Feminizacja biedy? Feminizacja ubóstwa? Jakkolwiek sformułować, nie brzmi to zachęcająco; bieda czy ubóstwo to tematy, od których chcemy trzymać się z daleka. A słowo “feminizacja” brzmi uczenie, nie pozostawiając miejsca na ludzki wymiar tego, do czego ten termin się odnosi.

Zacznijmy od samej biedy. Nie chcemy o niej myśleć i mówić, bo przystoi tylko biedakom, a nikt przecież nie chce biedakiem być. W badaniach naukowych bieda pojawia się późno, i w naszym regionie zaraz znika: w krajach realnego socjalizmu nie wolno było o biedzie pisać, publikować tekstów na jej temat – nie było więc sensu jej badać. Socjolożka Irena Reszke, która pod koniec lat 80.badała różnice zarobków kobiet i mężczyzn, dowiedziała się, że nie wolno jej uzyskanych wyników opublikować – niezależnie bowiem od owych różnic płace zarówno kobiet, jak i mężczyzn były tak żałośnie niskie, że ich ujawnienie godziłoby w interes państwa. Opublikowała więc jedynie poszerzoną i pogłębioną część teoretyczną książki – dzięki czemu otrzymaliśmy na samym początku transformacji jej „Nierówności płci w teoriach” – a sama zajęła się feminizacją biedy nieco później.

Choć istniała cenzura, równolegle istniała także wiedza dotycząca biedy i jej feminizacji. Gdy w 1971 roku do protestujących w Łodzi włókniarek przyjechała delegacja rządowa, jej uczestników zszokowało to, co zastali na miejscu: kanapki przełożone cebulą zamiast sera lub wędliny czy warunki mieszkaniowe robotniczych rodzin. Strajk włókniarek doprowadził nie tylko do cofnięcia decyzji o podwyższeniu cen, lecz także do przyznania funduszu na program budownictwa mieszkaniowego, program, dzięki któremu powstały osiedla mieszkaniowe.

Jednym z powodów stworzenia w połowie lat 70. funduszu alimentacyjnego była potrzeba zmniejszenia biedy kobiet samodzielnie wychowujących dzieci, których ojcowie nie płacili alimentów. Zaplanowany jako instytucja kredytująca alimenty, które następnie miały do niego wrócić, fundusz stał się filarem systemu alimentacyjnego na następnych kilkadziesiąt lat. Jego likwidacja w 2004 roku wyprowadziła matki na ulice. Okazało się, że bez tego mizernego państwowego wsparcia byt wielu rodzin z jednym rodzicem (czyli praktycznie rodzin matek wychowujących samodzielnie dzieci), balansujących dotąd na granicy ubóstwa, został zagrożony. Na skutek protestów powołano nowy fundusz alimentacyjny, który, choć nadal zmniejsza skalę ubóstwa w najbiedniejszych rodzinach monoparentalnych,  nie rozwiązuje systemowo społecznego problemu niepłacenia alimentów. Przykład funduszu alimentacyjnego pokazuje, że bieda – w tym bieda kobiet – to zjawisko trwające latami, którego nie zmienia nawet transformacja systemu. Potrzebne są konkretne, wycelowane w mechanizmy odpowiedzialne za feminizację biedy, programy polityczne i wola ich wdrożenia.

Po zmianie systemu biedą już można się było zajmować; okazało się wówczas, iż  nierówności będące efektem transformacji mają płeć. I że grupą, w którą transformacja uderzyła mocniej, są właśnie kobiety. Jednak badaczki (bo zajmowały się tym tematem głównie kobiety) napotykały na mur niezrozumienia i braku zainteresowania wynikami ich badań. Tak było w przypadku łódzkiego Instytutu Socjologii, który stał się swoistym ośrodkiem badań nad biedą, rozpoznawalnym na całym świecie, i dostarczającym nie tylko danych, lecz także rekomendacji dla bieżących polityk – żadnej z rekomendacji nie wprowadzono nigdy w życie, bo walka z biedą i ubóstwem nie była nigdy priorytetem dla żadnego rządu. Być może są szanse na zmienienie tego na poziomie samorządu: łódzki Wieloletni Program Działań Antydyskryminacyjnych, którego rozwój przerwała pandemia, uwzględniać ma – jako pierwszy w Polsce – biedę jako jeden z czynników wykluczenia.

