Wzrost znaczenia ugrupowań populistycznych w Europie i poza nią stał się dobrze opisanym zjawiskiem.

Ich prawicowa odnoga, której przedstawicielami jest m. in. Alternatywa dla Niemiec (AfD), Zgromadzenie Narodowe (dawny Front Narodowy) we Francji czy Partia Niepodległości w Wielkiej Brytanii, cieszyła się w ostatnich latach niemałymi sukcesami wyborczymi. Nieco słabiej zbadana jest obecność kwestii ekologicznych w ich programach wyborczych, przybierająca nierzadko zaskakujące formy.

W politycznym głównym nurcie ochrona środowiska postrzegana jest jako element międzynarodowego, liberalnego projektu politycznego, skupiającego się na tworzeniu ram globalnych traktatów i otwartych, wykraczających poza granice państwowe sojuszy.

To wszystko kroki, które stoją w sprzeczności ze znaczną częścią populistycznego dyskursu. Mimo tego kwestie ekologiczne potrafią podszywać populizm zieloną nicią – „natura” staje się wówczas częścią „praw ludu”, jego dziedzictwa i tożsamości, którą należy bronić przed „obcymi”, takimi jak neoliberalne elity czy zagraniczni imigranci.

Populizm przybiera rzecz jasna szereg form, nie można zatem sprowadzić go do jakiejś pojedynczej wizji świata. To, co go wyróżnia, to skupianie się na „ludziach” – ludzie ci nie są jednak istniejącą już kategorią, gotową do zaprezentowania swoich żądań, lecz płynnym konstruktem, powołanym do życia przez samych populistów.

To populizm kreuje lud, a nie na odwrót.

W efekcie jego szczegółowy kształt zależy od kontekstu społecznego, politycznego i ekonomicznego, chwytliwości określonych tematów oraz pewnych już istniejących postulatów politycznych.

Populistyczne oczekiwania często wiążą się ze społeczno-ekonomicznymi żądaniami wyższych płac, lepszej sieci zabezpieczeń socjalnych czy bezpiecznych granic. Co ciekawe wśród ich postulatów znajdują się również kwestie ekologiczne. Ochrona krajobrazu, lasów czy zwierząt ma dobrze komponować się z „ludem” i stawać się ważnym symbolem, pod którym możliwe jest jego jednoczenie.

Otwartym pytaniem pozostaje to, czy związane ze środowiskiem niepokoje są jedynie wykorzystywane przez populistyczną retorykę, czy też może odgrywają w tej opowieści o świecie znacznie poważniejszą rolę.

Ludzie kontra przyroda

Populizm z reguły tworzy kategorię „ludu” w kontrze do elit, uznawanych za opresorów bądź wyzyskiwaczy. W dyskursie prawicowego populizmu obrońcy środowiska są często portretowani jako część wyalienowanych, globalnych elit, domagając się realizowania postulatów, stojących w sprzeczności z interesami „zwykłych ludzi” oraz „zdrowego rozsądku”.

Również naukowców uważa się za osoby podejrzane, które wykorzystują swoją wiedzę do realizowania niecnych celów. Populizmowi towarzyszy często odrzucenie eksperckiej wiedzy (czego przykładem może być wypowiedź polityka brytyjskich Torysów, Michaela Gove’a, twierdzącego, iż „ludzie w tym kraju mają już dość ekspertów” czy cała dyskusja, dotycząca skutków Brexitu). Zarówno istnienie zmian klimatu, jak i potwierdzająca je ekspertyza naukowa są w efekcie kwestionowane przez prawicowych populistów.

Rzecznik brytyjskiej UKIP do spraw klimatu określił na przykład ocieplanie się globalnego klimatu jako „nieistniejący problem”. Manifest wyborczy tej partii z roku 2015 zapewnia, że usunęłaby z porządku prawnego kraju ustawę dotyczącą przeciwdziałania zmianom klimatu, wycofała kraj z unijnego systemu handlu emisjami gazów cieplarnianych oraz inwestowałaby w wydobycie węgla i gazu łupkowego.

Znajdziemy w nim narzekania, iż „stare partie wciąż forsują ’zieloną’ politykę energetyczną”, odrzucenie zielonej reformy podatkowej oraz subsydiowania energetyki wiatrowej i słonecznej. Establishment jest tu konfrontowany z „ludem” – „Trzy stare partie współpracują ze sobą w forsowaniu nieudanej polityki energetycznej, która w żaden sposób nie zmniejszy globalnych emisji, za to utrudni życie brytyjskim rodzinom. Ich ’zielona’ agenda nie czyni z nich przyjaciół ziemi, lecz wrogów ludu”.

UKIP chwali się swoimi „zdroworozsądkowymi” postulatami. Były lider partii, Paul Nuttal, stwierdził w napisanym przez siebie artykule, że taka jest też ideologiczna podstawa jego formacji, która ma być możliwa do podsumowania na przykładzie „podarcia na strzępy nieziemsko kosztownej, bezsensownej ustawy o zmianach klimatu (Climate Change Act)”.

Prawicowy populizm, ośmieszając globalne problemy ekologiczne w rodzaju zmian klimatu, jednocześnie wyraża zainteresowanie stanem lokalnego czy krajowego środowiska.

AfD, chwaląca się byciem „partią dobrego, zdrowego rozsądku” jest równie wroga nauce o klimacie, kwestionując wiarygodność jej ustaleń, dotyczących istnienia związku między poziomem stężenia dwutlenku węgla w atmosferze a zmianami klimatu. „Twierdzenie to oparte jest na modelach komputerowych, które nie są poparte danymi jakościowymi oraz pomiarami z obserwacji”.

