Odpowiedź brzmi – nie! Na pewno nie dla osób mieszkających w domach jednorodzinnych, które prowadzą jednoosobowe gospodarstwo domowe. Co więcej, jest dla tych osób krzywdząca. Pokażę to na własnym przykładzie. Mija już czwarty miesiąc od wprowadzenia nowych zasad gospodarowania odpadami w mojej dzielnicy – można już zatem wyciągnąć pewne wnioski.

Jestem wdową na emeryturze, bez dodatkowych przychodów. Mieszkam w domu jednorodzinnym w jednej z dzielnic Warszawy, w której nowe zasady ustawy śmieciowej wprowadzono już 1 lutego br. Staram się gospodarować odpadami ekologicznie, nie produkować ich zbyt dużo, a odpady żywieniowe, zielsko i skoszoną trawę składam do kompostnika. Gazety i opakowania tekturowe oddaję prywatnej firmie, która odbiera je bezpłatnie co 3-4 tygodnie.

Segregacja śmieci na naszym terenie odbywa się już od kilku lat. Firma, uprzednio odbierająca od nas odpady komunalne, wprowadziła ich podział na papier, plastik i szkło – każde zbierane w oddzielnym worku. Był też oczywiście worek na odpady mieszane.

Odpady segregowane były odbierane raz w miesiącu, mieszane zaś 1-2 razy w tygodniu. Dla każdego typu odpadów określono koszt odbioru jednego worka. Koszty wywozu, jakie ponosili mieszkańcy, zależały od liczby worków i rodzaju odpadów. W moim przypadku kształtowały się one na poziomie 10-15 zł miesięcznie.

Jak to wygląda obecnie?

Niestety, firma obsługująca naszą dzielnicę odpadła w przetargu. Nawet gdyby wygrała nie byłoby już jednak szans na powrót do starych dobrych czasów. Dlaczego? Dlatego, że w życie weszła tzw. ustawa śmieciowa, a wraz z nią przyjęta przez warszawskich radnych nowa, według mnie kuriozalna, metoda naliczania opłat. Obecnie opłata nie zależy od ilości i rodzaju wywożonych odpadów, ale od liczby osób przypadających na jedno gospodarstwo domowe. Nowe stawki opłat za wywóz śmieci w Warszawie są inne dla mieszkańców domów jednorodzinnych, inne zaś – dla budynków wielorodzinnych.

Od 1 lipca 2013 stawka za wywóz śmieci w domach jednorodzinnych, w przypadku selektywnej zbiórki odpadów, miała wynosić odpowiednio: w gospodarstwach jednoosobowych – 44,50 zł, w gospodarstwach dwuosobowych – 68 zł, a w trzyosobowych i większych – 89,00 zł. Ustawa nie weszła jednak w życie z dniem 1 lipca ubiegłego roku. Protesty mieszkańców wpłynęły na zmianę wysokości stawek. Stołeczni radni uchwalili nowe, trochę niższe opłaty za wywóz śmieci.

Obecnie w przypadku domów jednorodzinnych, w których mieszka jedna osoba, opłata ta wynosi 30 zł, dla dwóch osób – 45 zł, a dla trzech i więcej – 60 zł. W blokach i kamienicach – jeżeli lokal zamieszkuje jedna osoba – trzeba zapłacić 10 zł, jeśli dwie – 19 zł, trzy – 28 zł, a cztery i więcej – 37 zł. Stawki dotyczą wywozu odpadów, gdy dokonywana jest ich segregacja.

Jak to wygląda w praktyce?

Od 1 lutego bieżącego roku do końca maja z mojej posesji zostaną wywiezione: 1 worek szkła, 1 worek papieru i plastiku oraz 1 pojemnik z odpadami mieszanymi. Usługa ta kosztuje mnie 120 zł (4 miesiące x 30 zł) – zgodnie z cennikiem firmy uprzednio obsługującej naszą dzielnicę kosztowałaby mnie ona poniżej 50 zł (a więc około 41 % obecnej ceny). Za wywóz jednego worka, zgodnie z zasadami nowej ustawy oraz uchwały Rady Warszawy, płacę więc 40 zł.

