Trzy tygodnie temu przez polskie miasta przeszła brunatna fala, niezbyt duża, od kilkudziesięciu do kilkuset uczestników. Dotknęło to, wg różnych mediów, 50 do 80 miast, co wskazuje na coraz szersze rozlewanie się brunatnych energii, jeszcze raczej płytkich i wątłych. Po pierwszej, emocjonalnej reakcji wszyscy już o zdarzeniu zapomnieli. Niedobrze, bo fala pewnie wróci i będzie większa.
Przypomnijmy – były to przemarsze głównie kiboli, zorganizowane przez skrajną prawacką Konfederację pod hasłem „stop imigracji”. Przemarsze są/ były emanacją tzw. Ruchu Obrony Granic skleconego przez przestępcę Bąkiewicza, prowokatora na utrzymaniu PiS. Uczestnicy ROG głównie wysiadywali grupkami przy niemieckiej granicy, wypatrywali najazdu imigrantów, czepiali się ludzi i kręcili filmiki do sieci. Wypatrywali nieskutecznie, bo imigranci zawiedli, nie dotarli, najazdu nie ma.

BRUNATNE CHMURY
To fakty znane, ale czy fakty mają znaczenie?[1] Uchodźców nie ma, ale plus/ minus połowa rodaków, została skutecznie nastraszona fejkowymi obrazami inwazji krwiożerczych „bestii” o ciemniejszej skórze. I „obrońców granic” popiera, przynajmniej do niedawna. Tutejszy nieudolny rząd dopasował się do brunatniejącego klimatu i przywrócił kontrole graniczne. Wyłapują po kilkoro „nielegałów” dziennie na granicy z Niemcami i Litwą. Para w gwizdek, ale blokowanie komunikacji transgranicznej jest całkiem realne. Przekaz tych pełnych wrogości i agresji marszy był rasistowski i ksenofobiczny. Polska dla Polaków! Bóg, honor, ojczyzna! Nie rzucim ziemi! Wypierdalać z uchodźcami! itd.
To protofaszystowska narracja, radykalizm i akceptacja przemocy[2] także uzasadniają taką ocenę. Zamordyzm i konserwatywny radykalizm połączony z nacjonalizmem (szowinizmem), rasizmem i prymitywnym populizmem to klimaty brunatne. W pakiecie nienawiść do „innych” – Żydów, muzułmanów, społeczności LGBT, feministek, ekologów, gender itd. W powietrzu klimat pogromowy, informacje o próbach samosądu na „obcych” przychodzą co kilka dni. Dla prawackiego obiegu to jest prawdziwy polski patriotyzm (PPP). Ale FASZYZM TO NIE PATRIOTYZM, ma z nim tyle wspólnego co zwykłe krzesło z krzesłem elektrycznym. Te marsze to rozlewanie benzyny na ulicach z intencją, że ktoś rzuci zapałkę i ulica zapłonie przemocą… Póki co przemoc zdarza się incydentalnie, na szczęście, ale się zdarza.
Co zrobić z tą brunatną falą? I czy, oraz dlaczego wróci?
Co zrobić? Przykład dali mieszkańcy Bogatyni, choć w nieco innych okolicznościach niż te marsze, podczas których w paru miastach na drodze brunatnej fali stanęło kilka kontrdemonstracji. W Bogatyni, leżącej blisko styku granic: Polski, Czech i Niemiec, Bąkiewicz zaplanował zgromadzenie. Mieszkańcy je zablokowali i zagłuszyli, nie wpuścili do domu kultury, zbiegowisko nie wyszło. Ponoć 80% czynnych zawodowo mieszkańców Bogatyni pracuje w Niemczech lub w Czechach i naziolskie awantury dezorganizują funkcjonowanie miasta. Imigrantów nikt tam się nie obawia. Tak to aberracja fanatyków (ale też nadmiarowa decyzja rządu utrudniająca ruch transgraniczny) uderza w mieszkańców. Ale to mieszkańcy najskuteczniej mogą dać odpór brunatnym bojówkom.
DLACZEGO MOŻE BYĆ GORZEJ…
Wiele wskazuje, że my mieszkańcy jesteśmy zdani na własne siły w konfrontacji z brunatną falą. Brunatni mają poparcie szerokie, ale płytkie i dość słabe, zwłaszcza w większych, liberalnych miastach. Prawdopodobne jednak jest, że mogą/ będą rosnąć w siłę i zakorzeniać się mocniej i trwalej, i coraz bardziej się panoszyć.
Nie można liczyć, że to obecna demo-liberalna władza („nasza…”) przeciwstawi się brunatnej ekspansji. Bo sama nie chce i otwiera się na elementy prawackiej, brunatnej perspektywy. Snuje kunktatorskie wizje układów z mocodawcami brunatnych – dla przyszłych, wyobrażanych sojuszy. Jak mysz w kącie popiskuje przeciw ekscesom brunatnych. Wyczyny Bąkiewicza, ekscesy na marszach niepodległości, nacjonalistyczne skandale na stadionach, recydywa Browna i jego wasali i in. pozostają praktycznie bezkarne. To nie przypadek.
Jednocześnie pokojowe protesty Ostatniego Pokolenia, aktywność wolontariuszy na granicy czy akcje ekologów wywołują reakcje samej Tuskowej Góry i często szybkie represje policyjno-prawne. Cała masa drobniejszych ekscesów rasistowskich, antysemickich, ksenofobicznych, jawnie neofaszystowskich itp. pozostaje zwykle bez interwencji policji[3], chyba że media, mieszkańcy lub organizacje społeczne zrobią raban – wtedy słychać, że „postępowanie podjęto”.
Ta asymetria[4] nie jest przypadkowa: demoliberały niezbyt brzydzą się naziolami, ale mają obsesję zagrożenia z demonizowanej „lewej” strony, i ze strony oddolnej aktywności demokratycznie organizujących się obywateli[5].
Służby siłowe same z siebie z o wiele większym zapałem pacyfikują ekologów albo wolontariuszy na granicy niż Browna albo kiboli-nazioli, mimo że ci ostatni ich czasem obijają. Bo mundurowi sami sympatyzują z prawackimi poglądami, konserwatywny zamordyzm i nacjonalizm ich kręci. A jak pokazują badania – armia głosowała na Mentzena, Browna a w końcu na Nawrockiego[6], a nie kandydatów z koalicji 15X. A skoro wpatrzony w Trumpa kibol-zadymiarz został prezydentem, to na co tu liczyć?

