Bartek Lech zadaje pytanie co się dzieje z naszą demokracją? Czy zasady dane nam są raz na zawsze, czy ktoś nam demokrację kradnie?
Kiedy zamawiamy pizzę, w menu jest zawsze opcja: stwórz własną! Można wtedy dobrać składniki, sosy, grubość i typ ciasta. Wyjątkowość napędem współczesności! A co by było, gdyby przy zamówieniu powiedzieć: “poproszę pizzę ze spodem zrobionym z utartych ziemniaków. Jako sos wezmę śmietanę, a jako składnik duszone pieczarki”. Takie danie, w zależności od regionu, nazywamy różnie, ale jedno jest pewne: nie jest to już pizza.
I dokładnie to dzieje się dziś z demokracją, przy której majstrują niektórzy przywódcy, w obawie że ta prawdziwa, oparta na filarach współpracy, wolności i prawa, pozwala na zbyt daleko idącą konkurencję, która w efekcie może pozbawić ich władzy. Niestety jest to zjawisko uniwersalne – dotyczy zarówno różnych regionów świata, jak i różnych wymiarów organizowania się ludzi: państwa, organizacji społecznych, związków zawodowych i także partii politycznych. I wbrew pozorom nie jest to, jak chciałaby władza, “problem wewnętrzny”.
Brunatnieje Ameryka
Donald Trump właściwie zmienił oblicze tego, co nazywamy dziś “wolnym światem”. I to do tego stopnia, że ten “wolny świat” oddala się coraz bardziej od demokracji. Jeden z komentatorów po wyborze Trumpa na Prezydenta USA powiedział: “Gratuluję Pani Merkel, od dziś to ona jest liderem wolnego świata”. To symboliczne, ale polityka to przede wszystkim starcie symboli. Te jednak biorą się z konkretów. I tak, od dziesięcioleci w USA trwa przecież konflikt kompetencyjny, w którym konstytucjonaliści zarzucają kolejnym prezydentom, że ci próbują stanowić prawo poprzez “decyzje wykonawcze”, czyli rozporządzenia, pomijając Kongres. I choć Trump tego nie wymyślił, to sam w sobie jest skutkiem właśnie tego przesuwania granicy pomiędzy tym, co w demokracji jest dopuszczalne, a tym, co nie jest.
Sama jego prezydentura to ciągłe przesuwanie “okna dyskursu”[1] – to strategia wielu autokratów, którzy raz na jakiś czas powiedzą coś tak skrajnie niedopuszczalnego, że reszta ich decyzji jawi się jako normalna. Naśmiewanie się podczas kampanii z osoby niepełnosprawnej oczyściła późniejsze maczystowskie zachowania Trumpa, które w porównaniu do pierwszego wybryku nie jawiły się już tak skrajnie. Podobnie z demokracją – ostre słowa pod adresem gubernatorów stanowych, którzy wprowadzili nakaz noszenia maseczek koronawirusowych, stworzył większą akceptację dla pomysłów wysłania armii (która leży w gestii prezydenta), aby ta “pomogła gubernatorom w uspokojeniu” protestów Black Lives Matter.
Pomijając “brunatność” treści polityki Trumpa, to sam jego centralizm i zamach na federacyjność, lokalność czy regionalność w tworzeniu demokracji to kwintesencja skrajnej prawicy. Ta choroba centralizmu, znana w Polsce z poprzedniego ustroju, przechodzi odnowę. I to właśnie za sprawą przesuwania granic przez autokratów, którzy uzasadniają swoją pełnię władzy argumentem, że “przecież mnie wybrano”.
Najbardziej niebezpieczne jest w tym jednak to, że zaczyna się takie oszustwo uważać za “real politics”, do której aspirują mierni pseudoprzywódcy, bojący się prawdziwej konkurencji. Ta trwa cały czas, nie tylko w okresie kampanii wyborczej. Żadna władza w demokracji nie jest przecież stanem stałym, a długość mandatu jej sprawowania jest umowna.
Ponad wszystko, warto pamiętać, że to co dziś nazywamy “kadencyjnością”, przez wieki było osiągane ścięciem głowy królowej bądź króla z dnia na dzień i bez ostrzeżenia. Stworzenie ustrojów pozwoliło na rozwiązania bardziej humanitarne. Ustroje opierają się na prawie i zaufaniu w to, że władza nie szkodzi “za bardzo” ludowi. Nie ma jednego bez drugiego. Taki konsensus to bardzo cienka ścianka wielu naczyń połączonych, której w obecnym kryzysie nie warto próbować przesuwać.
Europa (jednak) Demokracji
Europa kontynentalna, a przez to cała Unia, jest mniej erupcyjna niż USA. Rozwinięta biurokracja, będąca codzienną zmorą i powodem do krytyki polityki w Europie, nakłada wiele filtrów na konflikty i de facto je łagodzi. Skonfliktowane strony uczestniczą w takiej ilości forów i procesów, że zanim konflikt napęcznieje, jest zdemobilizowany. Stąd przecież skrajna prawica, żyjąca konfliktem, szczyci się koalicją z ultra-libertarianami, którzy marzą o świecie przedpaństwowym.
