Wojna w Ukrainie stała się pretekstem do atakowania reformy Wspólnej Polityki Rolnej (WPR) prowadzonej zgodnie z założeniami Strategii „Od pola do stołu”, będącą częścią Europejskiego Zielonego Ładu dotyczącą rolnictwa.

Z tego pretekstu natychmiast skorzystała – znana z ataków na Europejski Zielony Ład i reformę WPR – m.in. COPA COGECA czyli parasolowa organizacja związków i spółdzielni rolniczych w UE, głównie reprezentująca potężny agrobiznes. W związku z wybuchem wojny w Ukrainie, razem z francuskim związkiem rolników FNSEA, ponownie podjęła atak na unijną strategię, a także na politykę ochrony środowiska w ogóle. W Polsce, Wielkopolska Izba Rolnicza (województwa o największej liczbie ferm przemysłowych w kraju) oświadczyła, że w nowej sytuacji „kraje członkowskie nie mogą sobie pozwolić na zmniejszanie produkcji żywności, ekologię i pozostanie elitarnym klubem konsumentów o wysokich dochodach”. Domagają się spowolnienia zielonych reform w rolnictwie, gdyż mają one prowadzić do poważnego zagrożenia dla bezpieczeństwa żywnościowego. Ich zdaniem należy natychmiast zwiększyć intensyfikację produkcję rolną, oczywiście przy dotychczasowym poziomie zużycia nawozów sztucznych – odpowiednio dotowanych z kieszeni podatnika – oraz chemicznych środków ochrony roślin.

Straszenie głodem – za każdym razem, gdy na horyzoncie pojawia się konieczność odejścia od przemysłowego traktowania ziemi jak fabryki, a zwierząt jak maszyn – to agrobiznesowa korpo śpiewka stara jak świat. Argument, że trzeba produkować więcej nie wynika bynajmniej z obawy, że kolejne szeregi dołączą do prawie 3 mld głodnych i niedożywionych na naszej planecie. Jakoś do tej pory intensyfikacja produkcji rolnej przez ostatnie 30 lat nie rozwiązała problemu głodu na świecie. Agro-korpo boi się zmian, uwalniających rolnictwo od sztucznych nawozów, pestycydów i zależności handlowej, gdyż uderza to w ich zysk. A podnoszenie zysku dzięki możliwości przejęcia części rynków, to szansa, z której trudno nie skorzystać, gdyż Ukraina i Rosja odpowiadają łącznie za ponad 25% światowego handlu pszenicą i 33% handlu jęczmieniem. Co więcej, mają aż 80% udział w eksporcie oleju i śruty słonecznikowej.

W ataku na zieloną reformę Wspólnej Polityki Rolnej nie chodzi o bezpieczeństwo żywnościowe. To tylko przykrywka do zahamowania zmian, które pozwoliłyby zmniejszyć zależność rolnictwa od nawozów sztucznych, które w dużej mierze wytwarzane są przy użyciu rosyjskiego gazu, a tym samym budować naszą suwerenność żywnościową i polityczną. W interesie rolników leży jak najszybsze uniezależnienie się od konieczności stosowania nawozów sztucznych i pestycydów, które powodują niszczenie środowiska i pogłębianie kryzysu klimatycznego, stanowiąc realne zagrożenia dla wzrostu głodu i niedożywienia na świecie.

Z tego powodu politycy nie powinny popierać dofinansowania zakupu nawozów sztucznych, a znaleźć środki finansowe by rolnicy mogli stopniowo wycofać ich stosowanie. Nie powinni też żądać ograniczenia zielonej reformy WPR. Najgorsze, co teraz może zrobić UE, to zahamować tę reformę i wesprzeć działania, które spotęgowałyby negatywny wpływ uprzemysłowionego rolnictwa na klimat i przyrodę. Ale to z kolei nie leży w interesie agro-korpo-biznesu. Napaść na Ukrainę dała im nową szansę straszenia, że reforma WPR zgodna ze Strategią „Od pola do stołu” doprowadzi nas do zagłady bezpieczeństwa żywnościowego w Europie.

