Ostatnio o niedzietności zrobiło się jakoś głośniej. Być może dlatego, że liczba urodzeń w Polsce systematycznie spada, ale przecież to nic nowego – taka tendencja trwa już od wielu lat. Z pewnością spory wpływ na nagłośnienie problemu mają także narastające nastroje ksenofobiczne. Jason Stanley w książce “Jak działa faszyzm?” przedstawia zależność między narastającą paniką demograficzną a narastaniem w siłę ruchów antyimigranckich. Skąd to się bierze?
Chociażby na Marszu Niepodległości w tym roku pojawił się plakat Młodzieży Wszechpolskiej z hasłem “Kotki i psiecka nie zastąpią Ci dziecka. Polski naród wymiera”. Poza tymi słowami na banerze znalazła się także ubrana nowocześnie kobieta z czerwonym piorunem na skroni (symbol Strajku Kobiet). Ach ten słynny potwór Gender.
Kobieta pcha wózek, w którym siedzi pies z wyrazem nieszczęścia na pyszczku.
No tak, autorzy plakatu chcieli wyśmiać kobiety, które ich zdaniem przerzucają swój instynkt macierzyński na zwierzęta. Pokazuje to tylko, że nie mają pojęcia, do czego wózki dla psów służą. Chociaż wózki te przypominają konstrukcją wózki dziecięce, ich przeznaczenie jest zupełnie inne. Wózki, do których można wsadzić psa są pomocne dla opiekunów, szczególnie w miejscach, do których nie można wchodzić z psem. Poza tym są wsparciem dla psiaków z problemami zdrowotnymi: zdarza się, że starszy lub schorowane psy nagle w trakcie spaceru nie są już w stanie iść dalej na własnych łapkach.
W sumie co jest złego w słowie “psiecko”? Oczywiście jest to połączenie słów “pies” i “dziecko”, co może wzbudzać różnorakie reakcje. Ale wyjaśnijmy coś sobie: każdy wie, że pies czy kot to nie jego dziecko. No więc w czym jest problem? Środowiska konserwatywne sprzeciwiają się terminom antropomorfizującym czworonogi. Według nich zacierają one różnicę między zwierzętami a ludźmi. Tradycjonaliści chcący chronić “wartości rodzinne” nie zdają chyba sobie sprawy z tego, że większość psów i kotów mieszka właśnie u osób posiadających potomstwo. Faktem jest jednak, że tzw. zwierząt domowych (weźmy pod uwagę zwierzęta najczęściej wymieniane przez konserwatystów w debatach, czyli psy i koty) jest w polskich rodzinach 15 mln, a dzieci w wieku 0-18 lat zaledwie 7,2 mln. Pytanie tylko, czy jest to aby na pewno problem? Czy poza straszeniem kryzysem demograficznym nie ma miejsca przypadkiem także obawa społeczna o wzrost liczby bezrobotnych w związku z opanowywaniem kolejnych zawodów przez sztuczną inteligencję?
“Chodzi o to, że nie lubią takiego stylu życia, obowiązków, odpowiedzialności” – powiedział premier Donald Tusk w wywiadzie dla brytyjskiego „The Sunday Times” o kobietach rezygnujących z własnej woli z macierzyństwa. Z własnej woli – problem bezpłodności i niemożność zajścia w ciążę pozostawiam poza ramami artykułu.
Warto zwrócić uwagę także na publikacje, które ostatnio pojawiają się na rynku, o masie artykułów już nie wspominając. W październiku tego roku ukazała się książka Katarzyny Tubylewicz pt. “Nie czekam na szklankę wody. O świadomej niedzietności”. Autorka oddała w niej głos kobietom, które dzieci mieć nie chcą lub nie chciały kiedyś. Również jesienią tego roku wyszła książka “Bezpotomni. Dlaczego nie chcemy mieć dzieci?” autorstwa matek rodzin wielodzietnych, związanych ze środowiskami chrześcijańskimi: Maria Mościcka, Katarzyna Szałajko, Agnieszka Stefaniuk.Miałam okazję uczestniczyć w spotkaniach autorskich wokół obu książek no i wbrew pozorom spotkania te były bardzo podobne. W żadnej z książek nie ma bowiem krytyki w stosunku do “tej drugiej” strony. Dlaczego w ogóle mówimy o jakiś “stronach”? Porównując postrzeganie społęczne osób niedzietnych z wyboru z rodzicami małych dzieci autorki “Bezpotomnych” posłużyły się bardzo trafną w moim przekonaniu metaforą:
“Po jednej stronie ulicy matka z wózkiem, ciężką torbą z zakupami i bananem rozsmarowanym na kurtce. Po drugiej – para z psem, latte i planem podróży po Ameryce Południowej”.
Trudno dziwić się dorosłemu, który przez całe dzieciństwo słuchał, że jako dziecko stanowi ograniczenie dla swoich rodziców, że sam dzieci nie chce mieć. Jeśli rodzic nie cieszył się swoim rodzicielstwem, a dziecko widziało go tylko zmęczonego i sfrustrowanego, to w sumie po co się pakować w to samo? Cierpienie dla cierpienia? No chyba nie tego ludzie chcą od życia…
W 2024 roku wyszła książka Michała R. Wiśniewskiego “Zakaz gry w piłkę. Jak Polacy nienawidzą dzieci”. Jak sam tytuł wskazuje, autor opisuje polskie społeczeństwo jako wyjątkowo nieprzyjazne najmłodszym. No i dziw się tu człowieku, że młodzi nie chcą zakładać rodziny, gdy słyszą treści w stylu “Nie wiesz, czym jest zmęczenie, póki nie jesteś rodzicem”.
Pytając Polaków i Polki, z jakiego powodu nie chcą mieć dzieci najczęściej się słyszy o braku instynktu macierzyńskiego, niechęci do dzieci, trudnościach ekonomicznych, braku stabilnej pracy, braku mieszkania czy domu, obawie przed utratą niezależności, innych priorytetach, obawach o przyszłość itd. Osoby, które rezygnują z zakładania rodziny ze względu na katastrofę klimatyczną są w rzeczywistości niewielką grupą, podobnie jak antynataliści.
Katarzyna Tubylewicz na spotkaniu autorskim 17 listopada wspomniała także o osobach, które nie decydują się na dzieci z uwagi na to, że wiedzą, jaką krzywdę wyrządzić może nieodpowiedzialne rodzicielstwo. No i niekoniecznie to nieodpowiedzialne rodzicielstwo musiało się wiązać ze złymi zamiarami. No bo jednak często krzywdzimy nieświadomie, nie tylko dzieci. No tylko że o ile po dorosłej osobie może krzywda spłynąć jak po kaczce, to dziecko przez pierwsze lata życia buduje jego podstawy.
Czy do zwiększenia dzietności zachęci rozwój polityki prorodzinnej, budowa mieszkań socjalnych i ułatwienie łączenia obowiązków rodzicielskich z karierą zawodową? Gdyby odpowiedź była tak, byłoby za prosto. Nie oznacza to jednak, że programy typu 800+ nie są potrzebne, bo potrzebne są bardzo. Należy stanowczo odrzucić pogląd o “mamuśkach żyjących z socialu”. O dziwo wyzywanie innych nie zwiększa przyrostu naturalnego. Zresztą osoby mające dzieci wiedzą o tym, że te zawrotne kwoty nie pozwalają na rezygnację z pracy zarobkowej. Czy program wprowadzony w 2016 roku przez Prawo i Sprawiedliwość zachęcił Polaków do zakładania rodzin? Statystyki demograficzne tego nie potwierdzają.
Przyjrzyjmy się krajom szczególnie “family-friendly”, np. krajom skandynawskim, gdzie rodzicom przysługują bardzo długie urlopy płatne, mogą liczyć na pomoc państwa zarówno opiekuńczą jak i finansową, a także dba się o równość płci w zakresie opieki nad dzieckiem. Pomimo tego w krajach takich jak Norwegia, Szwecja czy Dania współczynnik urodzeń na kobietę jest podobny do tego w Stanach Zjednoczonych, gdzie nie ma nawet płatnego urlopu macierzyńskiego!
Powróćmy więc do metafory z “Bezpotomych” o dwóch stronach drogi. Jest ona wręcz podanym na tacy przykładem teorii kategoryzacji społecznych. Kategoryzacja społeczna to proces, za pomocą którego ludzie są w stanie uporządkować sobie postrzeganie świata, ale może być także źródłem wielu problemów. Według tej teorii jednostki klasyfikują siebie i innych do różnych grup społecznych.Grupa ludzi, z którą się nie utożsamiamy, wydaje nam się jedną masą jednostek, które nie różnią się zbytnio od siebie, więc już przed poznaniem jej reprezentanta/reprezentantki postrzegamy jego/ją przez pryzmat stereotypów. Jeżeli brak chęci do poznania “innego”, to nie ma szans, że dostrzeżemy w nim coś pozytywnego.
Nie dostrzeżemy też podobieństw (i różnic), jakie między nami są. No a to właśnie różnorodność napędza rozwój. Zwróćmy uwagę także na tytuł książki Katarzyny Tubylewicz. Nawiązuje on do tego słynnego pytania stawianego z wyrzutem, które słyszymy, gdy przyznajemy się do braku chęci posiadania dzieci: “To kto ci szklankę wody poda na starość?” jest wręcz kwintesencją egoizmu – no bo czy sprowadzasz na świat służącego/służącą? Nie. Rodzicielstwo to nie transakcja wymienna. A ile jest starszych osób, które pomimo posiadania dzieci, wnuków czy nawet prawnuków, przebywają w domach spokojnej starości? Może to jednak nie o sam fakt “posiadania’ dziecka chodzi, ale o zbudowanie z nim relacji?
Wskazówka dla polityków i polityczek jest taka, że o dziwo atakowanie kobiet nie zachęca ich do rodzenia dzieci. Nie tylko świata polityki zresztą to się tyczy, ale nas wszystkich. Są ślady prób nawiązania dialogu, właśnie chociażby poprzez te dwie książki. Plus w tym całym “sporze” nie chodzi chyba o same dzieci/dzietność, ale o inny sposób patrzenia na świat, inne wartości, inny styl życia. A może warto jednak poznać tego Innego i pomimo różnic darzyć jego/ją szacunkiem?
27–28 września 2025 roku w Łodzi odbędzie się VII Forum Technopolityczne – wyjątkowe wydarzenie poświęcone relacjom między technologią, społeczeństwem i geopolityką. Instytut Spraw Obywatelskich oraz Obywatelski Akcelerator Innowacji zapraszają do debaty na temat wyzwań, przed którymi stoi Polska i świat w erze dynamicznych zmian technologicznych.