Nie ma lepszego przykładu na to niż lipcowy szczyt Unii Europejskiej. Przecież to, że liderki i liderzy 27 państw stosują się do zasady, że nie wyjadą z Brukseli, dopóki się nie dogadają” nie jest takie oczywiste. I tak do rekordu z negocjacji Traktatu w Nicei zabrakło dwóch godzin. To znaczy też, że Unii jednak warto bronić. Oczywiście, że łatwo byłoby to zbyć cynizmem – jako że ten szczyt dotyczył podziału funduszy. Ale nie jest to takie proste: to, “kto ile dostanie kasy”, to tylko połowa rozmowy, druga część natomiast dotyczy tego, na co je może wydać. A to drugie to już wspólnota polityczna.
Pomimo fake newsowej kampanii pisowskiej warunek praworządności jest w porozumieniu budżetowym i ma się dobrze. Mało tego, to, co kiedyś było jedynie artykułem 7 Traktatu i wymagało operacji na poziomie głów państw, teraz de facto skierowano do Komisji Europejskiej, która jest o wiele mniej podatna na chwilowe interesy rządów. Warto zwrócić uwagę, że Parlament Europejski (PE) chce jeszcze bardziej demokratycznych i jednoznacznych rozwiązań, i między innymi dlatego zawiesił przegłosowanie budżetu unijnego 2021-2028. Negocjacje pomiędzy unijnymi instytucjami i na forum PE mogą trwać miesiącami (włącznie z możliwością prowizorium budżetowego na 2021r., jeśli do grudnia nie dojdzie do porozumienia) Praworządność jako wartość nadrzędna UE będzie w tych debatach podstawowa – ale nie tylko w tym kontekście.
Lepiej późno niż wcale
Pomimo że Europa może się jawić jako mniej “wybuchowa”, nie oznacza to jednak, że skrajna prawica jest u nas mniej niebezpieczna. Antyunijne ruchy szowinizmu narodowościowego, wspierane zza wschodniej granicy, mają się dobrze. Aż za dobrze.
W kampanii europejskiej 2019 prezydent Francji i kanclerzyni Niemiec opublikowali listy o swoich planach co do przyszłości Unii. Prezydent Macron w swoim wystąpieniu, po raz pierwszy w historii Unii, wskazał na potrzebę wspólnotowego podejścia do zagrożeń zewnętrznych dla europejskich procesów wyborczych. Jak się później okazało, nie było to nieuzasadnione.
Po wyborach do PE Komisja Europejska alarmowała o prowadzonej “ciągłej i trwałej działalności dezinformacyjnej” państw trzecich w kontekście kampanii do europarlamentu. Ta obejmowała “tłumienie frekwencji i wpływanie na preferencje wyborców”. Obecnie baza danych Grupy Zadaniowej ds. Dezinformacji , powołanej przy Europejskiej Służbie Zagranicznej, zawiera aż 6 500 tysiąca konkretnych przykładów nieprawdziwych przekazów, płynących z “prokremlowskich źródeł”.
Fake newsy i dezinformacja – czyli wpływanie na percepcję poprzez rozpowszechnianie nieprawdziwych informacji – skierowane na zmianę preferencji wyborczych po myśli interesów geopolitycznych państw trzecich i/lub grup interesów to tylko część manipulacji naszych procesów demokratycznych.
O wiele bardziej skomplikowane na poziomie unijnym będzie ustalenie wspólnych zasad finansowania kampanii wyborczych. Nie mniejszym przecież skandalem niż Cambridge Analytica był fakt zaciągnięcia 9,4 miliona euro pożyczki przez skrajnie prawicowy Front Narodowy Marine Le Pen w rosyjskim banku. W podobny zresztą sposób sfinansowano kampanię na rzecz Brexitu.
Sprawa komplikuje się jeszcze bardziej, gdy weźmiemy pod uwagę przestarzały stan europejskich infrastruktur wyborczych. Brzmi technicznie, ale wystarczy zobrazować sobie, jak wygląda karta wyborcza w wyborach powszechnych w Polsce: kserokopia, której jedynym zabezpieczeniem jest… pieczątka. W innych państwach starego kontynentu wcale nie wygląda to lepiej. Systemy wyborcze w państwach Unii oparte są w zbyt dużym stopniu na zaufaniu obywateli wobec państwa, które w ostatnich dekadach stopniało. Biorąc pod uwagę zewnętrzne zagrożenia, reformy wydają się nieuniknione. Ale im starszy system, tym trudniej o reformę.
PE na swoim czerwcowym posiedzeniu powołał speckomisję, która ma zbadać holistyczne podejście do sprawy. Jej mandat jest ograniczony do zagrożeń zewnętrznych dla procesów demokratycznych w Unii, ale bez wątpienia w swojej pracy komisja nie obędzie się bez zerknięcia do wewnątrz.
