Jesienne wybory samorządowe były pierwszymi w cyklu wyborczym, który na lata ukształtuje polską scenę polityczną.

Choć nie przyniosły one wyraźnego zwycięstwa ani PiS, ani Koalicji Obywatelskiej, to mogą one stać się początkiem istotnych zmian na polskiej scenie politycznej. Gra toczy się o to, która z tych formacji ostatecznie wygra maraton (na który składają się wybory europarlamentarne i parlamentarne w 2019 oraz prezydenckie w 2020) i czy ich starcie zostawi jakaś przestrzeń dla innych, bardziej progresywnych ugrupowań.

Po pierwszej turze wyborów samorządowych można było odnieść wrażenie, że rządzące krajem Prawo i Sprawiedliwość miało powody do zadowolenia. Wbrew podawanym wieczorom wynikom exit polls główny rywal partii na obszarach wiejskich i w mniejszych miejscowościach – Polskie Stronnictwo Ludowe – zdobyło słabszy niż prognozowany wynik. Osłabiło to „kordon sanitarny” wokół formacji Jarosława Kaczyńskiego, jaki partie opozycyjne planowały zastosować w sejmikach. W efekcie PiS zdobył samodzielną większość w 6 z 9 województw, w którym zdobył najwięcej głosów, a do tego zdołał (na różne sposoby) zdobyć władzę w kolejnych dwóch.

Punkty dla PiSu

To o tyle ważne, że sejmiki odgrywają niebagatelną rolę w podziale środków unijnych w regionach. Warto pamiętać, że po poprzednich wyborach samorządowych w roku 2014 Prawo i Sprawiedliwość było w stanie objąć władzę jedynie na Podkarpaciu. Oznacza to, że udało mu się poczynić niemałe postępy – zarówno w odzyskiwaniu wschodu kraju, jak również w pozyskiwaniu poparcia na obszarach, uznawanych do tej pory za mateczniki Platformy Obywatelskiej (Śląsk, Dolny Śląsk).

Liberalna opozycja – PO i .Nowoczesna, które wystąpiły pod sztandarem Koalicji Obywatelskiej – dużo bardziej skupiły swą uwagę na dużych miastach. Pomimo prób odwołania się do lepiej wykształconego elektoratu miejskiego, czego symbolem miał być awans ministra Mateusza Morawieckiego na stanowisko premiera, PiS doświadczył tu szeregu porażek, w tym prestiżową przegraną (już w pierwszej turze) w Warszawie czy nokaut w Łodzi, będący skutkiem sugestii, jakoby dotychczasowa prezydent miasta, Hanna Zdanowska, nie mogła objąć urzędu z powodu bycia skazaną prawomocnym wyrokiem.

Do czasu drugiej tury można było argumentować, że wyniki te stanowią potwierdzenie status quo. PiS okazał się mocny w swoich bastionach, a liberalna opozycja – w swoich. W efekcie nie zmienić się miało tak znowu wiele. Opinia ta może jednak nie być taka łatwa do utrzymania, a to z powodu wyników w miastach, w których w pierwszym głosowaniu żaden z kandydatów nie zdobył ponad 50% głosów. Choć sukcesy dotychczasowych włodarzy w miastach, takich jak Kraków czy Gdańsk, nie były niespodzianką, to już porażki kandydatów Zjednoczonej Prawicy w mniejszych miejscowościach (w tym tych położonych w regionach silnie popierających tę formację) za taką niespodziankę uznać już można.

Problemy w matecznikach

Skalę problemów PiS najlepiej ilustruje fakt, że największe miejscowości, które przez najbliższe 5 lat mieć będą włodarza z obozu ZP nie mają więcej niż 65 tysięcy mieszkańców. Oznacza to, że większość średnich – i całkiem spora grupa małych – miejscowości wydaje się podatna na komunikat opozycji. Jak w jednym ze swych artykułów zauważył Lech Mergler, ze względu na układ sieci osadniczej w Polsce można je uznać na rodzimy ekwiwalent amerykańskich swing states.

Także i ta opowieść nie jest pozbawiona pewnych słabości. Druga tura wyborów, w której w grze pozostaje tylko dwóch kandydatów, to nieco inna para kaloszy niż głosowanie do sejmików czy rad większych miast, w którym wybór jest znacznie większy. Fakt, iż PiS wygrało w sejmikach z KO różnicą 7 punktów procentowych (34,1 do 27%) i że PSL (12,1%) zdobywa znacznie niższe poparcie w wyborach innego typu pokazuje, że partia rządząca ma wciąż poważne szanse na zwycięstwo w przyszłym roku.

Najgorsze, co w takiej sytuacji mogłaby zrobić liberalna opozycja to usiąść na laurach i uznać, że wystarczająco dobrą dla niej taktyką będzie wieczne krytykowanie każdej możliwej decyzji rządu. Stulecie odzyskania niepodległości pokazuje to aż za dobrze.

PiS wykorzystało fakt, że ustępująca prezydent miasta, Hanna Gronkiewicz-Waltz zakazała organizowanego przez środowiska skrajnej prawicy Marszu Niepodległości – i postanowiło przejąć imprezę, wymuszając na jej organizatorach wspólne obchody. Dla partii tej był to wygodny sposób na zakrycie faktu, że długie miesiące przygotowań do obchodów zostały w dużej mierze zmarnowane.

Choć próba okiełznania nacjonalistycznych uczestników raczej się nie powiodła to fakt, iż wspólny marsz środowisk narodowych i władz państwowych zebrać miał 200-250 tysięcy ludzi pokazuje, że Prawo i Sprawiedliwość wciąż potrafi wykorzystywać retorykę „wstawania z kolan” oraz konieczności ochrony „tradycyjnych wartości” na swoją korzyść – nawet jeśli efektem ubocznym ma być otwieranie przestrzeni politycznej na prawo od siebie. Marsz ten nie pomógł rzecz jasna w rozwiewaniu wątpliwości zagranicznych obserwatorów co do tego, czy Polska nie podąża w stronę nieliberalnej demokracji, inspirowanej Viktorem Orbanem.

Rozkład po lewej

Jak do tej pory w centrum naszej uwagi były trzy listy wyborcze, usytuowane na prawo od politycznego centrum – i nie bez powodu. Jedynie one zdobyły reprezentację polityczną we wszystkich 16 sejmikach. Fakt ten pokazuje skalę dezintegracji innych sił politycznych, szczególnie tych z lewej/progresywnej strony sceny politycznej.

Sojusz Lewicy Demokratycznej zdobył jedynie 6,6% głosów sejmikowych i reprezentację w 7 regionach. Jedynie w jednym z nich będzie niezbędną częścią składową koalicji rządzącej, podczas gdy w kolejnych 4 może być elementem powiększania przewagi koalicyjnej. Pozostałe listy na lewo od centrum uzyskały znacznie gorsze rezultaty, lądując znacznie poniżej pięcioprocentowego progu. Partia Razem, która chciała pokazać, że utrzymuje poparcie z wyborów parlamentarnych w roku 2015 (3,6%), tym razem zdobyła raptem 1,6% głosów. Partia Zieloni po raz pierwszy w swej historii wystawiła listy sejmikowe we wszystkich województwach (choć nie we wszystkich okręgach) i sięgnęła 1,15% poparcia. W dwóch regionach zdobyła nawet więcej głosów niż Razem – w województwie lubuskim jej poparcie wyniosło nawet 2,6%.

Choć można widzieć ten rezultat jako krok w dobrą stronę w rozwoju partii, to jednak uznanie tegorocznych wyborów za szczególny sukces progresywnych sił politycznych byłoby oszukiwaniem samego siebie. W Warszawie – dla przykładu – zielono-lewicowa kandydatura Jana Śpiewaka padła ofiarą polaryzacji między KO a PiS. Zdobył on ledwo 3% głosów, kończąc na odległej, trzeciej pozycji. Lista Wygra Warszawa zdołała uzbierać 3,9% głosów na poziomie miasta, a na poziomie dzielnicowym zdobyć pojedynczego radnego na Pradze Północ.

Lokalne wyzwania

Przeciwko wyborczym przełomom w tegorocznym głosowaniu samorządowym i wpływowi progresywnych polityczek i polityków na jakość życia w ich lokalnych wspólnotach działały trzy trendy.

W niektórych miastach lokalne ruchy miejskie zdecydowały się na samodzielny start, często powiązany z dość silnie anty-partyjnym przekazem. W wypadku Warszawy skończyło się to dwiema listami (Wygra Warszawa oraz Miasto Jest Nasze), z których żadna nie zdobyła mandatów w radzie miasta. Nawet tam, gdzie udawało się połączyć siły ordynacja wyborcza, premiujące duże ugrupowania, umożliwiła zdobycie mandatów pomimo aktywnej, angażującej lokalny elektorat kampanii (casus Gdańska czy Białegostoku).

Innym wyzwaniem okazała się lista Bezpartyjnych Samorządowców, gromadząca luźno ze sobą powiązanych lokalnych polityków, próbujących dystansować się od partii politycznych (i to pomimo faktu, że spora ich część była niegdyś ich członkami). Prezentując antypartyjną retorykę, połączoną z podkreślaniem swego doświadczenia w radach miast, sejmikach czy urzędach prezydenckich dla części elektoratu wydali się bardziej przekonujący jako osoby gotowe do reprezentowania ich na szczeblu lokalnym i regionalnym. W efekcie udało im się zdobyć polityczną reprezentację w 5 województwach, z czego jednym z nich będą współrządzić (Dolny Śląsk), a na kolejne mogą uzyskać pewien wpływ (Pomorze Zachodnie).

Trzecim interesującym trendem, którego rozwój warto będzie obserwować, okazał się przypadek Krakowa. Niegdysiejszy poseł PO i Twojego Ruchu, Łukasz Gibała, zdołał uzyskać 17,1% głosów w tamtejszym wyścigu prezydenckim, prezentując bardzo ekologiczny na tle rywali program wyborczy (w tym postulat darmowej komunikacji zbiorowej dla mieszkańców czy szeroko zakrojone inwestycje w miejskie tereny zielone) i w dużej mierze chowając swoje wolnorynkowe zapędy. Jego lista wyborcza, na której znaleźli się aktywiści ekologiczni oraz działaczki kobiece, otrzymała 12,7% głosów, co zapewniło jej czteroosobową reprezentację w radzie miasta. Dla porównania komitet wyborczy, złożony z działaczy razem i bardziej lewicowych aktywistów otrzymał 3,1% poparcia.

