Jeszcze kilka lat temu wodór przedstawiano jako jedno z najważniejszych narzędzi przyszłej transformacji energetycznej. W tej technologii widziano nie tylko sposób na ograniczenie emisji, lecz także szansę na uniezależnienie gospodarek od importu paliw kopalnych. Energia produkowana z wiatru i słońca mogła zostać zamieniona w wodór, magazynowana i wykorzystywana w przemyśle, transporcie czy energetyce. W takim ujęciu wodór miał stać się paliwem suwerenności energetycznej.

Dziś entuzjazm wobec tej wizji jest znacznie mniejszy. Wiele projektów wodorowych okazało się zbyt kosztownych i trudnych do realizacji, a rozwój technologii postępuje wolniej, niż zakładano. Jednocześnie jednak wydarzenia na światowych rynkach energii – od wojny w Ukrainie po napięcia na Bliskim Wschodzie – przypominają, jak silnie gospodarki pozostają uzależnione od paliw kopalnych, zwłaszcza gazu ziemnego i ropy. W tym kontekście pytanie o przyszłą rolę wodoru powraca w nowej formie: nie jako modna wizja transformacji, lecz jako możliwe narzędzie ograniczania przyszłych zależności energetycznych. Jak więc wygląda globalna mapa gospodarki wodorowej?

Chiny – fabryka technologii wodorowych

Jednym z najważniejszych graczy w rozwijającym się sektorze wodorowym są Chiny. W ostatnich dwóch dekadach państwo to zbudowało dominującą pozycję w wielu sektorach technologii energetycznych, w tym w produkcji paneli fotowoltaicznych, baterii czy komponentów do turbin wiatrowych. Podobny proces zaczyna być widoczny w gosp

Stacja ładowania wodorem Zdjęcie: Canva

odarce wodorowej. Chińskie firmy szczególnie dynamicznie zwiększają produkcję elektrolizerów. Skala tego procesu oraz wsparcie państwa sprawiają, że chińskie technologie stają się coraz bardziej konkurencyjne cenowo.

Coraz wyraźniej widać też, że Pekin nie chce już tylko dostarczać komponentów, lecz także sprzedawać samo paliwo. Chiny rozwijają produkcję wodoru zarówno z węgla, jak i z OZE, a równocześnie planują eksport taniego wodoru i amoniaku do Azji Południowo-Wschodniej. To oznacza, że mogą w przyszłości kontrolować nie tylko technologie, ale i rynek zbytu przyszłej energii. Stają się więc jednocześnie katalizatorem globalnej transformacji i jej nowym hegemonem, od którego trudno będzie się uniezależnić.

Stany Zjednoczone – na granicy dwóch polityk energetycznych

Strategia Stanów Zjednoczonych wygląda zupełnie inaczej. Kraj ten dysponuje ogromnymi zasobami gazu ziemnego i w ostatnich latach stał się jednym z najważniejszych eksporterów LNG na świecie. W tej sytuacji wodór nie jest postrzegany jako całkowita alternatywa dla paliw kopalnych, lecz raczej jako ich uzupełnienie. Duża część amerykańskich projektów koncentruje się na produkcji wodoru z gazu ziemnego z wykorzystaniem technologii wychwytywania dwutlenku węgla, a naturalnym centrum tego rozwoju pozostaje wybrzeże Zatoki Meksykańskiej z jego rozbudowaną infrastrukturą petrochemiczną i portową. 

Jednocześnie rozwój sektora wodorowego w Stanach Zjednoczonych pozostaje silnie uzależniony od polityki. Programy wsparcia dla nowych technologii energetycznych przyciągnęły w ostatnich latach duże inwestycje, ale część projektów została opóźniona lub wstrzymana w warunkach zmieniającej się polityki energetycznej i nowej prezydentury. W efekcie USA pozostają graczem o ogromnym potencjale technologicznym i surowcowym, który jednak nadal traktuje wodór raczej jako element szerszej strategii energetycznej opartej na gazie niż jej główny filar.

Nowa mapa eksportu i importu energii

Transformacja wodorowa może stworzyć zupełnie nową grupę eksporterów energii. Kraje o wyjątkowo dobrych warunkach dla odnawialnych źródeł – silnym wietrze, dużym nasłonecznieniu i rozległych terenach – mogą produkować zielony wodór znacznie taniej niż uprzemysłowione gospodarki Europy czy Azji. Wśród potencjalnych liderów tego nowego rynku często wymienia się Australię, Chile, Maroko czy państwa Zatoki Perskiej.

W wielu z tych krajów powstają dziś projekty, które mają przekształcić lokalne zasoby wiatru i słońca w paliwo eksportowe. Australia planuje dostarczać wodór i amoniak do Japonii oraz Korei Południowej, Chile liczy na wykorzystanie silnych wiatrów Patagonii, a państwa Bliskiego Wschodu inwestują w ogromne instalacje produkcji zielonego wodoru, takie jak projekt w futurystycznym mieście NEOM. Jeśli choć część tych planów zostanie zrealizowana, globalna mapa handlu energią może się wyraźnie zmienić, lecz tym razem oparta nie na ropie i gazie, lecz na energii wiatru i słońca.

Samochód ciężarowy Zdjęcie: Canva

W globalnej gospodarce wodorowej szczególną rolę mogą odegrać państwa o silnym przemyśle, ale jednocześnie bardzo wysokim zapotrzebowaniu na energię. W wielu przypadkach nawet szybki rozwój odnawialnych źródeł może nie wystarczyć, by zaspokoić potrzeby ich gospodarek. Do tej grupy należą przede wszystkim Niemcy, Japonia i Korea Południowa. Kraje te planują wykorzystać wodór w transformacji przemysłu ciężkiego (od hutnictwa po przemysł chemiczny) co oznacza konieczność zapewnienia ogromnych ilości nowego paliwa. Jednocześnie Japonia i Korea Południowa należą do światowych liderów rozwoju technologii wodorowych. W praktyce oznacza to ciekawy układ: mogą importować wodór jako paliwo, a jednocześnie eksportować technologie pozwalające go wykorzystywać.