Zamiast tego formacja ta kreśli wizję CO2 jako substancji, przynoszącej korzyści środowisku i rolnictwu. „Im więcej dwutlenku węgla w atmosferze, tym większa roślinność”. AfD odrzuca politykę ekologiczną obecnego rządu, która jej zdaniem doprowadzić ma do „olbrzymich ograniczeń wolności osobistych i gospodarczych”.

Populistyczny krajobraz

Wydaje się, że prawicowy populizm, ośmieszając globalne problemy ekologiczne w rodzaju zmian klimatu, jednocześnie wyraża zainteresowanie stanem lokalnego czy krajowego środowiska. Krajobrazy, lasy, linia brzegowa czy rodzime gatunki są konstruowane jako wymagające troski obiekty, zagrożone przez nieokiełznaną globalizację, zagranicznych imigrantów, polityczny establishment, a nawet ruchy ekologiczne.

Szczególnie istotną rolę w tej opowieści pełni krajobraz, który ma należeć do kochającego go ludu. Nigel Farage, były lider UKIP, rozkręcający obecnie Brexit Party, w jednym z wywiadów tłumaczył, w jaki sposób jego „umiłowanie krajobrazu doprowadziło do jego sprzeciwu wobec turbin wiatrowych”, które uznaje za „drogie” i „psujące wielki, brytyjski krajobraz”.

Choć sprzeciwia się strategii klimatycznej tamtejszego rządu, to nie przeszkadza mu to w określaniu się mianem „obrońcy środowiska” – stwierdził nawet, że w roku 1989 w wyborach do Parlamentu Europejskiego głosował na… Zielonych.

W programie wyborczym na rok 2015 UKIP obiecał „bronić pasy zieleni” wokół brytyjskich miast, stając po stronie lokalnych społeczności w ich walce z deweloperami. Znajdziemy w nim narzekania na to, jak przepisy „dały zielone światło deweloperom do budowy właściwie w każdym możliwym miejscu, poważnie ograniczając władzom lokalnym możliwość odmowy zgody budowlanej dla inwestycji, które uznają za niepożądane”.

Przeczytamy w nim również, że „UKIP nie pozwoli nowym projektom mieszkaniowym pozbawiać narodu cennych gruntów rolnych… Nie pozwolimy również na zalanie obszarów wiejskich nadmierną ilością projektów. Mocno wierzymy w to, że nasza wieś musi być zachowana – tak, by mogły się nią cieszyć kolejne pokolenia”.

Najciekawsza może wydawać się polityka UKIP wobec rybołówstwa oraz narodowej „przestrzeni wodnej”. Stanowczo stwierdza ona, że „brytyjskie morza powinny być jej perłą w koronie”, ostrzega jednak również, że znajduje się ona w niebezpieczeństwie. Wchodząc do Unii Europejskiej „oddaliśmy te cenne, rodzinne skarby”.

W programie czytamy, iż Wspólna Polityka Rybołówstwa „od początku pomyślana była tak, by okraść nas z naszych ryb. Co gorsza, choć uczy o konieczności ochrony zasobów, UE pozwala na stosowanie przemysłowych metod połowu, takich jak wykorzystywanie impulsów elektrycznych, niszczących życie pod wodą oraz równowagę w ekosystemach wodnych”.

Stosując bardzo podobną do UKIP argumentację AfD zobowiązuje się do „ochrony środowiska” i wspiera posunięcia, które „zmniejszają wykorzystywanie ziemi o nierolniczym charakterze, ograniczają zanieczyszczenie wód i gleb oraz przyczyniają się do poprawy jakości powietrza”. Ochrona przyrody ma mieć miejsce na poziomie regionalnym.

Weźmy pod lupę program, przedstawiony przed wyborami do bawarskiego Landtagu w roku 2018, w którym nie brak odwołań do „naszego pięknego bawarskiego krajobrazu kulturowego” oraz wezwań do obywateli (w szczególności rolników) do działań na rzecz ochrony tej „wyjątkowej, unikalnej” charakterystyki Bawarii. Niezależnie, czy chodzi o politykę energetyczną, rolnictwo, lasy czy łowienie ryb partia uznaje Unię Europejską oraz obecny rząd federalny za przeszkody w efektywnej ochronie środowiska.

AfD tworzy wizję środowiska, zagrożonego przez biurokrację, organizacje ekologiczne i grupy nacisku.

Lider formacji, Alexander Gauland, oskarża „klasę globalistów” o życie w „rzeczywistości równoległej”, w której poruszają się swobodnie po świecie, nieprzywiązani do swojej ziemi i pozbawieni doświadczenia „deszczu, który pada w ich ojczyznach”.

Kwestie ochrony środowiska nie są obce populizmowi. Pojawiają się w nim na niekonwencjonalne, problematyczne i zaskakujące sposoby.

Podobne skupianie się na lokalności oraz odrzuceniu nieokiełznanej globalizacji znajdziemy również w podejściu francuskiego RN do kwestii ekologicznej. Liderka partii, Marine Le Pen, zainicjowała w roku 2014 ruch Nouvelle Ecologie (Nowa Ekologia).

Jego fundamentem stał się sprzeciw wobec międzynarodowych negocjacji klimatycznych. Komentatorzy wskazują, że niezadowolenie z ich przebiegu dało paliwo dla nowego projektu ekologicznego RN. Zamiast nich formacja podkreśla znaczenie „realistycznej i patriotycznej” odpowiedzi na wyzwania środowiskowe.

W programie na wybory prezydenckie w roku 2017 Le Pen napisała, że „prawdziwą ekologią jest jak najbardziej lokalna produkcja, konsumpcja i recykling”. Atakowała międzynarodowe firmy za rośliny modyfikowane genetycznie oraz za „zatruwanie ziemi pestycydami”, domagając się większej roli dla rolnictwa ekologicznego oraz „rewolucji w postaci żywienia się lokalnymi produktami”.