Polska
Nasz kraj znajduje się na liście 10 demokracji na świecie, które obecnie doświadczają największego demokratycznego regresu[2]. A pozytywna ocena naszego ustroju spadła w Polsce o ponad 25%[3] – to największy spadek w naszej części Europy. Tragicznie też wypada index równowagi pomiędzy trzema władzami (ustawodawczą, wykonawczą i sądowniczą)[4]. I niby jest to jasne, bo jesteśmy na ulicach, pod sądami, śledzimy ustawkę strony rządowej w Sądzie Najwyższym i Trybunale Konstytucyjnym czy zamach na wolności obywatelskie i prawa kobiet, LGBTQIA i wszystkich innych, którzy nie pasują do “narodu PiS”. Oczywistości jednak mają to do siebie, że należy je powtarzać, bo inaczej można się nazbyt do nich przyzwyczaić.
Gdy ktoś każe mi streścić to, na czym polegają demokratyczne wybory, mówię, że zaczynają się one w szkole. I tak jak złożoność “zagrożeń hybrydowych”, których obecnie doświadczają europejskie demokracje, w tym Polska, odpowiedź na nie będzie złożona do tego stopnia, że wymaga osobnej Polityki Demokracji. Naprawa “małych usterek” da ulgę na chwilę, a dziura w postaci deficytu demokratycznego będzie się tylko powiększać.
O ile nie ma co upatrywać całego ratunku w procesach wspólnotowych Unii, to będą one elementem pomagającym w reformie. Ale tylko tam, gdzie będzie z kim na rzecz tych reform pracować. Tu nie obędzie się bez działań w kraju. Nasza polska demokracja już dawno nie była okraszona aktualizacją i całościowym spojrzeniem. A to wymaga nie tylko larum tuż przed czy tuż po wyborach, które jeśli już, to są konsekwencją całości ignorowania demokracji przez władzę od dziesięcioleci.
Przypisy
[1] Inaczej zwanym “Oknem Overtona”.
[2] International Institute for Democracy and Electoral Assistance: https://www.idea.int/sites/default/files/publications/the-global-state-of-democracy-2019.pdf
[3] Bennett Institute for Public Policy – University of Cambridge:
https://www.bennettinstitute.cam.ac.uk/media/uploads/files/DemocracyReport2020.pdf
[4] Bertelsmann Stiftung: https://www.bti-project.org/content/en/reports/global-report-d/global_findings_democracy_2020_EN.pdf

Strefa nazywana przez Erdoğana „strefą bezpieczeństwa” jest de facto strefą NIEbezpieczeństwa. Decyzją o wycofaniu wojsk amerykańskich z syryjskich terenów zamieszkałych przez ludność kurdyjską, Donald Trump pozostawia Kurdów – swoich niedawnych sojuszników – na pastwę wojsk tureckich. Strefa, która według Erdogana ma być miejscem, do którego wrócić mają przebywający na terenie Turcji syryjscy uchodźcy, od kilku dni jest polem bitwy, na którym z jednej stronie ginie ludność cywilna, z drugiej zaś więzienia, w których przetrzymuje się działaczy Państwa Islamskiego są bombardowane.

MRGA-underbombs
Apel społeczności Rojavy (Rożawy) z 9.10.2019 r.: Wobec wojny w północnej Syrii. Stanowisko „Make Rojava Green Again”
W lipcu 2019 r., podczas Obozu Dla Klimatu spotkaliśmy się z grupą wolontariuszy, realizujących w północnej Syrii wraz z lokalną społecznością projekt odbudowy bioróżnorodności na zniszczonych wojną terenach, próbujących stworzyć niezależność żywieniową dla tego regionu.
Nie może być zgody na realizowanie polityk rządów poprzez całkowitą destabilizację pokoju na Bliskim Wschodzie.
Poniżej zamieszczamy materiał z wrześniowego wydania Zielonych Wiadomości, którego tematem przewodnim był aktywizm klimatyczny. Materiał, który ze względu na aktualne wydarzenia, niebawem trafić może na półki archiwów aktywizmu.
Autonomiczny region w północnej i północno wschodniej Syrii, działający na zasadach bezpośredniej i uczestniczącej demokracji, deklaruje równouprawnienie kobiet, równość wyznaniową oraz ekologię jako jedną z podstaw swoich działań. W 2017 roku grupa obcokrajowców, aby wesprzeć tamtejsze działania rozpoczęła kampanię “Make Rojava Green Again”, mającą na celu pomoc w odbudowaniu zniszczonego przez wieloletni konflikt środowiska i poprawy jakości życia zmęczonych wojną mieszkańców.
Rojava, czyli zachodni Kurdystan, a północ Syrii, to tereny zamieszkałe od lat przez ludność arabską, syryjską, kurdyjską oraz chrześcijańską. Na fali wiosny ludów z 2011 roku, Kurdowie po 40 latach przedłużającego się konfliktu z Turcją i licznych doświadczonych represjach przybyli na tereny Rojavy, aby tam budować swój nowy dom. Od wybuchu powstania w Syrii tamtejszy reżim blokuje jakikolwiek rozwój gospodarki w tym regionie, chcąc skłonić Kurdów do wycofania się. W ostatnich latach rząd zabraniał nawet sadzenia drzew, próbując tym samym zmusić lokalną ludność do migracji jako tania siła robocza do dużych miast takich jak Aleppo, Raqqa i Homs. Stawiając za priorytet jak najszybszy zysk, potrzebny do finansowania prowadzonej wojny, stosowano tam ogromne ilości pestycydów zatruwając tym samym glebę, wodę oraz powietrze. Sama ziemia w Rojavie jest jednak dla rewolucjonistów hojna i pozwala na uprawę podstawowych produktów. Oprócz warzyw także chleb i mięso są produkowane lokalnie, wszystko inne pochodzi z importu.