Nie jest moim zdaniem wykluczone, że w kolejnych wyborach samorządowych za 5 lat zobaczymy większą ilość kandydatów podobnych do Gibały – nie tylko w Krakowie. Jesienne głosowanie zdaje się zwiastować koniec lokalnych polityków o bardziej tradycyjnym, technokratycznym podejściu do miasta, którzy startowali często w kontrze do ruchów miejskich i ich wizji, którą uznawali za „antyrozwojową” z powodu krytycznego stosunku np. do wieżowców czy zabudowy terenów zielonych (Warszawa, Poznań).

Przejście do bardziej eko-kapitalistycznej narracji o mieście, zainspirowanej wizją zrównoważonego rozwoju czy ideą smart cities, może okazać się niemałym kłopotem dla inicjatyw politycznych, stawiających na łączenie kwestii sprawiedliwości społecznej i ekologicznej. Pytanie o to, czy warto współpracować z miejskimi, zielonymi liberałami – a jeśli nie to w jaki sposób się od nich różnić, by mimo konkurencji osiągać sukcesy wyborcze – może okazać się kluczowe dla ich przyszłości.

Cisza przed (kolejną) burzą

Inną, istotną kwestią po tych wyborach jest przyszłość polskiej lewicy na szczeblu ogólnokrajowym. Nie ulega wątpliwości, że formuła jej działania musi ulec drastycznym zmianom – i to już nie tylko po to, by odnosić wyborcze sukcesy, ale by w ogóle przetrwać. Przetrwanie okazuje się zresztą coraz większym wyzwaniem, jako że inne partie i ruchy społeczne zdołały odebrać jej poszczególne postulaty oraz zaczęły próbować udzielać własnych odpowiedzi na „tradycyjne” lewicowe czy ekopolityczne tematy, takie jak mieszkania komunalne czy jakość powietrza.

Pierwsze kroki w procesie wymyślania się na nowo zostały zresztą już podjęte. Ich największym symbolem stała się zmiana postawy wśród polityków Razem i ich otwarcie się na dyskusję na temat współpracy wyborczej z SLD – i to pomimo faktu, że właściwie rzecz biorąc życzyli tej partii zgonu od pierwszego dnia swojego istnienia na scenie politycznej.

Jaskółki zmian nie oznaczają jednak jeszcze, że znamy ostateczny kształt politycznego krajobrazu po lewej. Były prezydent Słupska, Robert Biedroń, pracuje pełną parą nad stworzeniem swojego własnego, progresywnego projektu politycznego. Trudno powiedzieć, czy będzie zainteresowany połączeniem sił z już istniejącymi na scenie politycznej partiami – może je bowiem postrzegać bardziej jako kulę u nogi niż cennych sojuszników.

Jeśli do takiej współpracy by nie doszło możemy być świadkami powstania co najmniej dwóch list wyborczych, konkurujących ze sobą o zbliżony elektorat. Piszę „co najmniej”, bowiem brak wspólnej listy może np. zmniejszyć apetyt Razem na poświęcenie swej ideologicznej czystości na rzecz hipotetycznych miejsc w Sejmie. Pamiętajmy, że partia powstała w roku 2015 w celu odrodzenia lewicy i odcięcia się od SLD, który krytykowała za korupcję, wojnę w Iraku i trzeciodrogową politykę ekonomiczną w latach 2001-2005.

Wspomniane trendy nie zwiastują póki co wielkich sukcesów w zakresie wzmacniania progresywnych sił politycznych w Parlamencie Europejskim politykami z Polski. Choć niska frekwencja oznacza najczęściej, że wielkomiejskie, progresywne siły polityczne mają większe szansę na zdobycie reprezentacji europarlamentarnej (nawet bez tworzenia wspólnej listy), to jednak założenie to może okazać się ryzykowne w wypadku utrzymywania się wysokiego poziomu politycznego wzmożenia oraz polaryzacji na osi KO-PiS. Nie jest również czymś niewyobrażalnym scenariusz, w którym do Koalicji Obywatelskiej – mimo pewnych zastrzeżeń – dołączą PSL czy SLD.

Choć dynamika tych zmian wydaje się niezmiernie interesująca to nie wydaje się, by przybliżała nas ona do urzeczywistnienia wizji Polski jako aktywnego gracza na rzecz wzmacniania integracji europejskiej, orędowniczki ambitnej walki ze zmianami klimatu oraz ochrony praw człowieka na Starym Kontynencie. Miejmy nadzieję, że polskie ugrupowania lewicowe i progresywne sprawią nam miłą niespodziankę.

Artykuł powstał we współpracy z Zielonym Magazynem Europejskim

Partia Zieloni – po raz pierwszy w historii – zarejestrowała swoje listy do sejmików we wszystkich województwach.

Ogólnopolski start wpłynął na poprawę widzialności, poza pojedynczym wyjątkiem na szczeblu powiatowym nie przyniósł jednak mandatów. Jakie kroki planują przed kolejnymi wyborami? Bartłomiej Kozek rozmawia z współprzewodniczącą partii, Małgorzatą Tracz.

Bartłomiej Kozek: Jak oceniasz wyniki wyborów samorządowych z zielonej perspektywy? Jakie były cele partii i czy udało się je osiągnąć?

Małgorzata Tracz: Jesteśmy zadowoleni z wyników wyborów do sejmików wojewódzkich. Naszym celem było wystawienie po raz pierwszy list w całym kraju i uzyskanie pierwszego procentu poparcia. Byliśmy jednym z 10 komitetów, które startowały w każdym województwie, obecnym w mediach oraz w sondażach. Nasz ogólnopolski wynik to 1,15% – efekt pracy ponad 400 osób startujących z naszym poparciem!

Na poziomie radnych powiatowych i miejskich udało nam się utrzymać mandat radnego powiatowego w Szprotawie. Nie udało się to niestety w dużych miastach, gdzie startowaliśmy zarówno w ramach lokalnych koalicji (Warszawa, Gdańsk, Łódź), jak i samodzielnie (Wrocław). Polaryzacja na linii PiS/antyPiS w dużych miastach okazała się niestety większa niż zakładaliśmy.

W wielu miejscach w wyborach do sejmików otrzymaliśmy bardzo dobre wyniki wyborcze, np. 22% w Ośnie Lubuskim czy 10% w Żarach. Wyłoniliśmy liderów i liderki na przyszłe wybory do parlamentu europejskiego i krajowego w 2019 roku. Zyskaliśmy doświadczenie w prowadzeniu ogólnopolskiej kampanii. Zwiększyliśmy liczbę członków i członkiń Partii – wciąż jednak czeka nas praca nad rozwojem struktur, szczególnie w mniejszych miejscowościach.

Zyskaliśmy polityczną istotność, dzięki której w planowanym starcie koalicyjnym do PE i Sejmu w 2019 roku będziemy mieć mocną pozycję.

Tegoroczne wybory miały zwiększyć nasze znaczenie i pomóc nam zdobyć doświadczenie w prowadzeniu kampanii. W przyszłym roku celem nie jest już zwiększenie rozpoznawalności, a mandaty europosłów i posłów. Jeśli rozmowy koalicyjne nie przyniosą skutku, jesteśmy jednak gotowi startować samodzielnie.

Dlaczego we Wrocławiu, w którym startowałaś, Zieloni wystawili samodzielne listy? Pytanie to zadają nie tylko osoby, chcące jednej listy zjednoczonej opozycji do PiS, ale również zwolenniczki i zwolennicy porozumienia sił lewicowych. Nie było szans na taką listę? A jeśli tak, to dlaczego?

Podczas ustalania strategii wyborczej na 3 kampanie – wybory lokalne w 2018 oraz europejskie i parlamentarne w 2019 – ustaliliśmy, że kluczowy dla nas jest rozwój Zielonych oraz zwiększenie ogólnopolskiej rozpoznawalności. Nie wykluczaliśmy zawarcia szerszej koalicji partii progresywnych, jako trzeciego bloku pomiędzy konserwatywno-narodowym PiS a liberalno-konserwatywną koalicją PO i N. Musiałaby to jednak być koalicja na równych warunkach, oparta na zaufaniu i konkretnych postulatach programowych.

Podejmowaliśmy próby zawiązania takiej koalicji w wyborach do sejmików z Partią Razem, ale nie było niestety woli współpracy. We Wrocławiu prowadziliśmy rozmowy z Razem oraz ruchami miejskim przez ponad 1,5 roku. Później dyskutowaliśmy również z ruchami prodemokratycznymi. Niestety, z każdej strony zabrakło wiary we wspólny projekt. Podjęliśmy decyzję, że lepiej poprowadzić osobne kampanie i później współpracować w Radzie Miejskiej niż bez większego zaanagażowania prowadzić wspólną kampanię.

Uważaliśmy – i wciąż uważamy – że podejście „wszyscy przeciwko PiS” pozbawia szerokie grono wyborców możliwości głosowania z nadzieją, a nie ze strachem i nienawiścią.

Tworzenie jednej wielkiej koalicji przeciwko PiS tylko scementuje na kolejne lata podział Polski na 2 bloki polityczne. Podział, który sprawił, że część osób straciła wiarę w zmianę w polskiej polityce i z niesmakiem obserwuje coraz brutalniejszą walkę dwóch obozów, opartą nie na wizji dla Polski, lecz na nienawiści do przeciwnika.

Samodzielny start był moim zdaniem dobrą decyzją. Wybory do sejmików dały nam wiatr w żagle, sprawiły, że do Zielonych dołączyło wiele wspaniałych osób, które będą liderami struktur w regionach. To potencjał na dużo lepsze rezultaty w kolejnych wyborach. W wielu okręgach wyborczych uzyskaliśmy wyniki lepsze niż partie polityczne o większych zasobach finansowych i rozpoznawalności medialnej.

