Wartość ochrony ekosystemów morskich dla społeczeństwa – Wydział Nauk Ekonomicznych Uniwersytetu Warszawskiego i Fundacja MARE przedstawiają wyniki najnowszych badań Na ile Polacy wyceniają korzyści związane z realizacją programu oczyszczania wraków zagrażających środowisku Morza Bałtyckiego? Czy te korzyści przewyższałyby koszty takiej interwencji? Kompleksowa analiza korzyści i kosztów przeprowadzona przez dr Ewę Zawojską i mgr Katarzynę Zagórską (WNE Uniwersytet Warszawski) we współpracy z przedstawicielami instytucji partnerskich – Julianem Sagebiel (iDiv) i Patrycją Nowakowską (Instytut Oceanologii PAN) – pokazuje, że proponowany dziesięcioletni program oczyszczania potencjalnie niebezpiecznych wraków może zapewnić korzyści środowiskowe i ekonomiczne prawie 30 razy większe niż jego koszty.

Według danych Biura Hydrograficznego Marynarki Wojennej w polskich obszarach morskich zalega ponad 415 wraków. Przyczynami zatonięć jednostek pływających są m.in. wypadki, działanie sił natury i operacje militarne. Okręty i statki, które spoczęły na dnie Bałtyku w ciągu ostatnich 200 lat, zwłaszcza te po konfliktach zbrojnych, mogą stanowić poważne zagrożenie dla ekosystemów morskich oraz społeczności zamieszkujących wybrzeże. Głównymi źródłami tych zagrożeń są: paliwo, oleje oraz inne substancje chemiczne zalegające w zbiornikach.

W badaniu przeprowadzono analizę kosztów i korzyści (z punktu widzenia społeczeństwa Polski) programu prewencyjnego oczyszczenia wraków zatopionych w polskiej strefie Bałtyku z paliw i innych substancji niebezpiecznych. Taka analiza pozwala ocenić, czy z ekonomicznego punktu widzenia taki program opłaca się wprowadzać – to znaczy, czy program przyniesie więcej korzyści niż kosztów. W ramach badania rozważono 10-letni program – pierwszy rok obejmowałby przygotowania i dokonanie ocen ryzyka stwarzanego przez wraki, a w kolejnych latach wraki zakwalifikowane jako niebezpieczne byłyby oczyszczane w kolejności od tych stanowiących największe ryzyko dla środowiska. Analiza dotyczyła tylko wraków potencjalnie niebezpiecznych dla środowiska znajdujących się w polskich wodach Bałtyku. Na podstawie projektu zrealizowanego w latach 2019-2021 przez Instytut Morski w Gdańsku we współpracy z Fundacją MARE wytypowanych zostało 18 takich wraków. Wytypowane wraki wymagają przeprowadzenia dokładnych ocen ryzyka w celu weryfikacji istniejącego zagrożenia dla środowiska.

Korzyści dla społeczeństwa z takiego prewencyjnego programu oczyszczenia wraków zostały oszacowane przy wykorzystaniu ekonomicznej metody wyceny warunkowej. Wycena warunkowa to ekonomiczny sposób wyceny wartości dóbr i zasobów. Opiera się na ankietach i służy do szacowania w kwotach pieniężnych wartości dóbr/zasobów, które nie są sprzedawane na rynkach, a więc nie mają swojej ceny (tzw. dobra nierynkowe). Tą metodą można oszacować wartość takich zasobów/dóbr, jak czyste powietrze czy ochrona środowiska. W oparciu o ankiety przeprowadzone w styczniu 2024 r. na reprezentatywnej próbie Polaków liczącej 3457 respondentów z całej Polski oszacowano, że wartość korzyści prewencyjnego programu oczyszczenia wraków dla społeczeństwa Polski to ponad 30 mld zł.

Na potrzeby analizy korzyści-kosztów oszacowano także koszty wdrożenia prewencyjnego programu badań i oczyszczania wraków. Całkowity koszt wstępnych badań 18 wraków wytypowanych jako te o potencjalnie najwyższym ryzyku wycieku substancji niebezpiecznych to około 8,7 mln zł. Natomiast kolejny etap realizacji programu, czyli oczyszczenie szczególnie niebezpiecznych wraków z paliw i innych substancji niebezpiecznych, to około 923 mln zł. Oszacowania kosztów zostały przygotowane przez firmę Profesea sp. z o.o.

