odbiegają od naszych oczekiwań. Z jednej strony młodym ludziom jest coraz trudniej zdobyć odpowiednie dochody i założyć własną rodzinę. Z drugiej – bogactwo w coraz większym stopniu koncentruje się w rękach stosunkowo wąskiej grupy osób. Powiązaną kwestią jest to, że bardzo wysokie poziomy zadłużenia zmuszają do utrzymania niskich stóp procentowych, aby nie pojawił się problem ogromnej liczby upadłości przedsiębiorstw i państw.

Obserwujemy deflację surowców naturalnych. Dlaczego?

Koszty produkcji ropy i innych zasobów naturalnych rosną. Równocześnie ma miejsce stagnacja płac pracowników spoza kręgu elit. Ekonomiczna „pompa”, którą powinien napędzać wzrost zadłużenia i uposażeń, spowalnia, co wyhamowuje wzrost światowej gospodarki. Anemiczny wzrost zmniejsza z kolei popyt na surowce wykorzystywane do budowy domów i fabryk, produkcji samochodów i innych towarów. Spowolnienie gospodarki przynosi niskie ceny surowców.

Zaciąganie długów nie przynosi już spodziewanych efektów?

Nie moglibyśmy obsługiwać naszej aktualnej gospodarki bez długu. To on stymuluje gospodarczy wzrost. Dzięki niemu wydobywamy z ziemi paliwa kopalne czy tworzymy urządzenia takie jak turbiny wiatrowe i panele słoneczne. Co najistotniejsze, zadłużenie pomaga podnieść ceny wszelkiego rodzaju materiałów i towarów (w tym ropy naftowej i prądu), gdyż pozwala, by większą liczbę klientów stać było na wykonane z ich użyciem produkty. Prawdziwą bolączką konsumentów są niewystarczające zarobki; dodawanie zadłużenia (przy niskich stopach procentowych) może w pewnym stopniu ukryć kwestię niskiej płacy. Jednakże z biegiem czasu niedopasowanie staje się coraz większe. Ostatecznie piętrzenie długów nie może tak po prostu go zatuszować. Niskie ceny ropy, jakie obserwujemy od połowy 2014 roku, są znakiem, że świat nie dodaje dość pensji, aby nadążyć za rosnącymi kosztami produkcji energii.

Jednocześnie borykamy się z nadmiarem zadłużenia.

Trudno jest z nim się uporać, ponieważ zmniejszenie długu zmniejsza popyt i powoduje dalszą redukcję cen surowców. Niskie ceny prowadzą do obniżenia poziomu produkcji towarów i eksploatacji surowców. Na przykład produkcja żywności uzależniona od wkładu paliw kopalnych odnotuje z czasem ogromny spadek, podobnie jak produkcja ropy, gazu i węgla.

Czy oznacza to, że idea nieskończonego wzrostu gospodarczego – fundament naszego konsumpcyjnego modelu życia – jest urojeniem?

Istotnie trudno sobie wyobrazić dalsze trwanie nieskończonego wzrostu. Jest niemal pewne, że wpadniemy w finansowe kłopoty, najprawdopodobniej powiązane z zadłużeniem lub derywatami. Problemy, których byliśmy świadkami w 2008 roku, są prawdopodobnie preludium tego, co nadchodzi. Żyjemy na świecie, który ma naturalne granice. Nie jest rozsądne spodziewać się, iż nieskończony wzrost naprawdę się urzeczywistni. Wiemy z historii, że wiele cywilizacji przez jakiś czas przeżywało wzrost, po którym nastąpił ich nagły upadek. Najwyraźniej następował on wówczas, gdy zwrot z ludzkiej pracy był zbyt niski. Jego odpowiednikiem są teraz niskie płace pracowników spoza kręgu elit. Ilość surowców przypadająca na osobę ulega zbyt dużej redukcji. Zwiększanie zadłużenia mogło tymczasowo ukryć tę sytuację. Redukcja średniej płacy, zwłaszcza wśród ludzi młodych, jest jedną z oznak, że nasza gospodarka zmierza w stronę upadku śladem wcześniejszych gospodarek.

Wielu analityków i działaczy środowiskowych jest zdania, że odnawialne źródła energii będą zasilać gospodarkę przemysłową w nieskończoność i pozwolą nam utrzymać obecny poziom konsumpcji. Czy ich nadzieje są uzasadnione?

