Monika Kostera: Dominiko, jesteś artystką, a ja naukowczynią społeczną – porozmawiajmy o sztuce I przyrodzie. Nie w sensie teorii czy historii sztuki przedstawiającej naturę, ale o stanie świadomości, komunikowanym przez naturę wyobrażaną przez sztukę. Socjolog Hartmut Rosa pisze o rezonansie, czyli o szczególnej właściwości relacji człowieka ze światem. Jest to niejednoznaczny, nieliniowy sposób tworzenia więzi między istotami i rzeczami, które mogą być bliskie lub odległe. Rezonans sprawia, że uczestniczący w nim w zasadniczy sposób zmieniają się wzajemnie. Świat w ten sposób „mówi” do nas i słuchanie go sprawia, że pojawiają się doświadczenia nadające i tworzące sens. Nie da się go kupić, spowodować, wyprodukować, zaplanować – ale też nie jest przypadkiem, nie wydarza się mimo woli. Udział w nim wymaga dyscypliny, cierpliwości i świadomości. Dzięki rezonansowi możliwa jest regeneracja społeczeństw ludzkich. Jednym z potężnych nośników rezonansu jest sztuka. Dlatego nie jest to działalność czysto pięknoduchowska, lecz coś, co ma praktyczną moc generowania nowej energii.

Monika: W czasie pandemii COVID i lockdownów, gdy wiele muzeów było niedostępnych, a wystaw jak na lekarstwo, Muzeum Życia Romantycznego w Paryżu otworzyło niezwykłą wystawę poświęconą sztormom i  katastrofom morskim – Les Naufrages. Przedstawienia statków na wzburzonym morzu, ogromnych fal rozdzierających na strzępy łodzie i okręty, żagli drżących od wichrów – w szczególny sposób rezonowały ze mną w tamtym momencie. Sama czułam się jak rozbitek, nie tylko w z powodu pandemii. Porywające – dosłownie – przedstawienia morskiego żywiołu takich artystów jak Joseph Vernet, Théodore Géricault, Eugène Isabey, Eugène Boudin czy Gustave Courbet ilustrowane były muzyką Beethovena i Liszta. To było niezwykłe doświadczenie, może szczególnie dlatego, że te obrazy zostały zebrane razem i ukazane właśnie wtedy. W ogóle jednak nie ma takiego sezonu czy dnia, gdy nie miałabym ochoty obejrzeć obrazów morza namalowanych przez Gustave’a Courbeta. Na przykład ten, gdzie nie ma żadnych dramatycznych scen z rozbijającymi się statkami, nawet jeszcze nie ma sztormu. To jest najmroczniejszy, najbardziej niepokojący obraz jaki znam – a jednocześnie w przedziwny sposób pocieszający. Takie właśnie dla mnie jest morze – bezgranicznie niejednoznaczne.  Mój ukochany biolog, zmarły niedawno Francis Hallé, powiedział niedawno, tuż przed swoją śmiercią, że  nie jest do końca pesymistą klimatycznym, bo nawet jeśli człowiek zbyt dużo zniszczył,  to nadal jeszcze mogą uratować nas oceany i morza – pod warunkiem że się zmiarkujemy i zawrócimy z drogi destrukcji. One mogą nas wesprzeć na drodze naprawy. 

Dominika Kieruzel: Uch, chciałabym bardzo zobaczyć tę wystawę, szczególnie w Muzeum Życia Romantycznego. W ogóle nie jestem fanką „white cube”. Myślę że często sztuka wygląda najlepiej w warunkach domowych, i też jak najbardziej w połączeniu z muzyką. Te dwie sfery mogą się nawzajem otwierać… W opisie wystawy jest takie zdanie: 

Ta autentyczna inscenizacja szalejących żywiołów odsłania również całą gamę silnych uczuć, takich jak przerażenie, odwaga i podziw wobec potęgi i piękna natury. 

Pamiętam dokładnie kiedy zobaczyłam ocean po raz pierwszy. To było w Biarritz. Byliśmy na szkolnej wycieczce do Lourdes i jednego dnia na parę godzin pojechaliśmy właśnie tam. Jakieś niesamowite masy wody tłukły się o skały. Potęga tego to było coś niezapomnianego – wypełniającego i trwogą i podziwem. Natomiast ocean od jakiegoś czasu jest ze mną w inny sposób – przez Annelies Jahn, której pracę opublikowałam w Kosmossie pare lat temu. Annelies pływa codziennie w tym samym miejscu w Coogee, Sydney i jej praca tego miejsca i tego rytuału dotyczyła. Nagrania oceanu ułożone są obok siebie, parami (dlatego nie da się tego obejrzeć na smartfonie), tak że horyzonty sąsiednich filmów schodzą się w jedną linię, a potem gubią się i tak od nowa. Jest tu piękna poetyka dookoła     znajdowania i gubienia poczucia jedności z tym ogromnym bytem, ale i naszego niszczenia oceanów i ich odnowy. Annelies słuchało się cudownie. Czasem rozmawiałyśmy kiedy tam była lub właśnie stamtąd wróciła. Mówiła o jej oddechu i oddechu morza: 

Kiedy oglądasz [filmy] wyświetlane obok siebie, stajesz się świadoma przesunięcia horyzontu. To jest, jak sądzę, mój oddech. Trzymam kamerę, która jest w moim telefonie. Nie jest wyrafinowana, nie ma statywu. Dużo o tym myślałam: rytm oddechu osoby stojącej tam i będącej w tym miejscu. Można powiedzieć, że to wada filmu, ale mam nadzieję, że to też to, co cię tam przenosi. To ten naturalny ruch ciała, wiesz, tak naprawdę nigdy nie stoimy w miejscu. Możemy nawet myśleć o rytmie oceanu jako o oddechu. Ruch fal wciągających wodę do oceanu, a następnie wypychających ją z powrotem na brzeg. To jak ruch oddechowy, do wewnątrz i na zewnątrz, i jest stały.

I ten oddech oceanu teraz już zawsze mogę przywołać, on zawsze gdzieś jest. To rzeczywiście jest bardzo pocieszające.

M: Niesamowite to co piszesz – wprawdzie niby widywałam ocean wcześniej, ale doświadczyłam jego obecności po raz pierwszy właśnie w Biarritz, kilka lat temu. Chodziliśmy wzdłuż wybrzeża i w pewnym momencie weszłam kawałeczek do wody w ubraniu, naprzeciwko falom. To było doświadczenie graniczne – jednocześnie zjednoczenia z czymś co jest wszystkim, w tym sensie, że stąd pochodzimy, wszelkie istoty żywe. Z drugiej, jednak wrażenie odrębności, własnej energii istnienia, która nie jest żadną rzeczą, ani żadną cechą, nie da się nazwać, ale można jej doświadczyć, jak się ma szczęście.  W Biarritz Éric Rohmer nakręcił słynną ostatnią scenę „Zielonego Promienia”, gdy dwójka bohaterów wpatruje się w zachodzące na ocenie słońce i widzą ten ostatni promień – który trwa moment i jest zielony. To zjawisko zostało opisane przez Jules’a Verne’a w książce pod tym samym tytułem. Sylwestra ubiegłego roku spędzaliśmy na wyspie Groix i szliśmy jego zachodnim wybrzeżem, gdy zachodziło słońce. Zatrzymaliśmy się, by popatrzeć – i wtedy też zobaczyliśmy zielony promień. 

I jest dokładnie tak jak mówisz – oddech oceanu już zawsze jest gdzieś niedaleko. Czy jakiś artysta dobrze to, Twoim zdaniem, oddaje? 