Założenia Strategii „Od pola do stołu” dotyczą przede wszystkim wzmocnienia łańcucha żywnościowego na wypadek pojawienia się różnorodnych kryzysów mogących negatywnie wpływać na bezpieczeństwo żywnościowe. Dziś już wiemy, że globalny łańcuch żywnościowy – stale wydłużany zgodnie z chorym paradygmatem wolnego handlu i grabieży zasobów naturalnych, zbudowany na eksportowo-importowych zależnościach – przestaje się sprawdzać w sytuacjach pandemii, kryzysu klimatycznego czy właśnie konfliktu zbrojnego.

Strategia „Od pola do stołu” stawia na budowanie odporności łańcuchów żywnościowych w oparciu o ekologiczną, lokalną produkcję żywności i pasz, krótkie łańcuchy dostaw a przede wszystkim dbałość o dobrą kondycję ekosystemów (zwłaszcza gleby i wody). Naukowcy są zgodni, że największym zagrożeniem dla bezpieczeństwa żywnościowego w najbliższych latach jest globalne ocieplenie oraz ściśle z nim powiązane ekstremalne zjawiska pogodowe oraz masowe wymieranie gatunków. Według ostatniego raportu IPCC, za 80 lat 1/3 gleb może nie dawać się do jakiejkolwiek uprawy. Te same rozwiązania, co Strategia „Od pola do stołu” od co najmniej 20 lat proponuje Międzynarodowa Organizacja ds. Rolnictwa i Wyżywienia FAO – żywność i pasze produkować lokalnie, transportować je na krótkie odległości, dbać by rolnictwo nie przyczyniało się do pogłębiania kryzysu klimatycznego i degradacji środowiska.

Ale rozwiązania proponowane w tej strategii nie są po myśli agrobiznesowych korporacji zarabiających miliony na ciągłej intensyfikacji produkcji rolnej, jej chemizacji i uprzemysłowieniu oraz na międzynarodowym handlu rolno-żywnościowym. Nie dziwne zatem, że także wojnę na Ukrainie, będą cynicznie – pod hasłem walki z głodem – wykorzystywać do niszczenia reformy zielonej reformy WPR, gdyż uderza ona w ich partykularne interesy.

Propozycja intensyfikacji produkcji i odrzucenia zielonej reformy WPR nie powinna być na pierwszym miejscu. Natomiast, w odpowiedzi na kryzys wywołany agresją Rosji na Ukrainę, kraje UE powinny przede wszystkim skalkulować możliwość wykorzystania europejskiej rezerwy zbożowej, która służyłaby zabezpieczeniu najsłabszych członków społeczeństwa. Część pomocy powinna trafić również do mieszkańców północnej Afryki i Bliskiego Wschodu, czyli regionów, które w największym stopniu ucierpią zatrzymaniu ukraińskiego i rosyjskiego zboża. Może być to konieczne by zapobiec katastrofie humanitarnej. Po drugie, jeśli chcemy produkować więcej żywności, to ograniczmy uprawę roślin na pasze, a zwłaszcza biopaliwa. 70% ziem w UE zajęta jest pod uprawy paszowe, zamiast pod uprawy roślin nadających się do spożycia przez ludzi. Po trzecie, zamiast przeznaczać o 4% więcej ziemi na cele produkcyjne, warto zastanowić się nad ograniczeniem marnowania żywności, której w UE wyrzucamy ponad 30%. W Polsce, na poziomie konsumenckim takie straty wynoszą 60%! Po czwarte czy została wykonana jakakolwiek analiza spekulacji na rynku zbóż i ich wpływu na zjawisko głodu na świecie? Skoro niektórych zbóż będzie o ¼ mniej, to jaka wspaniała okazja do podniesienia za nie cen, przez monopol zawiadujący rynkiem zbożowym na świecie.

