ECVC (European Coordination Via Campesina*) wyraża oburzenie z powodu katastrofalnej umowy handlowej między UE a USA, podpisanej 27 lipca w Szkocji przez Donalda Trumpa i Ursulę von der Leyen. Umowa ta jest nie do przyjęcia z kilku powodów: popiera i legitymizuje stosowanie przez Trumpa ceł jako narzędzia kolonializmu i deregulacji, a także ogromne zakupy energii z paliw kopalnych i sprzętu wojskowego w USA, które są niezgodne z unijnym prawodawstwem w zakresie ochrony środowiska, a także zagraża warunkom życia konsumentów i rolników poprzez otwarcie rynku europejskiego na amerykańskie produkty rolno-spożywcze o niskich standardach jakości.
Po raz kolejny Komisja Europejska postanowiła przedłożyć interesy handlowe nad dobro ogółu społeczeństwa europejskiego. Cła nie są najważniejszym aspektem tej umowy: dzięki niej UE obniża swoje standardy jakości, aby umożliwić wprowadzanie produktów amerykańskich na rynek UE. Żywność i produkty rolne z USA są wytwarzane przy użyciu środków sanitarnych i fitosanitarnych zakazanych w UE (takich jak chlorowane kurczaki lub mięso z hormonami);
GMO i pozostałości chemiczne, nie wymagają szczegółowego oznakowania (składniki, alergeny, pochodzenie, informacje w językach lokalnych); nie mają ścisłych limitów dotyczących pozostałości pestycydów, metali, leków weterynaryjnych lub użycia bromku metylu; a także nie podlegają ograniczeniom dotyczącym stosowania pestycydów po zbiorach.
Nie ma zakazów dotyczących BHA, BHT, bromianu potasu oraz niektórych sztucznych aromatów, które nie są zatwierdzone w UE, a produkty nie spełniają norm UE dotyczących chowu zwierząt, ich transportu i mięsa bez hormonów. Jak pokazały protesty przeciwko umowie o transatlantyckim partnerstwie handlowo-inwestycyjnym (TTIP), europejscy konsumenci nie chcą tych produktów, lecz wolą być zaopatrywani w zdrową żywność z lokalnych gospodarstw. Dla ECVC umowa ta stanowi wprowadzenie TTIP tylnymi drzwiami!
Podpisując tę umowę z Donaldem Trumpem, Unia Europejska decyduje się na ochronę podmiotów przemysłowych, w szczególności z sektora motoryzacyjnego, ze szkodą dla zdrowia konsumentów, ich miejsc pracy i praw człowieka. Po raz kolejny wykorzystuje rolników i jakość żywności jako kartę przetargową, całkowicie łamiąc swoje własne przepisy. Komisja decyduje się nadać priorytet militaryzacji, rezygnując z możliwości wyżywienia własnej ludności przez państwa członkowskie, co znajduje odzwierciedlenie zarówno w przedstawionej w lipcu przez Komisję Europejską propozycji nowej WPR, która przewiduje zmniejszenie budżetu WPR o 20% bez zaproponowania żadnych środków regulacji rynku, jak i w upartej determinacji przewodniczącej Komisji do podpisania wielu kolejnych umów o wolnym handlu, takich jak umowa UE-Mercosur.
Pośpiech w podpisywaniu tej i innych umów o wolnym handlu, w połączeniu z redukcją budżetu WPR, sprawia, że Komisja Europejska nadal sprzeniewierza się interesom i ignoruje rolników w momencie, gdy najbardziej potrzebują ochrony i wsparcia. Ponadto KE kieruje UE w stronę gospodarki zorientowanej na eksport z korzyścią dla (głównie amerykańskich) przedsiębiorstw rolniczych, takich jak Cargill, Bunge, JBS czy Unilever. Tymczasem UE zobowiązana jest zagwarantować suwerenność żywnościową poprzez ochronę rynku wewnętrznego, wspieranie rolnictwa chłopskiego, produkcję zdrowej żywności na rynek wewnętrzny oraz wzmacnianie obszarów wiejskich.
źródło: European Coordination Via Campesina
* European Coordination Via Campesina (Europejska Koordynacja Via Campesina) jest europejską gałęzią największej światowej organizacji rolników La Via Campesina (Chłopska Droga), która zrzesza ok. 300 milionów drobnych rolników z pięciu kontynentów.
Kształt handlu międzynarodowego ma szanse przejść niemałe zmiany do roku 2049.
Isabelle Durant, numer dwa w agendzie ONZ ds. handlu i rozwoju (UNCTAD) prezentuje wizję czekających nas zmian, mając nadzieję na wykorzystanie ich potencjału i ograniczenie zagrożeń.
Handel to najstarsza aktywność człowieka. Od starożytności kształtował on kolejne cywilizacje, stymulował innowacje oraz wpływał na procesy produkcyjne. Determinował ścieżki oraz przestrzenie rozwoju. Bywał źródłem wojen czy niedostatku, ale również gwałtownego wzrostu dobrobytu i jakości życia. Ze wszystkich tych powodów handel – w tym ten międzynarodowy – przetrwa z nami do roku 2049.
Pytanie na przyszłość brzmi następująco – w jaki sposób ewoluować będzie system, będący dziś produktem hiperglobalizacji oraz ultraliberalizmu? Jak będzie zmieniał się w świecie, który kształtować będą zmiany klimatu, a także wzajemne powiązania technologiczne i ekonomiczne?
Udeptana trawa
Wojny handlowe, takie jak te między Stanami Zjednoczonymi, Chinami i Unią Europejską w roku 2019, zdecydowanie nie są niczym nowym. Chociaż system, kreowany przez wiele ośrodków był w stanie znieść niemało przeszłych wstrząsów, to realizowana pod hasłem „uczynienia Ameryki na nowo wielką” polityka prezydenta Donalda Trumpa zmienia dynamikę relacji między najważniejszymi, globalnymi graczami.
Chiny próbują pokazać swym przykładem, że inny model handlu jest możliwy, chociaż czynią to bez pozbywania się protekcjonistycznych nawyków czy rezygnacji z coraz mniej odpowiadającego ich sytuacji statusu państwa rozwijającego się w ramach Światowej Organizacji Handlu (WTO).
Realizowane za pomocą wspólnej polityki handlowej posunięcia UE, próbującej znaleźć złoty środek w relacjach z innymi partnerami wciąż generują niemałą debatę, w której nie brak głosów od protekcjonizmu aż po wolną amerykankę.
Wojna handlowa, stająca się elementem nowego rozdania w stosunkach międzynarodowych, to również wojna o technologie.
W walce o dominację w świecie cyfrowym mamy do czynienia ze starciem amerykańskich i chińskich gigantów – GAFA kontra BATX[1]. Jak głosi nowe porzekadło „dane to nowa ropa”. Mając do czynienia z ogromną konkurencją o prymat technologiczny UE stara się zdominować rynek regulacji, w tym tych związanych z prawami obywatelskimi. Nasza nadzieja powinna kierować się w stronę przeniesienia do międzynarodowych protokołów unijnych przepisów, zawartych dziś w RODO.
Czemu nie pomyśleć o tym wraz z partnerami z Afryki? Powstanie uczciwego, efektywnego partnerstwa handlowego między Unią a Afryką – takiego, które uniknie zbędnych utarczek w świecie cyfrowym, jest w ciągu najbliższego dziesięciolecia całkiem realną perspektywą.
Utworzenie wspólnej inicjatywy, sprzyjającej inwestycjom i jednocześnie opartej na sprawiedliwym handlu oraz ochronie danych, pozwoliłoby Unii Europejskiej i Afryce na zbudowanie dobrze uregulowanego obszaru cyfrowo-handlowego do roku 2049.
Tak wydeptana ścieżka wzbudziłaby zainteresowanie korporacyjnych słoni-gigantów, zmuszając ich do przyjścia do stołu negocjacyjnego z bardziej życzliwym wobec decydentów nastawieniem.
Przemyślenie szlaków handlowych
Handel międzynarodowy, nawet jeśli poddany regulacjom ekonomicznym i technologicznym, musi również w znaczący sposób zmienić swój ślad węglowy. Jego obecny rozkwit wiąże się ze wzrostem emisji dwutlenku węgla. Do roku 2049 emisje gazów cieplarnianych ze wszystkich środków transportu mogą ulec nawet potrojeniu.
Kładąc na chwilę na bok kwestie transportu lotniczego to międzynarodowy przewóz ładunków – spośród którego transport morski odpowiada za przeszło połowę jego ogólnych emisji – przeskoczy pod względem ich ilości transport pasażerski. W jaki sposób – mając na uwadze ich wpływ na klimat – możemy zmieniać oblicze handlu międzynarodowego?
Istnieje konieczność pilnego zidentyfikowania wpływu wzrostu średniej, globalnej temperatury o 2 stopnie Celsjusza na handel międzynarodowy. Jakie otworzą się nowe drogi morskie – i które porty staną się w związku z tym ważne? Którym społecznościom zagrażać będzie największe ryzyko? Jakie rodzaje rolnictwa ulegną największym zmianom? Co z miejscami pracy? Jak w takim świecie wyglądać będzie mapa globalnego handlu?
