Kryzys klimatyczny to tak naprawdę jeden z objawów dużo poważniejszego kryzysu. Jego sedno można zawrzeć w jednym zdaniu: nie ma nic niestosownego we wzbogacaniu się cudzym kosztem. Takie podejście zaowocowało ludobójstwami, niewolnictwem i eksterminacją zwierząt. Wyrosłe na nich majątki pozwoliły zbudować świat, który znamy. O kosztach mało kto chce pamiętać – także tych związanych z zanieczyszczaniem środowiska.

Już na początku XX w. pojawiły się pierwsze prace naukowe wskazujące, że CO2 emitowany ze spalania paliw kopalnych będzie powodował wzrost globalnej temperatury. Nikt wtedy tym się nie przejmował i przez kolejne 120 lat nic się zasadniczo w tym temacie nie zmieniło. Największy koszt tej beztroski ponoszą państwa Globalnego Południa – te, które jeszcze do niedawna były koloniami umożliwiającymi bogacenie się Północy. To ich mieszkańcy coraz częściej muszą opuszczać swoje domy w wyniku katastrof nasilanych zmianą klimatu. Pierwsi uchodźcy klimatyczni będą najprawdopodobniej pochodzić z wysp Pacyfiku zalewanych przez podnoszący się poziom morza.

„Uchodźcy klimatyczni to chyba najtrudniejszy temat. Do 2050 r. ma ich być nawet miliard i… nic na to nie poradzimy, Trzeba już teraz o tym myśleć i przygotować służby, w tym armię. Uchodźcy klimatyczni będą musieli zostać tam, gdzie są. Miejmy nadzieję, że pomoc innych krajów pomoże przeżyć chociaż niektórym”.

Ten komentarz pochodzący z forum jednego z największych portali w Polsce dobrze podsumowuje popularną narrację dotyczącą uchodźców. Uchodźcy są problemem, przed którym musi się bronić. Mogą umierać tam gdzie są, my ich nie chcemy. Jeśli czegoś z nimi nie zrobimy, to wydarzy się coś strasznego. „Strach w założeniu ma przyciągnąć uwagę i mobilizować ludzi – być może [jest to] nieodpowiednia metoda. Istnieje ryzyko, że udramatyzowanie tematu może prowadzić do pospiesznych, nieoptymalnych i niedemokratycznych rozwiązań”wskazuje dr Giovanni Bettini, wykładowca na Uniwersytecie w Lancaster. Jak wygląda to w praktyce możemy obecnie obserwować chociażby na granicy polsko-białoruskiej. Czy mówienie o „tsunami uchodźców klimatycznych” może w ogóle skłonić kogokolwiek do działań na rzecz ochrony klimatu jako sposobu ograniczenia napływu migrantów? I czy w ogóle grozi nam takie „tsunami”? (Bettini, 2013)

Rachityczny strumyczek zamiast powodzi

„Afryka jest często postrzegana jako kontynent masowych migracji i wysiedleń powodowanych biedą, konfliktami i problemami środowiskowymi. Jednak takie postrzeganie jest raczej oparte na stereotypach niż […] badaniach empirycznych. […] W ostatnich latach dużo uwagi poświęca się nielegalnej migracji z Afryki do Europy. Sensacyjne doniesienia medialne i publiczny dyskurs rysują obraz „exodusu” zdesperowanych Afrykanów uciekających przed biedą do europejskiego 'El Dorado’. Wierzy się, że miliony Afrykanów czekają tylko by przybyć do Europy przy pierwszej okazji”podsumowują medialne narracje Marie-Laurence Flahaux i Hein De Haas, wskazując w swoim artykule, że nie mają one wiele wspólnego z rzeczywistością.

Wśród ludzi przeprowadzających się na inne kontynenty największą grupę stanowią Azjaci (ok. 40%), drudzy w kolejności są Europejczycy (ok. 25%). Z Afryki pochodzi ok. 15%, w tym tylko 1/6 to uchodźcy lub osoby o podobnym statusie. Europa jest miejscem docelowym dla ok. 1/4 emigrantów z Afryki, w rezultacie stanowią oni ok. 10% wszystkich migrantów na europejskiej ziemi, a zdecydowana większość z nich przebywa legalnie. Ponad połowa pochodzi z 3 państw leżących nad Morzem Śródziemnym: Maroka, Algierii i Tunezji. Ogółem ok. 80% wszystkich przesiedleń Afrykanów odbywa się w ramach kontynentu. Pokazywanie więc migracji z Afryki jako „exodusu” czy „inwazji na Europę” zdecydowanie mija się z faktami (Flahaux i De Haas, 2016, Idemudia i Boehnke, 2020, raport Africa Migration, 2020, Bertossi i in., 2021, raport IPCC, 2022).

Co więcej, większość migrantów przemieszczający się na duże odległości to najbogatsze i najlepiej wykształcone osoby w swoich społecznościach. Podróż do Europy, legalna i nielegalna, z państw Afryki Subsaharyjskiej – jednego z regionów najbardziej zagrożonych katastrofami klimatycznymi – jest niezwykle kosztowna (tysiące dolarów). Aby ją odbyć, część osób wyprzedaje całe rodzinne majątki. Wielu z tych, którzy decydują się zaufać przemytnikom, ginie po drodze lub jest deportowanych do kraju pochodzenia jeszcze w Afryce. W 2017 r. ponad 6200 osób na całym świecie umarło lub zaginęło na przemytniczych szlakach – ponad połowa z nich podczas przeprawy przez Morze Śródziemne (Flahaux i De Haas, 2016, Idemudia i Boehnke, 2020, raport Africa Migration, 2020, Bertossi i in., 2021).

Śmierć na miejscu

Migracje wynikające z bezpośredniego zagrożenia życia na skutek klęsk żywiołowych czy konfliktów odbywają się najczęściej w granicach państw lub w obrębie państw sąsiednich. W Afryce znajduje się jeden z największych na świecie obozów dla uchodźców: kenijski Dadaab (w 2020 r mieszkało w nim ponad 200 000 osób, m.in. Sudańczycy i Somalijczycy). Jednak nawet podróże na krótkie dystanse wymagają określonych zasobów. Gdy Farhana Yamin, adwokatka zajmująca się kwestiami sprawiedliwości klimatycznej, zapytała w Sudanie 2 młodych, głodujących chłopców dlaczego nie pójdą po pomoc do Dadaab, który jest tylko 40 km dalej, powiedzieli że po prostu nie mają tyle wody by pokonać pieszo tą drogę. Osoby najuboższe mają najmniejszy wybór jeśli chodzi o radzenie sobie z trudnymi sytuacjami. Oznacza to, że tam, gdzie państwo nie jest w stanie zapewnić środków na adaptację do zmiany klimatu lub gdzie konflikty najbardziej się nasilą, pokrzywdzeni będą ci, którzy w najmniejszym stopniu odpowiadają za generowanie problemów. Będzie to powodować ogromne kryzysy humanitarne.

