Kwarantanna nie jest częstym zjawiskiem. Na przedmieściach, w domu z ogrodem, może nawet być czymś przyjemnym. Dla osób mieszkających w mieście dostęp do odpowiednio dużej przestrzeni może być wyzwaniem – zarówno wewnątrz, jak i na zewnątrz mieszkania. Pandemia zmieniła sposób, w jaki używamy przestrzeń miejską i o niej myślimy. Czy będzie to wystarczająca zmiana do tego, by stworzyć bardziej sprawiedliwe, zdrowsze miasta? Paola Hernández rozmawia z urbanistką Helen Cole o nierównościach w mieście w czasach COVID-19, a także potencjale związanych z nim zmian.

Paola Hernández: W jaki sposób pandemia wpływa na jakość życia w miastach?

Helen Cole: Pandemia zmieniła sposób, w jaki o nich myślimy – w tym o wadach i zaletach mieszkania na ich obszarze. Na początku kryzysu zdawały się one kiepskimi przestrzeniami do życia, bo kojarzyły się nam z wyższym ryzykiem zachorowań związanym z wysoką gęstością zaludnienia. Z upływem czasu okazało się jednak, że prawdziwym problemem są przeludnione mieszkania, w którym ludzie zmuszeni są do życia. Ryzyka te nie są w mieście rozdzielone po równo – ryzyko zakażenia zależy od zróżnicowanych, wzajemnie ze sobą powiązanych wymiarów życia społecznego, takimi jak rasizm, seksizm czy nierówności ekonomiczne.

W moim rodzinnym mieście – Barcelonie – żyją społeczności osób, przybywających z północy Afryki, Pakistanu, Maroka czy zachodu Afryki, które z powodu strukturalnego rasizmu i przeszkód biurokratycznych znajdują zatrudnienie w nisko płatnych zawodach i często żyją w dzielnicach miast z gorszymi warunkami mieszkaniowymi. Wszystkie te kwestie łączą się ze sobą, zwiększając poziomy ryzyka dla konkretnych grup ludności. Nie rozmawiamy w Europie zbyt wiele na temat kwestii rasowych, tymczasem systematyczny, międzyludzki rasizm pozostaje tu obecny, wpływając na jakość życia poszczególnych grup i całego społeczeństwa. Jeśli chodzi o kwestie genderowe, to choć nie dysponujemy dziś badaniami, dotyczącymi poziomów przemocy domowej w trakcie koronawirusowej kwarantanny to historyczne trendy wskazują, że w trakcie recesji dochodzi do wzrostu przypadków przemocy domowej. W wypadku żyjących w izolacji rodzin tego typu ryzyko staje się jeszcze wyższe – szczególnie dla kobiet, które znacznie częściej niż mężczyźni padają ofiarami przemocy domowej.

Wiele miast zmaga się ze znaczącymi deficytami mieszkaniowymi. Co kryzys, związany z rozprzestrzenieniem się koronawirusa, pokazał w kwestach dostępu do bezpiecznych i przystępnych cenowo mieszkań w Europie?

Tak jak w wypadku wielu innych kwestii pandemia wpłynęła na to, że problem ten stał się zarazem bardziej dotkliwy, jak i bardziej widoczny. Jego dotkliwy charakter pogłębia fakt, iż ci sami ludzie, których i tak nie było do tej pory stać na odpowiedniej jakości, bezpieczne i dostępne mieszkanie szczególnie dotkliwie odczuli pandemię i lockdown. Widoczność tej kwestii zwiększa z kolei to, że obecny kryzys zachęcił nas do zmiany myślenia o naszych domach i ich prawdziwej wartości. Stało się jasne, że dom, który jest bezpieczny, wygodny i gwarantuje przestrzeń dla prywatności jest najlepszą ochroną przed pandemiami oraz pogłębianiem się nierówności zdrowotnych i ekonomicznych. Przeprowadzone już wcześniej badania pokazały powiązanie między nieodpowiednimi warunkami mieszkaniowymi a gorszym stanem zdrowia, gdy nie chronią one osób w nich mieszkających przed mrozem czy upałami lub gdy narażają na kontakt z pleśnią czy zawartym w farbie ołowiem.

Dom nie zawsze jest najbardziej zdrową przestrzenią, w którą możemy przebywać.

Biorąc pod uwagę długość i dotkliwość obecnego kryzysu zdrowotnego i ekonomicznego powinno dojść do odtowarowienia mieszkalnictwa. Niektóre miasta czy państwa próbowały już to zresztą zrobić. W Wiedniu mieszkanie uważa się za podstawowe prawo człowieka. Tu w Barcelonie nowe prawo, dotyczące regulacji czynszów weszło w życie we wrześniu roku 2020. Ustanawia ona maksymalną wysokość czynszów, możliwych dla domów i mieszkań. Na szczeblu krajowym możliwe jest odwrócenie przez rządy trwających długimi latami cięć w finansowaniu infrastruktury mieszkaniowej – w szczególności budownictwa publicznego – charakteryzujących np. politykę Wielkiej Brytanii.

Innym sektorem, na który pandemia miała przemożny wpływ, jest dziś transport publiczny. Jakie są główne kwestie, z którymi musi się on mierzyć?

Utrzymywanie transportu publicznego w czystym i bezpiecznym stanie staje się prawdziwym wyzwaniem. To kluczowe, by utrzymywać kluczowe usługi – szczególnie skierowane do osób bez własnych, zmotoryzowanych środków transportu oraz osób o niskich zarobkach, które dojeżdżają do pracy za pośrednictwem transportu zbiorowego. Niepokoje, związane z lękiem przed zakażeniem koronawirusem w środkach komunikacji dodatkowo podgrzały atmosferę debaty o prawie do przestrzeni publicznej w miastach. Musimy pomyśleć o nich w kategoriach politycznej okazji do zainwestowania w transport zbiorowy, podtrzymania jego jakości oraz tworzenia bezpieczniejszych systemów transportowych. Już dziś spora ich część cierpi z powodu polegania na starzejącej się infrastrukturze.

Choć długofalowo zwrot ten może przyczynić się do większej równości społecznej, to zauważalny dziś z powodu pandemii spadek użytkowania transportu publicznego generuje większe napięcia polityczne i ograniczenia finansowe. Miejscy planiści i eksperci od zdrowia publicznego analizują obecnie, w jaki sposób zwiększyć udział aktywnych środków komunikacji – poruszania się pieszo bądź rowerem – poprzez zmniejszenie przestrzeni, udostępnianej pojazdom zmotoryzowanym. Pojawia się tu jednak kolejne, kluczowe pytanie o równość: kto będzie w stanie poruszać się pieszo bądź rowerem na krótkich dystansach? Aktywnie podróżują osoby, które mieszkają blisko swoich miejsc pracy, a więc takie, które dysponują środkami finansowymi, umożliwiającymi im życie w mieście i tym samym cieszenie się dostępem do nowych tras rowerowych, budowanych w centrach miast takich jak Barcelona czy Mediolan. Osoby żyjące na ich obrzeżach (lub jeszcze dalej) nie mają luksusu poruszania się na nogach czy na rowerze. Aktywne formy komunikacji nie zaspokoją ich potrzeb transportowych, potrzebować zatem będą innych form transportu – opłacalnych i o niskim ryzyku zakażenia. 

Zajmujesz się obecnie badaniem znaczenia dostępu do przestrzeni zielonych. Jaka jest ich wartość dla miast – szczególnie w czasach Covid-19? 

Tereny zielone w miastach odgrywają istotną rolę dla zdrowia publicznego. W trakcie pandemii ludzie na serio zaczęli dostrzegać nierówności w dostępie do zieleni – szczególnie w miastach w Hiszpanii, gdzie lockdown miał bardzo surowy charakter. Przeprowadziliśmy jako Barcelońskie Laboratorium Miejskiej Sprawiedliwości Środowiskowej oraz Zrównoważonego Rozwoju badanie, zrealizowane we współpracy z badaczami z Portugalii. Wykazało ono, że w trakcie zamknięcia w Portugalii, kiedy to dopuszczano krótkie przechadzki do miejskich terenów zielonych, podtrzymanie czy zwiększenie częstotliwości przebywania w och obrębie, a nawet obserwowanie przyrody z domu wiązało się z niższym poziomem stresu. W Hiszpanii, gdzie tego typu przechadzki nie były dozwolone, mniejszy stres odnotowano wśród ludzi, którzy wchodzili w różnego rodzaju interakcje z zielenią na terenach prywatnych, np. ogrodową.

Badania te potwierdzają tezę, że nierówny dostęp do zielonych przestrzeni w bezpośredni sposób wiąże się z nierównościami zdrowotnymi w obrębie miast – szczególnie zaś ze stanem zdrowia psychicznego.

Osoby mieszkające w miastach w Hiszpanii, mające dostęp do prywatnych terenów zielonych (najczęściej te z zamożniejszych ich dzielnic) zapewne mogły sobie radzić lepiej z lockdownem. Podobne obserwacje z miast w Niemczech – Berlina, Lipska czy Halle – ale też Oslo i Sztokholmu pokazują, że ta społeczno-przestrzenna nierówność w dostępie do zieleni (wyrażająca się w różnicach w jakości, ilości i wielkości terenów zielonych) powiązana jest również z innymi nierównościami, istniejącymi na poziomie transportu i mieszkalnictwa. Mam nadzieję, że ochrona i odbudowa terenów zielonych, połączona ze zrozumieniem jej znaczenia dla odporności miast na stojące przed nimi przyszłe wyzwania, stanie się rosnącym na znaczeniu trendem.

Czy koronawirus przyspieszy działania na rzecz walki z kryzysem klimatycznym i utratą bioróżnorodności w miastach?

Jedną rzeczą, o której nie wspomniałam, jest związek między zanieczyszczeniem powietrza a ryzykiem, związanym z koronawirusem. W trakcie kwarantanny obserwowaliśmy spadek poziomów zanieczyszczeń w wielu miastach, w tym w Barcelonie i Madrycie. W listopadzie 2018 roku ruszyła inicjatywa, skupiająca się na poprawie jakości powietrza w centrum stolicy Hiszpanii poprzez ograniczenie poziomów ruchu ulicznego i zakazie wjazdu do środka miasta najbardziej trującym pojazdom. Na początku pochwalić się ona mogła niemałymi sukcesami. W trakcie pandemii podobne inicjatywy wcielone zostały w życie na całym świecie. Odbudowie po kryzysie towarzyszy niemało nadziei i ciekawości co do tego, co stanie się dalej.

Przed decydentami i politykami stoi tak wiele priorytetowych kwestii, związanych ze zdrowiem publicznym, że działanie w ostrożny i powolny sposób staje się coraz bardziej skomplikowane. Ludzie są coraz bardziej zdesperowani – chcą bowiem na nowo uruchamiać gospodarkę i wracać do „normalności” tak szybko, jak to tylko możliwe. Naprawdę warto jednak przystanąć i zastanowić się nad fantastycznymi możliwościami, które przed nami stoją, takimi jak inwestycje w lokalne, naturalne rozwiązania. Przemyślenie roli dachów i stworzenie z nich przestrzeni publicznych (na potrzeby miejskiego ogrodnictwa bądź rekreacji) czy tworzenie „parków kieszonkowych” to dwie możliwości obejścia wyzwań przestrzennych, zwiększających dostęp do przestrzeni publicznych w gęsto zabudowanych miastach.

Dostęp do takich przestrzeni musi być otwarty dla nas wszystkich. Wiele miast zmaga się z trendem prywatyzowania niewielkich terenów zielonych, za zagospodarowanie których płacą deweloperzy. W niektórych wypadkach oznacza to wykluczenie z dostępu do nich osób, które nie żyją na danym, prywatnym osiedlu. Powstaje przy tym iluzja równego dostępu do terenów zielonych, która nie zawsze ma wiele wspólnego z rzeczywistością. Mamy obecnie dobry czas na to, by móc przemyśleć tę kwestię.

Przez całe dekady znaczne części miast zostały przeznaczone na potrzeby handlu oraz przestrzeń biurową. Czy większa rola pracy zdalnej i zakupy internetowe, zauważalne w trakcie pandemii, dają nam szansę na odmianę przestrzeni publicznej?

To dobre pytanie, na które przez jakiś czas nie będziemy jeszcze znać odpowiedzi. Choć byłoby miło uznać, że sposób użytkowania przestrzeni miejskich można łatwo zmienić w zależności od okoliczności, to już w praktyce nie zawsze jest to takie proste. Z jednej strony wraz z rekultywacją terenów poprzemysłowych mogliśmy się cieszyć odzyskaniem nieużywanej przestrzeni na użytek publiczny.

W tym samym czasie proces decyzyjny, tyczący się przestrzeni miejskiej, wciąż zależy od ekonomii i władzy – sił, które pozostają w sporej i rosnącej nierównowadze. Wzorzec ten raczej nie zmieni się z powodu nowych trendów w pracy zdalnej czy zakupach internetowych.

Mogę w tym momencie wskazać na dwa czynniki, pokazujące trudności w zmianie charakteru przestrzeni miejskiej. Pierwszym jest luksusowe budownictwo mieszkaniowe, którego rozkwit możemy obserwować w ostatnich latach – niekiedy wręcz pod płaszczykiem zaspokajania niezbędnych potrzeb mieszkaniowych. Spora część tych mieszkań, pomimo pogarszającego się kryzysu, pozostaje pusta. Pokazuje to, że decyzje nie zostały oparte na potrzebach społecznych i nie uznają za priorytet potrzeb osób mniej uprzywilejowanych. Kolejną ważną kwestią jest fakt, iż opisane wcześniej trendy, takie jak gentryfikacja, są w dużym stopniu zależne od nierównomiernego rozwoju przestrzeni miejskich. Obserwowane w trakcie pandemii zjawisko, w którym bogatsi mieszkańcy – ci, którzy mają większe szanse skorzystać z możliwości pracy i zakupów z domu – zainteresowani są wyprowadzką z centrów miast ma istotny wpływ na finanse samorządu, w dużej mierze zależne od dochodów z podatków. Nawet jeśli dostępna jest zatem nowa przestrzeń nie możemy automatycznie zakładać, że miasta będą w stanie z łatwością dostosować się do zachodzących zmian.

Co sądzisz o pomyśle 15-minutowego miasta, spopularyzowanym przez burmistrzynię Paryża, Anne Hidalgo – pomyśle na to, by w obrębie kwadransa drogi od naszego miejsca zamieszkania mieć pod ręką dostęp do terenów zielonych, placówek zdrowotnych i kulturalnych, miejsc pracy czy innych, niezbędnych elementów życia miejskiego?

Brzmi on dobrze w teorii, ale praktyka przyniesie mu szereg wyzwań. Jeśli budowalibyśmy nasze miasta od nowa, przy użyciu klocków Lego, to pomysł ten byłby całkiem łatwy do wdrożenia w praktyce. W rzeczywistości jednak istniejące obszary miejskie mierzą się z podwójnym wyzwaniem dużego zagęszczenia (z czym wiąże się brak dostępnych gruntów dla nowych zasobów miejskich) i nierówności. Przychodzi mi do głowy szereg przykładów na to, jak w praktyce wygląda tu konkurencja o przestrzeń i zasoby.

Pierwszym z nich jest Atlanta w USA, tworząca „zieloną autostradę” BeltLine dzięki wykorzystaniu nieużywanych torów kolejowych, przecinających centrum miasta. Projekt ten powinien teoretycznie służyć mieszkańcom różnych dzielnic, których ma dotyczyć. Jeszcze zanim jednak w ogóle rozpoczęły się nad nim prace ceny gruntów położonych na jego trasie gwałtownie wzrosły, co oznaczało, że miasto nie było już stać na ich wykup i ukończenie projektu. Efekt inwestycji i spekulacji okazał się zbyt silny. BeltLine mierzy się również z faktem, iż nie był w stanie uwzględnić zróżnicowanych potrzeb społeczności, na które ma wpływ. Choć stało za nim założenie, że byłby on cennym zasobem dla wszystkich okolicznych dzielnic wiele zamieszkujących je osób miało co do niego zastrzeżenia czy wręcz nie miało poczucia, że w jakikolwiek sposób odpowiadał na ich potrzeby.

Drugim przykład pochodzi z barcelońskiej dzielnicy Raval – jednej z najgęściej zaludnionych w Europie. Jej potrzeby zdrowotne zaspokaja tylko jeden, przepełniony ośrodek zdrowia. Całymi latami pracujące w nim osoby walczyły o drugą klinikę w okolicy, ale znalezienie wolnej przestrzeni pozostaje bardzo trudne. Pracownicy wskazali na należący do samorządu budynek, który mógłby zostać przeprojektowany na potrzeby zdrowotne, ale miasto zdążyło już go wynająć muzeum sztuki, planującemu swoją ekspansję. Zamiast tego jako alternatywę zaproponowało okoliczny plac – tyle że zgoda na to rozwiązanie oznaczałaby utratę cennej, otwartej przestrzeni, nawet jeśli na cele zdrowotne. Efekt jest taki, że ostatecznie udało się otrzymać dostęp do budynku miejskiego. Los placu pozostaje niepewny.

Rzeczywistość, w której potrzeby różnych grup – tak jak w Atlancie – pozostają odmienne, może być wyzwaniem dla koncepcji miasta 15-minutowego.

Wraz ze zmianami, dziejącymi się na poziomie miejskim i dzielnicowym, zmieniają się również pragnienia zamieszkujących je osób. Prowadzone przeze mnie badania wskazują na to, że gentryfikacja wiąże się ze zwiększoną presją na placówki zdrowotne – wraz z nasilaniem się tego procesu poddane mu obszary stają się coraz bardziej złożone społecznie, a to z kolei przekłada się na czynniki, determinujące stan zdrowia. Wypychanie z dotychczasowych miejsc zamieszkania ich dotychczasowych mieszkańców oznacza dla nich ryzyko zerwania ciągłości opieki medycznej. Przypuszczam, że zwolennicy koncepcji 15-minutowego miasta stwierdzą, że można zapobiec gentryfikacji poprzez równomierny podział miejskich zasobów, ale dotychczasowe wysiłki pokazują, że zapobieganie temu procesowi jest trudne – próby tworzenia społeczności, zamieszkiwanych przez osoby o różnych dochodach, napotykają na szereg wyzwań. Miasta to koniec końców dynamiczne twory. Nie wiem, na ile model miasta 15-minutowego bierze to pod uwagę.

Jak wyobrażasz sobie miasta, które będą w przyszłości lepiej przygotowane do mierzenia się z wyzwaniami, związanymi z kwestiami zdrowotnymi i klimatycznymi?

Dla pracujących nad poprawą życia w miastach niezwykle ważne jest spójne myślenie o związanych z klimatem interwencjach, takich jak tworzenie przestrzeni zielonych, jak również innych istotnych elementów zdrowych miast – transportu, mieszkań czy przestrzeni publicznych – i poszukiwanie rozwiązań systemowych w miejsce silosowych. Oznacza to konieczność zrozumienia, iż zmiany w fizycznej przestrzeni miast wpływać będą na ich kontekst społeczny – i vice versa. Patrząc się z perspektywy historycznej możemy stwierdzić, że zaniedbane, niedoinwestowane przestrzenie publiczne, często oddzielone fizycznie i społecznie od dostępu do ważnych surowców i zmagające się z gorszym stanem środowiska, mają zarazem mniej przestrzeni zielonych i innych ważnych udogodnień. Nierówności te muszą zostać naprawione. Musimy myśleć o społecznym i politycznym wpływie nowych inwestycji – jak również o tym jakie narzędzia planistyczne mogą zostać użyte do tego, by zapobiec takim negatywnym zjawiskom, jak zielona gentryfikacja, rosnące koszty życia czy wymuszone sytuacją przeprowadzki.

Patrząc się w przyszłość mam nadzieję, że miasta i ich decydenci będą w przemyślany sposób zabierać się za odbudowę po pandemii i wymyślenie się na nowo, decydując się na podjęcie kroków chroniących do tej pory zmarginalizowane społeczności miejskie. W kwestii fizycznego kształtu przestrzeni miejskich chciałabym utrzymania przynajmniej części z tych tymczasowo stworzonych na potrzeby pieszych, a także podtrzymania działań na rzecz ograniczenia zanieczyszczeń wody i powietrza. Dodatkowo liczę na skupienie się na kwestiach społecznych, które do tej pory traktowane były po macoszemu, takich jak bezdomność, ubóstwo energetyczne, kryzys mieszkaniowy czy nierówny dostęp do ochrony zdrowia i edukacji. Zwrot ten jest nam dziś bardzo potrzebny. Wszystko to staje się jednak niemałym wyzwaniem w kontekście wciąż nieznanych, długofalowych skutków pandemii dla miejskich finansów i zasobów własnych.

W jaki sposób możemy uczynić z kwestii mieszkaniowej temat sprawiedliwości społecznej i powstrzymać trend, w którym miasta stają się przestrzeniami konkurencji i wykluczenia?

To pytanie krąży w środowiskach aktywistycznych w wielu miastach, już dziś działających na rzecz skutecznej odpowiedzi na nierówności na rynku mieszkaniowym i negatywne skutki gentryfikacji. Raz za razem, wraz z przedstawicielami samorządów, podkreślają fakt, że rozwiązania polityczne często wdrażane są zbyt późno. W miastach, takich jak Seattle w USA, nowe rozwiązania próbują łączyć zasady równości i włączania wszystkich w procesy decyzyjne, ale mimo tych szlachetnych intencji ceny mieszkań już doprowadziły do wyprowadzki sporej części najbardziej zmarginalizowanych osób, które do tej pory tam mieszkały. W miastach najróżniejszej wielkości ceny mieszkań wzrosły znacznie bardziej niż płace – szczególnie w związku z tym, że rosną nierówności w zakresie wynagrodzenia. Zmagają się one z koniecznością równoważenia pragnienia promowania innowacji i modernizacji z potrzebą włączania społecznego, przystępnych kosztów życia czy dostępu do najważniejszych usług. Nie ma tu prostych odpowiedzi. Możemy jednak, jako pierwszy krok, brać pod uwagę przy podejmowaniu każdej decyzji osoby najmniej uprzywilejowane oraz krótko-, średnio- i długookresowe skutki potencjalnych posunięć politycznych dla różnych grup społecznych. Miasta nieustannie się zmieniają, o czym często zdarza się nam zapominać przy kształtowaniu polityki.

Dziękujemy za wsparcie Francesc Baró oraz Galii Shokry z ICTA – Instytutu Nauki o Środowisku i Technologii Uniwersytetu Autonomicznego w Barcelonie oraz członków Barcelońskiego Laboratorium Miejskiej Sprawiedliwości Środowiskowej oraz Zrównoważonego Rozwoju.