Wyniki pierwszych badań dotyczących biedy w transformującej się Polsce nie pozostawiały wątpliwości. Na pierwszym miejscu wskazywano na zjawisko juwenilizacji biedy, czyli biedę dzieci, i towarzyszące mu zjawisko dziedziczenia biedy. Na drugim – feminizację biedy, czyli biedę kobiet i dziewcząt. Badania dowodzą, że sam fakt urodzenia się dziewczynką zwiększa ryzyko popadnięcia w biedę i że wynika to z wielu czynników.

Jednym z nich jest wspomniana już niealimentacja. Jeśli na początku XXI wieku mieliśmy 20% rodzin monoparentalnych, czyli z jednym rodzicem, i wychowywało się w nich około 25 %dzieci, a skala ściągalności alimentów wynosiła od dziesięciu do kilkunastu procent, to ryzyko, że matki samotnie wychowujące dzieci popadną wraz z dziećmi w biedę,  okazuje się poważne, i dotyczyć może przynajmniej miliona takich rodzin.  To tylko jeden przykład pokazujący, jak płeć determinuje biedę. Pozostałe czynniki to między innymi: nierówność kobiet i mężczyzn na rynku pracy, stereotypowe definiowanie ról płciowych, bezpłatna praca w domu i praca opiekuńcza przypadająca w większości kobietom, ekonomiczne bariery dostępu do zdrowia reprodukcyjnego, krzyżowanie się kryterium płci z innymi kryteriami wykluczenia – takimi jak wiek (bieda dziewczynek i starszych kobiet), zdrowie, orientacja psychoseksualna, czy przynależenie do innych niż seksualne mniejszości.

W środowiskach kobiecych problem feminizacji biedy/ubóstwa zaistniał na dobre w 2008 roku, gdy ukazał się raport Polityka równości płci. Polska 2007, wydany przez UNDP i zgodnie z metodologią tej organizacji zawierający opracowanie na ten temat. Oprócz diagnozy przyczyn, opisu zjawiska i jego skali zawierał również rekomendacje odnośnie do przyszłej polityki równości płci, które są wciąż aktualne (tekst raportu dostępny pod adresem http://phavi.portal.umcs.pl/at/attachments/2014/0718/120514-raport-polityka-rownosci-szans-sz.pdf). Rok później rozdział poświęcony feminizacji biedy przedrukowano (ze zmianami) w raporcie Kobiety dla Polski. Polska dla kobiet. 20 lat transformacji 1989-2009, który został przygotowany z okazji pierwszego Kongresu Kobiet. W ten sposób przekaz dotyczący biedy kobiet dotarł do szerszej publiczności, został też uwzględniony w wydanej w 2014 roku  Encyklopedii gender.

Rekomendacje dotyczące zwalczania feminizacji biedy  są wciąż aktualne. Dodać można do nich temat ubóstwa menstruacyjnego, o którym zaczęto mówić dopiero niedawno. Rozłożywszy zjawisko feminizacji biedy na składniki, bez trudu można wskazać, jak każdy z tych składników rozbroić. Pozostając przy pierwszym przykładzie: aby zmniejszyć biedę matek samodzielnie wychowujących dzieci, należy zadbać o egzekwowanie alimentów, i o to, by zasądzano je w wysokości odzwierciedlającej realne koszty związane z utrzymaniem dziecka i jego edukacją. Aby zmniejszyć i finalnie zlikwidować lukę płacową, skutkującą różnicami w dochodach z pracy kobiet i mężczyzn, należy wprowadzić przepis o równej płacy za tę samą pracę. Aby zmniejszyć ubóstwo starszych kobiet – zreformować system emerytalny. I tak dalej… choć jednak  w innych krajach takie rozwiązania są już od dawna wprowadzane i funkcjonują, w Polsce nikt – poza ekspertkami od feminizacji biedy – ich nie proponuje. Najbardziej systemowym rozwiązaniem, które mogłoby wpłynąć realnie na sytuację kobiet, byłaby ustawa o równym statusie kobiet i mężczyzn. Ustawa taka musiałaby za sobą pociągnąć przepisy dotyczące równej płacy, świadczeń emerytalnych  czy wspólnego ponoszenia kosztów opieki nad dziećmi. Bez wątpienia nie ma szans na wprowadzenie takiego rozwiązania przed uzyskaniem większości sejmowej w kwestii przywrócenia Polkom praw reprodukcyjnych. 