Jeśli walka ze zmianami klimatu ma się stać priorytetem, wówczas jest czymś nieodpowiedzialnym pomijanie opcji, umożliwiających lepsze prognozowanie i regulowanie.
Innym istotnym zadaniem dla społeczności międzynarodowej jest ograniczenie – a najlepiej wyeliminowanie – negatywnego wpływu handlu międzynarodowego na klimat.
Zbyt długo relacje między handlem a środowiskiem stanowiły temat tabu. Refleksja na ten ten temat musi kształtować przyszłe działania polityczne. Zmiany w systemie handlowym przyszłości muszą oznaczać wzmacnianie oraz zachęcanie do handlowania na poziomie regionalnym, a nawet lokalnym.
Zaduma nad konsumpcyjnym charakterem współczesnych społeczeństw będzie przydatna w procesie tworzenia rozwiązań, umożliwiających ludziom wypożyczanie zamiast kupowania oraz używanie zamiast podsiadania własności.
Wyprodukowano w domu?
Czy zatem rozwiązanie problemów tkwi w lokalnej produkcji i krótkich łańcuchach dostaw? To byłoby zbyt proste.
Umiędzynarodowienie handlu zawsze wiązało się z otwarciem nowych możliwości. Widząc z jednej strony sukcesy Chin, z drugiej zaś problemy krajów rozwijających się, które – dobrowolnie bądź pod przymusem – zostały odizolowane od międzynarodowych rynków wydaje się, że dobrobyt i zrównoważony rozwój nie będą mogły być osiągnięte poza globalnym systemem (oczywiście w pewnych ściśle określonych warunkach).
Dla przykładu powinny być opracowane nowe reguły, mające na celu ograniczenie protekcjonizmu w sektorach takich jak rolnictwo, tekstylia czy leki. Kwestie te leżą u fundamentów kolejnej reformy WTO, która w ostatnich latach nie była zdolna do zasypania podziałów między poszczególnymi państwami członkowskimi.
Bardziej uczciwy, włączający system handlu międzynarodowego nie będzie możliwy bez stworzenia prawdziwie wielobiegunowej alternatywy dla istniejących obecnie opcji – selektywnego otwarcia bądź normalizacji wojen handlowych. Nowym regułom będą musiały towarzyszyć nowe formy rozwiązywania sporów za pośrednictwem międzynarodowego sądu, zdolnego do rozsądzania firm i rządów.
Odejście od ostatniej chwili
Innowacje technologiczne oraz konsekwencje zmian klimatu działają szybciej niż negocjatorzy. Tworzenie świata roku 2049 będzie wymagać czegoś więcej niż ignorowania rzeczywistości czy wytykania palcami. Wymagać od nas będzie wdrażania szerokiej palety innowacji w celu stworzenia regulowanego systemu handlowego, który nie będzie szkodził klimatowi.
Aby osiągnąć ten cel musimy zmierzyć się zarówno z dzisiejszymi, jak i przyszłymi niewiadomymi.
Czy rozwój drukarek trójwymiarowych zmieni produkcję tak, jak telefon komórkowy i Internet zmieniły doświadczenie zakupowe? Czy międzynarodowy handel usługami – eufemizm, kryjący za sobą postępujący outsourcing – stanie się ważniejszy niż wymiana dóbr? Czy bardziej regionalne podejście do handlu nimi, takie, w którym łatwiej jest śledzić proces, uczestniczyć mniejszym graczom, regulować czy dzielić się jego owocami, stanie się istotniejsze od globalnych łańcuchów wartości, z którego największej korzyści czerpią podmioty z jego końca?
Pomimo tych otwartych pytań – a właściwie to właśnie z ich powodu – wymiana handlowa jutra musi być bardziej inteligentna, skupiając się na realnej wartości dodanej danego produktu. Czas, w którym bez ustanku handlowaliśmy czym popadnie, niezależnie od związanych z tym kosztów, może już być przeszłością. Zbyt często niska cena produktu odbywała się kosztem planety i naszych społeczeństw.
Obraz globalnego handlu byłby dziś zupełnie inny, gdyby reguły gry umożliwiały realne w nim uczestnictwo podmiotom różnej wielkości oraz na rozkwit regionalnych łańcuchów produkcyjnych bez uciekania się do protekcjonizmu. Nowa równowaga w handlu – co widać nawet po tym krótkim omówieniu – jest jednym z ważnych pytań na kolejne dekady.
[1] Firmy z USA – Google, Apple, Facebook i Amazon, kontra te z Chin – Baidu, Alibaba, Tencent i Xiaomi.
Artykuł „Trading Places” ukazał się na łamach Zielonego Magazynu Europejskiego. Tłumaczenie: Bartłomiej Kozek
Jeśli podoba Ci się to, co robimy, prosimy, rozważ możliwość wsparcia Zielonych Wiadomości. Tylko dzięki Twojej pomocy będziemy w stanie nadal prowadzić stronę i wydawać papierową wersję naszego pisma.
Jeżeli /chciałabyś/chciałbyś nam pomóc, kliknij tutaj: Chcę wesprzeć Zielone Wiadomości.
System rozstrzygania sporów pomiędzy inwestorami a państwami (ISDS) umożliwia zagranicznym przedsiębiorstwom pozywanie rządów przed ich własne, specjalnie w tym celu powołane sądy arbitrażowe, jeśli uznają, że jakiekolwiek zmiany polityki publicznej mogą potencjalnie ograniczyć ich spodziewane zyski. O prawomocności danego oskarżenia decydują nie sędziowie, lecz zespół trzech korporacyjnych prawników, w których interesie leży zwiększenie liczby spraw. Od ich decyzji nie można się odwołać. Propozycja zawarcia mechanizmu ISDS w Transatlantyckim Partnerstwie w dziedzinie Handlu i Inwestycji (TTIP) i kompleksowej umowie gospodarczo-handlowej między Kanadą a Unią Europejską (CETA) wywołała falę protestów społecznych i politycznych, a przytłaczająca większość uczestników konsultacji przeprowadzonych przez Komisję Europejską zdecydowanie ją odrzuciła.
Komisja odpowiedziała zmienionym wnioskiem zastępującym „stary” system ISDS „nowym” niezależnym Systemem Sądów ds. Inwestycji (Investment Court System – ICS).
Nowy raport: „Zombie zwany ISDS” pokazuje dobitnie, że wniosek Komisji Europejskiej w sprawie korporacyjnych sądów inwestycyjnych nie jest niczym więcej jak cyniczną próbą zmiany marki. W skrócie, „nowy” ICS jest ISDS, który powstał z grobu: ISDS zombie.
Zombie zwany ISDS: Reżim ochrony praw korporacji, przemianowany właśnie na system sądów inwestycyjnych, ciągle nie chce umrzeć
Streszczenie raportu
Przez ostatnie dwa lata uwagę obywateli, polityków i mediów przykuwała bezprecedensowa, ogólnoeuropejska kontrowersja wokół pewnego, jeszcze do niedawna mało znanego elementu międzynarodowych umów handlowych – tzw. systemu rozstrzygania sporów między inwestorem a państwem (ang: Investor-state dispute settlement ), w skrócie ISDS.
Zapisy o ISDS znajdują się w tysiącach umów międzynarodowych. Dają one przedsiębiorstwom możliwość wnoszenia pozwów przeciwko państwom w przypadku zmiany ich polityki, o ile zdaniem danej firmy zmiana ta wpływa niekorzystnie na jej zyski, i to również wtedy, gdy chodzi o działania służące ochronie zdrowia publicznego lub środowiska naturalnego. Pozwy te są wnoszone z pominięciem sądów krajowych – rozstrzygają je międzynarodowe trybunały arbitrażowe, złożone w każdym przypadku z trzech prywatnych prawników, którzy decydują, czy ważniejszy ma być prywatny zysk, czy interes publiczny. Trybunały tego rodzaju zasądziły do tej pory na rzecz wielkich koncernów na całym świecie miliardy dolarów w formie odszkodowań wypłacanych z pieniędzy podatnika, często z tytułu działań podjętych w interesie publicznym.
Kiedy Komisja Europejska zaproponowała włączenie podobnych, rygorystycznych zapisów na rzecz korporacji do negocjowanej właśnie umowy handlowej ze Stanami Zjednoczonymi, czyli transatlantyckiego partnerstwa w dziedzinie handlu i inwestycji, spotkało się to z masowym sprzeciwem: ponad 97 proc. spośród rekordowo wysokiej liczby 150 tys. uczestników konsultacji społecznych odrzuciło pomysł przyznawania korporacjom takich przywilejów. Został on także skrytykowany przez poszczególne państwa członkowskie UE i Parlament Europejski. ISDS stał się „najbardziej toksycznym akronimem w Europie” według słów unijnej komisarz ds. handlu Cecilii Malmström.