Ilustracja 1. Lokalizacja obozów zarejestrowanych przez Wysokiego Komisarza ds. Uchodźców ONZ w 2018 r. Kolory pokazują prognozowaną na lata 2041-2060 liczbę dni w roku z temperaturą przekraczającą próg bezpieczny dla zdrowia ludzi. Źródło: raport IPCC, 2022

Obecnie około 20 mln osób rocznie jest zmuszonych opuścić domy ze względu na powodzie (główny powód) susze czy huragany. Według raportu UN Safe Climate do 2050 r. może ich być ok. 150 mln. Prognozy tutaj są jednak dość niepewne. Analitycy są jednak zgodni co do tego, że większość z tych osób będzie pochodzić z państw, które najmniej przyczyniły się do obecnej zmiany klimatu. Na przykład Somalia jest odpowiedzialna za 0,00027% całkowitych emisji gazów cieplarnianych od 1850 r., a w samym 2020 r. ponad milion Somalijczyków zostało wysiedlonych w związku z klęskami naturalnymi spotęgowanymi rosnącą temperaturą Ziemi. Dziesiątki milionów Afrykanów borykało się w 2022 r. ze skutkami katastrofalnych susz, powodzi i upałów, a tysiące osób straciły życie. W samej Etiopii ponad 12 mln osób jest obecnie zagrożonych niedożywieniem lub głodem (Brown i McLeman, 2009, Bettini, 2013, Flahaux i De Haas, 2016, raport Africa Migration, 2020, Bertossi i in., 2021, raport „Global Climate Wall”, 2021, raport IPCC, 2022).

Pieniądze na odbieranie, a nie ochronę życia

Najlepszym sposobem, w jaki państwa spoza Afryki mogłyby zapobiec tragicznym skutkom zmiany klimatu na tym kontynencie, jest ograniczanie przez nie własnych emisji gazów cieplarnianych oraz wsparcie finansowe lokalnych społeczności w budowaniu zdolności adaptacyjnych. Kłopot w tym, że państwa Globalnej Północy mają duży problem i z jednym i drugim. Mimo obietnicy dofinansowania adaptacji (tzw. fundusz „loss&damage”) w uboższych krajach kwotą ok. 100 mld dolarów rocznie, ledwo udaje się realnie wydać na ten cel ok. 35 mld. Tymczasem w 2020 r. państwa – głównie najbogatsze – przeznaczyły 2 biliony dolarów na wojsko i ok. 15 bilionów na wsparcie odbudowy po pandemii COVID-19. „Wielkie słowa na temat zagrożeń bezpieczeństwa związanych ze zmianą klimatu, z jednoczesnym brakiem działań by zająć się tego przyczynami, są słusznie postrzegane przez rozwijające się państwa jako zwykła hipokryzja” – podsumowują Oli Brown z think tanku Chatham House i Robert McLeman, profesor na Uniwersytet Wilfrida Lauriera. Co więcej, wskazywanie tych zagrożeń może de facto służyć innym celom. (Brown i McLeman, 2009, raport „Global Climate Wall”, 2021).

Państwa UE, które są odpowiedzialne za ponad 20% skumulowanych, historycznych emisji CO2, nie bardzo kwapią się by wspierać fundusz „loss&damage”. Były także obok USA głównym oponentem nazywania tego finansowania „rekompensatami”, obawiając się, że takie nazewnictwo pociągnie za sobą procesy o odszkodowania. Zamiast wspomagać lokalne społeczności w uboższych państwach, Europa przeznacza dużo pieniędzy na uszczelnianie granic, także w państwach afrykańskich. Budżet samego Frontexu zwiększył się między 2006 a 2021r. o ponad 2700%, mimo tego, że zagrożenie nielegalną migracją jest de facto medialną wydmuszką.

Twierdze bezdusznych bogaczy

Unia Europejska nie jest jednak w tym osamotniona. 7 państw (USA, Niemcy, Japonia, Wielka Brytania, Kanada, Francja i Australia), odpowiedzialnych w sumie za ok. 50% historycznych, skumulowanych emisji wydało łącznie w latach 2013-2018 co najmniej 2 razy tyle na uszczelnianie granic i politykę migracyjną (ponad 33 mld dolarów) niż na finansowanie działań klimatycznych (ok. 14 mld dolarów). Rekordzistą jeśli chodzi o stosunek poziomu finansowania polityki migracyjnej do działań klimatycznych jest Kanada, która wydała 15x więcej na kwestie granic, a w liczbach bezwzględnych USA (ok. 20 mld dolarów; ok. 2 mld na politykę klimatyczną). Dokumenty amerykańskich instytucji obronnych wprost nazywają kryzysy migracyjne zagrożeniem dla bezpieczeństwa narodowego. To pomaga uruchamiać środki na wzmacnianie granic. Na straszeniu uchodźcami, w tym klimatycznymi, zarabiają więc firmy zajmujące się szeroko pojętą ochroną. Wartość rynkowa ich usług ma rosnąć według prognoz o 5-7% rocznie w tej dekadzie. Jedna z takich firm, Raytheon, wprost wskazuje, że „zapotrzebowanie na ich produkty i usługi militarne może wzrosnąć, gdy niepokoje związane z bezpieczeństwem będą się nasilać w wyniku [występowania] susz, powodzi i burz na skutek zmiany klimatu”. Według brytyjskiego Cobhama, który jest jedną z głównych firm zakontraktowanych do ochrony granic Australii, „zmiany w zasobach i możliwości zamieszkiwania w państwach mogą spowodować wzrost potrzeby nadzoru granic z powodu migracji ludzi”. Wiele z firm, które strzegą granic zajmuje się też dbaniem o bezpieczeństwo gigantów wydobywczych. Na przykład Exxon Mobil zatrudnia L3Harris, pilnujący granic USA, do ochrony swoich platform wydobywczych w delcie Nigru, regionie, który ogromnie ucierpiał z powodu skażenia środowiska powodującego choroby ludzi i przymusowe wysiedlenia. Wychodzi na to, że firmy ochroniarskie głównie bronią tych, którzy zanieczyszczają przed ofiarami tych zanieczyszczeń (Bertossi i in., 2021, raport „Global Climate Wall”, 2021).