W przeciwieństwie do UKIP czy AfD Le Pen zdaje się uznawać istnienie zagrożenia w postaci zmian klimatu, apelując o przejście do „gospodarki zerowęglowej” we Francji. Z pobratymcami z Wielkiej Brytanii i Niemiec dzieli z kolei podziw dla narodowego krajobrazu oraz niepokój co do jego przyszłości, jak również odrzucenie tradycyjnych partii ekopolitycznych. Sekretarz generalny RN, Nicolas Bay, stwierdził, że „sprawiono, że my – ludzie, przywiązani do flory, fauny i krajobrazu naszego pięknego kraju – nienawidzimy ekologię polityczną”.

Określając jedność

Jak zrozumieć naturę „zielonego populizmu”? Nawet, jeśli brzmią one nieprzekonująco czy niekonkretnie, to postulaty ekologiczne pojawiają się w populistycznym dyskursie. Mogą one oczywiście pozostawać w sprzeczności z innymi elementami ich projektu politycznego, generując niespójność w partyjnej retoryce.

Środowisko naturalne staje się bogatym źródłem szwów, które umożliwiają łączenie go z „ludem”.

Niejasność czy dwuznaczność tego typu symboli nie jest słabością czy dowodem na niedopracowanie politycznego przekazu populistów. Niedookreślony charakter może wręcz pomagać im trafiać do zróżnicowanych grup społecznych.

Istnieje szereg powodów, dla których można wykluczyć zbieżność populizmu i kwestii ekologicznych. Założenie to nie jest jednak prawidłowym opisem sytuacji. Kwestie ochrony środowiska nie są obce populizmowi. Pojawiają się w nim na niekonwencjonalne, problematyczne i zaskakujące sposoby.

Badania nad zielonymi obliczami populizmu może dać nam zarówno ogląd na ograniczenia głównonurtowej ekologii, jak i na źródła atrakcyjności polityki populistycznej.

Artykuł „The Nature of Green Populism” ukazał się na łamach Zielonego Magazynu Europejskiego. Tłumaczenie: Bartłomiej Kozek


Jeśli podoba Ci się to, co robimy, prosimy, rozważ możliwość wsparcia Zielonych Wiadomości. Tylko dzięki Twojej pomocy będziemy w stanie nadal prowadzić stronę i wydawać papierową wersję naszego pisma.
Jeżeli /chciałabyś/chciałbyś nam pomóc, kliknij tutaj: Chcę wesprzeć Zielone Wiadomości.

Zieloni w Wielkiej Brytanii mogą stać się częścią zmian w tamtejszym systemie politycznym o potencjalnie długofalowych skutkach.

Na samym początku tej opowieści należy zastrzec, że większościowy system w wyborach do Izby Gmin ostatecznie pacyfikował niejedną, mającą tam być przełomową zmianę. Tak było, gdy sojusz uciekinierów z Partii Pracy z Partią Liberalną próbował zachwiać duopolem Partii Pracy i Torysów w roku 1983. Tak samo również było, gdy w roku 2010 Liberalni Demokraci notowali sondażowe zwyżki po telewizyjnej debacie liderów.

Tym razem jednak może być inaczej – wszak (mimo, iż czasem można odnieść odmienne wrażenie) Zjednoczone Królestwo nie opuszcza Unii Europejskiej każdego dnia. Premier Theresa May nie może przepchnąć przez parlament umowy rozwodowej. Konserwatyści znajdują się de facto w stanie permanentnej wojny domowej.

Laburzyści z kolei zdają się mieć niemały ból głowy, związany z dysonansem między silnie proeuropejską bazą członkowską, która napłynęła do partii za Jeremy’ego Corbyna, a samym liderem, niezbyt chętnym do utrzymywania wolności przepływu osób i mającym spore problemy z konsekwentnym trzymaniem się idei drugiego referendum.

Zielona wiosna?

Pierwsze ślady tego, że elektorat może mieć dość przeciągającego się procesu i niezdolności klasy politycznej do jego przezwyciężenia widoczne były w majowych wyborach lokalnych. Najwięcej uwagi przyciągnęły wyraźne wzrosty notowań Liberalnych Demokratów. Do tej pory ta centrowa partia miała problemy z odzyskaniem zaufania po tym, jak w latach 2010-2015 umożliwiała politykę cięć i zaciskania pasa jako młodszy partner koalicyjny Torysów.

Zauważalny był również rekordowy wzrost politycznej reprezentacji Partii Zielonych Anglii i Walii. 265 zdobytych w maju radnych może nie robić wielkiego wrażenia w porównaniu do ponad 3,5 tysiąca dla konserwatystów, 2 tysiące dla Partii Pracy czy ok. 1350 LibDemsów, jednak już patrząc się na dynamikę z zmian ich wzrost netto na poziomie 194 pokazuje skalę rosnącego zainteresowania ich ofertą programową.

W nadmorskim Brighton niewiele brakowało, by znów stali się największą partią w tamtejszej radzie. Ich reprezentanci pojawili się w kolejnych samorządach – w tym na północy Anglii, w okolicach stawiających w niedawnym referendum na opuszczenie UE. Pomóc im miał splot konsekwentnego stawiania na kolejne głosowanie w sprawie członkostwa w Unii z rosnącym zainteresowaniem kryzysem klimatycznym i coraz bardziej naglącą potrzebą zapobieżenia mu.

Rozhuśtane emocje

Czy sukces ten uda im się powtórzyć w kolejnej, wyborczej rozgrywce – której na dodatek miało nie być? Sondaże przed wyborami, które w Zjednoczonym Królestwie odbyły się w czwartek nie dają jednoznacznego obrazu. W maju wahały się one w przedziale od 4 do 12% głosów.

