Nowe dane OECD za 2025 rok

Informacja prasowa

Dziś Komitet Pomocy Rozwojowej OECD opublikował wstępne dane dotyczące Oficjalnej Pomocy Rozwojowej (ODA) za 2025 rok, potwierdzając bardzo niepokojący trend. Już trzeci rok z rzędu państwa członkowskie UE – w tym Polska – ograniczają wydatki w ramach oficjalnej pomocy rozwojowej.

Polska jest jednym z krajów, w których poziom oficjalnej pomocy rozwojowej był niższa w 2025 roku niż w roku poprzednim (-19 %), głównie ze względu na niższy poziom kosztów wsparcia uchodźczyń i uchodźców, które – zgodnie z metodologią DAC OECD – można kwalifikować jako ODA. Polska ODA stanowiła tylko 0,16 % polskiego dochodu narodowego brutto (DNB). To nieznacznie więcej niż w 2021 roku (0,15% ODA/DNB), czyli w roku poprzedzającym inwazję rosyjską na Ukrainę.

W 2025 roku Polska przeznaczyła na pomoc rozwojową 6,1 mld zł: 2,1 mld zł w ramach pomocy dwustronnej (34%) i ok. 4 mld zł w ramach pomocy wielostronnej (66%) czyli za pośrednictwem instytucji międzynarodowych, takich jak Unia Europejska, do których Polska wnosi swój wkład finansowy.

Polska pomoc rozwojowa i humanitarna dla Ukrainy wyniosła w 2024 roku 676,5 mln zł, w roku poprzednim było to 764 mln zł, a w 2023 – 966 mln zł. W kwocie tej nie są raportowane koszty wsparcia dla osób uchodźczych z Ukrainy, które przebywają w Polsce. Pomoc osobom uchodźczym w kraju donora to odrębna kategoria wydatków. W 2025 roku wyniosła ona 827 mln zł, co stanowiło 13,6 % całkowitej polskiej ODA za ten rok.

Jak sytuacja wygląda w całej Unii Europejskiej? W 2025 roku aż 17 państw członkowskich UE zmniejszyło swoje ODA, co oznacza spadek wkładu państw UE o 9,9% od 2024 roku.

Te cięcia nie dzieją się w próżni. Wpisują się w globalny trend ograniczania pomocy. W 2025 r. całkowita ODA spadła o 23,1 pkt. proc. w ujęciu realnym w porównaniu z 2024 r. Jest to największy roczny spadek w historii.  Pytanie brzmi: jakie będą tego skutki dla większości świata? Cięcia uderzą przede wszystkim w kraje najsłabiej rozwinięte (LDC) oraz państwa dotknięte kryzysami i niestabilnością, gdzie pomoc rozwojowa często decyduje o dostępie do podstawowych usług i szansach na poprawę warunków życia.

Opublikowane dziś dane OECD jasno pokazują, że Polska nie jest wyjątkiem – mówi Jan Bazyl, dyrektor Grupy Zagranica. – Polska oficjalna pomoc rozwojowa wpisuje się w szerszy trend widoczny w całej Unii Europejskiej oraz globalnie: ograniczanie skali wsparcia i stopniowe odchodzenie od podstawowego celu współpracy rozwojowej, jakim jest walka z ubóstwem. Potwierdzają to także konkretne decyzje polskiego MSZ, takie jak zmniejszenie od 2026 roku liczby krajów priorytetowych Polskiej Pomocy, m.in. o Senegal i Etiopię. Jednocześnie w sposobie myślenia o współpracy rozwojowej niewiele się zmieniło. Po krótkim okresie mobilizacji związanym z wojną w Ukrainie i dużym wsparciem dla osób uchodźczych z Ukrainy w ramach polskiej ODA, wracamy de facto do punktu wyjścia sprzed 2022 roku. Współpraca rozwojowa cały czas pozostaje mało istotnym elementem działań zewnętrznych państwa.

Pełen raport dotyczący wstępnych danych oficjalnej pomocy rozwojowej (ODA) za rok 2025 jest dostępny na stronie internetowej OECD pod linkiem: https://www.oecd.org/en/topics/official-development-assistance-oda.html.

Komentarzy udziela: Jan Bazyl – dyrektor Biura Grupy Zagranica,

Tel. 791 361 670

jan.bazyl@zagranica.org.pl

*Dane dotyczące oficjalnej pomocy rozwojowej dla Ukrainy w 2025 r. są wstępne i niepełne, ponieważ kilku darczyńców nadal gromadzi bardziej szczegółowe informacje.

*Wartość poszczególnych kwot w walucie PLN została przeliczona po uśrednionym kursie NBP dla USD za dany rok.

Grupa Zagranica jest federacją 62 organizacji pozarządowych zaangażowanych we współpracę rozwojową, pomoc humanitarną i edukację globalną. Więcej informacji na www.zagranica.org.pl.

Skąd się bierze niemoc rządu w sprawie unijnej dyrektywy EUDR?

Kraje Unii Europejskiej są zobowiązane do wdrożenia do swoich systemów prawnych rozporządzenia unijnego, tak zwanej ”dyrektywy EUDR” – European Union Deforestation Regulation (Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady 2023/1115 z dnia 31 maja 2023 roku w sprawie udostępniania na rynku unijnym i wywozu z Unii niektórych towarów i produktów związanych z wylesianiem i degradacją lasów). Chodzi o przełomowy akt prawny dotyczący wprowadzania na rynek unijny (w tym Polski) i wywozu z UE (w tym z Polski) niektórych towarów i produktów związanych z wylesianiem i degradacją lasów.

Rozporządzenie weszło w życie 29 czerwca 2023 roku. Graniczna data włączenia rozporządzenia do systemu prawnego członków Unii Europejskiej, w tym Polski, była przekładana kilka razy. Obecnie jest to 30 grudnia 2025 roku dla dużych przedsiębiorstw i 30 czerwca 2026 dla małych i średnich przedsiębiorstw. Już wiadomo, że i tych terminów nie uda się dotrzymać.  Ostatni komunikat w sprawie EUDR pojawił się na stronach www Ministerstwa Klimatu i Środowiska 23 grudnia 2024 roku i kończy się zdaniem: „Obecnie w Polsce kontynuowane są prace formalno-prawne nad wyznaczeniem organu/organów właściwych w rozumieniu art. 14.2 Rozporządzenia EUDR” . Do dziś nie udało się wyznaczyć wspomnianego organu. A jest to jeden z kluczowych obowiązków rządu polskiego. Na czym polega problem?

Czym jest EUDR?

Dyrektywa EUDR ma na celu zapobieganie globalnemu wylesianiu, zmianom klimatu, zmniejszeniu emisji gazów cieplarnianych i utracie bioróżnorodności. Sposobem na ograniczanie tych zjawisk i procesów ma być  zapobieganie wycince drzew (w krajach spoza UE) związanej z konsumpcją w krajach UE niektórych produktów. Chodzi przede wszystkim o pochodzących hodowlę bydła, uprawy kakao, kawy, soi, drewna, produkcji oleju palmowego, gumy, węgla drzewnego, czekolady, opon, mebli oraz papieru drukowanego. EUDR może nieść pośrednio skutek w postaci promocji konsumpcji produktów niepowodujących wylesiania. Ma to ograniczyć wpływ Unii Europejskiej na globalne wylesianie i degradację lasów.

Zgodnie z rozporządzeniem każdy przedsiębiorca wprowadzający wspomniane towary na rynek UE lub eksportujący je z niego, musi być w stanie udowodnić, że produkty te nie pochodzą z terenów, na których po 31. 12. 2020 dokonano wylesienia, ani że nie przyczyniają się do degradacji lasów. Wdrożenie EUDR dotknie więc także systemu łańcuchów dostaw towarów pomiędzy UE a resztą świata. To zapowiada globalne, ekonomiczne i dyplomatyczne „trzęsienie ziemi”.

Sprawy nie ułatwia sam dokument, który jest rozległy, złożony, pełen terminów wymagających wyjaśnień. W Parlamencie Europejskim powstał osobny, duży  dokument, który precyzuje szereg terminów i procedur. Mimo wszystko nie bardzo to ułatwia prace nad adaptacją EUDR do państwowych systemów prawnych.

EUDR nakłada kilka istotnych obowiązków na rządy państw członkowskich. Wiele państw UE, w tym Polska, nie radzi sobie organizacyjnie z ich realizacją. Ale czy to rzeczywiście „tylko” kłopoty organizacyjne? Chyba nie. 

Pierwszym obowiązkiem jest wyznaczenie co najmniej jednego „właściwego organu” odpowiedzialnego za wdrożenie i egzekwowanie EUDR. Każdy kraj UE musi zagwarantować, że wybrany organ (lub organy) będzie niezależny i posiadający odpowiednie uprawnienia i zasoby. Krajowy system prawny ma zagwarantować, że nie podlega on formalnym i nieformalnym wpływom, które mogłyby narazić egzekwowanie EUDR. Do tej pory w Polsce nie wyznaczono takiego organu. Póki co za organizacje prac nad wdrażaniem EUDR spoczywają na wiceministrze klimatu i środowiska Mikołaju Dorożale. W komunikacie na stronach www Ministerstwa Klimatu i Środowiska z 18 września 2024 napisano między innymi: „Ministerstwo Klimatu i Środowiska intensywnie pracuje nad stosownym aktem, a jego przyjęcie przed 30 grudnia 2024 roku jest priorytetem” . Jak się jednak okazuje, minister napotkał istotne trudności w komunikacji z partnerami z innych ministerstw, o czym wiadomo z odpowiedzi ministra na interpelację poselską złożoną w tej sprawie przez posłankę Małgorzatę Tracz. 

Kolejne obowiązki, traktowane jako uciążliwości i nadmierne regulacje to: zasada należytej staranności zgodnie z którą przedsiębiorcy będą musieli udowodnić, że ich produkty nie przyczyniają się do wylesiania i nie przyczyniły się do degradacji lasów;  monitorowanie łańcuchów dostaw czyli śledzenie pochodzenia produktów i weryfikacja, czy wpływają na wylesianie; przygotowanie dokumentacji i przechowywanie dokumentacji potwierdzającej, że produkty są zgodne z rozporządzeniem EUDR;  przedsiębiorcy powinni ocenić ryzyko związane z wylesianiem w swojej działalności i wdrożyć odpowiednie środki; jeżeli przedsiębiorca stwierdzi, że jego produkt jest niezgodny z EUDR, musi zgłosić ten fakt.

Dodatkowo za niezgodności z EUDR grożą poważne kary finansowe nawet w wysokości do 4% rocznego obrotu w UE. 

Wielkim wyzwaniem i realną trudnością dla przedsiębiorców będzie wprowadzenie pełnej transparentności i wdrożenie systemu śledzenia łańcuchów dostaw. Aby ten warunek był spełniony, niezbędna będzie geolokalizacją działek, z których pochodzą surowce. W przypadku wielu partnerów handlowych, wymusi to monstrualny wysiłek organizacyjny i technologiczny. Trzeba pamiętać przy tym, że przedsiębiorcy będą musieli gromadzić i przechowywać te dane.

Jednym z poważniejszych problemów, które dziś w Polsce wydają się nie do pokonania, jest ustalenie kategorii zagrożenia poszczególnych państw na świecie z punktu widzenia ryzyka deforestacji na ich obszarach. Pierwotnie EUDR zakładało istnienie trzech kategorii: niskiego, standardowego i wysokiego ryzyka. Takie kategoryzowanie państw wzbudziło spory niepokój i opór. Jasne jest, że kraje o wysokim ryzyku „wypadną” z europejskiego rynku. Ale i państwa UE handlujące dotąd z takimi krajami poniosą duży koszt. Ostatecznie zrezygnowano z kategorii krajów braku ryzyka wylesiania.  Komisja Europejska wyznaczyła czas do 30 czerwca 2025 r. na przesłanie przez kraje członkowskie swoich propozycji i

metodyk klasyfikowania zagrożeń. W maju 2025 na stronach Komisji Europejskiej pojawiła się lista  klasyfikująca kraje (system  benchmarkingu) według poziomu ryzyka produkcji towarów objętych zakresem EUDR, które nie są wolne od wylesiania. Polskę zaklasyfikowano jako kraj niskiego ryzyka. Wspomniane niżej Białoruś, Myanmę i Rosję, jako kraje wysokiego ryzyka. 

Drewno a sprawa polska

W swoim Komunikacie „Wzmocnienie działań UE na rzecz ochrony i odbudowy lasów na świecie” Komisja Europejska pisze: „Lasy są niezastąpione. Są naszymi płucami i systemem podtrzymywania życia, pokrywając 30% powierzchni lądów Ziemi i będąc domem dla 80% jej bioróżnorodności. Dają nam powietrze, którym oddychamy, usuwając dwutlenek węgla z atmosfery. Lasy zapewniają niezbędną infrastrukturę organiczną dla niektórych z najgęstszych i najbardziej zróżnicowanych zbiorów życia na planecie. Zapewniają utrzymanie i dochód około 25% populacji świata, posiadają wartości kulturowe, społeczne i duchowe oraz stanowią znaczną część ziemi tradycyjnie zamieszkiwanej przez ludność tubylczą. Obecnie lasy na świecie są poważnie zagrożone wylesianiem i degradacją. Powierzchnia leśna wyniosła 1,3 miliona kilometrów kwadratowych w latach 1990–2016. Jest to równowartość 800 boisk piłkarskich traconych co godzinę. Aby zapewnić zdrowie i dobrobyt ludzkości oraz wprowadzić nasze społeczeństwa na ścieżkę zrównoważonego rozwoju, musimy współpracować z innymi, aby odwrócić ten trend, a także chronić i regenerować lasy na świecie”.

Na polskim „podwórku” mamy obecnie do czynienia ze zjawiskiem bardzo dawno nie widzianym. Ministerstwo Klimatu i Środowiska realizuje duży plan powoływania nowych rezerwatów przyrody, głównie leśnych. Jest realna szansa po ponad 20 latach, na utworzenie nowego parku narodowego (Park Narodowy Doliny Dolnej Odry), powstał drugi największy leśny rezerwat w Polsce na terenie województwa świętokrzyskiego („Bliżyńskie Lasy Naturalne”). Wyznaczane są tak zwane „starolasy” i „lasy o wiodącej funkcji społecznej” wokół niektórych aglomeracji miejskich.

Wszystko to z uwzględnieniem postulatów organizacji społecznych i we współpracy z Lasami Państwowymi. Klimat polityczny korzystny dla przywrócenia właściwej rangi wartościom przyrodniczym Polski w tym głównie lasom jako ostojom bioróżnorodności, pozwala na pewien optymizm. Niestety, co wykazały ostatnie wybory prezydenckie, raczej się zmieni, a nie ma dużo czasu na podjęcie stanowczych i skutecznych działań w celu ochrony lasów z ich licznymi funkcjami i bioróżnorodnością.