Hasłem przewodnim tegorocznej edycji jest pytanie: Jak Polska powinna grać na wielkiej szachownicy technologicznej? Organizatorzy podkreślają, że technologia stała się nową przestrzenią rywalizacji mocarstw, a dynamiczny rozwój sztucznej inteligencji, automatyzacji i cyfryzacji zmienia układ sił na całym globie.
„Forum Technopolityczne to przestrzeń do rozmowy o miejscu Polski na wielkiej, globalnej szachownicy. Na naszych oczach mocarstwa kształtują nowy porządek świata. Tym razem technologia, a nie tylko geografia, ma kluczowe znaczenie” – mówi Rafał Górski, prezes Instytutu Spraw Obywatelskich.
Najważniejsze tematy dyskusji
W dwudniowym programie zaplanowano panele i debaty wokół problemów, które mogą redefiniować przyszłość społeczeństw:
-
Wojna, której nie widzisz – wykorzystanie AI w działaniach militarnych, blackouty i wojny nowych generacji.
-
Globalne Południe kontra Zachód – pytanie o to, czy BRICS zmieni układ sił na świecie.
-
Jak przeżyć koniec świata, jaki znasz? – odporność i obrona cywilna w razie kryzysu.
-
Gra w atom – bezpieczeństwo energetyczne i kierunki polskiej polityki nuklearnej.
-
Pandemia smartfonów – konsekwencje nadużywania technologii mobilnych, utrata empatii i zdolności poznawczych.
-
Czy Europa zamieni się w superpaństwo? – AI Act, waluta cyfrowa, wyzwania integracyjne UE.
-
Bezrobocie technologiczne – robotyzacja i sztuczna inteligencja w kontekście przyszłości pracy.
„Planujemy rozmawiać bez znieczulenia o tematach, których inni nie chcą lub boją się podejmować” – podkreśla Paweł Marczak z Obywatelskiego Akceleratora Innowacji.
Eksperci i różnorodność głosów
Dotychczas w Forum udział brali eksperci z różnych dziedzin: filozofowie, ekonomiści, politycy, socjolodzy, publicyści i naukowcy. Wśród nich m.in. Jan Sowa, Katarzyna Szymielewicz, Andrzej Zybertowicz, Maciej Kawecki i Jacek Dukaj. Różnorodność perspektyw sprawia, że debaty nie mają charakteru politycznej agitacji, lecz autentycznej wymiany idei.
Spotkanie na żywo
W świecie zdominowanym przez cyfrowe komunikatory i media społecznościowe Forum Technopolityczne stawia na rozmowę twarzą w twarz. To – jak przypomniał organizator, cytując Neila Postmana – najgłębsza forma relacji międzyludzkiej i fundament odpowiedzialnej debaty publicznej.
Informacje praktyczne
-
Termin: 27–28 września 2025 r. (sobota–niedziela)
-
Miejsce: Sala T401, Wydział Ekonomiczno-Socjologiczny UŁ, ul. Rewolucji 1905 r. 39 w Łodzi
-
Program i rejestracja: forumtechnopolityczne.pl
Post-transformacyjna kultura zarządzania w Polsce wyzwala i aktywnie wspiera sadyzm. We Francji trwa dyskusja publiczna o jadowitych warunkach pracy w Orange, które spowodowały samobójstwo wielu osób i wypalenie poważnej ilości pracowników. Mówi się tam ze zrozumieniem i szacunkiem o tym, że osoby, które były tym dotknięte, przeżywają stres i mają reakcje post-traumatyczne. Na przykład, mają głęboką awersję do budynków swojego byłego pracodawcy i często wolą wręcz omijać ulicę i część miasta, gdzie pracowali. To jest efekt zjawiska przemocowych warunków pracy i jest zrozumiałe, że byli pracownicy unikają takich miejsc.
W Polsce zbyt często traktuje się takie zachowania i reakcje osób straumatyzowanych mobbingiem jako kolejny argument za tym, jak ich traktowano. „Bo skoro X tak się zachowuje, to znaczy, że jest groszy/ słaby/ walnięty i jest zrozumiałe, że należy z nim ostro”, „to oczywiste, że jednostka silniejsza nie może się oprzeć impulsowi wobec takiej jednostki słabszej”. Istnieje cały sadystyczny dyskurs o tym, jak to maltretowani sami się proszą o złe traktowanie i o tym, jaką przysługę się im robi, nie okazując litości ani tym bardziej empatii – „dla ich dobra”, bo przecież muszą się nauczyć, jaki „naprawdę” jest świat.
Nie chodzi o szukanie „złotego wieku”, bo on ma to do siebie, że jest mityczny. Takie postawy istniały zawsze, ale przed transformacją nie były gloryfikowane jako „naukowe” ani propagowane przez system edukacji. Lata 1980-te to w Polsce epoka głębokiej depresji, która wywołała wielką społeczną traumę. Wobec ludzi stosowana była przemoc, brutalnie rozbijano solidarność społeczną i niszczono poczucie godności ludzkiej strajkujących robotników. Był to czas pacyfikacji wyższych wartości i więzi społecznych. Jednak działo się to jakby w mroku wielkiej społecznej nieprawomocności. Dopiero transformacyjne hasło: „świat jest dla silniejszych” spowodowało społeczną epidemię jawnego sadyzmu. Pojawił całkiem nowy rodzaj traumatyzującej energii: elegancki, nowoczesny, nieprawdopodobnie zadowolony z siebie. Podczas gdy w wielu innych krajach szef sadysta jest potępiany przez otoczenie, u nas wygląda to tak, jakby ta cecha wręcz kwalifikowała do zawodu. I tu właśnie tkwi sedno problemu – nie chodzi o same postawy społeczne. Sęk w tym, że w latach 1990-tych oficjalne przygotowanie do roli społecznej szefa zaczęło otwarcie wspierać tyranizowanie podwładnych, powołując się na autorytet wiedzy (niezgodnie z faktycznym stanem wiedzy naukowej).
Na śmietnik wyjechały we wczesnych latach 1990-tych niemal wszystkie wypracowane wcześniej podręczniki do kierowania ludźmi (uczono wtedy, że ludźmi się nie zarządza lecz kieruje – zarządza się rzeczami, zasobami) głoszące konieczność dialogowania z załogą. Starzy szefowie, którzy byli przyzwyczajeni do tego, że trzeba się jakoś dogadywać z radą zakładową, ze związkami – mogli tego nie lubić, ale umieli to robić – albo zniknęli albo zostali przeszkoleni. Cała ta oficjalna wiedza zarządcza – inna sprawa na ile traktowana wcześniej poważnie – ustąpiła miejsca „zasobom ludzkim” i „szefom alfa”. Polska wersja neoliberalizmu jest szczególnie brutalną wersją, która płynnie weszła po wielkiej traumie lat 80-tych.
Zjawisko oficjalnego definiowania szefostwa w kategoriach siły i przemocy wobec innych ludzi oraz gloryfikacja takich wyobrażeń jako szacownych i prawomocnych to – na tak szeroką skalę – cecha neoliberalizmu. Nawet feudalna uzurpacja królewskiej mocy była smutnym spadkiem po „świętych królach”, przynajmniej jako uzasadnienie praktyk, w tym praktyk odrażających. Były też obszary kultur specjalizujące się w sadyzmie, np. wojsko w systemach totalitarnych lub kopalnie w starożytnym Rzymie, jednak nawet w tych przypadkach trudno jest znaleźć na tak szeroką, ogólnosystemową skalę, socjalizujące całe pokolenia apologie typu greed is good.
W neoliberalizmie nie istnieje dla wielu osób żadna wyższa moralna instancja, na którą się można powołać, broniąc swojego prawa do bycia człowiekiem wrażliwym. A już zwłaszcza – swojego prawa do zarządzania czymkolwiek i kimkolwiek, gdy jest się wrażliwą osobą.
Neoliberalny sadyzm zarządczy jest moralnie i społecznie odrażający. Ale jest on nie tylko wstrętny – jest także z punktu widzenia ekologii systemów społecznych głęboko patologiczny. Sadystyczne zarządzanie dramatycznie redukuje różnorodność i złożoność systemów. Te cechy wymagają troski i pielęgnowania. Są jak bioróżnorodność ogrodu – należy o nią dbać, a nie lać ziemię glifosatem albo sadzić rdestowiec ostrokończysty „bo jest taki skuteczny i przecież jest taki z niego alfa winner!” To są metody nie tylko gwarantujące zniszczenie ogrodu, ale pewnie całej okolicy.
W podejściu systemowym zasada niezbędnej złożoności Rossa Ashby’ego głosi, że podsystem zarządzający musi być co najmniej równie złożony, jak system, którym kieruje. Oznacza to, że dobre, zdrowe zarządzanie musi rozumieć i uwzględniać, a najlepiej także korzystać z różnorodności organizacji, za którą odpowiada. Różnorodność jest ważna i pożyteczna, bo umożliwia zniuansowane reakcje na to co się dzieje w otoczeniu.
Jednostki wrażliwe pomagają wychwycić słabe sygnały, zanim kryzys rozwinie się na poważnie. Bywa, że ratują życie organizacjom. Poszanowanie dla tak pojętej różnorodności jest szczególnie ważne, gdy otoczenie jest nieprzewidywalne i złożone – a właśnie tak jest obecnie.
Wrażliwość na słabe sygnały i zróżnicowanie wewnątrz organizacji zwiększają trwałość i odporność (sustainability) organizacji, sprawiają, że jej szanse na przetrwanie, nawet w burzliwych warunkach, zwiększają się. Co więcej, zróżnicowana organizacja ma większe szanse na bliskie współdziałanie z otoczeniem dzięki swojej zdolności do zniuansowanej komunikacji – zamiast żerowania na środowisku, co bywa strategią przetrwania w trudnych warunkach. Zamiast niszczyć otoczenie można z nim harmonijnie współpracować. To nie żaden ekscentryczny idealizm tylko zwykła realistyczna konstatacja badaczki, jednej z wielu zajmujących się naukowym dokumentowaniem takich organizacji. One istnieją. W Polsce też. Przetrwały nawet pandemię.
Alternatywa istnieje.
Alfa-sadyści oszukali nas.
Szkolenie
Na każdym rogu – Führer
Za każdym biurkiem – Führer
W każdym awansie – Führer
W każdym kurniku – Führer
Tu Fürhrer i tam Führer
Co będzie, kiedy moda – jak to moda –
się skończy
Bum!
koniec epoki Führerów
Co poczną? Dokąd pójdą?