Wykorzystując wyłącznie odnawialne źródła energii, niewiele zdołamy zdziałać. Jeśli chcemy wyprodukować „nowoczesne” źródła odnawialne lub dostateczną ilość metalowych narzędzi i drutów, musimy sięgnąć po paliwa kopalne. Jedną część problemu stanowi wydobycie rud w odpowiedniej ilości, zaś drugą ich stopienie i nadanie uzyskanemu metalowi odpowiednią formę. Oba te procesy są niezwykle intensywne pod względem energetycznym. W pewnym zakresie możliwe jest uzyskanie wysokich temperatur koniecznych do wytopienia rud. Teoretycznie część uzyskanej energii może zostać wykorzystania do celów wydobywczych. Haczyk polega na tym, że oddając się tym praktykom, szybko wytniemy wszystkie lasy. Gdy Brytania zapoczątkowała eksploatację węgla w XVI i XVII wieku, głównym powodem było położenie kresu problemom związanym z wylesianiem. Nasza populacja jest obecnie znacznie liczniejsza. Zanim zaspokoilibyśmy zapotrzebowanie na metalowe narzędzia i części, zabrakłoby nam lasów na operacje hutnicze. Ponadto potrzebowalibyśmy ogromnej ilości energii na gotowanie, ogrzewanie domów i firm. Najprostszym i najtańszym sposobem na dostarczenie ciepła byłoby wycięcie drzew, które wywarłoby dodatkową presję na lasy.

Elektrownie wodne postrzegamy jako źródło energii odnawialnej, ale są one budowane przy pomocy paliw kopalnych. Beton wytwarza się dzięki intensywnemu ciepłu. Jego pozyskanie bez kopalin ponownie byłoby poważnym problemem. Maszyny zasilane ropą usuwają ziemię z miejsca przyszłej lokalizacji zapory. Gdy później sąsiadujący z hydroelektrownią obszar „zamula się”, warunkiem jej funkcjonowania jest usunięcie szlamu sprzętem napędzanym ropą. Brak paliw kopalnych oznaczałby utratę istniejących zapór, ponieważ nie bylibyśmy zdolni produkować części zamiennych oraz likwidować zamulenia.

Wykonanie nowoczesnych turbin wiatrowych i paneli słonecznych byłoby niemożliwością bez energii ze złóż węglowodorowych, częściowo z uwagi na obfitość ciepła niezbędną do wyprodukowania metali, betonu i materiałów wchodzących w skład tych urządzeń. Elektryczność można w teorii wykorzystać do uzyskania wysokiej temperatury, o ile źródła odnawialne byłyby w stanie same z siebie wytworzyć wystarczającą ilość energii elektrycznej pożądanego typu. Gdybyśmy spróbowali wygenerować potrzebną energię poprzez spalanie drewna i biomasy, zasoby leśne szybko uległyby wyczerpaniu. Co więcej, transport turbin i paneli do miejsca przeznaczenia zapewniają pojazdy na naftę.

Nie trzeba dodawać, że to paliwa kopalne utrzymują działanie sieci elektrycznej. Chociażby pozyskanie i zainstalowanie części zamiennych byłoby bez nich skomplikowane.

Czyli dodawanie źródeł odnawialnych do sieci elektrycznej nie ma sensu.

Jest to próba utrzymania dłużej stanu obecnego. Ale skoro tenże upada, cały plan jest daremny. Skończy się na wydobyciu większej ilości węgla i ropy, ażeby dodać turbiny wiatrowe lub panele słoneczne do tego, co wkrótce stanie się bezużytecznym systemem elektrycznym. Otrzymamy przede wszystkim krótkoterminowe niedogodności, bez spodziewanych korzyści długoterminowych.

Wśród coraz liczniejszej rzeszy decydentów istnieje przeświadczenie, że kolejna rewolucja przemysłowa jest tuż za rogiem. Robotyzacja ma przynieść niewyobrażalny dobrobyt dla wszystkich. Zastąpieni przez maszyny robotnicy będą otrzymywać od rządów darmowe pieniądze, by konsumować owoce automatyzacji i cieszyć się wypoczynkiem, rozwojem osobistym i głębokimi relacjami.

Próżno by szukać potwierdzenia tych założeń w dotychczasowej praktyce. Zamiast tego dzieje się tak, że korporacje unikają płacenia podatków ze względu na międzynarodowy zasięg, a swoją podatkową ojczyzną czynią państwa o niskim poziomie opodatkowania. Właściciele robotów bez wątpienia skorzystaliby z podobnego podejścia. Zatem jest co najmniej wątpliwe, by tego typu działalność przyniosła znaczące dochody z podatków. Przemysł paliw kopalnych zawsze płacił wysokie podatki. Sektor energii wiatrowej i słonecznej wymaga aktualnie dużych dopłat, które pochodzą pośrednio z bogactwa generowanego przez paliwa kopalne. Odejście od kopalin zredukuje wpływy podatkowe, co utrudni rządom realizację programów dla bezrobotnych. Pomysł, że ludzie będą mogli pozostać w domach, otrzymywać świadczenia i czerpać korzyści z automatyzacji jest jedynie pobożnym życzeniem.

Czy dezintegracja naszego systemu przemysłowego nastąpi szybciej niż upadki minionych cywilizacji?