Dlatego też, aby jakoś obejść ogromy sprzeciw społeczny wobec ISDS, Komisja Europejska postanowiła posłużyć się inną nazwą, gdy jesienią 2015 r. opublikowała zmienioną propozycję zapisów w sprawie rozstrzygania sporów inwestycyjnych, która od tej pory miała być punktem wyjścia we wszystkich negocjacjach inwestycyjnych UE, w tym w negocjacjach w sprawie TTIP. W miejsce „starego” systemu ISDS Komisja obiecała wprowadzić „nowy” i rzekomo całkowicie niezawisły system, który gwarantowałby rządom prawo do stanowienia regulacji, zwany systemem sądów inwestycyjnych (ang: Investment Court System), w skrócie ICS.
Analiza zawarta w niniejszym raporcie pokazuje jednak, że zaproponowany system sądów nie oznacza wcale końca ISDS. Przeciwnie, ICS da kolejnym tysiącom firm możliwość obchodzenia krajowych systemów prawnych i wnoszenia pozwów przeciwko państwom w równoległych trybunałach, jeśli tylko wprowadzane przez te państwa prawa i regulacje będą stanowić zagrożenie dla zysków owych firm. ICS otworzy drogę do miliardowych wypłat z pieniędzy podatników na rzecz wielkiego biznesu i może ograniczyć zdolność rządów do wprowadzania pożądanych rozwiązań politycznych służących ochronie ludzi i środowiska. Grozi także zamknięciem na zawsze państw członkowskich UE w niesprawiedliwym reżimie ISDS.
Ujmując rzecz najkrócej, zaproponowany „nowy” system sądów inwestycyjnych to powstały z grobu system ISDS. To ISDS w wersji zombie.
Najważniejsze ustalenia:
1. Liczba pozwów wniesionych przez inwestorów przeciwko państwom, a także kwota dochodzonych odszkodowań, wzrosła dramatycznie w ciągu ostatnich dwóch dziesięcioleci: o ile w roku 1995 wiadomo było o trzech takich sprawach, w styczniu 2016 r. było już blisko 700 ujawnionych pozwów, przy czym w samym 2015 r. wniesionych zostało 70 nowych spraw, co stanowi absolutnie rekordowo wysoką liczbę. Drastycznie wzrosła także suma pieniędzy, będąca stawką tych postępowań – w jednym przypadku zasądzono od państwa odszkodowanie w gigantycznej wysokości 50 mld USD. Głównymi beneficjentami były wielkie korporacje i bogate osoby prywatne.
2. W ciągu ostatnich dwóch dziesięcioleci inwestorzy wnosili pozwy o miliardowe odszkodowania z tytułu szkód dla zysków swoich firm, wynikających ich zdaniem z wprowadzanych w interesie publicznym przepisów i decyzji rządów. Państwa na wszystkich kontynentach musiały mierzyć się z pozwami po uchwaleniu przepisów antytytoniowych lub zakazów stosowania toksycznych chemikaliów, podjęciu działań antydyskryminacyjnych bądź działań na rzecz stabilności finansowej, nałożeniu ograniczeń na brudne przedsięwzięcia górnicze, itp. W przypadku Unii Europejskiej 60 proc. pozwów przeciwko jej państwom członkowskim miało związek z ochroną środowiska naturalnego. Pewien prawnik broniący interesów państw w tych sprawach nazwał ich podstawę prawną zapisaną w międzynarodowych umowach inwestycyjnych „prawniczą bronią masowego rażenia”.
3. Zaproponowany przez UE „nowy” model ISDS (przemianowany na ICS) jest równie niebezpieczny dla demokracji, interesu publicznego i publicznych pieniędzy jak stary model, z którym mamy do czynienia np. w umowie UE-Singapur. Nie licząc pewnych ulepszeń proceduralnych, takich jak poprawiona procedura wyboru arbitrów, wzmocnione zasady etycznego postępowania i ustanowienie izby odwoławczej, przemianowana wersja zasadniczo przewiduje te same przywileje dla inwestorów, często ujęte w dokładnie tych samych słowach, co umowa UE-Singapur.
4. W myśl nowej propozycji UE inwestorzy będą mieli możliwość zaskarżania niedyskryminacyjnych i zgodnych z prawem działań na rzecz ochrony zdrowia, środowiska naturalnego i innych celów interesu publicznego, ponieważ propozycja ta przewiduje te same, szerokie prawa dla inwestorów, na które do tej pory powoływały się firmy takie jak Philip Morris (który pozwał Urugwaj z tytułu wprowadzenia przez ten kraj przepisów antytytoniowych) i TransCanada (która zamierza dochodzić od rządu Stanów Zjednoczonych odszkodowania w wys. 15 mld USD z tytułu odrzucenia wniosku o pozwolenie na budowę kontrowersyjnego rurociągu Keystone XL).
5. Na podstawie propozycji UE możliwe będzie wypłacanie korporacjom miliardowych odszkodowań z pieniędzy podatników, w tym z tytułu utraty przyszłych, potencjalnych zysków (jak w przypadku Libii, której nakazano wypłatę 905 mln USD na rzecz firmy, która zainwestowała zaledwie 5 mln USD). Możliwe będzie także zasądzanie odszkodowań z tytułu praw i regulacji służących interesowi publicznemu. Zaproponowane przez UE zapisy dotyczące ochrony prawa państw do stanowienia regulacji nie ochronią rządów przed koniecznością ponoszenia takich potencjalnie obezwładniających kosztów.
6. Propozycja UE wręcz zwiększa ryzyko kosztownych pozwów skierowanych przeciwko działaniom na rzecz interesu publicznego, ponieważ nadaje inwestorom jeszcze szersze prawa niż wiele istniejących traktatów inwestycyjnych, na podstawie których inwestorzy wnieśli do tej pory setki pozwów przeciwko państwom na całym świecie:
a) wprowadza ochronę „uzasadnionych oczekiwań” inwestorów w ramach klauzuli o „sprawiedliwym i równym traktowaniu”, przez co stwarza ryzyko, że w prawie zostanie skodyfikowana bardzo szeroka wykładnia tego przepisu, ustanawiająca „prawo” do stabilnego otoczenia regulacyjnego. Dałoby to inwestorom bardzo silne narzędzie do zwalczania zmian regulacyjnych, nawet takich, które wprowadzane są w świetle nowej wiedzy albo w wyniku określonego demokratycznego wyboru dokonanego przez ludzi.
b) swoista klauzula parasolowa obecna w propozycji UE przenosi wszystkie pisemne porozumienia zawarte przez państwo w związku z inwestycją na poziom prawa międzynarodowego, zwielokrotniając ryzyko kosztownych pozwów. Klauzuli tej nie ma w umowie CETA między UE i Kanadą, prawdopodobnie dlatego, że strona kanadyjska odrzuciła ją jako zbyt ryzykowną.
7. Jeśli umowa TTIP między USA i UE będzie zawierać zaproponowane zapisy dotyczące praw inwestorów, spowoduje to zwielokrotnienie zakresu odpowiedzialności i ryzyka finansowego ponoszonego przez państwa członkowskie UE w stosunku do tego, co grozi im obecnie na podstawie podpisanych do tej pory umów: w ramach TTIP dziewiętnaście kolejnych państw zostanie narażonych na bezpośrednie ryzyko pozwów ze strony amerykańskich inwestorów (obecnie ryzyko to dotyczy tylko 9 państw, które mają podpisane umowy inwestycyjne z USA); TTIP obejmie ponadto wszystkie amerykańskie inwestycje w UE (obowiązujące obecnie umowy obejmują zaledwie 1 proc. tych inwestycji); a prawo do wnoszenia pozwów uzyska ponad 47 tys. firm (obecnie przysługuje ono ok. 4,5 tys. firm). Skutkiem TTIP może być blisko 900 nowych pozwów amerykańskich inwestorów przeciwko państwom członkowskim UE (w porównaniu z 9 takimi pozwami toczącymi się obecnie na podstawie istniejących umów).
8. W myśl zapisów proponowanych przez UE, transnarodowe firmy będą mogły pozwać nawet rząd własnego kraju – wystarczy, że w tym celu stworzą odpowiednią strukturę inwestycji, obejmującą zagraniczną filię, lub poproszą o wniesienie pozwu swojego zagranicznego udziałowca. W kontekście TTIP to zagrożenie jest szczególne realne z uwagi na fakt, iż podmioty amerykańskie posiadają europejskie papiery wartościowe o łącznej wartości 3.5 biliona USD. Trudno byłoby znaleźć „europejską” firmę, która nie miałaby możliwości wniesienia pozwu przeciwko UE lub państwu członkowskiemu za pośrednictwem swojego „amerykańskiego” inwestora.
9. Zawarte w unijnej propozycji zapisy dotyczące praw inwestorów to prosta droga do zastraszenia decydentów politycznych, co może potencjalnie utrudnić wprowadzanie potrzebnych rozwiązań przez państwa. Już teraz można podać przykłady porzucania projektów legislacyjnych służących ochronie środowiska i zdrowia, opóźniania ich wejścia w życie lub dostosowywania ich do życzeń korporacji w wyniku wniesienia przez inwestora kosztownego pozwu lub sformułowania takiej groźby. Kanada i Nowa Zelandia opóźniły na przykład wejście w życie przepisów antytytoniowych ze względu na ryzyko pozwów ze strony dużych firm tytoniowych.