Europa – wspólna wizja, lecz różne interesy

Europa jawi się w tej układance jako przypadek szczególny. Z jednej strony to tutaj powstała najbardziej ambitna polityka klimatyczna – Zielony Ład. Z drugiej rośnie presja przemysłu, który ostrzega przed „ucieczką” do krajów, gdzie energia jest tańsza. Problem polega na tym, że Unia Europejska nigdy nie będzie jednolitym graczem jak USA czy Chiny. Każde państwo członkowskie ma własne interesy.

Niemcy koncentrują się na wykorzystaniu wodoru w przemyśle ciężkim i przygotowują się na jego duży import. Holandia rozwija porty, przede wszystkim Rotterdam, jako przyszłe centra handlu wodorem i amoniakiem. Hiszpania i Portugalia liczą na rozwój własnej produkcji dzięki bardzo dobrym warunkom dla energetyki odnawialnej. W krajach nordyckich wodór pojawia się przede wszystkim w projektach dekarbonizacji hutnictwa, takich jak produkcja niskoemisyjnej stali. Z kolei państwa Europy Środkowej widzą w nim narzędzie do ograniczania emisji w przemyśle chemicznym i rafineryjnym. W efekcie zamiast jednej europejskiej strategii powstaje raczej mozaika narodowych interesów energetycznych.

Lokalność jako alternatywa dla globalnego rynku

W tym globalnym wyścigu łatwo zapomnieć, że wodór wcale nie musi być kolejnym gazem ziemnym; uniwersalnym surowcem, który płynie rurociągami i tankowcami przez pół świata. Może być czymś zupełnie innym – narzędziem rozwoju lokalnego.

Wyobraźmy sobie klaster: farma wiatrowa, pobliski elektrolizer i zakład przemysłowy, który potrzebuje wodoru do swoich procesów. Wodór nie musi wtedy pokonywać tysięcy kilometrów, nie trzeba uzależniać się od podmiotów zagranicznych. Zamiast wielkich, ryzykownych megaprojektów setki mniejszych, bliżej ludzi i gospodarki. To daje elastyczność, bezpieczeństwo i miejsca pracy tam, gdzie dziś często ich brakuje. W tym sensie wodór może być czymś więcej niż kolejnym towarem w globalnym handlu energią. Może stać się elementem regionalnych ekosystemów energetycznych, łączących odnawialne źródła energii, przemysł i lokalną infrastrukturę.

Polska – między potencjałem a ryzykiem 

Dla Polski taka wizja jest szczególnie interesująca, ale jednocześnie stawia nas przed trudnym dylematem. Już dziś należymy do największych producentów wodoru w Europie, choć niemal cały powstaje z paliw kopalnych i trafia głównie do przemysłu chemicznego oraz rafineryjnego. Można więc powiedzieć, że wodór mamy w pewnym sensie „w energetycznym DNA”. Problem polega na tym, że jego niskoemisyjna produkcja będzie znacznie bardziej wymagająca.

Produkcja zielonego wodoru wymaga ogromnych ilości taniej energii odnawialnej. Tymczasem w wielu regionach świata, począwszy od Australii po Bliski Wschód czy Afrykę Północną warunki do jej wytwarzania są znacznie lepsze niż w Europie Środkowej. To sprawia, że wodór produkowany w tych miejscach może być w przyszłości wyraźnie tańszy niż ten wytwarzany lokalnie.

We wrześniu 2025 roku opublikowano raport Global Hydrogen Compass 2025,
przygotowany przez Hydrogen Council we współpracy z McKinsey & Company.
Dokument przedstawia aktualny stan sektora wodorowego na świecie,
wskazując ponad 500 projektów w fazie dojrzałości inwestycyjnej oraz
inwestycje przekraczające 110 miliardów dolarów.
Global Hydrogen Compass 2025 – Hydrogen Council / McKinsey & Company

Powstaje więc pytanie dobrze znane z innych sektorów energetyki: czy bardziej opłaca się produkować energię u siebie, czy sprowadzać ją z zewnątrz? Paradoks polega na tym, że kraj posiadający własne zasoby i przemysł może jednocześnie importować tańsze paliwo z zagranicy, zresztą podobnie jak dziś Polska sprowadza część węgla mimo własnych złóż. W gospodarce wodorowej podobny dylemat może pojawić się ponownie: między budową własnych źródeł produkcji a korzystaniem z tańszego paliwa z globalnego rynku.

Nowe paliwo, stare zależności

Świat coraz bardziej przypomina układ bloków i stref wpływów niż globalną wioskę. Dawne marzenie o wspólnych łańcuchach dostaw ustępuje miejsca nacjonalizmowi, protekcjonizmowi i polityce siły. Wodór, zamiast paliwa pełnej suwerenności, może stać się narzędziem nowych współzależności, tylko rozłożonych inaczej niż w epoce ropy i gazu. Absolutna niezależność okazuje się iluzją, a kluczem pozostaje umiejętne zarządzanie tymi relacjami.