Wojna w Ukrainie powinna wreszcie wszystkim uświadomić, że dotychczasowy, intensywny, przemysłowy model rolnictwa, oparty na paliwach kopalnych jest ślepą uliczką. W odpowiedzi na agresję na Ukrainę na nieoficjalnym szczycie unijnym w Wersalu zdecydowano, że należy bardzo szybko odejść od kupowania paliw kopalnych w Rosji i równocześnie dynamicznie rozwijać energetykę odnawialną. Większość obserwatorów uważa podjęte uzgodnienia za rozsądne. Dlaczego więc zmiany w rolnictwie miałyby iść w przeciwnym kierunku?

Ropa, gaz i surowce do produkcji nawozów sztucznych od lat przynoszą Rosji miliardowe zyski, które potem wydawane są na agresywne działania wobec sąsiadów. Czy doczekamy się sankcji na import nawozów, nie tylko z Rosji, ale również z Białorusi? Nic na to nie wskazuje, zamiast tego lobby agrobiznesowe domaga się wprowadzenia dopłat do nawozów, które przy rosnących cenach zapewnią agresorom jeszcze większe zyski.

A zatem – w przeciwieństwie do tych żądań – wojna w Ukrainie staje się właśnie dodatkowym, bardzo mocnym argumentem na rzecz transformacji systemu żywnościowego w kierunki ekologizacji i lokalności produkcji żywności, a przede wszystkim zatrzymania rozwoju globalnego konglomeratu zbożowo- mięsnego.

Źródło: Koalicja Żywa Ziemia


 

24 lutego świat obiegła wiadomość o pełnowymiarowej rosyjskiej inwazji na Ukrainę. W szeregu miejsc na granicy z Rosją i Białorusią – jak również z okupowanych przez Rosję terytoriów – doszło do wtargnięcia sił lądowych. Trwają bombardowania celów wojskowych oraz centrów miast.

To najbardziej rażący akt agresji w Europie od czasów II wojny światowej – a także jawne pogwałcenie prawa międzynarodowego. Stanowi on potwierdzenie doniesień, które od końca zeszłego roku prezentowały zachodnie agencje wywiadowcze.

W obliczu obecnego kryzysu solidarność z Ukrainkami i Ukraińcami, stojącymi naprzeciw obcej inwazji, stanowić musi fundament naszej odpowiedzi.

Jedne z najmocniejszych słów, które padły na drodze do wybuchu tego konfliktu, wypowiedziane zostały po uznaniu przez Rosję separatystycznych regionów – Doniecka i Ługańska – które miało miejsce 20 lutego. Ambasador Kenii przy ONZ, Martin Kimani, w trakcie posiedzenia Rady Bezpieczeństwa ostrzegł przed próbami kreślenia na nowo granic państwowych, opierających się na wstecznej, zasilanej „niebezpieczną nostalgią” wizji historii.

Jasno sprzeciwiając się „irredencie i ekspansji” wezwał on Rosję to poszanowania spójności terytorialnej Ukrainy. Ostrzegł też, że konsekwencjami prób opierania państwowości na „jednolitości etnicznej, rasowej czy religijnej” są jedynie dominacja i krwawe wojny.

Oświadczenie to stanowiło przekonujące przypomnienie o podstawowych wartościach, stojących za opartym na regułach ładzie międzynarodowym. Niezależnie od tego, jak dane państwo odczytuje swoją historię wojna nie może być tu odpowiedzią. Daje ono niepodważalne podstawy do stania po stronie Ukrainy oraz pokojowego, multilateralnego porządku.

W wypadku Europy odwołanie się do wspomnianych argumentów nie jest jednak wystarczające. Stanęła ona w obliczu konfliktu i pokazu twardej siły. Europejskie państwa zbyt długo usiłowały odstawić geopolitykę na boczny tor. Bieżące wydarzenia po raz kolejny pokazują, że świat wszedł w nową epokę geopolityczną. Nie wystarczy, by kontynent nauczył się mówić językiem mocy – musi nauczyć się działać. Jego odpowiedź na działania imperialistycznej, gotowej do wojny potęgi wytyczy jego przeszłe losy.

Bieżące wydarzenia po raz kolejny pokazują, że świat wszedł w nową epokę geopolityczną.