10. Zaproponowany przez UE proces rozstrzygania sporów nie gwarantuje niezawisłości, ma natomiast wbudowaną tendencję do faworyzowania inwestorów. Ponieważ tylko inwestorzy mogą wnosić pozwy w ramach ICS, stwarza to zachętę dla arbitrów (przemianowanych obecnie na „sędziów”), by podczas rozpatrywania pozwów trzymać ich stronę – bo to oznacza więcej pozwów, więcej honorariów i więcej prestiżu w przyszłości. Restrykcyjne kryteria doboru arbitrów, brak kresów karencji i luki w zaproponowanych zasadach etycznego postępowania dla arbitrów mogą sprawić, że trybunały będą obsadzane przez tych samych prywatnych prawników, którzy do tej pory napędzali boom w arbitrażu inwestycyjnym i zbudowali własne biznesy na zachęcaniu inwestorów do składania pozwów i szerokim interpretowaniu prawa inwestycyjnego z myślą o przyciągnięciu kolejnych klientów.
11. Istnieją poważne wątpliwości, czy ICS jest zgodny z prawem UE, ponieważ oznacza pomijanie sądów europejskich i ma fundamentalnie dyskryminacyjny charakter, gdyż nadaje specjalne prawa tylko inwestorom zagranicznym. Otrzymują oni możliwość kwestionowania orzeczeń sądów, decyzji rządów i przepisów uchwalanych przez parlamenty, poczynając od szczebla lokalnego po europejski.
12. Zaproponowany przez UE system ochrony inwestycji zamiast odesłać ISDS do lamusa grozi zamknięciem państw UE w tym układzie na zawsze. Państwa nie będą miały praktycznie żadnej możliwości uwolnienia się od przywilejów inwestorskich z chwilą, gdy zostaną one zapisane w dużych umowach handlowych takich jak TTIP czy CETA (ponieważ wiązałoby się to z koniecznością wyjścia z UE). Zaproponowane przez Komisję Europejską stworzenie wielostronnego sądu inwestycyjnego – czyli zasadniczo światowego sądu najwyższego, do którego dostęp miałyby tylko korporacje – oznacza ryzyko utrwalenia systemu, który już teraz jest rażąco niesprawiedliwy, ponieważ jednej stronie, najczęściej dużym korporacjom i bogatym osobom, nadaje wyjątkowo silne i możliwe do egzekwowania prawa, podczas gdy druga strona, czyli zwykli obywatele, dostają tylko obowiązki.
Podjęta przez UE próba nadania trwałego charakteru systemowi arbitrażu inwestycyjnego i poszerzenia jego zakresu przypada w momencie, kiedy coraz więcej osób, reprezentujących całe spektrum poglądów politycznych, wypowiada się przeciwko temu korporacyjno-prawnemu kaftanowi bezpieczeństwa, a coraz liczniejsze rządy starają się z niego uwolnić.
Niniejszy raport kończy się wezwaniem do działania, wyznaczając jako cel obalenie wszystkich istniejących porozumień umożliwiających korporacjom wnoszenie pozwów przeciwko państwom w międzynarodowych trybunałach, kiedy prawa i regulacje stanowione przez rządy tych państw zagrażają ich zyskom; zablokowanie wprowadzenia dodatkowych „kart praw korporacji” w planowanych umowach takich jak TTIP i CETA; oraz odrzucenie planów stworzenia światowego sądu najwyższego, dostępnego wyłącznie dla korporacji i dla bogatych.
Cały raport w formacie pdf: Zombie zwany ISDS: Reżim ochrony praw korporacji, przemianowany właśnie na system sądów inwestycyjnych, ciągle nie chce umrzeć
Związki zawodowe, organizacje społeczne i producenci rolni sprzeciwiają się przyjęciu CETA – umowy o wolnym handlu między Kanadą i Unią Europejską, która ma ma być zatwierdzona do podpisania przez UE 22 września na szczycie ministrów handlu. W środę podczas konferencji prasowej wezwali Sejm do jak najszybszego przygotowania uchwały w tej sprawie.

Akcja Demokracja, Instytut Globalnej Odpowiedzialności, Instytut Spraw Obywatelskich, OPZZ oraz OPZZ Rolników i Organizacji Rolniczych wystąpiły wspólnie, domagając się od Sejmu nacisku na rząd, aby nie godził się na tymczasowe wdrożenie CETA zanim umowy nie zatwierdzi polski Sejm. Podobne uchwały podjęły już parlamenty węgierski i holenderski.
Komisja Europejska wobec fiaska TTIP próbuje nam wmówić, że CETA to coś innego. To nieprawda. Zagrożenia dla rolnictwa i żywności czy mechanizm arbitrażu łączy obydwie umowy – uważa Maria Świetlik z Akcji Demokracji.
Odrzucenie niekorzystnych umów o wolnym handlu jest kluczowe dla naszej przyszłości. Rolą Sejmu jest głos obywateli wyrazić i wezwać rząd do odrzucenia tymczasowego wprowadzenia CETA. Dyskusja nad ewentualnym przyjęciem umowy musi się odbyć z udziałem różnych środowisk w otwartej debacie, a nie za zamkniętymi drzwiami – dodaje.
Środowiska rolnicze nie wyrażają zgody na przyjecie umów ani ze Stanami Zjednoczonymi ani z Kanadą, jesteśmy świadomi, że to jest ostatni gwóźdź do trumny polskiego rolnictwa – stwierdził Sławomir Izdebski z OPZZ RiOR.
Nasza sytuacja jest już tragiczna, podpisanie tej umowy jest zbrodnią przeciwko polskiemu rolnictwu, naszej zgody na to nigdy nie będzie – podkreśla.
Z jednej strony we współpracy z ministerstwem rolnictwa pracujemy nas wsparciem polskich rodzimych gospodarstw i przedsiębiorstw i przeciwdziałamy ekspansji największych korporacji w Polsce, a z drugiej strony minister rozwoju z tego samego rządu robi coś dokładnie odwrotnego? Jestem pełen zdziwienia, bo byłem przekonany, że do tego nie dojdzie. Dlatego nie wykluczamy, że rolnicy przyjadą do Warszawy, by przypomnieć o swojej obecności – zakończył.
Obawy podzielają związki zawodowe. Piotr Szumlewicz z OPZZ: Dostaliśmy tylko 3 dni na wypowiedź odnośnie tych umów, jest to kolejny przykład tego, że rząd nie dyskutuje należycie ze związkami. Oczekujemy zablokowania porozumień w obecnym kształcie, naszym zdaniem powinniśmy rozpocząć dyskusję od nowa, organizacje społeczne i związkowe powinny mieć więcej czasu na rozpatrzenie tych dokumentów. Natomiast, jeśli w umowach pozostaną mechanizmy arbitrażu, to dla tego typu rozwiązań jest po prostu veto z naszej strony.
Wskazał też zagrożenie dla poszczególnych sektorów – Skutki CETA dla branż, w których liczy się płaca minimalna i standardy pracy jak hutnictwo i górnictwo czy dla sektora zamówień publicznych, gdzie może dojść do większej konkurencji ze strony korporacji amerykańskich i kanadyjskich, wymagają pogłębionych rozważań.
Na koniec skierował pytanie bezpośrednio do wicepremiera Morawieckiego: – Dlaczego jest Pan za tymi rozwiązaniami, jeśli mogą one zaszkodzić polskim pracownikom i polskiej gospodarce?
22 września odbędzie się spotkanie ministrów handlu w Bratysławie, które może zdecydować o tymczasowym wdrożeniu CETA. Organizatorzy konferencji oczekują, że do tego czasu Sejm przyjmie uchwałę sprzeciwiającą się wejściu w życie porozumienia bez zgody posłów i posłanek. Projekty rezolucji, przygotowane przez kluby PSL i Kukiz’15, leżą są już skierowane do dalszych prac.
Żadna z umów transatlantyckich nie zawiera korzyści dla społeczeństw, jedynymi beneficjentami będą korporacje. Po 20 latach umowy NAFTA widać, że takie są skutki umów o wolnym handlu – podkreśliła Paula Lota z INSPRO
Komisja Europejska forsuje tzw. tymczasowa implementację, co oznacza, że zapisy tej umowy będą już obowiązywały, zanim wypowiedzą się na jej temat parlamenty krajowe – tak nie wygląda demokracja. Elity europejskie niczego się nie nauczyły z ACTA i Brexitu – podsumowała.
Jedną z najbardziej kontrowersyjnych części umów TTIP i CETA jest system ochrony inwestorów. System sadów arbitrażowych ICS niewiele różni się od dotychczasowego arbitrażu ISDS, nie usunięto kluczowych problemów z nim związanych: inwestorzy zagraniczni mają nadal dodatkowy mechanizm, którego nie posiadają przedsiębiorcy krajowi – wyjaśnia Marcin Wojtalik z IGO.