Oznacza to, że koszt planowanej interwencji to łącznie 931,7 mln zł, natomiast potencjalne korzyści to ponad 30 mld zł. Przeprowadzona analiza wykazała zatem, że suma korzyści z wdrożenia programu zarządzania wrakami i docelowego oczyszczania wraków potencjalnie niebezpiecznych 30-krotnie przekracza koszty oczyszczania.

Wraki statków to tykające ekologiczne bomby zegarowe” – stwierdziła dr Ewa Zwojska. „Nasze badanie nie tylko podkreśla wykonalność i konieczność takich programów oczyszczania, ale także podkreśla pilną potrzebę systemowych działań w celu ochrony naszych ekosystemów morskich”.

Wyniki ankiety wskazały również, że 81,20 proc. respondentów twierdzi, że słyszało wcześniej o wrakach statków zatopionych na dnie Bałtyku, a 56,44 proc. wiedziało wcześniej o problemach dla środowiska naturalnego Bałtyku powodowanych przez wraki. Ponadto 61,73 proc. respondentów powiedziało "Bałtyk jest dla mnie ważny".

Fundacja MARE od lat aktywnie edukuje na temat działań, jakie każdy indywidualnie i wszyscy
razem jako społeczeństwo możemy podejmować, aby chronić Bałtyk – dla wszystkich istot ludzkich i nie-ludzkich i dla dobra całego ekosystemu.

Temat potencjalnie niebezpiecznych wraków na dnie Bałtyku to jeden ze sztandarowych projektów MARE.” – podsumowuje Olga Sarna z Fundacji MARE. „Fundacja nawołuje do alokacji odpowiednich środków na rzecz ochrony Bałtyku oraz o podjęcie działań prewencyjnych na rzecz neutralizacji zagrożenia stwarzanego przez paliwa i inne substancje niebezpieczne dla środowiska, zalegających w zbiornikach wraków”.

Wyniki w bardzo streszczonej wersji popularnonaukowej, tzn. infografik, można zobaczyć poniżej. Wyniki w wersji naukowej, ze szczegółami metodologicznymi, będzie można usłyszeć w lipcu 2024 r. podczas warsztatu „REE/JEEM Workshop on Non-Market Valuation” odbywającego się na zakończenie najważniejszej europejskiej konferencji w dziedzinie ekonomii środowiska (29th Annual Conference of the European Association of Environmental and Resource Economists).

Badanie sfinansowano z programu „Inicjatywa Doskonałości – Uczelnia Badawcza” na Uniwersytecie Warszawskim w ramach projektu “Wartość ochrony ekosystemów morskich dla społeczeństwa – Ekonomiczna wycena oczyszczenia wraków na dnie Morza Bałtyckiego” zrealizowanego z konkursu „Nowe Idee 2A w Priorytetowym Obszarze Badawczym V”. Współautorzy badania: Ewa Zawojska, Katarzyna Zagórska, Julian Sagebiel, Patrycja
Nowakowska.

Źródło: https://doi.org/10.17605/OSF.IO/RKT7H

Materiały dodatkowe:
LINK DO INFOGRAFIKI OMAWIAJĄCEJ WYNIKI BADANIA:

Kliknij, aby uzyskać dostęp MARE_INFOGRAFIKA_1_WARTOSC_final.pdf

Kontakt:
Fundacja MARE: Olga Sarna, osarna@fundacjamare.pl, tel. 604668682
Uniwersytet Warszawski: Ewa Zawojska, ewa.zawojska@uw.edu.pl