Klimatyczne piekło

Narracja o „falach uchodźców” sprzyja więc tak naprawdę jedynie partiom skrajnie prawicowym, które wzywają do ograniczania migracji oraz firmom związanym z zapewnianiem „bezpieczeństwa”, które chętnie – za odpowiednią opłatą – na te wyzwania odpowiedzą. Pokazywanie uchodźców jako „niekontrolowanych hord” ma stworzyć w opinii publicznej poczucie, że tradycyjne narzędzia nie są skuteczne w zarządzaniu ich napływem. W rezultacie w wielu przypadkach sprzyja to wzywaniu wojska do tamowania „zagrażających” nam „ludzkich powodzi”. Alarmistyczna retoryka zwiększa ryzyko usankcjonowania „wyjątkowych” środków kontroli takich jak stan wyjątkowy. Opisywanie mieszkańców Globalnego Południa jako „masy” odbiera im dodatkowo podmiotowość i karmi uprzedzenia. Osoby najbardziej bezbronne i poszkodowane w kryzysie klimatycznym stają się w takich narracjach de facto problemem do pozbycia się. Skupienie się na „niebezpieczeństwach” związanym z emigrantami skutecznie odwraca uwagę od dramatu ludzi tracących życie, zdrowie i/lub majątki (Hartmann, 2010, Bettini, 2013, raport „Global Climate Wall”, 2021).

To nie uchodźcy klimatyczni czy rosnąca populacja państw afrykańskich jest problemem. To my – Globalna Północ jesteśmy problemem: nasza nadmierna konsumpcja (10% ludzi o najbardziej emisyjnym stylu życia (patrz: Europa) jest odpowiedzialnych za 50% globalnych emisji), nasze bezduszne podejście do innych. Dopiero wojna w Ukrainie sprowokowała nas mocniej do myślenia, skąd bierze się benzyna na stacjach, a przecież od dekad europejskie pieniądze płyną do różnych reżimów (np.: państw Półwyspu Arabskiego). Od dekad firmy wydobywcze łamią prawa człowieka i zanieczyszczają środowisko, stawiając wiele osób przed trudną decyzją migracji. Mimo to historia, pudrowana „zielonym” czy „humanitarnym” PR-em, ciągle się powtarza – nowo projektowany gazociąg u północno-zachodnich wybrzeży Afryki ma dostarczać surowiec do Europy. Problemem jest więc też nasz brak odpowiedzialności za popełnione błędy i nasza postawiona na głowie hierarchia wartości („pieniądze przede wszystkim”). Być może więc zamiast straszyć uchodźcami powinniśmy zacząć straszyć bogaczami, bo to oni ciągną nas wszystkich prosto do „klimatycznego piekła”.

Interaktywna mapka pokazująca skąd pochodzą osoby migrujące do Europy i jaka jest ich liczba: https://www.lucify.com/the-flow-towards-europe/

Animowany wykres pokazujący jak zmieniały się migracje w podziale na kontynenty https://blog.revolutionanalytics.com/2018/06/global-migration-animated-with-r.html


 

Gdy piszę ten list do Was, Polek i Polaków, moje serce przepełnia strach o to, co mogło się stać z grupą uchodźców, którzy od ponad dwóch tygodni są porzuceni na granicy, w dziczy, w temperaturach poniżej zera. Grupa, w której znajdują się dzieci, kobiety i osoby starsze, wysłała mi w sobotę, 9 października, błaganie o pomoc poprzez media społecznościowe. Tego samego dnia młody Jazyda, który prosił o pomoc, wysłał mi wideo tej grupy. Znajdowały się w niej osoby z mniejszości jazydzkiej i Kurdowie z Iraku oraz Arabowie syryjscy. Niektórzy z Jazydów w grupie spędzili wcześniej siedem lat w obozach w Iraku.

Zarówno ja, jak i wiele osób, które zobaczyły to świadectwo i obrazy przerażonych małych dzieci i starszych osób, byliśmy zdruzgotani. Para starszych Jazydów w wideo nie miała kontaktu z rodziną w Iraku od niemal dwóch tygodni. Po zamieszczeniu filmu zadzwoniła do mnie ich przerażona córka, płacząc do telefonu. Chciała tylko wiedzieć, czy jej rodzice nadal żyją. Zadzwonił też krewny osób z grupy, mieszkający w Niemczech Jazyd, również płacząc. Następnie udał się z dziećmi i żoną na posterunek policji, prosząc państwo niemieckie o interwencję.

Z rozmów z licznymi dziennikarzami i aktywistami na rzecz praw człowieka w Polsce zrozumiałem, że toczy się dialog publiczny na temat tego filmu, szczególnie w kontekście widocznych na nim dzieci. Mogę Was zapewnić, że dzieci i dorośli byli sfilmowani tu, na granicy polsko-białoruskiej, w zeszłą sobotę, 9 października. Polscy i białoruscy strażnicy graniczni wielokrotnie odmówili im prawa do opuszczenia terenu leśnego na granicy, i ta odmowa dotyczyła też przyjęcia dzieci, osób starszych i tych, których życie było zagrożone.

W dniu 13 października otrzymałem od grupy kolejne wideo, ukazujące ją w tym samym miejscu. Dyskusja na temat migracji jest złożona i upolityczniona, a intencją tego artykułu nie jest przyczynienie się do dalszych kontrowersji. Wierzę jednak, że niewyciągnięcie przez Polskę pomocnej dłoni do tkwiących na granicy uchodźców, którzy uciekli przed ludobójstwem i wojną, nie tylko jest moralnie złe, ale stanowi też pogwałcenie podstawowych praw człowieka. Pozwolenie na to, aby dzieci, osoby starsze i ludzie uciekający przed ludobójstwem umarli na Waszej granicy, nie jest zapewne czymś, czego Polki i Polacy oczekują od swojego rządu. Wierzę także, że w czasach kryzysu i trudności w nas, jako istotach ludzkich, powinno przeważyć dobro i że katastrofy takie jak ta w pewien sposób nas definiują i stwarzają możliwość, aby traktować innych w sposób miłosierny i humanitarny.

Na koniec, w imieniu wszystkich Jazydów, proszę Was o wywieranie nacisku na polski rząd, aby zmienił swoje nielegalne praktyki na granicy, pozwalając również działaczom organizacji humanitarnych i dziennikarzom na dotarcie do rejonu przygranicznego i natychmiastowe zapewnienie tak bardzo potrzebnego jedzenia, schronienia i lekarstw. Apeluję też, abyście otworzyli serca na ludzi pochodzących z niestabilnych rejonów świata. To jest również Wasza możliwość, aby okazać dobroć w kryzysie humanitarnym.

Tłumaczenie listu: Zosia Krasnowolska

Historia Berlina ma wiele obliczy. Najbardziej znanym jest dzielący miasto mur. 13 sierpnia minęło 60 lat od rozpoczęcia jego budowy. W listopadzie mur ma dwie rocznice: 9 listopada 1989 roku mur przestał dzielić, a dokładnie 30 lat temu, czyli w listopadzie 1991 mur przestał istnieć – zostały tylko fragmenty, które opowiadają turystom swoją historię.