Polskie firmy praktycznie nie korzystają z tego systemu, zatem arbitraż w CETA nie będzie służył naszym przedsiębiorcom. Wbrew temu, co twierdzą niektórzy politycy, kwestia tej umowy nie jest przesądzona, polska może postawić tamę przywilejom korporacji wypowiadając się na forum UE – podkreślił.
Prawie 500 osób z Akcji Demokracji znalazło czas i motywację by napisać do posłów i posłanek z prośbą by zajęli się tym tematem, dziś przekazujemy te listy, licząc, że 460 parlamentarzystów również znajdzie czas by zająć się tą kluczową dla naszej przyszłości sprawą – mówi Maria Świetlik z Akcji Demokracji.
Nie pozwolimy zamieść sprawy pod dywan – dodaje.
Członkowie Akcji przekazali pudła z listami do posłów. Odrzucenie niekorzystnych umów o wolnym handlu jest kluczowe dla naszej przyszłości. Rolą Sejmu jest ten głos obywateli wyrazić i wezwać rząd do odrzucenia tymczasowego wprowadzenia CETA bez konsultacji – zaznacza Świetlik.

źródło: Akcja Demokracja
Europejscy rolnicy powinni mieć się na baczności. Według nowego badania, jeśli negocjowane obecnie Transatlantyckie Partnerstwo Handlowo-Inwestycyjne stanie się rzeczywistością, znacznie niższe amerykańskie standardy żywności w połączeniu z dominacją rolnictwa przemysłowego, mogą spowodować całkowity „upadek” europejskiego sektora rolniczego.
Zwracając uwagę na poważne różnice pomiędzy amerykańskim a europejskim przemysłem rolniczym autorzy studium analizują, w jaki sposób to porozumienie handlowe może prowadzić do „harmonizacji” standardów, dotyczących m.in. upraw zmodyfikowanych genetycznie (GMO), hormonów wzrostu w mięsie i pestycydów.
Badanie, przeprowadzone przez niemieckie federalne stowarzyszenie zielonej gospodarki, UnternehmensGrün, i zrecenzowane 11 stycznia przez Euractive, ostrzega, że „TTIP, w proponowanej formie, wzmocni pozycję wielkich przedsiębiorstw rolno-spożywczych”, zagrażając europejskim drobnym rolnikom.
Zgodnie z wynikami badania, gospodarstwa amerykańskie z powodu większych rozmiarów, a także „niższych standardów konsumenckich i produkcyjnych, którym podlegają”, znajdują się na uprzywilejowanej pozycji.
Autorzy raportu stwierdzają, że „Nikt nie jest w stanie wytwarzać produktów takich jak zboża taniej niż USA”.
W kwestii GMO i odmowy przez USA i Kanadę ich znakowania, Euractive stwierdza:
USA mają wyraźnie odmienne nastawienie do GMO – są one tam uważane za bezpieczne i z tego powodu produkowane znacznie taniej. Rolnicy europejscy będą zmuszeni w najlepszym przypadku do karmienia swoich zwierząt produktami modyfikowanymi genetycznie, mięso takich zwierząt nie podlega takim samym wymogom znakowania.
Raport ostrzega, że konwencjonalni, niestosujący GMO rolnicy mogą zostać wypchnięci z rynku. Co więcej rząd niemiecki przygotowuje nowe przepisy, zobowiązujące producentów wyrobów, takich jak mleko, mięso i jaja, do ich znakowania, jeśli wyprodukowano je z użyciem pasz GMO. TTIP może utrudnić przyjęcie takiego prawa.
Obowiązujący od dawna w Unii Europejskiej zakaz hormonów wzrostu w mięsie w razie przyjęcia nowej umowy handlowej może zostać zakwestionowany. Euractiv zauważa, że „Amerykański przemysł mięsny od dawna apeluje do rządu w Waszyngtonie o zlikwidowanie tej bariery w ramach negocjacji TTIP”.
Jeśli chodzi o amerykańskie liberalne przepisy odnoszące się do zastosowania pestycydów w uprawach, podczas zeszłorocznych negocjacji projektu porozumienia, Komisja Europejska debatowała nad zwiększeniem dopuszczalnych poziomów pestycydów, w celu zagwarantowania ratyfikacji umowy.
Obecna wartość eksportu produktów rolnych i żywności z USA do Europy to około 8 miliardów dolarów. Lecz analiza wykazała, że po usunięciu barier handlowych, amerykański agrobiznes uzyska „prawie nieograniczony dostęp do rynku europejskiego”.
„Z ekonomicznego punktu widzenia, europejscy rolnicy są na straconej pozycji” – czytamy w raporcie. „Będzie to oznaczało prawie automatyczny upadek części sektora rolnego”.
Amerykański Departament Rolnictwa wzmocnił ten argument w wydanym niedawno raporcie, który pokazuje, że jeśli taryfy zostaną usunięte w ramach TTIP, europejscy rolnicy będą eksportować mniej niż obecnie.
Krytycy od dawna ostrzegają, że sprzyjająca korporacjom umowa może mieć katastrofalny wpływ na rolnictwo, klimat i bezpieczeństwo żywności, a także wiele innych kwestii.
W zeszłym tygodniu urzędnicy biorący udział w rozmowach powiedzieli, że mają nadzieję na zakończenie negocjacji w 2016 roku, przed końcem kadencji prezydenta Obamy.
Lauren Mc Cauley, Common Dreams
Tłumaczenie: Jan Skoczylas
źródło: Common Dreams
Tekst opublikowany na podstawie licencji Creative Commons Attribution-Share Alike 3.0
Światowa Organizacja Handlu (WTO) w orzeczeniu wydanym 20 listopada br. uznała, że dotychczasowe rozwiązania chroniące delfiny są sprzeczne z zasadą wolnego handlu. Wniosek o rozpatrzenie sprawy wniósł Meksyk, który jest jednym z największych potentatów w połowach tuńczyka na świecie. Przez bardzo długi czas rybacy łowiąc ryby uśmiercali przy okazji delfiny. Oba gatunki z nie do końca znanych powodów najczęściej pływają razem. Widok delfinów dla rybaków oznacza, że pod wodą przebywają tuńczyki. Dlatego bardzo długo zarzucali oni sieci wokół nich. W ten sposób zwiększano połowy tuńczyka, złapane w sieci delfiny zaś nie mogąc się wynurzyć masowo ginęły. Szacuje się, że w latach 1950-1990 w ten sposób straciło życie 6 mln tych morskich ssaków.

W latach osiemdziesiątych zaczęto dostrzegać ten problem i zaowocowało to wprowadzeniem w Stanach Zjednoczonych specjalnego oznaczenie na puszkach tuńczyka „Dolphin Safe”. Pomimo różnych inicjatyw, które pozwalały omijać ten wymóg zasadniczo produkty nie oznaczone w ten sposób nie mogły być tam sprzedawane. Przyczyniło się to do znacznego ograniczenia śmierci delfinów, nawet o 97 %. Jak się szacuje w rybackich sieciach ginie w ciągu roku ok. 3 tysiące sztuk. Przed wprowadzeniem znaku „Dolphin Safe” liczba ta sięgała nawet 100 tysięcy.
W swojej decyzji WTO wskazało, że wymóg ten jest niedopuszczalną barierą techniczną dla wolnego handlu, która dyskryminuje meksykański przemysł rybny. Decyzja jest ostateczna i Stany Zjednoczone muszą się jej podporządkować. Zignorowanie jej grozi sankcjami handlowymi. Wolny rynek znów triumfuje, człowieczeństwo ma się coraz gorzej…
Oprac. Marcin Wrzos
W Europie narasta opór przeciwko negocjowanemu między UE i USA układowi o partnerstwie handlowo-inwestycyjnym (TTIP). Stanowi on wielką niewiadomą, wszystko owiane jest mgłą tajemnicy. Sytuacja przypomina negocjacje pomiędzy dwoma największymi korporacjami na świecie. Społeczeństwa, które poniosą skutki podpisania umowy nie są informowane, tak jak wybrani przez nich w demokratycznych wyborach przedstawiciele.
Roman Rewald, który jest członkiem rady nadzorczej Amerykańskiej Izby Handlowej i partner w Weil, Gotshal & Manges stwierdził podczas VII Europejskiego Kongresu Gospodarczego w Katowicach, że o handlowych umowach nie można decydować w formie referendum społecznego, powinni to robić eksperci. Nie precyzuje jednak, w jaki sposób powinni zostać oni wyłonieni. Zapewne samo takie postawienie sprawy zapewne mocno by go zaskoczyło.
Obietnice wolnego handlu
Mimo że nie znamy jeszcze treści układu, wiemy już, czego się możemy spodziewać. Podobne układy zawierane były już wcześniej. Najstarszym i dotąd stawianym za przykład jest Północnoamerykański Układ Wolnego Handlu (NAFTA), który wszedł w życie w 1994 r. Dla zwolenników neoliberalnej gospodarki jest on wzorcem, który starają się kopiować w innych tego typu porozumieniach.