W tym pierwszym wypadku zagrożona byłaby ich polityczna reprezentacja w Parlamencie Europejskim, a sama formacja ścigałaby się z przesuniętą mocno na prawo Partią Niepodległości Zjednoczonego Królestwa (UKIP) i rozłamowcami z Partii Pracy i Partii Konserwatywnej, tworzącymi mającą wyraźne trudności ze zdobyciem politycznego gruntu formacją Change UK. W tym Zieloni mają ona szansę na przeskoczenie Torysów, a nawet na zagrożenie laburzystom.

Przy obecnym rozchwianiu brytyjskiej sceny politycznej takie sondażowe rozstrzały wydają się raczej normą niż wyjątkiem – Partia Pracy potrafi na przykład zdobyć w zbliżonym czasie 13 bądź 25% poparcia. Niemal pewny wydaje się jedynie sukces nowej inicjatywy Nigela Farage’a – Brexit Party – a także wyraźna poprawa wyników Liberalnych Demokratów. Oba te fakty zaczynają znajdować swe odzwierciedlenie również w poparciu dla tych ugrupowań w sondażach do Izby Gmin.

Szanse na to, że ostatnie (czy aby na pewno?) wybory europarlamentarne w UK będą dla Zielonych udane nie są jednak małe. Dość wspomnieć, że do niedawna nawet wyobrażenie sobie wyższego poparcia dla nich niż dla Torysów wydawało się niezwykle trudne – dziś tymczasem realne szanse na mandat w PE ma nawet Szkocka Partia Zielonych, która konkuruje z innymi o raptem 6 mandatów z północy wyspy.

Oddać cesarzowi co cesarskie

Czym obie, siostrzane partie starały się przekonać elektorat? Na wstępie zaznaczyć należy, że tegoroczne manifesty brytyjskich partii nie grzeszyły przesadną grubością czy innowacyjnością. Nie ma czemu się zresztą dziwić, skoro Londyn pożegnać się miał z Brukselą już 29 marca. Nie dziwi również fakt, że Brexit i klimat zajęły w nich poczesne miejsce.

W wypadku Zielonych Anglii i Walii zauważyć można poświęcenie uwagi również m.in. kwestiom sprawiedliwości podatkowej – od oddzielenia od siebie skierowanej do firm działalności audytorskiej i konsultingowej po reguły udzielania zamówień publicznych, które uniemożliwiłaby udział w postępowaniach z udziałem funduszy unijnych przedsiębiorstw angażujących się w unikanie płacenia podatków.

Po raz kolejny – tym razem na fali m.in. inicjatywy amerykańskiej kongresmenki z ramienia Demokratów, Alexandrii Ocasio-Cortez – wraca stary, ekopolityczny postulat Zielonego Nowego Ładu, który tym razem powinien być zrealizowany na europejskim szczeblu. Poruszony został również temat sprawiedliwych regulacji i podziału zysków z automatyzacji, choć w dość ogólnikowym zakresie.

Energia dla Europy

Szkoccy Zieloni doprecyzowują, co kryje się dla nich pod hasłem Zielonego Nowego Ładu – 100% europejskiej energii ze źródeł odnawialnych oraz powstanie prawdziwie kontynentalnej sieci przesyłowej, tworzenie nowych miejsc pracy w sektorze, a także odejście od węgla już w roku 2030. Ich zdaniem cel neutralności emisyjnej powinien być przez Unię osiągnięty możliwie jak najszybciej.

Co ciekawe, wśród ich oczekiwań wobec Europy znalazło się również poszerzanie darmowych opcji transportowych – a tam, gdzie nie wciąż obowiązywały opłaty, wyrównywanie pola gry, na przykład poprzez kontrolowanie cen biletów kolejowych oraz opodatkowanie transportu lotniczego.

Warto również wspomnieć o innych ich ich pomysłach społeczno-ekonomicznych, takich jak zabieganie o skrócenie tygodnia pracy na poziomie Unii czy domaganie się dziesięciokrotnego powiększenia budżetu programu Erasmus+, dzięki czemu znacząco wzrósłby zakres osób, korzystających z możliwości międzynarodowej wymiany edukacyjnej.

Ostatni taki maj?

Wspomniane pomysły wpisują się w wizję sprawiedliwej społecznie i ekologicznie Europy, w rozwijanie której Zieloni z Wysp Brytyjskich – tradycyjnie w większości bardziej eurosceptyczni niż koleżanki i koledzy z kontynentu – w ostatnich latach w pełni się zaangażowali.

Ciekawie będzie zatem obserwować, czy wizja pozwoli im utrzymać pozytywny trend wyborczy – ale też czy będzie mogła wpływać na samą Europę, czy też Brexit osłabi to intelektualnie ciekawe (i całkiem skuteczne) połączenie Brytanii z kontynentem i jego polityką.

W Londynie oraz innych europejskich miastach jesteśmy świadkami nowego trendu – krótkoterminowego wynajmu prewencyjnego.

Opuszczone mieszkania komunalne, stacje policyjne, biblioteki, biura, magazyny czy szkoły chronione są przed zamianą w skłoty w zupełnie nowy sposób, stając się domem dla strzegących ich osób. Choć z pozoru wydaje się to sytuacją, w której wszyscy korzystają, tak naprawdę jest ona przejawem kiepskiego stanu miejskich rynków mieszkaniowych i koniec końców przyczynia się do normalizacji niestabilnych warunków życia.

Stukot klawiatury wypełnia zakurzoną przestrzeń londyńskiego lokum. Dwie stare sofy, które stoją w jego rogu, odsłaniają 70 metrów kwadratowych otwartej przestrzeni biurowej. Matthew, trzydziestoparoletni twórca filmów dokumentalnych, pracuje zdalnie z domu. Piętro niżej, w dawnej recepcji, może skorzystać z prowizorycznej kuchni, którą dzieli z 12 innymi osobami.