Czy znajdą takie szkolenie,
gdzie uczą mówić: „przepraszam”
(Warszawa, 2020)
Społeczeństwo nie istnieje, „there’s no such thing as society” – powiedziała Margaret Thatcher w wywiadzie 35 lat temu. To nieprawda. Jest odwrotnie. Nie istnieje coś takiego jak jednostka.
To stwierdzenie przewija się ostatnio w naszych rozmowach z polską socjolożką, profesor Anną Gizą. Nie znaczy to, że negujemy istnienie odrębnej ludzkiej istoty, ani że nie wierzymy w jednostkową świadomość, w rozwój, w bycie sobą (choć wierzymy raczej w stawanie się sobą). Wręcz przeciwnie – uważamy, że wszystko to jest ważne i kluczowe dla rozumienia kondycji ludzkiej. Jednak potrzebny jest szerszy kontekst. Jednostki ludzkie wyrwane z kontekstu tracą istotną właściwość – wspólny sens, więzi i większą całość, której częściami są. Gdy próbuje się tak „wytrząsnąć” jednostki z większych całości: społeczeństwa, społeczności, wspólnoty, z żywego systemu – stają się, jak mówi profesor Giza, martwym agregatem.
Wspólne stawanie się sobą
Człowiek jest istotą społeczną. Nawet nasz mózg ostatecznie formuje się w środowisku społecznym, po narodzeniu. Społeczeństwa, które tworzymy, są oczywiście niedoskonałe i obarczone problemami – etycznymi, politycznymi, międzyludzkimi. Ale to żywe systemy, których nie można poszatkować i zracjonalizować – ani tym bardziej zoptymalizować. Owa osławiona optymalizacja, na której często opierają się współczesne projekty modernizacyjne, tak naprawdę jest wiwisekcją. Można natomiast wspólnie się uczyć, rozwijać, dojrzewać. Nawet trzeba – system, który się nie rozwija, toczą różne pasożyty, a w końcu umiera. Taki jest często los współczesnych projektów konserwatywnych.
Jednostka, indywiduum, to raczej część czegoś większego niż samodzielny byt. Nie w sensie bezsilnego trybika w totalitarnej machinie czy robotnika w kołchozie. Jest częścią żywych procesów społecznych. Jednym z nich jest indywiduacja – stawanie się sobą, osobą jednokrotną, niepowtarzalną, zgodną z własnym przeznaczeniem i życiową misją. Zygmunt Bauman powiedział, że geniusz to właśnie ktoś jednokrotny, jedyny w swoim rodzaju. Wszystkie i wszyscy nosimy w plecaku flakonik pełen geniuszu.
Francuski filozof Gilbert Simondon pisał, że indywiduacja to niekończący się proces, w którym osoba prowadzi mediację między dwoma odmiennymi porządkami systemowymi. Innymi słowy, osoba buduje więzi między różnymi „pozycjami”, czyli dyskursami w systemach społecznych. Nie chodzi tu więc o zasady, reguły, cechy – lecz o procesy. W takim ujęciu poszczególne istoty ludzkie, działające w świecie, są pojedynczymi elementami większych procesów indywiduacji. Filozof nazywa to zjawisko współindywiduacją. Zachodzi ona między jednostką a środowiskiem. Uczy się ono, dojrzewa, rozwija i powstaje w tym samym czasie, w którym jednostka zmierza ku własnej wyjątkowości.
Inny francuski filozof, przedstawiciel społecznego podejścia systemowego, Bernard Stiegler, powiedział w 2010 roku: „Proces unifikacji «My» to identyfikacja, organizacja i unifikacja różnych elementów przeszłości wspólnoty, rzutujących na jej przyszłość”. Innymi słowy, jest to proces, poprzez który jednostki tworzą własne indywidualne tożsamości i wytyczają dla nich cele w odniesieniu do wspólnych tożsamości zbiorowych. Posłużę się własnym przykładem: co najmniej od późnej podstawówki grawitowałam ku poglądom, które dziś określiłabym jako demokratycznie lewicowe, ale spotkania z różnymi osobami i środowiskami sprawiły, że mój światopogląd krystalizował się, kształtował, dojrzewał. Nie jest etykietką, którą przykleiłam sobie w jakimś momencie, ale całą moją życiową drogą – i cały czas jest w trakcie ewolucji. Wpłynęły nań więzi z lewicowymi myślicielami, koleżankami i kolegami. Ale też, na przykład, do Unii Pracy we wczesnych latach 90. zapisałam się w reakcji na poglądy liberalne i konserwatywne, coraz głośniej wypowiadane przez osoby w moim otoczeniu pracowym i prywatnym. Nadal lubię rozmawiać z konserwatystami i liberałami. Nie stałam się przez to bardziej prawicowa, lecz mój światopogląd lewicowy rozwija się i dojrzewa. Potrzebujemy zarówno tego, co podobne, jak i tego, co inne, by dojrzewać do świadomości tego, kim jesteśmy. Nie musimy bać się rozmawiać z Innym, jak przekonuje amerykański franciszkanin i teolog Richard Rohr. Nie zarazimy się odeń innością. Przeciwnie: niesłuchanie, nierozmawianie i agresywne odrzucenie mogą spowodować przejęcie niektórych cech innego – tych najgorszych, bo dzieje się to bez udziału świadomości.
Bernard Stiegler mówi, że te dwa procesy indywiduacji – jednostkowy i społeczny – są dwoma aspektami rzeczywistości, które można dostrzec, gdy przyglądamy się im oddzielnie, ale by zrozumieć ich sens, należy je zestawić razem. To dwie strony tej samej monety; jedna nie może istnieć bez drugiej. Indywidualna psychika jest u swych źródeł psychospołeczna – to, co społeczne, nie jest zbiorem już ukonstytuowanych jednostek ani nie jest prostym wytworem ich działania. To tak, jakby każda i każdy z nas był drzewem w lesie. Tworzymy las razem i osobno. Jeśli ktoś wywiera zbyt wielki wpływ na środowisko, to pewnie należy do gatunków inwazyjnych.
Jak zabić i jak ożywić społeczeństwo
Brytyjski profesor zarządzania Martin Parker podkreśla ogromne znaczenie różnorodności społecznej. Jest ona równie ważna jak bioróżnorodność. To ona umożliwia regenerację, jest warunkiem bifurkacji, o której pisałam we wcześniejszym felietonie. Taką socjologiczną bioróżnorodność zabija zarówno totalitarne ujednolicenie, jak i neoliberalna fragmentaryzacja, indywidualna konkurencja i merytokracja (pierwotnie opisana jako dystopia, nie bez powodu – pisałam o tym w wcześniejszym felietonie). W naszym kraju przerabialiśmy obie wersje celowego uśmiercania żywych społecznych systemów.
Czy to znaczy, że nie ma nadziei? Jak tchnąć życie w martwy system społeczny? Z systemowego punktu widzenia – to możliwe, choć niełatwe. Należałoby zacząć odbudowywać więzi. Nie powinien to jednak być cel sam w sobie – bo w ten sposób nie da się tego zrobić; powinno to się dziać „przy okazji” rozmów o różnych ważnych dla nas sprawach. Richard Rohr podkreśla, że społeczności tworzą się właśnie „przy okazji”. Okazją mogą być poważne problemy, z jakimi się zmagamy: pandemia, katastrofa klimatyczna, coraz bardziej alarmujący stan środowiska naturalnego, wojna w Ukrainie i agresja putinowskich oligarchów. Jednak zamiast rozmawiać, okopujemy się coraz bardziej na ustalonych pozycjach i utrwalamy bąble (bardzo mi się podoba ta propozycja tłumaczenia „bubble” przez Annę Gizę zamiast bardziej rozpowszechnionej „bańki”), w których mamy poczucie bezpieczeństwa i wyższości moralnej. Nie próbujemy zrozumieć innych bąbli – obecnie grozi to środowiskowym linczem (znanym jako inba lub gównoburza). Tymczasem nasza zdolność do regeneracji zależy od tego, czy uda nam się te sztuczne i martwe podziały pokonać, czy nie.
Niszczymy nasze zdolności do prowadzenia takich rozmów, zrywając delikatne ludzkich więzi w imię projektów i przekonań, dla podbudowania poczucia własnej słuszności, dla różnych racji, po to, by budować władzę i własność. To moment, gdy rozmowa przekształca się w agresję i wyzwiska, przestaje być więzią i zaczyna być zabójstwem – tej większej żywej wspólnoty, której jesteśmy częściami. A bąbel nie jest społecznością, nie jest żywym systemem, lecz agregatem kont w mediach społecznościowych.
Francuska filozofka Chantal Jaquet dowodzi, że wyjście z tego klinczu jest możliwe, jeśli zaczniemy aktywnie (poza mediami społecznościowymi, w przestrzeni fizycznej), odzyskać to, co i tak leży odłogiem i nie jest przez obecny neoliberalny system traktowane jako czyjaś „święta własność”, ani w ogóle żaden „byt”, tylko coś poza współczesną mapą społecznej rzeczywistości. Odebranie tych symbolicznych przestrzeni to odpowiednik „odkrycia Ameryki” we współczesnych czasach. Chodzi o to, by odzyskać więzi, które zostały zerwane przez wielkie projekty modernizacji i konserwacji. Chantal Jacquet mówi, że w neoliberalizmie tak zwana demokracja przedstawicielska jest tylko ukrytym feudalizmem, formą samowoli elit, notabli, plutokratów i oligarchów. Możemy zmienić to, rozmawiając ze sobą w przestrzeni fizycznej poza bąblami. Szkoła i uniwersytet grają tu wielką rolę, bo mogą pomóc „wyostrzyć umysły poprzez praktykę wspólnej deliberacji”, proponuje Chantal Jacquet. Wtedy i tylko wtedy uda nam się wypracować niezbędne programy i strategie społeczne. Uda się odpowiedzieć na pytanie, jak dokonać koniecznej redystrybucji bogactwa i zagwarantowania odpowiednich warunków życia. Budując więzi, rewolucyjnie rozmawiając w poprzek martwych bąbli, możemy dać życie społecznościom i rozmowom, które będą zdolne do reprezentowania ludu w jego różnorodności. Które dadzą mu zdolność do definiowania dobra wspólnego i rozwijania zbiorowej inteligencji.
Ostatni list od Ariadne
Przeklęty, kto przetraci dobrze mu życzącą osobę
Dla zysku lub chwały lub z pragnienia tryumfu.