Pojawia się jednak pytanie, którego Europa zbyt długo unikała: co, jeśli nasz wodór okaże się zbyt drogi, a przemysł zacznie szukać tańszych miejsc na świecie? Już dziś widać symptomy tej „ucieczki”. Energochłonne sektory, takie jak chemia czy nawozy, ograniczają produkcję, bo nie są w stanie konkurować z cenami energii poza Unią. Jeśli Europa nie znajdzie równowagi między ambicją klimatyczną a gospodarczą rzeczywistością, może się okazać, że zamiast importować wodór, będziemy sprowadzać gotowe produkty – stal, amoniak, nawozy – rzeczywiście wytwarzane z wodoru, ale poza naszym kontynentem.

To byłby najgorszy scenariusz. Zielony sen o suwerenności, który kończy się nową zależnością, tym razem nie od gazu z Rosji, lecz od zielonego amoniaku z Bliskiego Wschodu. Transformacja energetyczna nie jest bowiem tylko projektem klimatycznym. To także kwestia konkurencyjności gospodarek i miejsca państw w przyszłym systemie energetycznym. Wodór może odegrać w nim ważną rolę, ale najprawdopodobniej nie jako uniwersalne paliwo, o którym jeszcze kilka lat temu mówiono z takim entuzjazmem. Znacznie ważniejsze staje się dziś inne pytanie: kto będzie w stanie produkować tanią energię dla przemysłu i kto będzie musiał ją od niego kupować.

Jakub Fudalewski

Student V roku Energetyki Wodorowej na AGH, związany z tematyką transformacji energetycznej i technologii wodorowych. Doświadczenie zdobywał m.in. podczas stażu w Biurze Technologii Wodorowych ORLEN S.A. Od kilku lat uczestniczy w projektach i debacie dotyczącej rozwoju zielonego wodoru i OZE.

Z Krzysztofem Mroczkowskim publicystą, ekonomistą i historykiem, stałym współpracownikiem „Nowego Obywatela” rozmawia Marek Nowak.

Marek Nowak: Cofnijmy się w czasie. Jest maj 2017 roku. Redaktor Adam Szostkiewicz publikuje na swoim blogu w „Polityce” tekst „Populizm w zadyszce”, gdzie przeczytać możemy: „To trzecia przegrana populistów: Austria, Holandia, teraz Francja. Wyraźna przegrana Le Pen z Macronem liczy się najbardziej, ale porażka ksenofobów, eurofobów i islamofobów w mniejszych krajach UE też cieszy”.

W części zagranicznych mediów pojawiają się teksty mówiące już nie tylko o „zadyszce”, ale o „odwrocie fali populizmu”. Teraz wróćmy do współczesności. Nastroje są już dużo mniej optymistyczne. Wydarzenia z tego roku, a zwłaszcza wynik wyborów we Włoszech, pokazują, że był to optymizm cokolwiek przedwczesny. Jak interpretujesz wynik włoskich wyborów?

Krzysztof Mroczkowski: Na początku chciałbym podkreślić, że „fala populizmu”, o której mówisz, w mojej ocenie tak naprawdę nigdy nie została całkowicie zatrzymana. Nawet Macron by wygrać wybory z Le Pen musiał wystąpić pod nowym szyldem i się pokazać jako twarz nowego antymainstreamowego ruchu politycznego, który będzie walczył z establishmentem. To trochę zabawne, bo sam Macron jest kwintesencją mainstreamu pod każdym względem, natomiast by wygrać te wybory musiał udawać, że tak nie jest.

Premier Rutte w Holandii również przejął część retoryki populistycznej. Co więcej, jeśli popatrzymy na szerszy obrazek: wybory w Niemczech czy przede wszystkim w Austrii, gdzie skrajna prawica doszła do władzy, to widzimy, że zadowolenie liberałów z pewnych małych sukcesów jest chwilowe.

Wracając do twojego pytania, Włochy są idealnym miejscem, gdzie możemy wyraźnie zobaczyć, że nie zwalczając głównego problemu powodującego niezadowolenie społeczne w Europie, nigdy nie zatrzymamy pochodu prawicowego populizmu przez ten kontynent.

MN: Co jest tym głównym problemem?

KM: Rosnące nierówności społeczne i to, że przez ostatnie lata rządzący w Europie polityczny mainstream nie tylko z nimi nie walczył, ale wręcz prowadził i firmował politykę, która te nierówności zwiększała. Dopóki nie zanegujemy tej polityki w samym jej paradygmacie, dopóty będziemy skazani na rządy szowinistów.

MN: Grozi nam powrót faszyzmu w swej najgorszej formie?

KM: Obrazek nie musi być wszędzie aż tak jednoznaczny. Reżimy szowinistyczne mogą mieć bardziej łagodne lub wprost faszystowskie oblicze i pewnie w różnych miejscach takie oblicza będą miały.

MN: Co zatem zrobić, by zatrzymać triumfalny pochód prawicowego populizmu przez nasz kontynent?

KM: Bardzo dobrym przykładem tego co należy zrobić była odpowiedź USA i Francji przed wojną. Sprowadzała się ona do radykalnego zaprzeczenia polityce cięć, polityce „nie da się” która zakładała, że to najniższe warstwy społeczne zawsze muszą ponosić największe wyrzeczenia.

Zamiast tego postawiono na politykę, która zaczęła bezpośrednio zwalczać to, co jest sednem sprawy, czyli nierówności ekonomiczne w zakresie dochodu i w zakresie majątku. Jedynym co dziś może nas ocalić przed rządami szowinistów, jest powrót do takiej właśnie polityki.

Tak jak system neoliberalny wykorzystywał strukturę polityczną by umacniać nierówności, tak samo nowa polityka musi wykorzystywać tę strukturę, by proces ten odwrócić.