Lada chwila drzewa znów staną się wyłącznie surowcem, czego symptomem jest zapowiedź Ministra Rozwoju i Technologii Krzysztofa Paszyka  (PSL). Minister kilka dni temu ogłosił rozpoczęcie prac nad ustawą, która uczyni z drewna surowiec strategiczny w Polsce. Obecnie rośnie import drewna do Polski. Uderza to w przemysł drzewny. Polskie drewno jest droższe niż pochodzące z zagranicy. Importujemy między innymi z Ekwadoru, Chin, Ukrainy. Polska jest największym importerem drewna z Rosji.

Osobną kwestią jest nielegalny import z Białorusi oraz z Mjanmy (dawniej Birma), gdzie władze sprawuje krwawa junta wojskowa. Wysokiej jakości tekowego drewna z Mjanmy używa się do produkcji m.in. luksusowych jachtów i mebli. Polska – według danych Forest Policy Trade and Finance Initiative – jest drugim największym importerem drewna z Mjanmy w Unii Europejskiej oraz siódmym na świecie.

Toczy się wiec „strategiczny” spór o drewno i jego znaczenie. Stronami sporu są firmy zajmujące się importem drewna, producent krajowego surowca czyli Lasy Państwowe, Zakłady Usług Leśnych, przynajmniej trzy ministerstwa oraz przyrodnicy i organizacje pozarządowe. Ważną stroną sporu są ambasady państw spoza UE, które już zaczęły wywierać presję na polski rząd. 

Tymczasem globalne wylesianie związane nie tyko z produkcją surowca drzewnego, ale też z „produkcją” mięsa, kakao, oleju palmowego i całej reszty wymienionej na wstępie, nabiera rozpędu. Polska z jednej strony wyłącza kolejne, wciąż znikome powierzchnie leśne z gospodarki, z drugiej strony sprowadza drewno z zza granicy w tym za pośrednictwem prywatnych firm z krajów objętych sankcjami i prowadzącymi agresywne, niehumanitarne praktyki tak w obrębie  polityki wewnętrznej jak i zagranicznej. Ceny polskiego drewna rosną, podobnie jak konsumpcja wszystkiego o czym mówi „dyrektywa EUDR”. Polski rząd waha się, i to nie tylko ten, obecny, bo sprawa sięga czasów rządów obecnej opozycji. Zdaje się, że nikt nie ma zamiaru narazić się niektórym grupom interesów, tym bardziej, że w Polsce nieustannie mamy okres „przedwyborczy”. Póki co nikt nie ma zamiaru ani siły zderzyć się z reakcją dość pokaźnej grupy wyborców, która związana jest z branżą leśną i drzewiarską. 

Stan zewnętrzny, spór wewnętrzny. Interpelacja poselska w sprawie „dyrektywy EUDR”

Zgodnie z art. 14 dyrektywy EUDR obowiązkiem krajów członkowskich jest wyznaczenie jednego lub więcej organów publicznych, zwanych „właściwymi organami”, dedykowanych stosowaniu Rozporządzenia. Państwa członkowskie będą musiały zagwarantować, że ich krajowe prawo zapewni tym organom odpowiednie uprawnienia, zasoby i funkcjonalną niezależność. Państwa członkowskie muszą też ustanowić krajowe zasady w sprawie kar za nieprzestrzeganie przepisów i zapewnić, że system ich stosowania sprzyja współpracy międzyinstytucjonalnej. Termin na wyznaczenie tych organów minął pod koniec grudnia 2023 roku. 

Na dzień 7 lutego 2025 tylko trzy kraje nie dopełniły tego obowiązku: Polska, Grecja i Malta

W jednym z pism z 8 kwietnia 2024 Ministerstwo Klimatu i Środowiska poinformowało organizacje pozarządowe, że: „Z racji szerokiego zakresu produktów i towarów objętych przedmiotowym rozporządzeniem, Polska nie wyznaczyła jeszcze organu lub organów mających wdrażać przedmiotowe przepisy. Trwają zaawansowane analizy i rozmowy z Ministerstwem Rolnictwa i Rozwoju Wsi w celu wyznaczenia wspólnie takiego organu/organów. Dodatkowo informuję, że z ramienia Ministerstwa Klimatu i Środowiska osobą odpowiedzialną za nadzorowanie wdrażania przedmiotowego rozporządzenia jest Mikołaj Dorożała, Podsekretarz Stanu, Główny Konserwator Przyrody”.

W kwietniu 2025 roku posłanka Małgorzata Tracz we współpracy z Polskim Klubem Ekologicznym Koło Miejskie w Gliwicach, sformułowała i złożyła poselską interpelację dotyczącą prac polskiego rządu nad „dyrektywą EUDR”. Posłanka zadała siedem (takich samych) pytań ministrom klimatu i środowiska oraz rolnictwa i rozwoju wsi: 

  1. Czy oba ministerstwa powołały jakiś zespół do spraw implementacji dyrektywy EUDR, jeśli tak to kto wchodzi w jego skład, jaką strukturę i zasady funkcjonowania ma zespół i jeśli odbyły się jego spotkania, co ustalono i czy zostały sporządzone protokoły z tych spotkań?
  2. Kto z ramienia Ministerstwa Rolnictwa i Rozwoju Wsi odpowiada za implementację dyrektywy EUDR?
  3. Czy przedstawiciele innych państw w tym spoza Unii Europejskiej odbywali spotkania z przedstawicielami wymienionych ministerstw, jeśli tak, to jakich czego dotyczyły rozmowy?
  4. Czy wyznaczono instytucję, która odpowiadać za implementację dyrektywy EUDR w Polsce? Jeśli tak to jaka to instytucja, jaka jest jej struktura i zasady funkcjonowania, poziom zatrudnienia i budżet roczny? 
  5. Jeśli taka instytucja nie powstała to z jakiego powodu?
  6. Na jakim etapie są prace nad aktami prawnymi mającymi umożliwić implementację dyrektywy EUDR to polskiego systemu prawnego?
  7. Jeśli wymienione ministerstwa napotykają istotne trudności w podjęciu realnych i skutecznych prac nad implementacją dyrektywy EUDR, to jakie to trudności?

Z odpowiedzi obu ministerstw skierowanych do Marszałka Sejmu Szymona Hołowni wyłania się niespójny obraz. Minister Rolnictwa i Rozwoju Wsi wskazuje w swojej odpowiedzi na to, że to ministerstwo klimatu i środowiska jest odpowiedzialne za całość procesu. Wskazywane są różne instytucje, które by się miały zająć wdrażaniem „dyrektywy EUDR” ale zdaje się, że żadna z nich nie spełnia wymogu „niezależności” Są to bowiem istniejące już struktury zależne od ministerstw. Zwraca uwagę postulat zawarty w interpelacji, brzmiący tak: „Zwracamy również uwagę na konieczność wykazania przez MKiŚ na forum UE, że gospodarka leśna w Polsce prowadzona jest zgodnie z zasadami powszechnej ochrony lasów, trwałości ich utrzymania, ciągłości i zrównoważonego wykorzystania wszystkich funkcji lasów oraz powiększania zasobów leśnych, a proces przekształcania lasów na użytki rolne nie zachodzi lub jest marginalny.

Celem tego działania powinno być uznanie Polski za kraj o niskim stopniu ryzyka wylesiania, co umożliwi polskim producentom korzystanie z uproszczonych procedur wynikających z rozporządzenia EUDR”.  Wydaje się, że „konieczność wykazania” czegoś przez kogoś w powyższym kontekście to jednak zbyt dalece posunięta arbitralność a wręcz presja. Trudno coś „koniecznie wykazywać” gdy nie ma się opracowanych, spójnych metodycznie wskaźników. Natomiast w tym stanowisku wyraźnie brzmi chęć obrony interesów polskich przedsiębiorców, bez uwzględnienia zasady transparentności i równego traktowania wszystkich podmiotów. O ile potrzeba ochrony interesów polskich przedsiębiorców jest oczywista, o tyle dyrektywny wobec rządowego partnera sposób jej wyrażenia budzi sprzeciw. W odpowiedzi na interpelację możemy też przeczytać, że trwają intensywne rozmowy z ministrem klimatu i środowiska. W odpowiedzi ministra rolnictwa i rozwoju wsi brakuje natomiast odniesienia się do pytań o spotkania z przedstawicielami innych państw oraz brakuje wskazania na rzeczywiste trudności w pracach nad „dyrektywą EUDR”. 

Ministerstwo Klimatu i Środowiska natomiast wskazuje, że rozpoczęły się prace nad zbudowaniem zespołu roboczego do spraw „dyrektywy EUDR”, ale że dotąd (stan na 30 kwietnia 2025 roku), nie odbyło się żadne spotkanie robocze. Podkreślam, że mówimy o 30 kwietnia i budowaniu zespołu roboczego. Tymczasem do 30 czerwca 2025 Polska miała złożyć pełną dokumentację na temat sposobu wdrażania dokumentu do polskiego systemu prawnego, czyli już dawno powinny zostać powołane odpowiednie, niezależne instytucje. Z jakiego powodu wciąż te instytucje nie powstały? Wyjaśnia to w swojej odpowiedzi minister klimatu i środowiska następująco: „Dnia 28 lutego 2025 r. oraz ponownie dnia 24 marca 2025 r. Ministerstwo Klimatu i Środowiska wystąpiło do Kancelarii Prezesa Rady Ministrów z wnioskiem o wprowadzenie do wykazu prac legislacyjnych i programowych Rady Ministrów projektu ustawy o zmianie ustawy o Inspekcji Ochrony Środowiska oraz niektórych innych ustaw.

Celem tej ustawy jest zapewnienie stosowania rozporządzenia EUDR w Polsce poprzez wyznaczenie organów właściwych w rozumieniu art. 14 ust. 2 rozporządzenia EUDR do sprawowania kontroli nad poprawnością wdrażania i wykonywania obowiązków wynikających z przedmiotowego rozporządzenia. W odpowiedzi Zespołu ds. Programowania Prac Rządu z dnia 15 kwietnia br. poinformowano o potrzebie przekazania dodatkowych informacji nt. podejmowanych przez Ministra Klimatu i Środowiska działań i ich wynikach w odniesieniu do stosowania przedmiotowego rozporządzenia i odroczeniu podjęcia decyzji w sprawie wpisania projektu ustawy do wykazu „do czasu wyjaśnienia przez Ministra Klimatu i Środowiska, także w ramach konsultacji z Komisją Europejską, kwestii stosowania w/w rozporządzenia Parlamentu Europejskiego i Rady”.

Interesująco brzmi odpowiedź na trzecie pytanie z Interpelacji, o ewentualne spotkania z przedstawicielami innych państw w sprawie EUDR: „Przedstawiciele państw członkowskich Unii Europejskiej nie odbywali indywidualnych (dwustronnych) spotkań z przedstawicielami Ministerstwa Klimatu i Środowiska w sprawie rozporządzenia EUDR. Odbyły się natomiast spotkania z przedstawicielami dwóch państw spoza Unii Europejskiej”. Może to wskazywać na próby wywierania nacisku przez przedstawicieli państw (prowadzących rabunkową gospodarkę leśną?) na polskie ministerstwo. 

Chroniczny „okres przedwyborczy” czyli polityka długofalowej niemocy

Oznacza to mniej więcej tyle, że kolejne rządowe organy przerzucają się sprawą „dyrektywy EUDR” jak gorącym kartoflem. Zdaje się, że nikomu nie zależy na tym, żeby temat podjąć śmiało, transparentnie i zdecydowanie. Bo też jak pisałem, w przewlekłym „okresie przedwyborczym”, mimo rzeczywistego okresu powyborczego, nikt na wdrożeniu EUDR nie zyska. Przynajmniej politycznie. Ten przełomowy akt prawny w czasie kryzysu i różnych wojen w tym wewnętrznych i politycznych, ma szanse wpłynąć na radykalną zmianę konsumpcji w skali globalnej. Ale też z pewnością ma duży potencjał na wywrócenie politycznych stolików w różnych miejscach na Ziemi. I tym razem w Polsce nikt nie ma odwagi podjąć się takiego wyzwania i ryzyka. Kolejny raz przedmiotem troski polityków są głosy wyborców. Nie długoterminowa polityka i rzeczywistość. 

Kilka dni temu zadałem w mediach społecznościowych pytanie ministrze klimatu i środowiska Paulinie Henning – Klosce o to, jak się mają sprawy związane z wdrażaniem „dyrektywy EUDR”? Dostałem odpowiedź: „Wniosek o wpis do wykazu prac rządu został wysłany do KRPM (Kancelaria Prezesa Rady Ministrów)”. Co w takim razie zrobi z tą sprawą w kolejnym „okresie przedwyborczym (tym razem parlamentarnym) Prezes Rady Ministrów Donald Tusk? Czekamy na odpowiedź.

Polska a nowe przepisy UE dotyczące NGT

Debata o nowych technikach genomowych (NGT), określanych także jako „nowe GMO”, wywołuje coraz większe emocje w Unii Europejskiej. Polska, sprawująca obecnie prezydencję w Radzie UE, będzie miała w najbliższych miesiącach kluczowy wpływ na kształtowanie przyszłych regulacji NGT. Propozycja naszego ministerstwa rolnictwa pokazuje skłonność Polski do akceptacji NGT w europejskim rolnictwie. Czy takie propozycje legislacyjne rzeczywiście odpowiadają na potrzeby naszych rolników, konsumentów i lokalnych przedsiębiorstw? A może stanowią wyraz presji globalnych korporacji biotechnologicznych?…

Czym różnią się NGT od tradycyjnych GMO?

Warto jeszcze raz przypomnieć, czym różnią się nowe techniki genomowe od tradycyjnych GMO. GMO, czyli organizmy zmodyfikowane genetycznie, to rośliny, zwierzęta lub mikroorganizmy, w których materiał genetyczny został zmieniony poprzez wprowadzenie genów obcych gatunków. W przypadku NGT proces modyfikacji jest bardziej precyzyjny – zmiany genetyczne wprowadzane są w obrębie istniejącego materiału genetycznego danej rośliny, bez dodawania obcych genów. Dlatego zwolennicy NGT twierdzą, w pewnym uproszczeniu, że są one bardziej naturalne i mniej kontrowersyjne niż GMO, ponieważ modyfikacje mogą przypominać te, które występują w naturze, np. w wyniku spontanicznej mutagenezy. Wielu ekspertów podkreśla jednak, że to wciąż ingerencja w genom, która niesie ze sobą nieprzewidziane konsekwencje dla środowiska i zdrowia ludzi, a przez to, że jest bardziej precyzyjna może stanowić jeszcze większe ryzyko, ponieważ w wielu przypadkach nie jesteśmy jeszcze w stanie przewidzieć całego łańcucha zależności w przyrodzie.