Nasz wynik do Rady Miejskiej Wrocławia (2,6%) nie jest zadowalający, ale nie uważam, że byłby dużo lepszy przy starcie koalicyjnym. Koalicyjne czy obywatelskie komitety, w ramach których współdziałaliśmy w innych miastach, np. W Warszawie, Łodzi czy Gdańsku, również niestety nie uzyskały mandatów, a widoczność Zielonych nie była w nich duża.

Te wybory pokazały, jaki jest dzisiejszy potencjał progresywnych ugrupowań w Polsce i jakim poparciem się cieszą. Pokazały, że często żyjemy w bańce, że zjednoczenie 2-3 ugrupowań zapewni sukces wyborczy. Wiemy teraz, na jakich fundamentach budować przyszłe koalicje i że muszą być one szerokie, by zapewniły progresywną reprezentację w PE i Sejmie.

Po lewej i progresywnej stronie polskiej sceny politycznej widzimy dziś dwie nowe strategie. Pierwszą symbolizuje Barbara Nowacka, która przyłączyła się do liberalnego bloku Platformy Obywatelskiej i .Nowoczesnej. Drugą – Partia Razem czy Robert Biedroń, chcący tworzyć nową formację, skupiającą osoby o postępowych przekonaniach. Jak podchodzisz do tych strategii i do osób je realizujących?

Bardzo cenię działalność polityczną i charyzmę tak Barbary Nowackiej, jak i Roberta Biedronia. W obecnej sytuacji w Polsce trudno przewidzieć, która strategia zapewni odpowiednią reprezentację progresywnych posłów i posłanek w PE i Sejmie.

Według mnie największe szanse ma koncepcja opartej na współpracy i zaufaniu koalicji sił progresywnych jako trzeciej dużej siły politycznej w opozycji do PiS i Koalicji Obywatelskiej. Platforma Obywatelska nie pierwszy raz próbuje otworzyć się na lewicowych polityków, jak do tej pory jednak nie dawała im po wyborach szansy na realizację ich postulatów.

Potrzebna jest koalicja sił progresywnych i lewicowych: SLD, ruchu Roberta Biedronia, Zielonych i innych prodemokratycznych ugrupowań, które chcą stworzyć alternatywę dla duopolu PiS i PO.

Większość ugrupowań wyraziła już chęć stworzenia takiej alternatywy. Liczę, że dołączy do niej także Robert Biedroń. Obawiam się, że powstanie osobnych list koalicji progresywnej oraz Roberta Biedronia spowoduje, że wielu wyborców będzie się bało zmarnowanego głosu na komitet, który może nie przekroczyć progu wyborczego, i z zaciśniętym nosem zagłosuje na większe ugrupowania.

Jako Zieloni dołożymy starań, by taka szeroka koalicja, będąca alternatywną dla dwóch obozów politycznych od lat wymieniających się władzą w Polsce, nie balansowała na granicy progu wyborczego, ale osiągnęła ponad 15% głosów i zdobyła szeroką reprezentację w różnych frakcjach w PE, a także w Sejmie.

Zejdźmy na poziom lokalny. Chciałaś piastować urząd prezydenta Wrocławia. Kiedy czytałem o Twoich priorytetach zauważyłem skupianie się na poprawie drobnych spraw, takich jak stan miejskiej zieleni czy transportu publicznego. Jaka jest jednak Twoja szersza wizja rozwoju polskich miast i czym różni się ona od innych partii czy ruchów lokalnych?

Program Zielonych we Wrocławiu oparty był na potrzebach wskazanych przez mieszkańców w Diagnozie Społecznej z 2017 roku. Jasno wskazywała, że potrzebnych jest więcej inwestycji oraz środków na utrzymanie istniejącej infrastruktury drogowej i chodnikowej, większa dbałość o dobre życie na osiedlach dzięki lepszemu skomunikowaniu z innymi częściami miasta, czystość i porządek na podwórkach, dostępność usług publicznych takich jak żłobki i przedszkola.

Ważnym punktem naszego programu było podjęcie realnej walki ze smogiem (plan na pokonanie smogu w 5 lat), nowe standardy zarządzania zielenią, lepsza gospodarka odpadami oraz przystosowanie miasta do skutków zmian klimatu.

Zależy nam, by Wrocław był miastem europejskim nie tylko z powodu wielkich imprez i obiektów sportowo-kulturalnych, ale przede wszystkim dzięki wysokiej jakości życia, którą cieszą się wszyscy mieszkańcy. By był miastem, które wykorzystuje potencjał lokalnych przedsiębiorców, także tych w dziedzinach wyoskich technologii, i wspólnie z nimi oraz uczelniami zmierzał w stronę rozproszonej energetyki opartej o źródła odnawialne.

Chodzi nam o miasto, które ma długofalową wizję rozwoju, opartą o zaspokojenie potrzeby bezpieczeństwa i odpowiednich standardów życia.

Miasto z dobrym klimatem pod względem ekologicznym (czyste powietrze, zieleń miejska, transport publiczny), społecznym (dobra polityka mieszkaniowa, dostępność i dobra jakość miejsc w żłobkach i przedszkolach) oraz inwestycyjnym, w oparciu o wsparcie lokalnych firm i przedsiębiorstw oraz rozwój energii ze źródeł odnawialnych.

Tych postulatów nie podnieśliśmy po raz pierwszy w kampanii wyborczej. Działamy na ich rzecz każdego dnia, uczestnicząc w działaniach Dolnośląskiego Alarmu Smogowego, wspólnie z mieszkańcami broniąc unikatowego charakteru Parku Grabiszyńskiego, walcząc o przeznaczanie większej ilości budynków na cele społeczne, a nie sprzedaż deweloperom.

Jeszcze kilka lat temu tylko Zieloni mówili o konieczności walki ze smogiem, lepszym zarządzaniu zielenią czy planowaniu przestrzennym. W tym roku mówił o tym prawie każdy komitet. Jako jedyni mówiliśmy o konieczności dostosowania miasta do walki ze zmianami klimatu oraz wprowadzeniu gospodarki o obiegu zamkniętym. Jestem przekonana, że nawet będąc poza Radą Miasta będziemy mieć wpływ i wywierać nacisk na realizowanie naszych postulatów programowych.

Czy uważasz, że polskie miasta pod wodzą progresywnych sił politycznych mogą się stawać laboratoriami postępowych rozwiązań, stojących w kontrze do polityki konserwatywnego rządu Prawa i Sprawiedliwości? Jeśli tak, to w jakich dziedzinach scenariusz ten jest możliwy?

W momencie, gdy rząd centralny zawodzi w obszarze zapewnienia godnego i bezpiecznego życia swoim obywatelom, rolę tę muszą przejąć samorządy.

Widzimy to w Polsce, gdzie rząd zabronił sprzedawania „tabletki dzień po” bez recepty i zakończył program finansowania zabiegów in vitro. W wielu polskich miastach i regionach, np. w Łodzi, Poznaniu, Częstochowie czy w woj. lubuskim samorządy wprowadziły programy in vitro, a także instytucję 24-godzinnych gabinetów ginekologicznych, gdzie pacjentki mogą dostać receptę na „tabletkę dzień po”.

Z kolei w USA w odpowiedzi na wycofanie się Donalda Trumpa z porozumienia paryskiego, miasta i stany podjęły walkę o zmniejszenie emisji gazów cieplarnianych i inwestycje w rozwój energii odnawialnej. Mam nadzieję, że również polskie miasta i regiony podejmą działania w tym zakresie. Są na to środki z funduszy unijnych, którymi zarządzają sejmiki wojewódzkie, są też obowiązkowe dla miast plany adaptacji do zmian klimatu, które powinny zacząć być wcielane w życie.

O ile ekologia jest wyraźnie widocznym elementem politycznego przekazu polskich Zielonych, o tyle mniej widoczne zdają się obecnie kwestie społeczne. Czy macie pomysły na wiązanie tych dwóch kwestii w atrakcyjny dla elektoratu sposób – a jeśli tak to czy przedstawialiście je w trakcie kampanii?

Odkąd zostałam przewodniczącą Zielonych w 2015 roku postawiłam mocno na korzenie zielonego ruchu, czyli ochronę przyrody i klimatu. Nie oznacza to jednak, że zrezygnowaliśmy z innych fundamentalnych dla nas kwestii.

Motto, które przyświeca naszym działaniom od kilku lat brzmi: „Jesteśmy wszędzie tam, gdzie trzeba”.

W burzliwych latach po objęciu przez PiS władzy byliśmy na setkach demonstracji w obronie demokracji. Działaliśmy w komitecie Obywatelskiej Inicjatywy Ustawodawczej „Ratujmy Kobiety”, której celem była liberalizacja ustawy antyaborcyjnej. Byliśmy na czarnych protestach, wspieraliśmy protesty pracownicze, studenckie, od lat uczestniczymy w Marszach Równości. Mamy ambitny program transformacji energetycznej dla Polski oraz rozwoju gospodarczego, który powinien być oparty na godności człowieka, solidarności, praworządności, odpowiedzialności ekologicznej oraz demokracji.

Uważam, że stoimy jako ludzkość, tak na poziomie narodowym, jak i europejskim oraz globalnym, przed dwoma wielkimi wyzwaniami. Są to narastające nierówności społeczne oraz zmiany klimatu. Program i działania Partii Zieloni odpowiadają na obie kwestie.

Naszym sukcesem jest pokazanie w ostatnich latach, że transformacja energetyczna w stronę energii ze źródeł odnawialnych, walka ze smogiem oraz ochrona przyrody to nie tylko działania tylko ekologiczne, ale również społeczne, ponieważ ich celem jest ochrona ludzkiego zdrowia i życia oraz pozostawienie Ziemi lepszym miejscem do życia dla przyszłych pokoleń. Na pewno będą to również fundamenty programowe przyszłych koalicji wyborczych z udziałem Zielonych.