Ale zacznę od początku. Po przegranej II wojnie Niemcy zostały podzielone na cztery strefy okupacyjne (amerykańską, francuską, angielską i radziecką), podobnie wyglądał podział stolicy państwa. W latach 1948-49 Berlin Zachodni jest całkowicie odcięty od prądu, dostaw. Z pomocą przychodzą alianci tworząc „most powietrzny” i zapewniając podstawowe produkty. W kwietniu 1949 roku powstaje RFN, zaś w październiku NRD – dwa państwa niemieckie o dwóch różnych ustrojach, oraz najbardziej na wschód wysunięty przyczółek świata zachodu – Berlin Zachodni. Ponieważ nie każdemu mieszkańcowi NRD odpowiadał system wschodni, dość licznie przedostawali się oni do RFN. To z kolei nie odpowiadało ówczesnym władzom wschodnim i najpierw postawiono zasieki z drutu kolczastego, a następnie w 1961 roku rozpoczęto budowę liczącego 156 km muru berlińskiego.

Miał on skutecznie zatrzymać ludzi w NRD. Warto wspomnieć, że każda z uciekających osób po przekroczeniu granicy i znalezieniu się w Berlinie Zachodnim mogła poczuć uścisk pomocnej dłoni. Najważniejsze dla uciekinierów z NRD było to, aby mieć mur za plecami, stojąc twarzą do muru można było zginąć.

Szacunki są różne, bo podaje się od 78 do 250 ofiar śmiertelnych podzielenia miasta. Różnice wynikają z przyczyn śmierci. Ludzie ginęli, ponieważ mieli wypadki podczas przekraczania granicy, po nieudanej próbie ucieczki popełniali samobójstwa, zostali zastrzeleni podczas próby pokonania muru… Ginęli również strażnicy pilnujący muru. Jako ostateczną liczbę ofiar muru podaje się 136 osób. Po zjednoczeniu Niemiec odbyły się liczne procesy, w których oskarżono władze NRD oraz pełniących na granicy strażników. 35 strażników uniewinniono, ale 44 zostało skazanych na karę pozbawienia wolności w zawieszeniu.

Kawałki muru istnieją do dzisiaj, a w miejscach gdzie ginęli ludzie próbujący przekroczyć mur stoją charakterystyczne pomniki w kształcie czworokątnego słupa informujące o ofiarach, które poniosły śmierć podczas próby przekroczenia granicy w danym miejscu.

Na granicy białorusko-polskiej zaczyna się dziać niemal analogiczna sytuacja. Na razie powstają zasieki z drutu żyletkowego. Z jedną małą różnicą. W podzielonym Berlinie nie można było wyjść poza mur i przywitać się z osobą czekającą z wyciągniętą dłonią. Trzeba było pokonać mur, mieć go za plecami. Na tej granicy, białorusko-polskiej, po polskiej stronie nikt nie czeka z wyciągniętą dłonią, a ci, którzy chcieliby tę dłoń wyciągnąć, skutecznie są od granicy odsuwani, zaś zasieki z drutu kolczastego rozciągane są między uchodźcami a strażnikami wpatrzonymi w koczujących ludzi. Ci strażnicy nie strzelają, ale biernie patrzą na szukających pomocy, głodnych i wyziębionych ludzi. Wprowadzenie stanu wyjątkowego w obszarze przygranicznym miało na celu odcięcie ludzi od informacji, ale już wiadomo, że na granicy, na oczach strażników zaczynają umierać ludzie.

Ciekawi mnie, jak strażnicy wpatrzeni przez zwoje drutu kolczastego w koczujących na granicy uchodźców zachowają się w dniu wigilii Bożego Narodzenia. Raczej na pewno tradycja nakaże im, rozstawiając talerze na kolację wigilijną, postawić dodatkowe nakrycie dla „zbłąkanego wędrowca”.

Co dalej? Czy powstanie 418-kilometrowy mur na granicy?

Kiedy i jakie konsekwencje zostaną wyciągnięte wobec tych strażników? Warto w tym momencie przytoczyć art. 162 § 1 k.k., który mówi, że „kto człowiekowi znajdującemu się w położeniu grożącym bezpośrednim niebezpieczeństwem utraty życia albo ciężkiego uszczerbku na zdrowiu nie udziela pomocy, mogąc jej udzielić bez narażenia siebie lub innej osoby na niebezpieczeństwo utraty życia albo ciężkiego uszczerbku na zdrowiu, podlega karze pozbawienia wolności do lat 3″.

I na koniec jeszcze jedno pytanie: czy my także za kilka lat na granicy polsko-białoruskiej postawimy upamiętniające monumenty, aby nauczyć następne pokolenia, że oba te mury, ten berliński i ten polski, to tylko granice człowieczeństwa?


 

Strefa nazywana przez Erdoğana „strefą bezpieczeństwa” jest de facto strefą NIEbezpieczeństwa. Decyzją o wycofaniu wojsk amerykańskich z syryjskich terenów zamieszkałych przez ludność kurdyjską, Donald Trump pozostawia Kurdów – swoich niedawnych sojuszników – na pastwę wojsk tureckich. Strefa, która według Erdogana ma być miejscem, do którego wrócić mają przebywający na terenie Turcji syryjscy uchodźcy, od kilku dni jest polem bitwy, na którym z jednej stronie ginie ludność cywilna, z drugiej zaś więzienia, w których przetrzymuje się działaczy Państwa Islamskiego są bombardowane.

MRGA-underbombs

Apel społeczności Rojavy (Rożawy) z 9.10.2019 r.: Wobec wojny w północnej Syrii. Stanowisko „Make Rojava Green Again”

W lipcu 2019 r., podczas Obozu Dla Klimatu spotkaliśmy się z grupą wolontariuszy, realizujących w północnej Syrii wraz z lokalną społecznością projekt odbudowy bioróżnorodności na zniszczonych wojną terenach, próbujących stworzyć niezależność żywieniową dla tego regionu.

Nie może być zgody na realizowanie polityk rządów poprzez całkowitą destabilizację pokoju na Bliskim Wschodzie.

Poniżej zamieszczamy materiał z wrześniowego wydania Zielonych Wiadomości, którego tematem przewodnim był aktywizm klimatyczny. Materiał, który ze względu na aktualne wydarzenia, niebawem trafić może na półki archiwów aktywizmu.