Tymczasem możemy obserwować wpływ prowadzonych polityk na sytuację kobiet. Niedocenionym rozwiązaniem mającym łagodzić skutki rosnącej prekaryzacji pracy stało się „Kosiniakowe” – świadczenie dla matek (i w pewnych przypadkach dla ojców), którym nie przysługuje płatny urlop macierzyński czy rodzicielski, w wysokości 1000 złotych. dużo więcej emocji wzbudził jednak wprowadzony przez PiS program 500+, przewidujący dodatek rodzinny; pomoc, w wysokości 500 złotych, początkowo przysługiwała na drugie i kolejne dzieci bez względu na dochód rodziców, a na pierwsze zaś tylko wtedy, gdy rodzice spełniali wymóg nieprzekroczenia radykalnie niskiego progu dochodowego. Program ten miał w założeniu podwyższyć poziom dzietności Polaków Okazało się jednak, iż jest to raczej pobożne życzenie za to niespodziewanie program wywołał inny skutek: zmniejszenie biedy dzieci! Żywo dyskutowano także jego wpływ na sytuację kobiet. Zmniejszenie biedy dzieci musiało oznaczać zmniejszenie biedy ich rodziców, w przypadku rodzin monoparentalnych – przede wszystkim matek. Szacuje się, że stopień ryzyka popadnięcia w biedę matki samodzielnie wychowującej dziecko jest zbliżony do stopnia tegoż ryzyka w przypadku obojga rodziców wychowujących trójkę dzieci. program 500+, jak się z wydawało, chronił przed głęboką biedą jednych i drugich

Ożywioną dyskusję i spory w środowiskach kobiecych wywołało inne zjawisko związane z tym programem: z pracy zawodowej zrezygnowały kobiety, którym dodatek na jedno dziecko lub na więcej dzieci pozwalał  zoptymalizować domowy budżet bez ich własnego dochodu z pracy. Zwracano uwagę, że w ten sposób kobiety te skazują się na biedę na starość,bo  zmniejszają wysokość swojej przyszłej emerytury; krytykowano je za krótkowzroczność i brak wiedzy ekonomicznej. Krytykującym nie mieściło się w głowie, że w ekonomii wiązania przez “menedżerki biedy” końca z końcem od pierwszego do pierwszego wizja emerytury jest dość odległa, a płace kobiet decydujących się na ich zamianę na dodatek musiały być głodowe. Hejt skierowany w stronę beneficjentów programu 500+, oskarżanych o wszelkie możliwe grzechy – od załatwiania się na wydmach po odpowiedzialność za wyborcze zwycięstwo PiS – tak naprawdę wymierzony był głównie w kobiety, matki, które 500 złotych dostawały. Początkowo godzący w rodziny najbiedniejsze i wielodzietne, trwał w najlepsze, choć  w połowie 2019 roku zniesiono kryterium dochodowego i objęto programem wszystkich rodziców bez względu na dochód. Hejt ten połączył pogardę dla biednych z niechęcią do matek, i pokazuje, jak silny jest wpływ uprzedzeń i stereotypów. 

Aby zmienić politykę państwa wobec kobiet, nie wystarczy jedynie pokonać PiS. Trzeba też zlikwidować społeczne mechanizmy usprawiedliwiania istniejących nierówności czy oskarżania biednych o to, że sami są sobie winni. Albo winne.

*************

Wymienione w tekście prace:

Irena Reszke, Nierówności płci w teoriach: teoretyczne wyjaśnienia nierówności płci w sferze pracy zawodowej, IFiS PAN, Warszawa 1991.

Polityka równości płci. Polska 2007. Raport, red. Naukowa Bożena Chołuj, UNDP, Warszawa 2008.

Kobiety dla Polski. Polska dla kobiet. 20 lat transformacji 1989-2009, raport: Kongres Kobiet Polskich, red. Agnieszka Grzybek, Joanna Piotrowska, Fundacja Feminoteka, Warszawa 2009.