W dniu 24 września 2019 r. Rada Wydziału Biologii Uniwersytetu Warszawskiego przyjęła uchwałę w sprawie kryzysu klimatyczno-ekologicznego.
Czytamy w niej m.in.
„W obliczu wywołanych działaniami ludzkimi postępujących zmian klimatu, dewastacji środowiska i towarzyszącego im drastycznego spadku różnorodności biologicznej w skali globalnej, uznając, że przeciwdziałanie tym zmianom jest jednym z najważniejszych wyzwań, przed którymi stoi współczesne społeczeństwo, zobowiązujemy się do niezwłocznego podjęcia działań zmierzających do powstrzymania kryzysu klimatyczno-ekologicznego.”
W kolejnych punktach wymieniono zobowiązania Władz Wydziału, pracowników i studentów. Od dziś kryterium ograniczenia śladu węglowego i wpływu na środowisko ma być uwzględniane przy podejmowaniu wszelkich decyzji, dla których jest ono adekwatne.
Wydział podjął się też opracowania długoterminowej strategii ograniczenia śladu węglowego, zmniejszenia energochłonności budynków, wprowadzenia pełnej segregacji odpadów, a także prowadzenia skutecznej dydaktyki dotyczącej globalnych zmian klimatu i zagrożeń środowiska oraz stania na straży wiedzy i metody naukowej w debacie publicznej na te tematy.
Na koniec zaapelowano do władz Uniwersytetu Warszawskiego o opracowanie strategii osiągnięcia przez Uniwersytet neutralności klimatycznej w możliwie bliskiej cezurze czasowej.
Równocześnie z przyjęciem uchwały przez Radę Wydziału, weszła w życie lista szczegółowych procedur i zaleceń Dziekana Wydziału, w tym, m.in., wprowadzenie szkolenia dotyczącego odpowiedzialności klimatyczno-ekologicznej dla studentów rozpoczynających naukę, zalecenie ograniczenia służbowych podróży lotniczych, zalecenie stosowania papieru z recyklingu, zasada dostępności posiłków wegańskich w stołówce Wydziału i na spotkaniach konferencyjnych oraz eliminacja jednorazowych opakowań plastikowych.
*** Oba dokumenty dostępne są pod tym linkiem: http://www.biol.uw.edu.pl/pl/index.php?option=com_content&view=article&id=2715&Itemid=522

Źródło: Informacja prasowa Rada Wydziału Biologii Uniwersytetu Warszawskiego

Jeśli podoba Ci się to, co robimy, prosimy, rozważ możliwość wsparcia Zielonych Wiadomości. Tylko dzięki Twojej pomocy będziemy w stanie nadal prowadzić stronę i wydawać papierową wersję naszego pisma.
Jeżeli /chciałabyś/chciałbyś nam pomóc, kliknij tutaj: Chcę wesprzeć Zielone Wiadomości.

Od pół roku docierają do nas przez media różnego rodzaju sygnały o buntach młodych naukowców, studentów, pracowników naukowych. W prasie grożą strajkiem młodych humanistów, straszą powolnym staczaniem się polskiej nauki oraz doktoratem Goliszewskiego. Sam byłem przekonany o złej sytuacji edukacji wyższej w Polsce, dopóki nie dowiedziałem się, że Uniwersytet Warszawski tworzy nowy regulamin. Byłem głupi i ślepy, lecz przejrzałem na oczy i mam radosną nowinę! Uniwersytet Warszawski odkrył sposób, by znaleźć pracę młodym naukowcom, naprawić swoją sytuację finansową oraz najbardziej efektywnie dostosować Uniwersytet do rynku pracy!

Rozwiązanie bolączek UW jest dość skomplikowanym tematem, dlatego też muszę wytłumaczyć niezorientowanemu Czytelnikowi historię ostatnich kilku dni. Otóż w poniedziałek wieczorem poszedłem protestować na obrady parlamentu studenckiego. Sala parlamentu wypełniona była po brzegi, były transparenty i statystyczni studenci podobni do mnie. Typowy protest studencki, jakiego nawiasem mówiąc nikt nie widział od kilkunastu lat. A przynajmniej ja nie widziałem. Są setki miejsc w Warszawie, gdzie można siedzieć w ciepły wieczór i sączyć różne napoje, więc co skłoniło mnie oraz innych studentów do przyjścia na zebranie parlamentu studenckiego? Wyobraźcie sobie, że typowa solidarność studencka. Której też od kilkunastu lat nikt nie widział.