Autonomiczny region w północnej i północno wschodniej Syrii, działający na zasadach bezpośredniej i uczestniczącej demokracji, deklaruje równouprawnienie kobiet, równość wyznaniową oraz ekologię jako jedną z podstaw swoich działań.  W 2017 roku grupa obcokrajowców, aby wesprzeć tamtejsze działania rozpoczęła kampanię “Make Rojava Green Again”, mającą na celu pomoc w odbudowaniu zniszczonego przez wieloletni konflikt środowiska i poprawy jakości życia zmęczonych wojną mieszkańców.

Rojava, czyli zachodni Kurdystan, a północ Syrii, to tereny zamieszkałe od lat przez ludność arabską, syryjską, kurdyjską oraz chrześcijańską. Na fali wiosny ludów z 2011 roku, Kurdowie po 40 latach przedłużającego się konfliktu z Turcją i licznych doświadczonych represjach przybyli na tereny Rojavy, aby tam budować swój nowy dom. Od wybuchu powstania w Syrii tamtejszy reżim blokuje jakikolwiek rozwój gospodarki w tym regionie, chcąc skłonić Kurdów do wycofania się. W ostatnich latach rząd zabraniał nawet sadzenia drzew, próbując tym samym zmusić lokalną ludność do migracji jako tania siła robocza do dużych miast takich jak Aleppo, Raqqa i Homs. Stawiając za priorytet jak najszybszy zysk, potrzebny do finansowania prowadzonej wojny, stosowano tam ogromne ilości pestycydów zatruwając tym samym glebę, wodę oraz powietrze. Sama ziemia w Rojavie jest jednak dla rewolucjonistów hojna i pozwala na uprawę podstawowych produktów. Oprócz warzyw także chleb i mięso są produkowane lokalnie, wszystko inne pochodzi z importu.

W ostatnich latach w wojnie z Państwem Islamskim wiele wiosek będących pod  kontrolą zaczęło bardzo mocno budować swoją świadomość i poczucie chęci autonomiczności. Coraz więcej grup dołączało do Rojavy, w pewnym momencie doprowadzając do punktu, w którym możliwym i potrzebnym było rozpoczęcie budowania wewnętrznych struktur – opowiada Martin, jeden z aktywistów działających w Rojavie.

Fot: Make Rojava Green Again

Martin i kilkunastu innych wolontariuszy od 2017 roku realizują w Rojavie kampanię „Make Rojava Green Again”. Kiedy przyjechali na miejsce długo rozmawiali  z mieszkańcami o tym, jak by mogła wyglądać ich pomoc. – Ekologia to temat, który dzięki dostępowi do wiedzy eksperckiej, kontaktom i funduszom mogliśmy najbardziej efektywnie wziąć pod nasze skrzydła. Również specyfika naszej działalności, w której co jakiś czas przyjeżdżają nowi wolontariusze, a część z nich wraca do swoich krajów odpowiada procesowi realizacji tego projektu. Wracając do siebie organizują wsparcie na miejscu, szukają dofinansowania, a także dbają o rozpowszechnienie informacji o tym co dzieje się na północy Syrii.

Dlaczego ekologia?

Powstały paradygmat opierający się na zasadach demokracji, równouprawnienia kobiet i ekologii pokazuje, że żadna ze składowych w tym systemie nie może istnieć bez drugiej. Nie ma demokracji bez kobiet zabierających w niej głos, nie ma ekologii bez stworzenia społeczeństwa opartego na zasadach równouprawnienia, gdzie każdy ma prawo dostępu do tych samych dóbr. Cały ten system inspirowany jest myślą Murraya Bookchina, twórcy ekologii społecznej, który funkcjonowanie społeczeństwa porównywał do procesów zachodzących w świecie roślin oraz podkreślał rolę natury i jej oddziaływania na jednostkę. Całość oparł na całkowitej samorządności i decentralizacji, aby całkowicie pozbyć się jakiejkolwiek dominacji – płciowej czy rasowej. Bezpośrednią inspiracją dla Kurdów była jednak postać Abdullaha Ocalana, lidera Partii Pracujących Kurdystanu, obecnie odbywającego karę dożywotniego więzienia na tureckiej wyspie Imrali, skąd od lat nawołuje do zawieszenia broni.

Założenia projektu

Jednym z podstawowych i realizowanych założeń projektu było stworzenie Akademii, jako instytucji odpowiedzialnej za budowanie świadomości ekologicznej wśród mieszkańców poprzez edukację i wspólne zakładanie oraz kultywowanie terenów zielonych. W 2018 roku założono przy niej szkółkę leśną, gdzie zasadzonych zostało blisko dwa tysiące drzew i pięćdziesiąt tysięcy innych sadzonek jadalnych roślin. Ponadto, wolontariusze projektu „Make Rojava Green Again” wspierają lokalny Komitet Naturalnej Ochrony i Reforestacji Rezerwatu Hayaka, gdzie planują zasadzić pięćdziesiąt tysięcy drzew przy brzegu jeziora Sefan w ciągu nabliższych pięciu lat.

Fot: Make Rojava Green Again

„Ludzie wyalienowani od natury, generują alienację w społeczeństwie i auto destrukcję, a  co za tym idzie jakiekolwiek działanie, które krzywdzi życie społeczności lub środowiska uważane jest za przestępstwo” – fragment konstytucji Rojavy

Główne wyzwania

Głównym problemem doskwierającym mieszkańcom Rojavay jest  dostęp do czystej wody. Turcja poprzez kontrolę nurtu trzech największych dopływających do Syrii rzek zasilających ich tamy, przyczynia się do postępującego osuszania terenów północnej Syrii, tym samym pozbawiając dostępu do wody lokalne społeczności. Po wybuchu rewolucji wszystkie porozumienia dotyczące regulacji ich przepływu poszły w niepamięć. Do tego stopnia, że w lipcu tego roku bez oficjalnego ostrzeżenia doszło do wypuszczania ogromnej ilości wody na zamieszkałe tereny doliny Tygrysu.

Fot: Make Rojava Green Again

Brak niezależności rozporządzania gospodarką wodną powoduje też odcięcie tych terenów od źródeł energii elektrycznej, którym jest tam system wodny. Turbiny nie mają wystarczającej ilości wody żeby się kręcić, psują się, a ekonomiczne embargo nałożone na Rojave nie pozwala na ich renowację. System irrygacyjny jest niemal całkowicie zniszczony przez wojnę. Do degradacji środowiska przyczynia się także wydobycie ropy naftowej, a sytuacja w rolnictwie pogarsza się poprzez postępujące tam pustynnienie. Kolejnym dużym problemem jest deforestacja związana z zakładaniem ogromnych monokultur zbóż i uprawą drzew oliwnych. Od samego początku, gdy syryjskie tereny wywłaszczane były od rządu przez lokalne kooperatywy, zobowiązywały się one do odbudowy różnorodności biologicznej, kultywacji hodowli bydła i sadzenia drzew w celu zachowania niezależności regionu. Jako “Make Rojava Green Again” staramy się wspierać ten proces poprzez uświadamianie lokalnych producentów o wadze różnicowania ich upraw.  Warto wspomnieć, że to właśnie rolnictwo daje mieszkańcom największe zatrudnienie. Wymiana żywności wśród producentów, a tym samym wzmocnienie niezależności regionu to jeden z naszych długodystansowych celów. W niektórych komunach ludzie zaczęli już pracować z ziemią bardziej kolektywnie, często oddanie terenów w ręce społeczności jest sposobem na ocalenie go od popadnięcia w nieużytek. Ludzie zdają sobie coraz bardziej sprawę z tego, że nie potrzebują właścicieli ani szefów, że mogą sami sprawiedliwie się organizować – opowiada Martin.