Konsument na celowniku, rolnik na marginesie

Nowe GMO w Polsce to wyzwanie dla rolnictwa, rynku nasiennego i praw konsumentów.

Zdjęcie: Canva

Jednym z najważniejszych wątków debaty o NGT jest kwestia transparentności. Konsumenci w Polsce i w Europie oczekują pełnych informacji o pochodzeniu i sposobie produkcji żywności. Potwierdziły to badania zlecone przez Instytut Spraw Obywatelskich w 2013 r., w których ponad 73% Polaków stwierdziło, że domaga się znaku „wolne od GMO”, a 9 na 10 rodziców dzieci do lat 2 chciało mieć informację, czy sięga po produkty modyfikowane genetycznie. Propozycja Komisji Europejskiej z 2023 r. może jednak zniweczyć lata dążeń do transparentności produktów wytworzonych z wykorzystaniem modyfikacji genetycznych, bowiem według nich większość NGT nie będzie znakowane lub śledzone w łańcuchu produkcji i dystrybucji. Wobec tego brak obowiązku znakowania takich produktów może stawiać prawo informacji o żywności pod znakiem zapytania.

Przykłady z innych krajów, jak USA czy Japonia, gdzie produkty NGT już są dostępne, pokazują, że konsumenci mogą nieświadomie kupować żywność zmodyfikowaną genetycznie. Pieczarki, które nie brązowieją, to tylko „wierzchołek góry lodowej” listy produktów wprowadzanych na rynek bez wyraźnych oznaczeń. W Polsce, gdzie rolnictwo ekologiczne i tradycyjne wciąż cieszy się dużym zaufaniem, brak takich regulacji może podważyć zaufanie konsumentów do całego rynku żywności.

Ryzyka dla rolników i konflikt interesów

Z kolei rolnicy mogą być jednymi z największych przegranych wprowadzenia NGT. Po pierwsze, brak regulacji dotyczących koegzystencji upraw NGT z tradycyjnymi i ekologicznymi sprawi, że ryzyko „zanieczyszczenia” pól roślinami zmodyfikowanymi genetycznie jest bardzo realne. Może to prowadzić do konfliktów między sąsiadującymi rolnikami, jeśli jeden z nich prowadzi gospodarstwo ekologiczne, a drugi korzysta z nasion NGT. Dodatkowo rolnicy, którzy przypadkowo wykorzystają materiał siewny NGT, będą zmuszeni do płacenia opłat licencyjnych właścicielom patentów na te technologie. Historia pokazuje, że takie spory prawne są powszechne w Stanach Zjednoczonych.

Patenty a polski rynek nasienny

Polska może pochwalić się silnym sektorem nasiennym, który jest fundamentem krajowego rolnictwa i jednym z kluczowych elementów zapewniających suwerenność żywnościową. Nasze firmy nasienne utrzymują znaczący udział w rynku lokalnym, co pozwala polskim rolnikom korzystać z wysokiej jakości materiału siewnego, dostosowanego do specyficznych warunków klimatycznych i glebowych naszego kraju. Jednak wprowadzenie nowych technik genomowych bez odpowiednich regulacji, może radykalnie zmienić ten krajobraz i zagrozić stabilności sektora. Globalne korporacje, które już teraz kontrolują znaczną część rynku biotechnologicznego, posiadają prawa patentowe do większości technologii genomowych. To nie tylko gwarantuje im monopol na rozwój i sprzedaż nasion, ale również umożliwia narzucanie własnych warunków finansowych i technologicznych.

W takiej sytuacji lokalni producenci nasion, często działający na mniejszą skalę i nieposiadający tak dużych zasobów finansowych, mogą zostać wypchnięci z rynku. Brak mechanizmów ochrony dla małych i średnich firm nasiennych może prowadzić do sytuacji, w której polscy rolnicy będą coraz bardziej uzależnieni od droższych, opatentowanych nasion oferowanych przez międzynarodowe koncerny. To nie tylko podnosi koszty produkcji, ale również ogranicza wybór dostępnych odmian roślin, ponieważ globalni gracze skupią się raczej na własnych interesach i na kilku wysoce komercyjnych liniach produktów, a nie na dobru ogółu.

Tymczasem różnorodność genetyczna, którą polski sektor nasienny od lat stara się utrzymać, jest kluczowa dla odporności na zmiany klimatyczne i choroby roślin. Co więcej, koncentracja rynku w rękach międzynarodowych gigantów niesie za sobą ryzyko zniknięcia tradycyjnych odmian roślin, które są nie tylko elementem polskiego dziedzictwa rolnego i żywnościowego, ale również istotnym czynnikiem zachowania równowagi ekologicznej. Polscy producenci nasion odgrywają istotną rolę w utrzymaniu lokalnych, unikalnych odmian roślin, które od lat dostosowywały się do specyfiki naszego klimatu i krajobrazu. Ich marginalizacja może prowadzić do homogenizacji rynku rolniczego, co uczyni go mniej odpornym na zmiany i paradoksalnie mniej zrównoważonym.

Brak oceny ryzyka – bomba z opóźnionym zapłonem?

Nowe GMO w Polsce to wyzwanie dla rolnictwa, rynku nasiennego i praw konsumentów.

Zdjęcia: Canva

Jednym z najbardziej niepokojących aspektów propozycji dotyczącej wprowadzania NGT jest brak wymogu oceny ryzyka, co stoi w sprzeczności z zasadą przezorności, zapisaną w art. 191 Traktatu o funkcjonowaniu Unii Europejskiej. Ta fundamentalna zasada unijnego prawa wymaga, aby każda nowa technologia była szczegółowo przebadana pod kątem potencjalnych skutków dla zdrowia ludzi, środowiska oraz bezpieczeństwa żywnościowego, zanim zostanie dopuszczona do obrotu. Brak takich badań w przypadku NGT oznacza, że nowe rośliny mogą trafić na pola uprawne i do łańcucha dostaw bez wiedzy o ich wpływie na środowisko i różnorodność biologiczną.

Przykłady z przeszłości pokazują problemy, które mogą wynikać z braku odpowiedniej oceny ryzyka. Wiele kontrowersji wokół tradycyjnych GMO dotyczyło ich wpływu na bioróżnorodność, np. wspomnianego wcześniej niezamierzonego zanieczyszczenia sąsiadujących upraw konwencjonalnych i ekologicznych. Podobne zagrożenia istnieją w przypadku NGT, ale dodatkowym problemem jest trudność w ich wykrywaniu. Nowe techniki genomowe, takie jak edycja genów metodą CRISPR-Cas9, mogą wprowadzać zmiany w genomie, które są niemal niemożliwe do odróżnienia od naturalnych mutacji. Brak możliwości identyfikacji roślin NGT może utrudnić nie tylko ocenę ich wpływu, ale także monitorowanie potencjalnych szkód.

Niezbadane długoterminowe konsekwencje mogą obejmować zarówno nieprzewidziane skutki w ekosystemach i potencjalne zagrożenia dla zdrowia ludzi. Rośliny zmodyfikowane genetycznie mogą wytwarzać nowe białka lub związki chemiczne, które mogą wywoływać reakcje alergiczne lub mieć toksyczny wpływ na organizmy… Równie istotne są skutki społeczne i ekonomiczne – brak oceny ryzyka może prowadzić do utraty zaufania konsumentów i strat ekonomicznych wynikających z obniżenia eksportu, szczególnie do krajów, gdzie podejście do NGT jest wciąż sceptyczne.

Zignorowanie potrzeby rzetelnej oceny ryzyka może być więc zagrożeniem dla reputacji Unii Europejskiej jako lidera w zakresie standardów bezpieczeństwa i ochrony środowiska. UE od lat buduje swój wizerunek jako przestrzeń, gdzie technologie są wprowadzane z myślą o dobrobycie społecznym i środowiskowym, a nie jedynie o interesach komercyjnych. Wyjątek w przypadku NGT mógłby podważyć zaufanie do całego systemu regulacyjnego.

Czy zatem możemy pozwolić sobie na wprowadzenie NGT bez dokładnych badań? Historia GMO pokazała, że brak transparentności i odpowiedzialności w procesie wdrażania nowych technologii może prowadzić do poważnych konfliktów społecznych oraz gospodarczych.

Głos polskich organizacji społecznych – „Chcemy wiedzieć”

Polska ma wyjątkową okazję, by wpłynąć na przyszłość regulacji dotyczących NGT w Europie. Jednak obecne działania rządu wskazują na zmianę kierunku oraz brak odwagi w podejmowaniu zdecydowanych kroków chroniących społeczeństwo. Propozycje przedstawione w styczniu i lutym 2025 r. wydają się bardziej politycznym kompromisem niż realnym rozwiązaniem problemów związanych z NGT.

Dlatego Koalicja Żywa Ziemia (do której należy również Instytut Spraw Obywatelskich), skupiająca organizacje działające na rzecz zrównoważonego rolnictwa, skierowała do Ministra Rolnictwa i Rozwoju Wsi pismo, w którym podkreśliła konieczność wprowadzenia obowiązkowego znakowania produktów NGT oraz szczegółowej oceny ryzyka przed ich dopuszczeniem do obrotu. Zwróciliśmy też uwagę na potencjalne zagrożenia dla różnorodności biologicznej, rolnictwa ekologicznego oraz praw konsumentów do świadomego wyboru żywności. Ostrzegliśmy polskich decydentów, że ignorowanie tych kwestii może prowadzić do nieodwracalnych strat dla polskiego rolnictwa i rynku spożywczego, a zwłaszcza rynku nasiennego.

Przyszłość NGT w Polsce i Europie

W obliczu tych wyzwań kluczowe staje się więc wypracowanie rozwiązań, które będą chronić interesy konsumentów, rolników i lokalnych producentów. Polska, jako lider w tej debacie, wciąż ma szansę lobbować za regulacjami, które zapewnią transparentność, bezpieczeństwo oraz równowagę między innowacjami, a zrównoważonym rozwojem. Jaki los czeka NGT? Czy polscy decydenci wsłuchają się w głos polskich konsumentów, którzy chcą decydować o tym, co trafia na ich talerze? To pokażą najbliższe miesiące.

Artykuł ukazał się w „Tygodniku spraw obywatelskich” nr. 265/ (4)2025.

Łukasz Janeczko – politolog, specjalista ds. rzecznictwa i kampanier. Od 2016 r. związany z kampanią społeczną „Wolne od GMO? Chcę wiedzieć”, której celem było wprowadzenie w Polsce jednolitych przepisów dotyczących znakowania żywności „wolnej od GMO”. Od 2023 r. członek Komisji do spraw Mikroorganizmów i Organizmów Genetycznie Zmodyfikowanych przy Ministerstwie Klimatu i Środowiska

Europejskie cele redukcji pestycydów – ambitne, ale niewystarczające

Europejskie cele redukcji zużycia pestycydów mogły wydawać się ambitne, ale ich realizacja stoi pod znakiem zapytania. Nawet gdyby udałoby się je osiągnąć, to i tak za mało, by zagwarantować w Europie żywność wolną od najgroźniejszych pestycydów, a także chronić różnorodność biologiczną i ekosystemy na świecie.

Strategia „Od pola do stołu” – gdzie jesteśmy?

Gdzie jesteśmy? Cel przedstawionej przez Komisję Unii Europejskiej w maju 2020 r. strategii „Od pola do stołu” jest jasny – to zmniejszenie wpływu stosowania pestycydów na środowisko i zdrowie ludzi do 2030 r. Cele dotyczą dwóch różnych aspektów: po pierwsze jest to zmniejszenie ryzyka związanego ze stosowaniem pestycydów o 50%, po drugie zmniejszenie o 50% ilości stosowanych środków, przy czym większy nacisk kładzie się na pierwszą z kwestii. Zmniejszenie ryzyka oznacza ograniczanie szkodliwego wpływu pestycydów na zdrowie i środowisko. Może być osiągnięte poprzez wprowadzanie bezpieczniejszych alternatyw dla najbardziej szkodliwych środków oraz lepszych metod aplikacji, a także tzw. zintegrowanego zarządzania szkodnikami. Polega ono na stosowaniu zestawu metod ograniczających populacje szkodników, a więc konieczność zwalczania ich przy pomocy stosowanych na dużą skalę środków ochrony roślin. W 2022 r. roku Komisja przedstawiała projekt rozporządzenia w sprawie zrównoważonego stosowania środków ochrony roślin (ang. Sustainable Use Regulation, SUR), które miało nadać kształt celom ze strategii „Od pola do stołu”. Podczas prac legislacyjnych ambicje projektu były stopniowo osłabiane, a Parlament Europejski i tak odrzucił go podczas głosowania w listopadzie 2023 r. Na początku 2024 r. roku Komisja pod wpływem silnego lobbingu ostatecznie wycofała się z prac nad rozporządzeniem.

Glifosat – kontrowersje wokół najpopularniejszego herbicydu

To nie jedyne niechlubne dokonanie Komisji. Tym razem sprawa dotyczyła najczęściej stosowanego na świecie herbicydu – glifosatu. To substancja aktywna m.in. środków o nazwie Roundup, który jest szeroko wykorzystywany np. przy produkcji genetycznie modyfikowanej soi, kukurydzy i bawełny – odmian Roundup Ready, które mają gen odporności na herbicyd, a zatem uprawy mogą być nim wielokrotnie opryskiwane. Szacuje się, że w skali świata tak uprawiane jest już 80-90% wymienionych roślin. Ale glifosat stosowany jest też w polskich miastach do „pielęgnacji” zieleni, „utrzymania” np. nasypów kolejowych, a także polach – do zwalczania uciążliwych chwastów, a do niedawna nawet do dosuszania plonów bezpośrednio przed zbiorem. Firma Bayer, farmaceutyczny i biotechnologiczny koncern będący właścicielem glifosatu, tylko do października 2023 r. wypłaciła ponad 16 miliardów dolarów odszkodowań za choroby nowotworowe spowodowane długotrwałym stosowaniem glifosatu. Władze UE wciąż nie rozwiązały dotyczącego prawdopodobnej rakotwórczości herbicydu sporu z będącą częścią WHO Międzynarodową Agencją Badań nad Rakiem (IARC). Jednak decyzja zapadła. 28 listopada 2023 r. mimo braku kwalifikowanej większości głosów państw członkowskich i przy proteście organizacji społecznych, Komisja dopuściła glifosat do stosowania na terenie UE na kolejne 10 lat.