Artykuł „Liveable Spaces for All: Covid-19 in the City” ukazał się na łamach Zielonego Magazynu Europejskiego. Tłumaczenie: Bartłomiej Kozek

Zdj. Gabe Pierce / Unsplash

Tego lata szaleją pożary i huragany, a mój syn pyta: „dlaczego wszystko idzie w złym kierunku?”

W dzisiejszych czasach wiadomości na temat środowiska naturalnego dotyczą głównie wody – i nic dziwnego. Słyszymy o rekordowych ilościach wody, którą huragan Harvey zalał Houston i inne miejscowości w Zatoce Meksykańskiej, przy czym woda wymieszała się z substancjami ropopochodnymi, co spowodowało skażenia w skali niewyobrażalnej.. Słyszymy też (choć za rzadko) o ogromnych powodziach, które zmuszają setki tysięcy ludzi do migracji z Bangladeszu do Nigerii. Wreszcie po raz kolejny jesteśmy świadkami przerażającej siły żywiołów wody i powietrza – huragan Irma, jeden z najsilniejszych kiedykolwiek odnotowanych na świecie, sieje spustoszenie na Karaibach i zmierza w stronę Florydy.

Jednak na sporych połaciach Ameryki Północnej, Europy oraz Afryki tegoroczne lato nie przyniosło nadmiaru wody. Wręcz przeciwnie, problemem był jej niedobór; ziemia była tak wysuszona, a upały tak niemiłosierne, że porośnięte lasem góry płonęły i dymiły jak wulkany. Pożary były tak gwałtowne, że potrafiły przeskoczyć z jednego brzegu rzeki Kolumbia na drugi, tak szybkie, że w mig pochłaniały przedmieścia Los Angeles niczym inwazja obcej armii, tak wszechogarniające, że zagrażały takim bogactwom natury, jak najwyższe i najstarsze sekwoje czy Park Narodowy Glacier.

Dla milionów ludzi, od Kalifornii po Grenlandię, od Oregonu po Portugalię, od Kolumbii Brytyjskiej po Montanę, od Syberii po Afrykę Południową, lato 2017 roku było latem ognia. A przede wszystkim – latem wszechobecnego dymu, przed którym nie było ucieczki.

Naukowcy zajmujący się klimatem od lat ostrzegali nas, że ocieplający się świat to świat zjawisk ekstremalnych, w którym ludzkość zderzy się zarówno z brutalnym nadmiarem, jak i z dławiącym niedoborem podstawowych elementów, których równowaga przez wieki chroniła jej kruche trwanie. Pod koniec lata 2017 roku, kiedy spore miasta toną pod wodą, inne zaś stoją w płomieniach, przyszło nam na własnej skórze doświadczyć, jak to jest żyć w świecie ekstremów – świecie, gdzie kumulacji ekstremalnych zjawisk naturalnych, towarzyszą równie gwałtowne konflikty rasowe, społeczne i ekonomiczne.

#Fakeweather, czyli pogoda alternatywna

Zanim odwiedziłam dystrykt SunshineCoast w Kolumbii Brytyjskiej, sprawdziłam prognozę pogody. Kolumbia Brytyjska to poszarpany kawałek wybrzeża, pokryty ciemnymi, wiecznie zielonymi lasami, sięgającymi skalistych urwisk i plaż zasypanych kawałkami drewna wyrzuconymi przez fale – malowniczymi szczątkami grabieżczych wycinek, które trwają tu od lat. Dotrzeć tu można tylko promem albo hydroplanem. Tu żyją moi rodzice, tu urodził się mój syn, tu zmarli moi dziadkowie.. Choć to ciągle mój rodzinny dom, bywamy tu nie dłużej niż kilka tygodni w roku.

Strona internetowa kanadyjskiego rządu z prognozą pogody przewidywała, że najbliższy tydzień będzie przepiękny: nieprzerwane słońce, bezchmurne niebo, a temperatury wyższe niż przeciętnie. Nastawiłam się na gorące popołudnia nad Pacyfikiem i ciche, rozgwieżdżone noce.

Kiedy jednak z początkiem sierpnia przyjechaliśmy do SunshineCoast, wybrzeże spowijał przygnębiający biały tuman i było na tyle chłodno, że nie obeszło się bez swetra. Prognozy często bywają chybione, ale tu sprawa jest bardziej skomplikowana. Gdzieś ponad tym całunem niebo jest rzeczywiście nieskazitelne, a słońce rzeczywiście praży. To prawda, ale jest też coś, czego meteorologowie nie wzięli pod uwagę: ogromne ilości dymu, który napłynął z głębi prowincji, z odległości ponad 600 km, gdzie płonie 130 samoistnych pożarów, nad którymi nikt nie panuje.

Dymu wystarczyło, by niebo zmieniło kolor: błękit zniknął i zastąpiła go jednostajna, nieprzerwana biel. Wystarczyło go, by sporą część promieni słonecznych zawrócić z powrotem w kosmos i sztucznie obniżyć temperaturę. Wystarczyło go, by i samo słońce zmienić w złowrogą krwistą plamę otoczoną dziwną aureolą, niezdolną przebić się przez nieustępliwą mgłę. Wystarczyło go, by przesłonić gwiazdy na niebie i pochłonąć zachody słońca. Kiedy dzień dobiega końca, czerwona plama nagle znika i zastępuje ją dziwnie pomarańczowy księżyc.

Dym stworzył własne zjawiska pogodowe, na tyle potężne, że przekształciły klimat nie tylko tam, gdzie jesteśmy, ale na obszarze o powierzchni około 260 tys. km2. Ta gigantyczna smuga dymu, widoczna na zdjęciach satelitarnych, nie uznaje żadnych granic: pochłonęła nie tylko jedną trzecią Kolumbii Brytyjskiej, ale także rozległe połacie Wybrzeża Północno-Zachodniego, włącznie z Seattle, Bellingham i Portland w stanie Oregon. W dobie #fakenews, czyli faktów alternatywnych, takie zjawiska można nazwać #fakeweather – chaos na niebie, powstały w dużej mierze przez złą politykę i zgubne ignorowanie faktów.

Na całym wybrzeżu rząd wprowadził system ostrzegania przed zanieczyszczonym powietrzem, zachęcając ludzi do unikania wysiłku fizycznego. Oficjalnie uznano, że jeśli stężenie drobnych cząsteczek w powietrzu przekroczy pewien poziom, stanowi to zagrożenie dla zdrowia. W niektórych częściach Vancouver zanieczyszczenie powietrza jest trzykrotnie wyższe, niż przewiduje ta oficjalna norma, a niektóre mniejsze miejscowości na wybrzeżu mają znacznie gorzej. Seniorów i osoby z grup podwyższonego ryzyka zachęca się, by pozostały w domu – albo, jeszcze lepiej, udały się w miejsce z odpowiednim systemem oczyszczania powietrza. Pewien lokalny urzędnik zaleca wizytę w supermarkecie.

Piekło w głębi lądu

W samym epicentrum katastrofy, bliżej ognia, jakość powietrza jest dużo gorsza. Za niebezpieczne uważa się stężenie powyżej 25 mikrogramów cząsteczek na metr sześcienny. W mieście Kamloops, gdzie przebywa obecnie wielu ewakuowanych, stężenie jest na poziomie 684,5 mikrograma na metr sześcienny, czyli tyle co w najgorsze dni w Pekinie. Linie lotnicze odwołują loty, a oddziały szpitalne pełne są ludzi z chorym układem oddechowym.

Od początku katastrofy wybuchło 840 pożarów, co – jak podaje Czerwony Krzyż – wymusiło ewakuację ponad 50 tys. ludzi. Na początku lipca rząd ogłosił stan wyjątkowy i do czasu, gdy przyjechaliśmy, był on dwukrotnie przedłużany. Spłonęły setki budynków, a po niektórych miejscowościach, włącznie z rezerwatami rdzennych ludów Ameryki, pozostał popiół.

Dotychczas spłonęło około 4600 km2 lasów, pól uprawnych i pastwisk. Mamy więc do czynienia z drugim w historii pod względem rozmiarów pożarem w Kolumbii Brytyjskiej – a to nie koniec, ogień ma się dobrze i może stać się tym pierwszym.

Dzwonię do znajomego z Kamloops. „Każdy, kto może. zabiera dzieci jak najdalej stąd, szczególnie te najmłodsze”.

Nasza sytuacja na wybrzeżu jest więc zła, powietrze jest brudne, ale i tak jesteśmy szczęściarzami.

Zaraz to zwieje

Od początku roku i od chwili rozpoczęcia rządów nowej amerykańskiej administracji nie miałam wolnego dnia, a co dopiero weekendu. Jak tylu innym, przyszło mi uczestniczyć w bardzo wielu spotkaniach, demonstrować i maszerować do upadłego. Zdążyłam błyskawicznie napisać książkę i promować ją w różnych miejscach. Do tego wraz z mężem pomogłam założyć nową polityczną organizację. Przez zimę i wiosnę cała rodzina powtarzała jak mantrę: w sierpniu jedziemy do Kolumbii Brytyjskiej. To była meta (nawet jeśli chwilowa) tego maratonu i twardo planowaliśmy, że po jej przekroczeniu padniemy, znużeni, na ziemię. Ta perspektywa podobała się również naszemu 5-letniemu synkowi – Tomie. W zimne wieczory na wschodzie kraju z rozkoszą wyobrażaliśmy sobie czekające nas spacery po lesie, wyprawy łodzią canoe, kąpiele…Byliśmy pewni, że będziemy zbierać jeżyny, piec szarlotki, że odwiedzimy wszystkich, dziadków, babcie, ciocie, wujków, kuzynów i kuzynki, starych przyjaciół i przyjaciółki.

Ten wypoczynek w rodzinnych stronach (czyli „zadbanie o siebie”, używając języka moich młodszych współpracowniczek) urósł w naszym domu do rangi mitu. Może dlatego tak powoli do mnie dociera, jak groźne są te pożary – i dym.

Pierwszego dnia jestem pewna, że do południa słońce przebije się przez dym. Wieczorem oznajmiam, że do rana wiatr wszystko rozwieje i wreszcie zobaczymy kawałek nieba. Przez pierwszy tydzień witam każdy dzień z nadzieją, że to szare światło wpadające do sypialni to efekt porannej mgły. Każdego dnia się mylę.

Spokojna pogoda, którą zwiastowały prognozy i która wydawała się taka obiecująca, zanim przyjechaliśmy, okazała się przekleństwem. Słoneczne, bezwietrzne dni oznaczają, że dym, skoro już znajdzie się nad naszymi głowami, pozostaje tam, niczym szklany sufit, na stałe, dzień w dzień.

Moje alergie szaleją. Zakraplam oczy i biorę leki przeciwhistaminowe w ilościach przekraczających zalecane dawki. Toma dostaje tak silnej pokrzywki, że musi brać sterydy.

Co chwilę zdejmuję okulary i czyszczę je, najpierw koszulą, potem ściereczką z mikrofibry, w końcu odpowiednim środkiem. Nic nie pomaga. Ciągle są brudne.

 

Tęsknota za niebem

Po tygodniu spędzonym w białawym tumanie świat jakby się kurczy. Życie poza zasięgiem dymu zaczyna się wydawać nierealne, niczym plotka. Na brzegu oceanu wzrok sięgał zwykle poprzez Morze Salish aż do wyspy Vancouver. Teraz z trudem można dostrzec skały wystające z wody nie dalej niż 200 metrów od brzegu.

Przeżyłam tu wiele zim, kiedy rzadko było widać słońce. Nauczyłam się kochać stalowe piękno, niezliczone odcienie szarości w rzeźbie gór, nisko zawieszone chmury i pełzającą mgłę. Ale teraz jest inaczej. Dym jest pozbawiony życia, po prostu wisi w powietrzu, nieruchomy, monotonny.

Wiele ludzi na całym świecie, w zanieczyszczonych metropoliach, jak Pekin, Nowe Delhi, São Paulo, czy Los Angeles, nauczyło się żyć pod zasłoną smogu. Ale dym to troszkę coś innego. Częściowo dlatego, że wiesz, że nie oddychasz powietrzem skażonym przez elektrownie czy samochody, lecz dymem z płonących drzew, które jeszcze niedawno żyły. Dosłownie wdychasz las.

Wydaje mi się, że zwierzęta mają depresję. Foki wychylają głowy tylko po to, żeby zaczerpnąć powietrza, po czym znikają pod szarą powierzchnią. Nie bawią się. Orły, jestem przekonana, latają tylko w celach praktycznych, nie ma beztroski, akrobacji i szybowania. Na pewno tylko to sobie wyobrażam, projektuję i antropomorfizuję – zły nawyk.

Piszę maila do znajomego z Seattle, znanego ekologa, i pytam, jak sobie radzi z tym dymem. Odpisuje mi, że ptaki przestały śpiewać, a on jest cały czas wściekły. Przynajmniej nie tylko ja tak mam.

A jeśli nas też dosięgnie?

Zaczynam rozumieć, jak kruchy i nietrwały jest fakt, że akurat u nas się nie pali.

Ta część Kolumbii Brytyjskiej teoretycznie jest lasem deszczowym o umiarkowanym klimacie, ale tak naprawdę to pudełko zapałek. Tego lata spadło tu do tej pory mniej niż centymetr deszczu. Ściółka, zazwyczaj wilgotna i gąbczasta, w tym roku jest żółta, wysuszona i trzeszczy pod nogami. Dosłownie czuć zagrożenie pożarem.

Drogi zastawione są żółtymi znakami informującymi o zakazie rozpalania ognia. Stacje radiowe cały czas nadają coraz bardziej nerwowe ostrzeżenia o pożarach wywołanych niedopałkiem czy fajerwerkami. Jakiś gość ze strefy zagrożenia spędził noc w areszcie i musi zapłacić 1000 dolarów, ponieważ po pijanemu świętował fakt, że jego dom akurat nie spłonął – odpalał fajerwerki, które mogły przecież wzniecić kolejny pożar.

Wiadomo, że wystarczyłby jeden piorun albo jacyś głupi turyści, żeby to miejsce poszło z dymem. Mieliśmy już takie sytuacje, że niewiele brakowało. Dwa lata temu ogromny pożar zagrażał części wybrzeża o jakieś 20 minut drogi od nas. Zginął wtedy pewien miejscowy, pomagający walczyć z żywiołem. Mimo że mieszkałam tu przez wiele lat, aż do tej chwili nigdy właściwie nie myślałam, co by się stało, gdyby tak ogromny pożar wymknął się kiedykolwiek spod kontroli. Teraz już potrafię to sobie wyobrazić i nie jest to przyjemne..

Sunshine Coast ma od lat niezmienną populację w okolicach 30 tys. mieszkańców, a prowadzi tu jedna autostrada zakończona portem promowym. Jak do diabła miałaby wyglądać akcja ewakuacyjna w miejscu, z którego nie prowadzą żadne drogi lądowe?

Pytam o to tutejszych znajomych. Są zaniepokojeni i od razu przechodzą do rozmowy o tym, jaką kto ma łódż.

Śmierć na plantacji borówek

Po dziewięciu dniach życia w dymie docierają do nas fatalne wieści. W zadymionym Sumas w stanie Waszyngton – miejscowości oddalonej o około kilometr od kanadyjskiej granicy – zmarł w szpitalu w Seattle pracownik farmy. Honesto Silva Ibarra, lat 28, przybył do USA z Meksyku na wizie H-2A, aby podjąć sezonową pracę przy zbiorach. Poczuł się źle podczas zbierania borówek na plantacji Sarbanand Farms, której właścicielem jest kalifornijska firma Munger Farms.

Współpracownicy Silvy obwiniają za jego śmierć złe warunki pracy: nadgodziny, nieliczne przerwy, za mało jedzenia i zimnej wody – a to wszystko spotęgowane przez gęsty dym napływający z Kolumbii Brytyjskiej. „Pracownicy byli przepracowani, za mało jedli i pili, i trwało to od wielu tygodni” – twierdzi Rosalinda Guillen, dyrektorka grupy adwokackiej Community to Community Development. Od pracowników wiadomo, że były przypadki omdleń w trakcie pracy.

Przedstawiciel Munger Farms podał magazynowi The Intercept, że Silva zmarł, bo zabrakło mu leku na cukrzyce, a upał lub dym nie miały z jego śmiercią nic wspólnego. Firma twierdzi również, że dołożyła wszelkich starań, by go ratować. Śledztwo trwa.

Sposób traktowania współpracowników Silvy, którzy skarżyli się na warunki, jest częścią ponurej opowieści o tym, jak sprekaryzowane jest życie tysięcy tymczasowych pracowników i pracownic w USA. Dzień po tym, kiedy Silva został zabrany do szpitala, zorganizowano jednodniowy strajk, a ludzie domagali się odpowiedzi na różne pytania i lepszych warunków pracy. 66 osób natychmiast zwolniono za niesubordynację. Zostali bez środków na powrót do Meksyku, ale i bez wypłaty za ostatnie dni pracy. Po tym jak pracownicy założyli obóz protestacyjny, zorganizowali marsz do siedziby firmy i przyciągnęli uwagę lokalnych mediów, udało im się odzyskać należne pieniądze, a firma Munger – jak podaje jej rzecznik – „z własnej inicjatywy zaoferowała zwolnionym pracownikom bezpieczną podróż powrotną do domu”.

Nie odzyskali jednak pracy, której bardzo potrzebowali. Munger jest dostawcą dla takich firm jak Walmart, Whole Foods, Safeway czy Costco.

Na północ od granicy amerykańsko-kanadyjskiej odnotowano podobne przypadki omdleń i problemów ze zdrowiem wśród pracowników i pracownic tymczasowych, a dym najwyraźniej jest jedną z przyczyn. Prawnicy podkreślają, że zamiast leczyć, wysyła się ich do domu niczym towar z usterkami. Według stacji CBC, przynajmniej 10 osób pracujących w zadymionej Kolumbii Brytyjskiej odesłano do Meksyku i Gwatemali, ponieważ „zdrowie nie pozwalało im pracować”.

Katastrofa i stare podziały

Ciągle przychodzi nam się mierzyć z tymi samymi wyzwaniami: w społeczeństwach głęboko podzielonych nierównościami, które pokrywają się z liniami podziałów rasowych, katastrofy naturalne wcale nie powodują, że jednoczymy się jak jakaś wyimaginowana wielka rodzina. Katastrofy nakładają się na istniejące podziały i tym bardziej je pogłębiają, więc ludzie, którzy i tak już dostawali w kość, w trakcie katastrofy i po niej dostają jeszcze mocniej.

Wiemy już, jak to działa w przypadku huraganów, takich jak Katrina, Sandy, Harvey i Irma. Mniej wiemy, jeśli chodzi o pożary, ale to się zmienia. Wiemy już choćby to, że władze stanowe Kalifornii, która walczy z niekończącym się pasmem pożarów, zaczęły w dużym stopniu polegać na pracy osadzonych, którym płaci się uwłaczająco niską stawkę godzinową, na poziomie dolara na godzinę, za najniebezpieczniejszą walkę z ogniem.Wiemy też, że rok temu do walki z pożarem w Fort McMurray w Albercie sprowadzono setki osób z Południowej Afryki, którzy ostatecznie solidarnie zrezygnowali z pracy, kiedy odkryli, że ich płace są dużo niższe niż pracujących wraz z nimi Kanadyjek i Kanadyjczyków, a także niższe niż podawała prasa. Bezzwłocznie wysłano ich do domu.

Wiemy też, że podobnie jak w przypadku powodzi, media więcej uwagi poświęcają ratowaniu zwierząt domowych w USA lub Kanadzie niż ludzkim ofiarom w niekontrolowanych pożarach gdzieś daleko w Indonezji czy Chile. Badania z 2012 roku szacują, że rocznie ponad 300 tys. ludzi ginie z powodu zanieczyszczeń powietrza powstałych w wyniku pożarów samoistnych, głównie w Afryce Subsaharyjskiej i południowo-wschodniej Azji.

Tego lata w Kolumbii Brytyjskiej dowiedzieliśmy się jeszcze więcej na temat tego, jak funkcjonują nierówności w przypadku katastrofalnych pożarów. Wielu liderów ludności rdzennej wyraziło ubolewanie, że ich społeczności podczas ewakuacji nie otrzymały wsparcia na takim samym poziomie, co społeczności nierdzenne, zarówno w zakresie walki z ogniem, jak i usuwania szkód. W związku z tym ludność wielu rezerwatów bezpośrednio zagrożonych pożarem odmówiła ewakuacji, a część została, by pomóc w walce z pożarem. Są wśród nich zespoły wyszkolonych strażaków ze sprzętem oraz zwykli ludzie z wężami ogrodowymi i zraszaczami. W co najmniej jednym przypadku policja zareagowała groźbą, że przyjedzie i siłą zabierze dzieci rodzinie. Brzmi to złowieszczo w kraju, gdzie odbieranie dzieci rdzennym rodzicom było do niedawna częścią rozwiązań systemowych.

Ostatecznie policja nie weszła do żadnego z domów Narodów Pierwotnych, a wiele z nich uratowano właśnie dzięki lokalnej samoorganizacji. Ryan Day, wódz zagrożonej pożarem grupy Indian kanadyjskich Bonaparte Indian Band, powiedział: „Gdybyśmy się wszyscy ewakuowali, naszych domów w tym rezerwacie już by nie było”.

Świat o dwóch słońcach

Zadymienie trwa już prawie tydzień, a niedługo będziemy mieć pełnię księżyca. Tutaj traktuje się pełnię serio: korzystając z dodatkowego oświetlenia, w lasach organizuje się narkotykowe imprezki z tańcami, a na rzekach nocne spływy kajakowe.

Kiedy jednak z początkiem sierpnia wyłania się księżyc prawie w pełni, przez chwilę wydaje mi się, że to słońce. Ma ten sam kształt i prawie ten sam ognisty kolor.

Przez cztery dni jest tak, jakbyśmy się znaleźli na innej planecie – z dwoma czerwonymi słońcami i bez księżyca.

Cierpkie owoce

Zadymienie trwa już dwa tygodnie. Jeżyny powinny już być dojrzałe. Idziemy je zbierać. Dziwne uczucie – uczestniczyć w tym beztroskim letnim rytuale, kiedy powietrze jest gęste od dymu, a napływające wieści coraz gorsze, ale nie odpuszczamy. Połączenie wędrówki z nieustannym jedzeniem to jedno z ulubionych zajęć Tomy.