W ostatnich latach w wojnie z Państwem Islamskim wiele wiosek będących pod kontrolą zaczęło bardzo mocno budować swoją świadomość i poczucie chęci autonomiczności. Coraz więcej grup dołączało do Rojavy, w pewnym momencie doprowadzając do punktu, w którym możliwym i potrzebnym było rozpoczęcie budowania wewnętrznych struktur – opowiada Martin, jeden z aktywistów działających w Rojavie.

Fot: Make Rojava Green Again
Martin i kilkunastu innych wolontariuszy od 2017 roku realizują w Rojavie kampanię „Make Rojava Green Again”. Kiedy przyjechali na miejsce długo rozmawiali z mieszkańcami o tym, jak by mogła wyglądać ich pomoc. – Ekologia to temat, który dzięki dostępowi do wiedzy eksperckiej, kontaktom i funduszom mogliśmy najbardziej efektywnie wziąć pod nasze skrzydła. Również specyfika naszej działalności, w której co jakiś czas przyjeżdżają nowi wolontariusze, a część z nich wraca do swoich krajów odpowiada procesowi realizacji tego projektu. Wracając do siebie organizują wsparcie na miejscu, szukają dofinansowania, a także dbają o rozpowszechnienie informacji o tym co dzieje się na północy Syrii.
Dlaczego ekologia?
Powstały paradygmat opierający się na zasadach demokracji, równouprawnienia kobiet i ekologii pokazuje, że żadna ze składowych w tym systemie nie może istnieć bez drugiej. Nie ma demokracji bez kobiet zabierających w niej głos, nie ma ekologii bez stworzenia społeczeństwa opartego na zasadach równouprawnienia, gdzie każdy ma prawo dostępu do tych samych dóbr. Cały ten system inspirowany jest myślą Murraya Bookchina, twórcy ekologii społecznej, który funkcjonowanie społeczeństwa porównywał do procesów zachodzących w świecie roślin oraz podkreślał rolę natury i jej oddziaływania na jednostkę. Całość oparł na całkowitej samorządności i decentralizacji, aby całkowicie pozbyć się jakiejkolwiek dominacji – płciowej czy rasowej. Bezpośrednią inspiracją dla Kurdów była jednak postać Abdullaha Ocalana, lidera Partii Pracujących Kurdystanu, obecnie odbywającego karę dożywotniego więzienia na tureckiej wyspie Imrali, skąd od lat nawołuje do zawieszenia broni.
Założenia projektu
Jednym z podstawowych i realizowanych założeń projektu było stworzenie Akademii, jako instytucji odpowiedzialnej za budowanie świadomości ekologicznej wśród mieszkańców poprzez edukację i wspólne zakładanie oraz kultywowanie terenów zielonych. W 2018 roku założono przy niej szkółkę leśną, gdzie zasadzonych zostało blisko dwa tysiące drzew i pięćdziesiąt tysięcy innych sadzonek jadalnych roślin. Ponadto, wolontariusze projektu „Make Rojava Green Again” wspierają lokalny Komitet Naturalnej Ochrony i Reforestacji Rezerwatu Hayaka, gdzie planują zasadzić pięćdziesiąt tysięcy drzew przy brzegu jeziora Sefan w ciągu nabliższych pięciu lat.

Fot: Make Rojava Green Again
„Ludzie wyalienowani od natury, generują alienację w społeczeństwie i auto destrukcję, a co za tym idzie jakiekolwiek działanie, które krzywdzi życie społeczności lub środowiska uważane jest za przestępstwo” – fragment konstytucji Rojavy
Główne wyzwania
Głównym problemem doskwierającym mieszkańcom Rojavay jest dostęp do czystej wody. Turcja poprzez kontrolę nurtu trzech największych dopływających do Syrii rzek zasilających ich tamy, przyczynia się do postępującego osuszania terenów północnej Syrii, tym samym pozbawiając dostępu do wody lokalne społeczności. Po wybuchu rewolucji wszystkie porozumienia dotyczące regulacji ich przepływu poszły w niepamięć. Do tego stopnia, że w lipcu tego roku bez oficjalnego ostrzeżenia doszło do wypuszczania ogromnej ilości wody na zamieszkałe tereny doliny Tygrysu.