Pułapki, w które wciąż wpadamy

Koncerny wydają dużo, żeby przekonać nas – konsumentów, organizacje społeczne, polityków – że pestycydy są całkiem niewinne. Dopiero parę lat temu zniknęła z opakowań Roundupu informacja, że jest on biodegradowalny, o czym latami zapewniano użytkowników. Nie jest. Gromadzi się w glebie, wodzie i ludzkich organizmach. W większości krajów na świecie istnieją normy regulujące najwyższe dopuszczalne poziomy pozostałości pestycydów (NDP) w żywności. Jednak znacznie różnią się one między sobą w zależności od kraju, a praktyka nazywana „tolerancją importową” sprawia, że na rynki europejskie trafiają produkty, które nie spełniają europejskich standardów. Na tym jednak nie koniec. NDP określone są dla pojedynczych substancji, nikt więc nie bada, jakie interakcje zachodzą w produktach, w których poszczególne substancje są w normie, jednak znajduje się ich tam pięć, siedem albo kilkanaście. Nikt też nie bada, jak działa to na glebę i wodę. Entuzjaści stosowania pestycydów zdają się ponadto nie pamiętać, że człowiek codziennie zjada kilkadziesiąt różnych produktów, a pestycydy czy ich pozostałości – a produkty rozpadu są czasem jeszcze bardziej toksyczne niż oryginalne substancje – kumulują się i mieszają w naszych tkankach. Hipokryzja europejskich decydentów ma też inne oblicze: regulacje w Europie dotyczące najbardziej toksycznych pestycydów są może bardziej restrykcyjne niż na innych kontynentach, ale to nie chroni nas przed importem produktów z krajów, gdzie regulacje są znacznie mniej restrykcyjne i słabiej egzekwowane. Dotyczy to np. egzotycznych owoców chętnie kupowanych w Polsce zimą, ale także pasz, szczególnie dla drobiu i trzody chlewnej opartych na poekstrakcyjnej (po wytłoczeniu oleju) śrucie sojowej czy kukurydzy z Ameryki Południowej. Pestycydy kumulują się w tkankach zwierząt karmionych paszą z pestycydami, a ich pozostałości są obecne w mleku, jajach czy mięsie, które produkowane są lokalnie.

Trupy w szafach – pestycydy w ekosystemie i zdrowiu publicznym

A jaki pestycyd jest najczęściej wykrywany w próbkach gleb z gospodarstw ekologicznych w Polsce? Tu uważny czytelnik Zielonych Wiadomości powinien obruszyć się słusznie. Tak, w produkcji ekologicznej nie mogą być wykorzystywane syntetyczne pestycydy. Natomiast zakazane w 1976 r. (sic!) ze względu na wysoką toksyczność DDT do dziś jest z nami. DDT, jak wiele innych wciąż i powszechnie stosowanych pestycydów, ma zdolność bioakumulacji – zamiast rozkładać się w ekosystemie, kumuluje się w tkankach roślin i zwierząt, krąży w obiegu materii i energii. W Unii Europejskiej ponad połowa warzyw, owoców i zbóż jest zanieczyszczona produktami rozkładu pestycydów. Jest jasne, że pestycydy są substancjami toksycznymi, niebezpiecznymi dla organizmów, które nie są celem ich działania. Czyli, między innymi, dla nas. Może zaskakiwać, że badania w tak istotnej sprawie nie są prowadzone na szerszą skalę i nie budzą powszechnego zainteresowania. Jednak danych jest dość, by nie mieć wątpliwości, że pestycydy są przyczyną nowotworów (mózgu, jajników, szyjki macicy, wątroby, płuc, prostaty, białaczki), chorób wynikających z nasilenia stresu oksydacyjnego (m.in. choroby neurodegeneracyjne, cukrzyca), zaburzeń hormonalnych czy problemów z płodnością, donoszeniem ciąży i urodzeniem zdrowych dzieci i ich prawidłowym rozwojem. Pestycydy przekazywane są już przez łożysko, z krwią pępowinową i mlekiem matki. Na naszych oczach koncepty są rozmywane, cele osłabiane, a ich realizacja – ofiara doraźnych interesów politycznych i ekonomicznych – odkładana w czasie. Ale badania są bezlitosne i mówią jednoznacznie: im mniejsze stężenia substancji pestycydów, tym większa ich toksyczność.

*Tekst powstał w oparciu o informacje zawarte w Atlasie Pestycydów wydanym w 2024 r. przez Fundację Heinricha Boella, Koalicję Żywa Ziemia i Polski Klub Ekologiczny Koło Miejskie w Gliwicach. www.pl.boell.org/pl/2024/01/08/ atlas-pestycydow

Bez zmian w rolnictwie nie da się osiągnąć neutralności klimatycznej. Z drugiej strony ten sektor jest wśród najbardziej narażonych na skutki katastrofy klimatycznej. Dlatego klimat pozostanie ważnym elementem polityki rolnej Unii Europejskiej. W tej kadencji Komisja przyjmie jednak nieco inne podejście. 
Punkt pierwszy. Dialog 

W ubiegłym roku w większości państw UE miały miejsce rolnicze protesty, skierowane między innymi przeciwko Europejskiemu Zielonemu Ładowi. Część protestujących domagała się jego odrzucenia, chociaż nie zawsze było jasne, co dokładnie mają na myśli, mówiąc o Zielonym Ładzie. Niemniej, był to głos obywateli, do którego unijne instytucje musiały się odnieść. 

Zielony Ład jest wyrazem strategicznych ambicji UE dotyczących osiągnięcia neutralności klimatycznej najpóźniej do 2050 r. Porzucenie ich nie wchodzi w grę z wielu powodów. Państwa UE widzą w zielonej transformacji drogę do zwiększania swojej konkurencyjności na arenie globalnej, szanse dla rozwoju gospodarczego, impuls dla inwestycji i innowacji. Zielona transformacja jest dla UE również sposobem na zagwarantowanie sobie bezpieczeństwa w wielu wymiarach, poczynając od energetycznego, przez geopolityczne, po żywnościowe. Przede wszystkim jednak jej celem jest zahamowanie zmian klimatu i zapobieżenie kataklizmom, takim jak tegoroczne tragiczne pożary w Kalifornii. Rolnictwo jest jednym z sektorów najbardziej narażonych na skutki susz, powodzi, anomalnych temperatur, huraganów, gradobić i pożarów. Jednocześnie jest sektorem mającym istotny udział w łącznych emisjach gazów cieplarnianych i negatywnie wpływającym na ekosystemy i usługi ekosystemowe, bez których nie mogłoby istnieć. Innymi słowy, o bezpieczny klimat i zdrowe środowisko trzeba walczyć dla rolników (i oczywiście dla nas, konsumentów wytwarzanej przez nich żywności), ale da się to robić tylko z rolnikami. Trzeba się zatem w tej sprawie dogadać. 

Dlatego też wiosną 2024 r. przewodnicząca KE zwołała tzw. dialog strategiczny nt. przyszłości rolnictwa, czyli kilkumiesięczną naradę z udziałem rolników, sektora rolno-spożywczego, konsumentów, organizacji ekologicznych, przedstawicieli społeczności wiejskich, instytucji finansowych i naukowców. W opublikowanym we wrześniu 2024 r. raporcie przedstawiono wspólne wnioski i rekomendacje dotyczące kierunków i priorytetów unijnej polityki rolnej. Dotyczą one nie tylko meritum (o tym za chwilę), ale też sposobu wypracowywania nowych rozwiązań i inicjatyw w przyszłości. Dialog strategiczny okazał się użytecznym forum dyskusji pomiędzy różnymi grupami interesariuszy. Aby przyszła polityka rolna była tworzona w podobnym duchu współpracy, zaufania i partycypacji, ma powstać Europejska Rada ds. Rolnictwa i Żywności. Jej powołanie będzie jednym z pierwszych zadań nowego komisarza ds. rolnictwa, luksemburczyka Christophe’a Hansena. Komisarz Hansen został również zobowiązany do zwalczania dezinformacji dotyczącej rolnictwa, po to, by dalszy dialog odbywał się w warunkach racjonalnej debaty wolnej od manipulacji i opartej na faktach. 

Punkt drugi. Odporność 

Skutki zmian klimatu, w połączeniu z degradacją ekosystemów i zanieczyszczeniem środowiska, coraz mocniej dotykają rolnictwa i zaczynają zagrażać bezpieczeństwu żywnościowemu Europy. Pierwszy unijny raport nt. skali zagrożeń klimatycznych, opublikowany w styczniu 2024 r. przez Europejską Agencję ds. Środowiska, wśród zagrożeń wymagających najpilniejszych działań wymienia ryzyka dla uprawy roślin, zwłaszcza na południu Europy, gdzie wpływ zmian klimatu objawia się najdotkliwiej, a także dla rybołówstwa. Na bezpieczeństwo żywnościowe w Europie będą również negatywnie wpływać wysokie ceny żywności i braki niektórych jej rodzajów, spowodowane katastrofami klimatycznymi w innych częściach świata. Ten ponury scenariusz nie przedstawia potencjalnej przyszłości, ale zjawiska, które już widać – przykładem może być chociażby rosnąca wartość strat ponoszonych przez polskich rolników (i rekompensowanych przez budżet państwa) z powodu występujących rok po roku susz. 

Dlatego Komisja w nowej kadencji stawia sobie za cel zwiększenie odporności rolnictwa na występujące już teraz skutki zmian klimatu. Konkretne działania, które posłużą temu celowi, zostaną przedstawione w dwóch dokumentach, które KE zamierza przygotować: planie adaptacji do zmian klimatu oraz wodnej strategii odporności. Prace nad tymi dokumentami dopiero trwają, ale wiemy już, że zdaniem uczestników dialogu strategicznego UE powinna zająć się m.in. problemami dotyczącymi dostępności ziemi rolnej: jej degradacją, utratą z powodu przeznaczania pól uprawnych na inne cele i zabudowywania ich, ale też trudnościami z dostępem do ziemi, z jakimi mierzą się młode osoby, które chciałyby założyć lub powiększyć gospodarstwo. Kluczowa, także dla Polski, będzie również kwestia dostępności wody dla rolnictwa, retencjonowania jej i zapobiegania suszom. 

Rolnicy sami mają w rękach klucz do rozwiązania wielu problemów dotyczących dostępności wody, ochrony gleb, zapobiegania zanieczyszczeniu środowiska i utracie usług ekosystemowych, takich jak praca owadów zapylających. Często wręcz zmiana dotychczasowych szkodliwych praktyk rolniczych jest jedynym sposobem na zwiększenie przyszłej odporności rolnictwa. Tak jest np. w przypadku łąk na glebach torfowych, których główną funkcją powinno być zatrzymywanie wody, a często są one przekształcane w grunty orne i tracą swoje retencyjne właściwości. Podobnie jest z zapylaczami, których populacje kurczą się z powodu obecności w środowisku syntetycznych pestycydów. Jednak zmiany w tych obszarach wywołały największy opór rolników, którzy poczuli się do nich przymuszani. W nowym podejściu zostanie przesunięty z wymogów i na zachęty i inwestycje.

Punkt trzeci. Szanse dla młodych rolniczek i rolników 

Rolnictwo stoi też przed wyzwaniami społecznymi i demograficznymi. W całej UE w sektorze pracuje ok. 17 mln osób, a ich średni wiek to 57 lat. Jeśli rolnictwo w UE ma przetrwać, potrzebuje wymiany pokoleniowej i napływu młodych osób do tego zawodu. Aby tak się stało, praca w rolnictwie musi być atrakcyjna i opłacalna. Kwestia dochodowości gospodarstw, ograniczanej przez rozmaite nakładające się na siebie czynniki, była najpoważniejszym wśród problemów podnoszonych przez protestujących rolników. Dlatego jednym z priorytetowych zadań nowego komisarza ds. rolnictwa i żywności będzie zapewnienie rolnikom uczciwej zapłaty za pracę. W tym celu rolnicy mają być lepiej chronieni przed nieuczciwymi praktykami handlowymi. Ich pozycja w łańcuchu wartości ma zostać wzmocniona, a sprzedawanie żywności po cenach niepokrywających kosztów ma odejść do przeszłości. 

Punkt czwarty. Ekologiczne wybory konsumenckie muszą być łatwiejsze 

Wpływ rolnictwa na stan planety zależy nie tylko od tego, jak rolnicy produkują żywność, lecz również od tego, co konsumenci chcą jeść. Raport z dialogu strategicznego zauważa, że mieszkańcy UE są coraz bardziej zainteresowani zwiększaniem udziału produktów roślinnych w swojej diecie i ograniczają spożycie mięsa i nabiału. Ten trend jest korzystny i dla planety, i dla zdrowia, dlatego powinien być wspierany. Wybór zdrowej diety z większym udziałem produktów roślinnych powinien być łatwy, atrakcyjny i cenowo przystępny. Komisarz Hansen wykluczył narzucane odgórnie ograniczenia spożycia mięsa, zgadza się jednak, że udział produktów zwierzęcych musi się zmniejszać. Uczestnicy dialogu strategicznego zarekomendowali przyjęcie przez Komisję specjalnego planu działań na rzecz żywności roślinnej, który wzmocniłby pozycję wszystkich uczestników łańcucha wartości w tym segmencie rynku, poczynając od rolników po konsumentów. 

Punkt piąty. Pieniądze 

Wprowadzenie w życie tych wszystkich zamierzeń będzie wymagało odpowiednich środków. Na decyzje o kształcie przyszłego budżetu dla rolnictwa trzeba będzie jeszcze poczekać. Już teraz wiemy jednak, że nowy komisarz opowiada się za utrzymaniem dużego budżetu wspólnej polityki rolnej. Dopłaty powinny jego zdaniem trafiać w większym stopniu do małych gospodarstw, powinien również zostać wprowadzony górny pułap wypłat. Dzięki temu środki trafiałyby przede wszystkim do czynnych rolników, którzy najbardziej ich potrzebują. Komisarz zamierza również istotnie ograniczyć ilość biurokratycznych formalności, jakie trzeba spełnić, by otrzymać pieniądze.

 Zarówno w raporcie z dialogu strategicznego, jak i w zapowiedziach komisarza Hansena, jest mowa o tym, że obszary wiejskie potrzebują także innych niż rolnictwo możliwości zarobkowania, zwłaszcza jeśli mają ponownie stać się atrakcyjnym miejscem do życia dla młodych ludzi. Stworzenie tych możliwości będzie wymagało inwestycji w inne sektory, np. wytwarzanie energii, które mogą być finansowane z unijnych środków na rozwój obszarów wiejskich. To może jednak nie wystarczyć. Dlatego Komisja zamierza stworzyć dogodne warunki do inwestowania dla kapitału prywatnego, wykorzystując środki publiczne do ułatwiania prywatnych inwestycji i zmniejszania ich ryzyka. Tak wygląda kierunek marszu na najbliższe pięć lat. Nowa Komisja rozpoczęła prace zaledwie na początku grudnia 2024 r., dlatego na szczegóły i konkretne pomysły trzeba będzie jeszcze poczekać – będziemy je poznawać w nadchodzących miesiącach i latach. Pewne jest jednak to, że w rolnictwie będą dalej zachodzić zmiany zmniejszające jego wpływ na klimat i ekosystemy oraz zwiększające odporność na skutki zmian klimatu. Z każdym kolejnym kataklizmem, który oglądamy na ekranach, niezbędność tych zmian staje się bardziej oczywista.