No i nic z tego. Przy tak niewielkich opadach deszczu i słabiutkim słońcu nawet najbardziej dojrzałe owoce są kwaśne. Toma szybko się zniechęca i kolejnych już nie kosztuje. Wracamy do domu podrapani, z pustym wiaderkiem.

Wędrówek jednak nie odpuszczamy. Codziennie chodzimy przynajmniej godzinę lub dwie wśród omszałych cedrów i daglezji, wdychając przesycone tlenem powietrze. Kocham te lasy, a ich pierwotne piękno nie przestaje mnie zachwycać. Jednak to, co czuję teraz, to niemal uwielbienie – dziękuję im w duchu nie tylko za cień, filtrowanie powietrza i sekwestrację dwutlenku węgla (czyli za ich „usługi ekosystemowe” w języku biznesu uważanego za przyjazny środowisku), ale przede wszystkim za ich niewiarygodną wytrzymałość. Za to, że nie dołączają do płonących brat i sióstr. Za to, że pomimo ludzkich błędów ciągle nam towarzyszą. Przynajmniej jak dotąd.

Prześladowca

Znam ten dym, wdychałam go już wcześniej. Nie te konkretne cząsteczki, ale dym z tych samych licznych samoistnych pożarów. Co ciekawe, oddychałam nim niecały tysiąc kilometrów na wschód od tego miejsca, w innej prowincji.

W połowie lipca byłam w Albercie, gdzie pomagałam prowadzić kurs reportażu poświęconego ochronie środowiska w centrum kultury w Banff.

Również wtedy prognozy zapowiadały piękną pogodę, czyste niebo i wysokie temperatury. I również wtedy od pierwszego dnia zamiast pogody mieliśmy całun dymu, który przesłaniał przepiękny górski pejzaż Parku Narodowego Banff, prowokował alarmy ostrzegające o niskiej jakości powietrza, wywoływał bóle głowy i problemy z oddychaniem. Znowu #fakeweather, znowu prognoza ma rację, a rzeczywistość kłamie.

W lipcu wiał wschodni wiatr, dlatego Góry Skaliste dusiły się od dymu. W Calgary, stolicy kanadyjskiego przemysłu naftowego, dym był tak gęsty, że zasłaniał lśniące sylwetki wieżowców z logotypami takich koncernów jak Shell, BP, Suncor czy TransCanada. Nie był to koniec wędrówki zanieczyszczeń. Nadal przemieszczały się na wschód, sięgając centrum kontynentu, prowincji Saskatchewan i Manitoba, oraz niżej – Dakoty Północnej i Montany (NASA pokazała przerażające zdjęcie z 800-kilometrową chmurą dymu).

Po czym, właśnie gdy moja rodzina była w drodze do Kolumbii Brytyjskiej, wiatry nagle zmieniły kierunek na zachodni, a Góry Skaliste stały się wielką rakietą tenisową, która odbiła dym lobem ponad lądem aż do do Pacyfiku.

Niepokojące doświadczenie – oddychać tym samym dymem z tych samych płonących lasów dwa razy tego samego lata, chociaż przejechałam prawie 1000 kilometrów i przekroczyłam granice prowincji. Miałam wrażenie, że ta chmura mnie śledzi, niczym dymny potwór z serialu „Zagubieni”.

Świat płonie

Co nas oszołamia w całej tej sytuacji, to między innymi rozpiętość katastrofy – czasowa i geograficzna. Nawet tak niszczycielskie huragany jak Harvey ograniczają swoje działanie do określonego obszaru, a czas ich trwania jest względnie krótki, nie wliczając oczywiście skutków.

Pożary, które szaleją miesiącami, są czymś zupełnie innym. Mają wiele skutków bezpośrednich. Pozostawiają ogromne obszary wypalonej ziemi. Wywracają świat do góry nogami dziesiątkom tysięcy ewakuowanych ludzi, którzy tracą farmy, domy i bydło. Powodują zamknięcie wielu firm i dobijanie całych branż przemysłu – od turystyki po przetwórstwo drewna.

Ale są też skutki pośrednie, wywołane przez wędrujący dym. Przez lipiec i sierpień dym z tej pożogi pokrył obszar o powierzchni ponad miliona kilometrów kwadratowych. To więcej niż Francja, Hiszpania, Niemcy, Portugalia i Włochy razem wzięte. Tak jakby wszystkie zostały dotknięte tą jedną, szybko przemieszczającą się klęską żywiołową.

To, co piszę, to tylko jedna migawka z tego sezonu, zdominowanego przez pożary. Pod koniec lata płonęły już spore połacie Zachodu USA. W Los Angeles odnotowano największy w historii pożar na obszarze miasta. Wszystkie hrabstwa w stanie Waszyngton ogłosiły stan zagrożenia pożarowego. W Montanie samoistny pożar o nazwie Lodgepole Complex zamienił w pogorzelisko obszar 684 km2, co jest trzecim co do wielkości pożarem, odkąd w tym regionie osiedlili się ludzie. Jest to element ogólnego wzrostu liczby pożarów i miesięcy, w których występują. Według analizy organizacji Climate Central, od lat 70. poprzedniego wieku sezon zagrożenia pożarowego wydłużył się o 105 dni.

W Europie rozmiar pożarów w tegorocznym sezonie zagrożenia pożarowego był trzykrotnie wyższy od średniego, a jeszcze się nie zakończył. Najbardziej ucierpiała centralna Portugalia: czerwcu zginęło w ogniu niedaleko Pedrógão Grande ponad 60 osób. Setki domów spłonęły na Syberii. Chilijczycy walczyli tego lata z największym niekontrolowanym pożarem w historii, a tysiące osób było zmuszonych uciekać z domu. W czerwcu Republika Południowej Afryki zmagała się ze skutkami burzy, która spowodowała powódź w Kapsztadzie oraz gwałtowne niekontrolowane pożary w okolicznych miejscowościach. Nawet na Grenlandii, tej lodowej wyspie, tegoroczne lato przyniosło niespotykane dotąd pożary. Jason Box – światowej sławy klimatolog specjalizujący się w badaniu pokrywy lodowej na Grenlandii – jest zdania, że „temperatura na wyspie jest najprawdopodobniej wyższa niż [kiedykolwiek] przez ostatnie 800 lat.

Przykro mi, ale to zmiany klimatu

Podwyższona temperatura i susze to nie jedyne przyczyny pożarów. Inna to odwieczne aroganckie usiłowanie, by zarządzać siłami natury, które są od nas znacznie potężniejsze. Ogień to istotna część cyklu życiowego lasu: pozostawione same sobie lasy płoną co jakiś czas, by stworzyć warunki dla nowego wzrostu i zmniejszyć ilość łatwopalnego podszycia oraz starego drewna (lub „paliwa” w żargonie strażaków). Wiele rdzennych kultur latami posługiwało się ogniem jako narzędziem uprawy. W Stanach Zjednoczonych jednakże współczesna gospodarka leśna systematycznie ograniczała cykliczne pożary w celu ochrony drzewostanów, które miały skończyć w tartakach i przynieść zysk, oraz z obawy przed rozprzestrzenieniem się ognia na obszary zamieszkałe przez ludzi (a takich jest stopniowo coraz więcej).

Bez naturalnych pożarów lasy pełne są „paliwa”, co zwiększa ryzyko pożarów niekontrolowanych. A jest go tym więcej z powodu plagi kornika, który pozostawia po sobie ogromne ilości martwego i suchego drzewostanu. Dysponujemy już twardymi dowodami na to, że pladze kornika sprzyja wyższa temperatura i susze powodowane zmianami klimatu.

Nadrzędny czynnik jest oczywiście wszystkim znany: cieplejsza i suchsza pogoda – bezpośrednio związana ze zmianami klimatu – tworzy optymalne warunki dla samoistnych pożarów lasów. Suma czynników zamieniła lasy w idealnie przygotowane i gotowe do rozpalenia ogniska. Sucha ziemia to podłożone gazety, martwe drewno to podpałka, a wyższa temperatura to zapalniczka. Mike Flannigan, zajmujący się pożarami samoistnymi na Uniwersytecie Alberta, mówi bez ogródek: „Wzrost obszaru dotkniętego pożarem w Kanadzie to bezpośredni efekt działalności człowieka wywołującej zmiany klimatu. Pojedyncze przypadki trudno jest ze sobą powiązać, ale w rezultacie wzrostu temperatur rozmiar spalonych obszarów w Kanadzie od lat 70. XX wieku uległ podwojeniu”. Zgodnie z badaniami z 2010 roku, do końca wieku w Kanadzie możemy spodziewać wzrostu ilości pożarów o 75%.

Alarmujący jest fakt, że rok 2017 nie jest nawet rokiem El Niño, czyli cyklicznych zjawisk pogodowych związanych z naturalnym ociepleniem, które uważa się za główne przyczyny pożarów trawiących w zeszłym roku Południową Kalifornię i północną część Alberty. Jeden z nich prawie pochłonął miejscowość Fort McMurray, powstałą wyłącznie dzięki rozwojowi branży wydobywczej i petrochemicznej.

Ponieważ tym razem nie da się obwiniać El Niño, niektóre agencje prasowe wreszcie przestały owijać sprawę w bawełnę. Niemiecka gazeta Deutsche Welle napisała: „Zmiany klimatu podpalają świat”.

Dlaczego?

„Chyba niedługo spadnie śnieg” – oznajmia z powagą Toma, przyciskając nos do szyby, za którą wisi gęsty biały całun.

Odkąd opuściliśmy Albertę, jego pięcioletni umysł próbuje pojąć, dlaczego tego lata jest tak dużo dymu. Dlaczego ja ciągle kaszlę, a on dostał wysypki. Przede wszystkim jednak próbuje pojąć, dlaczego w tle ciągle słyszy strapionych dorosłych.

Jego reakcja przechodzi różne etapy. Koszmary nie pozwalają mu spać. Pisze piosenki, w których padają takie frazy, jak „dlaczego wszystko idzie w złym kierunku?”. Często wybucha śmiechem w nieodpowiednich momentach.

Początkowo niekontrolowane pożary lasów ekscytowały go, ponieważ mylił je z ogniskiem i opiekaniem na ogniu tradycyjnych słodyczy: pianka marshmallow i kostka czekolady pomiędzy dwoma ciasteczkami. Dopiero później dziadek wyjaśnił mu, że słońce stało się taką dziwnie świecącą plamą właśnie z powodu płonących lasów. Bardzo to przeżywał.

„A zwierzęta?”

Nauczyliśmy się kontrolować niepokój. Kilka razy dziennie ćwiczymy głębokie oddechy. Coś mi się jednak zdaje, że wprowadzanie do płuc większej ilości tego konkretnego powietrza nie jest dobrym pomysłem, szczególnie dla małych płuc podatnych na infekcje.

Nie rozmawiamy z Tomą o zmianach klimatu, co może wydawać się dziwne, skoro ja piszę o nich książki, a Avi kręci filmy, a do tego większość dnia spędzamy na rozmowach o tym, jaka powinna być skuteczna reakcja na ten kryzys. Owszem, rozmawiamy z nim o zanieczyszczeniu, ale w sposób przystępny dla niego. Mówimy na przykład o plastiku i o tym, że należy go sprzątać i używać jak najmniej, ponieważ przez niego zwierzęta chorują. Pokazujemy też spaliny wychodzące z rur wydechowych aut i ciężarówek i rozmawiamy o tym, że energię można czerpać ze słońca i wiatru, a następnie przechowywać ją w bateriach. Dziecko w jego wieku potrafi to zrozumieć i dobrze wie, jak należy się zachowywać (lepiej niż mnóstwo dorosłych). Mimo to myśl, że cała planeta ma gorączkę, która może wzrosnąć do tego stopnia, że znaczna część życia na planecie zginie w konwulsjach, wydaje mi się dla niego nie do udźwignięcia.

Tego lata musiał się jednak z nią zmierzyć. Nie jestem dumna z tej decyzji i nawet nie pamiętam, kiedy zapadła. Po prostu miał styczność ze zbyt wieloma dorosłymi, którzy ciągle gadali o atmosferze i prawdziwych powodach pożarów, i w końcu wszystko sobie poukładał.

Na zamglonym placu zabaw spotykam młodą matkę, która dzieli się radami, jak podtrzymywać na duchu zmartwione dzieci. Swoim dzieciom tłumaczy, że pożary lasów są pozytywną częścią cyklu odnawiania się ekosystemu, że ogień przygotowuje grunt pod nowe rośliny, którymi żywią się niedźwiedzie i jelenie.

Kiwam głową z poczuciem winy jako zła matka. Ale wiem, że kłamie. Prawdą jest, że ogień jest naturalną częścią cyklu życia, ale te akurat pożary, zasłaniające słońce na Wybrzeżu Północno-Zachodnim, to coś zgoła innego – są częścią planetarnej spirali śmierci. Wiele z nich jest tak gwałtownych i nieustępliwych, że zostawiają po sobie spaloną ziemię. Rzeki środków gaśniczych zrzucane z samolotów przenikają do systemów wodnych, gdzie stanowią zagrożenie dla ryb. Toma ma rację, kiedy obawia się, że zwierzęta stracą swoje domy w lasach.

Sprzężenie zwrotne

Największym zagrożeniem są jednak wydzielane podczas pożarów lasów gazy. Trzy tygodnie po tym, jak wybrzeże spowił dym, dowiadujemy się, że roczne emisje gazów cieplarnianych w prowincji Kolumbia Brytyjska wzrosły w wyniku pożarów trzykrotnie i nadal rosną.

Ten dramatyczny wzrost emisji jest częścią zjawiska, które klimatolodzy nazywają „pętlą sprzężeń zwrotnych” (feedback loop): dwutlenek węgla podwyższa temperaturę i wydłuża okresy bezdeszczowe, które powodują pożary, te z kolei powodują uwolnienie do atmosfery większej ilości gazów cieplarnianych, co dalej ociepla i wysusza planetę i w konsekwencji prowadzi do jeszcze częstszych pożarów.

Inny tego typu szkodliwy układ zamknięty obserwujemy podczas pożarów na Grenlandii. Ogień wytwarza czarną sadzę (zwaną również czarnym węglem), która osiada na pokrywie lodowej i zmienia jej kolor na szary lub czarny. Ciemniejszy lód absorbuje więcej ciepła niż biały, który je odbija. W efekcie lód topi się szybciej, co powoduje podnoszenie się poziomu oceanów i uwolnienie ogromnej ilości metanu, który zwiększa ocieplenie i wywołuje kolejne pożary, a to z kolei tym bardziej zaciemnia pokrywy lodowe i przyspiesza ich topnienie.

Nie powiem więc Tomie, że te pożary to pozytywna część cyklu życia. Decydujemy się na półprawdy, licząc, że dzięki temu koszmary miną.

„Zwierzęta wiedzą, jak uciec przed ogniem. Biegną w stronę rzek, strumieni lub innych lasów”.

Rozmawiamy o tym, że musimy sadzić więcej drzew i budować nowe domy dla zwierząt. To odrobinę pomaga.

Czerwona lampka – dla niektórych

Jednym z obszarów najmocniej dotkniętych pożarami jest terytorium rdzennego ludu Secwepemc, które często odwiedzam. To ogromny obszar w sercu Kolumbii Brytyjskiej, którego większość teraz płonie. Zmarły niedawno wódz Secwepemc, Arthur Manuel, był moim przyjacielem i wiele razy u niego gościłam. W tym roku byłam dwukrotnie, na pogrzebie Arthura i na spotkaniu, które przygotowywał, kiedy serce odmówiło mu posłuszeństwa.

To spotkanie było odpowiedzią na decyzję premiera Justina Trudeau, aby zatwierdzić projekt wart 7,4 miliarda dolarów, który ma zwiększyć przepustowość rurociągu Kinder Morgan Trans Mountain, przesyłającego ropę z piasków bitumicznych z Alberty przez Brytyjską Kolumbię. Rozbudowa rurociągu oznacza poprowadzenie wielu połączeń przez drogi wodne położone na terenie społeczności Secwepemc, czemu stanowczo przeciwstawia się wielu miejscowych właścicieli gruntów. Arthur wierzył, że ten opór może przerodzić się w „północny Standing Rock”.

Kiedy tego lata zaczęły się pożary, przyjaciele i rodzina Arthura Manuela nie tracili czasu i od razu zaczęli głośno mówić, że dalsze rozbudowywanie infrastruktury dla paliw kopalnych w świecie, który płonie, to szaleństwo. Grupa robocza Indian Secwepemc do spraw suwerenności żywnościowej ludów rdzennych wydała oświadczenie, w którym sprzeciwia się rozbudowie rurociągu i domaga się, aby dotychczasowa infrastruktura została natychmiast zamknięta w celu zmniejszenia ryzyka pożaru przesyłanego paliwa.

„Mamy obecnie stan wyjątkowy w walce ze zmianami klimatu” – twierdzi nauczycielka Dawn Morrison, rdzenna Secwepemc. „Zdrowie naszych społeczności w dużej mierze oparte jest na możliwości połowu dzikiego łososia i dostępie do czystej wody pitnej. W razie awarii lub pożaru rurociągu Kinder Morgan zagrożone byłoby jedno i drugie”.

Co nam podpowiada zdrowy rozsądek? Kiedy infrastruktura służąca do przesyłu gazu i ropy znajduje się w samym oku skumulowanych skutków spalania tychże paliw kopalnych (a pomyślcie też o przypadkach zniszczenia przez huragany platform wiertniczych lub o zalanym powodzią Houston), wszyscy powinniśmy zrobić to, co zrobili Secwepemc: potraktować klęskę żywiołową jako sygnał, że trzeba zacząć walczyć o bezpieczniej urządzony świat. I to szybko.

Tylko ani słowa o ropie

Nie tak jednak działają nasze systemy polityczne i ekonomiczne: przeciwnie, one świadomie i celowo blokują takie wnioski i reakcje, podpowiadane przez instynkt samozachowawczy. Koncern Kinder Morgan nawet nie zawraca sobie głowy, by odnieść się do niepokojów lokalnych społeczności. Mało tego – firma przygotowuje się do rozpoczęcia rozbudowy rurociągu jeszcze w tym miesiącu, kiedy ogień wciąż szaleje.

Najgorsze jest to, że wiele firm wydobywczych stosuje doktrynę szoku i wykorzystuje stan wyjątkowy do osiągnięcia celów, których w innych okolicznościach nie udałoby się osiągnąć. Na przykład spółka Taseko Mines od lat walczy o prawo do budowy bardzo kontrowersyjnej kopalni odkrywkowej złota i miedzi na najbardziej dotkniętym przez pożary obszarze Kolumbii Brytyjskiej. Zdecydowane protesty Tsilhgot’in, jednego z Narodów Pierwotnych, spowodowały skuteczne zablokowanie tego toksycznego projektu oraz wprowadzenie wielu korzystnych regulacji.

Jednak w lipcu tego roku, kiedy wiele społeczności Tsilhgot’in otrzymało nakaz ewakuacji i tylko część została, by walczyć z ogniem na własną rękę, kończący kadencję rząd Kolumbii Brytyjskiej – znany z typowej dla „dzikiego zachodu” korupcji – zrobił coś bezprecedensowego. Podczas ostatniego tygodnia urzędowania, po dotkliwej porażce w wyborach, rząd wydał Taseko szereg pozwoleń na rozpoczęcie prac. „Znieczulica rządu nie zna granic – gdy ludzie wciąż walczą z ogniem o domy i życie, ten wydaje pozwolenia, które spowodują dalszą nieodwracalną dewastację ziemi” – powiedział Russell Myers Ross, wódz Tsilhgot’in. Odpowiedź przedstawiciela odchodzącego rządu brzmi tak: „Zdaję sobie sprawę, że ta decyzja zapadła w trudnym dla Pana czasie w związku z pożarami, które dotykają niektóre z bliskich Panu społeczności”.

Pomimo całego stresu, w jakim żyją, Tsilhgot’in rozpoczęli już walkę w sądzie i Taseko została zmuszona zawiesić plany odwiertów ze względu na problematyczne kwestie prawne. Mamy nowy rząd prowincji, który jest bezprecedensową koalicją centrolewicowej Nowej Partii Demokratycznej i Zielonych. Nowy rząd na różne sposoby kwestionuje legalność rurociągu Kinder Morgan. Jest to dobra wiadomość dla klimatu, których mamy jak na lekarstwo.

Jeśli ktoś żywi nadzieję, że pożar obudzi w Trudeau potrzebę podjęcia istotnych działań na rzecz klimatu, to niestety czeka go spore rozczarowanie. Premier Kanady lubi być fotografowany, kiedy hasa sobie i figluje (najlepiej bez koszuli) w malowniczej scenerii Kolumbii Brytyjskiej, a jego żona Sophie Grégoire wywołała niedawno burzę emotikonek po opublikowaniu zdjęć, na których serfuje na wyspie Vancouver (i to kiedy ogień szalał, co widać po szarawym niebie).

Zachwyty premiera nad lasami i wybrzeżami Kolumbii Brytyjskiej nie przeszkadzają mu robić co może, by jak najszybciej sfinalizować projekty rozbudowy rurociągów i kopalni piasków bitumicznych. „Żaden kraj nie zostawiłby w ziemi 173 miliardów baryłek ropy”, powiedział w marcu do tłumku wiwatujących na jego cześć szefów spółek gazowych. Zdania nie zmienił, chociaż od tamtego czasu Houston zalała powódź, a jedna trzecia kraju płonie. W tym miesiącu jeden z ministrów wypowiedział się o zgodzie na rozbudowę rurociągu Kinder Morgan w sposób następujący: „Od tamtej chwili nie wydarzyło się nic, co mogłoby spowodować zmianę naszej opinii, że jest to dobra decyzja”. Trudeau leci na autopilocie w kwestii paliw kopalnych i wydaje się, że nic nie jest w stanie zmienić jego kursu.

Jest też Donald Trump, którego działania na szkodę klimatu są zbyt obszerne i zawiłe, by je tu wyliczać. Warto przypomnieć, że prezydent USA wybrał tegoroczne lato, pełne powodzi i pożarów, żeby rozwiązać federalny komitet doradczy oceniający skutki zmian klimatycznych w Stanach Zjednoczonych oraz żeby dać zielone światło odwiertom na Morzu Beauforta.