W chwili gdy opuszcza Naksos, staje się
Bogom podobny, jak oni
Pozbawiony sumienia.
Przędziemy nici nawzajem dla siebie.
To nas ogranicza, spowalnia, sprawia, że
Nie możemy być kandydatami na królów.
Kto je zerwie, nie musi zaznawać poznawczego napięcia,
Ale nikt już nigdy na niego nie czeka
na nabrzeżu,
w środku dnia,
bez powodu
(Beziers, 2020)
* Bardzo dziękuję za cenne uwagi do tego tekstu Jaremie Piekutowskiemu!
Feminizm to przede wszystkim idea emancypacji, jednak często jest używany do promowania idei, które zamiast służyć wyzwoleniu, prowadzą do skostnienia struktur władzy i przemocy. Oto co trzeba zrozumieć, by feminizm mógł służyć emancypacji.
Feminizm nie jest kobietą. Przynależność do dyskryminowanej grupy sama w sobie nie jest ani cnotą, ani zaletą. Walka o prawa grupy dyskryminowanej, gdy jest się jej częścią, też nie jest sama w sobie społeczną cnotą, choć jest aktem odwagi cywilnej i niezbędnej do funkcjonowania w społeczeństwie godności. Z kolei walka o prawa takiej grupy, gdy nie jest się jej częścią, bywa chwalebne, ale bywa też przejawem besserwisserstwa, narcyzmu, a nawet patronizującego stosunku do tej grupy i zawłaszczenia jej doświadczeń i cierpień. Feminizm nie jest o kobietach. Jest o emancypacji, świadomości, wolności – rozumianej nie jako prawie do czy od, lecz jako ontologicznej niezależności od ustalonych z góry form. Patriarchat jest systemem władzy, ustalającym bardzo wiele ludzkich form z góry i w sposób przez stulecia przyjmowany jako oczywisty i „naturalny”.
Feminizm jest społecznym działaniem przeciwko patriarchatowi.
Feminizm nie jest mężczyzną. Rodzaj męski rzeczownika „feminizm” zaprasza do emancypacyjnego myślenia o języku, który wykracza poza formy dominacji i nieposłuszeństwa. Przypomina, że współistnieją w naszej mowie i myśli różne formy i niektóre z nich bywają bardziej otwarte na odczytania i użycia, niż wiele spośród naszych dominujących wyobrażeń. Język polski jest plastyczny i bogaty, rzeczywiście jest „giętki” i nie wtłacza wyobraźni w jednoznaczne tryby. Końcówka –izm sugeruje przynależność do kategorii mowy ideologicznej, czyli mającej związek z władzą – legitymizowania istniejącej lub walki o nową. Retoryka –izmów to sztuka przekonywania o tym, że przyszłość nieuchronnie wynika z pewnych form teraźniejszości. Ale istnieje też poetyka –izmów, mówiąca coś dokładnie odwrotnego – wspólna mowa jest poezją, ma rytm i moc wywoływania różnych obrazów, różnych przyszłości, otwierania nowych przestrzeni.
Feminizm jest o otwieraniu przestrzeni kobietom i temu, co w nas wszystkich kobiece. Dwie uczone, naukowczynie zajmujące się zarządzaniem, Maria Daskalaki i Marianna Fotaki, podkreślają, że feminizm polega na przeciwstawianiu się uciskowi kobiet z powodu tego, że są kobietami. Nie chodzi o celebrowanie kobiet uciskających innych ludzi równie skutecznie jak czynią to hegemoniczni mężczyźni. Feminizm inspiruje i daje energię do tego, by walczyć o równość wszystkich kobiet i ludzi. Nie chodzi o to, by pojedyncze kobiety odtwarzały męskie wzorce przywilejów i sprawowały władzę nad wszystkimi innymi. Feminizm nie cieszy się z tego, że Margaret Thatcher była premierem (czy też premierką) wielkiej Brytanii, że Ayn Rand była główną filozoficzną ideolożką dominującego od dziesięcioleci systemu neoliberalnego, że Alice Elisabeth Weidel była liderką AfD (Alternative für Deutschland), a Marine Le Pen jest przewodniczącą le Rassemblement National (dawniej Front National). Nie jest feminizmem bycie miliarderką, Françoise Bettencourt Meyers, MacKenzie Bezos ani Alice Walton to nie feministyczne ikony. Tak pojęty „feminizm” to zwykły kapitalizm tożsamościowy – zarządzanie zasobem, jakim jest marka „kobiecości”. W feminizmie nie chodzi o odwrócenie hierarchii, lecz o zakwestionowanie reguł strukturalnego braku dostępu i braku głosu w przestrzeni społecznej dla kobiet i wszystkiego, co kobiece w człowieku. W ostateczności ideałem przyświecającym nam, feministkom, jest zrobienie miejsca do tworzenia wspólnot demokratycznych, równych, prawdziwych.
Filozof i poeta Franco „Bifo” Berardi pisze, że różnicująca tożsamość to rezultat zamrożenia procesu identyfikacji, które to zamrożenie polega na redukowaniu złożoności do dających się przewidzieć wzorców, zdefiniowanych potrzebami psychologicznymi lub poglądami politycznymi. Ta moc definiowania człowieka poprzez z góry przyjęte wzory – to właśnie to, z czym feminizm walczy. Podporządkowanie tożsamościowym wzorom daje iluzoryczne poczucie przynależności do jakiejś wspólnej przeszłości, np. wyznaczonej przez genetykę albo wspólne historyczne doświadczenia. Ta wspólnota jest iluzoryczna, ponieważ nie daje energii do działania na rzecz wspólnych celów i musi być utrwalana przez wytyczanie i głośne definiowanie granic (np. ciągłe określanie, kto do niej nie należy).
Feminizm to wspólne patrzenie w możliwą przyszłość i znajdowanie tam tego, co nas łączy. Daje energię do działania na rzecz tego, co jeszcze nie jest spełnione, a więc – co społecznie (jeszcze) nie istnieje. Tworzy się w działaniu, więc deklaratywne ustalanie granic i definiowanie jej przy pomocy negacji, odrzucania tych, którzy do niej nie należą, nie jest koniecznie. Tak pojęty feminizm to nic innego jak solidarność. Solidarność łączy wspólną wizją przyszłości – łączy także osoby bardzo różne, bardzo odmienne. Na tym polega jego szczególna moc. Feminizm jest dynamiczny, żywy, falujący, jest jak poetyka, nie jak retoryka. Jest zmienny w czasie, jest ludzki – należy do nas, jest rodzaju ludzkiego i dotyczy tego, co w nas wszystkich kobiece. Zwraca uwagę na połączenia, z duszą – Animą, ze światem i z naturą – Gają.
Feminizm jest androgynką. Androgyniczność to część kondycji ludzkiej, nasza szczególna złożoność. To prawda o nas, ludziach, która jest w naszych czasach niemal wymazana z publicznej przestrzeni. Przez tysiące lat była jej częścią; jeszcze w latach 90. było na nią miejsce. Nie mieści się w dychotomii ani nie jest niebinarna. To po prostu nasza ludzka dynamika i specyfika: większość z nas, może wszyscy, jesteśmy i-i, nie albo-albo, nie dajemy się zredukować do chromosomów, mamy oprócz nich całą grę hormonów, które się zmieniają w trakcie życia człowieka.
Z socjologicznego punktu widzenia płeć jest konstruktem społecznym – role społeczne związane z płcią są w danym miejscu i czasie bardzo silnie zdefiniowane, ale nie są takie same pomiędzy kontekstami, nawet jeśli ich uczestnicy bardzo często tak uważają. Jeszcze silniej niż inne role społeczne, role płci są naturalizowane – ich definicja opiera się na założeniu, że są określone przez prawa boskie, naturalne, biologiczne. Prócz tego dochodzi jeszcze wiele innych dynamik, energii, pożądań, estetyk. Gdzieś po tej wielowymiarowej skali poruszamy się, my, ludzie, chyba większość z nas. Oczywiście, są osoby bardziej jednoznacznie binarne. Ale to żadna reguła. Nie chodzi tu o stan przejściowy, który należy skorygować. Nie potrzebuje operacji ani terapii farmakologicznej w większości przypadków. Potrzebuje dostrzeżenia, uznania, poszanowania. To, co patriarchat przemocą wyrzuca z nas po to, by „osiągnąć sukces”, to głównie – w gigantycznej i przeważającej mierze – nasze aspekty i energie kobiece. To prowadzi nie tylko do zubożenia i sztucznego ujednolicenia kondycji ludzkiej. To także logika wzmożenia energii i dynamik vtypu patriarchalnych nostalgii, retrotopijnych męskich frustracji przejawiających się przez mizoginię i przemocowe estetyki gwałtu i triumfu, pogardy dla nieliniowości, witalności postrzeganej jako chaotyczność, marginalizacji czułości, wrażliwości, niekonkurencyjnego stosunku do udziału w życiu społecznym.
Świat bez kobiet jest śmiertelną fantazją. Świat bez androgyniczności jest pozbawiony fantazji, sztuki, erotyki i poezji. Jest retorycznym więzieniem z góry narzuconych form.
Andrygyniczność to nie tylko współwystępowanie pierwiastka męskiego i żeńskiego, ale także efekt synergetyczny między nimi, atrakcyjność, erotyzm rozumiany nie tylko jako seksualność czy zdolność do genetycznej reprodukcji, ale jako siła tworzenia. Greckie bóstwo atrakcji i tworzenia, Eros, było androgynem, jednym z czterech przedwiecznych bóstw istniejących na początku dziejów, było też odpowiedzialne za połączenie niepołączalnych żywiołów ziemi i nieba. Nie tylko w starożytności androgyniczność odpowiada za energie łączące i twórcze. Również całkiem współcześnie badaczki zwracają uwagę na znaczenie androgynicznej energii, także w tak mało w oczach wielu osób poetycznej dziedziny życia, jaką jest zarządzanie. By wymienić tylko kilka przykładów: badania Alice Sargent, Carolyn Lynn Martin, Gary’ego Powella, Anthony’ego Butterfielda i innych pokazują, że androgyniczność w zarządzaniu pozwala na łączenie efektywności z rozwojem jednostkowym, otwiera nowe, interesujące drogi dla dojrzewania tak organizacji, jak człowieka. Zarówno mężczyźni, jak i kobiety powinni uczyć się rozwijać w sobie pewne cechy, które dotąd mogą być tłumione, a które przypisywane są drugiej płci, by być bardziej wszechstronnymi, nowoczesnymi menedżerami. Androgyniczność w organizacjach pozwala na wytworzenie zgodności i budowania sojuszy niepolegających na kompromisach, ale na głębokich i niebanalnych synergiach. Odpowiedzialne i skuteczne przywództwo umie korzystać z władzy tak w „męski”, jak w „kobiecy” sposób, to jest zarówno poprzez stanowczość, jak przez budowanie przynależności i więzi.
