W latach 90. mieszkańcom regionu Loary we Francji udało się powstrzymać plany budowy zapory na rzece i uzyskać poparcie rządu dla ich własnego pomysłu na rozwój regionalny: eksploatację środowiska miała zastąpić ochrona przyrody, a betonowe inwestycje – ekoturystyka. O tym, co z tego wynikło, rozmawiamy z Bibim, szkutnikiem znad Loary.

Jest niedziela, 15 sierpnia 2017 r. W Toruniu, gdzie zaczął się właśnie ostatni dzień Festiwalu Wisły, jest ciepło i słonecznie. Schodzimy w dół betonowego bulwaru, do krawędzi wody, gdzie przycumowane są tuziny drewnianych flisackich łodzi przybyłych na festiwal. Po nabrzeżnych kamieniach wchodzimy na tratwę z bali należącą do flisaków z Ulanowa, żeby z niej dostać się do łodzi. Bibi czeka na nas na piaszczystej łasze pośrodku rzeki. Festiwalową scenę i jarmark na bulwarach widać stamtąd dobrze, ale ich nie słychać – na łasze jest cicho i spokojnie, tylko woda chlupie o łagodny piaszczysty brzeg, przy którym, brodząc po kolana, kilkoro flisackich dzieci bawi się patykami.

Na zdjęciu: Jean-Marc Benoit i Kuba Gołębiewski

Bibi, oficjalnie Jean-Marc Benoit, jest szkutnikiem znad Loary. Do Torunia z Nevers we Francji przypłynął rzekami i kanałami, pokonując swoją drewnianą łodzią grubo ponad półtora tysiąca kilometrów – dokładnie tak, jak obiecał to rok wcześniej organizatorom Roku Rzeki Wisły. Podróż trwała 25 dni. Kiedy dopływamy do łachy, Bibi właśnie kończy usuwanie drobnej awarii silnika.

Zaczynamy od dziejów żeglugi na Loarze. Bibi mówi, że po rzekach we Francji żeglowało się od zawsze. Statki handlowe kursowały po Rodanie i Loarze od czasów rzymskich, wożąc między innymi wino, które trafiało do Brytanii. Żeglowano, nie przekształcając rzek, tylko budując odpowiednie łodzie.

– We Francji, mówi Bibi, odkryto niedawno łódź handlową z czasów rzymskich, a w Polsce kilka lat temu odkopano szkutę wiślaną, i to jest dokładnie taka sama łódź, ta sama konstrukcja i ta sama symbolika!

W pierwszej chwili nie wierzę, ale licząca sobie 2 tys. lat łódź wydobyta z Rodanu w Arles rzeczywiście ma płaskie dno, wręgi, belkę sterową i kształt bardzo przypominające drewniane łodzie wiślane. Być może oznacza to, że optymalną konstrukcję rzecznej łodzi znano w Europie od starożytności i nie zmieniła się ona aż do czasu, gdy rzeki straciły na znaczeniu jako szlaki handlowe. A może szkutnicy starający się dobrze rozumieć rzekę po prostu wszędzie dochodzą do podobnych rozwiązań?

Pojawienie się kolei ok. 1850 roku zapoczątkowało schyłek żeglugi na Loarze. Przewożenie towarów pociągami bardzo szybko okazało się tańsze, szybsze i wygodniejsze od transportowania ich rzekami. Po pierwszej wojnie światowej na Loarze pozostał już tylko handel lokalny i rybacy, tak jak ojciec Bibiego zaopatrujący lokalne restauracje w świeże ryby.