Stracił dwa domy

Nie tylko politycy wykazują się determinacją, by nie wyciągać wniosków z desperackich sygnałów wysyłanych przez środowisko. W trakcie stanu zagrożenia pożarowego w Kolumbii Brytyjskiej kanadyjska stacja CBC natrafiła na żyłę złota, jeśli chodzi o tzw. temat z życia: wynaleźli człowieka nazwiskiem Jason Schurman, któremu ogień strawił nie tylko drewniany dom w Kolumbii Brytyjskiej, ale i drugi, w Fort McMurray – tyle że rok wcześniej. Dwa domy, dwa pożary, jeden człowiek. CBC pokazała zdjęcia zgliszcz oddalonych od siebie o 1300 km domów – jedno obok drugiego.W obu przypadkach zostało tylko palenisko i komin.

W tej historii ludzkiej tragedii, do jakiej prowadzą takie katastrofy, pada wiele poruszających szczegółów: niekończąca się biurokracja, bolesne wspomnienia, stres dla całej rodziny. Nie wspomina się jednak choćby słowem o zmianach klimatu. To ciekawe, bo Schurman pracuje jako kierownik w kopalni bituminów w Albercie. Reporterowi nawet przez myśl nie przeszło, by zapytać Schurmana, czy utrata dwóch domów i fakt, że o mało nie stracił syna, wzbudziły w nim jakiekolwiek wątpliwości na temat przemysłu, w którym pracuje (jednym z niewielu w USA i Kanadzie, który stać jeszcze na to wypłacać pensje pozwalające żyć na poziomie klasy średniej). Nie, historia o człowieku, który „spalił się dwa razy” odegrała po prostu rolę emocjonującej opowieści z życia wziętej, wywołującej wzruszenie ludzkim losem, podobnie jak materiał o strażaku, który ożenił się wśród płomieni.

Kiedy tą niezwykłą historią zajął się magazyn Vice, ich reporter spytał wreszcie Schurmana o zmiany klimatu, a ten przyznał, że są pewnie jedną z przyczyn szalejących pożarów. Ale jak to w materiałach Vice, spora część artykułu dotyczyła tego, jak body art pomaga pracownikom branży naftowej radzić sobie ze stratą: „Nieprzerwany ból podczas tatuowania pozwala człowiekowi zapomnieć… że stracił wszystko, co miał”.

Przyzwyczaisz się

Czyż nie wszyscy jesteśmy winni temu, że jak lunatycy kroczymy w stronę apokalipsy? Tutejsza nieostra, zamglona przez dym rzeczywistość sprawia, że to wypieranie zbiorowej odpowiedzialności staje się jeszcze bardziej dojmujące. W sierpniowy dzień w Kolumbii Brytyjskiej wszyscy wyglądamy jak lunatycy, kiedy błąkamy się tak między pracą a codziennymi zadaniami, załatwiamy sprawunki, odpoczywamy, oddychając gęstym dymem, i udajemy, że nie słyszymy bijącego na trwogę dzwonu gdzieś w tle.

W końcu dym to nie ogień. Nie powódź. Nie wymaga natychmiastowej uwagi, nie zmusza do ucieczki. Można z nim żyć, choć bez niego żyje się lepiej. Można się przyzwyczaić.

No i się przyzwyczajamy.

Surfujemy w dymie na desce i udajemy, że to mgła. Przychodzimy na plażę z piwem i cydrem i rozmawiamy o tym, że nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło, bo teraz właściwie nie trzeba używać kremów do opalania.

Siedzę na plaży pod tym sztucznym, mlecznym niebem i nagle w głowie błyska mi obraz ludzi opalających się całymi rodzinami na przesiąkłych ropą plażach podczas eksplozji platformy wiertniczej Deepwater Horizon. I uderza mnie myśl: to jest to samo. Oni to my. My tak samo nie chcemy, żeby pożary lasów przeszkodziły nam w rodzinnych wakacjach.

Podczas katastrof często słyszymy o ludzkiej wytrzymałości. Istotnie, jesteśmy bardzo wytrzymałym gatunkiem. Nie jest to jednak cecha jednoznacznie dobra. Wygląda na to, że potrafimy się przyzwyczaić do niemal wszystkiego, nawet do nieprzerwanego unicestwiania naszego własnego siedliska.

Naprawianie psuciem

Tydzień po tym, jak lokalna gazeta Sunshine Coast opublikowała tekst pod tytułem „Dni mgły”, miesięcznik The Atlantic optymistycznie podpytuje w tytule artykułu, „Czy aby zatrzymać globalne ocieplenie, powinniśmy przyciemnić niebo?”.

Tekst koncentruje się na zarządzaniu promieniowaniem słonecznym, czyli metodzie polegającej na rozpyleniu w stratosferze dwutlenku siarki w celu stworzenia bariery między Ziemią a Słońcem, co wymusi obniżenie temperatury. Wycofanie się Trumpa z porozumienia paryskiego, pisze The Atlantic, powoduje, że coraz więcej państw, w tym Chiny, bierze przyciemnienie nieba na poważnie.

Pierwsza informacja o ewentualnych problemach związanych z tą metodą pada w 20. akapicie tekstu, gdzie pewien klimatolog wyjaśnia, że takie psucie środowiska „mogłaby wywołać susze, powodzie i inne tego typu zjawiska”. No cóż, tego byśmy chyba nie chcieli… Pisałam już gdzie indziej, że istnieje długa lista recenzowanych publikacji dowodzących, że tego rodzaju geoinżynieria klimatu mogłaby zakłócać monsuny w Azji i Afryce, a to z kolei groziłoby zmniejszeniem dostępu do wody i żywności miliardom ludzi na świecie.

Wyobraźmy sobie scenariusz, w którym ludzie tacy jak Trump, Narenda Modi czy Kim Dzong Un mieliby do dyspozycji ingerujące w klimat technologie, które służyłyby im jako rodzaj broni niekonwencjonalnej. Wówczas nastałaby era niewypowiedzianych wojen pogodowych: jeden kraj pozbawia opadów drugi kraj, bo musi ratować swoje plony, a ten drugi odpowiada klęską powodzi.

Niektórzy niedoszli geoinżynierowie klimatu są przekonani, że nawet nad najczarniejszymi skutkami takich rozwiązań da się zapanować. Wszyscy przyznają jednak, że są drobne minusy. Rozpylanie w stratosferze dwutlenku siarki prawie na pewno spowodowałoby powstanie trwałej mlecznobiałej mgiełki, a czyste błękitne niebo na całej planecie pozostałoby tylko wspomnieniem.. Astronomowie nie mogliby prawdopodobnie oglądać gwiazd i planet zbyt dokładnie, a mniejsze nasłonecznienie zmniejszyłoby wydajność generatorów solarnych, które produkują energię elektryczną.

Teoretycznie taka cena za kupienie „czasu na zwarcie szeregów” w walce z zanieczyszczeniem, jak ujmuje to The Atlantic, może się wydawać niewysoka. Kiedy jednak czyta się o celowym zasłanianiu nieba, gdy niebo już jest przyciemnione przez wszechobecny dym, który dosłownie okrywa świat kirem, całkowicie zmienia to punkt widzenia na takie pomysły.

Utrata nieba to poważna sprawa. Jest dla nas oczywiste, że gdy spojrzymy w górę, to nawet w najbardziej zatłoczonych miastach możemy dostrzec świat poza naszym zasięgiem – i chodzi nie tylko o samoloty i satelity, ale i o niebiosa, o nieznane, tajemnicze „gdzieś tam”. W sierpniu tego roku na Wybrzeżu Północno-Zachodnim prawie nigdzie nie dało się dostrzec ani skrawka tych przestworzy. Dało się za to dostrzec nas samych, produkt uboczny naszego zepsutego systemu. Dym zamienił nam sklepienie niebieskie w sufit – i ja odczuwam to jak wieko. Wieko, które nas przytłacza.

Mówię do męża, że powinniśmy ruszyć na północ i jechać tak długo, aż znajdziemy czyste powietrze. Zaraz jednak przypominam sobie, że dojechalibyśmy wtedy do szybko znikającej wiecznej zmarzliny. Zostajemy na miejscu.

Wiatr się zmienia

Po prawie dwóch pełnych tygodniach zadymienia coś jakby drgnęło. Najpierw tylko to słyszę, ale po chwili widzę poruszające się gałęzie drzew. Wiatr! Temperatura gwałtownie spada. W południe na niebie obok chmur widać już kawałki błękitu, przedzielone chmurami. Zdążyłam zapomnieć, że chmury wyglądają zupełnie inaczej niż dym – są wyżej, mają najrozmaitsze kształty i dynamikę, ruch.

Dym jeszcze tu jest, ale większość rozwiało. Świat zyskał ostrość. Wyrazistość. Znacie to uczucie radości, kiedy przechodzi nam uporczywa gorączka? Dokładnie tak się czuję.

Kolejny dzień przynosi deszcz. Niedużo, ale wystarczająco, by mieć nadzieję na odrobinę ulgi dla 2400 wykończonych i przepracowanych strażaków. Moje alergie przechodzą, a Toma przesypia już całą noc.

Ale wieści z głębi kontynentu są tragiczne. Te same wiatry, które rozpędziły dym na wybrzeżu, pchnęły go w kierunku epicentrum pożarów. Bezruch powietrza, który zatrzymał u nas dym na tak długo, był zbawienny dla strażaków. Teraz się to skończyło się, a deszczu wciąż za mało.

Przez kolejny tydzień pożary w Kolumbii Brytyjskiej biją rekordy. Do połowy sierpnia w prowincji pada rekord: największy obszar wypalony przez rok, 5557 km2. W ciągu kilku dni parę różnych pożarów łączy się, by pobić kolejny – największy pojedynczy pożar w historii Kolumbii Brytyjskiej.

Zaćmienie

Kiedy przychodzi czas na zaćmienie słońca, nie czuję nic oprócz przerażenia. Niebo jest czyste, warunki obserwacji wprost idealne i wiem, że teoretycznie to, co mamy okazję oglądać, jest cudem natury. Nie potrafię jednak po raz kolejny pożegnać się ze słońcem, nawet na kilka minut. Przecież dopiero co do nas wróciło.

Zaćmienie spędzam na zewnątrz, w samotności, wpatrzona w horyzont, jak gdyby kurczowo chwytając się gasnącego światła. Tydzień później neonaziści maszerują z pochodniami przez Charlottesville w stanie Wirginia, i w sytuacji, gdy tylu ludzi walczy z prawdziwym piekłem, to nagłe zaćmienie naszego świata wydaje się aż zanadto dosłowne.

Globalny alarm przeciwpożarowy nie działa

W pierwszy wrześniowy weekend, czyli w Święto Pracy, w Kolumbii  Brytyjskiej ciągle szaleje ponad 160 pożarów. Bardzo wysokie temperatury, suche powietrze i wiatry zmówiły się, by stworzyć warunki dla wielu nowych, ogromnych pożarów samoistnych i rozprzestrzeniania się starych. Władze codziennie ogłaszają nowe nakazy ewakuacji. Z ostatnich danych wynika, że ponad 60 tys. mieszkańców i mieszkanek zostało zarejestrowanych przez Czerwony Krzyż jako osoby ewakuowane. Stan zagrożenia został wydłużony po raz czwarty.

Ale nawet w Kanadzie wieści o pożarach nie są w stanie konkurować ze spustoszeniami, jakie pozostawił po sobie huragan Harvey, z ogromną liczbą zmarłych i poszkodowanych ofiar powodzi w Azji Południowej i Nigerii, wreszcie z potężnym huraganem Irma. Do tego mamy trafiające na nagłówki gazet wieści o pożarach w Los Angeles, o stanie zagrożenia w stanie Waszyngton i o nowych nakazach ewakuacji z Parku Narodowego Glacier na północy prowincji Manitoba. Satelitarne zdjęcie z początku września ukazuje cały nasz kontynent przykryty ogromną chmurą dymu. Znowu #fakeweather od Pacyfiku po burzliwy Atlantyk.

Ledwo nadążam za wysypem wiadomości o katastrofach, a to przecież moja praca. Wiem tyle, że nasz wspólny dom płonie, włączamy wszystkie syreny równocześnie, rozpaczliwie bijemy na alarm, w nadziei, że nas usłyszą. Czy nadal będziemy potykać się i rzęzić w półmroku, udając, że nic się nie dzieje, tak jakby żadne zagrożenie nie istniało? Czy może wreszcie usłyszymy ten alarm i zareagujemy tak, jak ludność Secwepemc, która, choć w chmurze dymu, rusza na front walki przeciwko rozbudowie rurociągu na ich spalonej ziemi?

Te pytania wciąż wiszą w zadymionym powietrzu tego lata.

Wsparcie naukowe: Sharon J. Riley

Przełożył Robert Reisigová-Kielawski

źródło: The Intercept

Przetłumaczone przez Zielone Wiadomości za zgodą Naomi Klein i redakcji The Intercept

Jeśli podoba Ci się to, co robimy, prosimy, rozważ możliwość wsparcia Zielonych Wiadomości. Tylko dzięki Twojej pomocy będziemy w stanie nadal prowadzić stronę i wydawać papierową wersję naszego pisma.
Jeżeli /chciałabyś/chciałbyś nam pomóc, kliknij tutaj: Chcę wesprzeć Zielone Wiadomości.

 

Od kilkunastu dni demoliberalny świat nie może się pozbierać – oto zadeklarowany rasista, ksenofob, seksista, zwykły nieokrzesany cham i kłamca, a do tego miliarder (ale nie z pucybutów, tylko po rodzicach) został najpotężniejszym człowiekiem świata – wybrany na prezydenta Stanów Zjednoczonych Ameryki Północnej. Dlaczego? Jak TAKI KTOŚ mógł przekonać do siebie Amerykanów? Te pytania i pochodne są obecnie obracane na wszelkie możliwe sposoby przez wszystkie media zajmujące się polityką.

W Polsce po całej serii wyborów, których wyniki tak mało były spodziewane, jak przejechanie przez byłego prezydenta po pijanemu na przejściu dla pieszych przy czerwonym świetle zakonnicy w ciąży – amerykański szok nieszczególnie powinien zaskakiwać. Po drodze przydarzył się jeszcze Brexit i wybory w Austrii. Wydarzenia te miały miejsce zdecydowanie wbrew bazującym na sondażach kwalifikowanym przewidywaniom, potęgując zaskoczenie. Tak jakby nagle, w ciągu kilkunastu miesięcy, zasadniczo zmieniła się – przynajmniej dla istotnych dotąd dominujących środowisk obserwatorów – logika funkcjonowania świata polityczno-społecznego, radykalnie uniemożliwiając trafną w nim orientację.

Czyj świat?

Osobiście sądzę, że nie tyle świat nagle się zmienił, co dość gwałtownie stało się jawne wszem i wobec, a nie tylko dla licznych, ale niekoniecznie eksponowanych środowisk, że nasz świat jest wyraźnie inny, niż zdawało się środowiskom opiniotwórczym. Ta „inność” nie była przez całe dziesięciolecia dostrzegana albo nie była przyjmowana do wiadomości. Więc i polityka kreowana w oparciu o taki stronniczy ogląd świata musiała być polityką jednostronną. Skoro model świata, praktycznie służący jako jego mapa, określający to, co potrafimy zobaczyć (bo tego, czego nie ma na mapie, nie można odnaleźć w rzeczywistości) odwzorowuje świat wybiórczo, to działanie w tym świecie, przynajmniej do czasu, musi być ograniczone tylko do niektórych ludzi, rzeczy i procesów, a inne musi ignorować. Ale właśnie do czasu. I ten czas graniczny najwyraźniej nadszedł – albo nadchodzi: czas Zmiany (?).

Płynny, ponowoczesny świat globalny miał być przychylny dla Silnych i Sprawnych. I tak też został skrojony – pod ich potrzeby i możliwości, co nie zawsze było do udźwignięcia dla pozostałych. Ograniczenia sprawczej aktywności Silnych – w tym rozmaite serwituty na rzecz tych, którzy nie byli Silni – zostały rozbrojone jako krępujące. Uwolnienie od ograniczeń, wyzwalające aktywność tych, którzy nieśli potencjał sprawczej energii, miało przynieść niedostępny wcześniej przyrost bogactwa i pomyślności. Najpierw („zasłużenie”) tym, którzy go wygenerowali, ale z czasem korzyści miały mieć powszechny zasięg i objąć wszystkich.

Że tak się nie stało, że korzyści z „uwolnienia” aktywności Silnych i Sprawnych na rzecz bogactwa i rozwoju bynajmniej nie stały się udziałem wszystkich, nawet większości – dziś już wiadomo. Dochodzenie do takiej świadomości, czyli uświadamianie sobie głębokiego rozczarowania tak niesprawiedliwym urządzeniem świata trwało długo, a dzisiaj ta świadomość eksploduje. Na szczęście w akcie wyborczym, a nie krwawej rewolcie. Zbuntowanym i rozgoryczonym nie chodzi tylko o materię, bogactwo czy dobrobyt, ani tylko materialne bezpieczeństwo. Chodzi też o sens i godność, poczucie wartości własnej. Została ona fundamentalnie podkopana przez propagowany masowo wzorzec mentalny, w myśl którego na szacunek zasługuje jedynie człowiek tzw. „sukcesu” (kasa, sława, władza), a pozostali to nieudacznicy. Ponieważ „sukces” jest udziałem zdecydowanej mniejszości, powyższa konstrukcja generuje – po upadku nadziei na automatyczne i „naturalne” spłynięcie bogactwa „w dół” hierarchii (dzieje się dokładnie odwrotnie) – oceany frustracji i upokorzenia, a potem wściekłości i agresji.

Wolność – bez równości i braterstwa

Znoszenie ograniczeń dla swobodnej działalności kreatorów „bogactwa i rozwoju” ma za uzasadnienie ideę indywidualnej wolności, wyniesionej ponad wszystko i oderwanej od innych nowożytnych fundamentów aksjologicznych dobrego społeczeństwa, czyli równości i braterstwa. „Inni” to piekło i konkurencja, jesteście sami i musicie sobie radzić. Społeczeństwo nie istnieje, są tylko jednostki („There is no such thing as society” – Margaret Thatcher) walczące z innymi o indywidualny sukces, to jeden z aksjomatów neoliberalizmu. W Polsce w okresie transformacji społeczno-ekonomicznej establishment wbił do głowy nawet szczerym i wytrawnym socjaldemokratom (np. Jackowi Kuroniowi…), że im bardziej brutalny kapitalizm zostanie zaprowadzony, tym lepiej, bo tym szybciej będziemy się rozwijać i stawać się krajem naprawdę cywilizowanym. Stąd porządki zaprowadzane po 1990 r. tworzyły kraj przyjazny dla „ludzi sukcesu”, którzy mieli wreszcie utworzyć upragnioną, oczekiwaną klasę średnią. Reszta, czyli większość, znalazła się we własnym (?) kraju i państwie na pozycjach peryferyjnych. Można powiedzieć, że została „porzucona” przez własne państwo i jego elity.

Tymczasem to właśnie słabsi (społeczno-ekonomicznie, politycznie) członkowie społeczności, których zwykle jest najwięcej, potrzebują władzy, państwa, prawa dla chronienia ich podstawowych potrzeb. Nasilniejsi i najbogatsi mogą sobie wszystko kupić (albo „załatwić”): od bezpieczeństwa i sprawiedliwości po zdrowie i wykształcenie. Działo się odwrotnie, w rezultacie rozwój („rozwój”?) miał charakter jednostronny, koślawy. Rozwój dla jednych, stagnacja dla wielu innych. W rezultacie rozpadło się ogólnospołeczne „my”, w Polsce żywe jeszcze na początku lat 90-tych. Rozpadło się na dwa społeczeństwa, kiedyś komplementarne, potem alternatywne, obecnie przeciwstawne. Ściślej – na cały archipelag „segmentów” społecznych – społeczności, środowisk, obozów, plemion mających ze sobą coraz mniej wspólnego. Na krótszą metę to społeczne rozbicie i nierówności sprzyjały interesom grup najsilniejszych. W ostatnim czasie pojawiła się świadomość ekonomicznych kosztów takiej sytuacji (Picketty i „Kapitał XXI wieku”) i zagrożeń dla całokształtu ładu światowego, ale mocno późno.

Sama kategoria „wspólnoty” była w demoliberalnym dyskursie nacechowana raczej negatywnie, z historycznie uzasadnionych powodów – skojarzeń z nacjonalizmem, ksenofobią, autorytarnym kolektywizmem sprzecznym z indywidualną wolnością. Używano neutralnych pojęć „społeczeństwo”, „społeczność” – opisowych, a nie nacechowanych, jak „wspólnota”, afirmacją i metafizyką potencjalnie groźną. Do wspólnoty się przynależy i ona wiąże, rolę społeczną się przyjmuje i bywa, że można ją negocjować lub zmienić. Okazało się jednak, że dla bardzo wielu „wspólnota” jest jak żyzna gleba, bez której życie nie jest możliwe albo pozostaje jałowe. I groźne, bo z ich perspektywy bez przynależności jednostka jest nikim, jest sama, wyobcowana, bezbronna. „Istnienie zbiorowe” ma dziś swoje silne racje w konfrontacji z liberalną, indywidualną wolnością. Obok upokorzenia ze strony systemu nobilitującego Silnych, a pozostałych dyskredytującego, oraz realnego upośledzenia pod względem szans na zaspokojenie potrzeb życiowych na wystarczającym poziomie – destrukcja więzi wspólnotowych jest najistotniejszym źródłem narastającej frustracji, wściekłości i na koniec buntu.

Polskie końce świata

W Polsce stare wspólnoty straciły przywódców przez wojenne wyniszczenie elit, co zdaniem Andrzeja Ledera („Prześniona rewolucja”) było częścią rewolucji społecznej spowodowanej przez nazistów i radzieckich. Przede wszystkim jednak wspólnoty rozpadły się z historycznych powodów – na skutek wojny, eksterminacji, wysiedleń i przesiedleń, migracji ze wschodu na zachód oraz ze wsi do miast i z prowincji do centrum, urbanizacji i industrializacji. Oraz, zwłaszcza, opresji komuny, która intencjonalnie rozbijała stare więzi wspólnotowe, zaprowadzając „nowy kolektywizm”, programowo plebejski. Wielki ruch „Solidarności” to była skoncentrowana emanacja tego egalitarnego, socjalistycznego społeczeństwa, posiłkująca się tradycyjną symboliką – narodową i religijną. Z kolei transformacja ustrojowa lat 90-tych ten kolektywny ład rozbiła, a wcześniejszych więzi nie ożywiła – bo nie mogła i nie chciała.