Punktem wyjścia musi być solidarność z Ukrainą – zdecydowane, wspólne działania, które przejawiać się będą w materialnym wsparciu. Ogłoszone jeszcze przed inwazją europejskie sankcje muszą być wzmacniane, uwzględniając tak system finansowy, jak i powiązania energetyczne. Efektem musi być jak największa presja na rosyjskie państwo i jego elity.

Solidarność musi oznaczać coś więcej niż tylko słowa. Unia Europejska musi być gotowa do wsparcia stojących dziś w obliczu inwazji mieszkanek i mieszkańców Ukrainy. Oznaczać to musi wszelkie możliwe wsparcie dla ukraińskiej obrony, szeroko zakrojone wsparcie humanitarne oraz gotowość do ugoszczenia uciekających przed wojną ludzi.

Europa musi odrobić tę lekcję. Europa musi się obudzić.

Już w przemówieniu Władimira Putina, które wygłosił w roku 2007 w trakcie Monachijskiej Konferencji Bezpieczeństwa, usłyszeliśmy o jego aspiracjach co do przywrócenia rosyjskiej potęgi do poziomów znanych z apogeum zimnej wojny. Od tego momentu Rosja stawała się coraz bardziej asertywna na arenie międzynarodowej.

Wkrótce po rozpoczęciu inwazji odważni demonstrujący w Rosji ryzykowali aresztem i prześladowaniami za protestowanie przeciwko działaniom niedemokratycznego, putinowskiego reżimu. Przypomina to nam o tym, że to nie zwykli ludzie rozpoczęli tę wojnę – zrobił to rządzący nimi kleptokrata.

Za słowami Putina poszły czyny. Europie trudno to zrozumieć. Kraje na wschodzie kontynentu nie miały tego typu wątpliwości. Sęk w tym, że priorytety elit i biznesu – od londyńskiego City po fabrykantów we Włoszech i Niemczech – często górowały nad obawami geopolitycznymi. Tak dalej być nie może. Zerwanie z takim podejściem wiązać się będzie z kosztami gospodarczymi i społecznymi. Europejscy liderzy muszą być gotowi do wytłumaczenia tego, dlaczego warto zapłacić tę cenę.

Priorytety elit i biznesu – od londyńskiego City po fabrykantów we Włoszech i Niemczech – często górowały nad obawami geopolitycznymi. Tak dalej być nie może.

Refleksji wymagają również inne kwestie. Skoro wróciliśmy do zimnej wojny, to jaka logika ma nią kierować? Rosja pozostaje potęgą jądrową – czy zatem wracamy do doktryny MAD, wzajemnie zagwarantowanego zniszczenia? Jeśli tak, to co oznaczać to ma dla szeregu krajów w przestrzeni postsowieckiej, których nie obejmuje ochronny parasol NATO? Europa nie ma dziś odpowiedzi na te trudne pytania z zakresu obronności. Nie oznacza to jednak, że może je zignorować.

Na inwazję na Ukrainę nie powinniśmy się patrzeć w oderwaniu od szerszego kontekstu. Europa otoczona jest dziś przez strefy konfliktu. Na nowo próbuje się kreślić granice na Kaukazie, Bliskim Wschodzie czy w Afryce Północnej. Rosną napięcia na Bałkanach, czego przykładem jest dziś potencjalna secesja Republiki Serbskiej z Bośni i Hercegowiny. Ciągnący się przez Sahel łuk niestabilności przecina kontynent afrykański. Rosja, Turcja i inni mniejsi gracze pokazują, że gotowi są działać metodą faktów dokonanych. W wielu tych miejscach Europa pozostaje jedynie biernym obserwatorem.

Wracając do dziejącego się na naszych oczach kryzysu w Ukrainie widać wyraźnie, że zagrożone są dziś zasady prawa międzynarodowego, suwerenności i wolności. Europa musi na to zagrożenie odpowiedzieć solidarnie i z pełną determinacją. Pilnie.