KALENDARIUM

1896 – Szwedzki uczony Svante Arrhenius dokonuje pierwszych w historii obliczeń pokazujących, jak podniosłaby się średnia temperatura Ziemi wraz ze wzrostem stężenia dwutlenku węgla w atmosferze. Efekt cieplarniany, czyli zdolność dwutlenku węgla i innych gazów do zatrzymywania ciepła w atmosferze, jest znany naukowcom od lat 20-tych XIX w.

1977 – Badania zlecone przez firmę naftową Exxon potwierdzają wpływ spalania paliw kopalnych na klimat. Exxon nie publikuje tych danych, a w kolejnych latach zaangażuje się w kampanię negowania ustaleń nauki o klimacie.

1992 – Szczyt Ziemi w Rio de Janeiro. Zostaje uchwalona Ramowa Konwencja Narodów Zjednoczonych w sprawie zmian klimatu (UNFCCC).

1995–  W Berlinie odbywa się COP1, czyli pierwsza doroczna konferencja stron UNFCCC.

1997 – Podpisanie Protokołu z Kioto. Na mocy tego dokumentu jego sygnatariusze zobowiązali się do ograniczenia i redukcji emisji gazów cieplarnianych w okresie do 2012 r.

2003 – Unia Europejska przyjmuje dyrektywę ustanawiającą system handlu uprawnieniami do emisji gazów cieplarnianych (EU ETS) – swoje podstawowe narzędzie polityki klimatycznej.

2005 – Dyrektywa EU ETS wchodzi w życie. Od tej pory emisje dwutlenku węgla z dużych instalacji energetycznych i przemysłowych są obłożone opłatami.

2008 – Polska zostaje po raz pierwszy gospodarzem konferencji stron UNFCCC. COP14 odbywa się w Poznaniu.

2009 – Kluczowy COP15 w Kopenhadze: strony mają wynegocjować porozumienie klimatyczne, które zastąpiłoby wygasający w 2012 r. Protokół z Kioto.

2015 – COP21 w Paryżu dokonuje tego, co nie powiodło się w Kopenhadze. W wynegocjowanym tam Porozumieniu Paryskim strony zobowiązują się nie dopuścić do wzrostu globalnych temperatur o więcej niż 2⁰C.

2018 – Konferencja stron UNFCCC po raz trzeci odbywa się Polsce. Podczas COP24 w Katowicach udaje się wynegocjować większość postanowień regulaminu wdrażania Porozumienia Paryskiego.

2018/2019 – Unia Europejska przyjmuje pakiet reform energetycznych „Czysta energia dla wszystkich Europejczyków„.

2019 – Komisja Europejska ogłasza „Europejski Zielony Ład„, czyli nową długoterminową strategię rozwoju gospodarczego.

2020 – Komisja ogłasza strategię „Od pola do stołu„.

2021 – Wchodzi w życie Europejskie prawo o klimacie.

2023/2024 – Wchodzą w życie przepisy pakietu „Gotowi na 55%„.

2024 – Instytucje UE uchwalają Prawo o odbudowie zasobów przyrodniczych.

 

Izabela Zygmunt – doradczyni ds. ekonomicznych w Przedstawicielstwie Komisji Europejskiej w Polsce. Zajmuje się przede wszystkim tematyką Semestru Europejskiego i Europejskiego Zielonego Ładu. Wcześniej pracowała w organizacjach pozarządowych: Polskiej Zielonej Sieci, CEE Bankwatch Network, oraz w thinktanku Wise-Europa.

24 października członkowie Komisji Ochrony Środowiska Naturalnego, Zdrowia Publicznego i Bezpieczeństwa Żywności (ENVI) Parlamentu Europejskiego podtrzymali i częściowo poprawili wniosek Komisji Europejskiej dotyczący rozporządzenia w sprawie stosowania pestycydów (SUR). Przyjęty kompromisowy tekst zawiera pewne ulepszenia, ale nadal brakuje w nim kluczowych przepisów mających na celu ochronę obywateli i środowiska.

Ponieważ ENVI jest wiodącą komisją w tej sprawie, głosowanie stanowi kluczowy krok w procesie negocjacji w Parlamencie. Tekst zatwierdzony w ENVI (47 głosów za, 37 przeciw i 2 wstrzymujące się) uwzględnił kompromisowe poprawki opracowane i poparte przez większość Renew Europe, Lewicę (GUE/NGL), Postępowy Sojusz Socjalistów i Demokratów oraz Zielonych/EFA.

Chociaż przyjęty tekst poprawia niektóre z aspektów wniosku Komisji, przepisy nadal nie spełniają kluczowych wymagań obywateli i naukowców”- mówi Natalija Svrtan, specjalistka ds. polityki w PAN Europe. „Interesy przemysłu rolnego wyrażane przez niektórych europosłów pod wieloma względami uniemożliwiły podejmowanie decyzji opartych na nauce i priorytetowe traktowanie interesu publicznego”.

Ważne jest to, że zatwierdzony tekst nadal wspiera rozporządzenie z prawnie wiążącymi definicjami i obowiązkami, pomimo usilnych starań, aby w pełni odrzucić propozycję, a nawet zmienić ją w dyrektywę.

Cel redukcji dla najbardziej niebezpiecznych pestycydów został zwiększony do 65%. Jest to postęp w stosunku do propozycji Komisji. Jednak substancje te muszą zostać wycofane tak szybko, jak to możliwe, a pełny zakaz jest konieczny najpóźniej do 2030 r.” –  mówi Kristine De Schamphelaere, specjalista ds. polityki w PAN Europe. „Kluczowe znaczenie ma również, aby przegłosowany tekst utrzymywał wiążące przepisy dotyczące zintegrowanej ochrony przed szkodnikami i przepisy dotyczące poszczególnych upraw, tak aby rolnicy byli zobowiązani do priorytetowego stosowania metod zapobiegawczych i niechemicznych.

Przepisy dotyczące konkretnych upraw zostały pod pewnymi względami osłabione. W tekście znalazły się również bardzo potrzebne i ważne nowe przepisy dotyczące monitorowania pozostałości pestycydów i metabolitów w środowisku, a także u ludzi, importu i eksportu substancji czynnych i pestycydów oraz dostępu do wymiaru sprawiedliwości.

Z drugiej strony, tekst nie odnosi się do wysoce wadliwej metody obliczania redukcji pestycydów, tzw. zharmonizowanego wskaźnika ryzyka” – mówi Natalija Svrtan. „Ta przyjazna dla przemysłu metoda obliczania jest myląca i daje fałszywe wrażenie poprawy, podczas gdy nie ma żadnej!”.

Zmieniono również okres odniesienia dla obliczania redukcji z lat 2015-2017 na lata 2013-2017, obniżając tym samym poziom ambicji. Podczas gdy Komisja zaproponowała całkowity zakaz stosowania pestycydów na wszystkich obszarach wrażliwych, przegłosowany tekst dopuszcza produkty biokontroli i produkty dozwolone w rolnictwie ekologicznym, a także odstępstwa od zakazu stosowania innych substancji na obszarach wrażliwych. Ponadto niektóre obszary zostały usunięte z definicji, takie jak obszary wyznaczone „do ochrony siedlisk lub gatunków, w których utrzymanie lub poprawa stanu wód jest ważnym czynnikiem w ich ochronie” (część załącznika IV Ramowej Dyrektywy Wodnej). Tekst pozostawia państwom członkowskim decyzję o wskazaniu obszarów chronionych poza obszarami Natura 2000 jako obszarów wrażliwych.

Proponowane 3- lub 5-metrowe strefy buforowe wokół obszarów wrażliwych nie zapewnią skutecznej ochrony obywateli i różnorodności biologicznej. Wyraźnie pokazują to dane dotyczące przenoszenia pestycydów. W niedawnym sondażu IPSOS obywatele ponownie wyrazili szerokie poparcie dla ambitnych polityk dotyczących pestycydów, takich jak znacznie szersze strefy buforowe” – mówi Kristine De Schamphelaere.

PAN Europe uważa, że niezbędne jest, aby głosowanie plenarne (w połowie listopada) zajęło się pozostałymi istotnymi niedociągnięciami obecnego tekstu. Byłoby to odzwierciedleniem opartego na nauce procesu decyzyjnego i priorytetowego traktowania interesu publicznego, zgodnie z oczekiwaniami obywateli. Organizacje społeczeństwa obywatelskiego we wspólnym oświadczeniu przedstawiły ważne postulaty dotyczące skutecznego rozporządzenia ws. zrównoważonego stosowania pestycydów (SUR).

źródło: Informacja prasowa Pesticide Action Network Europe

Politycy i lobbyści przemysłu rolno-spożywczego posługują się gwałtownie rosnącymi w następstwie inwazji Rosji na Ukrainę cenami pszenicy, aby usprawiedliwić nieustanny atak na unijne plany ograniczenia stosowania pestycydów, twierdzą Olivier De Schutter i Jennifer Clapp.

Olivier De Schutter jest współprzewodniczącym Międzynarodowego Panelu Ekspertów ws. Zrównoważonych Systemów Żywnościowych (IPES-Food), byłym specjalnym sprawozdawcą ONZ ds. skrajnego ubóstwa i praw człowieka, i profesorem Katolickiego Uniwersytetu w Leuven; Jennifer Clapp jest specjalistką ds. bezpieczeństwa żywnościowego, wiceprzewodniczącą Panelu Ekspertów Wysokiego Szczebla ONZ ds. bezpieczeństwa żywnościowego i odżywiania, a także profesorem Uniwersytetu Waterloo w Kanadzie.

W 2022 r. nagłówki gazet zapełniała panika związana z niedoborem żywności na świecie w wyniku inwazji Rosji na Ukrainę. Kiedy Rosja zablokowała ukraiński eksport zboża na Morzu Czarnym, ceny pszenicy poszybowały do rekordowych poziomów.

Politycy i lobby rolno-spożywcze wykorzystali tę sytuację do uzasadnienia ciągłego ataku na unijne plany ograniczenia stosowania pestycydów, twierdząc, że utrzymanie obecnego poziomu zużycia chemikaliów jest konieczne dla zapewnienia bezpieczeństwa żywnościowego.

Teraz, rok później, pojawiła się zupełnie inna historia. Rolnicy w Polsce, Rumunii i Bułgarii są oburzeni nadmiarem ukraińskiego zboża rzuconego na ich próg. W konsekwencji polski minister rolnictwa Henryk Kowalczyk został zmuszony do złożenia dymisji, a polscy rolnicy protestowali podczas pierwszej od rozpoczęcia wojny oficjalnej wizyty prezydenta Zelenskiego w Warszawie.

Rolnicy ci mają powody, by czuć się poszkodowani. Duża część ukraińskich zbiorów zboża została przekierowana na tory, a wszystkie taryfy i kontyngenty do UE zostały zniesione, aby zapewnić, że zboże nie zostanie uwięzione i nie zmarnuje się. Bezprecedensowy napływ ukraińskiej pszenicy, o wartości 1,17 miliarda euro, trafił do sąsiednich krajów UE, wywołując spadek lokalnych cen i sprawiając, że produkty wielu rolników zalegają w magazynach.

W założeniu pszenica miała przejechać przez te państwa tranzytem w drodze na rynki międzynarodowe. Jednak ze względu na brak możliwości transportowych i problemy z infrastrukturą kolejową, znaczna jej część pozostała w krajach sąsiadujących z Ukrainą, zabierając miejsce w silosach i trafiając na rynek lokalny. Przyczyniło się do tego również zmniejszenie zapotrzebowania z krajów Północnej Afryki, które musiały ograniczyć import żywności, ponieważ ich gospodarki osłabły w wyniku zwiększenia stóp procentowych.

Powstaje więc pytanie: czy mamy do czynienia ze zbyt małą produkcją żywności, czy też jest jej za dużo?

Odpowiedź brzmi: z żadną z nich. Nadmiar zboża na rynkach w Polsce, Rumunii i Bułgarii pokazuje, że dzisiejszy kryzys związany z cenami żywności nie jest, i nigdy nie był, rezultatem jej niedoboru. Przyczyną problemu jest niewłaściwa dystrybucja i dysfunkcyjne rynki.

Dzisiaj cierpią polscy rolnicy, gdyż ich dochody gwałtownie spadły. Ale dysfunkcja rynków żywnościowych jest zjawiskiem globalnym. Od dziesięcioleci rolnicy z wielu krajów globalnego Południa są w podobny sposób wyniszczani przez wysyp na ich rynki taniej żywności z krajów zachodnich, które subsydiują produkcję i eksport żywności.

Wiele z tych krajów uzależniło się od importu żywności, co sprawia, że są szczególnie wrażliwe na zakłócenia na światowym rynku. Kraje te borykają się obecnie z rosnącymi rachunkami za import żywności i gwałtownie wzrastającymi kwotami spłat zadłużenia, co grozi nowymi falami głodu, nawet w sytuacji, gdy w Europie występuje nadmiar zboża.

Tego rodzaju zjawiska są rezultatem wadliwego przemysłowego systemu żywnościowego, w którym priorytetem jest nadprodukcja kilku podstawowych towarów żywnościowych dla zglobalizowanych łańcuchów dostaw just-in-time; i który sprzyja monopolizacji przez zaledwie garstkę przedsiębiorstw rolno-spożywczych – takich jak giganci zbożowi, którzy w ubiegłym roku, gdy rynki żywnościowe ogarnęło szaleństwo, odnotowali rekordowe zyski,.

Jest to model, który systematycznie zawodzi, kiedy trzeba dostarczyć żywność tam, gdzie jest rzeczywiście jest potrzebna, i który nie potrafi zapobiec narastaniu głodu ani zapewnić stabilnego dochodu rolnikom.

Ponadto oparte na tych filarach koncentracji systemy żywnościowe  są nie tylko niezwykle podatne na wstrząsy takie jak wojna, zmiana klimatu i niestabilność finansowa. Są one również narażone na cykle koniunkturalne, które zwykle prowadzą do zatorów, nadwyżek i niestabilności, co szkodzi rolnikom i konsumentom na całym świecie.

Poszkodowani rolnicy we wschodnich regionach UE zasługują na natychmiastowe rekompensaty. Środki na ten cel mogłyby pochodzić z podatku od zysków nadzwyczajnych nałożonego na gigantów zbożowych, którzy osiągnęli rekordowe zyski, gdy ceny żywności gwałtownie wzrosły.