Socjolog Stefan Nowak w latach 70-tych odkrył fenomen „próżni socjologicznej”. Badania pokazały, że Polak/Polka dysponuje identyfikacją społeczną na dwóch przeciwstawnych poziomach – mikro i makro. Poziom mikro obejmuje rodzinę, krewnych, najbliższych przyjaciół i sąsiadów. Poziom makro to (wyobrażony) naród polski, także z kościołem rozumianym dość abstrakcyjnie. Pomiędzy nie było nic – żadnych innych społecznych bytów średniej skali, z którymi Polacy by się identyfikowali, jak kluby, zrzeszenia, organizacje społeczne, związki zawodowe, korporacje branżowe, lokalne zrzeszenia mieszkańców itp. Nie oznacza to, że takiej społecznej organizacji nie było, przeciwnie, była i bywało, że ludzie byli w tę działalność głęboko zaangażowani. Jednak badania pokazały brak głębszej identyfikacji z nimi, typu wspólnotowego. Jest oczywiste, że komuna nie dopuszczała autentycznej, oddolnej i autonomicznej aktywności, która nie byłaby politycznie kontrolowana, jako niedopuszczalnego przejawu wolności zrzeszania się.

Socjalistyczny kolektywizm był specyficznie „abstrakcyjny”, czego wyrazem był ogólnonarodowy zryw „Solidarności”, a jednocześnie np. kompletny brak szacunku dla własności wspólnej, czyli społecznej. Transformacja ustrojowa lat 90-tych unicestwiła ten niewielki pozostały po jej rozbiciu potencjał uspołecznienia i wspólnotowości, przez komercjalizację osłabiła więzi rodzinne , przyjacielskie, sąsiedzkie, zaś „naród” i kategorie pochodne na lata znikły z mainstreamowego dyskursu publicznego. W sensie egzystencjalnym zwykły człowiek pozostał z niczym. Niektórzy karmili się długo iluzjami szans na materialny sukces, mający umożliwić satysfakcjonujące sycenie się konsumpcją. Kraj widziany jako supermarket, a społeczeństwo jako jego klientela, może być atrakcyjny, ale tylko kiedy ma się forsę…

Transformacja… świadomości

Czas transformacji społeczno-ekonomicznej, czyli lata 90-te, to okres destrukcji mentalnego ładu posocjalistyczno-posolidarnościowego. W istocie chodziło od odwrócenie porządku (względnego), jaki ludzie mieli w głowach po kilkudziesięciu latach centralnie planowanej, niekomercyjnej gospodarki państwowej, stosunków kolektywnych i autorytarnych rządów oraz po ogólnonarodowym doświadczeniu zrywu „Solidarności”, a potem złamania tego ruchu, Zadanie było karkołomne – wykazać, że polityka radykalnego odejścia od idei „Solidarności”, z całym ich aksjologicznym zapleczem (w tym lewicowym, wspólnotowym, socjalnym), to konsekwentna i wierna ich realizacja. Różnym wymiarom tych praktyk i reakcjom na nie poświęcono trochę uwagi, powstało kilka znaczących książek, niekoniecznie eksponowanych – m.in. „Klęska ‘Solidarności’ Davida Osta, „Prywatyzując Polskę” Elizabeeth Dunn albo „Siedmiolatka, czyli kto nam ukradł Polskę” Jacka Kuronia. Nie wchodząc tu w szersze analizy, warto przypomnieć niektóre obrazy sytuacji perswazyjno-dyskursywnych charakterystycznych dla tamtego okresu.

Społeczny, socjalny, wspólnotowy i lewicowy (socjalistyczny – poza własnym doświadczeniem i oceną taką interpretację NSZZ „Solidarność” lat 80-tych daje Karol Modzelewski, ówczesny rzecznik prasowy Związku, w swojej głośnej, autobiograficznej książce „Zajeździmy kobyłę historii, czyli wspomnienia poobijanego jeźdźca”) charakter związku „Solidarność” propaganda wczesnej transformacji przykryła dyskursem antykomunistycznym, narodowym, wolnościowym. Jakkolwiek prawdopodobnie największe znaczenie perswazyjne miała obietnica powszechnego zbawienia w raju masowej konsumpcji, dobrobytu dla wszystkich, który zapewni kapitalizm jak najbardziej „ortodoksyjny” – w obiegu była narracja o „tygrysach wschodu”, których błyskawiczny rozwój gospodarczy miał być wzorem.

W zwięzłej syntezie propagowanej ówcześnie, topornej aksjologii rywalizacja (indywidualna o „sukces”) była przeciwstawiona współdziałaniu, egoizm – solidarności, interesowność – altruizmowi, indywidualność była przeciw wspólnocie, a pragmatyczny materializm przeciw idealizmowi, rynek („wolny”) – państwu („marnotrawnemu” i „rozbuchanemu”), a władza publiczna (niewydolna i sprzedajna) – biznesowi (z natury efektywnemu). Taki naiwny i prostacki przekaz miał być odtrutką na toksyczne miazmaty „komuny” i ekspresowo przekształcić świadomość społeczną na wzór (wydumany! zmitologizowany!)) burżuazyjnych społeczeństw Zachodu.

W kwestii własności aksjologiczna przewaga własności prywatnej jako najbardziej „godnej”, „słusznej” i „naturalnej”, zsakralizowanej („święte prawo własności”…), uzyskała najwyższą podstawę formalno-prawną w zapisie konstytucyjnym (Art. 20-22). Praktyczne tego skutki są widoczne np. w orzecznictwie sądów, gdzie własność inna niż prywatna – państwowa, społeczna, komunalna, grupowa-wspólna jest na gorszej pozycji. Intencją było wymierzenie historycznej sprawiedliwości komunie, deprecjonującej własność prywatną. Efektem stała się reguła, że wielka własność wygrywa z małą, prywatna z publiczną, komercyjna z użytkową/osobistą. Czyli rządzi wielki biznes, a korzyści płynące z tranformacji społeczno-ekonomicznej są prywatyzowane, zaś jej koszty – uspołecznione. Państwo i prawo jest silne wobec słabych, a słabe wobec silnych. W wymiarze praktycznym – wielki biznes wygrywa z władzą publiczną i podmiotami społecznymi nie tylko dzięki zapisom Konstytucji i ustaw. Wygrywa, bo stać go na najlepsze kancelarie prawne, lepsze niż radcy w urzędach albo działający pro bono adwokaci wspierający NGO-sy..

Lata 90-te to był czas wbijania do głów neoliberalnej aksjologii i filozofii społeczeństwa i gospodarki, opartej na wizji brutalnego darwinizmu, egoistycznej rywalizacji w dżungli o „sukces”, pieniądze, pozycję… Gdzie wspólnota, współdziałanie, państwo i sfera publiczne są szkodliwe i powinny być ograniczane. Dość żenującym przykładem jest wieloletnia kampania mediów liberalnych, propagująca różne sposoby obchodzenia systemu podatkowego, która nasila się w okresie rozliczeń podatku dochodowego. Okazuje się, że dzisiaj młodzi buntownicy, poszukujący w nacjonalizmie pożywnej egzystencjalnie i emocjonalnie wspólnoty, wyznają społeczny darwinizm w wymiarze ekonomicznym, łącząc go ze wspólnotowością w wymiarze symbolicznym, nasyconym tradycjonalnymi treściami.

Finale

Nowe „My” wyrastające na takiej glebie warunków społeczno-ekonomicznych, w opozycji do projektu emancypacyjnego lewicowo(?)-liberalnego, który okazał się wykluczający, oznacza REGRES. Bo to „powrót” do archaicznych formuł istnienia zbiorowości – etnicznych, plemiennych, narodowych, rasowych, zwróconych przeciw innym, wspólnot agresji, odwetu i eksploatacji. Wydawało się, że bolesne lekcje historii ten etap skompromitowały. Wykluczeni na szeroką skalę przez neoliberalną gospodarkę i ekskluzywny projekt emancypacyjny nie dążą jednak do zanegowania systemu i sposobu myślenia, który z zasady żeruje na słabszych. Wyzwolone demony przeszłości nie prowadzą do zniesienia wykluczenia i dyskryminacji, tylko do ich radykalizacji przez wykluczenie Innych. Według potrzeb i namiętności.

Wydaje się, że polska debata publiczna zatrzymała się gdzieś w XVII/XVIII wieku. Jej głównymi podmiotami są współczesne wcielenia sarmatów, a spór-walka toczy się pomiędzy Sarmatami „progresywnymi” próbującymi implementować „nowinki” z Zachodu, a Sarmatami „tradycjonalistami”, broniącymi pod hasłami Bóg-honor-ojczyzna wzorów życia (wyobrażonego) z przeszłości. To jest prastary konflikt polski z bajek biskupa Krasickiego, komedii Fredry i „Pana Tadeusza”, odgrywany ponownie i wciąż jak chocholi taniec. Mentalnie sprzed oświecenia… Jedni i drudzy wznoszą się wysoko nad ludem prostym, w którym nie widzą podmiotu praw, wolności i polityki. Jednak Sarmaci tradycjonalni jako dobrzy panowie rozdają szczodrze jałmużnę w naszym folwarku, czym zyskują wdzięczność i poparcie ludu prostego. Sarmaci progresywni, zgodnie ze swoimi wyobrażeniami o „postępie”, tokują o dawaniu ludowi prostemu wędki zamiast ryby, kiedy sami uprawiają rybołówstwo za pomocą generatorów prądu dużej mocy. Toteż dostępnych ryb dawno już w stawach nie ma.

***

Nie udało nam się wykreować projektu nowoczesnej, otwartej, nieekskluzywnej i prospektywnej wspólnoty ludzi równych, ale różnych, a tym bardziej nie udało się do niego na szerszą skalę przekonać i wprowadzić w życie. Dlatego rozdziobią nas kruki, wrony…. Co też już było.

W czasie wykładu w Australii Naomi Klein skrytykowała niebezpieczną politykę klimatyczną Donalda Trumpa, określając ją jako „niemoralną i potworną”.

Kanadyjska pisarka i aktywistka, Naomi Klein odebrała 2016 Sydney Peace Prize i wygłosiła ciętą mowę, w której odniosła się do zwycięstwa Donalda Trumpa w wyborach prezydenckich i czynników, które to umożliwiły.

Jeżeli istnieje jedna, najważniejsza lekcja, jaką można wyciągnąć ze zwycięstwa Trumpa, być może brzmi ona: „Nigdy, ale to nigdy nie lekceważmy siły nienawiści, bezpośredniego odwołania się do niechęci wobec „innych” w celu przejęcia władzy…szczególnie w czasie kryzysu gospodarczego” – powiedziała Klein, autorka między innymi „Doktryny Szoku” i „To zmienia wszystko: Kapitalizm  kontra klimat”.

Nazywając Trumpa „demagogiem”, Klein omówiła następnie inne lekcje, jakie „można wyciągnąć z naszej, trwającej zaledwie trzy dni, nowej rzeczywistości”.

Powiedziała, że jedna z nich to fakt, że „cierpienie będące konsekwencją kryzysu gospodarczego jest realne i nie znika samo z siebie – po czterech dekadach korporacyjnej polityki neoliberalnej i prywatyzacji, deregulacji, wolnego handlu i zaciskania pasa możemy być tego pewni”.

Następna lekcja jest taka, że „jedynie odważny program, który jest autentycznie re-dystrybucyjny, może przemówić do tego bólu i frustracji i skierować je tam, gdzie leży prawdziwa przyczyna – w stronę sprzedajnych elit politycznych, które wzbogaciły się ponad miarę na wyprzedaży majątku publicznego, grabieży naszych ziemi, wody i powietrza, i deregulacji naszego systemu finansowego”.

Lecz stworzenie takiego programu wymaga odrobienia „jeszcze głębszych lekcji”, powiedziała Klein.

„Jeśli chcemy obronić się przed takimi jak Donald Trump – a każdy kraj ma swojego Trumpa – musimy natychmiast skonfrontować się z-, i zwalczyć rasizm i mizoginię w naszej kulturze, w naszych ruchach, i w nas samych. Tego nie można odkładać na później, nie można traktować jako dodatku. Jest to kluczowa przyczyna,, umożliwiająca komuś takiemu jak Trump dojście do władzy”.

„Nie wystarczy również założenie, że jeśli walczymy o pokój i sprawiedliwość ekonomiczną, największe korzyści z tego odniosą Czarni i ludy tubylcze, ponieważ to oni są najbardziej poszkodowani przez obecny system nierówności gospodarczej, represje państwowe i zmiany klimatu” – powiedziała. „Istnieje zbyt długa i bolesna historia ruchów lewicowych i liberalnych, które wystawiły do wiatru kolorowych pracowników, ludy tubylcze, kobiety i ich pracę. Dla zbudowania ruchu, który rzeczywiście nie będzie wykluczał nikogo, konieczna jest prawdziwie nie wykluczająca wizja, która zaczyna się od tych, którzy są traktowani najbardziej brutalnie i wykluczeni, i to oni powinni mieć decydujący głos w jej kształtowaniu”.

W osobnych wywiadach, których udzieliła w czasie pobytu w Australii w celu odebrania nagrody, i w komentarzu obok artykułu wstępnego opublikowanego w czwartek, Klein szczególnie ostro skrytykowała niebezpieczną politykę klimatyczną Trumpa – w tym jego zapowiedź wycofania Stanów Zjednoczonych z Porozumienia Paryskiego, które ma na celu ograniczenie globalnego ocieplenia.

„Poza USA, w obliczu groźby samowolnego zniszczenia tego porozumienia powinniśmy zacząć domagać się sankcji ekonomicznych wobec USA” – napisała Klein.

Planowane przez Trumpa podwojenie krajowej produkcji paliw kopalnych przy jednoczesnym ograniczeniu pomocy dla krajów biednych, które są najbardziej dotknięte podnoszeniem się poziomu morza, określiła jako „niemoralne i potworne”.

„Wierzę, że społeczność międzynarodowa odpowie bardzo, bardzo szybko. Musimy dać sygnał, że nie można wyrzucać na śmietnik tych wypracowanych z takim trudem porozumień międzynarodowych i nie ponieść żadnych konsekwencji”.

Deirdre Fulton, Common Dreams

źródło: Common Dreams

Artykuł udostępniony na podstawie licencji Creative Commons Attribution-Share Alike 3.0 License

Tłumaczenie: Jan Skoczylas

za: Ekobuddyzm – buddyzm ekologiczny

Zieloną gospodarkę przedstawia się jako model przeciwdziałania kryzysom ekologicznym i gospodarczym. Czy może ona spełnić pokładane w niej nadzieje? Thomas Fatheuer, Lili Fuhr i Barbara Unmüßig z Fundacji im. Heinricha Bölla przyglądają się jej podstawowym założeniom, hipotezom i propozycjom oraz ukazują ich rzeczywiste konsekwencje.

Więcej o książce: Inside the Green Economy – Promises and Pitfalls

 

 1. Zielona gospodarka stanowi optymistyczną wizję stopniowego wycofywania paliw kopalnych i poszanowania środowiska dzięki technologiom i zwiększonej wydajności wykorzystywania zasobów

W zbiorowej świadomości zielona gospodarka jest próbą odejścia od naszych tradycyjnych sposobów działania opartych na paliwach kopalnych. Jej przesłanie jest miłe i optymistyczne – rozwój gospodarczy może trwać i być ekologiczny. Ma ona nawet nadzieję stać się siłą napędową dodatkowego wzrostu. Jednak pogodzenie niwelowania zmian klimatycznych i ochrony zasobów z rozwojem gospodarczym w świecie ograniczonych zasobów i niesprawiedliwości pozostaje złudzeniem. Pojęcie „zielonej gospodarki” nasuwa pozytywne skojarzenia i sugeruje, że świat, jakim znamy go dziś, będzie nadal istniał w dotychczasowej formie dzięki zielonemu paradygmatowi wzrostu charakteryzującego się większą wydajnością i mniejszym zużyciem zasobów.

Ktokolwiek składa takie obietnice, z pewnością celowo umniejsza złożoność problemu i mocno wierzy w obiecywane cuda gospodarki wolnorynkowej oraz postępu technologicznego, ignorując jednocześnie nierówności społeczne i unikając konfrontacji z istniejącymi strukturami władzy ekonomicznej i politycznej. Okazuje się więc, że zielona  gospodarka jest kwestią wiary i wybiórczej percepcji.

Może stać się realistycznym rozwiązaniem na przyszłość tylko wtedy, gdy uwzględni ograniczoną dostępność zasobów, przezwycięży niesprawiedliwości społeczne i polityczne oraz zapewni zarówno gwałtowną redukcję emisji i konsumpcji, jak również sprawiedliwą dystrybucję zasobów.

2. Powiększenie rynku remedium na jego zawodność – przedefiniowanie przyrody zamiast biznesu

Zielona gospodarka na nowo określa koncepcję prymatu ekonomii jako ostatecznej odpowiedzi na obecne kryzysy. Jej replika brzmi: „jeszcze więcej ekonomii”. Ekonomia stała się bowiem walutą polityki, jak twierdzą jej entuzjaści i zwolenniczki. W konsekwencji chcą oni zniwelować zawodność gospodarki wolnorynkowej poprzez zwiększenie rynku, tak by objął  sfery znajdujące się uprzednio poza jego zasięgiem poprzez ponowne ustalenie relacji między naturą a gospodarką.

W rezultacie nie zmienia się sposób, w jaki robimy interesy, lecz powstaje nowa koncepcja przyrody, w której mówi się o usługach ekosystemów oraz o przyrodzie jako kapitale. Zamiast redefinicji biznesu zielona gospodarka proponuje przemianować biosferę poprzez jej pomiar i rejestrowanie, wycenę i ujęcie w bilansie – w oparciu o abstrakcyjną globalną walutę, jaką stanowią jednostki węglowe.

Przesłania to wiele strukturalnych przyczyn kryzysu środowiskowego i klimatycznego, przez co nie są już one uwzględniane przy poszukiwaniu realnych i opłacalnych rozwiązań. Konsekwencje takiego podejścia znajdują swoje odzwierciedlenie w nowych mechanizmach rynkowych dotyczących obrotu zbywalnymi jednostkami bioróżnorodności. W wielu przypadkach nie powstrzymują one degradacji ekosystemów, lecz jedynie organizują je według zasad rynkowych.

Zielona gospodarka sprowadza fundamentalną i niezbędną transformację do kwestii czysto ekonomicznych i daje złudzenie, że jej wdrożenie może nastąpić bez większych wstrząsów i konfliktów.

3. Polityka ekologiczna to coś więcej niż tylko emisja dwutlenku węgla

Główna strategia dekarbonizacyjna zielonej gospodarki zawiera się w powtarzanym jak mantra haśle o konieczności „nałożenia ceny na węgiel”. Podejście sprowadzające wszystko do cen i jednolitej waluty (kredytów węglowych) jest ograniczone.

Dekarbonizacja może przyjmować różne formy  – stopniowe wycofywanie węgla, ropy i gazu, wyrównywanie szkód wynikających z emisji gazów poprzez składowanie „ekwiwalentnych” ilości węgla w roślinach lub glebie czy też wykorzystanie technologii sekwestracji dwutlenku węgla (ang. CCS – Carbon Capture and Storage) na skalę przemysłową. Ze społecznego i ekologicznego punktu widzenia alternatywy te przynoszą zupełnie odmienne skutki.

Globalny kryzys nie dotyczy jedynie klimatu. Powszechnie już uznawane pojęcie „ograniczonych zasobów planety”, stworzone przez Stockholm Resilience Centre, wskazuje trzy obszary, w których ludzkość przekroczyła już bezpieczne granice w zakresie samej tylko ekologii, mianowicie:

  • zmiany klimatu,
  • utrata bioróżnorodności,
  • rosnący poziom zanieczyszczenia azotem (szczególnie z  powodu wykorzystywania nawozów w rolnictwie).

Zielona gospodarka pomija złożoność i interaktywny charakter tych kryzysów, redukując ratowanie świata do prostej narracji o modelu biznesowym i jednej globalnej abstrakcji – ekwiwalentu węgla.

4. Fetysz innowacji – bez uwzględnienia ukrytych interesów i struktur władzy

Wiara w udoskonalenia inżynieryjne jest kluczowa dla obietnic programu zielonej gospodarki. Bez wątpienia potrzebujemy nowatorstwa na każdym poziomie – społecznym, kulturowym i technologicznym – w celu urzeczywistnienia globalnych przemian.

Pomysły na ulepszenia, szczególnie te natury technologicznej, należy jednak zawsze rozpatrywać w ujęciach społecznych, kulturowych i środowiskowych. Wszak nie zachodzą w sposób automatyczny czy oczywisty. Kształtują ją interesy oraz struktury władzy podmiotów społecznych. Dlatego też wiele innowacji nie przyczynia się do gruntownych przemian, legitymizując status quo i przedłużając często okres stosowania produktów i systemów nieprzystosowanych do przyszłościowych wyzwań.

Na przykład przemysł motoryzacyjny produkuje więcej wydajnych silników spalinowych niż kiedykolwiek wcześniej. Jednocześnie wytwarza jednak większe pojazdy o wyższej mocy i masie. Ponadto branża motoryzacyjna wykazała się wielką innowacyjnością, również w manipulowaniu testami emisyjnymi, co ukazała niedawna afera „dieselgate”. Należy też wspomnieć o śmiałym zastąpieniu paliw kopalnych biopaliwami, które są wysoce problematyczne zarówno pod względem społecznym, jak i ekologicznym.

Czy możemy spodziewać się, że taka branża odegra wiodącą rolę w przemianach, które radykalnie zrestrukturyzują nasz system transportu, w dodatku ograniczą liczbę prywatnych samochodów?

Innowacje zmieniają nasze życie, lecz nie czynią cudów. Technologia jądrowa nie rozwiązała światowych problemów energetycznych, zaś zielona rewolucja nie położyła kresu głodowi na świecie. Przykłady energii atomowej, biologii syntetycznej (będącej nową ekstremalną formą inżynierii genetycznej) i geoinżynierii pokazują, jak kontrowersyjne mogą okazać się technologie, jeżeli ich ograniczenia i związane z nimi ryzyka społeczne i ekologiczne nie zostały zawczasu poddane dokładnej i wielowymiarowej analizie.

5. Fałszywa obietnica efektywności

Prawdą jest, że nasza gospodarka staje się coraz bardziej wydajna, co jest zjawiskiem pozytywnym. Przy obecnym tempie rozwoju nie jest to jednak wystarczające. Na przykład poszczególne artykuły gospodarstwa domowego zużywają wprawdzie mniej energii, ale w naszych mieszkaniach znajduje się więcej sprzętu elektrycznego niż kiedykolwiek wcześniej. Ten efekt odbicia zmniejsza pozytywny wpływ wyższej wydajności.