Hasło „Feminizacja biedy (ubóstwa)”, Izabela Desperak, Magdalena Rek-Woźniak, w: Encyklopedia gender. Płeć w kulturze, red. Monika Rudaś-Grodzka, Katarzyna Nadana-Sokołowska, Agnieszka Mrozik, Kazimiera Szczuka, Katarzyna Czeczot, Barbara Smoleń, Anna Nasiłowska, Ewa Serafin, Agnieszka Wróbel, Wydawnictwo Czarna Owca, Warszawa 2014.

Fot. Piotr Drabik


 

Cała ludność Nowej Zelandii (4,45 mln – przyp. red.) zmieściłaby się w mieście wielkości Melbourne. Mały kraj? Być może, ale i tak pełen wielkich idei i nowatorskich pomysłów. Kampania wyborcza Zielonych w 2011 r. nie była tu wyjątkiem. Nowozelandzkim Zielonym udało się zwiększyć poparcie aż o 65% – z 6,6 do 11,1% (za cel stawialiśmy sobie zdobycie co dziesiątego głosu). Parlamentarna reprezentacja urosła z 9 do 14 osób. Na kampanię udało się zebrać ponad milion dolarów nowozelandzkich (ponad 2,5 mln zł), co jest bardzo istotne w kraju, w którym nie ma publicznego finansowania partii politycznych.

Podstawą sukcesu było pokazanie, że mamy sprecyzowane cele, a nasz przekaz wyborczy odpowiada na podstawowe troski ludzi, dotyczące stanu gospodarki. Podsumowywał go zwrot „czysta, zielona pomyślność dla wszystkich w Nowej Zelandii”. Nasz program wyborczy pokazywał zielone spojrzenie na kwestie ekonomiczne, które okazały się kluczowym tematem dla wszystkich wyborczyń i wyborców, nie wyłączając zielonego elektoratu.

Za kampanię Zielonych podczas wyborów w 2008 i 2011 r. odpowiadał 10-osobowy sztab kampanii. Jego zadaniem było opracowanie strategii wyborczej (wraz z budżetem), zatwierdzanej przez zarząd partii. Gdy strategia otrzymywała zielone światło, sztab miał właściwie wolną rękę w kształtowaniu partyjnego przekazu, ustalaniu kalendarza działań oraz zatrudnianiu personelu. Dało nam to możliwość posługiwania się nowatorskim dizajnem i narzędziami marketingowymi, ale bez narażania partii na ryzyko utraty kontroli nad własnym przekazem.

Nasze postulaty podsumowywaliśmy w oświadczeniach prasowych i przemówieniach przy użyciu hasła: „zielona gospodarka, która pracuje dla wszystkich”. Sednem naszego przekazu były kwestie trwałego rozwoju oraz sprawiedliwości społecznej. W przekazie reklamowym kondensowaliśmy je jeszcze bardziej za pomocą sloganu „Aby Nowa Zelandia była bogatsza” (For a richer New Zealand), ubranego w starannie dobrany komunikat graficzny. Kombinacja słów i obrazów odwoływała się do najważniejszych wyzwań gospodarczych, ale zachęcała również do tego, by jej odbiorcy zastanowili się nad tym, co czyni ich życie prawdziwie bogatym.

Badania przeprowadzone po naszej udanej kampanii „Głosuj za mnie” z 2008 r. (w której wykorzystano apelujące do dorosłych postaci dzieci – przyp. red.), pokazały, że udało nam się skutecznie pobudzić emocje wyborców, ale musieliśmy uzupełnić przekaz obietnicami, które przypieczętują nasz „pakt”. Okazało się, że bardzo potrzebują oni emocjonalnej więzi z ugrupowaniem, przy którym postawią krzyżyk na kartce wyborczej. W kampanii wyborczej skupiliśmy się zatem na trzech priorytetach: rzekach, pracy i dzieciach. Trójka okazała się dla szczęśliwą liczbą: chwyciła w mediach, była łatwa do „obsłużenia” przez osoby kandydujące z ramienia Zielonych, a przede wszystkim łatwa do zapamiętania przez wyborców.