Tak. Dawne cywilizacje nie były zależne od paliw kopalnych, energii elektrycznej i międzynarodowego handlu. Wszystkie te składowe są teraz bardzo istotne. Zaburzenie którejkolwiek z nich może zablokować całość. Na przykład bez systemu finansowego zasadniczo nie działa nic: wydobycie ropy naftowej, przesyłanie prądu, system emerytalny, zdolność giełdy do utrzymania swojej wartości. Przypomina to utratę systemu operacyjnego komputera lub wyłączenie lodówki z kontaktu. W przypadku zaprzestania podaży energii elektrycznej żaden z banków nie będzie mógł zrealizować wypłat pracowniczych. Co więcej, instytucje finansowe utraciłyby również informacje dotyczące bilansów obywateli i firm. Innym przykładem jest system dostaw handlu międzynarodowego bazujący na logistyce „dokładnie na czas” (ang. 'just-in-time’, JIT). Jego zakłócenie zatrzymałoby produkcję dóbr konsumenckich. Natomiast zmiany w zaopatrzeniu w paliwa kopalne mogą nadejść z niespodziewanej strony. Zmniejszenie wydobycia ropy może wyglądać na podyktowane sytuacją rynkową – nadprodukcją lub niskimi cenami. Ludzie reagują na nie entuzjastycznie, ale nie zdają sobie sprawy, że jego „cofnięcie” stanie się później niemożliwe ze względu na niedostateczne inwestycje długoterminowe.

Przewiduje pani, że rozkład światowej gospodarki przyspieszy w tym roku. Które symptomy wskazują na taki rozwój wydarzeń?

Chociażby gwałtowne zmiany w polityce, jakie obserwujemy. Wyborcy z coraz mniejszą aprobatą odnoszą się do kwestii przyjmowania imigrantów. Wzbiera w nich niepokój związany z różnicami w wynagrodzeniach. W minionym sezonie widzieliśmy zwycięstwa zarówno Donalda Trumpa, jak i zwolenników Brexitu. Globalizacja coraz mniej przypomina korzyść, a coraz bardziej brzemię. Źle rokuje znacząca redukcja chińskiej konsumpcji węgla w latach 2015-2016. Ilość zużywanej na świecie energii, przypadająca na osobę, jest ważnym czynnikiem determinującym gospodarczy wzrost. Jeśli jest niska lub spada, gospodarka światowa najpewniej się skurczy. Kolejnym negatywnym sygnałem są aktualnie niskie ceny paliw kopalnych i uranu. Mimo odnotowanego w ostatnim czasie nieznacznego ich wzrostu, nadal są zbyt niskie dla wielu producentów, którzy mierzą się ze stale rosnącymi kosztami wydobycia. Wielu pracowników (oraz potencjalnych pracowników) nie stać na dobra kapitałowe wytworzone przy udziale paliw kopalnych i uranu. Dzieci dłużej mieszkają z rodzicami, bo nie mają własnego mieszkania lub domu. Istnieje także duże prawdopodobieństwo, iż nastąpi spadek dostaw paliw kopalnych, ponieważ niskie ceny pozbawiają producentów środków na wymagane inwestycje eksploracyjne. Zmartwieniem są również wysokie poziomy zadłużenia – i komplikacje z nimi związane – w Europie, Chinach i Japonii.

Politycy, analitycy finansowi, klasyczni ekonomiści i inni eksperci wydają się być całkowicie nieświadomi tych dramatycznych trendów, ignorują kluczowe badania. Co jest przyczyną tej zbiorowej ślepoty?

Ogólny poziom wiedzy na temat samego funkcjonowania gospodarki oraz zależności między energią i gospodarką jest fatalnie niski. Większość analityków sądzi, że światowa gospodarka operuje dzięki zdyskontowanym przepływom pieniądza. A jej paliwem jest przecież energia. Nasza gospodarka to samo-organizujący się system sieciowy, który nieustannie rozprasza energię. Ekonomia zwykła negować bezpośredni związek między energią a gospodarką. Od 1800 roku populacja świata wzrosła od miliarda do ponad 7 miliardów, między innymi dlatego, że paliwa kopalne pozwoliły zwiększyć produkcję żywności i leków. Co gorsza, modelowanie ekonomii opiera się na analizie sposobu działania gospodarki z czasów, kiedy byliśmy daleko od granic środowiskowej pojemności planety. Wskazówki z tego modelowania w ogóle nie podlegają generalizacji, ponieważ zderzamy się z tymi granicami. Odwołując się do minionych warunków, ekonomiści oczekują, iż ceny wzrosną wraz z pojawieniem się niedoborów. Są w błędzie, ponieważ podstawową kwestią jest wspomniany brak odpowiednich wynagrodzeń pracowników spoza kręgu elit. Zwyczajnie nie stać ich na konsumpcję kosztownych towarów wytwarzanych przy użyciu surowców naturalnych. Niedostatecznie wysokie płace zamieniają się z kolei w „sprzężenie zwrotne” systemu w postaci niskich cen surowców. Sytuacja ta stanowi całkowite przeciwieństwo prognoz standardowych modeli ekonomicznych.