D: Hmmm, ciekawa rzecz z Biarritz, być może są miejsca gdzie coś więcej się dzieje, gdzie życie bardziej do nas dociera… Jest taka praca – ‘Dark Ecology’ Olafura Eliassona. Jest to akwarela, część większej serii, wykonana w taki sposób, że na papier, na który nałożona jest cienka warstwa pigmentu w kształcie koła, położono kawałeczek lodowca wyłowionego z morza u wybrzeży Grenlandii. I ten lód po prostu się topi i przenosi pigment w różne strony. Ruch wody jest zapisany. Detale tego ruchu są przebogate: miękkie przestrzenie gradientowe, ostre krawędzie, wgryzanie się jednego ciała wody w drugie, momenty gdzie widać ślady napięcia powierzchniowego wody i te gdzie widać jak woda przesuwała pigment pod powierzchnią, po dnie, czyli papierze. Są też jakieś większe rytmy – zamarzania, topienia i parowania wody, również jej podróży. Jest to oczywistością, ale różne rodzaje wody rzeczywiście zachowują się inaczej. Kiedy malowałam akwarelą  w Londynie, zazwyczaj chodziłam nad Tamizę po wodę, bo ona rozlewała się o wiele ciekawiej niż kranówka. Więc woda z lodowca ma swoją specyfikę, swój sposób poruszania się i interakcji z otoczeniem. Widzę tę pracę tak jakby była ona portretem materii i jej ruchu, pełnym miłości i zapatrzenia. Ale też piękna i smutku, no bo termin dark ecology odnosi się do idei Timothiego Mortona, gdzie nasz zachwyt światem i jego zagłada są dwoma licami tej samej monety. Eliasson zrobił też bardziej monumentalną pracę około tematyki topienia lodowców – „The Ice Watch” – gdzie przywiózł duże bryły grenlandzkiego lodowca do różnych miast w Europie, bo i w Kopenhadze, i w Paryżu i w Londynie to się działo. Wtedy można było dosłownie patrzeć na topiące się lodowce, ludzie dotykali ich, obejmowali, wsłuchiwali się. Ta praca jednak wydaje mi się bardzo gorzka, bo aspekt ogromnych instytucji sztuki, jak Tate Modern, myślę zmienia ja pewną komercyjnością, staje się to trochę turyzmem lodowcowym. Pomijając to, jednym ze wspólnych punktów w  „Dark Ecology” i ”The Ice Watch” jest wskazywanie na jakość żywego obiektu. Dla mnie meritum tych prac, jest wywołanie stanu kontemplacji materii, i to nie statycznie, ale w jej ruchu, rytmie, sposobie poruszania się przez czas, w zmianie – czyli pokrótce, kontemplacji życia tej specyficznej materii. To jest oddech, ten ciągły ruch. Wydaje mi się że ta warstwa tych prac  jest miejscem gdzie myśl ekologiczna ma prawdziwą moc, to praktyka bliskości ze światem naturalnym, nasze poczucie odpowiedzialności myślę powinno być w niej zanurzone.

M: Tak, to jest wspaniałe! Nie znałam prac  Olafura Eliassona ale teraz zostałam fanką. Zupełnie z innej beczki ale kojarzy mi się to z pracami Michelle Holland, brytyjskiej rzeźbiarki która często tworzy w związku z morzem. Może dlatego, że kiedy była młodsza mieszkała na barce? A może dlatego, że orzeźwia ją kolor niebieski? Któż to wie… W każdym razie artystka zbiera wyrzucone na brzeg rzeczy: kawałki szkła, wodorosty, drewno. Tworzy z nich różne prace. Przede wszystkim znana jest ze swoich morskich książek – topi szkło znalezione na plażach, z wodorostów produkuje papier i powstają w ten sposób rzeźby-książki. Czasami szuka dalej, poszukuje rezonansów. Efektem takich poszukiwań jest jest rzeźba przedstawiająca fale. Ja czytam tę pracę muzycznie, dla mnie wydaje ona dźwięk.  Podobny do dźwięku fal w Biarritz. 

D: Materiały znalezione są zawsze jakoś ‘zanieczyszczone’, niestandardowe, kształtowane lub zmieniane przez swoje środowisko. To jest coś pięknego dla artysty, pracować z takim żywym materiałem. Moje dumania poszły również w stronę czegoś co w oceanie możemy znaleźć. Wczoraj obejrzałam film ‘Małni, Towards The Ocean, Towards The Shore’. Jego autor, Sky Hopinka, jest artystą wideo i zazwyczaj pokazuje swoje prace w galeriach, a to jest jego pierwszy feature film. Trochę oszalałam na jego punkcie. Jest tam bardzo rozpoznawalny sposób opowiadania historii, poetycka kompozycja, nielinearna, wrażeniowa i atmosferyczna. Natomiast rytm i sposób edytowania niesamowicie do mnie przemawiają: zdecydowanie, przestrzeń, uważność, jakieś zakorzenienie. Jeśli go obejrzysz, to zwróć uwagę na sposób chodzenia jednego z bohaterów, Jordana Merciera. On tak właśnie chodzi – w zdecydowany, wyważony i zakorzeniony sposób. Z siłą i swobodą. Ogromne wrażenie to na mnie wywarło. Sky Hopkina dotyka mitów swojego plemienia – Cherokee, z którego i on i jego bohaterowie się wywodzą. I tam jest właśnie ta gra kierunków – przybyliśmy z oceanu i po śmierci dusze do niego wracają. Pomyślałam o ich oceanie i o tym jak gdzieś on się łączy z naszym europejskim, i o nas wszystkich którzy na niego patrzyli i patrzą. I że częścią naszej origin story – opowieści o naszym pochodzeniu – jest to że wyszliśmy z oceanu – tak jak Tobie to się okazało w Biarritz. Więc posuwamy się o wiele głębiej w skali od jaskiń. Co znajdujemy w oceanie to źródło życia na Ziemi i wspólnotę, rodzinę, która obejmuje nie tylko nasz gatunek, ale i wszystkie żywe istoty. To kołysanie, w stronę brzegu, w stronę morza, źródło, którego echo jest w naszym oddechu. 

M: To niesamowite co piszesz – ocean jest w nas głębiej niż jaskinia… Nie miałam jeszcze okazji obejrzeć filmu w całości, dziękuję za polecenie – obejrzałam trailer i zgadzam się, że jest wspaniały. Pada tam pytanie, czy przemieszczamy się w górę, czy w dół rzeki – a może w kierunku oceanu? Bardzo silnie zarezonowało to ze mną. Przywołało mi to pracę Billa Violi, „Ocean bez brzegu”, która wywarła na mnie gigantyczne wrażenie. Jest to film opowiadający o kondycji ludzkiej, która jest nierozłączna z żywiołem wody. Postaci emanują jednocześnie światłem i wodą, jeśli można to tak ująć. W intencji autora jest to praca sakralna, wystawiana zresztą z kościołach, której tematem jest zmartwychwstanie. Woda jednocześnie wyraża smutek rozstania, jak jest tym elementem, który stanowi granicę między światami. Może dlatego tak mocno przemawia do mnie technika ebru preferowana przez Katarzynę Korzeniecką, czyli dosłownie malowanie obrazów na wodzie. 

D: Oh wow, ta praca Billa Violi jest niezwykła. On opowiada o tym też jak technicznie trudne było wykonanie czegoś co wygląda tak prosto – ściana wody, tak przezroczysta i gładka jak szkło. Opowiada o tym że dla ludzi którzy znaleźli się w jego filmie, przekroczenie tej ściany miało duże osobiste znaczenie. Więc to nie tylko praca wideo ale też zapis pewnego rytuału, pewnego zdarzenia. Dla mnie Bill Viola i Sky Hopkina bardzo się wiążą ze sobą… i wskazują na ocean jako miejsce ducha, zaświaty i źródło zarazem. 

A Katarzyna Korzeniecka, co ciekawe łączy wodę z kosmosem, więc znowu lądujemy w tym kontekście. 

M: Przez naszą rozmowę o morzu przewija się motyw patrzenia na nie przez człowieka. Patrzenie na morze jako część kondycji ludzkiej. Wspaniale to ujął Félix Buhot w swoim obrazie „Poeta patrzy na morze”. Obraz przedstawia postać ludzką pod parasolem, odwróconą do widza, siedzącą na brzegu morza na krzesełku, podczas gdy przed nią śmigają na falach dwie małe żaglówki. Niby nic się nie dzieje, ale wyraźnie czuję, jak powstaje poezja. Jest bowiem tak, jak mawiał Leonard Cohen: nie ma się kontroli nad dobrymi pieśniami, one są tam gdzie są i przychodzą jak przychodzą. Twórca nic nie produkuje, raczej chodzi po różnych przestrzeniach, gotowy do tego, by przyjąć pieśń. „Gdybym wiedział, gdzie są dobre pieśni, chodziłbym tam częściej”, mówi Cohen. To prawda, ale morze bywa szczególnie hojne dla poetów. 