Należy dołożyć więcej starań, aby zboże mogło wyjechać z Ukrainy oraz z Rumunii, Polski i Bułgarii – i to do miejsc, które go potrzebują, czyli do regionów o wysokim stopniu braku bezpieczeństwa żywnościowego. Nie powinno być ono zrzucane na lokalne rynki, ani podawane świniom i krowom.

Ale nadszedł również czas, by decydenci polityczni przyznali, że przemysłowy system żywnościowy nie zapewnia trwałego bezpieczeństwa żywnościowego ani stabilności finansowej rolników. Produkowanie coraz więcej i więcej oraz eksploatacja zasobów naturalnych w celu uzyskania większych plonów w imię „bezpieczeństwa żywnościowego” to przepis na ciągły chaos. Trzeba zakończyć wyścig do dna i przestać nastawiać rolników przeciwko sobie.

Tak, zawsze będziemy potrzebowali sprawiedliwego handlu. Ale nasz system żywnościowy musi zostać całkowicie przekształcony i zdywersyfikowany, aby był o wiele bardziej odporny na wstrząsy i mniej podatny na szkodliwe cykle koniunkturalne, bańki spekulacyjne i dumping.

Rolnicy muszą mieć możliwość wytwarzania o wiele bardziej zróżnicowanej żywności na bardziej lokalne i regionalne rynki.

Muszą też otrzymywać od konsumentów uczciwą i stabilną cenę.

Olivier De Schutter, Jennifer Clapp

Tłumaczenie: Jan Skoczylas

źródło: Euractive

Wczoraj  przewodnicząca Komisji Europejskiej Ursula von der Leyen zaprezentowała swoje przemówienie, z którego wynika, że Komisja Europejska opóźnia bezprecedensowe zobowiązanie do wycofania hodowli klatkowej, które złożyła w odpowiedzi na Europejską Inicjatywę Obywatelską „End the Cage Age / Koniec Epoki Klatkowej” popartą przez niemal 1,4 miliona obywatelek i obywateli.

Compassion in World Farming Polska uznaje to za skandaliczny przejaw lekceważenia obywatelskiego zaangażowania w czasach, gdy ludzie tracą zaufanie do UE. Organizacja zapewnia, że będzie sprawdzać wszystkie dostępne opcje, aby dopilnować, że UE spełni wolę swoich obywateli.

Unia Europejska pod naciskiem lobby agrobiznesu

W poniedziałek w tym tygodniu „Financial Times” poinformował, że UE rozważa rezygnację z planów wprowadzenia bardziej rygorystycznych przepisów w zakresie dobrostanu zwierząt, w tym wycofania hodowli klatkowej.

W dzisiejszym przemówieniu na temat priorytetów Unii Europejskiej na następny rok, przewodnicząca von der Leyen nie wspomniała o planach przedstawienia nowych przepisów. Podążając za żądaniami lobby wielkiego agrobiznesu, ogłosiła plan „większego dialogu” w tej sprawie.

Wszystko to pomimo niekończących się konsultacji, spotkań i opinii naukowych w ciągu ostatnich wielu lat, które wskazały konieczność wycofania hodowli klatkowej, a także pracy dziesiątek tysięcy obywateli, którzy wnieśli swój wkład w proces kształtowania nowego prawa. Urzędnicy Komisji poświęcili znaczne zasoby i fundusze publiczne na przygotowanie projektów ustaw, które mają być odroczone.

To zdrada obywateli

To, co się dzisiaj stało, jest skandaliczne. Komisja Europejska nie dotrzymała słowa, że zapewni zwierzętom godne życie, uginając się pod żądaniami lobby agrobiznesu i opóźniając wprowadzenie nowych przepisów dotyczących dobrostanu zwierząt – powiedziała Małgorzata Szadkowska, prezeska Compassion in World Farming Polska i członkini komitetu obywatelskiego inicjatywy „Koniec Epoki Klatkowej”.

Europejska Inicjatywa Obywatelska „Koniec Epoki Klatkowej to jedyna inicjatywa, co do której Komisja Europejska zdecydowanie zobowiązała się do działania, mimo że to narzędzie demokracji obywatelskiej istnieje od ponad dekady. Niedotrzymanie tego zobowiązania jest wyraźną porażką demokracji i przejawem lekceważenia zaangażowania obywatelskiego – kontynuowała Małgorzata Szadkowska.

Komisja Europejska zdradziła zaufanie swoich obywateli. W związku z tym sprawdzamy teraz  wszystkie dostępne opcje, aby zapewnić, że UE spełni wyraźną wolę obywateli – podsumowała.

Historyczne zobowiązanie Komisji

Dwa lata temu Komisja Europejska zobowiązała się do zaprzestania stosowania klatek w hodowli zwierząt w odpowiedzi na Europejską Inicjatywę Obywatelską „End the Cage Age / Koniec Epoki Klatkowej”, którą zainicjowała i koordynowała  fundacja Compassion in World Farming.

Było to pierwsze takie zobowiązanie od czasu wprowadzenia przez UE tego narzędzia demokracji ponad dziesięć lat temu. Komisja wskazała wtedy, że dokona przeglądu unijnych przepisów dotyczących dobrostanu zwierząt w trzecim kwartale 2023 r.

więcej: Compassion in the World Farming Polska

 

Polacy nie popierają unijnego planu uznania energii pochodzącej z gazu i atomu, jako „zielonej”. Z badań przeprowadzonych na zlecenie WWF wynika, że jedynie 35% Polek i Polaków jest przychylne uznania gazu za zrównoważone źródło energii, a w przypadku atomu – 36%.  Co w zamian? Badani z Polski uznali, że zrównoważona energia to ta, która pochodzi z wiatru (86%) i słońca (90%).

Wyniki badania powinni wziąć sobie do serca eurodeputowani, którzy w pierwszym tygodniu lipca podczas posiedzenia plenarnego Parlamentu Europejskiego, zdecydują, czy uznać gaz i atom za zielone inwestycje. Jeśli tak się stanie, miliardy euro zostaną przesunięte z energii wiatrowej, słonecznej na gaz kopalny i energię jądrową. Tymczasem z badań przeprowadzonych na zlecenie WWF jasno wynika, że zarówno Polacy, jak i obywatele innych państw Unii Europejskiej [1], są temu przeciwni.

„Zgodnie z oczekiwaniami obywateli, zarówno Unia, jak i Polska, powinny wspierać finansowo rozwój odnawialnych źródeł energii i sieci energetycznej. To jedyna droga do bezpieczeństwa i niezależności energetycznej oraz ograniczenia emisji gazów cieplarnianych. Paliwa kopalne i energetyka atomowa to przeszłość, której społeczeństwo już nie akceptuje. Wzywamy posłów do Parlamentu Europejskiego, aby posłuchali swoich wyborców!” – mówi Marcin Kowalczyk Starszy Specjalista ds. Polityki Klimatycznej w Fundacji WWF.

Wojna w Ukrainie uświadomiła nam bardzo boleśnie, że poleganie na paliwach kopalnych, takich jak gaz, zagraża naszemu bezpieczeństwu. Widzi to coraz więcej osób. Już 58% Polek i Polaków uważa, że względu na wojnę w Ukrainie Unia Europejska powinna przyspieszyć ograniczanie zużycia paliw kopalnych. Podobnego zdania jest 60% obywateli Unii.

„To kolejne wyniki badań, które dowodzą, że Polacy chcą rozwoju energetyki wiatrowej, która jest kluczowym elementem transformacji energetycznej [2]. Jeżeli proponowane zmiany w prawie krajowym wejdą w życie, to decyzja o odstąpieniu od ograniczeń wysokościowych, (tzw. zasady 10H) dla wiatraków będzie podejmowana na poziomie samorządów. To oznacza zwiększone znaczenie konsultacji społecznych i lokalnych społeczności, które – jak pokazują badania – są dobrze nastawione do OZE” – zaznacza Mikołaj Troczyński Starszy Specjalista ds. Odnawialnych Źródeł Energii w WWF Polska.

 

Odwołania:

  1. Badanie zostało przeprowadzone przez Savanta ComRes na zlecenie WWF. W badaniu wzięło udział 8125 obywateli i obywatelek z 8 krajów europejskich (Francji, Niemiec, Włoch, Hiszpanii, Polski, Rumunii, Holandii i Bułgarii). W Polsce w badaniu wzięło udział 1016 obywateli i obywatelek
  2. 79% Polek i Polaków uznaje, że konieczna jest jak najszybsza zmiana prawa, aby ułatwić budowę wiatraków w naszym kraju – więcej https://media.wwf.pl/pr/750844/polacy-chca-energii-z-wiatru-czy-rzad-morawieckiego-uslyszy-glosy-obywateli

 

 

Organizacje obywatelskie domagają się od decydentów wyrażenia sprzeciwu wobec osłabienia unijnych przepisów dotyczących GMO oraz poparcia światowego moratorium na uwalnianie do środowiska organizmów z mechanizmem nadpisywania genu.

Instytut Spraw Obywatelskich wraz z organizacjami obywatelskimi z całej Polski wystosował apel do ministra klimatu i środowiska Michała Kurtyki oraz ministra rolnictwa i rozwoju wsi Grzegorza Pudy, tym samym: zwracając uwagę krajowych decydentów na wyjątkowo ważną w Europie zasadę przezorności i potrzebę zainicjowania debaty publicznej w tym temacie.

Mobilizacja decydentów

To kolejna odsłona kampanii obywatelskiej, tym razem o wymiarze krajowym. Pod koniec marca br. 162 organizacje obywatelskie z Europy (w tym kilkanaście z Polski), wystosowały apel do Fransa Timmermansa, Wiceprzewodniczącego Komisji Europejskiej.

Poza ministerstwem klimatu i środowiska oraz ministerstwem rolnictwa podobne apele zostały wysłane także do najważniejszych osób w Polsce mających największy wpływ decyzyjny na omawiane zagadnienia: Prezydenta RP, przewodniczącego Rady ds. Rolnictwa i Obszarów Wiejskich przy Prezydencie RP, Komisarza UE ds. rolnictwa, Przewodniczącego Komisji do spraw GMM i GMO, przewodniczących komisji sejmowych (komisja Ochrony Środowiska, Zasobów Naturalnych i Leśnictwa, komisja ds. Rolnictwa i Rozwoju Wsi i senackich (komisja Środowiska, komisja ds. Rolnictwa i Rozwoju Wsi).

W piśmie zostało wyrażone zaniepokojenie próbami liberalizacji przepisów dotyczących nowej generacji organizmów zmodyfikowanych genetycznie (nowe GMO). Korporacje biotechnologiczne, których zyski ze sprzedaży pestycydów są dzisiaj zagrożone poprzez wdrażane strategie Europejskiego Zielonego Ładu, planują produkować nowe GMO (rośliny i zwierzęta), wykorzystując nowe techniki modyfikacji genetycznych: technologię CRISPR oraz technologię napędów genowych (nazywanych „bombami genowymi”).

Dlaczego nowe GMO są niebezpieczne?

Nowe GMO (rośliny i zwierzęta) otrzymane technikami modyfikacji genetycznych nie są wystarczające przebadane, a proces ich powstawania zasadniczo różni się od tradycyjnych technik hodowlanych, dlatego produkty technologii inżynierii genetycznej objęte są patentami. Ponadto nowe techniki modyfikacji genetycznych mogą powodować szereg niepożądanych zmian genetycznych skutkujących produkcją nowych toksyn lub alergenów, albo przenoszeniem genów oporności na antybiotyki. Zamierzone modyfikacje również mogą skutkować cechami, co do których istnieją obawy o bezpieczeństwo żywności, środowiska lub dobrostanu zwierząt. Najnowsze prace badawcze sugerują również zupełnie nieprzewidywalne zmiany w genomie po użyciu technologii CRISPR wskutek mechanizmów naprawczych DNA istniejących naturalnie w komórkach.

Co ważne, nowe techniki modyfikacji genetycznych wzbudzają wątpliwości również wśród naukowców pracujących nad ich rozwojem. Laureatka Nagrody Nobla z dziedziny chemii w 2020 r., Jennifer Doudna, zwraca uwagę m.in. na zagrożenia związane z technologią CRISPR i apeluje o debatę publiczną w tym temacie.

Polacy o nowych GMO

Pod koniec 2020 r. z inicjatywy europejskich organizacji obywatelskich, w tym Instytutu Spraw Obywatelskich, zostało przeprowadzone przez międzynarodową firmę YouGov badanie opinii publicznej w 8 krajach Unii Europejskiej: Polsce, Niemczech, Francji, Hiszpanii, Włoszech, Danii, Szwecji i Bułgarii na reprezentatywnej próbie blisko 9 tysięcy osób.

Na pytanie: „Czy ludzie powinni uwolnić do środowiska naturalnego organizmy zmodyfikowane genetycznie w technice napędu genetycznego (napędu genowego, nadpisywania genu)?” blisko 60% ankietowanych Polaków odpowiedziało przecząco. Prawie 80% respondentów z naszego kraju uważa, że wypuszczenie do środowiska naturalnego organizmów zmodyfikowanych genetycznie napędem genowym powinno zostać przesunięte w czasie do momentu, gdy zostanie naukowo potwierdzone, że ich użycie nie wpłynie negatywnie na bioróżnorodność, ludzkie zdrowie, rolnictwo, czy pokój na świecie. Podobne wyniki uzyskano w pozostałych krajach, co świadczy o tym, że społeczeństwa europejskie mają poważne obawy co do konsekwencji masowego stosowania nowych technik modyfikacji genetycznych w rolnictwie i produkcji żywności i domagają się ich kontroli.

Wyniki innego sondażu przeprowadzonego przez Greens/EFA na reprezentatywnej grupie respondentów z 28 krajów europejskich (w tym z Polski) zostały opublikowane 30 marca 2021 r. Badanie w dużej mierze poświęcone było kwestiom świadomości konsumenckiej i znakowaniu produktów GMO. Zadano również pytanie dotyczące świadomości istnienia nowych technik modyfikacji genetycznych. Większość badanych przyznała, że do tej pory nie słyszała o nowych GMO, natomiast ci, którzy słyszeli o nich, opowiadali się za przeprowadzeniem dalszych badań nad bezpieczeństwem tej technologii, a także za pełną informacją dla obywateli i konsumentów. W Polsce jedynie 2% respondentów nie chce, aby obywatele i konsumenci byli informowani o nowych badaniach i pochodzeniu produktów, natomiast 39% chce oceny produktów otrzymanych przy użyciu nowych technik modyfikacji genetycznych pod kątem ich bezpieczeństwa, 27% chce oznakowania takich produktów, a 28% opowiedziało się za jednym i drugim rozwiązaniem.