Na domiar złego badacze podążają śladami swoich poprzedników. Nie zaczynają od zgłębienia całego problemu. Istnieje mnóstwo badań, które sprawiały wrażenie trafnych, gdy je pisano, ale rozpatrywane w szerszej perspektywie okazują się całkowicie błędne. Publikacje naukowe bazujące na dotychczasowych ustaleniach po prostu powielają przeszłe błędy. Trudno to naprawić, gdyż dziedzina energii i gospodarki obejmuje liczne obszary dociekań badawczych. Zrozumienie pełnego obrazu nie jest rzeczą prostą.

W kwestii energetyki i gospodarki bardzo kuszące jest mówienie ludziom tego, co chcą usłyszeć. Jeżeli analityk nie rozumie, w jaki sposób działa system energii i gospodarki, a staje przed koniecznością zgadywania, z najbardziej przychylnym przyjęciem spotkają się następujące sformułowane przezeń domysły: „Wszystko jest w porządku. Uratuje nas innowacja”. Albo: „Uratuje nas substytut”. Prowadzi to do tendencyjnych badań ukierunkowanych na „Wszystko jest w porządku”. Dostępność dotacji finansowych na zagadnienia, które budzą nadzieję, wzmacnia ten efekt.

Jakie będą natychmiastowe konsekwencje rozpadu naszego systemu globalnego? Czego mogą spodziewać się zwykli ludzie?

Nigdy wcześniej nie zetknęliśmy się z tą sytuacją, dlatego tak naprawdę nie wiemy, czego oczekiwać. Konfrontujemy się z upadkiem globalnym, podczas gdy upadki wcześniejsze miały wymiar lokalny. Jedną z możliwości jest stopniowa likwidacja organizacji międzyrządowych, takich jak Unia Europejska. Kraje zmuszone będą w coraz większym stopniu radzić sobie same. Pozyskiwanie surowców, a nawet importowanej żywności, może stanowić coraz większe wyzwanie. Innym prawdopodobnym rezultatem jest krach finansowy i zamknięcie banków. Mógłby wówczas nastąpić rządowy paraliż i rozwiązanie władz centralnych, do jakiego doszło w Związku Radzieckim w 1991 roku. Pozostałyby jedynie samorządy. Możliwe zatrzymanie produkcji prądu byłoby równoznaczne z utratą dostępu do usług bankowych. Firmy nie realizowałyby pracowniczych wypłat. Funkcjonowanie wodociągów i kanalizacji zostałoby upośledzone na wiele sposobów. Być może niektóre społeczności korzystałyby nadal z instalacji grawitacyjnych, ale pompowanie i uzdatnianie wody pitnej byłoby problematyczne. Oczyszczanie ścieków zależy głównie od sieciowej elektryczności i dyspozycji pracowników, których wynagrodzenia przelewane są na bankowe konta. Ludzka populacja odnotowałaby spadek, przypuszczalnie o wiele procent.

Powiązane badania/raporty:

W swojej pięcioletniej prognozie rynku naftowego z 6 marca 2017 Międzynarodowa Agencja Energetyczna (International Energy Agency) poinformowała, że okrojenie inwestycji wywołane niskimi cenami ropy może w znacznym stopniu spowolnić podaż surowca i doprowadzić do jego niedoborów. Jeżeli trend rekordowej zapaści finansowania nie zostanie odwrócony, wzrost światowego zaopatrzenia zatrzyma się przed rokiem 2020. Globalne inwestycje w poszukiwania i produkcję „czarnego złota” uległy redukcji o 25% w 2015 i kolejne 26% w 2016. Odkrycia nowych złóż ropy są na najniższym poziomie od lat 40. XX wieku. Ich tempo i charakter odnotowały na przestrzeni ostatnich dekad drastyczny spadek. Tymczasem raport banku HSBC z 2016 ustalił, iż 81% całkowitej światowej produkcji paliw ciekłych znajduje się już w fazie schyłkowej i wydobycie niekonwencjonalnej ropy łupkowej – które w głównej mierze odpowiada za obecną nadpodaż – po prostu nie zdoła w przyszłości wypełnić nieuchronnej luki w zaopatrzeniu.

https://www.iea.org, www.hsbc.com

Nawet częściowe załamanie globalnej gospodarki wywrze natychmiastowy wpływ na klimat. Aerozole przemysłowe blokują faktyczną wartość antropogenicznego ocieplenia Ziemi. Analiza opublikowana 20 maja 2013 przez Journal of Geophysical Research: Atmospheres dowiodła, że wystarczy zaledwie 35-procentowa redukcja globalnych emisji aerozoli – wywołana upadkiem gospodarczym jednego z motorów globalizacji (USA, Europy lub Chin) – aby średnia temperatura planety podniosła się o dodatkowy 1°C. Próg ocieplenia o wartości 2°C zostałby przekroczony. W grudniu 2013 czasopismo PLoS ONE udostępniło wyniki kompleksowej analizy, obejmującej szeroką gamę dyscyplin, której autorzy z zespołu Jamesa Hansena, byłego głównego klimatologa NASA, stwierdzili, iż wzrost średniej temperatury planety o 2°C w stosunku do epoki preindustrialnej to „przepis na katastrofę”.