Osób zamieszkujących w domach jednorodzinnych i prowadzących gospodarstwo jednoosobowe na terenach dzielnic, takich jak moja, które do Warszawy dołączyły dopiero kilka/kilkanaście lat temu, jest bardzo dużo. W większości przypadków są to osoby starsze, na emeryturze lub rencie, owdowiałe – większość z nich to kobiety. Ich sposób gospodarowania odpadami oraz ilość tych odpadów jest zbliżona do mojej.

Czy ktoś się zastanawiał przez chwilę nad tym, jaką nierówność wprowadziły stawki obowiązujące dla gospodarstw jednoosobowych w domach jednorodzinnych? Czy o to chodziło? Mam nadzieję, że nie, tylko – jak to często u nas bywa – nikt o tym nie pomyślał.

Nie chodzi o to, by ktoś zasiadający we władzach miasta litował się nad starszymi, samotnymi osobami i ustalił dla nich niskie stawki. Chodzi o to, by byli traktowani na równi z innymi. Gdy analizuje się wysokość stawek podanych przed chwilą przeze mnie, nie sposób owej równości zauważyć. Dlaczego właśnie ta grupa społeczna, ponosi – w przeliczeniu na jedną osobę – najwyższe opłaty. Wydaje się, że zgodnie z powtarzanymi często przez polityków i samorządowców słowami, powinna ona być raczej chroniona.

Wiem, że przyjęte przez warszawskich radnych zasady są krytykowane również przez inne grupy mieszkańców. Może należałoby zastanowić się nad możliwością obciążania mieszkańców Warszawy kosztami wywozu faktycznie przez nich wytworzonych śmieci, tym bardziej, że nie sprawdza się – przynajmniej w mojej okolicy – wizja, że przyjęcie takiego rozwiązania spowoduje koniec wywożenia śmieci do lasu. W pięknym parku krajobrazowym, na obrzeżach którego mieszkam, śmieci nadal nie brakuje.

Było to niestety do przewidzenia.

Nazwisko i adres znane Redakcji

maj 2014 r.

Artykuł powstał w ramach projektu Zdaniem Seniora prowadzonego przez Fundację Zaczyn.

Nasi pradziadkowie i prababcie śmieci nie mieli. Ubrania się nosiło międzypokoleniowo, gdy się przecierały – nicowano, przerabiano na dziecięce, na ścierki. Jedzenia się nie wyrzucało, popiół wysypywało na grządki. Rzeczy przechodziły z pokolenia na pokolenie i się szybko nie rozpadały, bo nie były z masowej produkcji. Rynek, każący zmieniać samochody co kilka lat i bluzeczki co sezon, jeszcze się nie narodził. A potem poszło z górki – za dużo rzeczy, by je trzymać, masowa produkcja rzeczy, które muszą być z definicji nietrwałe, darmowe foliówki i każdy produkt w trzech warstwach folii, papieru i nie wiadomo czego jeszcze. Zanim zaczęła się moda na meble po dziadkach i wydziergane ręcznie skarpetki, pojawił się problem śmietników.

Najpierw po prostu były. Potem zaczęły być przepełnione. I były jeszcze śmierdzące zsypy w wieżowcach. I śmieci podrzucane do lasu, po tym jak wprowadzono opłaty i sprywatyzowano wywóz śmieci. Pomysł, by coś z tym zrobić, skierowano do młodego pokolenia. Oni do domu ze szkoły wrócą, i dziadkom przekażą, że plastik – tu, a odpady organiczne – tam. I jak raz w roku pobiegają z workami na śmieci po okolicznym skwerze, to może zastanowią się, zanim rzucą tam kolejną puszkę, butelkę, kartonik. Choć przecież starsi od zawsze segregowali torby po cukrze i słoiki, za opakowania szklane dostawali parę groszy na skupie, a do szkoły znosili makulaturę.

Dziś, gdy panuje nadprodukcja odpadów, segregacja śmieci i edukacja w tej dziedzinie są niezbędne. Ustawa śmieciowa jest absolutną koniecznością, jednak jej wprowadzenie spowodowało silny opór. Dlaczego tak się stało?

Opory i protesty mieszkańców nie brały się znikąd, tylko z imperatorskiego stylu wprowadzania wszystkich decyzji władzy, także tej o śmieciach. To sposób komunikacji, skrajnie lekceważący mieszkańców i niepozwalający im dojść do głosu – lub wręcz brak jakiejkolwiek komunikacji – odpowiada za ludzkie protesty i niezgody.