Przewaga kolei była tak ewidentna, że na pomysł „przywracania żeglowności” Loary i regulowania jej koryta na potrzeby wielkogabarytowego transportu nikt nie wpadł, ale zagrożenie dla rzeki nadeszło z innej strony. W roku 1971 pojawił się pomysł przegrodzenia jej tamą (trzecią, na Loarze istniały już dwie starsze zapory) i zbudowania elektrowni wodnej. Po wielkiej powodzi w 1980 r. budowę zapory zaczęto uzasadniać względami ochrony przeciwpowodziowej, twierdząc, że utworzony przez nią zbiornik ochroni ludzi przed wielką wodą i zapobiegnie letnim niżówkom. Realizacja projektu oficjalnie rozpoczęła się w lutym 1986 r., mimo że budowa tamy oznaczała wyrok dla okolicznych malowniczych wąwozów i zabytkowej wsi oraz drastyczne zmiany w całym ekosystemie rzeki poniżej zbiornika.

Na drodze tych planów stanęła jednak Christine Jean, biolożka i aktywistka ekologiczna z Nantes. „Madame Loara”, jak później nazwała ją francuska prasa, namówiła małe lokalne organizacje przyrodnicze z regionu do połączenia sił. Tak powstał ruch S.O.S. Loire Vivante, który za cel postawił sobie zapobieżenie budowie tamy. Ruch wsparły organizacja WWF i francuska federacja organizacji ekologicznych FFSPN.

W 1988 r. Przedstawiciele S.O.S. Loire Vivante złożyli wniosek o przeprowadzenie oceny oddziaływania zapory na środowisko. W tym samym roku rozpoczęła się „okupacja” miejsca planowanej budowy, gdzie aktywiści założyli stały obóz. Trzy lata później, po licznych demonstracjach, wymianach pism, konferencjach, protestach i po ogólnonarodowej mobilizacji, w ramach której w obronie Loary zebrano ponad 100 tys. podpisów, a także po podpaleniu obozu przez nieznanych sprawców, rząd francuski oficjalnie porzucił projekt zapory Serre de la Fare. Rok później Christine Jean uhonorowano prestiżową nagrodą Goldman Prize.

Jej organizacja nie spoczęła jednak na laurach i przez kolejne lata walczyła o trwałe zabezpieczenie dziedzictwa przyrodniczego Loary. Udało się to w 1994 r., kiedy rząd ogłosił plan rozwoju dla regionu, stawiający na pierwszym miejscu ochronę jego walorów przyrodniczych. Przy okazji okazało się, że jednak istnieją inne niż zapora sposoby zabezpieczenia się przed powodziami: nad Loarą zrobiono rzecz najbardziej oczywistą, czyli radykalnie ograniczono zabudowywanie terenów zalewowych. Sprawa tamy Serre de la Fare była definitywnie zamknięta, co najwyraźniej nie wszystkim przypadło do gustu, bo w tym samym roku działający jeszcze obóz obrońców Loary został podpalony po raz drugi. Niemniej, rzeka była już bezpieczna.

Płynąc do Bibiego na łachę spodziewaliśmy się zatem usłyszeć pokrzepiającą historię o uratowanej rzece i ludziach, którzy dziś spokojnie i dostatnio żyją nad jej brzegami z rybactwa i turystyki przyrodniczej. Okazuje się jednak, że kłopoty Loary nie skończyły się wraz z odesłaniem zapory Serre de la Fare do lamusa, i o ile turystyka przyrodnicza i tradycyjna żegluga w regionie rzeczywiście rozwijają się coraz lepiej, z rybactwem sprawa wygląda zupełnie inaczej, a uratowaną przed przegrodzeniem Loarę trapią inne ekologiczne plagi.