Warto się więc mu przyjrzeć bliżej, by przekonać się, jakie skutki może mieć dla nas. Szczególnie interesujący z punktu widzenia Polski jest wpływ NAFTA na gospodarkę Meksyku. Ten kraj, podobnie jak Polska stara się dopiero dołączyć do najlepiej rozwiniętych gospodarczo państw na świecie. Z perspektywy 20 lat można już powiedzieć, że mu się to nie udało.
Oczekiwania, ale i obawy w momencie podpisywania układu były ogromne. Zwolennicy przekonywali, że tylko gospodarka uwolniona od protekcjonizmu państwa może szybko się rozwijać i skutecznie zapewnić trwały wzrost. Przystąpienie do strefy wolnego handlu ze Stanami Zjednoczonymi i Kanadą miało nieuchronnie prowadzić do wyrównania się poziomu życia we wszystkich tych krajach. Umowa była więc cywilizacyjną szansą na likwidację biedy, podniesienie standardów demokratycznych i społecznych.
Amerykanie w zamian mieli mieć większą łatwość w inwestowaniu pieniędzy. Wyrównanie się poziomów życia miało rozwiązać narastający problem nielegalnej imigracji. Dzięki NAFTA Meksyk miał wejść na ścieżkę dynamicznego wzrostu a bogatsze kraje z północy również miały poprawić wskaźniki wzrostu.
Co z tym wzrostem
Odpowiedź, na ile udało się zrealizować te zapowiedzi, przynosi raport sporządzony przez Sierra Club, najstarszą organizację obrońców środowiska w Stanach Zjednoczonych.
Został on przygotowany na podstawie badań przeprowadzonych przez ponad sto grup non profit, agencje rządowe i uczelnie w 20. rocznicę wprowadzenia w życie umowy o wolnym handlu. Autorzy zestawili dane o wzroście PKB per capita w czasie, gdy Meksyk był w NAFTA i stwierdzili, że wzrósł on w tym okresie tylko o 19%. To niewiele, zważywszy że dotyczy państwa rozwijającego się.
Jeszcze skromniej wyglądał wzrost, kiedy porównano go z innymi państwami w regionie. Na dwadzieścia krajów Ameryki Łacińskiej, które znalazły się w zestawieniu, Meksyk znalazł się na 18. pozycji ze średnim wzrostem 0,9% rocznie. Gorsze wyniki uzyskała tylko Wenezuela i Gwatemala. Dla porównania najszybciej rozwijająca się Panama osiągnęła 4,4% rocznie, Argentyna 2,5%, a Brazylia 1,8%. Można nawet zaryzykować twierdzenie, że pozostając poza NAFTA Meksyk mógłby liczyć na większy wzrost. Przemawia za tym fakt, że w latach 1960-80, kiedy prowadzona była zupełnie inna polityka gospodarcza, produkt krajowy brutto per capita niemal podwoił się.
Rozwarstwienie i miejsca pracy
W ostatnim dwudziestoleciu wprowadzony model gospodarczy doprowadził za to do niespotykanego rozwarstwienia meksykańskiego społeczeństwa. Symbolem tych przemian może być Carlos Slim Helu, którego majątek szacowany jest na ponad 77 mld dol. Tylko w 2013 r. zarobił 4 mld, dzięki rosnącym kursom akcji swoich firm. Przez wiele lat był najbogatszym człowiekiem na świecie, tymczasem skala ubóstwa w kraju wcale się nie zmniejsza.
W corocznym raporcie przygotowywanym przez OECD Meksyk jest jednym z krajów o największych nierównościach społecznych. Gorsza sytuacja jest tylko w innym państwie Ameryki Łacińskiej – Chile. Sekretarz generalny OECD José Ángel Gurria stwierdził: Osiągnęliśmy punkt krytyczny. Nierówności w krajach OECD są na najwyższym poziomie, odkąd rozpoczęliśmy badania. Dochody 10% rodzin w Meksyku nie przekraczają 1000 dolarów w skali roku. Ponadto według statystyk OECD kraj sytuuje się poniżej średniej światowej pod względem dostępu do Internetu, telefonizacji i infrastruktury.
Zwiększająca się przepaść między najzamożniejszymi i najuboższymi warstwami społeczeństwa nie jest czymś neutralnym dla gospodarki. Rosnące nierówności powstrzymują wzrost gospodarczy.
Wejście do strefy wolnego handlu miało spowodować napływ inwestycji z północy, a to miało się automatycznie przełożyć na rozwój technologiczny i tworzyć nowe miejsca pracy.
Faktycznie, na początku dynamicznie rozwijały się tzw. maquiladoras, fabryki zakładanych przez Amerykanów w strefie przygranicznej. Za bardzo niskie pensje Meksykanie produkowali tam głównie na amerykański rynek. Oszczędności wynikające z niższych płac oraz luźnych przepisów o ochronie środowiska i świadczeń dla robotników przyniosły duże korzyści korporacjom. Dzięki temu mogli skuteczniej rywalizować z zagrażającymi im towarami z UE. Niestety, Meksykanie tylko w niewielkim stopniu mieli udział w wypracowanych w ten sposób zyskach.
Cios w rolnictwo
Najgorsza sytuacja zapanowała jednak w rolnictwie. Szacuje się, że w 1994 r. z pracy na roli utrzymywało się w Meksyku 10,7 mln ludzi. W 2007 r. liczba ta spadła do 8,6 mln. Te liczby nie w pełni oddają sytuację w tym sektorze gospodarki. Liczba pracowników sezonowych, którzy nie mogą już pracować na własnej ziemi, wzrosła w tym czasie aż o 151% i osiągnęła poziom 4,7 mln osób. Najczęściej są oni słabo opłacani i niepewni zatrudnienia w następnych latach. Podejmując pracę, mieszkają w barakach bez dostępu do wody, toalety i prądu.
Produkcja rolna stała się paradoksalnie mniej opłacalna w Meksyku po wejściu do NAFTA. Wyniszczenie rodzimej produkcji rolnej wynikało z dopuszczenia na tamtejszy rynek subsydiowanych przez rząd amerykańskich produktów rolnych po cenach poniżej kosztów własnych.
Przez liberalizację zmienił się dotychczasowy sposób uprawy ziemi. Małe gospodarstwa rodzinne zanikają i zastępują je wielkie farmy. Tradycyjne uprawy zastępuje rolnictwo przemysłowe oparte na intensywnym nawożeniu, szkodliwych dla środowiska środkach ochrony roślin i monokulturze. Twórcy raportu z Sierra Club zwracają szczególną uwagę na szkody wynikające z wylesienia i niezrównoważonego zużycia wody w rolnictwie, na prawo korporacji do podważania w trybunałach handlowych przepisów chroniących naturalne środowisko i klimat czy rozszerzenie eksportu brudnych paliw kopalnych w okresie, gdy powinniśmy inwestować w czystą energię.
Żądają wstrzymania negocjacji w sprawie nowych paktów handlowych, które niszczą jakość powietrza, wodę i grunty oraz odbierają ludziom zatrudnienie. Alejandro Villamar, który uczestniczył w przygotowaniu raportu z ramienia meksykańskiej organizacji ekologicznej, ubolewa nad lekceważącym podejściem zwolenników umów o wolnym handlu do spraw ważnych dla ludzi i ich otoczenia. Zwraca też uwagę, że zamiast wyciągnąć naukę z fiaska, jakim okazała się NAFTA, państwa członkowskie dążą do zawierania podobnych umów handlowych.
Ucieczka przed „cudem”
W takiej sytuacji nie budzi zdziwienia fakt, że wielu Meksykanów zamiast szukać zatrudnienia w kraju, podjęła próbę przedostania się za północną granicą. Jak się szacuje, w 1990 r.. w Stanach Zjednoczonych przebywało 4,5 mln nieudokumentowanych imigrantów. Dziś ich liczba zapewne przekroczyła już 12 mln. Pieniądze przesyłane przez nich do kraju są drugim po przychodach z handlu ropą naftową źródłem wpływów budżetowych. Wykonywanie nisko płatnej i znacznie poniżej kwalifikacji pracy, któremu towarzyszy strach przed deportacją, jest dla większości Meksykanów bardziej atrakcyjne niż uczestniczenie na miejscu w „cudzie”, który dokonał się dzięki powstaniu NAFTA.
W Polsce panuje niemal konsensus co do potrzeby podpisania TTIP. Dla dużej części naszych elit neoliberalna droga rozwoju, jaką wyznacza w pewien sposób NAFTA, jest bardziej pożądana od modelu integracji zastosowanego w przypadku UE. Umowa ze Stanami Zjednoczonymi postrzegana jest jako szansa na rozmontowanie i tak już szwankującej solidarności europejskiej. W swoim ideologicznym zaślepieniu elity nie dostrzegają oczywistej prawdy: na umowie zyskają duże gospodarki a stracą mniejsze, takie jak Polska.