Androgyniczność oznacza nie tylko stosowanie jednego i drugiego rodzaju władzy, lecz umie je łączyć i mieszać ze sobą, co potęguje potencjał przywódczy i otwiera drogę do rozwijania całego zakresu pożytecznych postaw i zachowań organizacyjnych. Co więcej, eliminuje to negatywne skutki dominacji tradycyjnego męskiego stylu zarządzania, czyli przede wszystkim niweluje poziom agresji. Wreszcie, androgyniczność wspierana w miejscu pracy zmniejsza poziom stresu, co ułatwia procesy uczenia się. Androgyniczność to nie jest miejsce na spektrum pomiędzy tym, co męskie, i tym, co kobiece. Androgyniczność jest syntezą, jest możliwością wystąpienia takich syntez w życiu społecznym i w życiu każdej jednostki ludzkiej.
Feminizm otwiera drzwi, za którymi istnieje przyszłość, w której jest miejsce na coś innego niż to, co dyktuje nam hegemoniczny patriarchat przy pomocy swoich coraz bardziej liniowych i zero-jedynkowych struktur i technologii. Przyszłość, w której jest miejsce na androgyniczność, poezję, twórczość, wrażliwość, współczucie, spontaniczność, współpracę, tożsamość rozumianą jako poszukiwanie, a nie jako definicja i marka, na fantazję, erotykę, odpowiedzialność, bezcelową zabawę, muzykę, rytm, popełnianie błędów, znajdowanie drogi, pożądanie, tęsknotę, czułość, marzenie, lenistwo, dobrą, sensowną pracę, przyjaźń, wierność, człowieczeństwo.
Jestem feministką, bo jestem człowiekiem. Po polsku człowiek to rodzaj męski. Po szwedzku człowiek, människa, to rodzaj żeński. Feminizm to przyszłość, w której możliwy jest rodzaj ludzki.
Polskie państwo systemowo się wali. Staliśmy nad przepaścią, zrobiliśmy krok do przodu.
Robert Suligowski przygląda się zapaści polityki społecznej w Polsce i stawia diagnozę o upadku służb publicznych.
Barbarzyńca w zielonym ogrodzie
Świat się zmienia, a wraz z nim zmienia się polityka. To teza w równym stopniu banalna, co prawdziwa. Dogmatyczne dyskusje: liberalizm czy socjalizm donikąd już nie prowadzą. Są to dyskusje przebrzmiałe, przechodzimy do innej, nowej epoki, epoki poprzemysłowej. Emanacją tej zmiany jest Zielona Fala, która wzbiera zarówno w Europie, jak i na świecie. Zieloni dostrzegli to jako pierwsi i dlatego szukają nowych odpowiedzi, dotyczących kształtów i kierunków przemian społeczno-gospodarczych – wychodząc z holistycznej wizji świata i miejsca człowieka w tym świecie, schodzą na niższe szczeble aktywności, redefiniując je na każdym poziomie.
Zieloni vs. Barbarzyńcy
Zieloni nie są socjalistami. Przyjęcie przez Zielonych wizji i instrumentarium pojęciowego jednej z grup politycznych prowadziłoby do zupełnego zatracenia przez ten ruch waloru wyjątkowości, który pozwala spójnie mówić o tym, co nas czeka w najbliższych dekadach. Pozwolę sobie przyjąć, że w najbliższych latach czeka nas fundamentalny spór dwóch nowych ruchów politycznych. Inne – albo zmienią narrację, albo będą stopniowo schodzić ze sceny. Ale nawet ta zmiana narracji nie da im tej wiarygodności, którą będą miały dwa nowe ruchy polityczne: zielony – holistyczny, bazujący jednak na wolności, prawach człowieka, ekologii i solidaryzmie społecznym, i kształtująca się jako kontra „Międzynarodówka Barbarzyńców” – szereg różnych, z pozoru niepowiązanych ze sobą politycznych ruchów, dla których wspólnym mianownikiem jest egoizm i bazowanie na niskich instynktach. Dla jasności: piszę tu o cynicznych liderach politycznych, nie o ich elektoracie.
Ta druga, oparta na wspomnianym egoizmie, negacji antropogenicznego charakteru zmian klimatu, nietolerancji, wykluczeniu i „ekskluzywności” (w przeciwieństwie do zielonej inkluzyjności) dopiero się formuje. Na razie ma wiele twarzy – Trumpa, Johnsona i Farage’a, Kaczyńskiego, Bolsonaro, Orbana, AFD, Le Pen i wielu innych, z których część dopiero zaczyna stawiać swoje pierwsze polityczne kroki. To jest również powrót do nacjonalizmów i militaryzmu, do bezwzględnego wykorzystywania środowiska dla własnych potrzeb. W przedziwny sposób wplatanie w język kierowany do grup marginalizowanych, z dolnych szczebli społeczeństwa, polityki de facto wymierzonej właśnie przeciw tym grupom, głuchej na ich interesy.
Moim zdaniem przez kolejne dekady oś politycznego sporu będzie się obracać wokół tego konfliktu. Zaostrzające się zmiany klimatu i pogarszające warunki życia, dostęp do wody i innych surowców, narastające fale migracji, będą ten spór zaostrzać. Konflikty zbrojne są w to wpisane niemal z definicji. To będzie klasyczna walka dobra ze złem, humanizmu z egoizmem.
Jestem tu pesymistą. Zwycięży egoizm – a za nim filozofia wykluczenia i niedopuszczania do swoich zasobów osób z zagrożonych terenów. To już widać, choćby na przykładzie głosowania establishmentu UE w sprawie ratowania uchodźców. To będzie jedna z linii pęknięcia aktualnej sceny politycznej (to pęknięcie już istnieje) – absolutnie nie będzie to wyłącznie pęknięcie na linii lewica/prawica czy liberalizm/centralizm (etatyzm). To raczej będą pęknięcia według fundamentalnie etycznych postaw. Ruch migracyjny będzie postępował z globalnego Południa na globalną Północ. Wśród imigrantów dominować będą osoby o światopoglądzie konserwatywnym, często związane z islamem. Tu widzę ogromne pole do współpracy pomiędzy dzisiejszymi konserwatystami a częścią Lewicy, którą najbardziej przerażać będzie wizja przyjęcia osób o bardziej tradycyjnym światopoglądzie. Zakładam, że duża część „wielkiego biznesu” będzie chciała ratować się przed koniecznym regulacyjnym podejściem. Dotyczy to w równym stopniu firm przemysłowych, jak i tych wydobywczych, ale także tych internetowych. W tym kontekście krytykowana współpraca Facebooka czy innych gigantów globalnego internetu z „korporacją Trumpa” nie może dziwić. Przerażenie Prezesa H&M, który twierdzi, że „ograniczanie konsumpcji to wielkie zagrożenie społeczne”, jest doskonałym przykładem tego, że nawet w progresywnych i świadomych ekologicznie społeczeństwach, takich jak Szwecja, pojęcie społecznej odpowiedzialności biznesu to na razie tylko unik przed prawdziwą odpowiedzialnością za losy globu.
Dlatego dalsze ścieranie się na temat koncepcji klasowych czy spór o Balcerowicza jest bez sensu. Należy budować wspólną narrację, przemawiającą do osób o światopoglądzie i liberalnym, i lewicowym, i centrowym, w tym także na przykład do progresywnych katolików. Punktem wyjściowym tej narracji mają być zielona diagnoza problemów, a następnie logiczne propozycje ich rozwiązania. Część z tych propozycji, przykładowo dekarbonizacja, „zero waste”, gospodarka obiegu zamkniętego, będzie trafiać do najszerszej części wolnościowego elektoratu.
Siłą rzeczy w ramach szeroko pojętego zielonego ruchu pojawiać się będą kwestie, co do których nie będzie jedności i będą one przedmiotem „frakcyjnych” dyskusji, konieczne okaże się zawieranie kompromisów. Takimi sprawami będzie choćby podejście do własności prywatnej czy kwestia koncernów. Część osób będzie postulować budowę systemów regulacyjnych. Część uzna, że najlepszą drogą jest jakaś forma upaństwowienia prywatnej własności. Ja osobiście zawsze będę przeciwnikiem wchodzenia przez państwo jako właściciela w gospodarkę. Będę natomiast zwolennikiem głębokiego wsparcia różnych struktur społecznych, spółdzielni, kooperatyw, struktur rzemieślniczych, i tym podobnych. Nie ma dziś jeszcze regulacji sprzyjających rozwojowi takich form, co z kolei blokuje oddolne działania, które w sposób uspołeczniony i ekologiczny mogłyby współtworzyć nową gospodarkę, opartą na zrównoważonym rozwoju, bardziej sprawiedliwym podziale dóbr i ograniczeniu konsumpcji nowych towarów poprzez powstawanie nowych form wytwórczości, jak np. upcykling, czy odbudowę usług naprawczych.
„Polityk – barbarzyńca jest istotą bazującą na najniższych instynktach, takich jak strach, zawiść, chciwość. Barbarzyńca ma w nosie systemowe rozwiązania, liberalne czy socjalne tu i teraz. Liczy się maksymalizacja zysków politycznych – po nas choćby potop. To nie jest żaden turboliberalizm, wbrew temu, co twierdzą niektórzy autorzy. Nie, to jest po prostu zło. W czystej postaci.”
Zmierzch klasycznego klasizmu
Tkwimy w sporze klasowym: robotnicy/chłopi/inteligencja/klasa średnia. Jest to w nas tak wyryte, że przestaliśmy dostrzegać gwałtownie zachodzące zmiany w strukturze społeczeństwa. Robotnicy, pracownicy handlu i usług zaczęli zarabiać coraz lepiej. Pensje w sektorze prywatnym od długiego czasu rosną. Pracownicy dyskontów czy robotnicy budowlani, niedawny prekariat, kiedyś bez szans na kredyt, jest dzisiaj mile widzianym klientem instytucji finansowych.