– Mój ojciec był rybakiem – opowiada Bibi – i ja w młodości też pracowałem razem z nim jako rybak. Ale na początku lat dwutysięcznych pojawił się w rzece małż zawleczony z Azji przez kontenerowce zawijające do portu w Nantes. To stworzenie, które bardzo skutecznie odfiltrowuje plankton z wody – do tego stopnia, że w Loarze przy trzech-czterech metrach głębokości widać teraz dno. A to znaczy, że nic nie zostaje do jedzenia dla ryb. Ryby się rozmnażają, ale nie rosną – są bardzo, bardzo małe, z nieproporcjonalnie wielkimi oczami, co świadczy o braku pokarmu. Przed tą inwazją mieliśmy dwóch pracowników i obsługiwaliśmy dziesięć restauracji. Łowiliśmy wtedy około 8 ton ryb rocznie. Kiedy pojawił się małż, w ciągu dwóch lat roczne połowy spadły nam do 500 kg. Wszystko robiliśmy tak samo: te same metody, ta sama łódź i ta sama rzeka, ale ryb już nie było. Wcześniej łowiłem tyle, ile w swoim czasie łowił mój ojciec, który z kolei łowił tyle samo, ile dawniej łowił mój dziadek. Braliśmy z rzeki tyle, ile było trzeba, zostawiając tyle, żeby ryby mogły się odrodzić. Ale po inwazji małża wszystko się załamało.

Małż, o którym mówi Bibi, to Corbicula fluminea. Naturalnie występuje w Azji, w naszych stronach nie był dotąd znany, stąd nawet nie ma polskiej ani francuskiej nazwy. We Francji pojawił się najpierw w dolnej części rzeki Dordogne, gdzie po raz pierwszy zaobserwowano go w latach 80. W Loarze pierwsze osobniki znaleziono w 1990 r. w pobliżu ujścia rzeki, dziesięć lat później był już obecny w jej środkowym biegu. Corbicula fluminea rzeczywiście bardzo szybko „oczyszcza” wodę z planktonu. Co gorsza, jego odchody zawierają bardzo dużo azotu i fosforu, i spływając do morza, przyczyniają się do zakwitów sinic. We Francji małż wypiera rodzime gatunki, tworząc na dnie rzek zwarte dywanowe kolonie. Jest też obecny w Polsce: kilkanaście lat temu zaobserwowano go w Odrze, do której prawdopodobnie trafił przy okazji zarybień narybkiem hodowanym w zachodnioeuropejskich rzekach. Od pewnego czasu trwa również jego marsz w górę Wisły: latem tego roku po raz pierwszy zaobserwowano go powyżej stopnia Kościuszko na Wiśle i w rzece Skawince.

Do tego Loara jest cały czas zanieczyszczana. Bibi opowiada o położonych nad rzeką napoleońskich fabrykach broni, garbarniach i papierniach, które w owym czasie zrzucały ścieki prosto do wody.

– To wszystko nadal w rzece jest. Potem przyszły sztuczne nawozy z rolnictwa, po nich elektrownie atomowe, a znowu po nich piaskarze. Ci wybrali z dna rzeki tyle piasku, że poziom wody się obniżył, i płytkie boczne odnogi nurtu pozanikały. Kiedyś w tych odnogach rozmnażały się ryby, teraz nie ma tam w ogóle wody, została „preria”. Woda nie zalewa już okresowo wysp na rzece, więc zarastają drzewami, zmienia się krajobraz, zmienia się skład gatunkowy ryb i roślin, nie ma już równowagi. Tak dokładamy tej rzece od czasów Napoleona, a ona nie jest już w stanie tego wytrzymywać.

Bibi patrzy przez chwilę na płynącą przed nami Wisłę, i mówi dalej: – Kiedy patrzysz na rzekę, to widzisz tę samą wodę, którą piły dinozaury, i którą sikały. To jest ciągle ta sama woda. A nam w sto czy dwieście lat udało się zaszkodzić jej bardziej niż komukolwiek innemu przez miliony lat. I to nie jest normalne.

Nie mogąc dłużej żyć z wyłącznie z łowienia ryb, rybacy znad Loary zaczęli szukać sobie innych zajęć. Wiele osób pracuje obecnie w turystyce, w tym turystyce przyrodniczej, Bibi jest jednym z kilku szkutników budujących łodzie do rekreacyjnego pływania po Loarze. Część osób zajęła się akwakulturą, co zresztą przyniosło kolejne problemy ekologiczne. Pytamy Bibiego, czy ktoś w rządzie porównuje koszty społeczne wynikające ze zniknięcia ryb i rybackich miejsc pracy z zyskami przynoszonymi przez działalność niszczącą rzekę.