http://agupubs.onlinelibrary.wiley.com/hub/jgr/journal/10.1002/(ISSN)2169-8996/

http://journals.plos.org/plosone/

W swoim raporcie opublikowanym w Energy Journal badacze z Uniwersytetu A&M w Teksasie poinformowali, że szybkie tempo wdrażania alternatywnych źródeł energii nie spowolni zmiany klimatu i nie ograniczy wzrostu średniej temperatury Ziemi do 2°C. Naukowcy Centrum Międzynarodowych Badań nad Klimatem i Środowiskiem w Oslo (Center for International Climate and Environmental Research) podkreślili 30 stycznia 2017 w Nature Climate Change identyczny rezultat własnego dochodzenia: ekspansja energii odnawialnej nie zapobiegnie katastrofalnej zmianie klimatu. Nawet jeśli wydajność energii słonecznej i wiatrowej będzie rosła w zawrotnym tempie, nie uda się zatrzymać wzrostu średniej globalnej temperatury na poziomie poniżej 2°C.

https://www.iaee.org/en/publications/scope.aspx

Badanie Camilo Mory i Petera F. Sale’a, ekologów morskich, zamieszczone 28 lipca 2011 w piśmie Marine Ecology Progress Series, wykazało, że gdyby dzisiejszy model konsumpcji w świecie uprzemysłowionym miał zostać zachowany do roku 2050, skumulowane wykorzystanie zasobów naturalnych odpowiadałoby wówczas produktywności 27 planet Ziemia.

http://www.int-res.com/journals/meps/meps-home/

Analiza przedstawiona 14 grudnia 2016 w Technological Forecasting and Social Change stwierdziła, iż postęp technologiczny nie zdoła zmniejszyć zużycia materiałów i zapewnić zrównoważonego rozwoju świata. Naukowcy Instytutu Technologicznego w Massachusetts (Massachusetts Institute of Technology – MIT) ustalili, że nawet najbardziej wydajny i nierozbudowany proces wytwarzania danego produktu ostatecznie pomnoży całkowite nakłady materiałowe. Badacze odkryli te same tendencje w przypadku 56 tworzyw, towarów i usług – od podstawowych surowców, takich jak aluminium i formaldehyd, po akcesoria komputerowe i technologie energetyczne, takie jak dyski twarde, tranzystory, turbiny wiatrowe i panele słoneczne. Nie ma żadnych dowodów na obniżenie zużycia i eksploatacji materiałów, pomimo technologicznych udoskonaleń w ich produkcji i efektywności. Według stanowiska techno-optymistów zmiany technologiczne naprawią środowisko naturalne. Nasze ustalenia mówią, że raczej nie, powiedział Christopher Magee, współautor pracy, profesor systemów inżynieryjnych Instytutu Danych, Systemów i Społeczeństwa w MIT.

https://www.journals.elsevier.com/technological-forecasting-and-social-change/

Raport Międzynarodowego Zespołu ds. Zasobów Naturalnych (International Resource Panel IRP), będącego częścią Programu Środowiskowego ONZ, ujawnił 19 maja 2016, że ilość surowców wydobywanych przez cywilizację przemysłową wzrosła z 22 miliardów ton w 1970 do 70 miliardów ton w 2010. Dane dotyczą zasobów, czyli materiałów podstawowych, i obejmują biomasę, paliwa kopalne, rudy metali i minerałów niemetalowych. Autorzy ostrzegli, że wzrost zużycia ostatecznie doprowadzi do wyczerpania kluczowych materiałów, wywoła konflikty zbrojne i pogorszy zmianę klimatu – głównie z powodu potężnego wkładu energetycznego, który warunkuje ich wydobycie, wykorzystanie, transport i usunięcie. Konkluzja sformułowana przez 1203 naukowców, setki instytucji naukowych oraz ponad 160 rządów: Niszczenie i eksploatacja światowych zasobów naturalnych przez człowieka postępuje tak szybko, że wyprzedza zdolność planety do absorbowania szkód. Tempo degradacji rośnie na całym świecie.

http://web.unep.org/resourcepanel/

Badanie upublicznione 4 marca 2016 w czasopiśmie Environmental Research Letters wykazało, że wysiłki łagodzące skutki zmiany klimatu podejmowane przez system energetyczny doprowadzą do zwiększenia presji na zasoby wodne. Sektor energetyczny już teraz odpowiada za 15% światowego zużycia wody. Według autorów analizy globalne wykorzystanie wody w procesie generowania energii może zwiększyć się w tym stuleciu o ponad 600% w stosunku do roku bazowego (2000).