Artykuł „The Invasion of Ukraine is a Wake-up Call” ukazał się na łamach magazynu Green European Journal. Dziękujemy za zgodę na przedruk materiału.

Tłumaczenie: Bartłomiej Kozek


 

Walka o przyszłość kontynentu toczy się dziś na dwóch jego krańcach. Podejście Unii Europejskiej do konfliktu w Ukrainie oraz negocjacje nad układem handlowym ze Stanami Zjednoczonymi mogą na lata zdefiniować jej miejsce w świecie. (więcej…)

Nie pamiętam tak szybkiego procesu tworzenia demokratycznego narodu – mówi o rewolucji na Ukrainie europosłanka niemieckich Zielonych Rebecca Harms. (więcej…)

Uzależnienie Europy od rosyjskiego gazu ziemnego i ropy naftowej jest dla niej sporym zagrożeniem. Warto pamiętać, że Rosja może się zbroić i zachowywać się agresywnie na arenie międzynarodowej dzięki pieniądzom, jakie kraje Unii Europejskiej wydają na wspomniane surowce. Obecny konflikt stanowi historyczną szansę na zredukowanie poziomów konsumpcji energii, jak również emisji gazów cieplarnianych – zarówno w Unii Europejskiej, jak i w Ukrainie.

Europa na rozdrożu

W listopadzie 2013 r. ówczesny prezydent Ukrainy Wiktor Janukowycz pod naciskiem Kremla odmówił podpisania umowy stowarzyszeniowej kraju z UE, do czego miało dojść podczas szczytu w Wilnie. Społeczeństwo odpowiedziało na to demonstracjami na ulicach i placach ukraińskich miast – „euromajdanami” – domagając się europejskiej przyszłości dla swojego kraju. Rząd odpowiedział policyjną brutalnością, która jednak nie była w stanie złamać oporu. Gdy pod ukraińskimi i unijnymi flagami zginęła przeszło setka osób, wybuchła rewolucja – skorumpowany, opresyjny reżim musiał odejść, a Janukowycz uciekł ze swoimi kamratami do Rosji.

Odpowiedzią Moskwy na zmiany w Ukrainie była próba pobudzenia kontrrewolucji – anty-Euromajdanu we wschodnich i południowych rejonach kraju, zamieszkiwanych przez ludność rosyjskojęzyczną. Kiedy w wyniku braku poparcia wysiłki te spełzły na niczym, kraj stał się obiektem z początku utajonej, następnie zaś jawnej agresji zbrojnej. Po zajęciu Krymu przez „zielone ludziki”, którymi byli rosyjscy żołnierze bez wojskowych insygniów, rosyjska tajna policja oraz zamaskowane siły zbrojne wszczęły konflikt w położonym na wschodzie uprzemysłowionym regionie Donbasu.

Ukraina jest dziś zatem w stanie wojny. Jej rzeczywistym celem jest próba powstrzymania za pomocą obcych czołgów ekspansji wspólnego rynku, rządów prawa oraz praw człowieka promowanych przez Unię Europejską oraz pożądanych przez sporą część ludności wschodniej Europy oraz Kaukazu.

Los Ukrainy może zapowiadać los UE oraz „europejskiego snu” – tak samo, jak wydarzenia lat 1937-1938 zapowiadały klęskę zachodnich demokracji w Monachium w roku 1938.

Europa – główny sponsor rosyjskiej potęgi militarnej

Jednym z europejskich paradoksów jest obfita konsumpcja paliw kopalnych oraz spory udział w globalnej emisji dwutlenku węgla czy metanu wskutek nadmiernego zużycia ropy i gazu. W 2013 r. 35% zużytej w krajach UE ropy oraz 30% gazu ziemnego pochodziło z Rosji. W wielu państwach członkowskich Unii udział rosyjskiej ropy i gazu sięga 100%.

Uzależnienie od tych surowców i ich importu z Rosji ma – poza konsekwencjami klimatycznymi – inny istotny skutek. Odpowiadają one za 75% importu Unii z tego kraju. Europejki i Europejczycy płacą za to rocznie 150 mld euro (całościowy koszt importu z Rosji wynosi 213 mld). W tym samym czasie Unia eksportuje w tym kierunku towary jedynie za 123 mld, co oznacza deficyt handlowy rzędu 100 mld euro rocznie.