– A kto siedzi w ministerstwie, kto siedzi w parlamencie? Przecież nie rybacy. Tam są ludzie z energetyki, transportu, wielkiego agrobiznesu. Nie ma tam ludzi takich jak my. Do tego dochodzi lobbing, na zasadzie: zapłacę ci za bilbordy w kampanii, ale potem o mnie pamiętaj. Tak to działa, wydaje mi się, że wszędzie. A potem robią ludziom wodę z mózgu, wymyślają drogie projekty i nie słuchają, co ma do powiedzenia zwykły człowiek na miejscu. Ja znam się na łowieniu ryb i wiem, jak zrobić przepławkę, żeby ryby do niej trafiały, wiem, jak ryba płynie i jak ją skierować we właściwą stronę. Ale teraz przepławki projektuje na komputerze ktoś w biurze w Paryżu, kto nawet nie przyjedzie obejrzeć terenu. We Francji mamy taki system, że projektant dostaje procent od wartości całego projektu. Dlatego projektuje się rzeczy bardzo skomplikowane, ogromne, odporne nawet na trzęsienia ziemi. Jeśli dostajesz z tego choćby 1-2 proc., to już jest niemało. Proste rozwiązania nikogo nie interesują. My mówimy, że stowarzyszenie zrobi przepławkę niewielkimi środkami, która przy okazji lepiej wpasuje się w krajobraz, ale nie. Oni wolą wylać milion metrów sześciennych betonu robiąc przepławkę zaprojektowaną na komputerze w Paryżu, która zresztą i tak nie zadziała.

Chociaż z naszej rozmowy o Loarze ostatecznie wyłania się obraz mniej optymistyczny niż się spodziewaliśmy, Bibi wydaje się na swój sposób spokojny o przyszłość. – Ludzie muszą w końcu zrozumieć, że to nie Ziemia potrzebuje nas, ale my Ziemi, mówi nam. Być może właśnie z niepodważalności tej prawdy czerpie swoją spokojną nadzieję na lepszą przyszłość dla rzek i całej przyrody, mimo że nie ma żadnych złudzeń co do motywacji polityków oraz obecnego stosunku sił między obrońcami przyrody a tymi, którzy zarabiają na jej niszczeniu, i rozumie jak mało kto, jak bardzo wroga wobec przyrody jest konfiguracja całego współczesnego systemu ekonomicznego.

Z drugiej strony historia Loary jest bardzo wyraźnym przykładem na to, że wystarczająco zdeterminowana lokalna społeczność może swój kawałek przyrody próbować wyrwać z tego systemu, a potem obrać inny kierunek i model rozwoju – w tym przypadku oparty na ochronie dziedzictwa przyrodniczego i korzystaniu z niego bez niszczenia.

Przed obrończyniami i obrońcami Loary wciąż wiele do zrobienia, ale udało im się osiągnąć rzecz bodajże najważniejszą – polityczną decyzję o uznaniu dziedzictwa przyrodniczego za podstawę rozwoju regionu. Rzeka nie jest w takim stanie, w jakim Bibi pragnąłby ją widzieć, ale ma się o wiele lepiej niż wiele innych rzek na świecie (Bibi z przerażeniem wspomina o losie czekającym rzeki w Turcji), a przede wszystkim udało się odsunąć ryzyko jej dalszej dewastacji gargantuicznymi inwestycjami podejmowanymi w imię krótkoterminowego zysku.

Przed nami jest do zrobienia jeszcze więcej, bo, jak mówi Bibi, w Polsce jesteśmy w tym miejscu, w którym mieszkańcy doliny Loary byli w latach 80. W tej pracy jego zdaniem najważniejsze jest uświadamianie i uwrażliwianie ludzi. Bibi podkreśla mocno, że zakazy i konfrontacja nic nie dadzą. Rzeczywiście, każdy narzucony z góry zakaz można zignorować lub obejść, ale zagłuszyć świadomość konsekwencji własnych czynów – kiedy się ją już ma – jest dużo trudniej. Pewnie dlatego Bibi mówi nam na koniec: – Przede wszystkim, rozmawiajcie o tym z dziećmi.