Matthew pełni funkcję strażnika tej przestrzeni – jednego z wielu tysięcy podobnych mu osób, żyjących w europejskich miastach takich jak Londyn. Zjawisko to pojawiło się w latach dziewięćdziesiątych dwudziestego wieku w Holandii jako sposób na walkę ze squattersami. Właściciel budynku zatrudniał wyspecjalizowaną firmę do zarządzania nim aż do czasu jego sprzedaży, wyburzenia lub przeprojektowania. Firma ta znajdowała ludzi – najczęściej studentów lub artystów, potrzebujących taniego dachu nad głową oraz przestrzeni do pracy – chętnych do wprowadzenia się i płacenia czynszu poniżej wartości rynkowej w zamian za możliwość szybkiego wypowiedzenia umowy w razie potrzeby.

Budynek pozostawał zajęty, a tym samym odporny na ryzyko zesquattowania. Część ze wspomnianych firm powołanych została do życia wyłącznie w tym celu, podczas gdy inne zaoferowały tego typu formę ochrony mienia jako jedną z opcji w swoim portfolio. Przez lata zdążyły one rozprzestrzenić się w innych krajach Europy – jeden z pionierów tego sektora, Camelot Europe, chwali się biurami w Wielkiej Brytanii, Irlandii, Belgii, Niemczech oraz Francji.

Zjawisko, uznawane na początku za marginalne, tymczasowe rozwiązanie dla studentów bądź artystów, stało się z czasem coraz bardziej rozpowszechnione, sformalizowane – i drogie.

Ciesząc się dobrymi opiniami ze strony mediów spotkało się jednak z krytyką prawników, ale także samych zainteresowanych, którzy dołączyli do squattersów oraz organizacji lokatorskich, zwracających uwagę na zajmowanie przez nich prawnej szarej strefy. Nie są oni bowiem ani ochroniarzami, ani mieszkańcami, co grozi im wyzyskiem wynikłym ze zdegradowania do roli sublokatorów.

Trend ten jest również przejawem szerszego problemu – problemu, który próbowano przedstawić jako rozwiązanie innych bolączek.

Co z moimi prawami?

Tego typu strażnicy mienia są w Wielkiej Brytanii uznawani przez prawo za licencjobiorców, nie zaś lokatorów – płacą zatem opłatę licencyjną, a nie czynsz. Nie są oni objęci takimi prawami lokatorskimi, jak prawo do prywatności czy gwarancja okresu najmu. Typowa umowa między strażnikiem a firmą zawiera między innymi jej prawo do sprawdzania całości budynku w dowolnym momencie – i to bez ostrzeżenia, zakaz trzymania w nim zwierząt lub przebywania w nim dzieci (nawet przez jedną noc), a także zakaz gości w budynku bez obecności „strażnika”.

Niektóre z tych nieruchomości nie obowiązują zasady, regulujące jak dużo łazienek czy pryszniców powinno przypadać na określoną ilość mieszkańców. W niegdysiejszym gabinecie lekarskim na południu Londynu dziewięciu jego mieszkańców dzieliło ze sobą jeden prysznic i jedną kuchnię. Wiele z tych nieruchomości nie oferuje dostępu do Internetu czy telefonu, a zamieszkujące je osoby nie mogą podłączyć zmywarkę czy kuchenkę. Krótki okres wypowiedzenia oznacza, że inwestycja tego typu często w ogóle się nie opłaca.

Wymagany przez firmę wobec „licencjobiorców” depozyt, mogący sięgać nawet 800 funtów, nie jest chroniony prawnie.

Firmy takie jak Camelot znane są z opieszałości w ich zwracaniu. Zamieszkującym daną nieruchomość zdarzało się otrzymywać wypowiedzenia dające im 24 godziny na wyprowadzkę – zostały one zakwestionowane przez prawników jako niezgodne z prawem, dzięki czemu minimalny okres wypowiedzenia urósł do 28 dni. Wiele z umów zabrania podpisującymi rozmawiania z mediami na temat ich doświadczeń.

W celu zapewnienia sobie ochrony przed koniecznością przestrzegania praw lokatorskich, opiekujące się nieruchomościami firmy odmawiają przebywającym w nim osobom wyłącznego prawa do danej przestrzeni – jednego z kluczowych warunków bycia uznawanym za lokatora. W praktyce oznacza to niezapowiedziane wizyty w mieszkaniach i pokojach mieszkańców, zdarzające się często raz-dwa razy w miesiącu.

Milena, zajmująca się zdrowiem psychicznym pielęgniarka z Rumunii, tłumaczy nam, jak to jest. – Nie czuję się komfortowo w sytuacji, w której do mojego pokoju wchodzi jakaś obca osoba, o czym dowiaduję się, gdy wracam do domu i czytam pozostawioną w nim kartkę. Ktoś tu był. Czuję, że naruszana jest moja przestrzeń, a jako że staram się zachować porządek nie chcę, by ktokolwiek wiedział, kiedy nie posprzątałam swoich ubrań. Płacę za wynajem, więc dajcie mi chociaż prawo do prywatności.

Osoby strzegące nieruchomości są narażone na gwałtowne wzrosty wysokości czynszu. Pewnego ranka Matthew dowiedział się z maila, że jego miesięczna opłata za mieszkanie wzrośnie w przyszłym miesiącu z 350 do 550 funtów. Zamieszkujące je osoby nie mają pojęcia, czy zostaną w nich przez miesiąc, czy może przez trzy lata.

Alice, pracująca w sektorze turystyki absolwentka archeologii, poproszona została o opuszczenie mieszkania w dwa tygodnie po tym, gdy się do niego wprowadziła, co wiązało się z olbrzymią stratą czasu i pieniędzy, na którą nie mogła sobie pozwolić. Wbudowany w model tego typu mieszkania brak bezpieczeństwa wpływa na sposób użytkowania przestrzeni. Zajmujące ją osoby wkładają mniej wysiłku w jej porządkowanie, kupują mniej mebli.