Fot: Make Rojava Green Again
Brak niezależności rozporządzania gospodarką wodną powoduje też odcięcie tych terenów od źródeł energii elektrycznej, którym jest tam system wodny. Turbiny nie mają wystarczającej ilości wody żeby się kręcić, psują się, a ekonomiczne embargo nałożone na Rojave nie pozwala na ich renowację. System irrygacyjny jest niemal całkowicie zniszczony przez wojnę. Do degradacji środowiska przyczynia się także wydobycie ropy naftowej, a sytuacja w rolnictwie pogarsza się poprzez postępujące tam pustynnienie. Kolejnym dużym problemem jest deforestacja związana z zakładaniem ogromnych monokultur zbóż i uprawą drzew oliwnych. Od samego początku, gdy syryjskie tereny wywłaszczane były od rządu przez lokalne kooperatywy, zobowiązywały się one do odbudowy różnorodności biologicznej, kultywacji hodowli bydła i sadzenia drzew w celu zachowania niezależności regionu. Jako “Make Rojava Green Again” staramy się wspierać ten proces poprzez uświadamianie lokalnych producentów o wadze różnicowania ich upraw. Warto wspomnieć, że to właśnie rolnictwo daje mieszkańcom największe zatrudnienie. Wymiana żywności wśród producentów, a tym samym wzmocnienie niezależności regionu to jeden z naszych długodystansowych celów. W niektórych komunach ludzie zaczęli już pracować z ziemią bardziej kolektywnie, często oddanie terenów w ręce społeczności jest sposobem na ocalenie go od popadnięcia w nieużytek. Ludzie zdają sobie coraz bardziej sprawę z tego, że nie potrzebują właścicieli ani szefów, że mogą sami sprawiedliwie się organizować – opowiada Martin.
Dwa odcienie wody
Większa część wody zużywanej w gospodarstwach w Rojavie ląduje bezpośrednio w okolicznych rzekach, skąd pobierana jest następnie w celach zasilania pól, na których produkowana jest żywność. Brak systemu filtracji powoduje rozprzestrzenianie się licznych chorób oraz generuje dewastacje ekosystemów rzecznych.

System irygacji pól – Fot. https://makerojavagreenagain.org
Podział wody na szarą – spływającą z kranów i pryszniców oraz czarną – z toalet, pozwala na ponowne jej wykorzystanie wielu dziedzinach życia. Tak na przykład szara woda, ze względu na zawarte w niej środki myjące oraz organiczne pozostałości zawiera duże ilości fosforu, korzystnie wpływające na kultywację upraw. Takie rozwiązanie nie tylko zwiększyłoby plony, ale także pozwoliło na uwolnienie się od ograniczeń w dostępie do wody ze strony tureckiej. W przy pomocy filtracji przez specjalne sita, woda ta może być wykorzystywana do podlewania drzew, zaś przy oczyszczaniu jej metodą piaskową – upraw warzywnych. Takie rozwiązanie zostało wprowadzone już w wielu miejscach w Australii.

Fot. Make Rojava Green Again
Tzw. czarna woda, w której skład wchodzą głównie ekskrementy zawiera dzięki nim, a w szczególności ludzkiej urynie duże ilości składników odżywczych (głównie nitrogenu) możliwych do użycia jako fertylizatory w rolnictwie. Jednak bez długiego okresu kompostowania może być używana tylko do nawadniania drzew, krzewów i zbóż przeznaczonych na paszę dla zwierząt. System całkowitej separacji dwóch typów wód pozwala na uniknięcie przedostawania się czarnej wody do obiegu związanego z konsumpcją człowieka, a tym samym rozprzestrzenianiu się chorób. Wydział Rolnictwa Uniwersytetu Południowych Chin potwierdza, że ludzkie ekskrementy od lat osiemdziesiątych stanowiły główne źródło nawozów w kraju, nadal utrzymując się na poziomie 30%. Od 2002 roku w Tanum w Szwecji (36 tys. mieszkańców) funkcjonuje system całkowitej separacji odpadów ludzkich, gdzie uryna gromadzona w specjalnych zbiornikach przekazywana jest jako nawóz dla lokalnych rolników. Zaś w Trosie, niedaleko Sztokholmu (11 tys. mieszkańców) czarna woda przechowywana jest przez sześć miesięcy, a następnie, gdy jej szkodliwość ulega zneutralizowaniu również dostarcza się ją dla okolicznych producentów żywności. Taki system jest jednym z długofalowych projektów realizowanych w Rojavie. Inwestycja wymaga jednak wsparcia wielu specjalistów oraz funduszy na jej realizację.
Energia od nowa, ale skąd?
Usytuowanie Rojavy między górami oraz obecność terenów mocno wystawionych na nasłonecznienie czyni ten region idealnym dla instalacji zarówno paneli słonecznych jak i turbin wiatrowych. Sama Akademia położona jest na zboczu, stwarzającym dobre warunki do produkcji energii wiatrowej. Mieszkańcy i wolontariusze apelują o pomoc naukowców, ekspertów, konstruktorów o wsparcie w realizacji tej części projektu.
Izolacja Rojavy ze względu na sytuację polityczną od sąsiadujących państw nie wpływa korzystnie na rozwój energetyki odnawialnej. Instalacja paneli słonecznych to pomysł chciałoby się powiedzieć idealnie pasujący do realiów tamtych terenów, jednak w tym momencie nie ma środków, ani nawet możliwości importu odpowiednich materiałów do ich budowy.