Zasada przezorności, czyli nim będzie za późno

Wobec tak wielkiego zagrożenia poszczególne kraje i Wspólnota Europejska powinny zastosować zasadę przezorności, obowiązującą w Traktacie o funkcjonowaniu Unii Europejskiej, do czasu dokładnego przebadania wszystkich skutków nowych technik modyfikacji genetycznych. Zasada przezorności w dziedzinie ochrony środowiska wymieniona jest w art. 191 Traktatu o funkcjonowaniu Unii Europejskiej. Poprzez możliwość podejmowania decyzji dotyczących działań zapobiegawczych w obliczu zagrożenia, można dzięki niej zapewnić wysoki poziom ochrony środowiska. W praktyce zakres stosowania tej zasady jest dużo szerszy i obejmuje też politykę ochrony konsumentów, przepisy Unii Europejskiej dotyczące żywności oraz zdrowia ludzi, zwierząt i roślin.

Jak można być tak ślepym, żeby uznawać dziś, że ludzie są w stanie sprawować w sposób odpowiedzialny zarząd nad atomową bombą genetyczną? Czy współcześni „uczeni w piśmie” nie dostrzegają, jak wygląda nasz świat? Nie widzą np. masowej eksterminacji gatunków dokonywanej przez człowieka, nie widzą chciwości rozpasanej do granic możliwości, nie potrafią wyobrazić sobie niemożliwych do zatrzymania konsekwencji pospiesznego uwolnienia nowych GMO do środowiska naturalnego? – mówi Rafał Górski, prezes Instytutu Spraw Obywatelskich

Decyzje potrzebne od zaraz!

Europejski Trybunał Sprawiedliwości (ETS) orzekł, że nowa generacja organizmów zmodyfikowanych genetycznie musi podlegać regulacji w ramach istniejących przepisów UE dotyczących GMO. Zdaniem Trybunału (pkt 53 orzeczenia z dnia 25 lipca 2018 r.) ich wyłączenie z unijnej dyrektywy dotyczącej GMO „zagrażałoby celowi ochrony, do którego zmierza dyrektywa, i naruszałoby zasadę przezorności, którą ma ona wdrożyć”.

W najbliższym czasie Komisja Europejska będzie podejmować kluczowe decyzje w tej sprawie, jednakże poszczególne kraje członkowskie UE, podobnie jak w przypadku „starych GMO”, mają prawo do wewnętrznego regulowania pewnych kwestii, np. uwalniania organizmów genetycznie zmodyfikowanych do środowiska. Z takiej możliwości zamierzają skorzystać Niemcy, o czym świadczy wczorajszy (27.04.br.) komunikat tamtejszego Ministerstwa Środowiska, Ochrony Przyrody i Bezpieczeństwa Reaktorów Atomowych.

Nowa inżynieria genetyczna to także GMO. Każdy bez wyjątku genetycznie zmodyfikowany produkt w UE powinien być nadal sprawdzany pod kątem ryzyka i oznakowany. W obecnych przepisach dotyczących inżynierii genetycznej istnieją odpowiednie regulacje takich procesów i produktów. Rząd federalny będzie musiał zająć właściwe stanowisko na poziomie krajowym i europejskim. Obywatele powinni swobodnie wybierać, czy chcą produktów inżynierii genetycznej na swoim stole, czy nie. Umożliwia to również ocenę ryzyka, jakie stwarzają rośliny zmodyfikowane genetycznie, zanim zostaną uwolnione do środowiska – powiedziała Svenja Schulze, Federalny minister środowiska Niemiec (tłumaczenie własne z języka niemieckiego na podstawie komunikatu Ministerstwa Środowiska, Ochrony Przyrody i Bezpieczeństwa Reaktorów Atomowych.

Dotychczasowe doświadczenie pokazuje, że rośliny modyfikowane genetycznie nie przyczyniają się np. do redukcji pestycydów. Skupienie się na nowych GMO blokuje pilną potrzebę zmiany w kierunku rolnictwa przyjaznego dla środowiska. Nowe GMO to właśnie rozszerzenie systemu rolniczego, który sam w sobie spowodował wiele problemów, istniejących obecnie na polach i w gospodarstwach rolnych – dodaje Svenja Schulze.

Inicjatorzy apelu podkreślają, że dialog i współpraca między krajami członkowskimi a Komisją Europejską są na tym etapie niezbędne i pilne. Decyzje podejmowane w najbliższych tygodniach będą miały wpływ na bezpieczeństwo naszej żywności oraz na przyszły stan środowiska naturalnego i klimatu, dlatego apelują o zdecydowane stanowisko Polski w tej sprawie, co leży w interesie Polek i Polaków oraz przyszłych pokoleń.

Sygnatariusze apelu:

Fundacja EkoRozwoju, Fundacja Mała Wielka Zmiana, Fundacja Rolniczej Różnorodności Biologicznej AgriNatura, Fundacja Rozwoju Myśli Ekologicznej, Fundacja Strefa Zieleni, Fundacja Zielone Światło, Instytut Globalnej Odpowiedzialności, Instytut Spraw Obywatelskich, Koalicja Żywa Ziemia, Kujawsko Pomorskie Stowarzyszenie Producentów Ekologicznych EKOŁAN, Lubelski Oddział Stowarzyszenia Producentów Żywności Metodami Ekologicznymi EKOLAND, Społeczny Instytut Ekologiczny, Stowarzyszenie Forum Rolnictwa Ekologicznego im. M Górnego, Stowarzyszenie Polska Wolna od GMO, Stowarzyszenie Producentów Żywności Metodami Ekologicznymi EKOLAND, Stowarzyszenie Slow Food Warszawa, Stowarzyszenie we&waste, Zielone Wiadomości.

Źródło: Instytut Spraw Obywatelskich

Bruksela uznała projekty oparte na gazie kopalnym za niezgodne z unijną taksonomią, czyli systemem klasyfikacji inwestycji uznawanych za zrównoważone. Za ekologiczne uznano palenie w elektrowniach drewnem z lasów. „To poważne zagrożenie dla klimatu i przyrody” – alarmują eksperci.

UE opublikowała dziś pierwszy akt delegowany dotyczący systemu jednolitej klasyfikacji działań na rzecz zrównoważonego rozwoju służących osiągnięciu przez UE neutralności klimatycznej do 2050 r., adresowany między innymi do państw członkowskich Unii Europejskiej i uczestników rynku finansowego. Jego zadaniem jest także zapobieganie greenwashingowi ze strony inwestorów i przedsiębiorstw.

Ostateczny tekst nie pozwala na to, by produkcja energii z gazu była uznawana za zrównoważoną. Zgodnie z zaleceniami naukowców i ekspertów zostały z niej wykluczone nawet najlepsze w swojej klasie elektrownie gazowe. Ze względu na ich wpływ na klimat i środowisko od miesięcy apelowało o to społeczeństwo obywatelskie, naukowcy i sektor finansowy.

Gaz jest paliwem kopalnym prawie tak samo szkodliwym dla klimatu jak węgiel, dlatego pod żadnym pozorem nie może być uznany za „zrównoważone” źródło energii. Wykluczenie go z taksonomii to mocny sygnał, że zamiana węgla na gaz nie jest działaniem na rzecz klimatu. W tym świetle zapewnienia Orlenu, że budowa gazowej elektrowni Ostrołęka C to część zrównoważonej transformacji, to jawny greenwashing i działanie na szkodę nas wszystkich. Oznacza to też, że takie projekty będą miały coraz większe trudności ze znalezieniem finansowania. Skończą dokładnie tak, jak elektrownia węglowa w Ostrołęce, której budowa zakończyła się inwestycyjną katastrofą – mówi Diana Maciąga ze Stowarzyszenia Pracownia na rzecz Wszystkich Istot, ekspertka Koalicji Klimatycznej.

Wśród celów taksonomii jest nie tylko łagodzenie i adaptacja do zmian klimatu lecz także ochrona i odbudowa bioróżnorodności i ekosystemów. Tymczasem ostateczny dokument zawiera znacznie słabsze standardy dla leśnictwa i bioenergii, niż wcześniej proponowano. Prawie wszystkie rodzaje wyrębu i spalania drzew w celu produkcji energii zostały zakwalifikowane jako zrównoważone, chociaż, według oceny skutków regulacji samej KE, może to powodować więcej emisji CO2 niż spalanie węgla. Nawet unijni naukowcy ze Wspólnego Centrum Badawczego (JRC) Komisji Europejskiej ostrzegają, że aż 23 z 24 przeanalizowanych przez nich scenariuszy polityki dotyczącej biomasy leśnej stanowią zagrożenie dla przyrody, klimatu lub obu naraz.

Spalanie biomasy leśnej w elektrowniach to zagrożenie dla ambitnych celów ochrony lasów zapisanych w Strategii Bioróżnorodności UE do 2030. Przewiduje ona ochronę ścisłą 10% obszarów lądowych Wspólnoty, w tym wszystkich lasów pierwotnych i starodrzewów. Tymczasem rosnący popyt na surowiec drzewny ze strony energetyki zwiększa presję na lasy, również te najcenniejsze, jak Puszcza Karpacka i Białowieska. Oddala to perspektywę ich trwałej ochrony. Obecnie 50% używanego w UE drewna jest spalana, za co w dużym stopniu odpowiedzialna jest właśnie bioenergetyka. Biomasa leśna, oprócz wysokiej emisyjności, jest więc również zagrożeniem dla zachowania bioróżnorodności ekosystemów leśnych – mówi Augustyn Mikos ze Stowarzyszenia Pracownia na Rzecz Wszystkich Istot, ekspert Koalicji Klimatycznej.

UE wspomina o ponownym przeglądzie tych kryteriów, ale pozostaje niejasna co do harmonogramu. Zapowiedziała także, że do końca roku ponownie zajmie się kwestią gazu, a także osobno energią jądrową, co może ponownie otworzyć drogę do uznania gazu kopalnego i produkowanej z niego energii elektrycznej za zrównoważone inwestycje.

Tło:

Jeżeli taksonomia UE będzie zgodna z nauką, może stać się międzynarodowym „złotym standardem” określającym, które inwestycje są zgodne z celem Porozumienia Paryskiego, podczas gdy inne kraje, takie jak Chiny, Wielka Brytania i Japonia, opracowują podobne narzędzia w zakresie zrównoważonego finansowania.

Jednak, ze względu na słabe zapisy dotyczące bioenergii i leśnictwa, organizacje społeczne takie jak BEUC, BirdLife czy Greenpeace wzywają Parlament Europejski i Radę do odrzucenia tekstu. Jeżeli propozycja KE nie zostanie odrzucona w ciągu najbliższych czterech miesięcy, instytucje finansowe będą sprawozdowały na podstawie unijnej taksonomii od początku 2022 roku.

Źródło: Pracownia na rzecz Wszystkich Istot

Fot. Babij


 

Covid-19 doprowadził do największej recesji gospodarczej od czasów II wojny światowej. Rządy zdecydowały się na wprowadzenie miliardów dolarów i euro do gospodarki, a także na przejęcie na siebie obowiązku wynagradzania milionów osób, chroniąc w ten sposób ich miejsca pracy. Państwa członkowskie UE po raz pierwszy zgodziły się na zaciągnięcie wspólnego długu. Krokom tym towarzyszyły śmiałe deklaracje: polityka cięć i zaciskania pasa miała odejść do lamusa, podobnie jak i globalizacja, Unia Europejska z kolei miała uczynić ogromny krok w stronę federalizacji. Czy żyjemy w czasach zmiany paradygmatu ekonomicznego? Na temat prognoz ekonomicznych dla Europy, funduszu odbudowy oraz tego co potrzebujemy dla ekologicznej i cyfrowej transformacji kontynentu rozmawiamy z Guntramem Wolffem, dyrektorem think tanku Breugel.

Roderick Kefferpütz: Koronawirus miał olbrzymi wpływ nie tylko na nasze zdrowie, ale również na gospodarkę w związku z rozlicznymi lockdownami. Co nas jeszcze czeka? W jaki sposób szok pandemii wpłynie na najbliższe lata?

Guntram Wolff: To największy kryzys od czasu II wojny światowej, z którego wciąż jeszcze zresztą nie wyszliśmy. Obserwujemy obecnie bardzo kruchą odbudowę gospodarczą – stopniową i niezwykle ostrożną. Tak też pozostanie aż do momentu, w którym dostępna będzie szczepionka. Wzorce produkcji i konsumpcji pozostaną zmienione aż do czasu jej upowszechnienia. Kondycja gospodarki pozostanie słabsza niż prognozowane dla niej trendy aż do roku 2022. Nawet w momencie, gdy szczepionka w końcu się pojawi, powrót do normy zajmie nam nieco czasu.

Czy na horyzoncie czeka na nas kryzys na rynku pracy?

To kluczowe pytanie. Obawiam się, że w tej materii najgorsze wciąż może być przed nami. Stanowcza odpowiedź Unii Europejskiej oraz zakończone sukcesem mechanizmy wspierania zatrudnienia były w stanie ustabilizować rynki pracy w Europie. Nie będą jednak w stanie chronić miejsc pracy w nieskończoność. Nie wiemy też, jak wiele firm zdecyduje się w przyszłym roku na ogłoszenie bankructwa, co dla pozostających w gotowości do świadczenia pracy oznaczać będzie przejście na bezrobocie. To realne ryzyko, przed którym stoimy.

Uważasz, że unijny pakiet na rzecz odbudowy stanowi wystarczającą odpowiedź? 

Najważniejszym krótkoterminowym celem działań na rzecz odbudowy powinno być stymulowanie popytu. Nie jest to jednak zadanie dla unijnego pakietu, lecz dla instytucji finansowych państw członkowskich, pożyczających pieniądze na rynkach finansowych w celu wsparcia swoich gospodarek. Celem pakietu unijnego powinno być umożliwienie i ułatwienie tego procesu. Plan „Next Generation EU” stara się pomóc krajom z gorszą sytuacją gospodarczą i większymi poziomami zadłużenia, które mogą nie mieć niezbędnej przestrzeni fiskalnej dla pobudzania popytu. Pomaga tym krajom w pożyczaniu i wydawaniu pieniędzy na swoją odbudowę, pełniąc w tych procesach funkcję pomocniczą. Nie powinniśmy jednak myśleć o tym narzędziu jako o czymś krótkoterminowym i przeciwcyklicznym, jako że na wypłaty środków jeszcze chwilę poczekamy.

Jak oceniasz ten pakiet pod kątem jego kształtu oraz wysokości? 

Patrząc się na jego wysokość musimy przyznać, że ten pakiet jest istotnym narzędziem o odpowiedniej skali. Niektóre kraje Europy środkowej i wschodniej otrzymają zastrzyk przekraczający 10% ich PKB, zaś w wypadku krajów południa kontynentu, takich jak Grecja czy Cypr, sięgnie on od 5 do 8% ich PKB. To znaczący transfer finansowy, który pomoże tym krajom w utrzymaniu się na powierzchni. Dodatkowo pakiet ten przyczynia się do obniżenia poziomu stóp procentowych. Rynki finansowe przyjęły go z zadowoleniem, uznając za znak jedności i stabilności Europy, co z kolei pomogło w ograniczaniu skali spreadów. Fakt ten znacząco pomaga krajom, pożyczającym duże sumy pieniędzy.