Dwa odcienie wody

Większa część wody zużywanej w gospodarstwach w Rojavie ląduje bezpośrednio w okolicznych rzekach, skąd pobierana jest następnie w celach zasilania pól, na których produkowana jest żywność. Brak systemu filtracji powoduje rozprzestrzenianie się licznych chorób oraz generuje dewastacje ekosystemów rzecznych.

System irygacji pól – Fot. https://makerojavagreenagain.org

Podział wody na szarą – spływającą z kranów i pryszniców oraz czarną – z toalet, pozwala na ponowne jej wykorzystanie wielu dziedzinach życia. Tak na przykład szara woda, ze względu na zawarte w niej środki myjące oraz organiczne pozostałości zawiera duże ilości fosforu, korzystnie wpływające na kultywację upraw. Takie rozwiązanie nie tylko zwiększyłoby plony, ale także pozwoliło na uwolnienie się od ograniczeń w dostępie do wody ze strony tureckiej. W przy pomocy filtracji przez specjalne sita, woda ta może być wykorzystywana do podlewania drzew, zaś przy oczyszczaniu jej metodą piaskową – upraw  warzywnych. Takie rozwiązanie zostało wprowadzone już w wielu miejscach w Australii.

Fot. Make Rojava Green Again

Tzw. czarna woda, w której skład wchodzą głównie ekskrementy zawiera dzięki nim, a w szczególności ludzkiej urynie duże ilości składników odżywczych (głównie nitrogenu) możliwych do użycia jako fertylizatory w rolnictwie. Jednak bez długiego okresu kompostowania może być używana tylko do nawadniania drzew, krzewów i zbóż przeznaczonych na paszę dla zwierząt. System całkowitej separacji dwóch typów wód pozwala na uniknięcie przedostawania się czarnej wody do obiegu związanego z konsumpcją człowieka, a tym samym rozprzestrzenianiu się chorób. Wydział Rolnictwa Uniwersytetu Południowych Chin potwierdza, że ludzkie ekskrementy od lat osiemdziesiątych stanowiły główne źródło nawozów w kraju, nadal utrzymując się na poziomie 30%. Od 2002 roku w Tanum w Szwecji (36 tys. mieszkańców) funkcjonuje system całkowitej separacji odpadów ludzkich, gdzie uryna gromadzona w specjalnych zbiornikach przekazywana jest jako nawóz dla lokalnych rolników. Zaś w Trosie, niedaleko Sztokholmu (11 tys. mieszkańców) czarna woda przechowywana jest przez sześć miesięcy, a następnie, gdy jej szkodliwość ulega zneutralizowaniu również dostarcza się ją dla okolicznych producentów żywności. Taki system jest jednym z długofalowych projektów realizowanych w Rojavie. Inwestycja wymaga jednak wsparcia wielu specjalistów oraz funduszy na jej realizację.

Energia od nowa, ale skąd?

Usytuowanie Rojavy między górami oraz obecność terenów mocno wystawionych na nasłonecznienie czyni ten region idealnym dla instalacji zarówno paneli słonecznych jak i turbin wiatrowych. Sama Akademia położona jest na zboczu, stwarzającym dobre warunki do produkcji energii wiatrowej. Mieszkańcy i wolontariusze apelują o pomoc naukowców, ekspertów, konstruktorów o wsparcie w realizacji tej części projektu.

Izolacja Rojavy ze względu na sytuację polityczną od sąsiadujących państw nie wpływa korzystnie na rozwój energetyki odnawialnej. Instalacja paneli słonecznych to pomysł chciałoby się powiedzieć idealnie pasujący do realiów tamtych terenów, jednak w tym momencie nie ma środków, ani nawet możliwości importu odpowiednich materiałów do ich budowy.

Życie codzienne w Rojavie

Komuna jest podstawową jednostką organizacyjną w demokracji konfederalnej. W praktyce tworzy ją około stu rodzin, czasem jest to po prostu jedna wioska. Regularnie rozmawiają o najważniejszych problemach codziennego życia ich społeczności, a każda komuna na poziomie mniejszych regionów ma swoich reprezentantów. Jest to zawsze kobieta i mężczyzna, najczęściej innego pochodzenia etnicznego bądź wyznania. Nie jest to żadna reguła, raczej naturalna, niepisana umowa w oparciu o zasady równości panujące w Rojavie. Jednocześnie funkcjonują tam jednostki nazywane komisjami, które odpowiadają biurom czy departamentom ds. edukacji, służby zdrowia, czy infrastruktury, których zadaniem jednocześnie jest bieżące komunikowanie społeczności o postępujących pracach. Ludzie zdali sobie sprawę, że poddawanie każdej najmniejszej decyzji pod głosowanie nie ma sensu, ufają swoim reprezentantom.– opowiada Martin.

Teraz społeczeństwo żyje w Rojavie trochę spokojniej. Prezentacje tureckich sił powietrznych nad głowami oraz pojedyncze ataki regularnie nadal jednak przypominają rewolucjonistom o trwającym konflikcie. Pomimo prób odbudowy miasteczek w celu powrotu do normalnego życia, napięcie i niepewność jutra towarzyszą mieszkańcom na co dzień.

Jak pomóc?

Najlepiej spakować plecak i wpaść do Rojavy! Także pisanie projektów o dofinansowanie, organizowanie zbiórek, rozpowszechnianie informacje o działaniach tamtejszej społeczności – to wszystko wartościowe cegiełki potrzebne w odbudowie życia społeczności Rojavy. Na stronie internetowej projektu można też znaleźć bieżące informacje odnośnie realizowanych tam działań oraz bezpłatnie pobrać książkę mówiącą o zielonej rewolucji w północnej Syrii.