Parlament miał głosować nad przyjęciem nowego regulaminu, jednak głosowanie ze względów proceduralnych przełożono. Nowy regulamin miał wprowadzić opłatę za spóźnienie się z oddaniem pracy dyplomowej. Innymi słowy: jak nie napiszesz do końca września swojej pracy licencjackiej bądź magisterskiej, to płacisz, o ile chcesz się bronić i pozostać studentem przez kolejny rok. Wysokość opłaty zależy od wydziału; na „bogatym” prawie płaciłoby się około 1500 zł, a na „biednej” socjologii 400 zł, tak więc traktuje się studentów niemalże równo. Student, który nie napisał pracy na czas, powtarzałby rok i zachowywał legitymację. Regulamin ma zmusić studentów do pisania prac dyplomowych w terminie, zgodnie ze starym PRL-owskim hasłem pojawiającym się przy każdym proteście przeciwko władzy: „studenci do nauki”. Ta, „studenci do pracy, a pasta do zębów”, myślałem, idąc w buntowniczym nastroju na protest.

Myślałem, że jeśli student nie napisze pracy i zabierze mu się legitymację, to będzie miał więcej motywacji, niż jak mu się każe zapłacić i nie zabierze legitymacji. Przecież studencka legitymacja daje zniżki na komunikację, usługi gastronomiczne i wiele innych przywilejów, więc zysk z jej posiadania to więcej niż 1500 złotych rocznie – dopiero ten przepis byłby demotywujący dla tych, którzy nie chcieliby kończyć studiów na czas. Nowy regulamin miałby zupełnie odwrotny od zamierzonego skutek. Protestujący mówią, że opłaty są na razie niskie na zachętę, że za rok UW na pewno je podwyższy, bo tak wskazują dotychczasowe doświadczenia. Znam wydziały, na których opłaty za warunki oraz powtarzanie roku skoczyły w ciągu ostatnich lat dwukrotnie i wciąż rosną. Dodatkowo wiele badań potrzebnych do napisania pracy dyplomowej trwa dłużej niż rok, więc student tak naprawdę musiałby często fałszować wyniki swoich badań, aby dostosować się do terminów. Duża część profesury mojego wydziału (socjologii na Karowej) skończyła pracę dyplomową po terminie. Nie dlatego, że się leniła i żłopała piwo, ale po to, aby ta praca była dobrze napisana.

Koszty studiowania i życia na studiach należą w Polsce do najwyższych na świecie, więc przepis uderzałby tak naprawdę w najbiedniejszych studentów, którzy są zmuszeni sytuacją finansową do jednoczesnego studiowania i pracowania. Pracujący na pełen etat student raczej nie wyrobi się z pracą w terminie, jeśli chce ją dobrze napisać. Dodatkowym argumentem jest to, że student zachowałby swój status o rok dłużej i Uniwersytet dłużej by mógł za niego doić państwo (za każdego studenta UW dostaje od państwa dotacje), a w praktyce nie pałętałby się profesorom, ponieważ nie miałby już zajęć. Podsumowując, chodzi tak naprawdę nie o „wiecznych studentów”, tylko o wydojenie studentów i państwa na przez Uniwersytet.

Słyszałem o ludziach piszących za pieniądze prace dyplomowe innym studentom. By stworzyć pracę dyplomową, potrzeba też współpracy ze studentem, na którego zlecenie ma się pisać, ponieważ osoba pisząca zazwyczaj nie zna się na dziedzinie, w której ma stworzyć pracę. Student musi więc chodzić do promotora i dokładnie zapamiętywać jego uwagi do kolejnych rozdziałów, a następnie przekazywać uwagi promotora osobie piszącej pracę. Później ma spokój, a osoba pisząca nanosi uwagi i tworzy kolejne rozdziały wedle wskazówek promotora. Prace takie zazwyczaj kończą się oceną bardzo dobrą, ponieważ w pracy jest wszystko, czego chciał promotor, a student doskonale „współpracował przy pisaniu pracy z promotorem”, choć własnej inwencji naukowej nie wykazał. Koszt pracy waha się, o ile dobrze pamiętam, pomiędzy 1000 a 5000 tys. złotych, więc jeśli opłaty jeszcze wzrosną i przestanie się opłacać zatrzymywać legitymacje, to zacznie się jeszcze bardziej opłacać kupowanie prac.