To się wiąże z podwyżkami podatków, zwłaszcza dla tych lepiej zarabiających, transferami socjalnymi, zabezpieczeniem społecznym, inwestycjami w usługi publiczne. Nie ma tu innego rozwiązania. Wiara w to, że wystarczą sztuczki marketingowe, face liftingi i nowy „brand” (marka) jest zwykłym złudzeniem.

MN: Nowy brand i face liftingi potrafią być bardzo skuteczne, jak pokazało kilka wyborów w różnych państwach.

KM: Marketing mógł być bardzo skuteczny kiedyś, ale dziś już nie będzie. Żyjemy w czasach, które nazywam czasami „internetowej widzialności”. Dawniej to polityczne reżimy panowały nad przekazem informacyjnym. Wszelkie „oficjalne wyjaśnienia” miały tę zasadniczą przewagę, że nawet jeśli ktoś miał co do nich wątpliwości, to trudno było znaleźć dla tych wątpliwości skuteczne narzędzie artykulacji.

Internet spowodował, że wszelki uzasadniony i nieuzasadniony sceptycyzm, a także teorie spiskowe o różnym stopniu wiarygodności otrzymały potężne wsparcie. Dziś każdy, kto chciałby zgłaszać swoje wątpliwości do wszelkich „oficjalnych narracji” ma do tego narzędzie.

Kolejną ważną kwestią jest to, że wszyscy polityczni aktorzy, którzy mają swój interes w destabilizowaniu sytuacji w Europie, jak np. Rosja, bardzo wspierają wszystkie te głosy, które kruszą mury europejskich establishmentów.

Trzymanie się przez reżimy status quo starych taktyk polegających na tym, że tutaj się coś marketingowo sprzeda, a tam będzie panować nad głównymi kanałami telewizyjnymi i przekazami z głównych mediów, to zwyczajne nierozumienie współczesności. Mówiąc wprost – dziś wszystko widać, a nawet gdyby nie było widać na pierwszy rzut oka, to Rosja – niekoniecznie z czystych pobudek – przyłoży „lupę” i będzie widać. Dlatego może zamiast marketingowych sztuczek lepsza będzie uczciwa rozmowa ze społeczeństwem?

MN: W swoim tekście dla „Nowego Obywatela” stosujesz pewną nieco ryzykowną analogię historyczną między współczesnymi Włochami a Niemcami z lat 30. XX wieku. Twierdzisz, że tak, jak liberalny technokrata Heinrich Brüning, który objął rządy w Republice Weimarskiej w 1930, swoją polityką doprowadził do późniejszego triumfu nazistów, tak krótkie rządy premiera Mario Montiego w latach 2011-2013 poprowadziły Włochy w podobnym kierunku.

Jest to zabieg, przyznam, bardzo efektowny i nie pozbawiony pewnej słuszności, ale czy biorąc pod uwagę choćby istotne geopolityczne różnice jednak trochę zbyt upraszczający?

KM: W pewnym sensie każda analogia historyczna jest kulawa, przez to każdą można łatwo atakować. Niemniej to, co chciałem poprzez nią powiedzieć, pozostaje absolutnie w mocy.

Cel był prosty – chciałem zwrócić uwagę na powtarzalność pewnych procesów historycznych i przestrzec, że idziemy w kierunku, w którym już szliśmy w historii i to się bardzo źle skończyło. Poziom bezrobocia wśród młodych ludzi w krajach Morza Śródziemnego bije absolutne rekordy. Każdemu nowemu pokoleniu będzie się żyło trudniej, niż pokoleniu jego rodziców. Niezadowolenie i frustracja z pogarszających się warunków życia musi gdzieś znaleźć swoje ujście.

Dlaczego akurat porównuję Włochy z Niemcami? Bo Włochy, tak jak Niemcy przed wojną, to dobry przykład jak polityka bezwzględnego neoliberalnego buta może do tego stopnia zdusić społeczeństwo, że wybierze ono wszystko, co tylko nie jest status quo.

Poprzednie włoskie rządy wybrały rolę ubezwłasnowolnionych wykonawców polityki cięć.

Siedem lat temu w tekście dla „Nowego Obywatela” pt. „Szaleństwo cięć” pisałem o tym, do czego prowadzi taka polityka. Tak naprawdę nic z tego, co napisałem w zeszłym miesiącu, nie jest ani odkrywcze, ani nowe. Procesy, o których piszę, zostały już wielokrotnie zbadane i potwierdzone. Wiemy, że tak jest i że to wszystko się źle skończy, bo zawsze się tak kończyło i tym razem nie będzie inaczej.

Trend jest jednoznaczny. Albo dokonamy naprawdę radykalnej prospołecznej korekty, albo będzie tylko gorzej.

MN: Zatrzymajmy się chwilę przy tym wątku. Kiedyś się mówiło, że wszelkie ruchy populistyczne są silne, gdy są w opozycji, ale wszelka władza bardzo szybko je zużywa. Proste recepty, jakie populiści na ogół głoszą będąc w opozycji, zbankrutują w zderzeniu z realną pragmatyką rządzenia. Tymczasem Ty przewidujesz, że tak się nie stanie.

KM: Dokładnie tak. Widzimy to także w przypadku Trumpa, o którym mówiono, że bardzo szybko skompromituje się tym, iż się nie zna na rządzeniu, sprawuje urząd w sposób absolutnie skandaliczny i że nie potrafi dbać o amerykańskie interesy. Tymczasem coraz bardziej widzimy, że jest to polityk, który ma realną szansę na drugą kadencję.

Moim zdaniem wynika to z tego, że szowinistyczni liderzy bardzo sprytnie za cel ataków wybierają dotychczasowy, znienawidzony przez dużą część społeczeństwa reżim status quo, na którym korzystała jedynie (mniejsza) część społeczeństwa włączona w merytokratyczny system awansu. Poza tym systemem pozostawało coraz większe grono ludzi, dla których stracił on legitymizacje, gdyż jego obietnice okazały się puste.