Życie codzienne w Rojavie
Komuna jest podstawową jednostką organizacyjną w demokracji konfederalnej. W praktyce tworzy ją około stu rodzin, czasem jest to po prostu jedna wioska. Regularnie rozmawiają o najważniejszych problemach codziennego życia ich społeczności, a każda komuna na poziomie mniejszych regionów ma swoich reprezentantów. Jest to zawsze kobieta i mężczyzna, najczęściej innego pochodzenia etnicznego bądź wyznania. Nie jest to żadna reguła, raczej naturalna, niepisana umowa w oparciu o zasady równości panujące w Rojavie. Jednocześnie funkcjonują tam jednostki nazywane komisjami, które odpowiadają biurom czy departamentom ds. edukacji, służby zdrowia, czy infrastruktury, których zadaniem jednocześnie jest bieżące komunikowanie społeczności o postępujących pracach. Ludzie zdali sobie sprawę, że poddawanie każdej najmniejszej decyzji pod głosowanie nie ma sensu, ufają swoim reprezentantom.– opowiada Martin.
Teraz społeczeństwo żyje w Rojavie trochę spokojniej. Prezentacje tureckich sił powietrznych nad głowami oraz pojedyncze ataki regularnie nadal jednak przypominają rewolucjonistom o trwającym konflikcie. Pomimo prób odbudowy miasteczek w celu powrotu do normalnego życia, napięcie i niepewność jutra towarzyszą mieszkańcom na co dzień.
Jak pomóc?
Najlepiej spakować plecak i wpaść do Rojavy! Także pisanie projektów o dofinansowanie, organizowanie zbiórek, rozpowszechnianie informacje o działaniach tamtejszej społeczności – to wszystko wartościowe cegiełki potrzebne w odbudowie życia społeczności Rojavy. Na stronie internetowej projektu można też znaleźć bieżące informacje odnośnie realizowanych tam działań oraz bezpłatnie pobrać książkę mówiącą o zielonej rewolucji w północnej Syrii.
Z historii regionu: Konflikt w Rojavie, znany również jako rewolucja w Rojavie, jest przewrotem politycznym, rewolucją społeczną i konfliktem militarnym w północnej Syrii, znanym jako Rojava. Podczas wojny domowej w Syrii koalicja arabska, kurdyjska, syryjska i niektóre grupy turkmeńskie dążyły do ustanowienia Konstytucji Rojavy w de facto autonomicznym regionie, podczas gdy skrzydła wojskowe i sprzymierzone bojówki walczyły o utrzymanie kontroli nad regionem. Rewolucję cechuje znacząca rola kobiet zarówno na polu bitwy, jak i na nowo ukształtowaniu systemu politycznego, a także wprowadzeniu w życie demokratycznego konfederalizmu, formy demokracji oddolnej opartej na lokalnych zgromadzeniach i demokracji bezpośredniej.
Więcej:
https://en.wikipedia.org/wiki/Rojava_conflict
https://www.arte.tv/pl/videos/084989-000-A/syria-rozawa-kobieca-rewolucja/
Apel o kontakt i pomoc
Jeśli podoba Ci się to, co robimy, prosimy, rozważ możliwość wsparcia Zielonych Wiadomości. Tylko dzięki Twojej pomocy będziemy w stanie nadal prowadzić stronę i wydawać papierową wersję naszego pisma.
Jeżeli /chciałabyś/chciałbyś nam pomóc, kliknij tutaj: Chcę wesprzeć Zielone Wiadomości.
Z Krzysztofem Mroczkowskim publicystą, ekonomistą i historykiem, stałym współpracownikiem „Nowego Obywatela” rozmawia Marek Nowak.
Marek Nowak: Cofnijmy się w czasie. Jest maj 2017 roku. Redaktor Adam Szostkiewicz publikuje na swoim blogu w „Polityce” tekst „Populizm w zadyszce”, gdzie przeczytać możemy: „To trzecia przegrana populistów: Austria, Holandia, teraz Francja. Wyraźna przegrana Le Pen z Macronem liczy się najbardziej, ale porażka ksenofobów, eurofobów i islamofobów w mniejszych krajach UE też cieszy”.
W części zagranicznych mediów pojawiają się teksty mówiące już nie tylko o „zadyszce”, ale o „odwrocie fali populizmu”. Teraz wróćmy do współczesności. Nastroje są już dużo mniej optymistyczne. Wydarzenia z tego roku, a zwłaszcza wynik wyborów we Włoszech, pokazują, że był to optymizm cokolwiek przedwczesny. Jak interpretujesz wynik włoskich wyborów?
Krzysztof Mroczkowski: Na początku chciałbym podkreślić, że „fala populizmu”, o której mówisz, w mojej ocenie tak naprawdę nigdy nie została całkowicie zatrzymana. Nawet Macron by wygrać wybory z Le Pen musiał wystąpić pod nowym szyldem i się pokazać jako twarz nowego antymainstreamowego ruchu politycznego, który będzie walczył z establishmentem. To trochę zabawne, bo sam Macron jest kwintesencją mainstreamu pod każdym względem, natomiast by wygrać te wybory musiał udawać, że tak nie jest.
Premier Rutte w Holandii również przejął część retoryki populistycznej. Co więcej, jeśli popatrzymy na szerszy obrazek: wybory w Niemczech czy przede wszystkim w Austrii, gdzie skrajna prawica doszła do władzy, to widzimy, że zadowolenie liberałów z pewnych małych sukcesów jest chwilowe.