Wybory samorządowe – jak już wspomniałaś – będą pierwszymi z serii odbywających się w ciągu najbliższych dwóch lat głosowań. Czego się po was spodziewać w najbliższych miesiącach?

Jesteśmy w stanie samodzielnie startować w wyborach do PE i Sejmu, wystawić naszego kandydata bądź kandydatkę na prezydenta Polski. Mamy jednak świadomość, że polaryzacja na polskiej scenie politycznej jest zbyt duża i by móc realnie wpływać na proces tworzenia prawa potrzebne jest stworzenie szerokiej koalicji opartej o progresywne, demokratyczne i ekologiczne wartości.

Nie wystarczy jedynie przekroczenie progu wyborczego i posiadanie pojedynczych mandatów.

Konieczna jest szeroka i długofalowa współpraca sił progresywnych i wrażliwych społecznie, dzięki której w wspólne postulaty uzyskają realne szanse na realizacje.

Powtórzę – chcemy być jednym z fundamentów zielono-lewicowej koalicji, która przełamie panujący od lat duopol PO i PiS. Chcemy dać ludziom wybór i nadzieję, sprawić, by nie bali się, że następne wybory wygra PiS, którym starszy PO lub że wygra PO, którym straszy PiS. Chcemy, by mogli głosować na koalicję, która ma długofalową wizję rozwoju Polski i jej mocnej roli w Europie, a nie partie establiszmentu, których wizja programowa ogranicza się do jednej kadencji, a przekaz polityczny sprowadza się do polaryzowania społeczeństwa.

Wywiad powstał w ramach współpracy z Zielonym Magazynem Europejskim

Zdj. Elżbieta Hołoweńko

Wybory samorządowe odbywają się tej jesieni nie tylko w Polsce. Maciej Tomaszewski – polski kandydat na liście Zielonych z partii Ecolo – dzieli się swoimi doświadczeniami z kampanii w Brukseli.

Bartłomiej Kozek: Co skłoniło Cię do kandydowania w wyborach lokalnych w Belgii? Który szczebel samorządu wybrałeś – i dlaczego?

Maciej Tomaszewski: Przez wiele lat nie mogłem odnaleźć się w Brukseli. To skomplikowane, trudne do odkrycia miasto. Większość czasu spędzałem w międzynarodowym towarzystwie, które ma podobny problem. W pewnym momencie powiedziałem jednak sobie, że czas to zmienić. Zapisałem się najpierw na warsztaty teatralne, a potem do Partii francuskojęzycznych Zielonych – Ecolo. Dzięki temu udało mi się poznać wielu Belgów. Staram się ułatwiać kontakty miedzy międzynarodowymi mieszkańcami Brukseli i Belgami. Póki co idzie mi dobrze.

Wybrałem szczebel miasta. Bruksela, w bardzo dużym uproszczeniu, to odpowiednik naszego województwa. To tak naprawdę 19 osobnych miast. Jako Polak, nie-Belg, mam prawo do glosowania i kandydowania jedynie na poziomie miasta albo Parlamentu Europejskiego. Jako ze chciałbym polepszyć jakość życia w moim mieście, wybór odpowiedniego szczebla wydawał się naturalny.

System podziału władzy w Belgii wydaje się bardzo skomplikowany. Wytłumaczysz naszym Czytelni(cz)kom na przykładzie Brukseli w jaki sposób działa w praktyce?

Jak już wspomniałem, w dużym uproszczeniu, Bruksela jest odpowiednikiem naszego województwa. Bruksela jako całość jest odpowiedzialna przykładowo za transport publiczny i za zarządzanie niektórymi większymi drogi. 19 osobnych miast jest z kolei odpowiedzialne za kwestie takie jak czystość na ulicach, pomoc społeczna, mieszkania socjalne, większość dróg i ścieżek rowerowych. Z kolei za nauczanie i kulturę w dużym stopniu odpowiedzialne są wspólnoty językowe, francuskojęzyczna i flamandzka…

Łatwo się w tym wszystkim pogubić. W praktyce jakiekolwiek działanie w Brukseli jest efektem długich i trudnych negocjacji miedzy rożnymi szczeblami władzy.

Jakie Twoim zdaniem są największe wyzwania rozwojowe miasta – i jakie są Twoje propozycje rozwiązań?

Moim zdaniem najważniejsze są dwie kwestie. Po pierwsze, różne wspólnoty zamieszkujące rzadko ze sobą rozmawiają. Społeczność międzynarodowa utrzymuje kontakty głownie ze sobą. To nie dziwi, gdyż ma ona swoje specyficzne problemy – jak utrzymać kontakty z rozproszoną po pary krajach rodziną albo jak pokonać trudności związane ze związkiem na odległość. To zresztą problemy, które sam próbuję albo próbowałem pokonać.

Belgowie są z kolei mocno skupieni na swoich kwestiach. Nie jest to dziwne, gdyż, jak już wspomniałem, jakiekolwiek działania w mieście są wynikiem trudnych negocjacji. Pamiętajmy, że w Brukseli można spotkać przedstawicieli ponad 180 narodowości. To unikatowe miasto, w którym codziennie słyszy się dźwięki najróżniejszych języków oraz odgłosy walizek podróżujących do różnych zakątków świata.

Potrzeba nam miasta, które zachęca do dialogu. Podam przykład. Obecnie budowany deptak w centrum miasta nie zachęca do wybrania się do centrum Brukseli. To pusta przestrzeń, niemal zupełnie pozbawiona zieleni i ławek. Wraz z mieszkańcami i całą partią Ecolo chciałbym zastanowić się, jak zmienić tę przestrzeń.

Poza tym w centrum miasta, szczególnie na wspomnianym deptaku, mieszka wielu bezdomnych. Wielu z tych bezdomnych to niestety nasi rodacy. Będę zatem walczyć razem o to, aby w pomocy społecznej była chociaż jedna osoba mówiąca po polsku.

Pod jakimi hasłami przebiegać będą tegoroczne wybory? Jakich wyników spodziewać się po partiach ekopolitycznych w Brukseli – Ecolo i GROEN?

Nasze trzy hasła to zazielenić miasto, wesprzeć młodych oraz zapewnić lepsze funkcjonowanie administracji. Póki co sondaże są dla nas pomyślne, ale nie spoczywamy na laurach. Potencjalni wyborcy chcą być wysłuchani oraz chcą bezpośrednich spotkań z kandydatami. Chcemy – i musimy – odpowiedzieć na te potrzeby.

Warto w tym miejscu wspomnieć, że w Belgii nie ma partii narodowych. Flamandowie mieszkający na północy mają swoją partię, a Walonowie mówiący po francusku i mieszkający na południu – swoją. Sam jestem członkiem francuskojęzycznej Partii Ecolo. We Flandrii działa z kolei GROEN. Wyjątkowo w Brukseli – mówiąc w pewnym uproszczeniu – mieszkańcy mogą wybrać jedną z tych partii. Mamy tu wspólna listę. Choć niektóre inne ugrupowania mają już takie rozwiązania, to nasza współpraca w tym zakresie jest najbardziej rozwinięta. Wszelkie akcje przeprowadzamy razem.

Z jakich narzędzi zamierzasz korzystać w swojej kampanii? Czy liczysz tu przede wszystkim na swoją pomysłowość czy otrzymujesz wsparcie od Zielonych?

Najważniejszy jest dla nas kontakt z mieszkańcami. Sporo czasu spędzamy na rozmowach z potencjalnymi wyborcami. Proponujemy rozmowy przechodniom albo rozmawiamy bezpośrednio w ich mieszkaniach. Ten ostatni środek stosujemy dlatego, ze cześć wyborców (np. osoby z niepełnosprawnościami) nie pojawia się się w przestrzeni publicznej. Naszym priorytetem jest również poszanowanie czyichś wyborów i prywatności. Nie nalegamy, jeśli potencjalny wyborca nie chce z nami rozmawiać.

Oczywiście nie omija nas wieszanie plakatów czy rozdawanie ulotek. Te akcje są ważne, ale ich celem jest ułatwienie bezpośredniego kontaktu z potencjalnymi wyborcami. Naszym głównym celem nie jest przekonanie wyborcy o tym, że nasz program jest zdecydowanie najlepszy, ale wysłuchanie jego zdania. To oni najlepiej wiedzą, z jakimi problemami się mierzą i jakie są możliwe rozwiązania.

Takie dyskusje to lekcje pokory. Nasi potencjalni wyborcy często wspominają o bardzo trudnych sprawach. Po przeprowadzaniu akcji często siadamy razem przy małym, ale dobrym piwie. Opowiadamy sobie o naszych doświadczeniach i dzielimy doświadczeniem. Pomagam sobie również uzależnieniem od mojego ulubionego stylu jogi.

Czy Polonia w Brukseli angażuje się w lokalne życie społeczne i polityczne?

Dobre pytanie. Jak zdefiniować zaangażowanie?

Polonia w moim mieście składa się z bardzo różnych grup. Rozróżniłbym trzy. Pierwsza to Polacy, którzy przyjechali tu dawno temu i mają obywatelstwo belgijskie. Ci ludzie czują się w Brukseli jak w domu, choć starają się utrzymać rodzinne tradycje.

Druga z nich to Polacy, którzy przyjechali do Brukseli po naszym wejściu do Unii Europejskiej. To ludzie z dobrym wykształceniem technicznym. Spora cześć z tych osób ma nadal rodziny w Polsce. Wielu z nich przyjeżdża do Belgii na kilka lat aby oszczędzić pieniądze, a potem wybudować dom w Polsce.

Wreszcie trzecia grupa to ludzie, którzy pracują dla różnych instytucji, głownie tych unijnych.

Mimo wielu różnic Polacy uznawani są za bardzo dobrych pracowników. Polscy budowlańcy cenią się wysoko. Są poszukiwani przez Belgów i pobierają belgijskie stawki – nie ma zatem dumpingu socjalnego. Polacy odgrywają w efekcie ważną role w życiu gospodarczym miasta.