Z Bibim o rzece rozmawiali Kuba Gołębiewski i Izabela Zygmunt

Podczas Festiwalu Wisły włocławskie, ciechocińskie, a zwłaszcza toruńskie nabrzeża żyły tak, jak żyją brzegi najprzedniejszych europejskich miast.

W Toruniu, gdzie miała miejsce kulminacja Festiwalu Wisły, 14 i 15 sierpnia na bulwary wyszły tysiące ludzi. Nie tylko na bulwary. Na Kępie Bazarowej i wiślanych łachach były dziesiątki spacerowiczów oraz cumujących na piasku festiwalowych łodzi. Wielka łacha naprzeciw Bramy Mostowej służyła jako punkt zbiórek i odpoczynku dla sterników – uczestników Festiwalu.

WOPR i policja, przyzwyczajone do wyganiania ludzi z wiślanych plaż oraz do zakazywania kąpieli, tego dnia nie bardzo wiedziały, co począć. No bo jak wypraszać z łachy kilku torunian, skoro cumuje tam kilka dziesiątek festiwalowych łodzi, a ponad setka ich załogantów spaceruje, brodzi, pływa w Wiśle i gra na bębnach? W te dwa festiwalowe dni linia Wisły nie była już linią odgraniczającą od południa miasto Toruń od dzikiej przyrody. Wisła była żywą arterią, po której obu stronach i na której wodach tętniło miejskie życie. Z doświadczenia tych kilku festiwalowych dni płyną dla mnie trzy wnioski.

Wniosek pierwszy: współpraca i szacunek

Sukces Festiwalu Wisły jest ogromny: ciekawe stoiska kulinarne, rzemieślnicze i edukacyjne, ponad 40 statków rzecznych z Polski i Francji, imponujące łodzie wikingów, a na zakończenie wspaniały koncert bębniarski z nocną paradą łodzi i pokazem fajerwerków. Toruń w końcu znalazł pomysł na Wisłę. Co więcej: Toruń w końcu ma swój festiwal o europejskiej skali, na którego następne edycje, co do tego nie mam żadnych wątpliwości, będą przyjeżdżali turyści z całej Europy. Wyzwanie organizacyjne było ogromne i nie mogło się udać bez zgodnego współdziałania wielu podmiotów: Kujawsko-Dobrzyńskiej Organizacji Turystycznej – organizatora i pomysłodawcy festiwalu oraz samorządów Torunia, Ciechocinka, Włocławka i województwa, a także środowiska żeglarzy wiślanych.

Wśród płatników festiwalu Toruń poniósł największe koszty. Prezydentowi Zaleskiemu należy się uznanie za to, że dostrzegł tę wielką szansę dla Torunia i nie szczędził środków. Równie istotne jest to, że zaufał zewnętrznej organizacji pozarządowej, a podległe Prezydentowi jednostki okazywały jej niezbędne wsparcie. To nowa jakość w Toruniu, której powinniśmy się trzymać. Ten model twórczej współpracy samorządu, NGO i luźnego środowiska się sprawdził i mam nadzieję, że nie ograniczy się jedynie do Festiwalu Wisły.

Wniosek drugi: infrastruktura wspierająca potencjał Wisły

Prezydent Zaleski już zapowiedział, że Festiwal Wisły będzie imprezą cykliczną. Z całego serca popieram tę deklarację. Aby jednak Toruń mógł w pełni wykorzystać potencjał Wisły podczas kolejnych edycji Festiwalu i na co dzień, potrzeba moim zdaniem zrewidować niektóre pomysły na nadwiślańską infrastrukturę. Plaża na Kępie Bazarowej, która powstanie w ramach Budżetu Partycypacyjnego w 2018 r., rozwijająca się oferta Fundacji Zamek Dybów i Gród Nieszawa, planowane przez Regionalny Zarząd Gospodarki Wodnej udrożnienie Małej Wisełki dla ruchu małych jednostek oraz budowa drugiej mariny w Porcie Zimowym to piękne i słuszne plany, ale wiślanym sercem Torunia jest Bulwar Filadelfijski. Z bulwarem jest jednak związanych kilka problemów.