Obraz Buhota przywodzi mi na myśl innego poetę i jego wiersz o morzu. Patrick Boulanger w jednym ze swoich wierszy zapewnia: „morze nas widzi”. Opowiada w swojej poezji o obecności życia wokół, o tym, że nie jesteśmy sami ani bez znaczenia – świadomość jest wszechobecna i naszą rolą jest współrezonowanie z nią. Morze, które nas widzi, to przejaw tego rezonansu, który jest żywy. Jesteśmy tu, na Ziemi, po to by w szczególnie świadomy sposób, poezją, sztuką, odpowiedzialnym zaangażowaniem, brać w tym udział, ponieważ, jak mówi Boulanger: „Nic nie umiera, co się zaczęło”. 

Flix Buhot, La Petite Marine – Souvenir de Medway, 1879, akwaforta, 22.4 x 33.3 cm

Monika Kostera: Dominiko, jesteś artystką, a ja naukowczynią społeczną – porozmawiajmy o sztuce i przyrodzie. Nie w sensie teorii czy historii sztuki przedstawiającej naturę, ale o stanie świadomości, komunikowanym przez naturę wyobrażaną przez sztukę. Socjolog Hartmut Rosa pisze o rezonansie, czyli o szczególnej właściwości relacji człowieka ze światem.

Jest to niejednoznaczny, nieliniowy sposób tworzenia więzi między istotami i rzeczami, które mogą być bliskie lub odległe. Rezonans sprawia, że uczestniczący w nim w zasadniczy sposób zmieniają się wzajemnie. Świat w ten sposób „mówi” do nas i słuchanie go sprawia, że pojawiają się doświadczenia nadające i tworzące sens. Nie da się go kupić, spowodować, wyprodukować, zaplanować – ale też nie jest przypadkiem, nie wydarza się mimo woli. Udział w nim wymaga dyscypliny, cierpliwości i świadomości. Dzięki rezonansowi możliwa jest regeneracja społeczeństw ludzkich. Jednym z potężnych nośników rezonansu jest sztuka. Dlatego nie jest to działalność czysto pięknoduchowska, lecz coś, co ma praktyczną moc generowania nowej energii.

Niedawno byłam na wystawie poświęconej sztuce malowania kwiatów, charakterystycznej dla miasta Lyon. Jest to sztuka przede wszystkim dekoracyjna, ale jednak bardzo piękna, wywołująca uczucie radości zbliżone do tej, która uderza do głowy latem, podczas spaceru po ogródkach działkowych. Obrazy nie przywoływały tylko samych kolorów i estetyki wizualnej, ale żywo przypominały o zapachach, uczucia ciepła, obecności ptaków (tak jak mówiłyśmy wcześniej – one przylatują, gdy jest pięknie). Z drugiej strony mamy słoneczniki Van Gogha, które wcale nie są dekoracyjne, wręcz przeciwnie. Przyzwyczailiśmy się do ikoniczności tych obrazów, dlatego tak wielu osobom współcześnie podobają się, ale gdy Van Gogh je malował było zupełnie inaczej – żółty jest kolorem trudnym, słonecznik nie jest eleganckim kwiatkiem, ich sposób przedstawienia też wcale nie jest elegancki ani ładny. Jest w nich coś niebezpiecznego, pokracznego, a przede wszystkim – niesubordynowanego. Między Lyońskimi ogrodami radości a nieposłusznym Vincentem jest cała skala różnych wyobrażeń kwiatów. Fascynuje mnie, jak wiele uczuć, stanów ducha, myśli mogą przywołać w sztuce kwiaty. Ciebie też one interesują?

Dominika Kieruzel: Tak! Razem z holenderską artystką Teddy May de Kock zrobiłyśmy kilka lat temu performans o tytule ‘”Kwiaty”. Teddy, która zaprosiła mnie do tego projektu, dawała im maleńkie mikrofony i kapelusze, no bo przecież kwiaty performują, było to bardzo komiczne. Ale i patrzyłyśmy na ich piękno: bezwstydne, naturalne. Patrzyłyśmy na różne maleńkie, wdzięczne dzwoneczki i stokrotki rosnące przy chodnikach. To było takie antidotum dla środowiska artystycznego Londynu w tamtym czasie; wtedy poprawność polityczna tak mocno się rozrosła, że zaczęła dławić spontaniczne rozmowy i swobodę w której ludzie, którzy nawzajem sobie ufali mogliby popełniać błędy, dyskutować, negocjować, bawić się. Dla mnie centralny do tego projektu był cytat z Witkacego: ‘Dzieło sztuki powinno być tak tajemnicze w swojej prostocie czy komplikacji, jak tajemniczym jest każde żywe stworzenie, takie właśnie a nie inne. Jak kwiat wyrasta z danej rośliny, tak naturalnie powinno powstawać dzieło sztuki z człowieka.’

Więc skonstruowałyśmy sztukę teatralną w trakcie której starałyśmy się generować ‘spontaniczne’ i ‘naturalne’ interakcje. Na końcu Teddy, która była wtedy w ósmym miesiącu ciąży, tańczyła szalenie i cudownie w kostiumie kwiatu. To było piękne. Tak. Od tamtej pory nonszalanckie piękno kwiatów jest dla mnie ciągłą inspiracją; ich bezwstydność i otwartość a nawet niewinność odwracają uwagę od świata sztuki, który jest często sztywny, hermetyczny i  mocno kontrolowany. Kwiaty przywołują wspomnienie artysty o intymności, naturalności i pięknie, które dzieje się między człowiekiem i światem i z którego wyrasta dzieło sztuki. I to chyba łączy te dwa ekstrema o których mówiłaś – nieposłuszność Słoneczników (kocham to!) i radość ogrodów Lyońskich.

M: Tak, Twoje Kwiaty są wspaniałe! Fascynują mnie, pokazywałam też fragmenty studentom – zdawali się od razu rezonować z tą sztuką. Możliwe, że to dzięki uniwersalizmowi języka kwiatów. Przychodzi na myśl tradycyjna “mowa kwiatów”, silnie obecna w kulturze popularnej i ludowej. Na przykład, czerwona róża symbolizuje miłość, a akacja zaufanie. Darowanie kwiatu pozwalało wyrazić uczucia osobom, które w normalnej rozmowie nie miały możliwości a może nawet pełnego prawa, by zabierać głos: zakochani bez zgody rodziców, młode panny, którym w żadnym razie nie wypadało wyznawać uczuć…  W poprzedniej rozmowie mówiłyśmy o wizerunkach Matki Boskiej z ptakami. Bardzo często włoskie i francuskie Madonny malowane są także z kwiatami. Na przykład w jednym z wczesnych dzieł Leonarda da Vinci, Gabriel przynosi Marii delikatny, niemal przezroczysty kwiat lilii. Anioł sam stąpa po trawniku z którego wyrastają przeróżne kwiatki, głównie dzikie. Więc raczej łączka przy domu, jak teraz często się spotyka w miastach (uwielbiam!), niż wystrzyżony do bólu angielski trawnik.

D: Wow, mówisz o ‘Zwiastowaniu’ Leonarda, – lilia jest nieziemska, jak i księga którą czyta Maryja i szata Gabriela. Za to ziemskie kwiaty na trawniku są mięsiste, wyostrzone, cielesne. Echa i tembry, rytm drzew – ten obraz jest jak symfonia. Przychodzi mi na myśl obraz pre-Rafaelity ‘Ecce Ancilla Domini’ Dante Gabriela Rosettiego z 1850, namalowany ponad 370 lat później. Również temat zwiastowania ale tu Maria jest młodą dziewczyną przestraszoną wizytą anioła. W tej scenie jest zwyczajność, bardzo to lubię. Przypomina mi to, że trzeba być uważnym, bo właśnie w codzienności dzieją się rzeczy niezwykłe. Lilia znowu jest centralna, symbol niewinności, czystości, symbol Maryi, ale także kwiat pogrzebowy. Jakiś głęboki dramat zapętla się w tej symbolice, w jednym kwiecie, który staje się portalem do sfery duchowej i do przyszłości. No właśnie – mowa kwiatów. Pre-Rafaelici w ogóle kochali malować kwiaty. Tak jak i Wyspiański… U Franciszkanów w Krakowie nie mogę się napatrzeć na motywy kwiatowe na ścianach, szczególnie bratki.