Względne uniezależnienie wzrostu gospodarczego od zużycia energii jest możliwe. Aby doprowadzić do potrzebnych przemian, potrzeba jednak dużo więcej – radykalnego i absolutnego ograniczenia zużycia energii i zasobów, w szczególności w krajach uprzemysłowionych. To bezwzględne ograniczenie będzie realistyczne wyłącznie pod warunkiem zakwestionowania modelu dobrobytu opartego na wzroście.

Dla świata zamieszkanego przez dziewięć miliardów ludzi nie istnieje realny scenariusz, który w wiarygodny sposób łączyłby wzrost, bezwzględne ograniczenie eksploatacji środowiska i zwiększenie poziomu globalnej sprawiedliwości.

6. Zielona gospodarka jest apolityczna – ignoruje prawa człowieka oraz partycypację w procesie podejmowania decyzji

Scenariusz zielonej gospodarki posiada wiele białych plam – niespecjalnie interesuje się polityką, ledwie dostrzega prawa człowieka, nie uznaje partnerów społecznych i sugeruje możliwość bezkonfliktowych reform. Konflikty społeczne – w związku z budową farm wiatrowych lub wielkich tam bądź wynikające ze sporu o to, kto dysponuje potencjałem magazynowania dwutlenku węgla w lasach – są pomijane.

Wychodząc z założenia, że status quo nie wchodzi w grę zielona gospodarka dostarcza pozornie apolitycznych narzędzi służących do przejęcia kontroli nad ścieżką przemian przy jednoczesnym odwróceniu uwagi od kwestii interesów gospodarczych i politycznych, struktur władzy i własności, praw człowieka oraz zasobów władzy.

7. Realizm zamiast myślenia życzeniowego – przyszłość potrzebuje polityki środowiskowej, która potrafi radzić sobie z konfliktami

Aby sprostać wyzwaniom jutra, potrzebujemy realistycznego spojrzenia na świat, którego nie zniekształca myślenie życzeniowe. Innymi słowy – nie będzie ani prostych rozwiązań, ani sytuacji, gdy zawsze wygrywają obie strony. Nie zawsze da się pogodzić ekologię z biznesem. Wymagane przemiany wpłyną na interesy władzy, co spowoduje, że pojawią się przegrani. Doprowadzenie do przemian nie będzie możliwe bez twardych negocjacji, konfliktu i oporu.

Jest to wezwanie do działania, w szczególności dla decydentów i decydentek. Kluczem do większych sukcesów ekologicznych jest dobrze rządzenie. Ukierunkowana i egzekwowana ochrona siedlisk ludzkich i naturalnych jest dużo bardziej skuteczna niż monetyzacja przyrody i siedlisk ludzi, którzy chronią swoje ekosystemy od tysiącleci.

Nie trzeba regulować każdego szczegółu. Czasami jednak zakazy – m.in. używania takich substancji jak benzyna ołowiowa, wysoce toksyczne pestycydy czy freony – są nieuniknione, podobnie jak niezależny monitoring oraz bezwzględne limity i cele ograniczenia emisji.

8. Alternatywy są możliwe

Nie brakuje ani alternatyw, ani dobrych przykładów. Rolnictwo ekologiczne rozwija się na szeroką skalę – to wysoce produktywny sektor gospodarki. Teoretyczne podstawy alternatywnych systemów mobilności usieciowionej, które nie bazują na autach prywatnych, lecz integrują pojazdy o zerowym poziomie emisji, zostały już opracowane i znajdują się we wczesnej fazie wdrażania.

Przede wszystkim do innowacji poza technologiami należą nowe style życia i zarządzania miastem. Zdecentralizowane dostawy energii odnawialnej znajdują się w zasięgu Realpolitik, podobnie jak eliminacja dotacji szkodliwych dla środowiska.

W gruncie rzeczy nie brakuje progresywnych rozwiązań, ale władzy gotowej do ich urzeczywistnienia, w szczególności wobec oporu ze strony głęboko zakorzenionych interesów mniejszości. W takich warunkach obsesja na punkcie pytania o to, jak osiągnąć ekologiczny wzrost, przynosi skutki odwrotne do zamierzonych.

Świat, w którym za jedyną uznaną odpowiedź uchodzi „więcej rynku” i innowacje technologiczne nastawione na dalszy wzrost, udaje, że istotna kwestia stworzenia lepszej przyszłości przy odmiennym i różnorodnym wykorzystaniu mniejszej ilości zasobów jest już nieaktualna.

9. Kwestia władzy – ponowne upolitycznienie polityki środowiskowej

Radykalny realizm ma fundamentalne znaczenie dla zrozumienia ekologii politycznej jako niestroniącej od niewygodnych pytań i poszukującej w społeczeństwie większości, która pozwoli doprowadzić do przemian sprawiedliwych pod względem społecznym i ekologicznym. Autorki i autor wzywają do ponownego upolitycznienia kwestii środowiskowych i powrotu do pojęcia „ekologii politycznej” jako sposobu zrozumienia złożonych relacji między polityką a ekologią oraz pomiędzy ludźmi jako częścią przyrody. Takie świeże ujęcie da polityce środowiskowej i administracji prymat nad interesami gospodarczymi.

Więcej uwagi należy koniecznie poświęcić związkom między innowacjami społecznymi, kulturowymi i inżynieryjnymi. Technologie – a szczególnie ich wpływ na społeczeństwo i ekologię – powinny stać się przedmiotem szerokiej debaty oraz demokratycznej kontroli.

Zazielenienie gospodarki poprzez ochronę zasobów, odnawialne źródła energii, efektywność energetyczną i skuteczne bodźce gospodarcze w postaci np. ulg podatkowych stanowi niewątpliwie element rozwiązania. Jednakże projekt globalnych przemian społeczno-ekologicznych sięga dużo dalej – musi zakwestionować obowiązującą władzę, nadać priorytet demokratycznie legitymizowanym procesom i strukturom podejmowania decyzji, a także skupić się na zgodności z podstawowymi normami ochrony środowiska i praw człowieka.

Odwrócenie trendu będzie musiało być bardziej radykalne niż oferta zielonej gospodarki. Będzie wymagać pasji i optymizmu, a także wiązać się z kontrowersjami i walką. Książka „Zielona gospodarka od środka – obietnice i pułapki” jest częścią światowych poszukiwań i zaprasza czytelników i czytelniczki do udziału w debacie.

źródło: Fundacja Heinricha Bölla

Artykuł udostępniony na podstawie  licencji Creative Commons Attribution-ShareAlike 3.0 Unported License

Obrazek: Creator: ManuDs. Creative Commons License LogoZdjęcie na licencji Creative Commons License.

Podczas gdy Mahatma Gandhi jest przede wszystkim kojarzony ze swoją  kampanią  na rzecz zakończenia brytyjskiego kolonializmu pół wieku temu, większa część pracy jego życia poświęcona była przywróceniu witalności Indii i regeneracji ich kultury od samych podstaw.

Był niezmordowanym orędownikiem  idei, którą nazywał swadeshi, lub lokalną samowystarczalnością. Wierzył, że duch Indii zawarty jest w społeczności wiejskiej, a prawdziwa wolność narodu indyjskiego może być osiągnięta jedynie poprzez stworzenie konfederacji samorządnych,  samodzielnych i  pracujących na własny rachunek społeczności ludzi żyjących na wsi, którym środków do godziwego życia dostarczają produkty z ich własnych gospodarstw.

Jak pokazała historia,  po uzyskaniu przez Indie niepodległości  idee Gandhiego zostały zignorowane, szczególnie jego nauki o oszczędności i ochronie zasobów. Podobnie jak wiele innych krajów rozwijających się, Indie przez pewien czas flirtowały z socjalizmem, później jednak porzuciły go na rzecz reform rynkowych w stylu zachodnim. Obecnie wszystkie główne partie polityczne wiążą przyszłość  kraju z rozwojem najnowszych technologii, co  najprawdopodobniej przyniesie krótkoterminowe korzyści niektórym Hindusom, ale w dłuższym okresie czasu pociągnie za sobą negatywne konsekwencje społeczne i ekologiczne.

Lecz jednocześnie  rośnie w siłę ruch społeczny nawiązujący do idei Gandhiego i czerpiący z nich inspirację. Coraz więcej i więcej ludzi, w Indiach i gdzie indziej, zaczyna kwestionować wartość reform wolnorynkowych i deregulacji. Dostrzegli oni, że dążenie do globalizacji gospodarczej wywołało  mnóstwo negatywnych skutków, od pogłębienia nierówności ekonomicznych i przeludnionych miast, po zniszczenie środowiska i unicestwienie tradycji i kultur lokalnych.

Jedną z czołowych  spadkobierczyń intelektualnej spuścizny Gandhiego jest Vandana Shiva,  z wykształcenia fizyk i filozof kultury, która zyskała znaczną renomę, jako orędowniczka zrównoważonego rozwoju,  samostanowienia, praw kobiet i sprawiedliwości ekologicznej.  Napisała ponad tuzin książek, m.in.: Monocultures of the Mind, Staying Alive: Women, Ecology and Development, i Biopiracy. Jest również znana w Indiach  z powodu swojego zaangażowania w  działania obywatelskie na rzecz  ocalenia  lasów, rozwoju  sieci współpracy kobiet  oraz ochrony bioróżnorodności.

Vandana Shiva jest dyrektorką  the Research Foundation for Science, Technology, and Natural Resource Policy w Dehra Dum. Otrzymała liczne nagrody I wyróżnienia, w tym w 1998 roku  Alfonso Comin Award i w 1993 roku Right Livelihood Award, nazywaną również Alternatywną Nagrodą Nobla. Nieżyjący już ekolog, David Brower powiedział pewnego razu, że gdyby istniało stanowisko prezydenta świata, chciałby, żeby została nim Shiva.

Scott London: Z wykształcenia jesteś fizykiem i filozofem nauki.  Jak to się stało, że zainteresowałaś się aktywizmem ekologicznym,  prawami kobiet i problemami globalnej gospodarki?

Vandana Shiva: Studiowałam fizykę z powodu mojej miłości do natury. Kiedy byłam młodą studentką nauk ścisłych, uczono mnie, że fizyka jest sposobem na uczenie się  natury.  Tak więc moje podróże w dziedzinie fizyki były w istocie wyrazem tych  samych pragnień, które sprawiły, że zagłębiłam się w ekologię.  Nie są one tak naprawdę czymś różnym, oprócz tego, że jest dodatkowy wymiar –  dostrzeganie zniszczeń ekologicznych i systemu podtrzymującego życie, który pozwala nam przetrwać na tej dewastowanej przez ludzi planecie.  To sprawia, że chcę robić więcej niż tylko badania;  to zmusza mnie do działania, do interwencji.

Jestem kobietą, córką feministki i wnuczką dziadka feministy. Nie sądzę, żebym mogła uniknąć zajmowania się kwestiami kobiet. Nie zajmuję się tym dla kariery, ani nie traktuję jako profesji, jest to sedno mojej natury, jako istoty ludzkiej. Kiedy widzę  zbyt wiele niejasności w sposobach, na  jakie wyjaśnia się istnienie nierówności – dlaczego ludzie, którzy pracują najciężej na świecie, stają się najubożsi – nie potrafię po prostu zdystansować się i nie starać się zrozumieć przepaści dzielącej biednych i bogatych, która nieustannie się pogłębia, lub dlaczego tak wielu ludzi cierpi z powodu bezdomności i głodu.  Dla mnie wszystkie te kwestie – sprawiedliwości, ekologii, dociekań naukowych za pomocą fizyki – mają to samo źródło. W pewnym sensie, tak naprawdę nie zmieniłam obszaru zainteresowań, podróżowałam i podróżuję tą samą drogą.

Scott London: Czy nie jest to w jakiś sposób niezwykle, że hinduska kobieta interesuje się fizyką i robi doktorat w tej dziedzinie?

Vandana Shiva: Byłam oryginalna.  Tak naprawdę do tej pory nie wiem, co zainspirowało mnie do studiowania fizyki.  Ale odkąd miałam dziewięć lub dziesięć lat, chciałam być taka jak Einstein. Był moim bohaterem.  Nie znałam żadnych fizyków.  Nie znałam żadnych naukowców.  Nie miałam nikogo w pobliżu.  I chodziłam do szkoły, w której nie było nawet wyższej matematyki i fizyki.  Sama nauczyłam się tych przedmiotów, żeby  dostać się na studia.

Lecz wziąwszy pod uwagę to, że interesowałam się fizyką, myślę,  było mi łatwiej studiować ją w Indiach.  Sądzę, że struktury wykluczenia są mocniej wbudowane w społeczeństwo amerykańskie, na przykład młode dziewczyny, które interesują się naukami ścisłymi, po pewnym czasie przestają wierzyć w siebie. Struktury wykluczenia działają przeciwko nim.  W Indiach mamy inne struktury wykluczenia,  ale nie wokół nowoczesnej wiedzy naukowej.  Więc jeśli jesteś w stanie to robić, nikt cię nie będzie zatrzymywał,  ponieważ nie uważa się tego za coś, czego nie powinny robić kobiety. W gruncie rzeczy w Indiach jest więcej matematyczek,  lekarek i naukowców płci żeńskiej niż w Ameryce.  Mieliśmy nawet kobietę jako głowę państwa, a jest to coś co w Stanach Zjednoczonych jeszcze się nie zdarzyło.

Scott London (śmiejąc się): To prawda. A więc po uzyskaniu stopnia magistra w dziedzinie fizyki,  kontynuowałaś studia i zrobiłaś doktorat z filozofii nauki.

Shiva: Tak. Zaczęłam od fizyki jądrowej.  Lecz po tym, jak stałam się bardziej wrażliwa na ekologiczne  i zdrowotne konsekwencje  systemu nuklearnego – byłam pierwszą kobietą w Indiach  przygotowywaną do pracy przy reaktorze powielającym na prędkich neutronach (i byłam w nim, gdy po raz pierwszy sytuacja stała się krytyczna) – nie czułam się z tym dobrze. Zajęłam się więc fizyką teoretyczną.

Napisałam pracę magisterską na temat cząstek elementarnych. Ale podstawą cząstek elementarnych jest teoria kwantowa, wokół której było zbyt wiele problemów pojęciowych, które nie dawały mi spokoju.  Zdecydowałam się więc na pracę nad podstawami teorii kwantowej.  W tej dziedzinie zrobiłam mój doktorat.

Jedyną uczelnią oferującą taki program był Uniwersytet Zachodniego Ontario.  Zgromadził  on matematyków, fizyków, filozofów i logików z całego świata. Byłam częścią tego niezwykłego wydziału w jego szczytowym, najbardziej ekscytującym momencie, w czymś, co prawdopodobnie stanowiło pięć lub sześć najwspanialszych lat w dziedzinie podstaw teorii kwantowej.

Nie porzuciłam fizyki z powodu znudzenia. Zostawiłam ją, ponieważ  wciągnęły mnie bardziej inne kwestie. I zawsze sobie powtarzam: „Gdy będę miała 60 lat, chciałabym  wrócić do tego, co przerwałam”.

Scott London: Czy mogłabyś powiedzieć,  jakie były niektóre z tych „gorących spraw”, które tak bardzo Cię zainteresowały w tych wczesnych latach?

Vandana Shiva:  Pierwszą kwestią, która mnie zaintrygowała, była przedziwna sprzeczność pomiędzy faktem, że Indie były krajem wysoko rozwiniętym pod względem naukowym (byliśmy wtedy trzecią największą potęgą naukową na świecie), a niewiarygodnym ubóstwem, z którym w tym samym czasie musieliśmy się zmagać.  Zależność liniowa, która mówi, że nowoczesna nauka równa się rozwojowi i zmniejszeniu ubóstwa, nie odnosiła się do Indii. Nie działała. Coś było nie tak. Tak więc zrozumienie społecznego kontekstu nauki i technologii stało się jednym z moich imperatywów.

Inną  sprawą  było zanikanie himalajskiego lasu, w którym dorastałam. Powstał i wspaniale się rozwijał  ruch społeczny nazywany  ruchem Chipko. Kobiety wiejskie obejmowały drzewa, żeby zapobiec wycince.  Mój ojciec był leśnikiem i dorastałam na tych wzgórzach.  Widziałam, jak znikały lasy i strumienie. Przyłączyłam się do tego ruchu i zaczęłam pracować z wieśniaczkami. Dowiedziałam się od nich, jakie znaczenie mają lasy dla wiejskich kobiet w Indiach –  dostarczają opału, pożywienia i  lekarstw, są źródłem bogatej wiedzy.

Mój ojciec, który był leśnikiem z wykształceniem akademickim, wiedział co nieco o lesie. Ale stało się dla mnie jasne, że te kobiety wiedzą więcej o lokalnej bioróżnorodności niż jakikolwiek wykształcony leśnik.  Znały każdy zakątek swojego ekosystemu.  Tak wiec uczyłam się od nich i pracowałam dla nich, pisząc ich raporty i sprawozdania.

To właśnie spowodowało, że porzuciłam  pracę wykładowczyni uniwersyteckiej i założyłam instytut pod nazwą The Research Foundation for Science, Technology and Active Resource Policy. Brzmi to niezwykle górnolotnie, ale tak naprawdę oznacza bardzo prostą rzecz –  zaprzęgnięcie badań naukowych w służbę nie tylko bogatych  i posiadających władzę w społeczeństwie, czy też rządu i sektora prywatnego, lecz również ruchów oddolnych.

Dostrzegłam znakomite pomysły powstające w tych ruchach, które potrzebowały lepszej artykulacji, szczegółowego opracowania i systematycznej analizy.  Po prostu poszłam za tym, i jest to bardzo ekscytujące.

Scott London: Powiedziałaś, że najważniejszy problem  stojący przed dzisiejszym światem, jest dwoistej natury: z jednej strony potrzeba zrównoważenia ekologicznego, a z drugiej sprawiedliwości społecznej. Dla wielu ludzi, szczególnie w USA, są to nie mające ze sobą związku, osobne kwestie. Lecz dla ciebie są one niemożliwe do rozdzielenia.

Vandana Shiva:  Tak,  dla mnie są one ściśle ze sobą związane, częściowo  ponieważ mój pogląd na ekologię wywodzi się z marginesów indyjskiego społeczeństwa, od producentów rolnych, którzy stanowią 70% indyjskiej populacji – ludzi, którzy są zależni od zasobów naturalnych, bioróżnorodności, ziemi, lasów i wody. Ich środkami produkcji  jest natura. Dewastacja środowiska jest więc dla nich formą niesprawiedliwości.  Kiedy las zostaje zniszczony, kiedy  obwałowuje się rzekę, kiedy zanika bioróżnorodność, kiedy pola przesiąkają wodą lub ulegają zasoleniu z powodu działalności gospodarczej, zagraża to przetrwaniu tych ludzi.  Zatem nasze ruchy ekologiczne są ruchami na rzecz sprawiedliwości społecznej.

Myślę, że przyczyna tego, że nie jest tak w warunkach północnoamerykańskich, ma związek z historią tego kraju.  Okupacja tego kraju (a przybycie Kolumba z pewnością było okupacją, nie da się temu zaprzeczyć) oznaczała, że cała historia Rdzennych Amerykanów została ukryta.  Ziemię można okupować tylko wtedy, gdy najpierw  określi się ją, jako niezamieszkałą. Więc uznano ją za niezamieszkałą dzicz, pomimo że od tysiącleci  żyła na niej ludność tubylcza.

Tak więc historycznie natura została zdefiniowana jako dzicz. Później, gdy pojawił się ruch na rzecz ochrony środowiska, powstał on niezależnie od kwestii nierówności społecznych i problemów ekonomicznych związanych z przetrwaniem.  Był to ruch ekologiczny stworzony przez kulturę okupantów.  Z pewnością, gdyby zapoczątkowali go Rdzenni Amerykanie, nie miałby tych samych korzeni.

Zatem obecnie ruch ekologiczny  znalazł się w opozycji do kwestii sprawiedliwości. Można to dostrzec w sposobie, w jaki przedstawia się problemy.  Jest to ciągłe powtarzanie schematu praca versus środowisko, natura versus chleb.  Są to skrajnie nienaturalne dychotomie.

Sądzę, że osiągnęliśmy stadium, na którym powinniśmy poszukiwać równocześnie rozwiązań problemów związanych z niesprawiedliwością ekonomiczną  i brakiem zrównoważenia.  Zrównoważenie dotyczące  środowiska i sprawiedliwość  w znaczeniu  prawa każdej jednostki do własnego miejsca w systemie produkcji i konsumpcji – to dwa aspekty tej samej kwestii.  Zostały one w sposób sztuczny rozdzielone i muszą na nowo stać się częścią zachodniego sposobu myślenia.

Scott London: To bardzo ciekawe, że chociaż jesteś naukowcem i kształciłaś się w zdecydowanie zachodniej tradycji intelektualnej, reprezentujesz bardzo różny światopogląd.

Vandana Shiva:  Mój proces edukacji naukowej był w istocie bardzo krytyczny wobec nauki mechanistycznej. Studiowałam teorię kwantową, która pojawiła się na początku zeszłego stulecia. Jesteśmy opóźnieni o całe stulecie, jeśli chodzi o uświadomienie sobie, jak ogromnym  krokiem naprzód dla umysłu ludzkiego była teoria kwantowa.  Na przykład pogląd, że rzeczy mają niezmienne  właściwości, jest błędnym widzeniem świata.  Właściwości są tworzone poprzez związki i procesy. Nie tkwią w istocie elektronów, fotonów czy kwantów w większym stopniu niż w naturze gleby, drzew czy ludzi.  Tak więc moja krytyka redukcjonistycznej nauki wypływa z mojego przygotowania naukowego.  Lecz pogłębiła się ona w wyniku moich doświadczeń, jako ekologa,  na skutek uświadomienia sobie  mającego obecne miejsce zniszczenia środowiska.

Rozumiem to w ten sposób, że zasadniczo nasz dominujący model nauki stał się niezwykle sprawny w manipulacji rzeczami dla pojedynczych funkcji i dla zewnętrznych celów. Tak więc, na przykład, jeśli chcesz, żeby krowa nie była jedynie krową  lecz maszyną do produkcji mleka, możesz to zrobić tworząc nowe hormony, takie jak bydlęcy hormon wzrostu (Bovine Growth Hormone).  Krowa może zapaść na poważną chorobę, może się uzależnić od leków, a konsumenci mogą się obawiać o swoje zdrowie i bezpieczeństwo mleka. Ale tak bardzo  przyzwyczailiśmy się do manipulowania rzeczami, organizmami i ekosystemami dla jednego celu, że ignorujemy związane z tym koszty.  Nazywam to „monokulturą umysłu”.  Patrząc z perspektywy monokultury, manipulowanie rzeczami jest bardzo, bardzo sprytne.  Lecz z perspektywy wielowymiarowej, z  perspektywy różnorodności, jest to niesłychanie prymitywne, ponieważ straciliśmy krowę, która służy za źródło zrównoważonej energii.