Na zdjęciu powyżej: stromy Bulwar Filadelfijski w Toruniu i kamienie pod nim

Po pierwsze, Bulwar Filadelfijski został wybudowany dla spacerowiczów, po tym jak państwo polskie podjęło decyzję o wygaszeniu żeglugi śródlądowej. Działo się to w czasach, gdy prywatnych łodzi było jak na lekarstwo, a w każdym razie nie budowało się wówczas infrastruktury dla prywatnych armatorów. Dziś małe jednostki nie mają do czego cumować, bo bulwar sterczy latem dwa metry nad powierzchnią wody, od której oddzielony jest pasem groźnych dla łodzi kamieni. Dlatego w trybie natychmiastowym Toruń potrzebuje pływających pomostów, przy których małe jednostki turystyczne będą mogły cumować bezpiecznie, a ich załogi zwiedzać miasto. Dla spacerowiczów natomiast widok szpaleru zacumowanych łodzi to również doskonały pretekst, by bywać nad Wisłą.

Po drugie, z bulwaru nie widać cumujących łodzi (chyba że idzie się samym jego skrajem), a z zacumowanej łodzi nie widać miasta. Na całym świecie tysiące żeglarzy jest gotowych płacić za miejsca cumownicze z najlepszym widokiem na piękne miasta. W Toruniu niestety na chwilę obecną mogą podziwiać ze swojej łodzi (jeśli odważą się zacumować przy ostrych kamieniach) betonową ścianę bulwaru i szczyt wieży katedry św. Janów. Pozostała część widoku pozostaje schowana za skrajnią bulwaru. Sytuację co roku pogarsza wydobywanie z dna Wisły piasku, co sprawia, że poziom wody obniża się coraz bardziej (pomijam tu kwestie globalnego ocieplenia i krajowego pustynnienia spowodowanego nieprzemyślanym osuszaniem kraju przez kolejne rządy i samorządy). Zanim powstały Bulwary Filadelfijskie w latach 70 XX w., przez 750 lat Wisłę z murami miejskimi łączyła jedna linia spokojnie wznoszącego się brzegu, tak że spod murów miejskich był widok na wodę, a z wody na mury.

Szkoda, że w koncepcji przebudowy Bulwaru Filadelfijskiego miasto nie zakłada zmiany linii nachylenia nabrzeża (przynajmniej na jakimś odcinku) w taki sposób, by powstał łagodniejszy stok odsłaniający widok na wodę i pozwalający na bliższe z nią obcowanie. Jeżeli rozwój żeglugi turystycznej będzie postępował, a będzie, to obecny kształt bulwarów, czyli muru oddzielającego fizycznie i wizualnie miasto od Wisły stanie się barierą dla jego rozwoju. Można by temu zaradzić na przykład tworząc dodatkową najniższą półkę bulwaru w formie alei spacerowej, która chowałaby się pod wodą podczas wyższych stanów Wisły, albo poprzez łagodny trawiasty stok na przykład na odcinku dawnego średniowiecznego portu, czyli od mostu Piłsudskiego do wylotu Bramy Żeglarskiej. Zresztą zarówno podczas tegorocznego Śniadania na Trawie, jak i podczas Festiwalu Wisły, trawniki cieszyły się wielką popularnością wśród mieszkańców. Jeżeli u dołu takiego pochyłego trawnika mogłyby wjeżdżać dziobami na brzeg wiślane łodzie, to bez dodatkowych urządzeń cumowniczych uzyskujemy bardzo atrakcyjną przestrzeń miejską.