M: Tak, genialny Wyspiański! Przypomina mi sztukę Williama Morrisa, który malował tapety w kwiaty w taki sposób, że w tych wnętrzach ma się poczucie bycia wewnątrz iluminowanej średniowiecznej Biblii. I natychmiast przychodzi na myśl obraz Wizje świętego Graala jego autorstwa, gdzie też mamy lilie i dzikie kwiaty na trawniku. Te kwiaty pochodzą ze świata hipnagogicznego, pomiędzy czuwaniem a snem. Patrząc na ten obraz mam wrażenie, że gdyby Galahad nie był tak bardzo zapatrzony w swoją wizję kielicha, mógłby z mowy tych kwiatów odczytać coś ważnego, co pomogłoby mu znaleźć wspólny język z aniołami. Z drugiej strony masz Georgię O’Keeffe która rozumie mowę kwiatów tak doskonale, że nie widzi nic innego. Kwiaty są u niej energią stworzenia, narodzinami i zwiastowaniem w jednym. To jedna z niewielu totalnych wizji świata która nie tylko przemawia do mnie, ale mnie porywa. A jak Ty reagujesz na tej kwiaty-światy?

D: Dojrzewam do nich! Szczególnie podobają mi się te rzeczy gdzie są kości zwierzęce i kwiaty. Jej paleta jest nietuzinkowa. Niezwykle oryginalna artystka i bardzo inspirująca osoba; spędziła dużą część życia mieszkając na pustyni w Nowym Meksyku…. Znalazłam cudowne zdjęcie O’Keeffe szkicującej kwiaty, zrobione przez jej męża Alfreda Stieglitza. Artystka siedzi na poduszce na ziemi z akwarelami, przy jakimś poboczu z którego wyrasta kwiatek. Jest to piękne że ona przyszła do niego, zamiast zabierać ten kwiat do pracowni.

Natomiast gobelin Morrisa kocham i doskonale też czuję o czym mówisz, kwiaty są piękniejsze i ciekawsze niż Graal. Ale też wydaje się jakby ta łąka tam wyrosła dosłownie pod ich stopami – tak jak ptaki przylatujące do piękna…

Stan pomiędzy czuwaniem a snem kojarzy mi się też ze zmysłowym upojeniem i z ‘Pieśnią nad Pieśniami’, w której powtarzają się motywy kwiatów i owoców. Jest tam gdzieś echo romansu O’Keeffe i Stieglitza. No właśnie bo kwiaty to atrakcja, seksualność, pociąg, no i płodność, owoce. Kwiaty nie chowają się przed światem ale do niego wychodzą, otwierają się, całe są tą ideą połączenia i transformacji w coś nowego, o tym się świetnie myśli w kontekście sztuki. Kocham dziką różę na przykład, kocham patrzeć jak późnym latem jej kwiaty powoli przemieniają się w owoce. Na mojej ścianie wisi pocztówka z botanicznym rysunkiem dzikiej róży autorstwa Jaqueline Devin, dostałam ją od Ciebie! W nowożytnej Europie jedna z pierwszych ksiąg zawierających botaniczne ilustracje jest the Carrara Herbal ilustrowana przez anonimowego artystę w późnym średniowieczu w Padwie. Rośliny są w nią wplecione, tak jakby związek pomiędzy ich materialnością, wyglądem a wiedzą o nich był pełen poetyki i zabawy.

M: O tak, te kości i kwiaty – również ze mną ta część jej sztuki najbardziej rezonuje! Carrara Herbal jest cudowna! W ogóle uwielbiam ilustracje botaniczne. Już w podstawówce kochałam plansze z takimi rysunkami, które nasza pani pokazywała nam na lekcjach przyrody. W Szwecji mam koleżankę, która pracuje teraz w transporcie publicznym, ale przez wiele lat zajmowała się rysowaniem takich ilustracji dla szkół. Poprosiłam ją o kilka i wisiały u mnie w pracy przez kilka lat, niestety zgubiły się gdzieś w przeprowadzkach. Miała piękny pseudonim artystyczny – Carduus, czyli kwiat ostu. Jej ilustracje były subtelne, pełna światła i takiego skandynawskiego bajkowego realizmu. To wspomnienie z kolei prowadzi prostą drogą do malarstwa Carla Larssona, który przedstawiał różne motywy domowe i ludowe. Jednak uwielbiam w szczególności to, jak malował swój ogródek  – gdzie postaci osób, zwierząt i kwiaty wszystkie mają swoje własne tajemnice, a obraz tylko lekko dotyka ich prywatności, które spotykają się ale nie splatają. A jak ogród, to oczywiście Monet! Ciekawa jestem bardzo, jakie są Twoje spotkania z tym artystą?

D: Kiedy zaczynałam Liceum Plastyczne w Częstochowie w 2000 roku, nasz wychowawca i nauczyciel malarstwa, Mirosław Czarnocki polecił nam zrobić kopię dowolnego obrazu jako pierwsze zadanie, no i ja wybrałam sobie „Panią Monet i jej syna” … Ten obraz jest przepięknie rozświetlony, nie da się zrobić takiego zdjęcia… to uczucie. Kwiaty są raczej zjawiskiem wizualnym u Moneta niż formą, ale co jest piękne to ich jakaś jedność ze światłem, no bo przecież kwiaty i słońce, to taka wspólnota…

Evolution, No. 13, Group VI, Hilma af Klint

Wiesz, kiedy miałam ze 12 lat, jakiś mały chłopiec, zupełnie bez powodu dał mi różę na ulicy. To nie była róża kupiona, musiała wyrosnąć na jakimś podwórkowym krzewie. Włożyłam ją do wazonika i przez kolejne dni patrzyłam na nią, na to jak jej płatki zmieniają kolor i teksturę, od cynobru i różu po karmin i odcienie fioletów i brązów; czułam jej zmieniający się zapach, od świeżego, młodzieńczego, lekko cytrusowego, po odurzający, zmysłowy kiedy już zupełnie się otworzyła i zaczęła więdnąć. To było zdumienie i fascynacja, być wtedy z tą różą. W ostatnich latach zawsze ktoś przynosił kwiaty z ogródka do pracownianej kuchni. Było to pół-anonimowe i spontaniczne. Różne artystki miały różne sposoby układania kwiatów. Często był to tylko jeden kwiat. Zapatrzenie w niego kiedy przyszło się na przykład zrobić herbatę, kruchość tej chwili, tego piękna które po prostu jest, to bardzo wpłynęło na moją pracę, ba – na moje życie. Kwiaty wyrywały mnie z amoku codzienności. Patrzenie na nie i ich wspomnienie uświadomiło mi jak trudnym są tematem – o dziwo! Myślę i szukam takich dzieł sztuki które zbliżą mnie do tamtych uczuć. Dla mnie Hilma Af Klint ma coś takiego w sobie. Ona pewnie jest gdzieś pokrewna Georgii O’Keeffe. Bardzo lubię ‘Nasturcje’ af Klint ale też jej abstrakcje, które są pełne form kwiatowych i związane z teozofią artystki. I to chyba duchowość, która gdzieś się przebija przez naszą rozmowę, dla mnie jest czymś co pomaga wyrazić kwiaty w sztuce – ich ulotność, zjawiskowość (od zjawy!) i takie piękno, które nas zatrzymuje i transportuje… do życia? Jenny Odell w swojej książce ‘How to do Nothing’ mówi o traktowaniu doświadczania życia jako najwyższej wartości… Kwiaty są w tej przestrzeni właśnie.

M: O, tak, uwielbiam te nasturcje! Ale także inne jej kwiaty – i jej marzenie, by objąć wszystkie kwiaty świata. Tak samo jak Ty, podziwiam to, w jaki sposób ona wyrażała w swojej sztuce duchowość. Masz rację, że inne jej prace też mają w sobie coś kwiatowego. Na przykład, część jej prac poświęconych atomom. Opatrzyła te obrazy krótkimi komentarzami: “Każdy atom ma swój środek. Ale każdy środek jest bezpośrednio połączony z środkiem wszechświata.” oraz: “Środkiem wszechświata jest niewinność”.

Dominika jest artystką, a Monika –naukowczynią społeczną. Zapraszamy do rozmowy o sztuce i przyrodzie. Nie w sensie teorii czy historii sztuki przedstawiającej naturę, ale o stanie świadomości, komunikowanym przez naturę wyobrażaną przez sztukę.