Polaków w Brukseli jest sporo. Mam polska gosposię. Na liście polskiej Ambasady można znaleźć listę polskich lekarzy. Moja kosmetyczka jest Polką – jest świetna zarówno w swoim zawodzie, jak i jako przyjaciółka. Mieszkając w Brukseli można spędzić całe życie mówiąc tylko po polsku. Nie dotyczy to zresztą tylko Polaków. Wiele innych narodowości ma podobną sytuację.

Wspólna dyskusja jest możliwa tylko, jeśli mówimy wspólnym językiem. Jak już wspomniałem, nauczaniem języków zajmują się głownie wspólnoty językowe. Miasto może promować dobre rozwiązania przez nie realizowane. Wielu Polaków nie wie, że można się uczyć oficjalnych języków urzędowych albo za darmo, albo za niewielkie pieniądze. Miasto może zatem odegrać ważną rolę w promowaniu istniejących rozwiązań i podnoszenia świadomości ich istnienia.

Maciej Tomaszewski startuje z 33. miejsca listy Ecolo-GROEN do Rady Brukseli

Z Janem Śpiewakiem, przewodniczącym stowarzyszenia Wolne Miasto Warszawa i kandydatem komitetu Wygra Warszawa rozmawia Marek Nowak.

Marek Nowak: Przedstawiciele szeroko rozumianej opozycji w Polsce twierdzą, że czekają nas najważniejsze wybory od przełomu ustrojowego w 1989 roku – czy zgadza się Pan z tą opinią? Co Pana zdaniem te wybory oznaczają dla Polski?

Jan Śpiewak: To bez wątpienia bardzo ważny okres dla Polski, a dla lewicy to czas „walki o wszystko”. Warto podkreślić, że zbliżające się wybory samorządowe są początkiem maratonu wyborczego, gdyż już pół roku później będziemy wybierali przedstawicieli do Parlamentu Europejskiego, a w przyszłym roku na jesieni – nowy parlament w Polsce. Jeśli lewica nie zaistnieje politycznie w wyborach samorządowych, to szansa na to, że coś stworzy do wyborów parlamentarnych, jest bliska zeru.

Głęboko wierzę w to, że w trakcie kampanii wyborczej w Warszawie wyłoni się nowy model współpracy między ruchami miejskimi wywodzącymi się z samorządu, Zielonymi, a „nową lewica” reprezentowaną przez Partię Razem – model, który nie tylko zapewni sukces wyborczy, ale będzie inspirującym wzorem tego, jak postępować w kolejnych wyborach.

MN: Przejdźmy zatem do zawiązanego przez Państwo porozumienia wyborczego. W jaki sposób udało się je stworzyć i dlaczego część ruchów miejskich ostatecznie do niego nie weszła?

JŚ: Też żałuję, że nie ma ich z nami i ciągle wierzę, że uda się tę koalicję poszerzyć. Niestety, część ruchów miejskich jest alergicznie antypartyjna. Mimo, że partie typu Zieloni, czy Razem, są bez porównania bardziej demokratyczne, niż partie starego typu, które już znamy, to już przez sam fakt bycia partiami politycznymi są dla części ruchów miejskich czymś niedobrym, z czym nie można wchodzić w koalicje.

Uważam takie podejście za niewłaściwe. Partie polityczne są częścią demokratycznego ładu i nie można się na nie obrażać.

Sam jestem z ruchów miejskich, nie jestem członkiem żadnej partii politycznej, a jedynie przewodniczącym stowarzyszenia. Przyznam, że sam na początku miałem pewne obawy. Jednakże długie, merytoryczne rozmowy z moimi politycznymi partnerami przekonały nas wszystkich, że aby nawiązać walkę o tak dużą stawkę, jak Rada Miasta, czy prezydentura stolicy, musimy iść do tych wyborów wspólnie.

Można powiedzieć, że to koalicja nie tylko z serca, ale też z rozumu, bo mamy te same bliskie wartości, stajemy po stronie słabszych, mamy ten sam pomysł na model gospodarczy oraz wspólny polityczny cel: chcemy być alternatywą dla prawicowego establishmentu, który od wielu lat urządzą życie polityczne i społeczne w Polsce

MN: To pomysł na porozumienie czysto wyborcze, czy może zalążek nowej siły politycznej?

JŚ: Jestem umówiony z podmiotami politycznymi wchodzącymi w skład koalicji: stowarzyszeniem Inicjatywa Polska, Partią Zieloni i Partią Razem, że wspólnie z moim stowarzyszeniem stworzymy klub w Radzie Miasta, więc to nie jest projekt tylko na wybory. Liczę na to, że ten klub powstanie i że będzie w stanie skutecznie walczyć o interesy mieszkańców.

MN: Przejdźmy zatem do prawicowego establishmentu, dla którego chcą Państwo być polityczną alternatywą. Polska scena polityczna jest silnie spolaryzowana i od 2005 roku napędzana przez konflikt dwóch prawicowych formacji: Prawa i Sprawiedliwości oraz Platformy Obywatelskiej. Jak Pan, jako nowe pokolenie, które wchodzi na scenę polityczną już przez ten konflikt zdefiniowaną, odnosi się do tegoż konfliktu?

JŚ: Jestem nim bardzo zmęczony i sądzę, że coraz więcej Polaków i Warszawiaków również. W istocie, jest to spór między dwoma prawicowymi i bardzo konserwatywnymi partiami, których myślenie o państwie pochodzi z głębokich lat 90. Tymczasem bardzo wiele się zmieniło. Jednak żadna z tych formacji za tymi zmianami nie nadąża i nie podejmuje kwestii dla Polski fundamentalnych, takich jak: zrównoważony rozwój, ochrona środowiska, czy też transformacja gospodarki, która dziś oparta jest na taniej silne roboczej w taką, która jest oparta na wiedzy i rozwija się dzięki innowacjom.

Prawo i Sprawiedliwość doszło do władzy krytykując forsowany przez poprzedników neoliberalny model rozwoju, ale robi dokładnie to samo.

Przyjęta przez obecny rząd ustawa czyniąca z całej Polski specjalna strefę ekonomiczną, niszczenie uniwersytetów w mniejszych ośrodkach, czy też eksploatacja środowiska naturalnego w sposób niewyobrażalny, to naprawdę nie są przejawy nowoczesnego myślenia o państwie.

Dodajmy do tego nieprawdopodobny wręcz nepotyzm i kumoterstwo, zahaczające wręcz o zwykłą korupcję. Tysiące niekompetentnych, ale lojalnych wobec władzy, osób na państwowych posadach, gigantyczne nagrody wypłacane sobie bez wyraźnego powodu – to wszystko pokazuje, że rządzący nie traktują państwa jako dobro wspólne, lecz jako swój prywatny folwark. Może właśnie dlatego tak łatwo rządzącym przychodzi naruszanie zasad demokratycznego państwa prawa.

MN: Przedstawiciele głównej partii opozycyjnej twierdzą, że właśnie przez wzgląd na ochronę praworządności w Polsce opozycja powinna pójść do wyborów zjednoczona.

JŚ: Uważam, że powinny powstać dwa duże bloki: liberalny oraz centrolewicowy. Jeśli Platforma Obywatelska będzie najsilniejszym komponentem opozycji w Polsce, to PiS ma zagwarantowane długie rządy. Platforma Obywatelska jest dziś niewiarygodna głównie dlatego, że nie wykonała żadnej pracy intelektualnej nad przyczynami porażki w 2015 roku. W rezultacie PO nie jest w stanie zmobilizować swoich dawnych wyborców, ani przekonać nowych – jest w stanie tylko bronić tego, co już ma.

MN: Prawo i Sprawiedliwość przygotowywała nową ordynację na wybory do PE w taki sposób, by za pomocą machinacji przy okręgach wyborczych zbudować w Polsce system dwupartyjny.

JŚ: Taki jest ich cel, gdyż wiedzą, że PO to dla nich wymarzona opozycja. Ma być jedynie Prawo i Sprawiedliwość, które rządzi oraz koncesjonowana opozycja w postaci Platformy Obywatelskiej i przybudówek. Uważam, że jedyną szansą na to, by się temu przeciwstawić jest pójście do ludzi z nową ofertą, która zachęci ich do tego, żeby wyszli z domów i zagłosowali – należy to zrobić już w najbliższych wyborach. Wierzę w to, że porozumienie jakie zawarliśmy w Warszawie, jest właśnie taką ofertą.

MN: Przejdźmy do tej oferty. Gdyby Pan miał wymienić 3 swoje najważniejsze priorytety, to co by to było?

JŚ: Po pierwsze chciałbym „oddać Warszawę ludziom” i to przede wszystkim na dwóch płaszczyznach. W Warszawie jest bardzo mało przestrzeni publicznej – uważam, że należy to zmienić. Stworzenie w centrum stolicy Warszawskiego Parku Centralnego – otwartego i egalitarnego miejsca dla ludzi będzie zarazem pierwszym etapem, jak i symbolem tak rozumianej polityki.

Innym ważnym obszarem, który chciałbym otworzyć dla Warszawiaków jest kwestia większego współdecydowania mieszkańców o tym, co dzieje się w mieście. Nazywamy to „prawem do miasta” – z jednej strony chodzi o uczciwość i przejrzystość działań samorządowych, które powinny się odbywać pod większą kontrolą społeczną, z drugiej – o włączenie mieszkańców do procesów decyzyjnych poprzez rozmaite formy partycypacji obywatelskiej.

Kolejnym priorytetem jest sprawienie, by miasto zaczęło budować mieszkania – nie tylko dla najbiedniejszych, ale też dla tej części klasy średniej, która jest gorzej sytuowana. Obecnie jest tak, że na spłatę kredytu lub opłaty za wynajem wielu Warszawiaków musi przeznaczyć nawet połowę swoich dochodów. Proponujemy program budowy 50 tys. mieszkań w ciągu 10 lat, których wynajem będzie kosztował 1400 zł miesięcznie.

Chcemy dać mieszkańcom Warszawy poczucie bezpieczeństwa, że nie muszą wydawać 50% dochodów ani zadłużać się na dekady w bankach, żeby móc godnie mieszkać.