Wystarczy, że populistyczni liderzy pokazują ten fałsz, obnażają go i wytykają hipokryzję poprzedników, a będzie to jeszcze przez długi czas wystarczającym dla nich paliwem politycznym.

MN: Przejdźmy na koniec do Polski i porozmawiajmy chwilę o politycznej alternatywie. Czy wobec zbliżających się wyborów samorządowych takie porozumienia, jak to zawiązane przez stowarzyszenie Wolne Miasto Warszawa, Partię Zielonych, Razem i Inicjatywę Polską, które ogłosiło 9 lipca Jana Śpiewaka jako wspólnego kandydata na prezydenta Warszawy, to polityczna odpowiedź budząca jakiejś Twoje nadzieje?

KM: Po pierwsze, cieszę się, że parę środowisk potrafiło się porozumieć, by wspólnie spróbować przełamać duopol PO-PiS.

Co do Jana Śpiewaka, to ma on pewne wady, ale ma również zalety, z których największą jest wiarygodność. Na pewno jest to człowiek, który realnie przeciwstawił się mafii reprywatyzacyjnej i robił to w czasach, kiedy było to dużo trudniejsze, niż dziś. Kiedy ktoś z mainstreamowych oponentów politycznych będzie mu chciał zarzucić brak wiarygodności, to będzie mógł odpowiedzieć, że nie widział go walczącego z mafią reprywatyzacyjną, a on stawia się za Warszawiakami. To wiarygodność, która będzie mu pomagała.

Wobec, jak można przypuszczać, mało merytorycznej kampanii prowadzonej przez dwie największe siły polityczne, trzeci kandydat z wiarygodnym przekazem, który zamiast ściemniać mówi o rzeczach, które są ważne, ma szanse zbudować pewną polityczną siłę. Miejmy nadzieję, że nie tylko dla siebie, ale dla różnych ruchów prospołecznych.

Kolejna część rozmowy o globalnej ekspansji prawicowego populizmu i szukaniu na niego progresywnej odpowiedzi politycznej. (więcej…)

Z Jakubem Dymkiem, dziennikarzem i publicystą „Krytyki Politycznej” i współpracownikiem nowojorskiego magazynu „Dissent” rozmawia Marek Nowak. (więcej…)

Odnowa instytucji czy odświeżenie języka? A może jedno i drugie? Zieloni z całego świata dyskutowali na ten temat w Liverpoolu. (więcej…)

Była sekretarz stanu USA, starająca się o nominację prezydencką Partii Demokratycznej, Hillary Clinton, ogłosiła, że gdy zostanie prezydentką Stanów Zjednoczonych, to jej mąż, i były prezydent tego kraju, będzie osobą odpowiedzialną za gospodarkę państwa.

Oświadczyła, że jej mąż powinien „wrócić z emerytury”, by pomóc ludziom wrócić do pracy, „bo on wie jak to robić”.

W czasie prezydentury Clintona naprawie uległy finanse publiczne, nastąpił wzrost PKB i zdynamizował się wzrost gospodarczy. Jednocześnie Clinton zlikwidował dużą część ograniczeń dla sektora bankowego, co było bezpośrednią przyczyną ostatniego kryzysu ekonomicznego w 2008 r.

Clinton prawdopodobnie wygra prawybory u Demokratów i w wyborach zmierzy się z Donaldem Trumpem, który uzyska nominację republikanów. Sondaże pokazują przewagę byłej szefowej dyplomacji nad skrajnie prawicowym biznesmanem, jednak różnica między nimi sukcesywnie się zmniejsza.

Łukasz Markuszewski

O tym, jak publiczne systemy społeczne – począwszy od władz, przez służby publiczne (policję, więziennictwo czy szkolnictwo), media, aż po systemy gospodarcze i finansowe – sprawdzają się w obliczu kryzysów, można było się przekonać po katastrofie, jaką był huragan Katrina z 30 sierpnia 2005, kiedy to „puściły” tamy i zalane zostało ponad 80% miasta.

Layout 1Świetną robotą filmową oddała to ekipa Davida Simone’a w serialu Treme. Pokazane w nim zostało, jak Nowy Orlean stał się polem „niedziałania” instytucji powołanych do likwidacji szkód, odbudowy szkód i ochrony ludności.

Wcześniej, w serialu The Wire, Simone dokonał gruntownej wiwisekcji korupcji tych systemów na przykładzie Baltimore, miasta opanowanego przez gangi narkotykowe. Pokazał, jak z narkotyków żyli wszyscy: policja – bo miała zajęcie i mogła „nabijać statystyki”, więziennictwo – bo miało stały dopływ „klienteli”, media – bo miały o czym pisać i zarazem dostawały dofinansowanie, gdy pisały „po linii” władz, a także burmistrz – bo to on wyznaczał na stanowiska, które zapewniały mu głosy wyborcze.

…instytucje wykorzystały stan klęski dla własnych, niejasnych celów i interesów

W tej grze tracili natomiast mieszkańcy, których dobro liczyło się tylko w sferze deklaracji. Wymienione wyżej instytucje wykorzystały stan klęski dla własnych, niejasnych celów i interesów. Serial pokazał mechanizmy tej instrumentalizacji, a zwłaszcza mechanizmy wykluczania całych grup społecznych z przysługujących im praw i wpychania ich w obszar biedy.

Służby zawodzą

Właśnie to korupcjogenne tło ujawniło się jaskrawo przy katastrofie luizjańskiej. Bezpośrednim powodem nieszczęścia było skrajne zaniedbanie wałów przeciwpowodziowych, które od lat wymagały remontu i wzmocnienia.