Socjolog Hartmut Rosa pisze o rezonansie, czyli o szczególnej właściwości relacji człowieka ze światem. Jest to niejednoznaczny, nieliniowy sposób tworzenia więzi między istotami i rzeczami, które mogą być bliskie lub odległe. Rezonans sprawia, że uczestniczący w nim w zasadniczy sposób zmieniają się wzajemnie. Świat w ten sposób „mówi” do nas i słuchanie go sprawia, że pojawiają się doświadczenia nadające i tworzące sens. Nie da się go kupić, spowodować, wyprodukować, zaplanować – ale też nie jest przypadkiem, nie wydarza się mimo woli. Udział w nim wymaga dyscypliny, cierpliwości i świadomości. Dzięki rezonansowi możliwa jest regeneracja społeczeństw ludzkich. Jednym z potężnych nośników rezonansu jest sztuka. Dlatego nie jest to działalność czysto pięknoduchowska, lecz coś, co ma praktyczną moc generowania nowej energii.

Monika: Weźmy na przykład Théodore’a Rousseau, jednego z pierwszych systematycznych i szczególnie skutecznych ekologów. Był inicjatorem grupy malarzy z Barbizonu, którzy w odróżnieniu od obowiązujących wówczas kanonów malowali w naturze, nie w studio i przedstawiali przyrodę, nie sceny mitologiczne i historyczne. Rousseau malował często drzewa z wielkim oddaniem i empatią, mówił, że wsłuchuje się w nie i współodczuwa z nimi. Jego prace rzeczywiście oddają coś żywego, niepowtarzalnego, każdy liść żyje. To dzięki zaangażowaniu barbizończyków część lasu w Fontainebleau została oficjalnie uznana za rezerwat przyrody i jest nim do dziś. To mój ulubiony malarz drzew. A jaki jest Twój, Dominiko?

Théodore Rousseau, Skraj lasu w Monts-Girard, Fontainebleau, 1852–54, olej na desce, 80 x 121.9 cm

Dominika: „O stanie świadomości, komunikowanym przez naturę wyobrażaną przez sztukę”… Ja bym powiedziała że sztuka nie tyle wyobraża, co jest owocem pewnego aktu wspólnoty, może nawet komunii. Myślę o tym czy może to być wspólnota świadomości, np świadomości człowieka i drzewa. Taka wyprawa poza siebie to przygoda, potrzeba do niej otwartości i pewnego wycofania woli. Być może to jest powiązane z rezonansem. Sztuka którą najbardziej kocham wynika właśnie z takiego aktu wspólnoty, z pewnego ‘stanowiska duszy’ powiedziałabym….

Tak dużo bogactwa jest w tym Twoim pierwszym paragrafie, mnóstwo zakamarków, w które można by pójść. Nigdy nie słyszałam o Hartmucie Rosa, a ta teoria rezonansu wygląda bardzo interesująco więc na pewno będę ją odkrywać. No właśnie słuchanie (jak i patrzenie) jest kluczowe. Wydaje mi się, że to jest obecne w różnych narracjach obecnego wieku – u Franciszka chociażby (przyszłość jest w słuchaniu) albo u Timothiego Mortona (w „mrocznej ekologii”). Moja dobra znajoma i fantastyczny muzyk, Flo Lines opowiadała mi o sympozjum-obozie zorganizowanym przez Emergence Magazine, który jest magazynem skoncentrowanym na duchowości, ekologii i sztuce; rytuałem kończącym wyjazd było wspólne oglądanie zachodu słońca, od początku do końca,  w ciszy. Bardzo mocno się we mnie zapisała atmosfera jej opowieści. Jej wyraz twarzy, oczy, ton głosu. To było coś transformacyjnego. Myślę o tym, żeby móc wybrać z kim i z czym jestem tak blisko, z kim i z czym dzielę swoje oczy. I jakie są z tego owoce.

No bo masz racje, taki związek ze światem, który się dzieje przez głęboką uwagę, nie da się go kupić, ale być może pewne nachalne rzeczy trzeba odrzucić, żeby zrobić na niego miejsce. Czas i rytm są tu ważne.

Rousseau jest genialny. Tak, u Rousseau jest miłość i czułość. Jest niezwykła różnorodność – przygoda – otwartość na nowe światło, kolor i przestrzeń. Tekstura, materialność drzew zmienia się z obrazu na obraz.

Ja lubie polskich pejzażystów jak Henryk Szczygliński. U niego drzewa są czasem trochę niebezpieczne i mroczne. Ja tak zazwyczaj czuje kiedy jestem w lesie w nocy, tak jakby one chciały już wtedy zostać same.

Ale ostatnio największe wrażenie na mnie wywarł Fragonard z jego najsłynniejszym obrazem ‘Swing’, który traktowałam dosyć zdawkowo za młodziaka. Trafiłam na niego zupełnie przypadkowo w Wallace Collection w Londynie i powalił mnie na kolana. Właśnie tą zielenią leśną, buszem ociekającym sensualnością, hiper zmysłowym, głębokim i żywym. I poczułam się tak jak czasem się czuję oglądając obrazy, staje się ich wzrokiem, stoję tam gdzie oni stali i czuję tą komunię z tym co oni przed sobą mieli.

Co ciekawe, patrząc na ten obraz na żywo, scenka rodzajowa gdzieś znika, to właśnie drzewa mają w nim najwięcej obecności. Tak i u Rousseau, natura nie jest tłem dla ludzi…

Monika: O, ja też uwielbiam drzewa Fragonarda! Szczyglińskiego nie znałam, dziękuję za podpowiedź. Szczególnie lubię, jak jego drzewa rozmawiają z resztą krajobrazu – ze śniegiem, z polami, ale szczególnie z wodą. To co piszesz o patrzeniu i słuchaniu jest zgodne  w tym, co pisze o świadomości ludzkiej Awerroes – sięgamy poza siebie, przekraczamy własne granice patrząc i słuchając, więc kontemplacja drzewa – i sztuki -–jest tak jak piszesz, oddawaniem i czerpaniem jednocześnie, bardzo intensywną relacją. Ma to zresztą różne konsekwencje, to bywają wielkie energie. Szwedzki pejzażysta Carl Fredrik Hill podobno marzył o tym, żeby namalować drzewo żywe, każdy liść, każde drgnienie. Widać to szczególnie w jego cenionym dziele z 1877 roku przedstawiającym krajobraz wiejski wokół Sekwany z wielkim smukłym drzewem na pierwszym planie. Istnieją trzy wersje tego obrazu każda w innych kolorach. Na oryginale drzewo – słowo daję, widziałam na wystawie – porusza się na wietrze. Inne drzewa pozostają nieruchome, jak aktorzy drugoplanowi, choć także bardzo realni. Rok później artysta doznał ataku psychozy, silnych halucynacji i ataków paniki i został hospitalizowany. Tworzył później prace na podstawie swoich halucynacji, zdarzają się również drzewa, ale już nie one przemawiają z tych obrazów.

Całkiem inaczej Lars Hertervig, norweski malarz, którego często wymienia się jednym tchem z Hillem, dlatego, bo malował drzewa śniące, albo wyśnione. Na przykład  obraz z 1865 roku przedstawiający drzewa wokół jeziorka. To jeden z najbardziej ruchliwych obrazów, jakie znam, ale w zupełnie inny sposób, niż  u Hilla – nie ma się wrażenia fizycznego ruchu, tylko ruch w sensie poetyckim, jak Bachelardowskie rêverie, śnienie na jawie. Podobnie jego stare sosny – fizycznie stoją solidnie w miejscu, ale gdy przestaniemy się koncentrować na ich materialności czy to wyobrażonej, czy tej faktycznej, jako płótna pokrytego farbą, to prowadzą prosto do lasów dzieciństwa, gdzie możliwe były trolle i Baba Jaga.

Ty też lubisz takie śniące drzewa z obrazów?

Dominika: „The Tarn” Herterviga – tam chmury i drzewa przepięknie grają ze sobą, są takie poszarpane, coś bardzo dziwnego w tej materii, jest ona dogłębnie fizyczna a zarazem niematerialna. I u Harterviga i u Hilla uwielbiam ruch pędzla, plamę. Bardzo lubię też to że te obrazy nie są monumentalnych rozmiarów. Można naprawdę wyobrazić sobie że te płótna były zabierane w plener.

Kojarzysz taki wiersz Gerarda Manley Hopkinsa “No Worst, there is none”? Jest tam taka fraza

O the mind, mind has mountains; cliffs of fall
Frightful, sheer, no-man-fathomed. Hold them cheap
May who ne’er hung there. (…)

Ja też przestałam zajmować się performansem bo w pewnym momencie wypaliło mnie to emocjonalnie. To wszystko wygląda zupełnie inaczej teraz, no bo uczymy się z czasem jak gospodarować sobą, jak być dla siebie czułą osobą. Jednak wybierając się w nieznane można się zagubić, a też i jest spory wątek w świecie sztuki szczególnie w ostatnim wieku, propagujący zatracanie się bez pamięci. Myślę że wcale nie ma ku temu potrzeby. Sedno nie jest w przesadzie, w przesadzie natomiast może być adrenalina. A toooo…. tyle pułapek! Umysł ma góry!