Nasze priorytety:

  • ŚRODOWISKO: Każda rzeka dostatecznie czysta, by móc w niej pływać
  • GOSPODARKA: Pobudzanie tworzenia zielonych miejsc pracy przy pomocy zachęt dla biznesu oraz przedsięwzięć publicznych
  • RÓWNOŚĆ: Wydobycie z ubóstwa stu tysięcy dzieci
  • Postulaty te – którym towarzyszyły staranne wyliczenia dotyczące kosztów ich realizacji – wskazywały, co trzeba zrobić, aby uczynić Nową Zelandię krajem autentycznie bogatszym dla wszystkich, pozwalając zarazem na przestawienie gospodarki na bardziej zielone tory. Odsłaniając nasze priorytety, mieliśmy czas na przekonanie ludzi, że możemy za ich pomocą wzbogacić kraj. Pomogliśmy w ten sposób również kandydatkom i kandydatom w posługiwaniu się prostym, optymistycznym i zrozumiałym językiem, co przyniosło nam rekordowe poparcie.

    Kampania miała trzy etapy:

    1. Pobudka dla partii i wyborców – to rok wyborczy!

    Zaczęliśmy do od „kampanii otwierającej”, mającej na celu pobudzenie naszych struktur oraz zaangażowanie opinii publicznej. W jej trakcie mogliśmy zorientować się, nad jakimi problemami organizacyjnymi musimy jeszcze popracować. „Czego pragniesz od przyszłości?” – to pytanie umieściliśmy na rozdawanych ludziom ulotkach. Z całego kraju spłynęły do nas zdjęcia z ludźmi trzymającymi te ulotki z napisanymi na nich odpowiedziami. Umieściliśmy je na naszym koncie na Facebooku, tak by ludzie mogli udostępniać je i dzielić się własnymi przemyśleniami.

    2. Mówimy czego chcemy – tworzymy naszą tożsamość

    Po zakończeniu kampanii otwierającej skupiliśmy się na budowie wizerunku naszej partii jako niezależnej i wyjątkowej formacji na scenie politycznej. Zadeklarowaliśmy, że po wyborach będziemy preferowali współpracę z (lewicową) Partią Pracy, nie wykluczając jednak możliwości szukania wspólnych punktów z (prawicową) Partią Narodową. Podkreślaliśmy zarazem, że między nami a prawicą istnieją olbrzymie różnice programowe, poważnie utrudniające współpracę tego typu.

    Ogłosiliśmy to stanowisko w czerwcu, tuż po przyjęciu go przez doroczny kongres partii. Było ono wiarygodne, zdarzała się nam już bowiem współpraca z Partią Narodową w konkretnych sprawach (takich jak publiczne wsparcie dla termorenowacji czy stworzenie krajowej sieci rowerostrad). Nie przeszkadzało nam to jednak w byciu bardzo krytycznymi wobec polityki tej rządzącej krajem partii, np. w kwestii wydobywania surowców naturalnych na obszarach parków narodowych, co zresztą dzięki naszym wysiłkom udało się powstrzymać. Nasza niezależna, oparta na zielonych wartościach pozycja zwiększyła wiarygodność naszych propozycji i pozwoliła na pokazanie, że naprawdę zależy nam na wdrożeniu dobrych, zielonych rozwiązań zamiast utrzymywania status quo. Zielony przekaz był jasny – chcemy konkretnych zmian na lepsze i będziemy działać na rzecz ich realizacji, niezależnie od tego, która partia będzie rządziła.

    3. Przypieczętowujemy pakt wyborczy – wszyscy są po naszej stronie, a Ty?

    Wczesne ogłoszenie naszych trzech priorytetów było kluczowym dla naszej kampanii posunięciem. Dzięki temu uniknęliśmy kolizji z ważnymi przedsięwzięciami sportowymi, takimi jak mistrzostwa świata w rugby na przełomie września i października. Między czerwcem a wrześniem zorganizowaliśmy wydarzenia wokół odkrywanych przez nas kolejno kart – priorytetów programowych dotyczących dzieci, rzek i miejsc pracy. Połączyliśmy je z pocztową dystrybucją ulotek, w trakcie której wprowadziliśmy w obieg hasło „bogatsza Nowa Zelandia”, przybliżyliśmy nasze trzy priorytety, potwierdziliśmy nasze pozycjonowanie na scenie politycznej i przypomnieliśmy nasze dotychczasowe osiągnięcia. Jasny, prosty przekaz bardzo pomógł w prowadzeniu kampanii w cieniu mistrzostw świata w rugby, które skończyły się na miesiąc przed wyborami. Dzięki wcześniejszemu startowi mogliśmy skupić się na nieustającym powtarzaniu naszego hasła oraz priorytetów.