Trzecim priorytetem jest kwestia poprawy jakości życia Warszawiaków. Chodzi o wsparcie dla osób starszych, rozwój usług publicznych, ale także kwestie ochrony środowiska, zazieleniania Warszawy i walki z zanieczyszczeniem powietrza, które stanowi w naszym mieście ogromny problem.

MN: Skoro jesteśmy przy kwestiach środowiskowych. Zmiany klimatu stwarzają coraz poważniejsze zagrożenia nie tylko dla ekosystemów, ale także dla zdrowia ludzkiego i gospodarki w Europie. Co warto podkreślić, Warszawa jest częścią C40 Cities Climate Leadership Group – czyli porozumienia, które koncentruje się na walce ze zmianami klimatycznymi. Jako prezydent Warszawy, jakie chciałby Pan podjąć działania w tej materii?

JŚ: Przygotowanie Warszawy na skutki nasilających się zmian klimatu to bez wątpienia jedno z najważniejszych wyzwań każdej odpowiedzialnej polityki dot. środowiska. Jest to również jeden z głównych priorytetów polityki naszej koalicji w tym obszarze. Pozostałymi priorytetami są: walka ze smogiem, rozwój obszarów zielonych i likwidacja ubóstwa energetycznego.

Elementami naszej polityki przeciwdziałania negatywnym skutkom zmian klimatu będą m.in.: wprowadzenie klauzul ekologicznych w zamówieniach publicznych oraz premie dla rozwiązań proekologicznych w przetargach publicznych; stopniowa eliminacja z miejskiego taboru autobusów napędzanych silnikami diesla i zastąpienie ich pojazdami elektrycznymi i gazowymi; wprowadzenie zasad kompensacji środowiskowej m.in. w przypadkach koniecznej wycinki drzew, niwelowanie zjawiska tzw. „miejskiej wyspy ciepła” przez zwiększanie zadrzewień na placach, skwerach i wzdłuż ulic; wprowadzenie mechanizmów zbiórki wody deszczowej przez zwiększanie przepustowości kanalizacji deszczowej, tworzenie zbiorników retencyjnych, zwiększanie przepuszczalności podłoża.

Innym niezwykle ważnym elementem tej polityki jest ochrona korytarzy napowietrzających, terenów zielonych i lasów miejskich, którą chcielibyśmy zapisać także w miejscowych planach zagospodarowania przestrzennego. Niestety poprzednicy w tej materii uczynili wiele zła. Według szacunków w ostatnich 10 latach w Warszawie wycięto ponad 200 tysięcy drzew, co skutkuje choćby powiększaniem się obszarów miejskich wysp ciepła, problemami z odprowadzaniem nadmiaru wody przy obfitych opadach czy smogiem. Była to skrajnie nieodpowiedzialna polityka, od której chcielibyśmy odejść.

MN: Jednym z najważniejszych tematów w zbliżającej się kampanii będzie bez wątpienia kwestia reprywatyzacji. Co doprowadziło do tego, że stał się to temat polityczny?

J: Jak wiadomo reprywatyzacja, to w pewnym skrócie zwracanie właścicielom lub ich potomkom nieruchomości znacjonalizowanych po wojnie przez komunistów. Problem w takich miastach, jak Warszawa, nie tyczy się tylko samej reprywatyzacji, do której można mieć wiele zarzutów i pytań o zasadność dziejową, sprawiedliwość społeczną itd., ale przede wszystkim tego, że sposób, w jaki ją robiono, jest czymś niewyobrażalnym.

Ludzie mieli umowy najmu podpisane z miastem na czas nieokreślony, czyli można powiedzieć, że umówili się z miastem, iż jeśli będą płacić niski czynsz – poniżej stawek rynkowych – to będą mogli tam mieszkać.

Nagle po 50, czy 60 latach zjawia się jakiś rzekomy spadkobierca, bo jak dziś wiemy, często to nawet nie byli spadkobiercy i wywraca tę umowę do góry nogami. Co więcej, ani państwo, ani miasto nie robi nic, by tych ludzi chronić. Ogromnej rzeszy ludzi z dnia na dzień odebrano nie tylko prawa, ale także godność. To, że państwo przestało chronić tych obywateli, że się ich pozbyło razem z tymi kamienicami, że ci ludzie byli przekazywani z nieruchomościami jak towar, jest czymś wstrząsającym, co naruszało elementarne prawa człowieka.

Mieliśmy do czynienia z bardzo agresywną neoliberalną polityką, która doprowadziła do zdjęcia osłon dla lokatorów, a w rezultacie do niezliczonych tragedii, w tym także śmierci. Mogę sobie wyobrazić sytuację, która jest normą na Zachodzie, że lokatorzy mieszkają w prywatnych budynkach, ale chroni ich państwo i prawo, a tutaj, niestety, w momencie zmiany właściciela nieruchomości ta ochrona była zdejmowana.

MN: Jaka jest w Pana ocenie główna różnica między Warszawą, a innymi europejskimi stolicami?

JŚ: Przede wszystkim kwestia modelu rozwoju, który został w Warszawie wybrany – modelu w którym panuje absolutny brak planowania przestrzennego. Warszawa rozwija się w sposób amerykańskich miast, a nie europejskich. Mamy ogromny problem z „urban sprawl”, czyli rurbanizacją, a mówiąc prościej z rozlewaniem się miast na przedmieścia. Warszawa zajmuje w przybliżeniu obszar 5 Paryżów, więc jest dużym miastem, a jako aglomeracja jest wręcz gigantyczna. Jest to drogi, nieefektywny i uderzający w więzi społeczne sposób rozwoju.

W Warszawie powstają dzielnice molochy, które są monofunkcyjne np. tzw. „sypialnie”, gdzie nie ma usług, żłobków, przedszkoli, czy parków. Na przedmieściach Warszawy jest niestety jeszcze gorzej, bo tam dodatkowo występuje problem z komunikacją. W rezultacie mamy miejsca, gdzie do Warszawy codziennie wjeżdża pół miliona samochodów, gdyż ludzie często muszą jeździć samochodami, bo nikt nie zaplanował im komunikacji publicznej wokół ważnych, z ich punktu widzenia, miejsc.

Dla przykładu: planowanie przedostania się z Białołęki, która jest typową „sypialnią” na tzw. „Mordor” na Mokotowie, czyli monofunkcyjne miejsce biurowców i firm, gdzie pracuje wielu Warszawiaków, musi uwzględnić przynajmniej godzinę jazdy – to jest zwyczajnie nieracjonalne.

Myślę, że główny problem polega na tym, że decydującą rolę w zagospodarowaniu miasta mają deweloperzy i kapitał prywatny, a nie mieszkańcy, czy urbaniści.

To jest pewna różnica, bo na Zachodzie decydują pewne normy, zwyczaje, a w Warszawie decyduje wielki pieniądz, a za wielkimi pieniędzmi stoi często wielka korupcja. My, niestety, obserwujemy to z bliska. Powstał układ reprywatyzacyjno-deweloperski bardzo blisko zżyty z politykami i to nie jest tylko kwestia Warszawy, ale kwestia wszystkich dużych miast w Polsce, gdzie deweloperzy mają niewiarygodnie duży wpływ na władzę miast.

Mówiło się kiedyś o Warszawie „Paryż Północy”, a teraz mówi się „Dubaj Północy”. Wieżowce bardzo często powstają bez ładu i składu, zabytki są wyburzane, tereny zielone są zabudowywane – to totalny chaos przestrzenny i to jest główna różnica między Warszawą, a stolicami zachodnimi.

MN: Współtwórca Kongresu Ruchów Miejskich, Lech Mergler, przedstawił na naszych łamach wizję, według której odpowiedzią na obecny kryzys demokracji jest idea „demokracji miast”. Czy jako polityk wywodzący się z ruchów miejskich uważasz, że to od miast przyjdzie kontrofensywa progresywnej polityki, czy może jest to jednak miraż podobny do tego o „skapywaniu bogactwa w dół”?

JŚ: Szczerze mówiąc jestem dość sceptyczny co do tej koncepcji. Na pewno jest tak, że w sytuacji permanentnego kryzysu, w którym żyjemy, gdzie państwa narodowe bardzo słabo sobie radzą z różnymi problemami, to regiony i miasta radzą już sobie zdecydowanie lepiej – to one są liderami walki z globalnym ociepleniem, to one pomagają uchodźcom, to one próbują nowych form organizacji życia społecznego. Naturalne więc jest, że się rodzi taka pokusa, by to one były awangardą progresywnej polityki. Tak się jednak w moim przekonaniu nie stanie.

Miasta nie istnieją w próżni – ani społecznej ani politycznej, także to raczej ogólnokrajowa polityka będzie oddziaływać na nie, niż one na tę politykę. Dlatego uważam, że miasta nie uratują świata, mogą się jednak starać uratować siebie.

MN: Co zatem powinno być odpowiedzią na kryzys demokracji i prawicowy populizm?

JŚ: Odpowiedzią na prawicowy populizm powinien być progresywny populizm.

Wywiad powstał we współpracy z Zielonym Magazynem Europejskim

Partia, która do niedawna walczyła o fotel lidera opozycji oraz ugrupowanie, które mozolnie odbudowuje swoje poparcie po wypadnięciu z Sejmu pokazały swoje programy samorządowe.

Ta pierwsza współtworzy dziś Koalicję Obywatelską, mając cichą nadzieję, że nie zostanie w całości skonsumowana przez PO. Ta druga pragnie skonsolidować swoją pozycję trzeciej siły politycznej w Polsce. Na przykładzie zaprezentowanych przez nich dokumentów programowych widać wyraźnie, że pojedynek o samorządy ma jak najbardziej polityczno-ideowy wymiar – szczególnie na szczeblu wojewódzkim.