Kiedy fala sztormowa zalewała miasto, niewydolne okazały się zarówno ściany arterii wodnych, jak i stacje pomp. Zawiódł transport i nie była możliwa skuteczna ewakuacja ludności. Okolice zostają ogłoszone rejonem klęski żywiołowej.

Powołana zostaje agencja kryzysowa FEMA, odpowiadająca za pierwszą pomoc (poszukiwania ofiar, wyposażenie pomocowe, zabezpieczenie leków, wody, żywności i odzieży – zwłaszcza ubrań nieprzemakalnych), jednak wkrótce okazuje się, że jest kompletnie niewydajna, a wsparcie istnieje głównie na papierze.

W rafinerii naftowej Murphy po huraganie Katrina: Do rafinerii przybywają jednostki ratownicze w celu usunięcia skutków wycieku ropy. Rafineria nie podała ilości rozlanej ropy, lecz według Straży Granicznej USA ze zbiornika wyciekło 1.072.500 galonów (1 galon = 3,785 l). Duża część tej ropy zalała tereny zamieszkałe wokół rafinerii, przekształcając je w obszary nie nadające się do zamieszkania. Według mieszkańców, prawnicy pracujący dla rafinerii dążą do kupna ich domów, aby powiększyć rafinerię i postawić magazyn zbiornikowy na ich ziemi. Foto: © Greenpeace / Christian Aslund

Na zdjęciu: W rafinerii naftowej Murphy po huraganie Katrina: Do rafinerii przybywają jednostki ratownicze w celu usunięcia skutków wycieku ropy. Rafineria nie podała ilości rozlanej ropy, lecz według Straży Granicznej USA ze zbiornika wyciekło 1.072.500 galonów (1 galon = 3,785 l). Duża część tej ropy zalała tereny zamieszkałe wokół rafinerii, przekształcając je w obszary nie nadające się do zamieszkania. Według mieszkańców, prawnicy pracujący dla rafinerii dążą do kupna ich domów, aby powiększyć rafinerię i postawić magazyn zbiornikowy na ich ziemi. Foto: © Greenpeace / Christian Aslund

Agencja ta uznana została za symbol korupcji instytucji publicznych. Gdyby nie wolontariusze, który w liczbie 950 tysięcy (zarówno bezpośrednio po katastrofie, jak i przez parę kolejnych lat) przyjechali z całego kraju, miasto pozostałoby bez realnej pomocy i nie zostałoby odbudowane.

Zawiodły także inne służby: cześć policji uciekła, część zaś „wsławiła” się stosowaniem przemocy na granicy prawa, służby więzienne robiły machlojki z wypuszczeniem więźniów lub zamykaniem niewinnych, ludzie – winni i niewinni ginęli bez śladu, a wiele śladów prowadziło właśnie do policji, więziennictwa, sądownictwa i wojska. Szalała przestępczość, która nie była rozliczana wiele lat po katastrofie. Można było mówić o upadku służb publicznych – nie tylko braku przygotowania, ale także etosu.

Media bez misji

Oskarżenie padały również w stronę głównonurtowych mediów, które estetyzowały całą tragedię, produkując chwytliwe obrazy, „naturalizowały” katastrofę i „odczłowieczały” ją przez pokazywanie jej jako „porządku natury”, z którym „trzeba się pogodzić”.

Typowe telewizyjne ujęcia to z widok z góry, z zewnątrz, oko kamery podstawiane pod widza, który patrzy się z bezpiecznego dystansu. Produkowano obrazy całościowe, bez szczegółu, „ładne”: oto natura łączy się z architekturą, a detal – jeśli się pojawia – to w formie czekającego na pomoc człowieka. Może on na nią czekać bo ją dostanie, my zaś możemy mu spokojnie współczuć. Widz jest przyzwyczajony się do tego sposobu obrazowania, wydaje mu się, że przedstawia ono „całą prawdę”, odwodząc tym od problematyzacji i refleksji.

Kontrą mogłyby być obrazy od dołu, niezdystansowane, wyprodukowane przez samych mieszkańców. Amerykanie nie mieli wtedy telefonów z nagrywaniem video – a gdyby nawet mieli, to nie było czynnej sieci, w której mogliby je umieszczać – ta bowiem padła. Lokalni dziennikarze i mieszkańcy próbowali sił w mediach niezależnych (np. film autorstwa Spike Lee opublikowany w serwisie YouTube), wprowadzając inną, oddolną, uszczegółowioną narrację o tragedii, licząc na emancypacyjny charakter tych mediów. Nie zmienia ona niestety niczego ani w głównych mediach, ani w polityce miasta.

Katastrofa jest tylko chodliwym towarem, znikającym gdy widz znudzi się tematem. Sytuacja nie zmieniła się także po katastrofie. Zainteresowanie sytuacją w Luizjanie było znikome, mimo iż kataklizm realnie wpłynął na amerykańską gospodarkę. Mieszkańcy Nowego Orleanu do dziś twierdzą, że jedynym źródłem rzetelnej informacji z tego czasu pozostaje serial ekipy Davida Simone’a.

A mury rosną…

Kolejnym oskarżonym są władze, które wdrażają sposób odbudowy miasta odzwierciedlający podziały klasowe i rasowe. Mieszkańcy masowo tracą swoje grunty, domy i miejsca pracy, przejmowane przez wielkich graczy w branży budownictwa czy rynku kulturowego.

Bogaci biali mogą liczyć na fundusze odbudowy, remont ich zniszczonych domostw i pomoc ze strony ubezpieczycieli. Klasy średnie i niebiałe, mieszkańcy mniej „chodliwych” dzielnic, wpadają w macki zorganizowanej, korupcyjnej przestępczości polegającej na takiej wycenie ich zrujnowanych domostw, że nadają się one tylko do wyburzenia lub sprzedaży za bezcen.