Wracając do twojego pytania, Włochy są idealnym miejscem, gdzie możemy wyraźnie zobaczyć, że nie zwalczając głównego problemu powodującego niezadowolenie społeczne w Europie, nigdy nie zatrzymamy pochodu prawicowego populizmu przez ten kontynent.
MN: Co jest tym głównym problemem?
KM: Rosnące nierówności społeczne i to, że przez ostatnie lata rządzący w Europie polityczny mainstream nie tylko z nimi nie walczył, ale wręcz prowadził i firmował politykę, która te nierówności zwiększała. Dopóki nie zanegujemy tej polityki w samym jej paradygmacie, dopóty będziemy skazani na rządy szowinistów.
MN: Grozi nam powrót faszyzmu w swej najgorszej formie?
KM: Obrazek nie musi być wszędzie aż tak jednoznaczny. Reżimy szowinistyczne mogą mieć bardziej łagodne lub wprost faszystowskie oblicze i pewnie w różnych miejscach takie oblicza będą miały.
MN: Co zatem zrobić, by zatrzymać triumfalny pochód prawicowego populizmu przez nasz kontynent?
KM: Bardzo dobrym przykładem tego co należy zrobić była odpowiedź USA i Francji przed wojną. Sprowadzała się ona do radykalnego zaprzeczenia polityce cięć, polityce „nie da się” która zakładała, że to najniższe warstwy społeczne zawsze muszą ponosić największe wyrzeczenia.
Zamiast tego postawiono na politykę, która zaczęła bezpośrednio zwalczać to, co jest sednem sprawy, czyli nierówności ekonomiczne w zakresie dochodu i w zakresie majątku. Jedynym co dziś może nas ocalić przed rządami szowinistów, jest powrót do takiej właśnie polityki.
Tak jak system neoliberalny wykorzystywał strukturę polityczną by umacniać nierówności, tak samo nowa polityka musi wykorzystywać tę strukturę, by proces ten odwrócić.
To się wiąże z podwyżkami podatków, zwłaszcza dla tych lepiej zarabiających, transferami socjalnymi, zabezpieczeniem społecznym, inwestycjami w usługi publiczne. Nie ma tu innego rozwiązania. Wiara w to, że wystarczą sztuczki marketingowe, face liftingi i nowy „brand” (marka) jest zwykłym złudzeniem.
MN: Nowy brand i face liftingi potrafią być bardzo skuteczne, jak pokazało kilka wyborów w różnych państwach.
KM: Marketing mógł być bardzo skuteczny kiedyś, ale dziś już nie będzie. Żyjemy w czasach, które nazywam czasami „internetowej widzialności”. Dawniej to polityczne reżimy panowały nad przekazem informacyjnym. Wszelkie „oficjalne wyjaśnienia” miały tę zasadniczą przewagę, że nawet jeśli ktoś miał co do nich wątpliwości, to trudno było znaleźć dla tych wątpliwości skuteczne narzędzie artykulacji.
Internet spowodował, że wszelki uzasadniony i nieuzasadniony sceptycyzm, a także teorie spiskowe o różnym stopniu wiarygodności otrzymały potężne wsparcie. Dziś każdy, kto chciałby zgłaszać swoje wątpliwości do wszelkich „oficjalnych narracji” ma do tego narzędzie.
Kolejną ważną kwestią jest to, że wszyscy polityczni aktorzy, którzy mają swój interes w destabilizowaniu sytuacji w Europie, jak np. Rosja, bardzo wspierają wszystkie te głosy, które kruszą mury europejskich establishmentów.
Trzymanie się przez reżimy status quo starych taktyk polegających na tym, że tutaj się coś marketingowo sprzeda, a tam będzie panować nad głównymi kanałami telewizyjnymi i przekazami z głównych mediów, to zwyczajne nierozumienie współczesności. Mówiąc wprost – dziś wszystko widać, a nawet gdyby nie było widać na pierwszy rzut oka, to Rosja – niekoniecznie z czystych pobudek – przyłoży „lupę” i będzie widać. Dlatego może zamiast marketingowych sztuczek lepsza będzie uczciwa rozmowa ze społeczeństwem?
MN: W swoim tekście dla „Nowego Obywatela” stosujesz pewną nieco ryzykowną analogię historyczną między współczesnymi Włochami a Niemcami z lat 30. XX wieku. Twierdzisz, że tak, jak liberalny technokrata Heinrich Brüning, który objął rządy w Republice Weimarskiej w 1930, swoją polityką doprowadził do późniejszego triumfu nazistów, tak krótkie rządy premiera Mario Montiego w latach 2011-2013 poprowadziły Włochy w podobnym kierunku.
Jest to zabieg, przyznam, bardzo efektowny i nie pozbawiony pewnej słuszności, ale czy biorąc pod uwagę choćby istotne geopolityczne różnice jednak trochę zbyt upraszczający?
KM: W pewnym sensie każda analogia historyczna jest kulawa, przez to każdą można łatwo atakować. Niemniej to, co chciałem poprzez nią powiedzieć, pozostaje absolutnie w mocy.