Niewielki wkład pracy i poczucie tymczasowości wiążą się z brakiem poczucia zadomowienia, odczuwanym nawet po wielu latach zamieszkiwania danego miejsca.

Wrażenie to potęgowane jest przez świadomość, że obca im osoba może właściwie w każdym momencie wkroczyć do ich pokoju. Skutki tego stanu rzeczy mocno widoczne zauważalne są w większych nieruchomościach, takich jak dawne domy opieki czy nieużywane przestrzenie biurowe. Zamki w szafkach, duża rotacja mieszkańców, poczucie anonimowości – wszystko to upodabnia je do hostelu.

Wiele osób, mających doświadczenie bycia strażnikami nieruchomości za sobą opowiada o niepokoju, związanym z wiszącą nad nimi koniecznością wyprowadzki oraz o wynikłym z braku jakichkolwiek praw i prywatności dyskomforcie. Alice wspomniała nam, że nigdy nie czuła się w takich warunkach bezpiecznie i nigdy nie kojarzyła ich z poczuciem stabilności.

Ludzie tymczasowi

Patrząc się na oczekiwania, stawiane przed potencjalnymi strażnikami nieruchomości, możemy zaobserwować, w jaki sposób trend ten łączy się z innymi trendami społeczno-ekonomicznymi, odciskającymi swe piętno na sektorze mieszkalnictwa. Wiarygodność, elastyczność, możliwość szybkiego pozbycia się kogoś lub czegoś – cechy te pokrywają się z charakterystyką grupy ludzi, tworzących opisywany przez ekonomistę Guy’a Standinga prekariat.

Dla tej tworzącej się klasy praca staje się czymś niepewnym, krótkotrwałym i elastycznym. Wzrost znaczenia kontraktów typu zero-hour (niegwarantujących minimalnej ilości godzin pracy i tym samym stałego wynagrodzenia – przyp. tłum.) jest tego najlepszym przykładem – 1,7 miliona tego typu umów zawartych jest obecnie w Wielkiej Brytanii. Stanowią one 6% wszystkich umów związanych z zatrudnieniem. To cztery razy wyższy wskaźnik niż w roku 2000.

Ten zwrot w stronę pracy czasowej i kontraktowej stanowi rdzeń tego, co opisywane jest jako „ekonomia (współ)dzielenia” (sharing economy), a co lepiej opisuje termin „ekonomia dostępu” (access economy). Jej elementem są platformy, które umożliwiają ludziom zarobienie na czasowym udostępnianiu znajdujących się w ich posiadaniu zasobów, takich jak mieszkanie (Airbnb) czy samochód (Uber, Lyft), lub też na wiązaniu producentów z dostawcami – na przykład Deliveroo.

Strzeżenie nieruchomości jest usługą, dzięki której potencjalni użytkownicy łączeni są z zarządzającymi nieruchomości po to, by czerpać wartość z tymczasowego użytkowania pustych przestrzeni. Dostarczanie usługi osobom z niestabilnymi warunkami pracy stało się jednym z symboli tego trendu.

Pomieszkujący w opuszczonych lokalach są przejawem często przez nas niezauważanych procesów, które w coraz bardziej kreatywny sposób urynkawiają kolejne aspekty naszego życia i umożliwiają czerpanie z nich zysków.

W efekcie mamy do czynienia z sytuacją, w której nawet okresy między różnymi formami użytkowania danej przestrzeni, w trakcie których do tej pory pozostawała ona nieużywana, można wykorzystać do zarabiania pieniędzy. Osoby decydujące się na taki układ płacą za „przywilej” strzeżenia obiektów, w których pomieszkują.

Prawa należących do tej grupy osób uległy rozmyciu, a może wręcz zupełnemu zawieszeniu. Będąc „strażnikami” nie przysługują im prawa lokatorskie – analogicznie do sytuacji kierowców Ubera czy kurierów Deliveroo, którzy jako niezależni współpracownicy ponosić muszą koszty inwestycji oraz ryzyka działania, nie mogąc liczyć na ubezpieczenie bądź płatne chorobowe. Tak jak Uber, który w przeciwieństwie do tradycyjnych firm taksówkarskich nie ponosi odpowiedzialności za swoich kierowców, tak samo firma oferująca tymczasowe lokum nie ma takich samych obowiązków, jak zwykły wynajmujący wobec lokatora.

Patrząc się na problem w szerszej perspektywie dostrzec możemy powstawanie nowych wzorców życia i pracy, które – choć z pozoru takie same jak dawniej – nie dają jednak dotychczasowego poziomu ochrony prawnej, wymagając przy tym akceptacji daleko posuniętej elastyczności i niepewności. W zjawisku strażników nieruchomości niczym w soczewce widoczne są postępy procesów uelastyczniania, prekaryzacji oraz ograniczonej ochrony prawnej w mieszkalnictwie.

W wyniku jego upowszechniania się, będącego dobrym przykładem sukcesów logiki neoliberalnej, dach nad głową przestaje być prawem, a staje się skutkiem ubocznym świadczenia usługi.

Idące na taki układ osoby przechodzą proces utowarowienia, w którym ich ciała zastępują infrastrukturę (na przykład kamery monitoringu). Strażnicy tacy jak Matthew, Alice czy Mirela zmieniają się w gotowe do reklamowania właścicielom nieruchomości produkty, których sloganem może być „zapewnianie godnej zaufania ochrony”, jak buńczucznie deklaruje firma Ad Hoc Property Guardians. Chętni często muszą pochwalić się referencjami, a czasem wręcz udowadniać swoją wrażliwość społeczną oraz gotowość do zaangażowania w życie społeczności lokalnej (wymóg stawiany przez Dotdotdot Property Guardians).