Zdolność ograniczenia przez Kreml dostaw gazu, jak również kształtowania jego cen, umożliwia rosyjskim władzom wpływanie na sytuację niejednego europejskiego państwa, co jasno pokazał „kryzys gazowy” z 2009 r. oraz postawa Rosji wobec Ukrainy. Przeszło połowa – niektóre szacunki mówią wręcz o 60-80% – przychodów rosyjskiego budżetu pochodzi z eksportu ropy, gazu i innych surowców. Znaczna część tej kwoty pochodzi z kasy Unii Europejskiej. Przypływ pieniędzy z tego źródła umożliwia Rosji zbrojenia, które stają się bezpośrednim zagrożeniem dla państw członkowskich UE (w szczególności krajów bałtyckich) oraz sąsiadów UE (Ukrainy z okupowanym Krymem i Donbasem, Mołdowy z Naddniestrzem oraz Gruzji z Abchazją i Osetią Południową).

Znaczenie tej militaryzacji pokazują następujące wskaźniki. W corocznym Globalnym Indeksie Pokoju (Global Peace Index) Instytutu na rzecz Ekonomii i Pokoju Rosja zajmuje dopiero 152. miejsce na 162, zaraz obok Korei Północnej. Wypadek przy pracy? Niekoniecznie. W roku 2013 kraj ten zajmował 154. pozycję, w 2012 zaś – 152. W Globalnym Indeksie Militaryzacji (Global Militarisation Index), za który co roku odpowiada Międzynarodowe Centrum Zmian w Bonn, Rosja zajęła w rankingu zbrojeń trzecią pozycję w roku 2012, zaś w 2011 i 2010 r. czwartą. Od 2000 r. Rosja nigdy nie wypadła z pierwszej piątki w tym rankingu.

Po rozpoczęciu okupacji Krymu oraz wojny w Ukrainie Europa musi zacząć patrzeć się na rosyjskie działania przez pryzmat zarządzania ryzykiem. Olbrzymim ryzykiem dla kontynentu jest zatem zależność od importowanych z tego kraju surowców. Jeszcze ważniejsza jest świadomość, że pieniądze, które za nie płacimy, umożliwiają militaryzację Rosji. Mogąc pochwalić się obrotami handlowymi rzędu 367,5 mld euro w 2012 r., Unia Europejska jest głównym partnerem gospodarczym Rosji. Dla porównania wskaźnik obrotów z Chinami w tym samym roku wyniósł 64,1 mld euro, z Ukrainą – 24,3 mld, a ze Stanami Zjednoczonymi, Japonią, Turcją czy Koreą Południową – mniej niż 20 mld.

Ukraina szansą dla polityki klimatycznej UE

Wojna w Ukrainie może stać się silną motywacją do zmniejszenia poziomów konsumpcji energii oraz emisji gazów cieplarnianych – zarówno w UE, jak i w Ukrainie. Emisje tego kraju w porównaniu PKB są bardzo wysokie i sięgają 0,9 kg na 1 dol. wartości wytworzonej w gospodarce (wg parytetu siły nabywczej), w porównaniu do 0,2 kg w Niemczech, Francji, Wielkiej Brytanii, Hiszpanii czy we Włoszech. Wysoka intensywność energetyczna oraz emisje CO2 na jednostkę PKB mogą być po części wyjaśnione strukturą lokalnej gospodarki, w której istotną rolę odgrywa sektor przemysłowy (odpowiadający za 43% konsumpcji energii), a także bardziej surowym klimatem kontynentalnym. Istotnym czynnikiem jest tu jednak również niezmiernie niska efektywność energetyczna oraz marnowanie energii. Mieszkalnictwo, rolnictwo czy usługi odpowiadają za pozostałe 40% zużycia energii, transport zaś jedynie za 11%.