Nooooo a śniące drzewa. Te o których Ty mówisz przywodzą mi na myśl japońskie malarstwo… „Sosna w gorącym źródle Yudanaka” Kasamatsu Shiro…

Monika: Wspaniała sosna! Naprawdę poruszające. W ogóle Japończycy coś wiedzą o drzewach. Nie wiem, czy znasz tę postać – chirurg drzew Chikara Horiguchi, obecnie 80-letni arborysta, troszczy się o drzewa, które przeżyły wybuch bomby atomowej w Hiroszimie. 159 drzew przeżyło ten atak, który zmiótł z ziemi wszelkie życie. Połamane i spalone jednak wypuściły pędy – to cud botaniczny, nazywany przez Japończyków „hibakujumoku”, czyli drzewami po bombardowaniu atomowym. To jedna z najpiękniejszych rzeczy, o jakich słyszałam. Starutkie drzewa rosną krzywo, ich korzenie czasami wystają ponad ziemię – w kierunku od miejsca detonacji. Ludzie kochają te drzewa, starają się usłyszeć ich przesłanie. Horiguchi martwi się o nie, wolałby żeby odwiedzający nie dotykali ich, ale rozumie, że wysłuchanie ich jest potrzebne, wręcz konieczne.

Mądrość drzew zawarta w ich żywotnej formie, przywoływanej przez filozofów i poetów. Gaston Bachelard przywołuje francuski wiersz Rilkego o orzechu włoskim:

Arbre, toujours au milieu
De tout ce qui l’entoure
Arbre qui savoure
La voûte entière des cieux

Filozof mówi, że dla malarza drzewo jest skomponowane w swej krągłości, żywej, myślącej i wyciągniętej ku Bogu. Drzewa Hiroszimy poduch śmierci odepchnął od tej formy, ale jednak odtwarzają ją, słowami Bachelarda “wyobrażają trwałość istnienia”. To stwierdzenie mnie fascynuje. Czy dla Ciebie świat zaokrągla się wokół kopuły drzewa, jak opisywał to Bachelard?

Dominika: Myślałam o tym na spacerze… pada śnieg, cały dzień i wszystko jest czarno-białe, ale szczególnie drzewa wyglądają niezwykle, dramatycznie albo delikatnie, koronkowo. Tworzą razem jakieś tajemnicze tunele i zadaszenia. Liściaste zimą wyglądają trochę jakby były do góry nogami i to przywodzi mi na myśl ich symetrię. To że łączą ziemię i niebo. I właśnie tak, to zaokrąglenie i otwarcie się na niebo zaczyna się od korzeni. Soki, sole, ziemia. Domyślam się że to dlatego te 159 drzew przetrwało w Hiroshimie. Starutkie drzewa, co powiedzą? ….„wyobrażają trwałość istnienia”. Kiedyś siedziałam pod drzewem w parku w King Eduard Memorial Park, nad Tamizą i słuchałam, oparta o jedno drzewo, drugie miałam przed sobą. Słuchałam ich dwugłosu. Ich rytm bardzo mnie uspokoił. Bardzo byłam wtedy zafascynowana pewną teorią czasu  causal set theory, o której usłyszałam w wywiadzie z fizyczką teoretyczną Fay Dawker. Jednym z aspektów tej teorii jest to, że czas płynie w specyficznym sensie inaczej dla różnych materii, czasoprzestrzeń jest dyskretna, atomowa, każde zdarzenie jest budowaniem, klocek po klocku, zmiana za zmianą. W tej medytacji wydało mi się że poczułam rytm życia tych drzew. Był on spokojny, wydłużony. To właśnie przyszło mi do głowy w związku z wyobrażaniem trwałości istnienia’. Spokój tego rytmu wydał mi się domem. Sposób w jaki drzewa rozlewają się w teraźniejszości jest otwartym ruchem i ma zrelaksowany rytm. Jeszcze raz: taki spokój jest domem. Można go posłuchać. Przypomniałaś mi o tym, dziękuję.

Nie znałam Horiguchi, ależ to piękna historia. Dotknąć drzewa, które pamięta, które było dotknięte tamtym i przetrwało. I co to znaczy że on rozumiał, że to ważne. Kilka słów, ale co się może kryć w tym małym akcie, dotknięcia drzewa, posłuchania drzewa.

Patrzę teraz na „Sosny” Hasegawa Tōhaku, ginące we mgle…

Monika: Tak, oby to było już tylko historia… Drzewa radzą, uczą żyć. Dobrze pokazuje to nasz punkt wyjścia, czyli malarze Barbizonu, a szczególnie Théodore’a Rousseau, który pod wpływem swojego wsłuchiwania się w to, co mówią drzewa, czy może w ich rytm życia tak jak Ty, w 1853 roku doprowadził do utworzenia „rezerwatu artystycznego”, który został potem  powiększony do ponad tysiąca hektarów na mocy dekretu cesarskiego z 13 sierpnia 1861 roku, czyniąc go pierwszym na świecie parkiem naturalnym  świata.

Ja też patrzę na sosnę, tę, o której mówiłaś wcześniej, namalowaną przez Kasamatsu Shiro i cieszę się, bo widzę, że ona pociesza i naucza przechodzącego pod nią wędrowca. Drzewa uczą żyć, a artyści pokazują, w jaki sposób życie jest naszym wspólnym domem.

Dominika Kieruzel, Siedziałam pod drzewem w niedzielę rano, 2017, akwarela, woda Tamizy, 19.5 x 14.5cm

Dominika Kieruzel, Siedziałam pod drzewem w niedzielę rano, 2017, akwarela, woda Tamizy, 19.5 x 14.5cm

Obrazy:

1) Théodore Rousseau, Skraj lasu w Monts-Girard, Fontainebleau, 1852–54, olej na desce, 80 x 121.9 cm

2)  Dominika Kieruzel, Siedziałam pod drzewem w niedzielę rano, 2017, akwarela, woda Tamizy, 19.5 x 14.5cm

Superrealistyczna robotka imieniem Ai-Da rysuje i maluje za pomocą kamer w oczach, algorytmów oraz bionicznej ręki. Miała wystawy w najbardziej prestiżowych galeriach, prezentowała swój punkt widzenia na posiedzeniach brytyjskiej Izbie Lordów. Prasa donosi, że „przedstawiła unikatową perspektywę na temat roli technologii w tworzeniu sztuki w przyszłości, tego, jak sztuka AI różni się od tego, co tworzą ludzcy artyści, oraz ograniczeń technologii w tworzeniu sztuki”. Wypowiada się o swoich obawach, przedstawia swój artystyczny gust i upodobania. Yuval Noah Harari twierdzi, że jest zwiastunką nadchodzących gigantycznych zmian.

Aplikacje do „artystycznego” przetwarzania obrazów, takie jak Lensa, wykorzystujące sztuczną inteligencję, według mediów przekraczają granice tego, co możliwe. Użytkownicy przesyłają zdjęcia do aplikacji i uzyskują przekonujące i oryginalne wersje artystyczne w wybranym stylu i gatunku. Przy użyciu oprogramowania Stable Diffusion można uzyskać efekt kojarzący się wielu osobom z „subtelną aurą dzieł Leonarda da Vinci”.

Autorzy tekstów medialnych częściowo świętują ten triumf posthumanizmu, a częściowo ubolewają nad losem tych, którzy utrzymują się z praw autorskich. „Sztuczna inteligencja jest już w stanie naśladować ludzką kreatywność. To, czy uczyni ona artystów przestarzałymi, będzie zależało od tego, jak ją wykorzystają” – pisze Naomi Rea w „Guardianie”.

Aplikacje takie jak DALL-E przekształcają wypowiedzi tekstowe w unikatowe obrazy. Są też aplikacje piszące inteligentne teksty. Sporo dyskusji wśród nauczycieli akademickich wywołał ostatnio chatbot ChatGPT (Generative Pre-trained Transformer), zdolny do udzielania sensownych odpowiedzi w postaci esejów, bardzo podobnych zarówno w formie i w treści do tych, które studenci piszą na zaliczenie.
Jeśli spojrzeć na te zjawiska z punktu widzenia podejścia systemowego, reakcja będzie mniej żywiołowa. Nie od dziś wiadomo, że znaczna część działalności artystycznej jest mniej lub bardziej programowalna, nawet gdy jest wykonywana przez człowieka. Istnieją bowiem dwa podejścia do tworzenia nowych idei i dzieł: generowanie i emergencja.