W Indiach na skutek  programów krzyżowania mających  na celu uzyskanie produkcji mleka na poziomie zachodnich krów, takich jak krowy rasy Jersey i Holstein,  nasze zwierzęta tracą zdolność do ciągnięcia  pługów i wozów. Tak więc w konsekwencji mamy teraz zwierzęta pozbawione  garbów i wytrzymałości. Jeśli postrzegamy bydło zarówno jako źródło naturalnego nawozu, zwierzęcej energii, jaki i mleka,  wtedy  bydło indyjskie nie jest gorsze.  Jeśli oceniamy je jako maszyny do produkcji mleka, staje się mniej wartościowe.  A co będzie jeśli ocenimy  mleczne krowy amerykańskie lub rasy Jersey czy też alpejskie krowy szwajcarskie pod względem ich przydatności do pracy?  Będą bez porównania gorsze.

Tak więc pojedynczy, jednowymiarowy sposób myślenia wytworzył monokulturę umysłu.  A monokultura umysłu stała się samospełniającą się przepowiednią.  To jest główna przyczyna naszego postrzegania równości jako czegoś niezgodnego z ekologią, a zrównoważenia jako sprzecznego ze sprawiedliwością.

Scott London: Usprawiedliwiamy te monokultury  potrzebą wzrostu i rozwoju ludzkości.

Vandana Shiva: Jeśli weźmiemy pod uwagę cały system,  rozwijanie czegoś w jednym wymiarze może w rzeczywistości spowodować niedobory w innym.  Kiedy mówimy, że musimy zwiększyć produkcję, ponieważ ludzie potrzebują więcej jedzenia, więcej domów, więcej mięsa i więcej mleka, możemy sprawić, że jedna rzecz  wzrośnie w określony sposób.  Ale czyniąc to powodujemy skutki zewnętrzne i powstają niedobory innych, powiązanych rzeczy.  Na przykład brakuje wody, gdy zanieczyścimy ją azotanami.   Tracimy bioróżnorodność,  kiedy obsiewamy  ogromne  pola tą samą odmianą kukurydzy, więc kiedy wybucha epidemia jednej choroby – zdarzyło się to w USA w latach siedemdziesiątych –  wszystkie pola w całym kraju ulegają zniszczeniu.  To wtedy Amerykanie uświadomili sobie znaczenie bioróżnorodności i rozpoczęli dyskusję na temat zasobów genetycznych i ich  ochrony.

Dzisiejszy system technologii produkcji uzasadnia się potrzebą wytwarzania większej ilości dóbr, aby nakarmić więcej ludzi i zaspokoić więcej potrzeb. Lecz w rzeczywistości niszczy on więcej zasobów, których potrzebujemy w celu zaspokojenia tych wielorakich potrzeb.  Jeśli przestawimy się na percepcję ekologiczną, percepcję różnorodności, zdamy sobie sprawę z tego, że niektóre z narzędzi,   z których   jesteśmy tak bardzo dumni, są w istocie niezwykle prymitywne w radzeniu sobie z naturą.  Dla mnie jest to wielka lekcja świadomości ekologicznej na przełomie tysiąclecia.

Scott London: Wypowiadasz się zdecydowanie przeciwko patentowaniu roślin i ziół,  jest to coś, do czego przemysł  farmaceutyczny dąży bardzo agresywnie w ostatnich latach.

Vandana Shiva: Tak, to zjawisko zaczęło się w USA, gdzie korporacje zaczęły rościć sobie prawa do form życia, bioróżnorodności i innowacji innych kultur, występując o patenty na nie.  Na przykład pestycydy z drzewa Neem w Indiach są opatentowane.  Istnieje teraz  patent ograniczający użycie zioła zwanego philantis neruri,  którego używa się do leczenia żółtaczki.  Jeszcze lepszym przykładem jest używanie  kurkumy  do gojenia ran,  robi to każda matka i babcia w każdym domu w Indiach. Teraz Mississipi Medical  Centre twierdzi, ze „wynalazło”  zdolność kurkumy do gojenia ran.

London: Opisujesz dramatyczny przypadek pewnych amerykańskich badaczy, którzy pojechali do Indii  i w gruncie rzeczy przejęli  uświęcone tradycją i powszechnie  znane  lekarstwa medycyny ludowej dla celów czysto komercyjnych.

Vandana Shiva: Dokładnie.  Nazwałam to zjawisko  zawłaszczania wspólnej  wiedzy i nauki ludów tubylczych „biopiractwem” i  „intelektualnym piractwem”.  Zgodnie z systemami patentowymi nie powinniśmy mieć możliwości patentowania czegoś, co istnieje jako „wcześniejsze dzieło” lub „aktualny stan wiedzy” (prior art). Ale w Stanach Zjednoczonych system patentowy jest w pewien sposób wypaczony. Przede wszystkim nie traktuje on   wiedzy innych społeczeństw jako „prior art.”.  Zatem ktokolwiek z USA może pojechać do innego kraju, dowiedzieć się o stosowaniu roślin leczniczych, lub znaleźć nasiono używane przez  rolników, zgłosić to jako wynalazek albo innowację, uzyskać patent, i przywłaszczyć sobie wyłączne prawo do używania tych produktów lub procesów związanych z tą wiedzą.

Scott London: Czy możesz podać jakieś przykłady?

Vandana Shiva: Powiedziano mi właśnie, że Nestle  wzięło sobie patenty na przyrządzanie pullao. (Pullao jest sposobem, w jaki przyrządzamy potrawy z naszego ryżu w Indiach, z warzywami, mięsem albo z czymkolwiek innym).  Zanim się zorientujesz, każde powszechne zastosowanie roślin będzie opatentowane przez zachodnią korporację.

Dla mnie jest to absolutnie oburzające.  Jest to gorsze od handlu niewolnikami, ponieważ to czym się handluje, jest sama wiedza umożliwiająca przetrwanie  80-ciu procentom ludzi na tym świecie.  Tych 80 procent ludzi żyje dzięki bioróżnorodności i wiedzy, którą wypracowali, jako część bogatego kolektywnego dziedzictwa, obejmującego  używanie nasion do uprawy roślin przeznaczonych do   celów spożywczych  i roślin leczniczych stosowanych  do leczenia chorób.

Twierdzenie, że  ten rodzaj piractwa jest „wynalazkiem” przypomina trochę  tezę, że  Kolumb, jako pierwszy „odkrył” ten kraj.  W rzeczywistości został on „odkryty” tysiące lat temu przez Rdzennych Amerykanów.

Tego rodzaju zamykanie dostępu do biologicznych i intelektualnych dóbr wspólnych stanowi realne zagrożenie dla przyszłości ludzi na całej planecie, ponieważ powoduje sytuację, w której garstka korporacji agrobiznesowych, farmaceutycznych i agrochemicznych uzyskuje monopol na powszechne praktyki, które od pokoleń były częścią ludzkiego życia.  W rezultacie ludzie tracą zdolność do samodzielnego dbania o własne życie.   Każdy farmer musi każdego roku udać się do firmy nasiennej, aby zakupić jej nasiona i zapłacić korporacji  80 procent  należności licencyjnej.  To już się dzieje w tym kraju.  Wymiany pomiędzy sąsiadami zaczęły być traktowane, jako przestępstwo.  A jeśli chcesz zwalczać szkodniki metodami biologicznymi, nie możesz dłużej używać nasion ze swojego ogródka.  Zamiast tego musisz polegać na Grace Corporation lub innym przedsiębiorstwie.  Taki rodzaj zależności zasadniczo prowadzi do zwiększenia   ubóstwa i    większej degradacji ekologicznej.

Scott London: Jak się temu przeciwstawiacie – ty i kobiety, z którymi pracujesz?

Vandana Shiva: Mamy wielopoziomowy program oporu.  Pierwszy krokiem jest podważanie tego jako kwestii moralnej i etycznej – w taki sam sposób, w jaki handel niewolnikami był poddawany w wątpliwość  ze względu na to, że handel ludźmi jest nieetyczny.  Nie można kopiować i sprzedawać wiedzy,  jest to bezprawne i nie powinno mieć miejsca.

Drugim krokiem jest  wypracowanie metod przywracania ludzkiej wiedzy, upewniania się, że ludzie odzyskują zaufanie do swojej własnej wiedzy,  aby bioróżnorodność i wiedza pozostały w domenie dóbr wspólnych.

Trzeci polega na pracy nad alternatywami prawnymi. Tak jak prawa własności intelektualnej  chronią  innowacje  indywidualnych osób,  potrzebne są wspólne prawa własności, aby chronić dziedzictwo intelektualne ludności rdzennej.  Prawa te zostały uznane w  Konwencji o różnorodności biologicznej (Convention on Biological Diversity). Pracujemy nad tym, by stały się one niepodważalnymi podstawami naszego orzecznictwa.

Nie jest to łatwe, ponieważ jako kraj jesteśmy wciąż zastraszani na podstawie amerykańskiego prawa dotyczącego handlu zagranicznego (United States Foreign Trade Act). Zawiera ono klauzulę zwaną  Special 301, która mówi, że jeśli Indie lub innych kraj, nie mają przepisów, które podobnie jak w USA pozwalają na rozwój tych monopoli, Stany Zjednoczone zastosują środki odwetowe.

Musimy więc budować strategie przeciwstawiania się retorsjom handlowym,  opierając się na demokratycznych prawach ludzi i starodawnym dziedzictwie kolektywnych innowacji. Pracujemy  od poziomu lokalnego – zwykłych obywateli – aż  po rząd państwa i Światową Organizację Handlu. Oznacza to zasadniczo, że nasze kampanie są bardzo wielowymiarowe. I to między innymi nie pozwala się nudzić. Potrzebny jest zarówno opór, jak i kreatywność. Wymaga to konstruktywnego działania, a jednocześnie powiedzenia „nie”.

Scott London: Nacisk na pokojową odmowę współpracy ma dużo wspólnego z podejściem do zmiany społecznej reprezentowanym przez Gandhiego.

Vandana Shiva: Cóż, kiedy rozpoczynałyśmy naszą pracę, nazwałyśmy ją satyagrahą  nasion (seed satyagraha).  Jak wiesz Gandhi zapoczątkował  walkę o niepodległość satyagrahą soli. Satyagraha oznacza „walka o prawdę” .  Satyagraha soli była akcją bezpośrednią, polegająca na odmowie współpracy. Kiedy Brytyjczycy próbowali stworzyć  monopol na produkcję i sprzedaż soli, Gandhi udał się na plażę w Dindi, podniósł grudkę soli i powiedział: „Natura dała nam to za darmo, aby nas pokrzepić, nie pozwolimy na stworzenie  monopolu mającego na celu finansowanie armii imperialnej”.

Robimy dokładnie to samo w sprawie bioróżnorodności i nasion. Natura obdarzyła nas bogatą bioróżnorodnością biologiczną. Nie pozwolimy na monopol garstki korporacji.  Jest ona podstawą  naszego bogactwa i pożywienia – nie pozwolimy, by nam ją odebrano.

Odmowa współpracy z monopolistycznymi systemami praw własności intelektualnej, patentów i bioróżnorodności – mówienie „nie” patentom na życie  i wypracowywanie intelektualnych  koncepcji oporu – są w dużej mierze kontynuacją satyagrahy Gandhiego. Dla mnie chodzi tutaj o zachowanie wolności życia w jego bioróżnorodności. To jest satyagraha na następne tysiąclecie.  Ruch ekologiczny musi się w to zaangażować, nie tylko w Indiach, ale również w Stanach Zjednoczonych.  Ludzie, którzy wierzą w wolność idei, muszą się w to zaangażować,  skądkolwiek by nie byli.

Scott London: Cytujesz Gandhiego, który powiedział: „W oporze zawiera się kreatywne tworzenie alternatywy”.  Tak więc, jak to rozumiem,  decyzja o sprzeciwie nie polega tylko powiedzeniu „nie”. Jest również częścią bardzo konstruktywnego poszukiwania lepszej alternatywy.

Vandana Shiva: Tak.  Cały czas uczymy się na przykładzie ruchu niepodległościowego.  Gandhi nie tylko powiedział „nie”  dla importowanych  tekstyliów niszczących nasz przemysł włókienniczy;  zapędził wszystkich do pracy przy produkcji tkanin. Kołowrotek stał się symbolem niepodległości Indii. Z tego powodu zawsze mówimy „jeśli kołowrotek był symbolem naszej  pierwszej niepodległości,  to nasiono jest symbolem naszej wolności odzyskanej po raz drugi”.

Scott London:  Jednym z najbardziej palących problemów ekologicznych jest dzisiaj przeludnienie.  Kwestia ta jest często określana, szczególnie tutaj na Zachodzie, jako „problem trzeciego świata”,  ponieważ najwyższy wskaźnik urodzin występuje w krajach biednych. Jaki jest twój punkt widzenia?

Vandana Shiva: Ludzie, którzy postrzegają eksplozję populacji w sposób maltuzjański – jako geometryczną progresję – zapominają, że wzrost populacji nie jest kwestia biologiczną. Liczba ludzi nie wzrasta z powodu ludzkiej głupoty i ignorancji.  Wzrost populacji jest zjawiskiem  ekologicznym ściśle związanym z innymi problemami, takimi jak uzurpacja zasobów niezbędnych ludziom do życia.

W Anglii nagły wzrost populacji bardzo wyraźnie związany był z zawłaszczeniem dóbr wspólnych, które pozbawiło chłopów ich ziemi. W Indiach było tak samo: liczba ludności wzrosła, gdy władzę przejęli Brytyjczycy i indyjskie ziemie zostały skolonizowane.  Ziemia zamiast karmić naród indyjski, zaczęła karmić imperium brytyjskie.  Wzrosło więc ubóstwo. Ludzie ubodzy, którzy nie są w stanie wyżywić się z własnej ziemi, mogą się jedynie  utrzymać  zwiększając liczbę członków rodziny, i z tego powodu się rozmnażają. Jest to racjonalna reakcja ludzi pozbawionych środków do życia.

Eksplozja populacji jest zjawiskiem ekologicznym,  związanym  z wysiedleniem.  Jeżeli nie  rozwiążemy ekologicznego problemu wysiedlania ludzi –  aby budować wielkie zapory wodne i autostrady, aby zabrać ludziom to, czego potrzebują do przetrwania – nadal będziemy pompować coraz więcej pieniędzy  w programy ludnościowe.  Będziemy mieli  coraz bardziej represyjne i agresywne metody, które traktują ciało kobiety, jak pole eksperymentalne do testowania nowych  środków antykoncepcyjnych.  Jednak nie rozwiąże to problemu przeludnienia.

Scott London: W jaki sposób powinniśmy podejść do tego problemu?

Vandana Shiva: Z problemem nadmiaru ludności można sobie poradzić tylko poprzez uznanie, ze ludzie mają prawo do podstawowego bezpieczeństwa ekonomicznego.  Jeśli zapewnimy im bezpieczeństwo materialne i ekologiczne, populacja sama się ustabilizuje.  Pokazuje to bardzo  jasno przykład Kerali.  Kerala jest stanem  w południowych Indiach, gdzie tendencje są całkowicie przeciwne niż w reszcie trzeciego świata i pozostałej części Indii. Jest tak z dwóch lub trzech powodów. Panuje tam niezwykła równość płci. W stanie tym przeprowadzono  również bardzo radykalny program reformy rolnej, więc nawet najbiedniejsi ludzie są właścicielami kawałka ziemi, na której stoi ich chata.  Na przykład bezrolni robotnicy rolni mogą pracować na cudzej ziemi, ale posiadają na własność ziemię, na której stoi ich dom. Ta gwarancja zasobów ma ogromne konsekwencje dla bezpieczeństwa tych ludzi.

Kiedy byłam w stolicy stanu Kerala, pamiętam, że pewni  bogaci ludzie powiedzieli mi: „Nie można  znaleźć pokojówek, które chciałyby przychodzić każdego dnia. Mają domy i nie potrzebują pracować codziennie, ponieważ jeśli zostaną w domu, nie będą głodować”.

Scott London: Czy są jakieś wielkie postacie, które są dla ciebie wzorem do naśladowania?

Vandana Shiva: Jak powiedziałam wcześniej takim wzorem do naśladowania był dla mnie Einstein. Teraz mówi się dużo o tym, że oszukiwał kobiety i okropnie traktował swoją żonę, i prawdopodobnie, gdybym wiedziała o tym wcześniej, nie byłby dla mnie takim bohaterem.

Czasami, kiedy mam czas, rzeźbię, i pierwszą rzeczą, którą wyrzeźbiłam było popiersie Einsteina. Nadal stoi na moim biurku i wciąż mnie inspiruje. Był osobą, która uruchomiła moją wyobraźnię i moje  idee.

Inną osobą jest Gandhi. Uważam, że Gandhi jest jedynym człowiekiem, który wiedział, na czym polega prawdziwa demokracja – nie demokracja rozumiana, jako prawo do kupowania tego, co chcesz, lecz demokracja polegająca na odpowiedzialności wobec wszystkich ludzi wokół. Demokracja rozpoczyna się od wolności od głodu, wolności od braku pracy, wolności od strachu i wolności od nienawiści. Dla mnie to są prawdziwe wolności, na których zbudowane są dobre ludzkie społeczeństwa.

Kobiety z  Chipko i ludzie tacy jak Sunderlal Bahaguna, który też należy do tego ruchu,  również byli i są dla mnie potężnymi wzorami do naśladowania. Pracuję od wielu, wielu lat nad kwestiami ekologicznymi i spotkałam trochę twórczych ludzi na całym świecie,  ludzi, którzy nieustannie dają natchnienie  wszystkim wokół, i to właśnie sprawia, że ten rodzaj pracy jest tak inspirujący. Sprawia, że warto opuścić dom i pojechać do Kalifornii, aby spotkać się z ludźmi na Forum Międzynarodowej Globalizacji (Edwardem Goldsmithem,  Jerrym Manderem  i innymi), ludźmi kreatywnymi,  prawymi i nieustraszonymi.  Jest mnóstwo ludzi, którzy mnie inspirują.

Scott London: Czy z nadzieją patrzysz w przyszłość?

Vandana Shiva: Jestem absolutnie pewna, że nastąpią zmiany.  Sądzę, że zobaczymy wiele zniszczeń, lecz wierzę, że jeśli będziemy w stanie dostrzec właściwe wzorce i wyciągnąć odpowiednie nauki z tych zniszczeń, możemy być zdolni do odbudowy, zanim będzie za późno. A poza tym mam ostateczną wiarę, że nawet jeśli nie będziemy w stanie tego zrobić, życie odnowi  się samo. Globalna gospodarka może się załamać,  ale Gaja przetrwa, nie zniknie również ludzka inwencja. Odbudujemy społeczeństwo, odbudujemy lokalne gospodarki, odbudujemy ludzkie aspiracje. Ten rodzaj globalnej monokultury, w której każdy czuje się, jakby musiał biec szybciej niż biegną inni po to, by pozostać w tym samym miejscu, nie może trwać dłużej. Sądzę, że rozczarowanie  blaskiem  globalizacji stanie się powszechne.

Ten wywiad został zaadoptowany z serii audycji radiowych „Insight&Outlook.

Tłumaczenie: Jan Skoczylas

źródło: www.scottlondon.com

Podziękowania dla Scotta Londona za zgodę na publikację tego tłumaczenia.

Jeśli podoba Ci się to, co robimy, prosimy, rozważ możliwość wsparcia Zielonych Wiadomości. Tylko dzięki Twojej pomocy będziemy w stanie nadal prowadzić stronę i wydawać papierową wersję naszego pisma.

 

Minister Skarbu Państwa, Dawid Jackiewicz, na konferencji prasowej zapowiedział, że ministerstwo pracuje nad przepisami, które ograniczą wypłacanie milionowych premii dla menadżerów i szefów spółek Skarbu Państwa.

Podkreślił, że w ciągu ostatnich lat „z pełną świadomością i premedytacją” pozwalano na omijanie ustawy kominowej poprzez kontrakty menadżerskie. – Praktykowano je nagminnie, budując wynagrodzenia idące w miliony złotych, odprawy idące w miliony złotych, często konstruowane w taki sposób, że nie było wiadomo w oparciu o jakie kryteria, w sposób uznaniowy, w sposób nieadekwatny do kondycji i sytuacji finansowej danego podmiotu – ocenił Jackiewicz.

Filarami projektu mają być uzależnienie premii od osiągnięcia założonych wyników, ograniczenie wielkości odpraw, powszechność rozwiązań (objęte nim mają być spółki, gdzie państwo posiada pakiet mniejszościowy), oraz otwartość danych o premiach dla wszystkich obywateli.

Projekt ma być gotowy w ciągu dwóch miesięcy i przynieść ma 60 mln zł oszczędności.

Łukasz Markuszewski, na podstawie money.pl

Minister zdrowia, Konstanty Radziwiłł zapowiedział, że w planach ministerstwa jest upowszechnienie dostępu do służby zdrowia dla wszystkich obywateli w ciągu dwóch lat.

Opieka zdrowotna miałaby przysługiwać wszystkim obywatelom, zarówno tym płacącym jak i niepłacącym składki. Brakujące środki miałyby trafić do budżetu NFZ z budżetu państwa. Radziwiłł uważa, że w tym celu powinno się podnieść wydatki na lecznictwo z 4 do 6% PKB. Według danych Banku Światowego Polska pod względem wydatków na służbę zdrowia zajmuje 22. miejsce w Unii Europejskiej, za nami są jedynie Bułgaria, Estonia, Rumunia, Litwa, Łotwa i Cypr. Na świecie wyprzedza nas m.in. Dżibuti, Kolumbia czy Serbia.

Według ministra Radziwiłła, wdrożenie planu ma zrealizować konstytucyjne zapisy o równości. Zgodnie z danymi Ministerstwa Zdrowia w Polsce nieubezpieczonych jest 2,5 mln osób. W ostatnich miesiącach w internecie szeroko komentowane były wpisy osób nieubezpieczonych, które zapadły na ciężkie do wyleczenia choroby i których nie stać jest na leczenie.

Postulat obywatelskiego ubezpieczenia, czyli objęcia dostępem do opieki zdrowotnej wszystkich obywateli był jednym ze sztandarowych postulatów Anny Grodzkiej podczas kampanii przed wyborami prezydenckimi w 2015 r.