Podobnie w rolnictwie – mit upadającego gospodarza nie jest już prawdziwy. Rolnik, który utrzymał swoją ziemię i ją uprawia, m.in. dzięki wspólnej polityce rolnej, nie tylko zarabia na utrzymanie, ale jest właścicielem wymiernego majątku, który może być przedmiotem zabezpieczenia i daje szansę na pozyskanie kapitału inwestycyjnego. To, czego brakuje w rolnictwie, to systemowe wsparcie dla spółdzielni i kooperatyw (maksymalnie odformalizowanych) w zakresie produkcji (w tym parki maszynowe), przetwórstwa i zbytu płodów rolnych, produkcji i zbytu energii. Z maksymalnym wsparciem dla rolnictwa ekologicznego.
Po cichu powstaje nowy prekariat. Krytykowany z pozycji lewicowych „kapitał”, szczególnie ten większy, potraktował człowieka jak wartość, o którą należy dbać. Zarówno poprzez pensje, jak i poprzez poprawę warunków pracy czy poprzez socjalne benefity. Natomiast państwo traktuje swoich pracowników literalnie jako sługi – jak pan zwykł był traktować pańszczyźnianych chłopów. Przepełniona etosem i poczuciem misji służba państwu przy milczącej akceptacji społeczeństwa przekształca się w nowoczesne niewolnictwo. Przejawem tego traktowania jest sytuacja, w której w pełni świadomie od stycznia br. pensje minimalne szeregu grup zawodowych (nauczyciele, zawody medyczne, urzędnicy, pracownicy cywilni służb mundurowych, pracownicy sądów i prokuratur) chyba po raz pierwszy będą wynosić poniżej minimalnego wynagrodzenia. Nie dotyczy ich 2.600 złotych brutto płacy minimalnej, zaordynowanej przez Prezesa Kaczyńskiego? Otóż nie, bo ich pensje regulowane są odrębnymi przepisami. Młody nauczyciel czy fizjoterapeuta zarobi mniej, niż sprzątaczka po szkole, zatrudniona przez firmę zewnętrzną. Inspektor nadzoru budowlanego, lekarz powiatowej inspekcji weterynaryjnej, strażak, nauczyciel mianowany zarobią mniej, niż zatrudniony na okres próbny kasjer w dyskoncie. To powoduje konieczność natychmiastowego przewartościowania myślenia o celach, które możemy/musimy osiągnąć. Praktycznie nikt nie zauważył, że pensje w budżetówce zeszły z okolic wynagrodzenia średniego w okolice minimalnego. Nadgodzin się nie płaci, nadgodzin się wymaga. Budżetówka zamieniła się z „kapitałem” na miejsca, jeśli chodzi o wyzysk pracownika. Taki maksymalny, jeżeli spojrzeć na np. ilość zgonów lekarzy w miejscu pracy z przepracowania. I nagle pracownik MOPS staje się niemal z automatu klientem MOPS.
Zapaść państwa
Pytanie o potencjalne skutki zachodzących zmian nie ma sensu. Te skutki już odczuwamy. Pierwszy, zasadniczy, to odejścia pracowników (zarówno tych w wieku produkcyjnym, jak i tych, którzy uzyskali uprawnienia emerytalne) i brak zastępowalności. Powoli zauważamy to w szkołach (np. pani od matematyki, która „po prośbie” wróciła z emerytury na pełen etat), ale przede wszystkim w służbie zdrowia (średni wiek pielęgniarki ok. 60 lat, 25 % lekarzy jest w wieku emerytalnym). Potencjalni następcy albo migrują do sfery usług niepublicznych, albo emigrują z Polski. Przekroczyliśmy punkt zwrotny i przed nami już tylko przepaść. Widzimy to w szkole czy w szpitalu. Bo to usługi „na wierzchu”, tych słabości nie sposób ukryć. Ale mamy dziesiątki przykładów z innych miejsc, z którymi styczność jest rzadsza, a których dysfunkcyjność pogrąża całe państwo. Przykładowo: pozwolenia na pracę wydawane nieraz po dwóch latach od złożenia wniosku, w sądach wysłanie podpisanego pisma przez Sąd Rejonowy dla Warszawy – Mokotowa trwa trzy miesiące, a na interwencyjne skontrolowanie przez WIOŚ nielegalnego składowiska (które stanowi zagrożenie dla wrocławskiego lotniska) czekamy 7 miesięcy. Nadzór budowlany działa już tylko interwencyjnie. Z ASF na oślep „walczą” myśliwi. A przemycane tygrysy od śmierci „na bezduszność” służb weterynaryjnych na granicy polsko-białoruskiej ratuje wbrew systemowi dyrektorka ZOO w Poznaniu. Reasumując: rozkład państwa jako organizmu, rozkład struktur administracji, państwo teoretyczne. Zapaść usług publicznych. To przekłada się na wiele warstw naszego życia, również na samo przeżycie. Liczbę ofiar smogu znamy (ok. 45.000 zgonów rocznie). Poznaliśmy nową liczbę: 30.000. To ofiary niedostatecznej opieki zdrowotnej. Wiemy też o 3.000 ofiar wypadków rocznie. I o absolutnym sobiepaństwie, jeżeli chodzi o bezpieczeństwo w ruchu drogowym. Ilość fotoradarów jest tragikomiczna, Inspekcja Transportu Drogowego nie potrafi nawet rozesłać mandatów (pomimo ustawienia urządzeń, dopuszczającego przekroczenie prędkości nawet powyżej 20 km/h) – braki kadrowe. Czyli bezkarność.
To zjawisko zapaści jest nowe. Jest wprost powiązane z szybkim wzrostem wynagrodzeń w sektorze prywatnym przy równoczesnym braku reakcji władz w postaci wzrostu płac w sferze budżetowej. Jednocześnie obserwujemy ogromny wzrost świadczeń redystrybucyjnych. Jest to działanie z premedytacją. A przecież pensje to nie wszystko. Pilnie konieczne są nakłady w infrastrukturę sfery budżetowej.
Prywatyzacja z plasterkiem miodu
Jako osoba, której często zarzuca się neoliberalne podejście, jestem w dziwnej sytuacji, ponieważ krytykuję rzekomo socjalną politykę rządu PiS, a jednocześnie zarzucam mu likwidację państwa opiekuńczego i prywatyzację usług publicznych. Dla jasności: jestem zwolennikiem „Kindergeld” – świadczeń rodzinnych, związanych z posiadaniem dziecka, niezależnych od dochodów. Jednak z uwzględnieniem podstawowej kwestii: jaki jest koszt alternatywny (z języka niemieckiego „Oportunitätskosten” – koszty oportunizmu) takiego świadczenia, tj. z czego musimy zrezygnować, aby takie świadczenia sfinansować i czy nas na ten koszt stać. Dzisiaj mamy jasną odpowiedź, że nie. Zsumowana wartość świadczeń 500+ to ok. 45 miliardów rocznie, całej piątki Kaczyńskiego, to ok. 75 miliardów. Już samo 500+ to 11% udziału w wydatkach budżetowych. Skądś trzeba było je wziąć. Wzięto częściowo ze zwiększonych dochodów budżetowych. Ale przede wszystkim z zaniechanych wydatków.
Oczywiście nikt nie powiedział, że redystrybucja ma być zamiast państwa opiekuńczego. A taki jest efekt. Edukację już kupujemy (czy to w formie szkół prywatnych, społecznych, czy korepetycji). Większość posiada już w tej czy innej formie ubezpieczenie, pakiet medyczny lub po prostu w razie potrzeby wykłada z własnej kieszeni. Teraz naprawdę się amerykanizujemy. Odcinamy szanse na awans społeczny. Odcinamy szanse na życie i zdrowie. Odcinamy szanse na budowę klasy średniej i łatwość przechodzenia z jednej do innej grupy społecznej. Gwałcimy fundamenty polskiej konstytucji. Również w odniesieniu do tej materii konstytucja umiera po cichu.
W zamian dostaliśmy plasterek miodu na osłodę. Albo plasterek na ranę. Ułudę. Nie neguję absolutnie realnej potrzeby pomocy finansowej osobom rzeczywiście potrzebującym. Nie rozumiem, jaki jest jednak cel finansowego „flat rate” w świadczeniach, jeżeli efektem tego „flat rate” jest rezygnacja z pełnienia przez państwo podstawowych zadań, jak dbanie o zdrowie, edukację, czy bezpieczeństwo. Przecież na korytarzach SOR i wskutek braku dostępu do świadczeń zdrowotnych umiera co roku ok. 30.000 osób. Trzynasta emerytura, kierowana jako 800+ do zamożnego emeryta, trafia w próżnię. Włożona do systemu mogłaby spowodować miesięczną sowitą podwyżkę dla pielęgniarki. To może ją utrzymać w systemie. Podobnie źle zaadresowane jest np. 500+ dla mnie. W sumie 1.000 złotych miesięcznie. Skierowane do młodego nauczyciela, pozwoliłyby mu pokryć koszt wynajmu kawalerki. To są bardzo proste zależności w nadal bardzo biednym państwie.
Musimy pogodzić się z tym, że nie mówimy o likwidacji łóżek w szpitalu na Banacha, likwidacji ginekologii w Zakopanem, zapaści polskiej psychiatrii, problemach ze smogiem, mafią śmieciową, kłopotami polskiej szkoły. Nie, mówimy o zapaści polskiego państwa. Likwidacji i prywatyzacji usług publicznych. Nieprzypadkowej, systemowej, celowej, bezpardonowej.
A te wszystkie plusy to są takie „ciumki” – lizaki, plasterki. Nie mamy na podwyżki, ale dajemy 500+ nauczycielom. Przecież mogą po nie sięgnąć (jak twierdził minister Szczerski). To jest realizacja metodą albo/albo. Zresztą inaczej być nie mogło, jeżeli „redystrybucja+” wprowadzana jest gwałtownie, w wymiarze niemal 18% dochodów budżetowych.
Co dalej?
Skąd naraz takie skoki: globalni barbarzyńcy, uchodźcy, dysfunkcjonalny NFZ? Bo to się spina klamrą w całość. Polityk – barbarzyńca jest istotą bazującą na najniższych instynktach, takich jak strach, zawiść, chciwość. Barbarzyńca ma w nosie systemowe rozwiązania, liberalne, czy socjalne tu i teraz. Liczy się maksymalizacja zysków politycznych – po nas choćby potop. To nie jest żaden turboliberalizm, wbrew temu, co twierdzą niektórzy autorzy. Nie, to jest po prostu zło. W czystej postaci. Brak jakichkolwiek ludzkich odruchów. To brak reakcji Trumpa na tragedię Kurdów, których wykorzystał i porzucił z premedytacją na pastwę dżihadystów i tureckich siepaczy. To brak reakcji nas, Europejczyków, na tragedię Afrykanów tonących na bieda-łódeczkach i pontonach przy naszych luksus-plażach. Rządu PiS, który ma gdzieś te zgony smogowe, te SOR-owe, te wypadkowe. Tych ok. 80.000 śmierci rocznie. Bezsensownych, łatwych do uniknięcia. Liczy się co innego: szybki, skapitalizowany zysk polityczny, niezależnie od kosztów.