Z historii regionu: Konflikt w Rojavie, znany również jako rewolucja w Rojavie, jest przewrotem politycznym, rewolucją społeczną i konfliktem militarnym w północnej Syrii, znanym jako Rojava. Podczas wojny domowej w Syrii koalicja arabska, kurdyjska, syryjska i niektóre grupy turkmeńskie dążyły do ​​ustanowienia Konstytucji Rojavy w de facto autonomicznym regionie, podczas gdy skrzydła wojskowe i sprzymierzone bojówki walczyły o utrzymanie kontroli nad regionem. Rewolucję cechuje znacząca rola kobiet zarówno na polu bitwy, jak i na nowo ukształtowaniu systemu politycznego, a także wprowadzeniu w życie demokratycznego konfederalizmu, formy demokracji oddolnej opartej na lokalnych zgromadzeniach i demokracji bezpośredniej.

Więcej:

https://en.wikipedia.org/wiki/Rojava_conflict

https://www.arte.tv/pl/videos/084989-000-A/syria-rozawa-kobieca-rewolucja/

Apel o kontakt i pomoc


Jeśli podoba Ci się to, co robimy, prosimy, rozważ możliwość wsparcia Zielonych Wiadomości. Tylko dzięki Twojej pomocy będziemy w stanie nadal prowadzić stronę i wydawać papierową wersję naszego pisma.
Jeżeli /chciałabyś/chciałbyś nam pomóc, kliknij tutaj: Chcę wesprzeć Zielone Wiadomości.

Na retorykę węgierskiego premiera Viktora Orbana składa się mieszanka lęków związanych z brakiem bezpieczeństwa socjalnego, utratą narodowej tożsamości oraz zagrożeniem dla bezpieczeństwa kraju. Wszystkie one odgrywają ważną rolę dla jego ustawiania się w charakterze jedynego obrońcy Węgier. (więcej…)

Beata Szydło chce nas wyprowadzić z Europy? Niekoniecznie, chociaż jej działania z pewnością utrudniają wejście Polski do unijnej czołówki. (więcej…)

Sytuacja kobiet ciężarnych i matek, które niedawno urodziły jest w obozach dla uchodźców wyjątkowo trudna, ponieważ często nie mają niezbędnej opieki. Wymuszone cesarskie cięcia, niedożywienie i zaniedbania w opiece poporodowej to codzienność według najnowszych badań poświęconych sytuacji w Grecji.

W sierpniu 2016 roku Feiza z Syrii urodziła swoje piąte dziecko. Na imię ma Ahmed. Spotkałam Feizę trzy dni po opuszczeniu szpitala w obozie Softex niedaleko Salonik. Skarżyła się na ból brzucha, który był spuchnięty i miejscami siny. Po wyjściu ze szpitala żaden lekarz nie pojawił się, by skontrolować ją i noworodka. Dwa tysiące osób przebywających w obozie może liczyć na podstawową opiekę medyczną, ale ginekologia do niej nie należy.

Feiza narzekała, że cesarskie cięcia robi się tu nawet jeśli nie ma takiej potrzeby lub jeśli kobieta sobie tego nie życzy. „Uchodźca”, wyjaśnia, wzrusza ramionami i spuszcza wzrok. To jedyne słowo w języku angielskim, jakie zna.

„To mój pierwszy poród przez cesarkę”, mówi mi Maryam, a jej 13-letnia córka tłumaczy te słowa na łamany angielski, co wystarcza, żebym zrozumiała, jak beznadziejna jest ich sytuacja. Feiza z dziećmi – których ojciec od stycznia czeka na nich w Niemczech – mieszka w małym namiocie niedaleko dziurawego płotu obozu. Obóz ten nie jest bezpiecznym miejscem, szczególnie dla kobiet i dzieci. Odnotowano przypadki gwałtów i przemocy seksualnej, a bójki są na porządku dziennym. Feiza mieszka tu z czterema dziewczynkami i maleńkim chłopcem.

„Boimy się wychodzić. W nocy w ogóle nie opuszczamy namiotu, a w dzień, jeśli już musimy wyjść, to nigdy osobno” – zaznacza. W namiocie jest jedno duże łóżko, na którym śpi z niemowlakiem. Dziewczyny mają cienki materac rozłożony na drewnianej podłodze. Przeraża je otaczająca przemoc. Boją się, że węże i inne zwierzęta wejdą do namiotu.

Historia Feizy dobrze ilustruje trudności, jakich uchodźczynie doświadczają na swojej drodze. Podobnych historii jest więcej. Fundusz Ludnościowy Narodów Zjednoczonych (UNFPA) podaje, że ponad 55% osób, które przybyły do Europy w styczniu 2016 roku to kobiety i dzieci. Dla porównania w lipcu 2015 było ich tylko 27% wśród przybyszy. Wiele kobiet podróżuje z dziećmi lub noworodkami przy piersi. Organizacja Lekarze bez Granic szacuje, że niemal jedna na dziesięć kobiet, które udaje się uratować z łodzi przemytników jest w ciąży.

Niebezpieczeństwo porodu

Kwestia opieki medycznej rzadko podejmowana jest w kontekście uchodźctwa, choć jest to jedna z podstawowych potrzeb, które kraj przyjmujący miałby zapewnić. Według nowych badań przeprowadzonych przez organizacje Hellenic Action for Human Rights (Pleiades), Human Rights in Childbirth, Are You Syrious? i grupę wolontariuszy sytuacja kobiet rodzących dzieci w greckich obozach jest dramatyczna. Sytuacja w innych krajach I miejscach na szlaku bałkańskim, gdzie przebywa obecnie większa liczba uchodźców i uchodźczyń pewnie jest podobna, ale brakuje twardych danych.

Badania w Grecji prowadzono w obozach i squatach od września do października 2016 roku. Przeprowadzono rozmowy z 29 kobietami, z których 20 niedawno urodziło, a jedna poroniła. Jedno dziecko zmarło krótko po porodzie.

Tylko jedna z 20 kobiet powiedziała, że karetka przyjechała w porę, by zabrać ją do szpitala, gdzie mogła urodzić. 60% kobiet rodziło przez cesarskie ciecie, bez informowania czy pytania o zgodę ze strony personelu medycznego. Jedna z kobiet opowiedziała o panice, która ją ogarnęła, kiedy zdała sobie sprawę, co ją czeka. „Po 12 godzinach prób, by urodzić naturalnie, poinformowano mnie, że będą mnie rozcinać. Ciągle byłam świadoma i przywiązana do łózka, kiedy moje podbrzusze zaczęli czyścić do zabiegu alkoholem” – opowiada. „Bałam się i poprosiłam anestezjologa o znieczulenie, używając arabskiego słowa khadirini (znieczul mnie). Ten zaczął się śmiać i powtarzać: żadnego khadirini. Wpadłam w panikę i wyłam z bólu i  ze strachu, do tego stopnia, że zerwałam pasy krępujące moje ręce. Na szczęście przyszli lekarze, rozmawiali ze mną i uspokajali mnie”. Nieobecność tłumacza powodowała, że wiele kobiet dostawało całkowite znieczulenie bez jakiegokolwiek wywiadu medycznego. Z kolei porody naturalne prowadzono często w ogóle bez znieczulenia.