Zachowawcza prognoza ONZ z 21 marca 2016 alarmuje, iż przed rokiem 2025 około 1,8 miliarda ludzi stanie w obliczu braku wody, natomiast dwie trzecie populacji świata będzie żyć w warunkach regularnych jej niedoborów.

http://iopscience.iop.org/journal/1748-9326

Jak donoszą naukowcy Uniwersytetu Georgii (University of Georgia – UGA) w czasopiśmie Proceedings of the National Academy of Sciences z 8 czerwca 2015, dalsza przemysłowa destrukcja planety zniszczy cywilizację globalną. O Ziemi można myśleć jako baterii, która była bardzo wolno ładowana przez miliardy lat, powiedział John Schramski, główny autor i profesor Wydziału Inżynierii UGA. Energia słoneczna jest magazynowana w roślinach i paliwach kopalnych, lecz tempo jej wyczerpywania przez ludzi znacznie przewyższa tempo jej naturalnego uzupełniania. Badacze oszacowali, że 2000 lat temu planeta zawierała około 1 000 miliardów ton węgla w żywej biomasie. Od tamtej pory zredukowaliśmy tę ilość o blisko połowę. Nawet jeśli nasz gatunek nie wymrze całkowicie za sprawą spadku biomasy poniżej zrównoważonych progów, nastąpi drastyczne zmniejszenie populacji i zostaniemy zmuszeni powrócić do egzystencji łowców-zbieraczy lub prostych ogrodników. Ziemia znajduje się w stanie poważnej nierównowagi energetycznej ze względu na ludzkie zużycie energii. Ta nierównowaga określa nasz najbardziej ewidentny konflikt z przyrodą. Rzeczywiście mamy do czynienia z konfliktem w tym sensie, że obecny brak równowagi energetycznej – kryzys bezprecedensowy w historii planety – jest bezpośrednią konsekwencją technologicznej innowacyjności. Po raz pierwszy w dziejach ludzkość stoi w obliczu globalnego limitu energii chemicznej. Żyjąca biomasa stanowi energetyczny kapitał, który napędza biosferę i utrzymuje człowieczą populację i gospodarkę. Po prostu nie istnieje zapasowy zbiornik biomasy Ziemi. Prawa termodynamiki nie mają litości. Równowaga jest czymś nieprzyjaznym, sterylnym i ostatecznym, napisali autorzy.

http://www.pnas.org/content/112/31/9511.abstract

Wywiad ukazał się w Zielonych Wiadomościach nr. 028/lipiec 2017, do ściągnięcia w formacie pdf: http://zielonewiadomosci.pl/wp-content/uploads/028.pdf

Jeśli podoba Ci się to, co robimy, prosimy, rozważ możliwość wsparcia Zielonych Wiadomości. Tylko dzięki Twojej pomocy będziemy w stanie nadal prowadzić stronę i wydawać papierową wersję naszego pisma.
Jeżeli /chciałabyś/chciałbyś nam pomóc, kliknij tutaj: Chcę wesprzeć Zielone Wiadomości.

Niebawem upłynie dziesięć lat od momentu, kiedy pęknięcie bańki spekulacyjnej na rynku papierów wartościowych powiązanych z amerykańskimi kredytami hipotecznymi doprowadziło do największego w powojennej historii kryzysu gospodarczego. W pierwszej fazie załamania dokonywano eksmisji i licytacji nieruchomości w USA, zwalniano pracowników sektora finansowego na Wall Street i w londyńskim City, strat doświadczyli inwestorzy giełdowi oraz pracownicy odkładający na przyszłość za pośrednictwem funduszy emerytalnych. Dopiero później pojawiły się problemy Grecji, Hiszpanii, Portugalii, Włoch i Irlandii, tzw. kryzys zadłużenia strefy euro i wysokie bezrobocie.

Mijająca dekada przypomniała, jak trudna sytuacja gospodarcza wpływa na dyskurs publiczny. Bezkarność sektora finansowego, nierówności, narzucona polityka zaciskania pasa i powodowane tym ludzkie dramaty z jednej strony zrodziły ruchy Occupy i hiszpańskich Oburzonych, które przełożyły się na popularność ich politycznych reprezentacji – Berniego Sandersa w USA, partii Podemos w Hiszpanii czy Syrizy w Grecji. Z drugiej jednak strony – kryzys spowodował też niepokojący wzrost nastrojów nacjonalistycznych i popularność podsycającego je brytyjskiego UKIP, greckiego Złotego Świtu, Donalda Trumpa czy francuskiego Frontu Narodowego.

Gdzie szukać inspiracji?

Zmiany w zakresie polityki gospodarczej i społecznej, jakie postuluje amerykański prezydent i przedstawiciele innych ruchów antyestablishmentowych, są z reguły pomysłami dobrze znanymi. Postępowa lewica naturalnie chce powrotu państwa dobrobytu, większego bezpieczeństwa socjalnego, redystrybucji i regulacji rynków, z kolei inne środowiska prezentują cały wachlarz pomysłów na gospodarkę, które łączy chyba jedynie narodowa i antymigracyjna retoryka. Oznacza to szansę na odejście od neoliberalnego status quo, jednak, jak zauważa w swojej ostatniej, pośmiertnie wydanej książce Zygmunt Bauman, oba sięgające w przeszłość kierunki – państwo dobrobytu i państwo narodowe – są dowodem braku wiary w alternatywną przyszłość.