Dyskurs władzy od lat mówi „lud jest ciemny i nie chce segregować”. Władza każe, lud ma się podporządkować. W moim pojemniku segregacyjnym wciąż straszą obierki w folii, a butelki puste w niesegregacyjnym – lud olał dekret i robi coś władzy na złość? Bo tak długo, jak segregacja jest kolejnym „carskim dekretem”, nawet pod groźbą kary my się władzy nie damy.

Gorzej z segregacją przez instytucje: mimo drastycznego wzrostu opłat publiczne instytucje nie segregują. Papier z miejskiej administracji trafia do pojemnika na odpady organiczne, liście sprzątane z chodnika przez wynajętą przez miasto firmę do pojemnika na surowce. Mieszkańcy widzą, że dekret obowiązuje jedynie maluczkich – władza jest ponad prawem. To komunikat, że w rzeczywistości wcale nie chodzi o jakąś segregację, ekologię, zrównoważony rozwój czy jakość życia w mieście.

W Łodzi miejska legenda o śmieciarkach, które wywożą wszystko jak leci, ożyła za sprawą lokalnej dziennikarki. Wioletta Gnacikowska zapytała o los pakowanych do jednego wozu śmieci różnego rodzaju, i otrzymała standardową zapewne odpowiedź, że segregacja nastąpi na „wysypie”. Wysypisko obsługujące łódzkie Bałuty jest w Krośniewicach, sortownia w Kutnie, a kompostownia, do której powinny trafić mokre odpady organiczne, w Łodzi – napisała w łódzkim dodatku „Gazety Wyborczej” z 12 października 2013 r. Czy warto śmieci z Łodzi wozić 80 kilometrów do Kutna, stamtąd do Krośniewic 16 kilometrów, i niemal setkę z powrotem do łódzkiej kompostowni? – pyta dziennikarka w imieniu mieszkańców. I podobnie jak mieszkańcy żądający rzetelnej polityki śmieciowej nie uzyskuje żadnej odpowiedzi, poza biurokratycznymi wykrętami firmy wybranej przez miasto.

Ustawa śmieciowa ma więcej ofiar. Nagła zmiana zasad wycięła z rynku jednych, wpuściła innych. Działalność musieli zamknąć byli pracownicy miejskich służb oczyszczania, którzy na skutek poprzedniej reformy – zlecania usług w przetargu – zostali zmuszeni do samozatrudnienia, zakupu na kredyt często śmieciarek, i wrócili do punktu wyjścia, zwalniając tych, których po drodze zatrudnili.

Wśród ekonomicznie zmotywowanych mieszkańców zwiększył się nie tylko trend do zamykania śmietników, ale i niechęć wobec tradycyjnej bezpłatnej segregacji dokonywanej dotąd przez tzw. „nurków”. Ekonomizacja ekologii na usługach ustawy śmieciowej boleśnie uderzyła w solidarność społeczną i tradycyjne wartości, niezezwalające na marnowanie czegokolwiek, i każące niepotrzebne a przydatne jeszcze rzeczy dzielić z innymi. Wraz ze śmieciową rewolucją zniknęły przydomowe wystawki, nieregulaminowe pojemniki na suchy chleb, kartony na sterty reklam i stare czasopisma, worki z czystymi ubraniami – z których żyli „nurkowie”, ale i korzystali mieszkańcy. Teraz „graty” chcą odbierać od nas firmy, które na tym zarabiają, więc odbierają tylko to, co im się opłaca. Wraz z podporządkowaniem gospodarki odpadami rachunkowi ekonomicznemu w przeszłość odeszła tradycja dzielenia się z potrzebującymi współgrała z oszczędnością, przekazywaniem rzeczy dalej, szacunkiem dla ich wartości, trwałości.

Wszędzie mówią, że Polacy się nie angażują. I że to niedobrze.

Bardzo się więc ucieszyłam, kiedy na dzielnicowym spotkaniu informacyjnym w sprawie śmieci zobaczyłam 400-500 osób. Nie zmyślam sobie tego. Liczyłam rzędy i mnożyłam przez krzesła, czekając na spóźnioną ważną panią z urzędu miasta. (więcej…)