Dodał: Łukasz Markuszewski

„Rozliczne kryzysy, którymi dotknięty jest świat – energetyczny, żywnościowy, ekonomiczny i klimatyczny – mają wspólne korzenie w społecznie niesprawiedliwym, ekologicznie niezrównoważonym i ekonomicznie nieefektywnym modelu, niezdolnym do tego, by zapewniać godną pracę i godne życie milionom ludzi” (rezolucja Międzynarodowej Konfederacji Związków Zawodowych, Vancouver, 21-25 czerwca 2010 r.).

W ostatnich latach miliony ludzi traci pracę, zdrowie, rodziny czy wręcz własne życie przez wady naszego systemu ekonomicznego. Pracownicy sektora publicznego w Grecji czy rolnicy wywłaszczani z ziemi pod uprawy biopaliw są ofiarami tej samej neoliberalnej logiki. Ich opór pozostaje jednak nieskoordynowany.

Czas zjednoczyć siły i połączyć ruch klimatyczny z ruchem na rzecz zmiany społecznej. Oficjalny dyskurs Ramowej Konwencji Narodów Zjednoczonych w sprawie Zmian Klimatu, skupiający się przede wszystkim na ekologicznym rozwoju i technologicznej innowacji, przyniesie korzyści biznesowi i kosmopolitycznym elitom, podczas gdy wyczerpywanie surowców i łamanie praw człowieka będzie trwać. Będziemy w stanie skutecznie przeciwstawić się biznesowemu lobby tylko wówczas, jeśli połączymy wysiłki, aby ocalić naszą demokrację i wymusić odpowiedzialność na naszych rządach. Kryzys klimatyczny i społeczny wymagają zintegrowanego wysiłku na rzecz trwałego rozwoju, w którym postęp społeczny, ochrona środowiska i potrzeby gospodarki są traktowane łącznie i poddane demokratycznej kontroli, gdzie prawa pracownicze i inne prawa człowieka są respektowane.

Istnieje więc wspólnota żądań – nasza walka jest wspólna. Walka z kryzysem klimatycznym oznacza szansę na rezygnację z gospodarki opartej na węglu i zwiększenie ilości miejsc pracy. Związki zawodowe i ruchy społeczne powinny brać aktywny udział w wysiłkach przeciw zmianie klimatu, tak aby walka ta uwzględniała kwestie społeczne i pracownicze.

Tegoroczna konferencja, organizowana w Polsce, jest dobrym miejscem na rozwinięcie tej debaty. Polska jest krajem, w którym ruchy związkowe i ekologiczne często stoją po dwóch stronach barykady. Polski rząd nie ma dobrej reputacji, jeśli chodzi o politykę klimatyczną, a jego rola w negocjacjach międzynarodowych była daleka od pożądanej. Podczas tegorocznego szczytu klimatycznego dokonano wysiłków na rzecz uhonorowania wielkiego biznesu, podczas gdy społeczeństwo obywatelskie zostało zupełnie pominięte. Ponadto Polska planuje zostać wiodącym producentem gazu łupkowego w Europie.

Popieramy ruchy ekologiczne w ich nawoływaniu do przestawienia gospodarki na energię odnawialną: koniec z węglowymi elektrowniami, gazem łupkowym, węglem brunatnym i energią nuklearną. To jednak ważne, byśmy poświęcili uwagę społecznym aspektom tej transformacji. Jesteśmy solidarni z polskimi górnikami, którzy sprzeciwiają się unijnej polityce klimatycznej, broniąc swojego prawa do godnej pracy. Ruchy ekologiczne nie powinny postulować odejścia od elektrowni węglowych bez zaangażowania związków zawodowych w dialog i poszukiwanie alternatywy dla milionów górników, którzy stanowią trzon polskiego ruchu związkowego. Jak słusznie podkreślił Adam Ostolski: „To ich walka dała nam wszystkim prawa wyborcze, ubezpieczenia socjalne, przepisy bezpieczeństwa pracy i resztę praw pracowniczych”.

Tegoroczny szczyt klimatyczny oraz kierunek działań na nim wyznaczony mogą być momentem przełomowym; mogą stanowić szansę na rozwiązanie napięć pomiędzy różnymi częściami społeczeństwa obywatelskiego, które są wykorzystywane przez obecne elity. Gdy polski rząd sprzeciwia się globalnemu porozumieniu, które zmusiłoby Polskę do przestawienia się na odnawialne źródła energii, powinniśmy zjednoczyć siły, aby odwrócić ten trend. W sobotę 16 listopada wyjdziemy na ulice Warszawy i będziemy maszerować w imię sprawiedliwości. Pociąg z Brukseli przywiezie setki ludzi na ten marsz. Głównym organizatorem tej akcji jest belgijski ruch Climate and Social Justice (Klimat i Sprawiedliwość Społeczna), który zainicjował to wspólne przedsięwzięcie ruchów klimatycznych, pracowniczych i społecznych.

Historia uczy, że wielkie zmiany społeczne dokonują się poprzez mobilizację obywateli i walkę robotniczą. Niech nas usłyszą!

Zapraszamy na Marsz dla Klimatu i Sprawiedliwości Społecznej, w sobotę, 16 listopada w Warszawie.

Przełożyła Kinga Stańczuk

Nierówność była jednym z czynników, które wprawiły w ruch prowadzącą w dół spiralę, zakończoną globalnym kryzysem finansowym. Obecnie została ostatecznie uznana za kluczowy problem. Skuteczne działanie w celu jej zmniejszenia może nam pomóc nie tylko w poradzeniu sobie z kryzysem, lecz również w przejściu do bardziej zrównoważonego społeczeństwa. (więcej…)

Istnieje związek między agresywną polityką gospodarczą a wzrostem przestępczości wobec kobiet. Grupowy gwałt, który wstrząsnął Delhi, doprowadził do rewolucji – rewolucji, którą musimy kontynuować.

Przemoc wobec kobiet jest tak stara jak patriarchat.

Tradycyjny patriarchat ukształtował nasze światopoglądy i sposoby myślenia, a także środowiska społeczno-kulturowe oparte na dominacji nad kobietami oraz odmawianiu im pełnego człowieczeństwa i prawa do równości. Lecz od pewnego czasu zjawisko to nasila się i staje bardziej rozpowszechnione. Przybiera brutalniejsze formy, takie jak zamordowanie ofiary zbiorowego gwałtu w Delhi czy niedawne samobójstwo zgwałconej 17-latki w Czandigarhu.

W Indiach liczba przypadków gwałtu i przemocy wobec kobiet wzrasta z upływem lat. National Crime Records Bureau (NCRB) w 1990 r. odnotowało 10 068 gwałtów, w r. 2000 liczba ta zwiększyła się do 16 496. W r. 2011 było to już 24 206 przypadków – niewiarygodny wzrost o 873% od 1971 r., kiedy zaczęto prowadzić statystyki. Zaś Delhi, w którym ma miejsce 25% wszystkich przypadków, stało się indyjską stolicą gwałtów.

Ruch na rzecz zatrzymania tej przemocy musi trwać do momentu, gdy sprawiedliwości stanie się zadość dla każdej z naszych zgwałconych córek i sióstr.

Nie ustając w naszej walce o sprawiedliwość dla kobiet, powinniśmy jednocześnie pytać, dlaczego liczba gwałtów wzrosła o 240% od 1990 r., kiedy to wprowadzono nową politykę gospodarczą.

Czyżby istniał związek między wprowadzeniem agresywnej, narzuconej w sposób niedemokratyczny i niesprawiedliwej polityki gospodarczej a nasileniem i brutalizacją przestępstw przeciwko kobietom?

Jestem przekonana, że tak. Nie sugeruję, że przemoc wobec kobiet rozpoczęła się wraz z nadejściem neoliberalnej gospodarki. Zdaję sobie doskonale sprawę z głębokich uprzedzeń płciowych w naszych tradycyjnych kulturach i formach organizacji społecznej. Mój dziadek poświęcił życie walce o równość kobiet, a moja matka była feministką, zanim pojawiło się to słowo.

Przemoc wobec kobiet przybrała nowe, brutalniejsze formy, gdy tradycyjne struktury patriarchalne skrzyżowały się ze strukturami patriarchatu kapitalistycznego. Powinniśmy przebadać związek między przemocą niesprawiedliwych, niszczących środowisko systemów gospodarczych a zwiększoną częstotliwością i brutalnością przemocy wobec kobiet. Powinniśmy zrozumieć, w jaki sposób tradycyjne struktury patriarchalne łączą się z powstającymi strukturami patriarchatu kapitalistycznego, co skutkuje nasileniem przemocy wobec kobiet.

Cyklony i huragany zdarzały się zawsze. Lecz ich siła i częstość występowania zwiększyły się wraz ze zmianami klimatu, jak pokazuje supercyklon Orissa, cyklon Aila, huragany Katrina i Sandy.

Nasze społeczeństwo tradycyjnie dyskryminowało dzieci płci żeńskiej. Lecz epidemia selektywnej aborcji żeńskich płodów, która spowodowała zniknięcie 30 milionów nienarodzonych dziewczynek, podniosła te uprzedzenia na nowy poziom przemocy o niespotykanych wcześniej proporcjach. I to w tym właśnie kontekście dynamiki bardziej brutalnej i bezwzględnej przemocy wobec kobiet (i wielorakich, połączonych ze sobą form agresji) procesy uwolnione przez neoliberalizm odgrywają swoją rolę.

Po pierwsze, model gospodarczy krótkowzrocznie skoncentrowany na „wzroście” zakłada przemoc wobec kobiet, gdyż deprecjonuje ich wkład do gospodarki.

Im więcej rządy do znudzenia mówią o „wzroście włączającym” i „finansowym włączeniu”, tym bardziej pomija się udział kobiet w życiu gospodarczym i społecznym. Zgodnie z patriarchalnym modelem gospodarczym produkcję na własne potrzeby uważa się za brak produkcji. To przekształcenie wartości w nie-wartość, pracy w nie-pracę i wiedzy w niewiedzę dokonuje się za pomocą najpotężniejszej liczby, która rządzi naszym życiem, patriarchalnego konstruktu PKB – Produktu Krajowego Brutto, zwanego przez niektórych Problemem Krajowym Brutto.

Systemy rachunków narodowych używane do obliczania wzrostu jako PKB oparte są na założeniu, że jeżeli producenci konsumują to, co wyprodukowali, to w istocie w ogóle nie produkują, ponieważ pozostają poza granicą produkcji.

Granica produkcji jest tworem politycznym, który w swoim działaniu wyklucza regenerujące i odnawialne cykle produkcyjne z dziedziny produkcji. Z tego powodu wszystkie kobiety, które produkują coś dla swoich rodzin, dzieci, wspólnoty i społeczeństwa traktowane są jako „nieproduktywne” i „nieaktywne gospodarczo”. Kiedy gospodarka ogranicza się do rynku, ekonomiczna samowystarczalność postrzegana jest jako ekonomiczna niepełnosprawność. Dewaluacja pracy kobiet oraz pracy wykonywanej w nastawionych na przetrwanie gospodarkach globalnego Południa jest naturalnym rezultatem wytwarzanej przez kapitalistyczny patriarchat granicy produkcji.

Ograniczając się do wartości gospodarki rynkowej, tak jak definiuje je kapitalistyczny patriarchat, granica produkcji ignoruje ekonomiczną wartość dwóch podstawowych form gospodarki, niezbędnych do przetrwania ludzkości i innych gatunków żywych: gospodarki natury i gospodarki na własne potrzeby. W gospodarce natury i gospodarce na własnej potrzeby wartość ekonomiczną ocenia się na podstawie tego, w jakim stopniu chronione jest życie ziemi i życie człowieka. Jej walutą są życiodajne procesy, a nie gotówka lub cena rynkowa.

Po drugie, model kapitalistycznego patriarchatu, wykluczający pracę kobiet i bogactwo wytwarzane w umyśle, pogłębia tę przemoc, pozbawiając kobiety źródeł utrzymania i odcinając je od naturalnych zasobów, od których to utrzymanie zależy: ich ziemi, ich lasów, ich wody, ich nasion i bioróżnorodności. Reformy gospodarcze oparte na założeniu nieograniczonego wzrostu w świecie ograniczonych zasobów mogą być utrzymane jedynie za cenę bezpardonowego zagarniania zasobów słabszych przez silniejszych. Rabunek zasobów niezbędny dla „wzrostu” wytwarza kulturę gwałtu – gwałtu dokonywanego na ziemi, lokalnych samowystarczalnych społecznościach oraz kobietach. Jedyny sposób, w jaki ten „wzrost” jest „włączający”, to włączanie coraz większych rzesz ludzi w jego krąg przemocy.

Wielokrotnie podkreślałam, ze gwałt dokonywany na ziemi i gwałt na kobietach są ściśle ze sobą połączone, zarówno metaforycznie poprzez kształtowanie światopoglądów, jak i materialnie poprzez wpływ na życie codzienne kobiet. Pogłębiająca się bezsilność ekonomiczna kobiet sprawia, że są one bardziej narażone na wszystkie formy przemocy – w tym przemoc seksualną.

Po trzecie, reformy gospodarcze prowadzą do podkopywania demokracji i prywatyzacji rządu. Systemy gospodarcze wpływają na systemy polityczne. Rząd mówi o reformach gospodarczych tak, jakby nie miały one nic wspólnego z polityką i władzą. Przywódcy mówią o trzymaniu gospodarki z dala od polityki, narzucając jednocześnie model gospodarczy ukształtowany przez politykę określonej płci i klasy społecznej. Neoliberalne reformy działają przeciwko demokracji. Mogliśmy to ostatnio zaobserwować, kiedy rząd przepychał „reformy” mające przyciągnąć do Indii bezpośrednie inwestycje zagraniczne (FDI) amerykańskiej sieci supermarketów Walmart. Reformy zorientowane na korporacje powodują zlewanie się władzy gospodarczej i politycznej, pogłębianie nierówności oraz rosnące oddzielenie klasy politycznej od woli ludzi, których z założenia powinni reprezentować. To jest korzeń braku łączności pomiędzy politykami a społeczeństwem, której doświadczyliśmy podczas protestów, jakie przetoczyły się przez całe Indie po zbiorowym gwałcie w Delhi.

Co gorsza, wyalienowana klasa polityczna boi się swoich własnych obywateli. To tłumaczy coraz częstsze użycie policji do dławienia pokojowych protestów obywatelskich, czego świadkami byliśmy w Delhi. Sprywatyzowane państwo korporacyjne musi szybko stać się państwem policyjnym.

Z tego samego powodu politycy muszą otaczać się coraz silniejszą ochroną, odciągając siły policyjne od ich ważnego zadania, jakim jest zapewnienie bezpieczeństwa kobiet i zwykłych obywateli.

Po czwarte, model gospodarczy uformowany prze patriarchalny kapitalizm opiera się na utowarowieniu wszystkiego, włączając w to kobiety. W czasie protestów podczas szczytu WTO w Seattle krzyczeliśmy: „Nasz świat nie jest na sprzedaż”.

Uwolniona przez liberalizację gospodarczą żywioły gospodarcze – deregulacja handlu, prywatyzacja i utowarowienie nasion oraz żywności, ziemi i wody, kobiet i dzieci – powodują degradację wartości społecznych, pogłębiają patriarchat i zwiększają przemoc wobec kobiet.

System gospodarczy wpływa na kulturę i wartości społeczne. Gospodarka oparta na utowarowieniu stwarza kulturę utowarowienia, w której wszystko ma cenę, a nic nie ma wartości.

Narastająca kultura gwałtu jest społecznym efektem zewnętrznym reform gospodarczych. Musimy zinstytucjonalizować społeczną kontrolę neoliberalnej polityki, która w naszych czasach stała się głównym narzędziem patriarchatu. Gdyby istniał społeczny audyt korporatyzacji naszego sektora nasiennego, 270 000 rolników w Indiach nie popełniłoby samobójstwa, odkąd wprowadzono nową politykę ekonomiczną. Gdyby istniał społeczny audyt korporatyzacji naszej żywności i rolnictwa, co czwarte dziecko w Indiach nie byłoby głodne, co trzecia kobieta niedożywiona, a co drugie dziecko wychudzone i opóźnione w rozwoju z powodu poważnego niedożywienia. Dzisiejsze Indie nie byłyby „republiką głodu”, o jakiej pisała dr Utsa Patnaik.

Ofiara zbiorowego gwałtu w Delhi zainicjowała rewolucję społeczną. Musimy ją kontynuować, pogłębiać i rozszerzać. Powinniśmy do skutku żądać szybkiej i efektywnej sprawiedliwości dla kobiet. Musimy domagać się przyspieszonych sądów dla sprawców przestępstw przeciw kobietom. Musimy doprowadzić do zmiany prawa, tak by aparat wymiaru sprawiedliwości nie zawodził ofiar przemocy seksualnej. Powinniśmy nadal domagać się umieszczania na czarnej liście polityków z przeszłością kryminalną.

Musimy dostrzegać kontinuum różnych form przemocy wobec kobiet, od selektywnej aborcji żeńskich płodów przez wykluczenie ekonomiczne aż po napaści na tle seksualnym. Powinniśmy rozwijać dalej ruch na rzecz reform społecznych niezbędnych dla zagwarantowania bezpieczeństwa, ochrony i równości kobiet, budując na fundamentach tradycji indyjskiego ruchu niepodległościowego kontynuowanej przez ruch feministyczny przez ostatnie pół wieku. Program reform społecznych, sprawiedliwości społecznej i równości został przerwany przez program „reform gospodarczych” narzucony przez kapitalistyczny patriarchat.

Robiąc to wszystko, powinniśmy dążyć do zmiany obowiązującego paradygmatu, który redukuje społeczeństwo do gospodarki, a gospodarkę do rynku, i który został nam narzucony w imię „wzrostu”.

Społeczeństwo i gospodarka nie są od siebie odizolowane. Procesy reform społecznych i reform gospodarczych nie mogą być dłużej oddzielone. Potrzebujemy reform gospodarczych opartych na fundamentach reform społecznych, które korygują nierówność płci w społeczeństwie, nie zaś takich, które przyczyniają się do pogłębienia wszelkich form niesprawiedliwości, nierówności i przemocy.

Położenie kresu przemocy wobec kobiet wymaga również wyjścia poza opartą na przemocy gospodarkę i zbudowania modelu gospodarki wolnej od przemocy, ekologicznej i pokojowej, oddającej szacunek kobietom i Ziemi.

Artykuł „Our Violent Economy is Hurting Women” ukazał się na stronie Yes Magazine na licencji CC-BY-NC-SA. Przeł. Jan Skoczylas.

W mojej refleksji nad teorią peer-to-peer przyjmuję dość prostą, ale jak sądzę prawdziwą formułę, opisującą kryzys, w jakim znalazł się globalny system neoliberalnego kapitalizmu.

Po pierwsze: pozorna obfitość. Chodzi o błędne przekonanie o niewyczerpanym bogactwie przyrody jako zasobie, którego ludzkość może używać, nie bacząc na skończoność naszej planety, niezbędne cykle regeneracji przyrody itp. Naturę traktuje się przedmiotowo, jakby można było z niej do woli czerpać i zaśmiecać ją.

Po drugie: sztuczna rzadkość. Chodzi o błędne, wielokrotnie obalone przez badania przekonanie, że wymiana wiedzy w dziedzinie innowacji, kultury i nauki musi być sztucznie ograniczana, w sposób, który sprzyja monopolom i chroni ich oparte na rencie monopolistycznej dochody.

Zrównoważona, zdolna do trwania cywilizacja bądź ekonomia polityczna musi odwrócić oba te bieguny. Potrzebuje pogodzić się z ograniczeniami świata przyrody i uszanować jego cykle regeneracji. I potrzebuje też poluzować sztuczne ograniczenia, pozwalając wiedzy i innowacjom na swobodniejszy obieg w łonie całej ludzkości. W gruncie rzeczy niepodobna rozwiązać pierwszego z tych problemów bez poważnego zmierzenia się z drugim.

Trzeba jednak pamiętać, że możliwe są takie rozwiązania tych dwóch problemów, które nie uwzględniałyby dobra samej ludzkości, to znaczy nie obejmowały równie doniosłego wymogu sprawiedliwości społecznej. Dlatego nasza konstrukcja potrzebuje jeszcze trzeciego filaru.

Te trzy zadania – odwrócenie pozornej obfitości i sztucznej rzadkości w kontekście sprawiedliwości społecznej – przekładają się na aktywność ruchów społecznych, zarówno już istniejących, jak i tych, które dopiero powstają.

Ruch ekologiczny oraz wszelkie inne siły podnoszące żądanie zrównoważonego i trwałego charakteru naszej produkcji materialnej są sojusznikiem niezbędnym, aby chronić naszą biosferę.

Ruch na rzecz sprawiedliwości społecznej reprezentują liczne siły, broniące interesów pracowników najemnych i rolników i walczące o sprawiedliwe społecznie struktury na poziomie lokalnym, narodowym i globalnym.

Praktyka dzielenia się plikami przynosi historyczny przełom, włączając do tego wielkiego sojuszu kolejny, wyłaniający się ruch społeczny: ruch na rzecz swobodnego przepływu wiedzy, kultury i innowacji. Składają się nań: ruch na rzecz wolnej kultury, ruch na rzecz otwartego dostępu, hackerzy komputerowi oraz szereg innych aktorów, walczących przeciwko sztucznej rzadkości.

Każdy z tych ruchów przedstawia własną, komplementarną wizję świata zbudowanego wokół dóbr wspólnych i społeczeństwa obywatelskiego. Dla ruchu ekologicznego to ziemia i jej zasoby stanowią wspólne dobro, które należy chronić. Z kolei ruch na rzecz sprawiedliwości społecznej pragnie zagwarantować, że dobra materialne będą rozdzielane sprawiedliwie, tak aby żadna cząstka ludzkości nie była wykluczona czy pozbawiona możliwości zaspokajania podstawowych potrzeb. Wreszcie ruchy na rzecz wolnej kultury chronią cyfrowe dobra wspólne związane z edukacją, wiedzą, nauką i innowacjami.

W wielkim sojuszu na rzecz dobra wspólnego chodzi o to, by uznać, że owe wielkie ruchy społeczne mają wspólny interes w żywotności, trwałości i zdolności wzbogacania przyrodniczych i ludzkich dóbr wspólnych. Zbudowanie tego sojuszu to wyzwanie polityczne XXI wieku.

Artykuł opublikowany pierwotnie 2 kwietnia 2010 r. na blogu Fundacji P2P pt. The Grand Alliance for the Commons. Przeł. A.O.