Gołym okiem widać fatalną sytuację, jeśli chodzi o budynki w Ukrainie – da się ją porównać z sytuacją w Polsce i Czechosłowacji w latach 70. XX w., a może nawet z wcześniejszego okresu. Potencjał oszczędzania energii oraz redukcji emisji w sektorze budowlanym jest olbrzymi, łatwy do zrealizowania oraz wymagający tańszych inwestycji niż te potrzebne w Niemczech czy państwach skandynawskich. Kluczowym wyzwaniem jest szybkie wykorzystanie tego potencjału.

Dwie możliwości – szkoły i uchodźcy

Doświadczenia krajów z rozwiniętymi systemami centralnego ogrzewania, takich jak Czechy czy Słowacja, wskazują na długi czas wdrażania programów oszczędzania energii w tkance mieszkaniowej z powodu zawikłanej sytuacji właścicielskiej oraz skomplikowanych regulacji dotyczących zmian w już stojących budynkach. Choć przygotowanie szeroko zakrojonego programu efektywności energetycznej, nakierowanego na sektor budowlany, jest absolutną koniecznością, to jego realizacja będzie rozłożona na lata. Szybkie zmiany można uzyskać dzięki odpowiedniej termorenowacji czy poprawie jakości produkcji i dystrybucji ciepła, ale już zmniejszanie ucieczki ciepła z istniejących budynków będzie większym wyzwaniem.

W przeciwieństwie do skomplikowanej sytuacji w sektorze mieszkaniowym sektor edukacyjny może okazać się znacznie łatwiejszą areną dla szeroko zakrojonych działań służących poszanowaniu energii, jako że placówki oświatowe są własnością publiczną i są publicznie zarządzane. Jasna struktura własnościowa oraz realizowane obowiązki, jak również wysoki poziom standaryzacji sprawiają, że ukraińska infrastruktura edukacyjna nadaćje się do szybkiego, masowego programu interwencyjnego, który zmniejszy uzależnienie tego kraju od konsumpcji gazu.

Skupienie się na tym sektorze (nazwijmy ów program Inicjatywą Szkół Wolności) miałoby równiez niebagatelne znaczenie symboliczne. Wysłałoby Ukrainkom i Ukraińcom czytelny sygnał – wasze dzieci, wasz kraj mają przyszłość. Skupienie się na szkołach nie powinno budzić kontrowersji politycznych, zostanie również docenione przez opinię publiczną. Program poprawy efektywności energetycznej szkół – przynosząc dostrzegalne, pozytywne i szybkie skutki dla milionów dzieci, nauczycieli oraz rodziców – ma potencjał pokazania nowej ekipy rządzącej w Kijowie jako grupy zainteresowanej zmianami w kraju, co może przyczynić się do wzrostu jej popularności. To szczególnie ważne w kontekście pamięci o kłótniach, jakich społeczeństwo tego kraju było świadkiem po „pomarańczowej rewolucji” z roku 2004.

Potencjał do tego, by projekt ten był zrealizowany na naprawdę szeroką skalę, jest olbrzymi. W Ukrainie działa 15.500 placówek opieki przedszkolnej, w których znajdziemy 1,2 miliona dzieci, jak również 20.600 placówek edukacji podstawowej, ponadpodstawowej oraz wyższej, do których uczęszcza 4,5 miliona uczennic i uczniów, pracują zaś 522 tysiące nauczycielek i nauczycieli. Wszechobecność szkół – tak w miastach, jak i na wsi – a także bliskie kontakty między placówkami a społecznościami lokalnymi tworzą dogodne warunki do rozprzestrzeniania się kluczowych pomysłów wspomnianego przeze mnie projektu: oszczędzania energii dzięki wdrażaniu standardu niskoenergetycznego oraz pasywnego, jak również wykorzystywania dostępnych kosztowo technologii: ocieplania ścian oraz odpowiedniej jakości okien.