Generowanie to (re)produkcja, czyli tworzenie nowych wzorców zgodnie z istniejącym kodem. Kreatywność polega tu na umiejętności łączenia kodów w nowy, ciekawy sposób. Na to, jak postrzegamy świat, składają się z jednej strony bodźce, które otrzymujemy z otoczenia, a z drugiej – kulturowe formy symboli, czyli wzorce tworzone zgodnie z przyjętym przez nas kodem kulturowym. Bodźce wchodzą w relację z formami. Opisywali to m.in. autorzy zajmujący się psychologią Gestalt tacy jak Max Wertheimer, Wolfgang Kohler, Kurt Lewin.. Innymi słowy, to co widzimy nie jest nigdy „czystą percepcją” tylko tym, co przekażą i przetworzą nam nasze umysły w postaci, którą jesteśmy zdolni przyjąć. Forma (czyli Gestalt) umożliwia postrzeganie i rozumienie, ale jednocześnie ogranicza wizję, sprawia, że złożona rzeczywistość postrzegana jest na jeden lub kilka sposobów. Kody pomagają nam czytać i współtworzyć rzeczywistość, ale jednocześnie powstrzymują nas przed widzeniem i tworzeniem czegoś zupełnie nowego, czegoś, co byłoby z nimi niezgodne. Generowanie sztuki to eksperymentowanie z kodami – mniej lub bardziej twórcze i odważne, zabawa nimi, manipulowanie i kalejdoskopowe kreowanie nowych obrazów. Sednem jest tworzenie połączeń, podczas gdy relacja między znakiem/symbolem a znaczeniem jest ustalona przez konwencje i zasady, a więc równie dobrze – także algorytmy.

O ile generowanie może być domeną AI, o tyle istnieje drugi rodzaj twórczości, w którym AI nigdy nas nie zastąpi. Efekty generowania mogą być piękne, unikatowe i mieć subtelną aurę. Jednak nie są niczym naprawdę nowym. Tworzenie rzeczy zupełnie nowych w podejściu systemowym nazywa się emergencją, wyłanianiem się. To pojawienie się w systemie powiązań, które wcześniej nie istniały – a więc działanie bez przyjętego kodu. Tak rozumiana twórczość to zdolność do aktywnego współdziałania z elementami spoza istniejących form rozumienia. W tej sytuacji twórca nie wytwarza w sensie ścisłym. Tworzy jedynie możliwość powstania nowego połączenia, kiedy relacja między symbolem a jego znaczeniem nie jest jeszcze ustalona, gdy kształtuje się, podlega ciągłej renegocjacji . Innymi słowy, takie dzieło sztuki pojawia się, wyłania, a artysta jest jakby instrumentem, subtelnym narzędziem, przez które przepływa to, co się pojawia. Wyobrażam to sobie jako kości puste w środku, przez które przepływają ogromne energie. W takim rozumieniu to nie produktywność jest miarą wielkości, ale zdolność do utrzymywania pustki w kościach. Co to są za energie?

Pisze o nich pięknie francuski filozof Gaston Bachelard jako o wyobraźni. Daje ona energię do skupienia się na ważnych elementach czy symbolach w środowisku mniej rozpraszającym niż otaczająca nas codzienna rzeczywistość. W przypadku generowania (i na co dzień w naszym życiu) umysł filtruje i przyjmuje tylko to, co ma dlań sens (jest zgodne z Gestalt, podąża za przyjętymi kodami). Twórca zanurzony w energii wyobraźni może pozbyć się tego filtru, który jednocześnie – paradoksalnie – determinuje jego czy jej tożsamość, artystyczny gest, definiujący autorstwo, a zatem np. wartość rynkową. Energie wyobraźni nie przechodzą przez obwody wiedzy. Przechodzą przez całe ciało, które może nie być na to przygotowane, bo zarówno zabierają wielką ilość energii potrzebnej do codziennego życia, jak i dodają ogromne ilości energii, co może być szokiem czysto fizycznym, jak spotkanie z piorunem. Dlatego taki sposób tworzenia tradycyjnie zawsze wiązał się z cierpieniem, z udręką i ekstazą (parafrazując tytuł znanej powieści). Jest nam bardzo trudno te energie w sobie gościć, więc powołanie artysty zawsze było trudnym losem – wiązało się często z byciem odrzuconym, niedocenianym, niewidzianym. Wielcy twórcy tego rodzaju, od Courbeta, Baudelaire’a, Flauberta, poprzez Salon Odrzuconych (nomen omen) – tak, tak, kochani przez nas obecnie impresjoniści byli zdecydowanie odrzucani przez instytucje sztuki i przez publiczność swoich czasów – a skończywszy na Van Goghu, Rodinie, Picassie i tych współczesnych artystach, których większość współczesnej publiczności (a już na pewno większość tzw. „konsumentów sztuki”) pewnie nie rozpoznaje, a którzy są obecni dziś między nami. Reakcją na emergencję jest albo niedostrzeganie jej w ogóle albo odrzucenie – to naturalne, ponieważ odbywa się ona poza przyjętymi kodami, a więc albo „nie ma sensu” albo jest w ogóle niewidoczna.

Czy jesteśmy, jako ludzkość, nie post-, ale zwykła, krwawiąca, oddychająca, ucieleśniona ludzkość – gotowi przyznać, że w sztuce chodzi o proces, o cierpienie, o ciągłe uderzanie w ziemię, o ból, o porażki – a efekt, dzieło, jest co najwyżej skutkiem ubocznym? Czy jesteśmy gotowi zobaczyć piękno – to, co powstaje, emergencję w całej swojej grozie i cudowności? Wiem, czym jest piękno dla mnie: to moi studenci prezentujący swoje prace w terenie, ten moment świętej niedoskonałości, kiedy człowiek wypowiada słowo, które pochodzi znikąd, z jego czy jej spotkania z czymś ważnym i poruszającym. To, co pojawia się – bardzo, bardzo mało prawdopodobne.

A może wolimy mknąć dalej nieciekawą ścieżką rekonfigurowania, na której pokonać nas może narcyz, imitator, robot? Szczęśliwej entropii, droga ludzkości!

Żar i skry

Wygrać umie każdy
Każda kanalia,
każdy poczciwiec,
każdy Bogu ducha
każdy nosi
w plecaku ostrze Noblisty

Trudniej jest przegrać
Nie: wnieść apelację,
Nie: nosić Traumę,
Czysto Wziąć w garść
porażkę
jak ciału koszulę.

Jeszcze trudniej
walkowerem
nieść i żar, i skry,
i popiół.
(i pokój)

* Dziękuję Jaremie Piekutowskiemu za bardzo cenną pomoc, dzięki której ten tekst stał się bardziej zdatny do czytania.


 

Krzysztof Wodiczko jest jednym z najważniejszych współczesnych polskich artystów.

Najnowszy projekt pt. „Żywe obrazy” to niezwykła podróż, w którą zabiera nas artysta wraz z bohaterkami i bohaterami swojego najnowszego dzieła. Jest to podróż bardzo bolesna. Mimo to warto w nią wyruszyć, gdyż będzie ona dla nas ważną lekcją o niedostatkach naszej demokracji. (więcej…)

ART BRUT to sztuka szczera aż do brutalności, a zarazem nieskończenie delikatna w swym całkowitym obnażeniu. Jest tworzona w miejscach odosobnienia przez ludzi nieznanych środowiskom artystycznym. Ta sztuka nie zawdzięcza niczego żadnym szablonom artystycznym i kulturalnym, żadnej edukacji „wpajającej wzorce” i „kształtującej kompetencję kulturalną”. To sztuka wyszarpnięta z trzewi, zaczerpnięta z głębi człowieczeństwa. (więcej…)

Sztuka publiczna należy do najważniejszych trendów współczesnej kultury. Czy projekty artystycznych w otwartej przestrzeni miasta, czyli w warunkach na pozór zaprzeczających wszelkiej prywatności, mogą mieć intymny charakter? Udany przykład takiej intymnej sztuki publicznej pochodzi właśnie z Polski. To projekcja artysty o międzynarodowej renomie Krzysztofa Wodiczki „Słowa i gesty wieży ratuszowej” na Rynku Starego Miasta w Krakowie.