Żyjemy w warunkach periculum in mora – niebezpieczeństwa w zwłoce. Niestety, polski mainstream kontynuuje błazenadę. Niewielu potrafiło zauważyć, że porażka pierwszej kadencji PiS ma szansę przerodzić się w katastrofę. Że mogą zajść procesy nieodwracalne. Nieodwracalne w tym sensie, że odbudowa fundamentów państwa zajmie lata. Wykształcenie, odbudowa kadr, hierarchii, procedur w takich sferach działalności państwa jak edukacja, zdrowie, wymiar sprawiedliwości, bezpieczeństwo publiczne. Odbudowa infrastruktury. Odbudowa pozycji Polski w Europie i na świecie. Przywrócenie wiarygodności. Wreszcie to, co nieodwracalne naprawdę, to świadoma, obliczona na szybki „zysk” destrukcja środowiska. Przywracanie służb publicznych do ładu zajmie wiele lat. Przyroda do względnej regeneracji potrzebuje dekad.
PiS jak „trybun ludowy” wyznacza „ambitny”, absurdalny cel i brnie do niego, mimo całej tragikomiczności tego procesu. Tu choćby planowa destrukcja Puszczy Białowieskiej, przekop Mierzei Wiślanej, budowa absurdalnie nieopłacalnych bloków węglowych czy walka z wiatrakami „bo mogą komuś spaść na głowę”. Bo tak. Tak samo działa Trump, czy Johnson. Oni nie zważają na konsekwencje swojego działania. Chodzi o to, żeby ta nasza fiksacja stała się takim koniem na biegunach dla całego społeczeństwa. Misiem, z którego będzie mogło być dumne. Miś będzie zbudowany na fundamentach niskich instynktów – zawiści, złości, zazdrości, niechęci do obcych. Jak Brexit, mur na granicy z Meksykiem czy wyrąb Amazonii.
Dlatego musimy zdać sobie sprawę, że te nasze wszystkie „doczesne” spory o konserwę, neoliberalizm, socjalizm, etc. w obliczu zagrożenia katastrofą klimatyczną z jednej strony, z drugiej marszu Barbarzyńców, którzy tę katastrofę tylko przyspieszą, są ulotne i nieistotne. Pokonanie Barbarzyńców i trafienie do ich elektoratu jest kluczowe. Musimy tu mówić wieloma językami. Musimy zapomnieć na chwilę o baśni o złym wilku Balcerowiczu i jego wnuku Schetynie. I o wielu innych bajkach. Musimy postawić naszą diagnozę i zaproponować leczenie. Powiedzieć jasno: polskie państwo zachowuje się wobec urzędników coraz częściej gorzej niż Amazon wobec pracowników magazynu. Polskie państwo się rozkłada. Systemowo się wali. Jest niszczone z premedytacją. Do tego będziemy potrzebować całej opozycji i części dzisiejszego obozu PiS, która te procesy również dostrzega i z którymi mniej lub bardziej dosadnie się nie godzi. Jeżeli nie uda nam się zwyciężyć, za rozkładem struktur państwa podąży rozkład struktur społeczeństwa i upadek naszej cywilizacji. Barbarzyńca w naszym ogrodzie demokracji skasuje tę naszą naturalną harmonię. On wytnie drzewa i krzewy, zniszczy alejki i kwietniki. Wyłoży polbruk, rozłoży trawę z rolki i posadzi równo tuje. Stworzy harmonię pozorów.
Robert Suligowski – radca prawny, absolwent Uniwersytetu Adama Mickiewicza w Poznaniu, Uniwersytetu Europejskiego Viadrina we Frankfurcie nad Odrą i Uniwersytetu w Uppsala (Szwecja). Działacz Partii Zieloni.
Jeśli podoba Ci się to, co robimy, prosimy, rozważ możliwość wsparcia Zielonych Wiadomości. Tylko dzięki Twojej pomocy będziemy w stanie nadal prowadzić stronę i wydawać papierową wersję naszego pisma.
Jeżeli /chciałabyś/chciałbyś nam pomóc, kliknij tutaj: Chcę wesprzeć Zielone Wiadomości.
O gospodarce, społeczeństwie i środowisku naturalnym na przestrzeni wieków w redakcyjnej rozmowie z dr hab. Grzegorzem Myśliwskim.
Jan Chudzyński: Czy można powiedzieć, że początkiem rozwoju gospodarczego w Europie był XV wiek?
Dr hab. Grzegorz Myśliwski: Wielki rozwój gospodarczy przeżyła Europa średniowieczna wcześniej, przede wszystkim w okresie od X–XI w. do początku XIV w. W Polsce zaczął się on później, w XII w., i trwał przez całą epokę. Natomiast to, czy wiek XV stanowił okres odrodzenia gospodarczego porównywalnego z najpomyślniejszym wiekiem XIII, było przedmiotem wielkiej dyskusji. Niektórzy twierdzili, że w XV w. trwała stagnacja po kryzysie wieku poprzedniego, jednak częściej przyjmuje się dzisiaj, że XV wiek był rzeczywiście okresem „odbicia” gospodarczego. Tu pojawia się oczywiście pytanie o skalę, bo nie mamy tak dokładnych danych, żeby obliczyć na przykład wzrost PKB. Dodatkowo trzeba pamiętać, że nie cała Europa Zachodnia przeżywa wówczas rozkwit, gdyż przez część XV wieku toczyła się choćby wojna stuletnia Francji z Anglia. Sądzę, że wiek XV jest najbardziej zagadkowym stuleciem z punktu widzenia historii gospodarczej średniowiecznej Europy.
Jak można scharakteryzować relacje, na jakich opierała się ówczesna gospodarka? Były to relacje feudalne, czy może protokapitalistyczne?
Może wyjaśnijmy, co oznacza pojęcie „feudalny”, bo feudalizm to jeden z najbardziej wieloznacznych terminów w nauce. Budzi więc wiele kontrowersji, stąd pojawiały się nawet postulaty, by w ogóle przestać go używać. Jest jednak użyteczny i z powodu długiej tradycji stosowania ostał się mimo intelektualnych ataków. W znaczeniu marksowskim oznacza on po prostu stosunki oparte na poddaństwie (głównie chłop–szlachcic), w przeciwieństwie do znaczenia alternatywnego, gdzie ta zależność wynikała z umowy lennej zawartej wyłącznie przez „ludzi miecza” (wojowników, później rycerzy o różnym znaczeniu). Status ludności w XIV czy XV wieku był oczywiście różny, czego dobrym przykładem są wsie na ziemiach polskich. We wsiach na prawie niemieckim chłopi byli wolni osobiście, mieli odrębny status prawny i podlegali pewnej zależności, ale raczej ekonomicznej. Mieli namiastkę samorządu w postaci ławy sądowej, no i rozliczali się na nowocześniejszych zasadach (doroczny czynsz zamiast wielu danin w naturze). We wsiach, które nie przyjęły prawa niemieckiego, działo się podobnie, z tą różnicą, że nie było namiastki samorządu, tylko sądownictwo pańskie. Chłopi w tych wsiach byli formalnie bardziej zależni od właściciela wsi. Natomiast pracownicy spółek handlowych w większych miastach, choć często tytułowali właściciela firmy „panem”, byli ludźmi wolnymi, członkami samorządnej gminy miejskiej, których obowiązywała indywidualna, na ogół niespisana umowa z właścicielem.
Czyli w tej kwestii sytuacja na ziemiach Polski nie odbiegała znacznie od warunków na zachodzie Europy?
W średniowieczu sytuacja ludności wiejskiej w Polsce była porównywalna do sytuacji chłopów na zachodzie i północy Europy. To zaczęło się zmieniać później. Klasyczna teza mówi o dualizmie społeczno-gospodarczym Europy i wykształceniu się jej podziału na dwie części mniej więcej wzdłuż rzeki Łaby. Wedle tej tezy na Zachodzie przetrwała wolność osobista chłopów, natomiast tutaj na „wschodzie” doszło do refeudalizacji, czyli po prostu do uzależnienia chłopów, których zmuszono do darmowej pracy w folwarku pańszczyźnianym. Jednak w ostatnich dziesięcioleciach ten podział poddaje się rewizji, zwracając uwagę na to, że część Europy na wschód od Łaby nie była jednolita, a wewnętrzne różnice były znaczne. W niektórych krajach (Czechy, część Węgier) przez długi czas przeważały chłopskie gospodarstwa indywidualne, a nie folwarki. W związku z tym część historyków uważa wręcz, że ta tradycyjna teza o dualizmie gospodarczym Europy w okresie nowożytnym jest po prostu błędna.
Jak ten podział przekładał się na sferę materialną?
Różnice były widoczne już wcześniej, choćby pod względem cen. Europę łacińską dzielą one nie na dwie, lecz na cztery strefy cenowe. Ten podział mówi także o zamożności mieszkańców danej strefy. Europa Środkowa w XV wieku, łącznie z państwem krzyżackim, to strefa najniższych cen. Niemcy i Skandynawia miały już ceny wyższe, a reszta Europy Zachodniej była trzecią strefą – cen jeszcze wyższych. Z kolei Włochy i świat śródziemnomorski to strefa cen największych. Różnice w poziomie bogactwa widać także porównując kapitały największych spółek. Dla przykładu, największa firma we Wrocławiu w XV wieku dysponowała kapitałem około 21 tys. florenów, spółka Diesbach &Watt ze Szwajcarii miała dwa razy większe zasoby, a kapitały Medyceuszy szły już w setki tysięcy florenów.
Te różnice w rozwoju gospodarczym z czasem doprowadziły do widocznego gołym okiem podziału na centrum i peryferie.