Mimo to na marginesie debaty publicznej pojawiają się także idee wychodzące daleko poza ramy określone przez mainstreamową wyobraźnię. Kreśli się różne wizje post-kapitalizmu, spośród których część ufundowana jest na techno-optymizmie i wierze w świat obfitości z darmową energią, robotyzacją oraz ludźmi wolnymi od pracy. Inne, koncentrujące się bardziej na przeobrażeniach o charakterze organizacyjnym niż innowacjach, przewidują zmianę logiki gospodarowania – odejście od dominującej roli rynku i akumulacji kapitału na rzecz wspólnotowego zarządzania zasobami.

Dziś trudno sobie wyobrazić zamieszkiwany przez 8 miliardów ludzi świat technoobfitości lub kooperatyw, ale niepokojące jest podejrzenie, że jeszcze bardziej nieprzystające do rzeczywistości mogą okazać się zarówno obecnie realizowane kierunki polityki gospodarczej, jak i mające je zastąpić wizje z przeszłości, nazywane przez Baumana retrotopiami.

Ekonomiczny przerost formy nad treścią

Ostatni kryzys nie był bowiem przypadkiem, a jedynie efektem naturalnych dla kapitalizmu procesów, które na przestrzeni kilku dekad doprowadziły do rozrostu sektora finansowego, ubezpieczeń i rynku nieruchomości. Tym razem, w odróżnieniu od poprzednich okresów zapaści gospodarczej, oprócz społecznych kosztów dalszej konkurencyjnej akumulacji piętrzą się także wyzwania antropocenu, a więc konieczność powstrzymania zmian klimatu i ograniczenia presji, jaką człowiek wywiera na środowisko naturalne. Niestety priorytet wciąż przyznawany jest wzrostowi gospodarczemu, przez co osiągnięcie założonego w porozumieniu paryskim celu zatrzymania globalnego ocieplenia w granicach 1,5 stopnia Celsjusza jest mało realne, a dodatkowo cały proces sabotowany jest przez Donalda Trumpa i jego wizję polityki gospodarczej.

Katalog problemów współczesności, a także trudność wyobrażenia sobie innego świata, są w dużej mierze konsekwencją dominujących idei ekonomicznych. Wpływ ekonomistów na rzeczywistość jest widoczny nie tylko w akcie transformacji, gdy pojedynczy ekspert lub niewielki ich zespół dokonuje przeobrażenia warunków życia całego społeczeństwa (np. „Chicago Boys” w Chile, Jeffrey Sachs w Boliwii, Rosji i w Polsce), czy w polityce gospodarczej, ale można go dostrzec także w dyskursie publicznym i popularnych sposobach postrzegania świata. Dlatego właśnie tak naturalne jest myślenie o otaczającej nas rzeczywistości w kategoriach konkurencyjności, wzrostu gospodarczego i rynków – jest to bowiem zgodne z dogmatami współczesnej ekonomii głównego nurtu. Stąd też biorą się pomysły, by walkę ze zmianami klimatu, ochronę wymierających gatunków, a nawet rozwiązania wybranych problemów społecznych prowadzić przy użyciu mechanizmu rynkowego. Filozof polityki Michael Sandel słusznie chyba zatem zauważa, że w miejsce gospodarek rynkowych mamy dziś urynkowione społeczeństwa.

Kryzys pokazał jednak, że dominująca w organizacjach międzynarodowych, na uniwersytetach i w czasopismach naukowych ekonomia neoklasyczna zupełnie nie poradziła sobie z analizą świata na poziomie makro. Przypomnijmy, że w 2003 roku Robert Lucas, laureat Nagrody Banku Szwecji im. Alfreda Nobla mówił, że „główne problemy w zapobieganiu załamaniu [gospodarczemu] zostały rozwiązane”. Z kolei rok później prezes amerykańskiego banku centralnego Ben Bernanke uznał, że wolne od kryzysów lata, tzw. okres Wielkiej Normalności, to wynik dobrej polityki gospodarczej i monetarnej. A nawet tuż przed upadkiem banku inwestycyjnego Lehman Brothers, co wywołało globalną fazę kryzysu we wrześniu 2008 roku, późniejszy główny ekonomista Międzynarodowego Funduszu Walutowego profesor MIT Olivier Blanchard twierdził, że makroekonomia dysponuje dobrymi narzędziami do analizy sytuacji ekonomicznej.