Meksyk z neoliberalnego punktu widzenia osiąga wskaźniki, o których Polska może tylko pomarzyć. Dług publiczny nie przekracza 30% PKB, deficyt budżetowy stanowi tylko 2,2% PKB. Stopa inflacji wynosi ok. 5%. Makroekonomiczne wskaźniki wyglądają okazale, ale kryje się za nimi bieda. Ponad 30% Meksykanów musi przeżyć za mniej niż 2 dolary dziennie. W indeksie państw upadłych Meksyk spada coraz niżej. Rządzący zdają się nie widzieć, że wojny narkotykowe, które niszczą kraj, mają swoje źródła w przyjętym modelu rozwoju. Podobnie zresztą jak masowa emigracja do Stanów Zjednoczonych.
Timothy Clapham w wywiadzie dla „Dziennika Gazety Prawnej: trzeźwo zauważa: „TTIP i NAFTA mają mało wspólnego z zagwarantowaniem wolnego przepływu towarów i usług. Chodzi raczej o ugruntowanie opartych na konkretnej ideologii zasad ekonomicznych dotyczących produkcji, własności i praw inwestorów”. Podpisanie TTIP będzie tylko świadczyć o tym, że niczego nie nauczyliśmy się z kryzysu gospodarczego, do jakiego doprowadziły rozwiązania, które zostaną wzmocnione poprzez TTIP. Zamiast poddać rynki większej kontroli, damy im nowe instrumenty, które jeszcze w większym stopniu uniezależnią je od państw narodowych.
TTIP a polskie rolnictwo
Jak pokazują meksykańskie doświadczenia, najbardziej na przyjęciu TTIP może stracić polskie rolnictwo. Może to przyspieszyć niekorzystne dla polskiej wsi przemiany, polegające na ekspansji wielkich gospodarstw przemysłowych. To będzie rodziło potrzebę szerszego wprowadzenia upraw GMO, które w większości krajów UE są zakazane.
Ale to niejedyne zagrożenia. Jak podaje Krajowa Rada Izb Rolniczych w Stanach Zjednoczonych „inne jest też podejście do stosowania sztucznych hormonów i antybiotyków. Za Atlantykiem są one dozwolone, a w UE zostały one zakazane w latach 90. W amerykańskim przemyśle mięsnym stosuje się środki chemiczne do odkażania mięsa: chlor do kurczaków, kwasy organiczne do wieprzowiny, a aż 80 proc. sprzedawanych antybiotyków używanych jest w produkcji żywności pochodzenia zwierzęcego, w tym jako środki wspomagające wzrost”.
Sprawy związane z jakością produkcji to tylko jedno z zagrożeń. Równie niebezpieczny jest napływ tanich dotowanych produktów amerykańskich, które wcześniej zdążyły z powodzeniem wyniszczyły rolnictwo w Meksyku. Należy się poważnie zastanowić, czy dla nieco tańszych telewizorów warto podpisywać układ, który rodzi więcej zagrożeń niż szans. Meksyk przystępując do NAFTA mógł jeszcze nie być tego świadomy. My powinniśmy.
Walka o przyszłość kontynentu toczy się dziś na dwóch jego krańcach. Podejście Unii Europejskiej do konfliktu w Ukrainie oraz negocjacje nad układem handlowym ze Stanami Zjednoczonymi mogą na lata zdefiniować jej miejsce w świecie. (więcej…)
Kto naprawdę wygrywa więcej rozpraw ISDS – rządy czy korporacje? (więcej…)
Okolice 10. rundy negocjacji Transatlantyckiego Partnerstwa w zakresie Handlu i Inwestycji (TTIP) pokazały, że zarówno zwolennicy umowy, jak i jej przeciwnicy mocno zwierają szeregi. Przedmiotem rozmów był tym razem przede wszystkim sektor usług. Kolejna runda w październiku. Dotyczyć będzie tego, o co do tej pory był największy spór – mechanizmu rozstrzygania sporów inwestor-przeciw-państwu (ISDS) oraz przetargów publicznych.
Do października trwać będzie wzmożona aktywność przeciwników TTIP oraz podobnej wynegocjowanej już umowy z Kanadą (CETA). W ramach Samodzielnej Europejskiej Inicjatywy Obywatelskiej zebrano już prawie 2,4 mln podpisów przeciw TTIP i CETA. Podczas Zielonego Letniego Uniwersytetu w Białowieży menedżerka kampanii Stop-TTIP Stephanie Roth przyznała, że podpisy będą zbierane nawet po zakończeniu akcji, tak by nadal uświadamiać opinii publicznej, jak wielki jest opór przeciw tego typu umowom.
Komisja idzie w zaparte
Komisarz ds. handlu Cecilia Malmström przyznała w najnowszym wywiadzie dla niemieckiego „Tagespiegel”, że priorytetem Komisji jest zamknięcie negocjacji jeszcze za administracji Baracka Obamy oraz rozpoczęcie procesu ratyfikacji CETA na początku 2016 r. To oczywiste, że podpisanie się UE pod umową z Kanadą utrudni kampanię wymierzoną w TTIP. Przygotujmy się na bardzo długie jesień i zimę.
Ożywienie wokół TTIP zaczęło się już w czerwcu, kiedy Martin Schultz przełożył głosowanie nad rezolucją Parlamentu Europejskiego w sprawie TTIP na 8 lipca z obawy przed tym, że mandat Komisji Europejskiej zostanie ograniczony. Nie było to jego pierwsze i ostatnie makiaweliczne zagranie. Dążąc do przegłosowania zgody PE na niewyłączenie z TTIP kontrowersyjnego mechanizmu ISDS, Schultz nie poddał pod głosowanie zaproponowanej przez Zielonych poprawki 118, która całkowicie odrzucała niedemokratyczny ISDS. Poddał natomiast pod głosowanie jedynie poprawkę 117, której celem była symboliczna reforma ISDS, która nie zabezpieczy naszych interesów przed naporem ewentualnych pozwów ze strony inwestorów z USA.
Ostatecznie PE przyjął zalecenia dla Komisji Europejskiej w sprawie TTIP – za rezolucją głosowało 436 posłanek i posłów, przeciw 241, a 32 wstrzymało się od głosu. Z kolei „nowy system” ISDS dostał aż 447 przeciwko 229. Opór wobec przywilejów dla inwestorów jest tak duży, że już teraz słychać głosy, że Komisja zmieni skrót ISDS na jakiś inny, ponieważ ten ludzie wreszcie znają i rozumieją.
Problem z Europą Środkową
Nad makiawelicznymi zabiegami Komisji dyskutowali przeciwnicy TTIP i CETA podczas okrągłego stołu aktywistów po konferencji „TTIP and beyond”, którą 1 lipca w Parlamencie Europejskim zorganizowali Zieloni/WSE. Wszyscy zgodnie przyznali, że największy problemem w walce z TTIP jest w Europie Środkowo-Wschodniej.
Rząd w Polsce prowadzi kampanię na rzecz TTIP na wszystkich frontach, czego dowodem może być zmanipulowany sondaż CBOS-u, w którym pytano Polki i Polaków jedynie o potencjalne korzyści TTIP, ale już nie o zagrożenia. Fakt, że rząd jest głuchy na głosy krytyki (które nawet Komisja jest w stanie wysłuchać, jak choćby w przypadku miażdżących dla niej konsultacji społecznych, szczególnie w sprawie ISDS) potwierdza ostatnie posiedzenie podkomisji nadzwyczajnej ds. umów handlowych UE. Nie pada tam praktycznie ani jedna wątpliwość wobec TTIP, a powtarzane tezy dowodzą uporu, z jakim rząd forsuje niekorzystne dla Polski porozumienie z USA.
Słychać też argumenty geopolityczne (o których więcej w moim wywiadzie z Martinem Köhlerem), że TTIP to „gospodarcze NATO”, co w obecnej sytuacji jest hasłem nawiązującym do silnych antyrosyjskich resentymentów. Jest to również hasło, które wpisuje się w fałszywą retorykę uprawianą przez zwolenników TTIP i CETA, której celem jest przekonanie opinii publicznej, że przeciwnicy obu umów są de facto przeciwnikami bezpieczeństwa, projektu europejskiego czy wręcz „zachodniej cywilizacji”.
Nigdy dość przypominania, że kapitał już dawno w dużej mierze nie szanuje podziałów narodowych i kulturowych. TTIP mógłby stać się „gospodarczym NATO”, ale tylko jeśli cała armia Organizacji Traktatu Północnoatlantyckiego zostałaby w pełni sprywatyzowana, a jej jedynym celem byłoby nie tyle chronienie interesów suwerennych państw, lecz przynoszenie zysków ponadnarodowym korporacjom i ich akcjonariuszom. TTIP nie ma więc z NATO nic wspólnego. Ma natomiast dużo wspólnego z presją biznesu i rynków finansowych, by podważać demokratyczne rządy (patrz ISDS i Grecja) i jeszcze bardziej uwolnić się od jurysdykcji prawa krajowego.
Nie oddawajmy marzeń!