Czyje miasto?

Londyn, bardziej wyraziście niż większość innych miast w Europie, pokazuje nam skalę kryzysu mieszkaniowego, z którym musimy się dziś mierzyć. Prywatni najemcy potrafią tu wydawać nawet 70% swoich dochodów na czynsz, sterylne apartamenty pojawiają się na obszarach znanych niegdyś z przystępnych cen i bujnego życia lokalnego, a mieszkania komunalne popadają w ruinę i są wyburzane, ustępując miejsca prywatnym inwestycjom mieszkaniowym.

Młodzi profesjonaliści coraz bardziej wypierają przedstawicieli klasy robotniczej. Strażnicy nieruchomości odgrywają swoją rolę w tych procesach.

Analiza zielonej radnej Zgromadzenia Wielkiego Londynu, Sian Berry, wskazała, że aż 24 z 32 dzielnic korzystało z usług strażników przestrzeni do ochrony pustostanów, co w roku 2016 przełożyło się na tysiąc osób pomieszkujących w 200 budynkach publicznych. Ikona budownictwa komunalnego na wschodzie Londynu, Balfron Tower, została niedawno przekazana w ręce spółdzielni mieszkaniowej.

Od czasu, gdy w roku 2014 przestali tam mieszkać lokatorzy z mieszkań socjalnych ich miejsce zajęli „strażnicy remontowi”. Sama spółdzielnia ogłosiła niedawno, że we współpracy z deweloperem planuje ona poddać mieszkania renowacji i sprzedać na rynku. Pomieszkujący tam strażnicy, chroniąc przez lata nieruchomość przed niszczeniem oraz zeskłotowaniem, spełnili nieświadomie istotną rolę w procesie przejścia nieruchomości z rąk publicznych do prywatnych, pozwalając spółdzielni na siedzenie całymi latami z założonymi rękami i samemu będąc ofiarami dokładnie tych samych procesów.

Trendy te są aktywnie wspierane przez państwo poprzez niedawne zmiany prawne, takie jak kryminalizacja squattingu nieruchomości mieszkalnych, rozluźnienie przepisów, regulujących zmianę przeznaczenia nieruchomości z komercyjnej w mieszkalną (co umożliwia pomieszkiwanie w niej strażników) czy deregulacja rynku mieszkaniowego, która rozpoczęła się za rządów Margaret Thatcher w latach 80. XX wieku. Niemal wszystkie obiekty, zarządzane przez firmę Ad Hoc, należą do władz dzielnicowych.

Zjawisko strażników nieruchomości przesłania i normalizuje skalę pustostanów w Londynie (i to zarówno tych w budynkach publicznych, jak i prywatnych), wyczyszczonych z lokatorów w celu ich sprzedaży prywatnym deweloperom.

Musimy w tym miejscu powiedzieć, że strażnicy nieruchomości nie są jakąś naturalną, nieuchronną konsekwencją działania sił rynkowych, poprzez które osoby potrzebujące dachu nad głową gładko wchodzą w puste przestrzenie. Są częścią procesu, w trakcie którego czyści się budynki z dotychczasowych mieszkańców i zamienia się je w narzędzia do osiągania astronomicznych zysków. Zyski te możliwe są dzięki decyzjom politycznym, takim jak ułatwianie czerpania coraz większych korzyści finansowych przez właścicieli nieruchomości czy rezygnacja z zapewniania ochrony oraz niskich czynszów lokatorom.

Dla części „strażników” pomysł życia w przestronnych, nietypowych przestrzeniach wydał się całkiem interesujący. Dla większości spośród naszych rozmówców motywacją jest jednak przede wszystkim kwestia wysokich kosztów czynszu w mieście. Poszukujący w Londynie mieszkania na wynajem zmuszeni są do rezygnacji z ochrony prawnej i stabilności zamieszkania w celu zostania strażnikami nieruchomości w zamian za niższe opłaty, na które ich stać.

Choć państwo jest głównym inicjatorem tego procesu, to dla prywatnych graczy i firm miasto stało się dojną krową. Czerpią z niego zyski poprzez wykup publicznego zasobu mieszkaniowego i zmienianie go w niedostępne dla szarego człowieka apartamenty, ale też dzięki strażnikom nieruchomości. Zajmująca się tym procederem firma Camelot Europe chwali się rocznymi obrotami rzędu 5-6 milionów funtów.

Stopniowe przejmowanie publicznych zasobów przez sektor publiczny (przy wsparciu państwa) jest klasycznym przejawem neoliberalizmu i potwierdza tezę Naomi Klein że doktryna ta, zamiast osłabiać państwo, jest od niego silnie zależna w zakresie jej wprowadzania w życie.

Mylenie objawów z rozwiązaniami

Strażnicy nieruchomości są przejawem dysfunkcji londyńskiego rynku mieszkaniowego. Zjawisko to bywa tymczasem traktowane jako rozwiązanie, na którym wszyscy korzystają – rozwiązywać ma bowiem problem pustostanów, a także zapewnia tani dach nad głową. Takie postawienie sprawy zaciemnia jednak prawdziwy obraz sytuacji, stanowiąc dla polityków wymówkę do wstrzymania się z działaniem.

Posiadanie pustostanu do niedawna wiązało się z kosztami – dziś jednak okazuje się całkiem dochodowym biznesem, co z pewnością mieć będzie wpływ na zachowania właścicieli analogiczny do wzrostu wysokości czynszów, odnotowanego po upowszechnieniu się Airbnb. Choć wykorzystuje się je do pokazywania roli „niewidzialnej ręki rynku”, która rozwiązać ma wszelkie nasze problemy, to instytucja strażników nieruchomości istnieje dzięki państwu, będąc częścią problemu, nie zaś jego rozwiązaniem.