    Trzymaliśmy rękę na pulsie, jeśli chodzi o wykorzystanie nowych technologii. Wiedzieliśmy, że nasi wyborcy są na ogół młodsi niż wyborcy innych partii i łatwiej ich spotkać w internecie. Wykorzystując doświadczenia z kampanii, która Zielonym w Australii dała pierwszego w historii posła (w Melbourne), wykorzystaliśmy hasło „Make History Tomorrow” i zainwestowaliśmy sporo środków w jego promocję. Aby dotrzeć do wyborców, korzystaliśmy zarówno bezpośrednio z naszych list kontaktowych, jak i z reklamy w internecie. Na dzień przed wyborami nasz baner wisiał na głównej stronie internetowego wydania dziennika „New Zealand Herald”.

    Wzbudzenie w ludziach poczucia mocy oraz wpływu na rzeczywistość było wielkim sukcesem naszej kampanii i ludzi w nią zaangażowanych. Udało się nam zgromadzić rekordową liczbę wolontariuszek i wolontariuszy. Nasz „zielona maszyna” – specjalna platforma internetowa – pozwalała im na zalogowanie się i wypełnianie różnorodnych misji, od polubienia naszego profilu na Facebooku począwszy, po zapisanie się do partii, pomoc w rozdawaniu ulotek koło zakładów pracy, kampanię „od drzwi do drzwi”, pisanie listów do prasy i inne zadania, które zmieniały się w zależności od aktualnego zapotrzebowania. Zrealizowanie zadania sprawiało, że wolontariusz/ka otrzymywał/a gwiazdkę – rywalizacja o nie była gorąca!

    Stworzyliśmy również internetowy „silnik dzwoniący”. Projekt ten wykorzystywał naszą bazę kontaktową i pozwalał członkom i sympatykom na jej wykorzystanie do dzwonienia z własnych domów w dzień wyborczy do sympatyczek/sympatyków i nawoływanie ich do pójścia na głosowanie, jako że nie jest ono w Nowej Zelandii obowiązkowe. W ten prosty sposób udało się im obdzwonić 3 tysiące osób. To oczywiście tylko niewielka część wszystkich działań, które sprawiły, że kampania skończyła się dla nas takim sukcesem.

    Po wyborach stało się jasne, że Nową Zelandię czekają kolejne trzy lata konserwatywnego rządu sprzyjającego interesom wielkich korporacji. Musi on teraz jednak mierzyć się z silniejszą, zieloną reprezentacją parlamentarną, pokazującą alternatywy dla jego polityki i dotrzymującą obietnicy pamiętania o rzekach, miejscach pracy i dzieciach. Silny zielony głos walczy z cięciami w świadczeniach społecznych, prywatyzacją, manią wydobywania surowców na obszarach chronionych przyrodniczo, promując jednocześnie wizję „współczującej ekonomii” i proponując inteligentne, zrównoważone i trwałe alternatywy, będące znakiem rozpoznawczym zielonej polityki.

    Artykuł pochodzi z czasopisma australijskich Zielonych „Green Magazine”. Dziękujemy redakcji za zgodę na przedruk. Przeł. Bartłomiej Kozek.

    Czy wiesz, że…

  • Kampania wyborcza w dzień wyborów jest w Nowej Zelandii nielegalna, podobnie jak rozdawanie materiałów nazbyt podobnych do kart wyborczych. Rozdawanie materiałów instruujących „jak głosować” jest przestępstwem.
  • Nowa Zelandia ma Mieszany System Proporcjonalny (Mixed Member Proportional – MMP), co w praktyce oznacza, że liczba miejsc w parlamencie w wypadku Zielonych zależy od liczby głosów oddanych na listę partyjną (część miejsc przydzielana jest w ramach jednomandatowych okręgów wyborczych – przyp. red.). Spędzamy dużo czasu zachęcając wyborców, by zamiast na naszych kandydatach, skupili się na głosowaniu na listę partyjną.
  • Głosowanie w Nowej Zelandii nie jest obowiązkowe, a frekwencja rośnie wraz z wiekiem, co dla Zielonych oznacza dużą pracę nad mobilizacją swojego – głównie młodego – elektoratu.