Jak to się stało, że nikt tego nie przewidział? – pytała prof. Luisa Garicano królowa Elżbieta II podczas wizyty w London School of Economics w listopadzie 2008 roku. Hiszpan odpowiedział, że to problem koordynacji działania grupowego i sytuacja, gdy wszyscy liczą, że to ktoś inny weźmie sprawy w swoje ręce i upora się z problemem. Publikowane przez ostatnie lata diagnozy były jednak o wiele bardziej krytyczne wobec fundamentów współcześnie dominującego podejścia do ekonomii i powtarzały od dawna formułowane zarzuty. Prawdziwym problemem miały być bowiem umiłowane przez ekonomistów eleganckie, wysoko zmatematyzowane modele ekonomiczne, które mimo pięknej formy nie za dobrze odzwierciedlały rzeczywistość. Zbyt dużo wiary pokładano w modelach, które w swoich założeniach nie dopuszczały nawet możliwości wystąpienia podobnego kryzysu.

Poszerzyć horyzonty

Dzięki kryzysowi więcej uwagi zyskali w końcu krytycy obnażający słabości dominującego podejścia. Jednym z najbardziej znanych z nich jest Steve Keen, który twierdzi, że analizy makroekonomiczne nie uwzględniają tak istotnych zmiennych, jak dług prywatny, czyli zadłużenie przedsiębiorstw i gospodarstw domowych, a poza tym w ekonomii generalnie nie rozumie się mechanizmu powstawania kredytu i pieniądza.

Jednak problemy wynikające z dominacji ekonomii neoklasycznej to nie tylko techniczne braki powodujące nieumiejętność przewidzenia kryzysu. To szereg zniekształcających rzeczywistość metodologicznych założeń dotyczących natury ludzkiej i świata, a także pozbycie się z ekonomicznych rozważań roli polityki.

Wszystko to wygląda jeszcze bardziej dramatycznie, jeśli wsłuchać się w głosy tych, którzy jako kardynalny błąd ekonomii – zarówno tej mainstreamowej (ortodoksyjnej), jak i większości krytycznych wobec niej nurtów alternatywnych (heterodoksyjnych) – wskazują fiksację na punkcie wzrostu gospodarczego. Twierdzą oni, że współczesna gospodarka i ekonomiczne myślenie, które skupiają się na ciągłym powiększaniu wartości wytwarzanych towarów i usług, są na kursie kolizyjnym z fizycznymi i społecznymi granicami planety.

Świadomość tego, że nurt myślenia ekonomicznego, który spotyka się z tak poważną krytyką, wciąż dominuje w świecie akademickim i kształtuje politykę, każe zadać pytanie o sposób, w jaki ekonomia neoklasyczna zepchnęła inne podejścia na margines debaty i uzyskała pozycję hegemona. Badania nad tym fascynującym zagadnieniem socjologicznym, prowadzone m.in. przez Marion Fourcade („Economists and Societies”), pokazują, że przepływ idei ekonomicznych kształtowany jest politycznie oraz instytucjonalnie, m.in. przez sposoby zarządzania uniwersytetami i ich finansowanie. To właśnie te czynniki sprawiają, że studenci ekonomii często kształcą się w neoklasycznej bańce, co ma dalekosiężne konsekwencje dla całego społeczeństwa. Na szczęście ostatnio przeciwko takiej sytuacji aktywnie występują inicjatywy postulujące poszerzenie programów nauczania o nurty konkurujące z dominującym podejściem do ekonomii.

Uwzględnienie innych perspektyw ekonomicznych zarówno w nauczaniu, jak i w debacie publicznej oczywiście nie gwarantuje rozwiązania wszystkich problemów tego świata, jednak wydaje się konieczne, żeby zrozumieć jego złożoność i zacząć poważnie myśleć o przyszłości. Bowiem, jak zauważa prof. Jerzy Wilkin w głośnym i krytycznym artykule pt. „Dlaczego ekonomia straciła duszę”[1], „dużo musi się zmienić, byśmy wyszli tego kryzysu i uniknęli jeszcze ostrzejszych w przyszłości”.

[1] prof. Jerzy Wilkin, Dlaczego ekonomia straciła duszę, 20.12.2013 http://wyborcza.pl/magazyn/1,124059,15170886,Dlaczego_ekonomia_stracila_dusze.html

Artykuł ukazał się w Zielonych Wiadomościach nr. 028/lipiec 2017, do ściągnięcia w formacie pdf: http://zielonewiadomosci.pl/wp-content/uploads/028.pdf

Jeśli podoba Ci się to, co robimy, prosimy, rozważ możliwość wsparcia Zielonych Wiadomości. Tylko dzięki Twojej pomocy będziemy w stanie nadal prowadzić stronę i wydawać papierową wersję naszego pisma.
Jeżeli /chciałabyś/chciałbyś nam pomóc, kliknij tutaj: Chcę wesprzeć Zielone Wiadomości.

 

Wielu ludziom łatwiej wyobrazić sobie koniec świata, a nawet koniec kapitalizmu, niż odejście od wzrostu gospodarczego. (więcej…)

Ludzkość stoi przed niezaprzeczalnym wyzwaniem. Wzrost gospodarczy potrzebny jest do podtrzymania państwa dobrobytu, ale sam wzrost jest bardziej niż kiedykolwiek niezrównoważony. I nie do końca jest jasne, jak ten paradoks rozwiązać. (więcej…)