Kampanię czas zacząć

Nie ulega wątpliwości, że pierwsze z czterech wyborów, jakie czekają nas w najbliższych latach wyznaczać będą pozycje startowe poszczególnych partii w kolejnych głosowaniach. Choć sporo mówi się na temat zmian na scenie politycznej, które mają nastąpić już po nich (spośród których najważniejszą wydaje się rysująca na horyzoncie nowa, lewicowa partia Roberta Biedronia) to jednak wyniki jesiennego starcia mogą znacznie szybciej wpłynąć na morale – szczególnie w partiach opozycyjnych.

Rządzące krajem Prawo i Sprawiedliwość ma w ich wypadku przewagę wynikającą z wyniku, jakie partia osiągnęła cztery lata temu. Po wyborach w 2014 udało się mu objąć władzę jedynie w jednym sejmiku – podkarpackim. Mimo nie najgorszych wyników swoich kandydatek i kandydatów w niektórych większych miastach również i one pozostały dla niego poza zasięgiem.

Każdy dodatkowy mandat, urząd prezydencki czy przejęty sejmik będzie z perspektywy PiS sukcesem – a o ten może nie być tak trudno.

Dobre wyniki gospodarcze, transfery socjalne i ogólne poczucie prosperity (kwitowane z drugiej, liberalnej strony utyskiwaniami na brak rąk do pracy za oferowane, najczęściej niskie, stawki) nie mobilizują do głosowania przeciwko ekipie „dobrej zmiany”. Kogo z kolei miały przekonać argumenty o postępującym autorytaryzmie władzy i dusznej atmosferze politycznej w kraju, ten przekonany już najpewniej został.

Choć – jak zawsze – kampania wyborcza może odwrócić aktualnie obserwowane trendy, to na dzień dzisiejszy całkiem realistyczne wydaje się przejęcie przez PiS co najmniej części sejmików na terenach dawnej Galicji i Kongresówki. Patryk Jaki toczy bardzo ostrą kampanię w Warszawie, w obliczu której jego główny oponent, Rafał Trzaskowski, zepchnięty został do póki co do defensywy. Przykład karuzeli kandydatów liberalnej opozycji na stanowisko prezydenta Wrocławia mógł nie dodać otuchy wspierającemu ten obóz elektoratowi.

Niebiesko-czerwona konkurencja

W wypadku stolicy Dolnego Śląska górą mogła się przez chwilę poczuć liderka Nowoczesnej, Katarzyna Lubnauer. To jej partia bardzo nie chciała, by wspólnym z PO kandydatem był wyraźnie konserwatywny Kazimierz Michał Ujazdowski.

To prawdopodobnie jeden z nielicznych tego typu momentów dla .N po długim ciągu sondaży, które po odejściu założyciela, Ryszarda Petru, dają jej poparcie krążące w okolicach pięcioprocentowego progu wyborczego. W najbliższych wyborach okaże się, jak wiele podmiotowości będzie w stanie zachować w ramach Koalicji Obywatelskiej.

Gdzieś w tle tych zmagań próbuje odbudowywać swoje poparcie Sojusz Lewicy Demokratycznej. Włodzimierz Czarzasty nie ma tu łatwego zadania, jako że po drodze wysłuchiwać musi tradycyjną litanię zarzutów, kierowanych pod adresem jego ugrupowania ze strony ideowej lewicy z Razem.

Ewentualny powrót Roberta Biedronia do ogólnopolskiej polityki wcale nie musi skończyć się, jak prognozują niektórzy analitycy, wzięciem na pokład nowego projektu Sojuszu.

Scenariusz, w którym kolejna „nowa jakość w polityce” zdobywa 10% głosów i podbiera na tyle dużo wyborców SLD, że ponownie nie wchodzi on do Sejmu, na pewno nie jest liderowi tej partii przesadnie miły.

Obu formacjom zależy zatem na dobrym wyniku wyborczym. Obie – choć mają odmienne strategie na start wyborczy – chcą zachować polityczną podmiotowość.W wypadku Nowoczesnej widoczne jest to w dodatkowym, własnym programie samorządowym. W wypadku dokumentu, pokazującego polityczne priorytety Sojuszu, dostrzegalna jest chęć udowodnienia lewicowej wrażliwości partii i jej wyraźnego odróżnienia od Koalicji Obywatelskiej, z którą rywalizować będzie o głosy.

Zestawiając ze sobą wspomniane dwa programy można zobaczyć, jak różne wizje samorządu prezentują – a tym samym w jaki sposób nasze jesienne wybory wpływać będą na logikę działania władz lokalnych w naszej okolicy.

Dobrze i tanio?

W wypadku Nowoczesnej widać wyraźnie, że pragnie ona pozostać w konsekwentnie liberalnym nurcie programowym – również w zakresie swych postulatów samorządowych. Bodaj najwyraźniej widać to w postulacie uelastycznienia możliwości przekazywania realizacji zadań publicznych organizacjom pozarządowym czy podmiotom prywatnym.

Postulat ten grozi faktycznym rozmyciem odpowiedzialności władz samorządowych, które już w obecnych warunkach potrafią posuwać się do likwidowania placówek szkolnych lub umywania rąk w kwestii zapewniania dostępu do wysokiej jakości transportu zbiorowego – szczególnie poza większymi ośrodkami miejskimi.

Choć można zrozumieć argument o przyznaniu samorządom prawa do tworzenia bardziej elastycznej struktury organizacyjnej podległych im instytucji (co miałoby pewne zalety z poziomu realizowania spójnej polityki międzysektorowej) zasadnym wydaje się zadanie pytania o to, czy w obrębie już istniejących ram prawnych nie ma możliwości stymulowania współpracy między urzędami czy między samorządem a jego otoczeniem społecznym – słowem czy problem leży bardziej w praktyce działania niż w ograniczeniach legislacyjnych. Przykłady prowadzenia już dziś placówek kulturalnych czy mających organizować lokalną społeczność przez organizacje pozarządowe zdają się potwierdzać zasadność tych wątpliwości.

Innym nietrafionym politycznym priorytetem wydaje się również pomysł na górny pułap świadczeń socjalnych na gospodarstwo domowe.

Wpisuje się on w logikę limitowania dostępu do – i tak nieszczególnie hojnej, poza wpisywanym w obręb polityki rodzinnej programem 500+ – pomocy społecznej, która przez lata hodowała warunki do nawrotu prawicowego populizmu. Logiki, która długo pozostawała nieczuła na fakt, że do dziś mocno ograniczony jest chociażby dostęp do zasiłku dla bezrobotnych i która długo nie dopuszczała do siebie myśli, że przypadki przepijania pieniędzy z programu 500+ okazały się sięgać ułamka procenta pobierających świadczenie pieniężne.

Z logiki samorządowej elastyczności wywodzą się również i inne postulaty programowe o różnym poziomie atrakcyjności. Interesująco brzmi postulat umożliwienia ustalania podstawowej stawki podatku dochodowego w obrębie ściśle ustalonych ram (3 punkty procentowe mniej lub więcej niż bazowa stała ogólnopolska).

Z jednej strony mógłby on dać bardziej ambitnym władzom lokalnym więcej środków do prowadzenia aktywnej, progresywnej polityki. Z drugiej strony nie da się lekceważyć obaw, że nawet tak nieduża swoboda może skończyć się podatkowym równaniem w dół, którego negatywnych skutków nie zminimalizowałoby nawet postulowane przez Nowoczesną przeznaczenie środków z drugiej stawki podatku PIT na specjalną subwencję wyrównawczą.

Do postulatów skupionych na efektywności dodajmy jeszcze te „oszczędnościowe”. Część wydaje się symboliczna, jak chociażby zmniejszenie liczby radnych. Inne świadczą o dużo większych aspiracjach partii Lubnauer, tak jak w wypadku zachęcania do łączenia się gmin czy rozpoczęcia dyskusji o zasadności funkcjonowania powiatów.

Z pewnością składają się one na spójną wizję samorządu – choć niekoniecznie musi być ona atrakcyjna dla osób o lewicowych czy progresywnych poglądach. Ogólnie słuszne postulaty, dotyczące promowania zielonej energetyki, naturalnych barier przeciwko hałasowi zamiast wszędobylskich ekranów czy zwiększania ilości objętych ochroną obszarów przyrodniczo cennych to za mało, by rozwiać zastrzeżenia i wątpliwości co do sztandarowych pomysłów tej partii.

Socjalne priorytety

W wypadku SLD formacja ta z pewnością nie uniknie pytań o swoją wiarygodność czy skuteczność w realizowaniu własnych postulatów. Jeśli jednak brać zaprezentowany w tym roku program samorządowy na poważnie to wypada co najmniej ostrożnie pochwalić Sojusz za umiejętny dobór priorytetów oraz proponowanych rozwiązań.

Najbardziej zauważalnym zobowiązaniem – które zapewne będzie również najtrudniejsze w realizacji – to przeznaczanie 10% dochodów własnych gminy na remonty i budowę mieszkań komunalnych. W ofercie znaleźć się mają mieszkania dostosowane do potrzeb osób z niepełnosprawnościami czy dla seniorek i seniorów, a zasady planowania przestrzennego mają być realizowane tak, by 20% danego planu zagospodarowania przeznaczone było na przestrzenie publiczne – w tym tereny zielone.

Przez dokument programowy przewija się trop obniżania kosztów życia na poziomie lokalnym.

Powszechne i darmowe mają w wizji Sojuszu nie tylko przedszkola, ale i żłobki. Upowszechniać się mają programy darmowych przejazdów transportem publicznym dla uczniów i osób po 65. roku życia, a już po sześćdziesiątce działać mają Karty Seniora, umożliwiające korzystanie ze zniżek i darmowych usług.

Najbardziej zauważalną różnicą programową w porównaniu z Nowoczesną wydaje się końcowy postulat realizacji większej ilości zadań i usług publicznych przez same samorządy, nie zaś firmy zewnętrzne. Wydaje się on być pokłosiem doniesień o kiepskich warunkach pracy i płacy, które jeszcze do niedawna panować miały w sektorze sprzątania czy ochrony.

Jeśli jakaś firma chciałaby pozyskać zamówienie, musiałaby zobowiązać się nie tylko do zatrudniania na podstawie umów o pracę (czego samorząd może wymagać już dziś), ale również płacenia co najmniej 3.000 zł brutto pensji swym pracownikom.