W wywiadzie z tego roku dla Are You Serious?, Karin Tschare-Fehr, lekarka i wolontariuszka z Austrii, opisuje dramatyczną sytuację kobiet, zwracając szczególną uwagę na częste wykonywanie cesarskiego cięcia u kobiet, które żyją w niehigienicznych warunkach. Karin badała kobiety, które mówiły jej, że lekarze w szpitalach wykonują cięcie prawie wszystkim rodzącym, bez względu na wolę kobiety. „Odpowiedzialność za taki stan ponosi Unia Europejska”, przekonuje i wyjaśnia, że „nie chodzi tylko o uchodźców, ale o samych Greków, którzy są w beznadziejnej sytuacji, ponieważ nie mogą świadczyć podstawowej opieki zdrowotnej swoim obywatelom i nie stać ich na więcej”.

Dom, czyli obóz

Kobiety mówiły również o problemach z lokalami mieszkalnymi po porodzie, braku podstawowego bezpieczeństwa, złych warunkach sanitarnych, złej opiece medycznej, wyłącznie męskim personelu, braku dostępu do pomocy prawnej czy wreszcie o ograniczonym dostępie (lub braku dostępu) do informacji i tłumaczy.

Jakość usług medycznych w wielu greckich obozach jest przerażająco niska. Niektóre obozy mają zespoły medyczne, które zapewniają jedynie bardzo podstawową pomoc w godzinach od ósmej rano do piątej popołudniu. Poza tymi godzinami uchodźcy polegają na greckiej służbie zdrowia, która opornie odpowiada na ich potrzeby. Niektóre raporty wskazują, że karetce może zająć nawet 12 godzin od zgłoszenia zanim dotrze do uchodźcy.

Takich historii jest na pęczki. Pewna 19-letnia Afganka, mieszkająca na stadionie Elliniko, gdzie urodziła dziecko opowiada tak: „Czasami mam tak straszny ból głowy, jakbym waliła nią o ścianę. Lekarze powiedzieli mi, że to normalne i samo przejdzie”. Z kolei jedna 32-letnia Afganka mówi o zaniedbaniach w opiece poporodowej, która powinna pomóc przezwyciężyć trudności związane z życiem w obozie: „Dostałam proszek do picia, który miał pomagać mi w korzystaniu z toalety. Przestałam to brać, bo bałam się iść do toalety nocą, kiedy samotni mężczyźni nie śpią i kręcą się w okolicy”.

Według badań pomimo faktu, że wiele kobiet, z którymi przeprowadzono rozmowy zgłosiło władzom, że są w ciąży w momencie przybycia do Grecji, nie otrzymały dodatkowej opieki zagwarantowanej przez przepisy prawa międzynarodowego, europejskiego, czy greckiego. Autorzy raportu piszą:

Głównym problemem wskazywanym przez kobiety jest niska jakość jedzenia. Wiele kobiet informowało, że przebywały w różnych obozach w Grecji i wszędzie były problemy z jedzeniem. Było surowe, nieświeże lub brudne. Jeśli tylko miały pieniądze, kupowały jedzenie spoza obozu. Ich sytuacja zdrowotna nie upoważniała je do żadnych dodatkowych porcji. Świeże owoce, warzywa, mięso i ryby to rzadkość. Wszystkie skarżyły się na złe odżywianie w ciąży, co prowadziło do anemii i niskiego ciśnienia. Suplementy (witaminy i żelazo) dostawała mniej niż połowa, a jeśli ktoś je dostawał, to musiał za nie dodatkowo płacić.

Życie w trudnych warunkach sprawia, że matki nierzadko zapominają zadbać o swoje zdrowie. Według badań kobiety, które miały cięcie cesarskie często nie wracały do szpitala na usunięcie szwów, ponieważ dotarcie tam nie było dla nich łatwe. W efekcie dwie kobiety przyznały, że ponad 30 dni po zabiegu wciąż maja otwarte rany, które codziennie opatrują bandażami.

Jakby tego było mało, dzieci urodzone w Grecji przez uchodźczynie miewają żółtą gorączkę, zapalenie opon mózgowych, niedobory witaminy D, sepsę i gruźlicę, czyli problemy, które prawie w ogóle nie dotyczą greckich noworodków. Z powodu braku tłumaczy matki często w ogóle nie wiedzą o takich diagnozach. „Kolejnym istotnym problemem jest brak kontroli zdrowia dzieci i nadzoru nad szczepieniami” – czytamy w raporcie. „Wiele matek mówiło, że nie wiedzą, ile ważą ich dzieci, a trzy przyznały, że ich dzieci w ogóle nie były kontrolowane po wyjściu ze szpitala. Niektóre matki twierdziły, że nawet jeśli w ich obozie były organizacje pozarządowe zajmujące się opieką medyczną, to praktycznie nigdy nie były dostępne”.

Dotychczas tego rodzaju ostrzeżenia i informacje podawane przez różne organizacje raczej nie docierały do władzy w Grecji i innych państwach. Media unikają tego tematu i po raz kolejny potwierdzają, że kobiety i dzieci pozostają najsłabszą grupą, której prawa ciągle są łamane.

O autorce

Nidzara Ahmetasevic jest dziennikarką, niezależną badaczką i aktywistką z Sarajewa. Jest wolontariuszką w organizacji Are You Serious?, dla której redaguje stronę AYS Daily Digest i prowadzi prace w terenie. Publikowała w The New Yorker online, EUobserver, Al. Jazeera English online i The Observer. Doktorat zrobiła na Uniwersytecie w Graz.

Źródło: Open Democracy

Tłumaczenie: Robert Reisigová-Kielawski

Czy progresywne siły polityczne muszą być wrogie religijności? Czy da się budować sojusze w konkretnych sprawach, a nie zgadzać się w innych? (więcej…)

W jaki sposób Europa powinna radzić sobie z kryzysem uchodźczym? Zielona Fundacja Europejska postanowiła porównać stanowiska sił ekopolitycznych na kontynencie. (więcej…)

Wyobrażając sobie “zieloną utopię” – idealny świat – pewne jest jedno. To, że miejsce to jest wolne od opresyjnych, ograniczających nas granic. (więcej…)

Skąd wziął się lęk przed prezentowaniem wizji otwartych granic? Dlaczego nie muszą oznaczać wielkich fal migracji? Druga część rozmowy o przyszłości Europy. (więcej…)

Europejskiej lewicy nie udało się zająć głównej roli w debacie na temat humanitarnych rozwiązań kryzysu uchodźczego. (więcej…)