Cel był prosty – chciałem zwrócić uwagę na powtarzalność pewnych procesów historycznych i przestrzec, że idziemy w kierunku, w którym już szliśmy w historii i to się bardzo źle skończyło. Poziom bezrobocia wśród młodych ludzi w krajach Morza Śródziemnego bije absolutne rekordy. Każdemu nowemu pokoleniu będzie się żyło trudniej, niż pokoleniu jego rodziców. Niezadowolenie i frustracja z pogarszających się warunków życia musi gdzieś znaleźć swoje ujście.
Dlaczego akurat porównuję Włochy z Niemcami? Bo Włochy, tak jak Niemcy przed wojną, to dobry przykład jak polityka bezwzględnego neoliberalnego buta może do tego stopnia zdusić społeczeństwo, że wybierze ono wszystko, co tylko nie jest status quo.
Poprzednie włoskie rządy wybrały rolę ubezwłasnowolnionych wykonawców polityki cięć.
Siedem lat temu w tekście dla „Nowego Obywatela” pt. „Szaleństwo cięć” pisałem o tym, do czego prowadzi taka polityka. Tak naprawdę nic z tego, co napisałem w zeszłym miesiącu, nie jest ani odkrywcze, ani nowe. Procesy, o których piszę, zostały już wielokrotnie zbadane i potwierdzone. Wiemy, że tak jest i że to wszystko się źle skończy, bo zawsze się tak kończyło i tym razem nie będzie inaczej.
Trend jest jednoznaczny. Albo dokonamy naprawdę radykalnej prospołecznej korekty, albo będzie tylko gorzej.
MN: Zatrzymajmy się chwilę przy tym wątku. Kiedyś się mówiło, że wszelkie ruchy populistyczne są silne, gdy są w opozycji, ale wszelka władza bardzo szybko je zużywa. Proste recepty, jakie populiści na ogół głoszą będąc w opozycji, zbankrutują w zderzeniu z realną pragmatyką rządzenia. Tymczasem Ty przewidujesz, że tak się nie stanie.
KM: Dokładnie tak. Widzimy to także w przypadku Trumpa, o którym mówiono, że bardzo szybko skompromituje się tym, iż się nie zna na rządzeniu, sprawuje urząd w sposób absolutnie skandaliczny i że nie potrafi dbać o amerykańskie interesy. Tymczasem coraz bardziej widzimy, że jest to polityk, który ma realną szansę na drugą kadencję.
Moim zdaniem wynika to z tego, że szowinistyczni liderzy bardzo sprytnie za cel ataków wybierają dotychczasowy, znienawidzony przez dużą część społeczeństwa reżim status quo, na którym korzystała jedynie (mniejsza) część społeczeństwa włączona w merytokratyczny system awansu. Poza tym systemem pozostawało coraz większe grono ludzi, dla których stracił on legitymizacje, gdyż jego obietnice okazały się puste.
Wystarczy, że populistyczni liderzy pokazują ten fałsz, obnażają go i wytykają hipokryzję poprzedników, a będzie to jeszcze przez długi czas wystarczającym dla nich paliwem politycznym.
MN: Przejdźmy na koniec do Polski i porozmawiajmy chwilę o politycznej alternatywie. Czy wobec zbliżających się wyborów samorządowych takie porozumienia, jak to zawiązane przez stowarzyszenie Wolne Miasto Warszawa, Partię Zielonych, Razem i Inicjatywę Polską, które ogłosiło 9 lipca Jana Śpiewaka jako wspólnego kandydata na prezydenta Warszawy, to polityczna odpowiedź budząca jakiejś Twoje nadzieje?
KM: Po pierwsze, cieszę się, że parę środowisk potrafiło się porozumieć, by wspólnie spróbować przełamać duopol PO-PiS.
Co do Jana Śpiewaka, to ma on pewne wady, ale ma również zalety, z których największą jest wiarygodność. Na pewno jest to człowiek, który realnie przeciwstawił się mafii reprywatyzacyjnej i robił to w czasach, kiedy było to dużo trudniejsze, niż dziś. Kiedy ktoś z mainstreamowych oponentów politycznych będzie mu chciał zarzucić brak wiarygodności, to będzie mógł odpowiedzieć, że nie widział go walczącego z mafią reprywatyzacyjną, a on stawia się za Warszawiakami. To wiarygodność, która będzie mu pomagała.
Wobec, jak można przypuszczać, mało merytorycznej kampanii prowadzonej przez dwie największe siły polityczne, trzeci kandydat z wiarygodnym przekazem, który zamiast ściemniać mówi o rzeczach, które są ważne, ma szanse zbudować pewną polityczną siłę. Miejmy nadzieję, że nie tylko dla siebie, ale dla różnych ruchów prospołecznych.
Kolejna część rozmowy o globalnej ekspansji prawicowego populizmu i szukaniu na niego progresywnej odpowiedzi politycznej. (więcej…)
Z Jakubem Dymkiem, dziennikarzem i publicystą „Krytyki Politycznej” i współpracownikiem nowojorskiego magazynu „Dissent” rozmawia Marek Nowak. (więcej…)
Odnowa instytucji czy odświeżenie języka? A może jedno i drugie? Zieloni z całego świata dyskutowali na ten temat w Liverpoolu. (więcej…)