Komisja konkursowa, która wyłoniła zwycięską koncepcję przebudowy Bulwaru, poczytała zwycięskiemu zespołowi Riegler Riewe Architekci Sp. z o.o. z Katowic in plus fakt, że skupił się jedynie na przebudowie części spacerowej bulwaru. W moim odczuciu największym minusem ich propozycji jest właśnie fakt, że nie zaproponowali zmiany kątanachylenia bulwaru. Póki jednak nie rozpoczęły się prace, wszystko jeszcze można zmienić. Wezwałbym więc władze Torunia do wyciągnięcia wniosków z doświadczeń, których przysporzył nam Festiwal Wisły, i ponownego zastanowienia się, w jaki sposób możemy sprawić, by Bulwar Filadelfijski w Toruniu był najatrakcyjniejszym miejscem nad Wisłą w Polsce, a Toruń mógł stać się wiślaną stolicą Polski. Toruń ma po temu warunki, ma historyczne dziedzictwo i już w tej chwili dzięki Festiwalowi Wisły wysunął się na „wiślane prowadzenie”. Przebudowa bulwarów to nie może być kompromis. To musi być w 100% trafiona inwestycja, która przypieczętuję wiślaną supremację Torunia.

Wniosek trzeci: Wisła piękna, Wisła naturalna

Kolejną rzeczą, którą uzmysławia nam Festiwal Wisły, jest kwestia zagospodarowania Wisły – nie tylko w Toruniu. Wzorem dla Festiwalu Wisły był Festiwal Loary w Orleanie. Jeszcze sporo elementów jest do poprawy po pierwszej edycji, ale jak powiedzieli nasi francuscy goście, już mamy jedną przewagę nad naszym pierwowzorem: Festiwal Wisły łączy kilka nadwiślańskich miast i gmin, więc wiślany spław na trasie Włocławek-Toruń jest jego integralną częścią, podczas gdy we Francji Festiwal Loary odbywa się tylko w mieście Orlean. Dla Kujawsko-Dobrzyńskiej Organizacji Turystycznej, organizatora Festiwalu, rozwój turystycznej żeglugi oraz oferty turystycznej na wiślanym szlaku jest podstawowym celem, którego promocji Festiwal ma służyć. Wiślany szlak, nie tylko na odcinku włocławsko-toruńskim, na którym przebiegał Festiwal Wisły 2017, to czekający na wykorzystanie sektor gospodarki z setkami miejsc pracy przy obsłudze mogących powstać przystani, parków krajobrazowych, punktów gastronomicznych, bazy noclegowej itp. Wszystko to wymaga jedynie obrania właściwego kierunku i odpowiedniej koordynacji przez władze samorządowe województwa i nadwiślańskich gmin, bo Wiślany Szlak nie wymaga dużych pieniędzy. We flotylli festiwalowej płynął z nami z Włocławka do Torunia stalowy statek Drwęca, co pokazuje, że nawet przy niskich sierpniowych stanach wody, Wisła jest żeglowna nie tylko dla łodzi rekreacyjnych, ale mogłaby po niej kursować żegluga pasażerska.

Wisła to perła w środku Polski. Każdy kto płynął ze mną lub innymi flisakami Wisłą poza miastem, deklaruje, że powróci tu znów i że nie miał pojęcia, że mamy taki skarb pod nosem. Brakuje jedynie miejsc, gdzie można coś zjeść, wypić, skorzystać z toalety i bez obaw pozostawić łódź, kiedy załoga zwiedza lokalne atrakcje. W ciągu kilku lat jesteśmy w stanie tylko siłami samorządów powołać Wiślany Szlak i sprowadzić nad Wisłę tysiące ludzi, generując setki miejsc pracy, nie szkodząc przy tym przyrodzie. Ta wizja stoi jednak w sprzeczności z rządowymi pomysłami budowy Kaskady Dolnej Wisły, z prostowaniem łuków rzek (to nie żart, to właśnie zakłada Konwencja AGN przyjęta przez Sejm w grudniu 2016), podnoszeniem mostów, budową portów przeładunkowych itp.