Wszystko to – podobnie jak i hasło opieki dentystycznej czy ciepłych posiłków w szkołach – to jak najbardziej lewicowe postulaty, skierowane do osób zainteresowanych aktywną rolą samorządów w zapewnianiu dostępu do wysokiej jakości usług społecznych.

Wyzwaniem – jak już wspomniałem – będzie przekonanie elektoratu do skutecznego ich wcielania w życie. Przy założeniu, że najczęstszym koalicjantem Sojuszu po wyborach będzie najpewniej Koalicja Obywatelska będzie to wymagać niemałych zdolności negocjacyjnych, jak również umiejętności efektywnego komunikowania sukcesów, kiedy już zacznie się je osiągać.

Demokracja – reaktywacja?

Jeśli opozycyjne partie polityczne na serio chcą ratować demokrację, wówczas muszą one umiejętnie realizować dwie, nierzadko pozostające ze sobą w niemałym napięciu kwestie.

Po pierwsze muszą być w stanie pokazać, że traktują swoje postulaty na serio i nie tworzą programów wyborczych wyłącznie dla sportu. Po drugie, powinny pokazać zdolność do negocjowania i zawierania produktywnych kompromisów.

W wypadku niezdolności do osiągnięcia porozumienia kluczowe staje się pokazanie źródeł podziału oraz jego wagi, na przykład w kontekście przyświecających im wartości.

Zasady te brzmią być może banalnie, ale w obliczu spowodowanego przez PiS moralnego wzmożenia nigdy dosyć ich przypominania – no, chyba że jesteśmy zainteresowani nie tyle odnową demokracji, co zastąpieniem nieliberalnego jej wariantu niedemokratyczną odmianą liberalizmu, odrzucającą rolę sporu o wizje świata i preferującą złożenie władzy w ręce „oświeconych” i „wiedzących więcej” technokratów.

Oby w trakcie – i już po – obecnej kampanii partie opozycyjne nie poszły w tę stronę.

Zdj. Łukasz Kamiński na licencji CC BY-SA 3.0 / Adrian Grycuk na licencji CC BY-SA 3.0

Swoje programy wyborcze na zbliżające się wybory samorządowe zaprezentowały w ostatnich tygodniach Partia Razem oraz Polskie Stronnictwo Ludowe. (więcej…)

Katarzyna Bienias, liderka zielonogórskich Zielonych i kandydatka do rady gminy Kożuchowa, opowiada o swojej drodze politycznej i dalszych planach w rozmowie z Bartłomiejem Kozkiem. (więcej…)

O toruńskim samorządzie, zasiedziałych układach i oddolnych alternatywach opowiada Jakub Gołębiewski w rozmowie z Bartłomiejem Kozkiem. (więcej…)

Na przedbiegu kampanii do wyborów na prezydenta Krakowa wiadomo, że startują co najmniej czterej kandydaci. Wieloletni zarządca miasta Jacek Majchrowski, zwany nieprzypadkowo Carem, przedstawiciel ruchów miejskich i Zielonych Tomasz Leśniak, były poseł Twojego Ruchu Łukasz Gibała oraz radny miejski Sławomir Ptaszkiewicz, były członek PO. Ci dwaj ostatni ze szczególnym upodobaniem nazywają siebie kandydatami niezależnymi. Niezależnymi od czego? Nie są przecież ludźmi znikąd. Obaj na potrzeby kampanii wyborczej opuścili swoje partie. Ich pochodzenie społeczne i dotychczasowe decyzje pokazują, że trudno będzie im porzucić członkostwo w partii kapitału.

Wedle najnowszego oświadczenia majątkowego Sławomir Ptaszkiewicz odłożył wraz z małżonką 930 tysięcy złotych, posiada dom o wartości 3,5 miliona złotych, budynek biurowy (wart 4,5 miliona), drugi dom, działkę budowlaną i garaż. Swoje roczne dochody wycenia na 134 tysięcy złotych. Jest byłym deweloperem, pracował również w korporacjach naftowych. Stać go na wywieszenie swojej podobizny na hotelu Forum, „najdłuższym bilbordzie w Polsce”, jeszcze przed oficjalnym rozpoczęciem kampanii. Uważa, że to zdobyty majątek czyni go niezależnym.

Poseł Gibała oficjalnie chwali się skromniejszym majątkiem. Posiada 350 tysięcy oszczędności, mieszkanie warte milion złotych, dwa garaże, trzy pomieszczenia piwniczne, jest również współwłaścicielem domu. To mało, biorąc pod uwagę, że w kadencji 2007-2011 był w dziesiątce najbogatszych posłów. Utrzymuje się z diety, oszczędności i sprzedaży papierów wartościowych. O jego geście i możliwościach świadczy jednak wydanie prawie miliona złotych na ostatnią kampanię parlamentarną, przez co kilkaset razy przekroczył dozwolony budżet. Bronił się wówczas twierdząc, że to normalne, że polityką zajmują się bogaci. To, niestety, prawda, ale nie można powiedzieć, żeby było to pozytywne zjawisko.

Powiedzenie, że „byt określa świadomość” nie jest tylko starym marksistowskim porzekadłem, lecz potwierdzonym naukowo faktem. Z badań wybitnego francuskiego socjologa Pierre’a Bourdieu wynika, że ludzie o różnych poziomach życia postrzegają świat na skrajnie odmienne sposoby. Zamożni mają tendencję do usprawiedliwiania istniejących hierarchii oraz wspierania regulacji, które podtrzymują je bądź wzmacniają. Badania Michaela Kraussa i współpracowników pokazują, że wzrost bogactwa wiąże się ze spadkiem empatii, poczucia solidarności oraz chęci pomocy innym. Bogaci częściej skupiają się na sobie, osiąganiu celów niezależnie od kosztów, które zresztą to nie oni zwykle ponoszą. Ci, którzy uważają się za niezależnych i wymagających niezależności od innych, nie pamiętają zwykle o wsparciu, jakiego udzielali im rodzice w postaci dobrego wykształcenia, wysokiego poczucia własnej wartości, kosztownych prezentów i bezzwrotnych pożyczek. Nie są to cechy najlepiej wróżące społeczności, której taka osoba miałaby przewodzić. Co oczywiste, ludzie niekorzystający z transportu publicznego nie doceniają jego znaczenia, niekorzystający z usług publicznych bardziej skłonni są ograniczać wydatki na nie, uprzywilejowując w zamian podobnych sobie inwestorów i przedstawicieli korporacji.

Doświadczenia krajów, gdzie zinstytucjonalizowano władzę bogatych (takich jak Rosja, Stany Zjednoczone czy Wielka Brytania), pokazują, do czego ona prowadzi: wzrostu nędzy i nierówności społecznych, spadku jakości i dostępu do usług publicznych, ogromnych nieuzasadnionych wydatków, które prowokują dalsze cięcia wydatków na najuboższych. Państwo staje się narzędziem bogacenia się bogatych kosztem wszystkich innych. Jeśli wierzysz, że istnieje coś takiego, jak uczciwość wynikająca z posiadania „za dużo pieniędzy”, spójrz na Wall Street.

Płachta reklamowa, fot. Mart Wojnicz CC-BY

Płachta reklamowa, fot. Mart Wojnicz CC-BY


Obaj „niezależni” kandydaci chcą, by miasto było przyjazne dla mieszkańców. Oczywiście, problem w tym, kogo przez to słowo rozumieją. Żadne miasto nie jest bowiem jednorodnym bytem. Dzieli się nie tylko na dzielnice, ale również na klasy i grupy społeczne, subkultury, kohorty wiekowe. Miasto dzieli się na biednych, średnio zamożnych i bogatych. Dzieli się również na okręgi wyborcze, którymi manipulują radni Platformy, by utrzymać się przy władzy.

Kogo mają więc na myśli Gibała i Ptaszkiewicz? Odpowiedzi na to pytanie szukać należy nie w przedwyborczych manifestach, ale w działaniach. Obaj „niezależni” poparli starania o igrzyska zimowe, które stanowią modelowy przykład transferu pieniędzy publicznych do prywatnych kieszeni. Co ważne, jeszcze dwa lata temu Ptaszkiewicz nawoływał do likwidacji szkół z powodu dziury budżetowej (powołując się przy tym na słowa Jana Pawła II). Jego priorytetem są inwestorzy. To dlatego, że Kraków nie jest im dostatecznie przyjazny, odszedł z Platformy Obywatelskiej.

Gibała, parafrazując być może kampanię przeciwko zamykaniu szkół, argumentuje na rzecz niezamykania punktów sprzedaży alkoholu w Krakowie. Czy należy dodawać, że jego ojciec jest właścicielem największej sieci dystrybucji alkoholu w Polsce? Jako niezłomny obrońca obywateli i obywatelek w parlamencie Gibała głosował za ograniczeniem praw obywatelskich w ustawie o zgromadzeniach oraz o podwyższeniem wieku emerytalnego. Jest też zwolennikiem radykalnego obniżenia podatków (powołując się na krzywą Laffera, hołubiony przez libertarian nieprecyzyjny model ekonomiczny) oraz ograniczenia działalności związków zawodowych. Obaj nie czują obciachu promowania się za ogromne pieniądze na granicy prawa.

Gibała i Ptaszkiewicz są niewątpliwie niezależni od większości problemów, z jakimi borykają się mniej zarabiający (czyli niemal wszyscy) mieszkańcy miasta, od lat należą bowiem do elity władzy i biznesu w Polsce. Nie szczędzą przy tym setek tysięcy złotych na przekonywanie, że jest inaczej. To oczywiste, że nie są niezależni od pieniędzy i więcej niż pewne, że ta zależność będzie dyktować kierunki ich działań. Niewątpliwie, mają na względzie dobro jakiegoś Krakowa. Po ewentualnej elekcji któregoś z nich trudno oczekiwać prospołecznych zmian w mieście. Pieniądze wciąż będą rządzić. Nie powinniśmy pozwolić, by miasto było zabawką w rękach milionerów.