Tego typu projekt może być wdrożony dzięki wykorzystaniu narzędzi produkcji wielkoprzemysłowej, takich jak szkoły modułowe, przygotowane przez wyspecjalizowane ekipy na już istniejących i uzbrojonych terenach szkolnych w krótkim czasie. W Europie już wykorzystywane są (choć na mniejszą skalę) budynki kontenerowe. Produkowane na skalę przemysłową mogą być przewożone na miejsce pociągami albo ciężarówkami i łączone w najróżniejszych konfiguracjach. Dane z wybudowanych w ten sposób szkół w Słowacji wskazują, że koszt ich budowy jest o 25% niższy niż standardowych placówek podobnej jakości.

Istnieje rzecz jasna wiele innych sposobów, na które możemy wykorzystać odpowiednio ocieplone budynki kontenerowe w skali potrzebnej dotkniętemu konfliktem krajowi. Zapewnienie dachu nad głową zmagającym się z zimą 300 tysiącom uchodźców z Krymu i Donbasu jest jednym z przykładów.

Oszczędzanie energii sposobem na militaryzm

Jest tylko jeden dobry sposób, w który kontynent może odpowiedzieć na aktualną sytuację. Wbrew dominującym w dyskusji głosom rozwiązaniem nie jest importowanie gazu ze Stanów Zjednoczonych czy porzucanie norm ekologicznych w celu rozpoczęcia wydobycia gazu łupkowego. UE musi podporządkować swoje kluczowe projekty nadrzędnemu celowi strategicznemu, jakim powinno być zredukowanie poziomów importu ropy i gazu – i to ze wszystkich jego źródeł, a nie tylko z Rosji.

Bez sensu budować w Europie nowe budynki inaczej niż w standardzie pasywnym, dzięki któremu niemal nie będą one potrzebować ogrzewania w zimie czy chłodzenia latem. Nie ma usprawiedliwienia dla twierdzeń, że stosowne prawodawstwo nie może zostać wprowadzone natychmiast. Nie możemy czekać do roku 2018 czy 2020 – już jesteśmy bardzo spóźnieni.

Równie bezcelowe jest wydawanie przez Brukselę miliardów euro na budowę kolejnych dróg i autostrad zamiast inwestowania w efektywne energetycznie budownictwo mieszkaniowe, modernizację transportu publicznego czy elektryfikację kolei. Pieniądze, które wydajemy na rosyjską ropę, która potem napędza nasze samochody, finansują również i rosyjską armię. Za te same pieniądze, które dziś wydajemy na drogi, szeroko zakrojony program termorenowacji istniejącej tkanki mieszkaniowej stworzyłby znacznie więcej bardziej zróżnicowanych oraz trwałych miejsc pracy.

Rosyjska agresja w Ukrainie, jak również dobrze udokumentowane wsparcie Rosjan dla skrajnie prawicowych, antyunijnych partii politycznych z wielu państw członkowskich mogą być dla Unii powodem i szansą na skończenie z „polityką taką jak zwykle” w kwestiach energetycznych. Jeśli Bruksela oraz państwa Unii nie odpowiedzą na te wyzwania, oznaczać to będzie fiasko nie tylko obecnych elit politycznych, ale całego europejskiego projektu pokoju, bezpieczeństwa i dobrobytu.

Duński minister spraw zagranicznych Martin Lidegaard miał rację, gdy stwierdził, że redukcja zużycia paliw kopalnych oraz wzrost znaczenia energetyki odnawialnej stanowią najlepszą, najbardziej całościową odpowiedź na rosyjską agresję oraz zbrojenia. Historia osądzi, czy inni europejscy politycy będą w stanie wykorzystać aktualne wydarzenia do odejścia od dotychczasowej polityki, czy może staną wraz z podporucznikiem Milo Minderbinderem z „Paragrafu 22” w rzędzie osób, które w pogoni za krótkoterminowym zyskiem wspierały rozwój zdolności militarnych własnych przeciwników, a tym samym własną zagładę.

Artykuł War in Ukraine and Europe’s Energy Conservation and Climate Policies ukazał się w „Green European Journal” (Zielonym Magazynie Europejskim). Przeł. Bartłomiej Kozek.