Wielką nierówność społeczną generował program administracji Busha zwany Road Home. Poszkodowanym właścicielom nieruchomości obiecywał on system rekompensat finansowych. Zostały one jednak uzależnione od wartości nieruchomości przed katastrofą, a nie od rzeczywistych kosztów odbudowy. Beneficjentami okazywali się więc właściciele najbogatszych posiadłości. W mieście utrwalił się podział na biednych i bogatych. Odbudowywane i budowane na nowo były w większości tzw. „lepsze” dzielnice, natomiast biedni zmuszeni byli do opuszczenia miasta.

Wielu krytyków tego systemu do dziś twierdzi, że była to prowadzona z rozmysłem polityka mająca na celu ekonomiczną i kulturową gentryfikację miasta. Zyskiwali na niej deweloperzy i inni powiązani z urzędnikami i decydentami Nowego Orleanu – producenci „nowego”.

Mieszkańcy walczyli tymczasem o „stare”: swój dorobek (materialny i kulturowy), który można było przecież uratować. Można było ocalić dawne domostwa, dzielnice i inicjatywy muzyczne.

Niestety, często wygrywały interesy: dzielnice budowane przez wielkich deweloperów i uporządkowane na nowy, bardziej segregacyjny sposób. Stare kluby muzyczne zostały zastąpione nowymi, prowadzonymi przez wielkie korporacyjne sieci, tradycyjne małe restauracje zostały przejęte przez wielkie sieciówki, stare szkolnictwo zaś wyparte przez czarterowe.

Miasto przejęła sieć wielkich interesów korporacyjnych, z realną szkodą dla dorobku ekonomicznego i kulturowego Nowego Orleanu.

Nowa szkoła

Właśnie przy szkołach czarterowych odsłonił się mechanizm działania polityki neoliberalnej. Jak w swych publikacjach pisał Milton Friedman społeczeństwa są leniwe i nieskore do innowacji. Tylko kryzys (taki jak Katrina) jest szansą na zaprowadzenie realnych zmian.

Radykalne reformy należy wówczas zaprowadzać niezwłocznie, korzystając z kryzysowego zamieszania, zanim – jak to określił eufemistycznie – społeczeństwo znów nie popadnie w „tyranię status quo”. Radził korzystać z klęski, bo druga taka okazja może się już się nie powtórzyć.

Tak też się stało w Luizjanie. Większość szkół publicznych została zrujnowana przez katastrofę – doskonała okazja, by przeprowadzić reformę systemu. Administracja Busha wyasygnowała ogromne kwoty na te przekształcenia, swoje środki dołożył biznes.

Wyprzedaż placówek państwowych przeprowadzono z szybkością akcji wojskowych – w ciągu 19 miesięcy zostały niemal całkowicie zastąpione przez prywatne szkoły czarterowe. Przestał obowiązywać wynegocjowany przez nauczycieli kontrakt zbiorowy. 4.300 nauczycieli należących do związku zawodowego zostało zwolnionych. Pozostawiono młodszych, oferując im niższe płace. Nowy Orlean stał się laboratorium eksperymentu na szeroką skalę. Huragan zdziałał dla neoliberałów to, czego nie udało im się przedtem osiągnąć przez lata.

Nauczyciele nie muszą już mieć kwalifikacji, ale muszą być w pełni dyspozycyjni. Nie mają ochrony związkowej ani praw w rodzaju Karty Nauczyciela. W szkołach panuje „dobrowolna” segregacja – religijna, etniczna, płciowa i ekonomiczna. Brakuje ochrony uczniów z problemami – w zamian promowana jest brutalna rywalizacja.

Stwierdzono niższy poziom wszystkich uczniów. Dzieci z rodzin wyższego ryzyka osiągały wyniki na poziomie znacznie gorszym, niż te ze szkół publicznych. Szkoły te zakwestionowały konieczność istnienia sektora publicznego, którego istnienie uważają za sprzeczne z interesem społecznym. Same jednak się na sferze publicznej uwłaszczyły – Naomi Klein zwróciła uwagę na fakt, że szkoły te finansowane są także z publicznych pieniędzy.

Możliwości kontroli społecznej?

Casus Katriny i Nowego Orlenu powinien być dla nas nauczką. Jak się przed tym wszystkim bronić, skoro skorumpowane instytucje publiczne wyprodukowały skuteczne mechanizmy uwłaszczania się na tym, co wspólne? Czy mamy iść za dynamicznym zapisem tragedii przedstawionej w serialu, kiedy to mieszkańcy prowadzą śledztwa na własną rękę?

Prawniczka w serialu uruchamia to, co powinno robić państwo – system nadzoru, docieranie do prawdy – także w zakresie tego, czy tamy zostały wysadzone celowo. Czy powinniśmy społecznie uzupełniać wszystko to, w czym państwo zawodzi i co ukrywa przed obywatelem? Gdzie obywatele są zdani sami na siebie i tylko od ich sprytu w wykorzystywaniu luk w systemie zależy, czy mogą się obronić?

Czy mottem dla nas mają stać się słowa Simone’a Wydział zabójstw. Ulice śmierci, Warszawa 2102, s. 23: Dowcipkują i wymieniają szeptem komentarze, ale nawet najmłodsi wiedzą, że trzeba odwrócić oczy i zamilknąć na pierwsze pytanie mundurowego. Nie ma żadnego powodu, aby zachowywać się inaczej, ponieważ za pół godziny zabity będzie leżał na stole w kostnicy przy Penn Street, ludzie z Dzielnicy Zachodniej będą sączyć kawę w 7-Eleven przy Monroe Street, a dilerzy znowu będą sprzedawać niebieskie torebki na zapomnianych przez Boga skrzyżowaniach Gold i Etting. Nic, co się teraz powie, tego nie zmieni.”?