Pamiętając o podważaniu teorii o podziale Europy na dwie części, rzeczywiście zbyt generalizującej, rozwój przemysłu czy rzemiosła oraz handlu na Zachodzie przebiegał dynamicznie (także dzięki wielkim odkryciom geograficznym). Natomiast w Europie Środkowo–Wschodniej działo się inaczej. Kontynuowano to, co było w średniowieczu, niewiele rozwijano. Jeśli chodzi o podział na centrum i peryferie, to dodajmy, że peryferie nie były marginesem bez znaczenia, lecz stanowiły niezbędną część międzynarodowego systemu gospodarczego. Ziemie polskie odgrywały rolę jako eksporter głównie zboża, drewna, kopalin i niewiele więcej. Jedną z przyczyn takiego obrotu spraw oczywiście był uwiąd miast, który zaczął się od uzależniania mieszczaństwa i miast od szlachty. Jej część na przełomie XV i XVI wieku przenosiła się do miast, by jeszcze aktywniej, bezpośrednio prowadzić handel, ale wskutek antymiejskich ustaw sejmowych w XVI w. ten trend ustał. Później zadowalała się eksploatacją swoich folwarków i poddanych, nie inwestując w inne dziedziny gospodarki. A w miastach prosperity skończyła się po XVI w. (wyjątkiem jest Gdańsk) i nie było komu inwestować, tym bardziej że mieszczaństwo miało zakaz nabywania dóbr ziemskich. To wszystko miało dalekosiężne skutki.
Jeszcze w XVI wieku sytuacja zdaje się wyglądać nieźle, ale gospodarka polska była, patrząc z punktu widzenia całej Europy, monokulturowa. Gdy kończyła się koniunktura na zboże, nie było za bardzo czym go zastąpić. Można było tylko bardziej wyzyskiwać chłopów, by nadrobić spadek koniunktury zwiększonym eksportem zboża. Ale i to przestało wystarczać.
Zresztą opowiem panu ciekawostkę. Dziennikarz poprosił kiedyś profesora Henryka Samsonowicza o ułożenie rankingu stuleci w dziejach Polski od najlepszego do najgorszego. Profesor Samsonowicz za najgorszy w dziejach Polski uznał wiek XVII, choć dawniejsza tradycja historiograficzna nazywa go „srebrnym wiekiem”. Oczywiście nie chodziło tu o zaprzeczanie polskim osiągnięciom w dziedzinie literatury, sztuki czy pozycji politycznej kraju w Europie, w sumie nadal znaczącej. Jednak zdaniem Samsonowicza był to okres, kiedy dziejePolski zaczęły biec w innym kierunku niż historia wielu krajów Europy Zachodniej. W części państw zachodnich następuje wówczas rozkwit nauki i kultury, również rozwój gospodarczy, czego sztandarowym przykładem jest Francja czasów Ludwika XIV w. A tu u nas właściwie ciągle wojny, fanatyczna kontrreformacja, która choć mniej drastyczna i mniej okrutna niż w innych krajach, to kulturowo szkodliwa, bo tolerancję poprzednich stuleci i tę różnorodność kulturową właściwie zniszczyła. Również jej wpływ na edukację był fatalny. To wszystko składa się na początek długiej drogi do upadku Rzeczypospolitej.
A na zachodzie Europy już niedługo miał nastąpić przełom. Poza rozwojem gospodarki rewolucja przemysłowa miała jednak swoje negatywne konsekwencje dla ludzi i środowiska.
XVIII wiek to okres rewolucji przemysłowej w Anglii, no i oczywiście początek jej bardzo dynamicznego rozwoju. Przy czym zwróćmy tutaj uwagę za Witoldem Kulą na to, że był to jedyny kraj, gdzie te procesy na tak wielką skalę nastąpiły w sposób spontaniczny, naturalny. Wszędzie indziej rewolucja przemysłowa była narzucana odgórnie, po to, żeby po prostu Anglii czy rozwijającym się później innym krajom dorównać.
To oczywiście wpływało na życie ludzi w różny sposób. My postrzegamy rewolucję przemysłową nie tylko jako wielką transformację, ale też jako proces, który miał i swoją ciemną stronę. Oprócz wielu opracowań przywołać tu można wstrząsające sceny z filmu Andrzeja Wajdy „Ziemia obiecana”, gdzie widać jak fabrykanci traktowali robotników. Rewolucja przemysłowa wiąże się też oczywiście z wielkim karczunkiem lasów i zmianami w krajobrazie naturalnym, z ogromnym wzrostem ludności miejskiej w stosunku do wiejskiej. Te rozrastające się miasta nie były czymś, czym są dzisiaj, to były brudne, cuchnące molochy. To rzeczywiście okres nieliczącego się z niczym dzikiego kapitalizmu.
Wracając do dojrzałego i późnego średniowiecza, jaki wpływ na środowisko miała ludzka działalność w tamtym okresie?
Kolonizacja skutkowała przekształceniami krajobrazu naturalnego, wycinkami lasów na wielką skalę. Odkrycia kopalin prowadziły do powstania miast i budowy nie tylko kopalń, ale i zatruwających środowisko kuźnic i hut. Ale już w XIII wieku pojawia się pierwsza refleksja na ten temat, a w południowych Niemczech zaczyna się planowe zalesianie. W Austrii, w okolicach Salzburga, gdzie znajdowały się wielkie zasoby soli, do której warzenia potrzebowano masy drewna, zorientowano się, jakie są tego konsekwencje ekologiczne i zaczęto zalesianie. Niestety, w tym przypadku nie dało to dużych efektów, bo warzenie solanek wymagało ogromnych ilości opału. Z kolei w XIII wieku w Anglii zamiast węgla drzewnego próbowano stosować węgiel kamienny, ale w 1307 roku w Londynie zakazano jego stosowania, gdyż w czasie spalania dymił, emitował fetor, i do tego jeszcze wolno się palił. Wrócono więc do węgla drzewnego. Do węgla kamiennego wrócono kilkaset lat później, gdy wykarczowano już tyle lasów, że drewna po prostu zabrakło… Słowem, rozwój gospodarczy miał swoją wysoką ekologiczną i społeczną cenę.
Jeśli podoba Ci się to, co robimy, prosimy, rozważ możliwość wsparcia Zielonych Wiadomości. Tylko dzięki Twojej pomocy będziemy w stanie nadal prowadzić stronę i wydawać papierową wersję naszego pisma.
Aż sześć tysięcy agencji pracy tymczasowej (APT) powstało na terenie Polski od 2003 r., kiedy prawo zezwoliło na funkcjonowanie takich instytucji. Oznacza to, że polski rynek APT rozwija się najszybciej w całej Europie, i już teraz jest znacznie większy niż w krajach, gdzie istnieje wieloletnia tradycja pracy tymczasowej.
Ponad połowa ze skontrolowanych w zeszłym roku agencji jednak łamie prawo (najczęściej nie wypłacając pensji pracownikom), a niektóre działają nielegalnie. Główna inspektor pracy Iwona Hickiewicz postulowała, aby objąć pracowników tymczasowych większą ochroną i zaostrzyć sankcje wobec firm łamiących prawo.
Pracownicy agencyjni są z reguły gorzej traktowani od etatowych, mają zaledwie tygodniowy okres wypowiedzenia (przy umowach o pracę), a przy umowach zlecenie często jedn0-dwudniowy. Umowy cywilnoprawne często są zawierane mimo istnienia stosunku pracy. Jednocześnie praca tymczasowa nie powinna trwać dłużej niż 18 miesięcy, jednak agencje wykorzystały lukę prawną i przerzucają między sobą pracownika, pracującego dla tego samego pracodawcy. W ten sposób pracownicy zatrudnieni przez agencje pracują w ten sposób całymi latami.
Agencje jednak są popularne wśród pracodawców z branży detalicznej, przemysłu i właścicieli magazynów. Ta ostatnia branża bije w Polsce rekordy wzrostu. Jest to efektem głównie usprawnienia infrastruktury i niskich kosztów pracy, a także centralnego umiejscowienia Polski na mapie Europy. Jednocześnie ten dział gospodarki ma bardzo negatywny wpływ na otoczenie społeczne. Nie zapewnia stałej pracy, stałych dochodów, nie tworzy też powiązania mieszkańców okolicznych terenów z pracodawcą. Przede wszystkim jednak przestrzeń magazynowa jest ostatnim ogniwem łańcucha produkcyjnego, co powoduje peryferyjność gospdarki w globalnym układzie i utrudnia jej modernizację.
Dodał: Łukasz Markuszewski
Islandczycy masowo zapisują się do zarejestrowanego kościoła anzuistycznego w proteście przeciwko istniejącemu systemowi finansowania wyznań i kościołów w kraju. Zakłada on pobór tzw. opłaty parafialnej w wysokości 8741 koron islandzkich (62 euro) rocznie od wszystkich obywateli powyżej 16 roku życia.
Przy poborze podatku nie ma znaczenia faktyczne wyznanie czy brak wyznania podatnika. Środki pobrane od osób niewierzących lub przynależących do niezarejestrowanego wyznania trafiają do budżetu państwa, z kolei te od osób związanych z oficjalnym kultem – do odpowiedniego kościoła lub wspólnoty religijnej.
Przeciwnicy tego systemu zdecydowali się założyć w 2013 r. wspólnotę anzuistyczną, która czci bóstwa sumeryjskie. Jednocześnie jednym z „dogmatów” wspólnoty jest zwrot podatku kościelnego wiernym. W ciągu ostatnich dwóch tygodni do anzuistów zapisało się blisko 3100 osób, czyli 1% populacji Islandii.
Ani władze ani największy w kraju Kościół Islandii, o obrządku luterańskim, nie komentują tej sprawy, choć niektórzy politycy domagają się delegalizacji wspólnoty anzuistycznej, jako organizacji założonej w celach innych niż religijne.
Dodał: Łukasz Markuszewski
Coraz lepiej poznajemy mechanizmy psychiczne związane z działaniem serwisów społecznościowych. Znane do tej pory były badania mówiące, że użytkowanie serwisów takich jak Facebook może zwiększyć ryzyko np depresji. Jak twierdzi prof. Izak Benbasate „Udział mediów społecznościowych w rozwoju depresji, stanów lękowych czy zachowań narcystycznych jest coraz częściej dyskutowaną sprawą. Badania dowodzą, że jest niemały. Jednak przyczyny takiego stanu nie zostały dotychczas dobrze wyjaśnione. Nam udało się odnaleźć to brakujące ogniwo: jest nim zazdrość.”
Zdaniem naukowców z zespołu Benbaste zazdrość sprawia, że chcemy publikować na serwisach społecznościowych. Zazdrościmy bowiem interesującego życia naszym znajomym i sami chcemy wywołać zazdrość publikując posty i zdjęcia ukazujące nas z jak najlepszej strony. Jest to zamknięte, samonapędzające się koło, które prowadzi do społecznej konkurencji i rywalizacji. Jest ona powodem zaburzeń depresyjnych u wielu użytkowników.
Dodał: Łukasz Markuszewski, na podstawie PAP