Przyczynia się do wzrostu ich nasilenia poprzez normalizację kontroli rynku mieszkaniowego przez korporacje, ograniczenia praw lokatorów i niestabilności wynajmu. Ułatwia ona procesy gentryfikacyjne i maskuje skalę realnych problemów. Staje się nowym sposobem czerpania zysków z nieruchomości, wykorzystując kiepską sytuację na rynku mieszkaniowym osób takich jak Mirela, Alice czy Matthew.

David Harvey w swej książce „Zbuntowane miasta” pisał o mieście jako przestrzeni nowego typu walk klasowych, które przyczynią się do narodzin prawdziwie rewolucyjnych ruchów.

Jego zdaniem powstaną one jako sprzeciw wobec nowym typom czerpania zysków (renty) z ludzkiej niedoli, takim jak strażnicy nieruchomości. Miasta stanowią inkubator nowych eksperymentów społecznych i politycznych – nie można jednak zrozumieć ich powstawania bez wiedzy o tym, w kontrze do czego się tworzą.

Choć kluczową charakterystyką prekariatu – w tym również strażników – jest jego fragmentacja, rozproszenie oraz brak zakorzenienia, co utrudnia mu organizowanie się i walkę o swoje prawa, to jednak znajdujący się w tym położeniu pracownicy, tacy jak kurierzy Deliveroo czy kierowcy Ubera zaczynają domagać się głosu, a strażnicy pokoju Rexa Duis publikują własne projekty zasad, którymi powinny kierować się firmy zarządzające nieruchomościami.

Tocząca się w brytyjskim Bristolu rozprawa stawia pod znakiem zapytania przyszłość instytucji strażników nieruchomości w tym kraju. Niezależnie od ostatecznego werdyktu praktyka ta unaoczniła nam istnienie pewnych trendów w europejskich miastach, takich jak stawianie potrzeb firm wyżej od takich fundamentalnych wartości, jak prawo do godnego mieszkania. Każe nam ona zadać pytania o samą przestrzeń miasta – o to w jaki sposób na jej kształt wpływają neoliberalne procesy ekonomiczne, które zmieniają i ograniczają dostęp do przestrzeni publicznych.

W jaki sposób możemy go zachować? Co się stanie z i tak już ograniczoną wolą polityczną w kwestii rozwiązania głębokiego kryzysu mieszkaniowego, który trapi Londyn i inne europejskie miasta, jeśli uzna się strażników nieruchomości za element rozwiązania problemu? Zamiast traktowania tego trendu jako odpowiedzi na stojące przed nami wyzwania powinien on stać się przyczynkiem do zbadania pogarszającego się kryzysu i udzielenia na niego wiarygodnych odpowiedzi.

Artykuł „Guardians of the Property: Pop-Up Housing for Pop-Up People” ukazał się na łamach Zielonego Magazynu Europejskiego. Tłumaczenie: Bartłomiej Kozek

Zdj. Archiwum redakcji

Zamiast silnego i stabilnego rządzenia – brak samodzielnej większości. Zamiast wyborczego nokautu – dawno nienotowany skok poparcia. To była noc niespodzianek w Wielkiej Brytanii. (więcej…)

Tegoroczne wybory miały być dla Theresy May formalnością. Zamiast tego może obudzić się bez samodzielnej większości w Izbie Gmin. (więcej…)

Czy po wyjściu Zjednoczonego Królestwa z Unii Europejskiej kraj ten stanie się liderem globalnego handlu? A może nowym rajem podatkowym u wrót Europy? Jest alternatywa! (więcej…)

Ktokolwiek dziś już u władzy lub do niej aspirujący nie może pozwolić sobie na zignorowanie poczucia niepewności, które zdaje się coraz mocniej ogarniać obywatelki i obywateli Europy. (więcej…)

Odnowa instytucji czy odświeżenie języka? A może jedno i drugie? Zieloni z całego świata dyskutowali na ten temat w Liverpoolu. (więcej…)

W odróżnieniu od wielu moich znajomych jestem z natury optymistą i zawsze potrafię zauważyć to co pozostało w szklance, a nie tylko to co się z niej wylało. (więcej…)

W poszukiwaniu nowych trendów ekopolitycznych zaglądamy do stolicy Wielkiej Brytanii. Już 5 maja wybierać będzie swojego burmistrza i radnych. (więcej…)

Dlaczego pozostanie Wielkiej Brytanii w zreformowanej UE jest najlepszym sposobem na ochronę ludzi i przyrody? (więcej…)

Jest porozumienie i wstępny projekt w sprawie dalszych relacji między Unią Europejską a Wielką Brytanią. Negocjacje Davida Camerona z Donaldem Tuskiem doprowadziły do kompromisu, który teraz musi zostać zaakceptowany przez resztę Wspólnoty.

Tusk zgodził się, by nowi imigranci, przybywający do danego kraju unijnego, mogli zostać pozostawieni poza obrębem systemu zasiłków. Sytuacja taka miałaby nastąpić w momencie uznania systemu świadczeń społecznych za przeciążony. Odcięcie od zasiłków miałoby być wprowadzone na okres 4 lat, choć Londyn domaga się nawet siedmiu. Zapis ten będzie dotyczyć wszystkich krajów, choć został dodany z myślą o Wielkiej Brytanii. Nie obejmie on osób już w tym momencie pracujących na Wyspach.

Jednocześnie Cameron ogłosił, że w razie zaakceptowania przez resztę członków tych ustaleń, będzie namawiał Brytyjczyków do zagłosowania za pozostaniem w strukturach UE w planowanym na  czerwiec referendum.

Dodał: Łukasz Markuszewski