Świetną ilustracją tego, o czym tu mowa, jest sekwencja z „Treme” pokazująca dzień pierwszego wyborczego sukcesu Obamy – w kilku minutach autorzy zebrali w niej wszystko: amerykański, prawie religijny patos piosenki „Every Man A King”, poczucie zmiany, wkraczania nowego, zrywu, pokonania wiekowych niesprawiedliwości… ale też sceptycyzm czarnego indiańskiego wodza, który zbyt wiele widział, żeby teraz po prostu wierzyć, jak również przytłaczającą scenę końcową, kiedy jeden ze świętujących muzyków gaśnie, patrząc na migające kogutami samochody policjantów otaczających powyborcze święto kolorowego Nowego Orleanu.

Piosenka ta to czytelne dla wielu w Ameryce nawiązanie do postaci i pomysłu politycznego Hueya P. Longa, gubernatora Luizjany na początku lat trzydziestych XX wieku i senatora USA, który próbował przeprowadzić systemową redystrybucję majątku Amerykanów w momencie, w którym 4 procent Amerykanów posiadało 85 procent bogactwa Ameryki, a ponad 70 procent ludzi w Ameryce nie było w stanie spłacać swoich długów.

Nawiązanie do tamtego czasu i tamtych idei w kontekście wybuchu nadziei związanych z pierwszym zwycięstwem wyborczym Obamy, pokazane Amerykanom i nam w momencie, w którym z tamtych nadziei nie zostało już wiele, jest jak sądzę świadomie wysłanym sygnałem twórców serialu. Ówczesny problem i wynikające z niego wyzwania pozostają, ponieważ wciąż tkwimy w tym samym systemowym uwikłaniu.

Dlaczego także ludzie świadomi i krytyczni, zdolni do obserwowania realnych sytuacji politycznych, społecznych czy kulturowych wokół siebie, nie tylko godzą się na swoje działanie wewnątrz takich systemów ale więcej: wykorzystują swoją twórczą inteligencję i wynikające z niej możliwości na rzecz ich rozwijania?

Powiedzmy od razu, że łatwo narzucająca się odpowiedź „ponieważ mają z tego bezpośrednie, krótkoterminowe lub długoterminowe korzyści” na pewno nie jest nie wystarczająca, a kto wie, czy po prostu błędna. Korzyści też mają – zwłaszcza te doraźne – ale w perspektywie ostatecznej nie jest to takie pewne. Akceptują system, który – nawet szczerze chcąc odnowić – w skutku przegrywamy: dostajemy nie to, po co wyruszyliśmy w polityczną przygodę, ale to, co chcieliśmy naprawić. Układ, w którym tkwimy coraz mocniej, coraz bardziej bezwładnie i beznadziejnie.

Odpowiedź na pytanie o powody działania tych, którzy mimo swojego krytycyzmu utwierdzają system brzmi więc inaczej. Nie chodzi o korzyści. Oni to robią, ponieważ w istocie nie wierzą, że można skutecznie istnieć poza systemem, jakikolwiek on w każdym konkretnym przypadku jest. Nie ma większego znaczenia, czy wiarę tę choćby przez chwilę żywili, czy, co bardziej prawdopodobne, nigdy jej nie mieli.

Co nam więc pozostaje? Pisać, jak mieszkańcy Nowego Orlenu swoje adresy i numery telefonów na ścianach opustoszałych budynków? Pogodzić się z katastrofą – także sfery publicznej? Pytanie o możliwości przezwyciężania społecznej bezwładności pozostaje otwarte.

Jak donosi ośrodek badawczy Pew Resarch Center, po raz pierwszy od czterdziestu lat klasa średnia przestała stanowić połowę amerykańskiego społeczeństwa. W 2015 r. do klasy średniej należało 49,9% obywateli USA. Dla porównania w 1971 r. do klasy średniej zaliczało się ponad 60%.

Wraz z chudnięciem klasy średniej wzrósł procent przedstawicieli klasy niższej (z 16 do 20%) oraz wyższej (z 4 do 9%). Bez zmian pozostał procent aspirujących do klasy średniej (9%) i do klasy wyższej (12% od 1981 r., dekadę wcześniej 10%).

Wzrost nierówności w USA spędza sen z powiek amerykańskim wyborcom, którzy oczekują od polityków zdecydowanych kroków, które doprowadzą do zahamowania i cofnięcia tego procesu. W grupie poszukujących ratunku od pogarszających się warunków życiowych są zwłaszcza młodzi ludzie, obciążeni kredytami studenckimi lub pracujący na bardzo niskich pensjach w niepewnych warunkach zatrudnienia. Według ośrodka Pew Resarch Center, tylko emeryci nie zwiększyli swojego przedstawicielstwa w grupie klasy niższej, w przeciwieństwie do młodych poniżej 30 roku życia, którzy najmocniej stracili na przemianach ekonomicznych ostatnich czterech dekad.

Dodał: Łukasz Markuszewski

Negocjacje umów o wolnym handlu pokazują, jak słabo nasze rządy chronią nas przez ponadnarodowymi firmami-gigantami. (więcej…)

Poprawność to za mało, by wysoko ocenić politykę zagraniczną Tuska i Sikorskiego. Świat się zmienia, a Polska trzyma się starych dogmatów. Marcin Wrzos podsumowuje 4 lata w polityce zagranicznej. (więcej…)