Powyżej: postój flotylli festiwalowej w miejscowości Łęk-Osiek, brak przystani, brak pomostu cumowniczego, a potencjał jest

Plany rządowe wspierane, jak słyszę, przez miejskich radnych PiS (http://www.nowosci.com.pl/strefa-biznesu/a/torun-bedzie-port-przeladunkowy-na-wisle,12365312/#sondaPodglad) opiewają na dziesiątki, jeśli nie setki miliardów złotych i zakładają całkowitą zmianę charakteru i przyrody Wisły. Przez pierwsze dziesiątki lat (zaporę Włocławek budowano przez 7 lat) przysporzą pracy firmom hydrotechnicznym, które wygrają przetargi. Raczej na pewno nie będą to firmy z Torunia, bo tu takich nie ma. Po 20, 30, a może 40 latach inwestycji za dziesiątki miliardów złotych w końcu zobaczymy (zobaczą nasze dzieci?) śródlądowy szlak transportowy na Wiśle. Pozostanie jeszcze tylko zmusić importerów i eksporterów do korzystania z transportu wodnego. Zwolennicy dostosowywania polskich rzek do potrzeb wielkoskalowego transportu utrzymują, że ten transport jest tańszy niż drogowy. Tak, kiedy inwestycje infrastrukturalne już się zamortyzują (gdzieś pod koniec XXI wieku), pewnie tono-kilometr będzie tańszy. Jednak tono-kilometr kolejowy też jest tańszy niż tono-kilometr drogowy, ale dla przedsiębiorstw transportowych liczy się też elastyczność i szybkość dostaw. Skoro państwo polskie przez 25 lat nie potrafiło przerzucić transportu drogowego na tory (drogami przewozi się ok. 1500 tys. ton towarów, a koleją ok. 200 tys. ton, czyli 8 razy mniej), to dlaczego mam uwierzyć, że jeszcze wolniejszy transport śródlądowy będzie bardziej konkurencyjny?  Przecież Polska nie zrezygnuje z utrzymywania infrastruktury drogowej i kolejowej. Do tego dojdą koszta inwestycji i utrzymania trzeciego sektora – śródlądowej infrastruktury transportowej. Oczywiście poniosą go transportowcy albo podatnicy. Jeżeli rząd postrzega interes narodowy w taki sposób, żeby za pieniądze polskiego podatnika niszczyć ostatnią dziką rzekę Europy po to, aby chiński towar mógł taniej i szybciej docierać pod polskie strzechy, to gratuluję pomysłowości. A może chodzi o to, aby szybciej wywozić drewno z polskich puszcz na zachód?

Mam nadzieję, że torunianie i inni mieszkańcy regionu nad napuszone wizje rodem z epoki Gierka, które mają się ziścić za kilkadziesiąt lat, wyżej ocenią jednak bardziej zrównoważony i sprawiedliwszy model zagospodarowania Wisły. Nie tylko zabezpieczy on unikalną przyrodę Polski, ale również w krótkiej perspektywie przysporzy wymiernych korzyści mieszkańcom naszego regionu i Torunia.

W tekście wykorzystano zdjęcia autorstwa Moniki Chmarzyńskiej. Dziękujemy.

W sobotę 6 lutego odbyły się w Toruniu obchody dziesiątej rocznicy rozpoczęcia w tym mieście działalności antyhomofobicznej. Organizatorem wydarzenia było Stowarzyszenie Pracownia Różnorodności, które jest kontynuatorem działań nieistniejącego już toruńskiego oddziału Kampanii Przeciw Homofobii.

Podczas uroczystości honorowe członkostwo stowarzyszenia odebrały: była posłanka Twojego Ruchu i Partii Zieloni, obecnie członkini redakcji Medium Publicznego Anna Grodzka, działaczki LGBTQ Małgorzata Rawińska i Ewa Tomaszewicz oraz osoba prezesująca Fundacji Trans-Fuzja Wiktor Dynarski.

 

Dodał: Jakub Krzyżanowski