Ludzie piszący prace dyplomowe studentom wcale nie uważają, że robią coś złego. Jeśli szkolnictwo wyższe jest nastawione na rynek pracy, a wiedza jest towarem, to z jakiego powodu mają nie sprzedawać swojej wiedzy i umiejętności pisania? Jeśli dyplomy robi się po to, by mieć lepsze miejsce pracy, a nie po to, by mieć jakieś umiejętności, to dlaczego nie kupić takiego dyplomu? Czas, który trzeba poświęcić na pisanie pracy magisterskiej, można przecież poświęcić na pracę w korporacji i zarabianie pieniędzy, a pisanie zostawić zawodowcowi z doświadczeniem. I student, i piszący prace są w ten sposób bardziej efektywni w tym co robią, a promotor jest szczęśliwy, bo ma w pracy dokładnie to, co chciał i nie musi dyskutować ze studentem, który być może miałby inny pomysł na rozprawę.

Studentom prace piszą zazwyczaj doktoranci i inni młodzi naukowcy. Niektórzy nie mają innego wyboru ze względu na ubóstwo polskich doktorantów, inni zwyczajnie lubią pisać prace naukowe, a nie ma dla nich pieniędzy w instytucjach zajmujących się nauką. Skoro nie ma dla nich pracy w nauce, bo system grantowy słabo funkcjonuje, a uczelnia nie ma pieniędzy, to będą robili naukę na czarno. Nie mają poczucia, że robią coś, co niszczy naukę – nauka została zniszczona w momencie, w którym uniwersytety poszły w ilość studentów (oraz zdzieranie z nich kasy) i dyplomów, a nie w jakość kształcenia i prac. Skoro przykład idzie z góry, to nie mają poczucia, że robią coś złego. Po prostu na szaro zarabiają pieniądze.

W poniedziałek parlament wydał zarządowi – pod wpływem protestu – pełnomocnictwo do prowadzenia negocjacji z władzami UW. Po dwóch dniach zapytałem senatora Mateusza Mrozka na Facebooku, jak idą negocjacje. Sprawa była dla mnie prosta: albo z regulaminu zostanie usunięty zapis o opłatach, albo negocjacje biorą w łeb. Tymczasem Mateusz odpowiedział mi, że niestety raczej inaczej widzimy zmiany w regulaminie i wynegocjowali uzupełnienie regulaminu ustawami. Poczułem się zrobiony w konia, w końcu poszedłem na protest, który zmusił parlament do wydania oświadczenia wspierającego zarząd, a zarząd wykorzystuje protest do kręcenia własnych lodów.

Idąc dziś rano do autobusu, zobaczyłem ulotkę z Panią Samantą reklamującą swoje wdzięki. I mnie olśniło! Już rozumiem, jak można inaczej patrzeć na sprawę… przecież tu jest potrzebna taka sama regulacja, jak w przypadku prostytucji! Prostytucja jest w Niemczech legalna, odprowadzane są od niej podatki, klienci są szczęśliwi, osoby postronne też – bo z podatków można wybudować jakieś drogi i inne pożyteczne rzeczy. Co to ma do Uniwersytetu? Uniwersytet ma przecież przygotowywać do wykonywania zawodu. Czy do pracy w korporacji umiejętność napisania pracy magisterskiej jest potrzebna? Nie jest! A czy dyplom magisterski jest potrzebny? Jest! Trzeba więc zrobić to, co Niemcy zrobili ze swoimi pracownikami seksualnymi: zalegalizujmy pisanie cudzych prac za pieniądze! Prace dyplomowe pisaliby fachowcy – czyli młodzi naukowcy – więc byłyby lepszej jakości. Młodzi naukowcy mieliby pracę, na której brak teraz narzekają i to w zawodzie! Uniwersytet pobierałby część zysków od każdej pracy dyplomowej, więc Uniwersytet też miałby pieniądze! Studenci zamiast się lenić, protestować czy pisać prace, pracowaliby w korporacji. A wprowadzenie nowego regulaminu przybliża nas do tej idealnej sytuacji!

Drodzy studenci, jeśli pragniecie dobra Uniwersytetu nie chodźcie na protesty, nie podpisujcie poniższej petycji, pracujcie dla korpo i niczym się nie przejmujcie.