Znacznie trudniej ocenić jakość tego pakietu ratunkowego. Wszystko zależy od tego, w jaki sposób zostanie on wdrożony. Towarzyszą mu wielkie słowa – ma bowiem być „zielony”, „cyfrowy” i „społeczny” – wciąż jednak brak sprawnej struktury zarządczej która by zapewniła, że pieniądze wydatkowane będą w dobry sposób.

Jej kształt jest wciąż przedmiotem negocjacji. Propozycja, co do której jest zgoda w Radzie Europejskiej, brzmi na zbyt ogólną i technokratyczną. Rzecz jasna jej elementem będzie musiał być proces technokratyczny – mechanizm koordynacji prowadzonych polityk na bazie Semestru Europejskiego – ale unijny pakiet ratunkowy potrzebuje dziś przede wszystkim odpowiedzialności politycznej. Parlament Europejski będzie musiał uważnie patrzeć na sposób wydatkowania fundusz, a w skrajnych przypadkach mieć możliwość wstrzymania ich wpłacania. Unijne pieniądze wymagają odpowiedzialności politycznej na szczeblu unijnym.

Czy państwa członkowskie będą w stanie wykorzystać te pieniądze na gotowe do realizacji projekty?

To ważna wątpliwość. Niektórym państwom członkowskim ciężko będzie je wydawać. Włochy, Hiszpania czy Chorwacja potrzebowały sporo czasu na to, by wykorzystać przeznaczone dla nich fundusze strukturalne. Często nie udaje im się to nawet w trakcie siedmioletnich, wieloletnich ram finansowych UE. Nasza analiza w Breugelu wskazała, że krajom takim jak Włochy udaje się wydać około 40% przeznaczonych dla nich pieniędzy w ciągu wspomnianych siedmioletnich ram. Teraz z kolei unijny pakiet odbudowy stawia sobie za cel szybkie wydanie tych pieniędzy, co z kolei odbić się może na jakości wydawania środków. To dylemat, z którym właśnie się mierzymy.

Niektórzy argumentują, że pakiet odbudowy stanowi dla Europy jej „moment hamiltonowski”, przywołując słynny spór między Alexandrem Hamiltonem i Thomasem Jeffersonem z roku 1790, który przemienił Stany Zjednoczone z luźnej konfederacji w realną federację polityczną. Zgadzasz się z tą opinią?

To bardzo górnolotna deklaracja. Wspomniany pakiet jest oczywiście istotnym wydarzeniem, ale trudno go porównać z tym, co Hamilton zrobił z USA. Jest on istotny, bo zmienia charakter unii walutowej poprzez stworzenie mechanizmu zabezpieczającego, pozwalającego na transfer pożyczanych pieniędzy do państw dotkniętych pandemią. To mechanizm kryzysowy tworzący precedens, dzięki któremu możliwe stanie się jego wykorzystanie w kolejnych wypadkach głębszych recesji, porównywalnych do kryzysu finansowego z minionej dekady.

Czy kiedykolwiek spłacimy te wielkie sumy pieniędzy?

To źle postawione pytanie. Prawdziwe pytanie brzmi następująco: czy kiedykolwiek powinniśmy spłacić te pieniądze? Rada Europejska tego sobie życzy, jednak moim zdaniem za siedem lat, gdy nadejdzie czas na dyskutowanie spłaty w ramach negocjowania kolejnego unijnego budżetu (ram finansowych, rozpoczynających się od roku 2028), zapadnie decyzja o przełożeniu spłaty o kolejne 7 lat. Będzie to słuszna decyzja, jako że dług ten jest tani, długofalowy i pomocny. Pomaga on w stworzeniu wspólnego, europejskiego rynku zadłużenia i kapitału, wzmacnia również międzynarodową pozycję wspólnej waluty.

Nie widzę żadnego powodu do spłacania tego długu. Spójrz na dług na szczeblu krajowym – niemal nigdy nie jest on spłacany, a jedynie rolowany. Koniec końców chodzi o wykorzystanie wzrostu gospodarczego do wychodzenia z zadłużenia.

Ale co z inflacją?

Jaką znowu inflacją? Nie ma jej. Na żadnym rynku finansowym nie widać śladów, mogących sugerować ryzyko inflacyjne. Wręcz przeciwnie – wszystkie wskaźniki rynkowe wskazują na silnie deflacyjny charakter obecnej pandemii.

A zatem z ekonomicznego punktu widzenia nie ma co się martwić o to, że w wyniku unijnego pakietu na rzecz odbudowy zetkniemy się z problemem długu czy inflacji. A co, jeśli chodzi o wybory polityczne? Zadłużenie oraz związana z nią polityka cięć i zaciskania pasa doprowadziła do powstania głębokiego rozdźwięku między Północą i Południem. Uważasz, że ten pakiet unijny może w najbliższych latach na nowo obudzić dyskusję o długu, która zagrażać będzie jedności kontynentu?

Zgadza się. Obawiam się, że Unia nie stworzy silnych mechanizmów zarządczych, zapewniających odpowiedzialność za swe działania. W rezultacie możemy mieć do czynienia z sytuacją, że nowe pieniądze wpłyną na perspektywy wzrostu gospodarczego czy zrównoważonego rozwoju w mniejszy niż oczekiwany sposób. Jasno widać w jaki sposób taki obrót spraw może stać się paliwem dla oponentów tego typu unijnych mechanizmów wydatkowych – szczególnie na północy Europy. Szczególnie istotne w tej układance są Niemcy. Zmiana oficjalnego stanowiska przez rząd Angeli Merkel była olbrzymim krokiem na drodze do ich powstania. Kiedy zaczną pojawiać się doniesienia o nieadekwatnym wydawaniu wspólnych środków szybko może się okazać, że dyskusję zdominuje przekonanie o tym, by nigdy już nie decydować się na użycie takich mechanizmów.

Wspomniałeś, że pakietowi odbudowy towarzyszy szereg górnolotnych haseł, związanych z potrzebą transformacji ekologicznej i cyfrowej. Jak bardzo pakiety tego typu służyć powinny kreowaniu aktywnej polityki przemysłowej?

To jedno z tych trudnych pytań, na które bardzo chciałbym mieć dobrą odpowiedź. W chwili obecnej dyskusja na temat europejskiej polityki przemysłowej ma bardzo niejednoznaczny charakter. Nie ma ona jasno sformułowanych ram, celu czy orientacji – mamy do czynienia z szeregiem pojedynczych dokumentów, które nie składają się na spójną strategię. W niektórych obszarach jasno widać potrzebę aktywnej polityki przemysłowej. Przykładem może być transformacja ekologiczna, mająca kluczowe znaczenie dla naszej przyszłości. Aby zatrzymać niekontrolowane zmiany klimatu musimy mieć dostęp do wszystkich niezbędnych zielonych technologii.

Wycenianie dwutlenku węgla samo z siebie nie wystarczy. Musimy uzupełnić je zieloną polityką przemysłową, która będzie w stanie zapewnić nam dostęp do niezbędnych technologii i wesprzeć opracowywanie nowych modeli biznesowych szybciej, niż gdyby działania te pozostawały w wyłącznej gestii rynku. Europa musi w tym wypadku poczynić realny postęp.

Jestem bardziej sceptyczny, jeśli chodzi o transformację cyfrową. Jak miałaby wyglądać cyfrowa polityka przemysłowa? Potrzebujemy rzecz jasna regulacji, polityki inwestycyjnej czy tworzenia odpowiednich ram dla jej działania. Co jeszcze byłaby jednak taka polityka w stanie zaproponować? Niektórzy decydenci przebąkują o stworzeniu europejskiej chmury – kto jednak by ją stworzył i nią zarządzał? Państwo nie jest dobrym przedsiębiorcą, scenariusz ten nie wydaje mi się zatem realny.

Przekonujesz, że państwo nie jest dobrym przedsiębiorcą, ale w kontekście pandemii odegrało niebagatelną rolę w gospodarce. Czy w najbliższych latach ograniczy ono swoją rolę i dopuści choć trochę, znanej od Schumpetera, „kreatywnej destrukcji”?

To jasne, że państwo ma w trakcie tej pandemii do odegrania olbrzymią rolą. Jego kluczową funkcją jest zapewnienie stabilności w okresie dużego niepokoju jako „pożyczkodawca ostatniej szansy”, wspierający sektor prywatny. To, co instytucje publiczne robiły od początku tej pandemii jest absolutnie adekwatne. Schumpeter nie uważał, by państwo miało się cofać w momencie historycznych szoków w popycie i podaży, pozwalając na zniszczenie olbrzymiej części już istniejącego kapitału. Przekonywał do tworzenia konkurencyjnego otoczenia, w którym nowe firmy mają szansę na powstanie, a te nieproduktywne mogą za pomocą konkurencji zostać wypchnięte z rynku.

Wkraczając w rok 2022 będziemy musieli sprawdzić, czy państwo wciąż pełni tak dominującą rolę, że trudno jest się wybić nowym firmom. Aktualnie nie są one w stanie zaistnieć z powodu pandemii i recesji. Na którym etapie jednak nadejść ma czas na skurczenie poziomów wsparcia publicznego i publicznej własności? To rozmowa, która będzie nas jeszcze czekać, jako że zadaniem państwa nie jest zarządzanie dużymi firmami. To skurczenie roli sektora publicznego będzie nas w którymś momencie czekało, nie sądzę jednak, byśmy byli w tym momencie. To rozmowa bardziej na przełom roku 2021 i 2022. 

W trakcie tej pandemii zobaczyliśmy na własne oczy, jak kruche są międzynarodowe łańcuchy dostaw. Czy stanowi ona szansę na promowanie przez państwo relokalizacji produkcji?

Nie. Relokalizacja produkcji nie jest odpowiedzią z prostego powodu – sprawia, że towary stają się droższe. Będziemy musieli zwiększyć naszą odporność na tego typu kryzysy, musi ona jednak być osiągnięta w najbardziej efektywny kosztowo sposób. Możemy chociażby zwiększyć nasze zapasy krytycznych dóbr, takich jak zapasy medyczne, albo też postarać się o większą dywersyfikacje dostawców. Zdecydowanie się na zamknięcie granic i produkowanie wszystkiego w ramach własnej gospodarki wiązałoby się jednak z ogromnym szokiem cenowym o kiepskich skutkach dla naszego dobrobytu i kondycji ekonomicznej.

Czyli nie czeka nas powrót produkcji paracetamolu do Europy, jak apeluje francuski prezydent Emmanuel Macron?

Omówmy tę kwestie na przykładzie maseczek – produktu, którego bardzo brakowało nam przez pierwsze dwa miesiące kryzysu. Wydaje się zasadne, by Europa miała ich większe zapasy. Czy jednak ma sens rozpoczynanie ich produkcji na kontynencie w sytuacji, gdy kosztowałaby 3 euro za sztukę, czy kupować ze z Chin po 3 eurocenty za sztukę? Nie możemy zapominać o kosztach naszych decyzji politycznych. W tym wypadku lepszą opcją wydaje się zwiększenie zapasów i, być może, znalezienie drugiego poza Chinami dostawcy. Unia Europejska jest dziś eksporterem netto dóbr medycznych – czy na serio chcemy być bardziej protekcjonistyczni i zagrozić naszemu eksportowi?

Globalna gospodarka weszła w fazę geopolityczną, w której coraz silniej łączą się ze sobą kwestie ekonomiczne oraz te, związane z bezpieczeństwem. Bardzo możliwe, że skupianie się na efektywności cenowej może wiązać się z realnymi kosztami geopolitycznymi. Jeśli na przykład jedyną kwestią ma być cena, wówczas Huawei powinien móc budować swe sieci 5G.

Musimy na serio brać pod uwagę kwestie, związane z bezpieczeństwem, czego nie robiliśmy do tej pory w dostateczny sposób. Szczególnie w kwestiach infrastrukturalnych źle by się stało, gdybyśmy zależeli tylko od jednego dostawcy. Jeśli istnieją uzasadnione obawy o bezpieczeństwo istniejącej infrastruktury to jest to wyzwanie, na które musimy pilnie odpowiedzieć.

Zgadzam się również ze stwierdzeniem, że uzależnienie od innych krajów w zakresie importu kluczowych zasobów, takich jak minerały ziem rzadkich, musi zostać wzięte pod lupę, co doprowadzić powinno do znalezienia ich alternatywnych dostawców.

Chęć zupełnego odseparowania Europy od innych gospodarek jest jednak czymś politycznie i ekonomicznie niebezpiecznym. Niebezpiecznym dla gospodarki, bo ogranicza przyszłe możliwości ekonomiczne. Niebezpiecznym politycznie, bo tego typu luzowanie więzi zwiększa ryzyko konfrontacji militarnej. Zamiast tego scenariusza państwa członkowskie powinny wypracowywać wspólne, silniejsze stanowisko, umożliwiające im działania, zwiększające koszty ewentualnych gier geopolitycznych ich partnerów handlowych. Innymi słowy potrzeba nam lepszych, unijnych narzędzi prześwietlania inwestycji, konkurencyjności i pomocy publicznej, jak również silniejszej, międzynarodowej roli dla euro i polityki zagranicznej UE.

Rok 2020 pokazał, jak ważne znaczenie odgrywają sektory, takie jak ochrona zdrowia. Czy pandemia nie pokazała potrzeby szerszego przemyślenia naszych priorytetów gospodarczych? 

Zgadzam się z tym, że już czas na dyskusję nad tym, co naprawdę ważne dla społeczeństwa oraz na zwrócenie większej uwagi na kwestie dobrobytu i jakości życia. Jednym z elementów, na które musimy zwrócić uwagę, są wskaźniki – a właściwie ich brak. Nie mierzymy dziś wpływu rozwoju pandemii na szczeblu europejskim. Eurostat – instytucja odpowiedzialna za dostarczanie danych statystycznych na temat państw członkowskich – nie dysponuje wskaźnikami na ten temat. Byłoby czymś niezmiernie pożytecznym, gdybyśmy przeszli od codziennego zerkania na wysokość PKB w stronę analizowania szerszego obrazu: poziomów nierówności, emisji gazów cieplarnianych czy zabezpieczeń społecznych. Wskaźniki stanu środowiska, zdrowia, społeczeństwa czy nierówności powinny w znaczący sposób wpływać na debatę społeczną i kształtowanie polityk publicznych.

Artykuł „Europe’s New Reality: Covid Economics, Debt and the Future of Trade” ukazał się na łamach Zielonego Magazynu Europejskiego. Tłumaczenie: Bartłomiej Kozek

Zdj. lmelda / Unsplash