Wodiczko stosuje technikę projekcji publicznych: na ściany budynków związanych z władzą rzutuje obrazy wykluczenia, niesprawiedliwości lub przemocy, prowadzi również poprzez swą sztukę studia nad innością i wyobcowaniem. Artysta projektował na wieżę Ratusza wideo gestykulujących dłoni, trzymających różne symboliczne przedmioty – atrybuty ludzkiego losu. Rozbrzmiewały głosy kobiety-ofiary przemocy domowej, samotnego starszego niewidomego oraz geja, który opowiadał o odrzuceniu przez bliskich.

Krzysztof Wodiczko jest także autorem projektów dla bezdomnych. Proponowany przez niego rodzaj leczącej, humanistycznej sztuki szybko się rozpowszechnił. Takie myślenie o sztuce bliskiej ludzkim sprawom i problemom to alternatywa wobec stawiania w przestrzeni miasta kolejnych pomników.

Akcentowanie praw człowieka pozwala znaleźć połączenie między publiczną sztuką a życiem prywatnym. W ten sposób sztuka wprowadza do przestrzeni publicznej intymność, co jest jednym ze sposobów jej demokratyzacji. Intymność przeciwstawia się komercyjnej prywatyzacji i podziałom. Wydobywając na pierwszy plan jednostkę i jej pluralistyczne życie wewnętrzne, taka sztuka buduje również otwarte na inność społeczeństwo. Sztuka intymnej demokracji próbuje budować przestrzeń porozumienia. Spotykają się tu estetyka, erotyka i etyka. Celem jest samo-rządność, w której aktualna okazuje się idea feminizmu: „to, co prywatne jest polityczne!”.

Do projektów, które mają w sobie emocjonalną odmienność, inną drogę życia należy również akcja „Niech nas zobaczą”. Karolina Breguła z Kampanią Przeciw Homofobii przygotowała artystyczną akcję społeczną na rzecz praw mniejszości seksualnych/uczuciowych. Trzydzieści prawdziwych par tej samej płci, kobiet i mężczyzn, pozowało jej do fotografii.

Niech nas zobacząUśmiechnięte, trzymające się za ręce pary pojawiły się w ten sposób na polskich ulicach, zostały umieszczone na billboardach w dużych miastach. Wisiały przez miesiąc, zanim zostały zniszczone. Sztuka przekroczyła zastaną rzeczywistość, ukazując wizję alternatywnego życia prywatnego, gdzie upominamy się o równe traktowanie. Polscy Zieloni stworzyli plakaty „Miłość to miłość”, a Kampania Przeciw Homofobii prezentuje obecnie projekt sztuki publicznej o prawach lesbijek i gejów „Równi w Europie”. Dzieła Wodiczki, projekty mniejszości, czy inne przykłady sztuki intymnej sztuki publicznej, takie jak Dotleniacz Joanny Rajkowskiej czy działania Pawła Althamera z mieszkańcami Bródna, to bezpośredni udział w naszej demokracji miejskiej.

Źle się dzieje w miastach polskich: dyskryminacja, podziały społeczne, bezdomność. Potrzebujemy sprawiedliwości społecznej. Równości i różnorodności. Zmieńmy miasto w przestrzeń otwartą, zazielenioną, zdrową. Popierajmy oddolne inicjatywy zachowania i pielęgnacji zieleni w mieście oraz tworzenia przyjaznej człowiekowi i przyrodzie sztuki publicznej. Ma ona do odegrania dla społeczności miejskiej wielką rolę.

Ars Homo Erotica, czyli erotyka i estetyka jako polityka emancypacji w Muzeum Narodowym
Wystawa w Muzeum Narodowym, którą można oglądać do 5 września 2010 roku, jest znakiem kulturowej i obyczajowej „transformacji”. Dzięki sztuce demokratyczna debata o prawach osób LGBTQ zostaje przeniesiona na wyższy poziom.

Problematyka praw społeczności LGBTQ jest tematem nierozwiązanych społecznych konfliktów w Polsce i wielu krajach Europy Środkowo-Wschodniej, gdzie ruch emancypacyjny wciąż się rozwija i napotyka na polityczny i populistyczny opór. Ponadto kwestia homoseksualności jest nie tylko współczesną kategorią w odniesieniu do praw człowieka i mniejszości, ale i wielkim acz represjonowanym tematem w historii kultury. Dlatego Muzeum Narodowe ze swoją kolekcją dzieł z całej historii sztuki może aktywnie uczestniczyć w polityce przedstawiania tej innej kulturowej tradycji, celowo zapominanej i usuwanej. Ars Homo Erotica jest propozycją homoerotycznego spojrzenia na historię kultury, kolekcję muzeum i sztukę Europy Środkowo-Wschodniej. Dzieła wybrane ze zbiorów Muzeum Narodowego w Warszawie są zestawione ze sztuką współczesną. Kryterium selekcji nie jest tożsamość artysty lub artystki, ale temat dzieła. Aby uporządkować wielość przedstawień i metafor, ekspozycja została podzielona na dziewięć sekcji.

Ekspozycję rozpoczyna w holu głównym Czas walki poświęcony sztuce współczesnej wobec polityki seksualności i praw człowieka. W ten sposób wkraczamy w historię kultury, pokazując aktualną sytuację polityczną w Europie Środkowo-Wschodniej. Homoerotyczny klasycyzm poprzez rzeźby, kopie i cytaty antyczne prowadzi do greckich źródeł zachodniej cywilizacji, sztuki, erotyki i demokracji. Daje to wystawie historyczny i artystyczny kontekst. Akt męski przedstawia różne formuły zmysłowego aktu męskiego. Pary męskie i Ganimedes akcentują romantyczną i erotyczną ikonografię par męskich w pracach współczesnych oraz w dawnej metaforycznej sztuce mitologicznej i religijnej. Święty Sebastian to sekcja poświęcona największej homoerotycznej ikonie chrześcijaństwa i jej wcieleniom, od renesansowego malarstwa po sztukę wideo. Imaginarium lesbijskie jest kolekcją obrazów innej kobiecości w całej historii sztuki. Prezentujemy continuum kobiecego homoerotyzmu, które istnieje w kulturze wizualnej od Safony na antycznych wazach po współczesne portrety par lesbijskich. Transgender to sekcja wystawy i pojęcie dotyczące wyobrażeń tożsamości, które są pomiędzy płciami, przekraczających normatywny binarny system płciowy. Sztuka prowadzi od mitycznej androgynii do nowoczesnych maskarad i polityki podważania płci. Archiwum prezentuje polskie plakaty reklamujące słynne dzieła znanych homoseksualnych reżyserów, dramaturgów i artystów.

Zgodnie z tytułem jednej z sekcji – Transgender cała ekspozycja jest znakiem kulturowej i obyczajowej „trans-formacji”. Poprzez sztukę przenosi demokratyczną debatę o prawach LGBTQ na wyższy poziom – jest próbą zamknięcia okresu, gdy otwarta homofobia była językiem medialnych i politycznych dyskusji na ten temat. Znamienna dla odbioru wystawy może być wypowiedź jednej z artystek, młodej ukraińskiej fotografki Anastasi Mikhno. Wykonała ona niezwykle uwodzące portrety androgynicznego, młodego mężczyzny po to, aby przeciwstawić się powszechnej na Ukrainie opinii, iż osoby transgenderowe są odpychające. Ona pokazała czyste piękno. Podobnie w Polsce często słychać głosy, iż homoseksualizm jest „nieestetyczny”. Queerowe tożsamości i erotyzm łączone są ze wstrętem. W ten sposób estetykę wykorzystuje się jako politykę społeczną w celach dyskryminacji ludzi. Dlatego jako kurator wystawy, właśnie dzięki estetyce homoerotycznej sztuki, przeprowadzam proces społecznej przemiany, która otwiera na odmienność. Przeciwstawiam się też takim przekonaniom, iż ciało męskie jest nieatrakcyjne, lesbijskie wyobrażenia niewidzialne, a tematyka homoseksualna jest kulturowym marginesem. Są to wszystko opinie wynikające z heteronormatywnego systemu ideologicznego, który Ars Homo Erotica transformuje. Zapraszam do przyłączenia się do tej transformacji. Wystawę można oglądać do 5 września 2010 roku. Ale Ars Homo Erotica to dopiero początek.