Europejki i Europejczycy nie prosili o TTIP. Jeśli już ktoś zabiega o podpisanie partnerstwa, to tylko lobbyści uwiarygadniający konserwatywne i antydemokratyczne dogmaty ekonomiczne i społeczne Unii Europejskiej. Tak jak Traktat z Maastricht ograniczył możliwości państw strefy euro do działań prorozwojowych i prospołecznych oraz umocnił lobby rynków finansowych, czego efektem jest fatalna polityka Trojki wobec Grecji, TTIP i CETA mogą przypieczętować oddanie resztek demokracji i marzeń o wspólnej Europie.
Należy do upadłego powtarzać: nie chcemy deregulacji, obniżenia standardów, nowych przywilejów dla inwestorów, osłabienia jakże wątłych już praw pracowniczych, czy wreszcie oddania sprawiedliwości w ręce prywatnych sądów. To sprawa na tyle ważna, że organizacje pozarządowe i partie polityczne nie powinny kierować się koniunkturalizmem wyborczym. TTIP musi być obecny w kampanii wyborczej – jak na razie cała nadzieja w Zielonych. Nie wolno dopuścić do tego, by hasło „TTIP to gospodarcze NATO” było kolejnym pseudo-faktem, obok jakże eurosceptycznego w kontekście greckim truizmu „jak pożyczasz, to oddawaj”. Nie dajmy się zagłuszyć w walce o lepszą Europę. Jesień i zima będą nasze!

Genewa, 2 lipca. W chwili obecnej negocjowanych jest wiele umów o wolnym handlu i inwestycjach, takich jak Partnerstwo Transpacyficzne (TPP), Kompleksowa Umowa Gospodarczo-Handlowa z Kanadą (CETA) i Transatlantyckie Partnerstwo w dziedzinie Handlu i Inwestycji (TTIP). Grupa ekspertów ONZ wydała oświadczenie, w którym wyraża zaniepokojenie z powodu utajnienia procesu opracowywania i negocjacji wielu z tych umów, i ich potencjalnie negatywnego wpływu na prawa człowieka.
Chociaż umowy handlowe i inwestycyjne mogą stworzyć nowe możliwości gospodarcze, chcielibyśmy zwrócić uwagę na potencjalny negatywny wpływ tych umów i porozumień na realizację praw człowieka, zarówno obywatelskich, kulturalnych i ekonomicznych, jak i politycznych i społecznych, zapisanych w prawnie wiążących instrumentach. Nasze obawy dotyczą praw: do życia, żywności, wody i warunków sanitarnych, zdrowia, odpowiednich warunków mieszkaniowych, edukacji, nauki i kultury, poprawy standardów pracy, niezależnego sądownictwa, czystego środowiska i prawa do tego, by nie być poddanym przymusowemu przesiedleniu.
Jak podkreślono w „Wytycznych ONZ dotyczących biznesu i praw człowieka” (Guiding Principles on Business and Human Rights), państwa mają obowiązek zagwarantować, że umowy handlowe i inwestycyjne nie ograniczą ich zdolności do wypełniania zobowiązań w zakresie praw człowieka (Wytyczna 9).
Obserwatorzy są zaniepokojeni, że te umowy i porozumienia prawdopodobnie będą miały negatywny wpływ na ochronę i promocję praw człowieka, m.in. na skutek obniżenia standardów ochrony zdrowia, bezpieczeństwa żywności i pracy, a także podporządkowania interesom monopoli farmaceutycznych oraz poszerzenia ochrony własności intelektualnej.
Istnieją uzasadnione obawy, że zarówno dwustronne, jak i wielostronne porozumienia inwestycyjne mogą zaostrzyć problem skrajnego ubóstwa, zagrozić sprawiedliwej i skutecznej renegocjacji zagranicznego zadłużenia, i wpłynąć negatywnie na prawa ludów tubylczych, mniejszości, ludzi niepełnosprawnych, starszych i innych osób podatnych na zagrożenia. Bez wątpienia globalizacja i wiele Dwustronnych Porozumień Inwestycyjnych oraz Umów o Wolnym Handlu mogą mieć zarówno pozytywny, lecz także negatywny wpływ na promocję demokratycznego i sprawiedliwego porządku międzynarodowego, wiążącego się z solidarnością międzynarodową.
Zawarte w tych umowach zapisy o arbitrażu inwestycyjnym (ISDS) również stają się coraz bardziej problematyczne, wziąwszy pod uwagę doświadczenia podobnych arbitraży od dziesięcioleci przeprowadzanych przed trybunałami ISDS. Doświadczenia te pokazują, że zagrożone są funkcje regulacyjne wielu państw i ich zdolność ustanawiania prawa w interesie publicznym.
Uważamy, że problem pogłębia się w wyniku „efektu zniechęcającego”, pojawiającego się, gdy na skutek korzystnych dla inwestorów wyroków trybunałów ISDS państwa są karane za uchwalanie przepisów mających na celu np. ochronę środowiska, bezpieczeństwo żywnościowe, dostęp do leków generycznych i podstawowych, ograniczenie palenia, zgodnie z wymogami ramowej konwencji Światowej Organizacji Zdrowia (WHO) o ograniczeniu użycia tytoniu, czy też podniesienie płacy minimalnej.
Zapisy ISDS są nieprawidłowe, ponieważ zapewniają ochronę jedynie inwestorom, nie zaś państwom i społecznościom. Pozwalają inwestorom na pozywanie państw, ale nie odwrotnie. Przyjęcie konwencji Narodów Zjednoczonych dotyczącej przejrzystości w umownych postępowaniach arbitrażowych między inwestorem a państwem (United Nations Convention on Transparency in Treaty-based Investor-State Arbitration) jest ważnym krokiem w kierunku rozwiązania problemu zazwyczaj tajnego i niepartycypacyjnego charakteru umów pomiędzy inwestorami a państwami. Większa przejrzystość powinna zapobiec niespójności pomiędzy obecnym modelem inwestycji a poszanowaniem praw człowieka.
Zachęcamy rządy państw do zweryfikowania negocjowanych umów i upewnienia się, że wspierają one, a nie utrudniają, przestrzeganie praw człowieka. Jeśli umowy te zawierają klauzule dotyczące rozstrzyganiu sporów pomiędzy inwestorami a państwami, zakres kompetencji arbitrów musi być zapisany w taki sposób, aby nie zezwalał na ingerencję w krajowe ustawodawstwo budżetowe, fiskalne, zdrowotne i ekologiczne oraz inne polityki publiczne.
Ponadto trybunały arbitrażowe powinny zezwalać na ocenę społeczną, a państwom musi przysługiwać prawo do odwołania się od ich wyroków do Międzynarodowego Trybunału Sprawiedliwości lub specjalnego, nowego Międzynarodowego Sądu Inwestycyjnego, który funkcjonowałby w sposób przejrzysty i odpowiedzialny.
Rekomendacje:
- Wszystkie obecne negocjacje dwu- i wielostronnych porozumień handlowych i inwestycyjnych powinny być prowadzone przy zachowaniu pełnej przejrzystości, w konsultacji ze wszystkimi zainteresowanymi stronami, w tym związkami zawodowymi, organizacjami konsumenckimi, grupami działającymi na rzecz ochrony środowiska i specjalistami w dziedzinie ochrony zdrowia, i przy ich udziale.
- Wszystkie projekty porozumień powinny zostać opublikowane, tak by parlamentarzyści i obywatele mieli wystarczającą ilość czasu na zapoznanie się z nimi i rozważenie w sposób demokratyczny wszystkich za i przeciw.
- W odniesieniu do istniejących i proponowanych porozumień dwu- i wielostronnych powinny być przeprowadzone oceny ex ante i ex post oddziaływania na prawa człowieka.
- Strony powinny szczegółowo określić, w jaki sposób wypełnią swoje zobowiązania dotyczące praw człowieka, jeśli ratyfikują negocjowane porozumienia.
- Biorąc pod uwagę zakres i zasięg negocjowanych aktualnie porozumień, muszą one zawierać solidne zabezpieczenia, gwarantujące pełną ochronę praw człowieka.
Źródło: strona Wysokiego Komisarza ONZ ds. Praw Człowieka. Przeł. Jan Skoczylas.
Aby zrozumieć Transatlantyckie Partnerstwo w dziedzinie Handlu i Inwestycji (TTIP) i podobne umowy o wolnym handlu, trzeba uwzględnić ich geopolityczny kontekst. Jeszcze przed głosowaniem w Parlamencie Europejskim nad poprawkami rezolucji w sprawie TTIP, które miało miejsce 8 lipca 2015 r., rozmawialiśmy z Martinem Köhlerem, doradcą ds. handlu międzynarodowego we frakcji Zielonych. Pretekstem do rozmowy było jego wystąpienie na temat roli Chin w relacjach handlowych między Unią Europejską i Stanami zjednoczonymi podczas konferencji „TTIP and beyond”, którą 1 lipca w Parlamencie Europejskim zorganizowali Zieloni/WSE. Relacja z konferencji z komentarzem na temat rzeczonego głosowania już za tydzień. (więcej…)