Trudna do przecenienia jest też siła manipulacyjna masowych ogłupiaczy internetowych generujących wrogość i fałsz. W dużej części pracują one dla ruskiej wojny hybrydowej z Polską, dla skłócenia Polaków i Polski z Zachodem oraz rozbijania UE. Wrogość prawactwa wobec UE jest zrozumiała – w Unii na największą na świecie skalę obowiązują prawa chroniące prawa człowieka i obywatelskie wolności, co jest zaporą dla naziolskiego zamordyzmu, ksenofobii, rasizmu i pozostałych obsesji.
Istotne jest podłoże społeczno-ekonomiczne sytuacji: Polska ma jedne z największych nierówności społecznych w UE[7], stale rosnących i to się raczej nie zmieni. Egoizm i partykularne interesy elit blokują szanse na masowe programy ich zmniejszania i wyrównywania szans. Sprzyja to radykalizacji nastrojów społecznych i zaostrzaniu konfliktów klasowych. Masowa frustracja z powodu beznadziei losu „na dole” drabiny społecznej to żyzna gleba dla demagogicznego, prawackiego populizmu.
I last but not least: ruska napaść na Ukrainę i płynące ze Wschodu (nie z Zachodu!) zagrożenie dla Polski nie sprzyja wolnościowym klimatom, przeciwnie. Podobnie – coraz częstsze i intensywniejsze klęski żywiołowe powodowane przez katastrofę klimatyczną. Potrzebna silna, twarda ręka władzy…?
GŁOS SPRZECIWU WOLNYCH MIAST
Nie można milczeć!
Ta (plus/ minus) połowa kraju, która jest przywiązana do wartości demo-liberalnych i lewicowych, jest zorientowana na więź z Zachodem i UE może liczyć tylko na siebie w stawianiu granic brunatnej ekspansji, na własną, oddolną aktywność i determinację.
Potrzebą chwili jest ODWRÓCENIE NARRACJI w imieniu tej połowy rodaków, bo to nie „cała Polska”, nie „wszyscy Polacy” solidaryzują się z przestępcą Bąkiewiczem, jego bojówkami i mocodawcami – przeciwnie: cała masa rodaków jest temu przeciwna.
W warunkach słabnięcia demokratycznych standardów mających oparcie w europejskiej tradycji i prawach UE oraz kokietowania radykalnej prawicy przez obecną władzę – nowego znaczenia nabierają niezależne ruchy społeczne i oddolna aktywność obywatelska. To nie politycy kreują zmiany, oni za zmianami podążają, zmiany generują obywatele. Jest w tym szczególna rola miast i ich społeczności obywatelskich, z ruchami miejskimi włącznie.
Chyba wszędzie na świecie wielkie miasta stawiają opór zamordyzmowi autorytarnej władzy i polityce antyprogresywnej: Budapeszt na Węgrzech Orbana, Stambuł i Ankara w Turcji Erdogana, wielkie miasta amerykańskie odrzucające trumpizm. W Polsce miasta generalnie nie popierają kaczyzmu/ memtzenizmu/ batyryzmu. Ma to swoje historyczne i ontologiczne uzasadnienie – tradycja i tożsamość miasta europejskiego jest zaprzeczeniem tego, co brunatni mają na swoich sztandarach.
Miasto to otwarta przestrzeń spotkania i wymiany, wolności w różnorodności, tolerancji dla odmienności. Stadtluft macht frei już od średniowiecza… Te wartości napędzają rozwój miast, i świata, choć Polska późno zaczęła w nim uczestniczyć. Siła solidarności miejskiego oporu jest wielka i dobrze ugruntowana, na co wskazują wyniki w nich kolejnych wyborów powszechnych.
Otwarty na świat miejski patriotyzm jest zaprzeczeniem tego, co niesie brunatna fala. Patriotyzm to nie wrogość, agresja i pogarda wobec „innych” – ze względu na język, kolor skóry, religię czy kulturę – będące wyrazem lęku wynikającego z poczucia słabości i niższości. To w miastach może ale i musi wybrzmieć głos sprzeciwu w imieniu myślącej i czującej inaczej niż połowa zmanipulowanych brunatną propagandą rodaków. W „miejskim kryterium ulicznym” mamy przewagę, bo NAS jest po prostu więcej i bardziej nas widać. A może być nas większość…
PS. W Poznaniu marsz solidarnościowy z imigrantami został ogłoszony na 16 sierpnia br..

Dziesięć tysięcy uczestników Marszu Równości w Poznaniu dwa lata temu — ulica Głogowska zajęta na całej długości w śródmieściu…
[1] Trudno oprzeć się wrażeniu, że nie tylko w sferze publicznej mamy do czynienia z dwiema rzeczywistościami coraz bardziej od siebie odległymi. Jedna to obiektywna rzeczywistość faktów, druga to subiektywna rzeczywistość mentalna. Ta druga powstaje w wyniku masowej manipulacji w mediach wszelakich emocjami dotyczącymi informacji, obrazów mówiących o tej pierwszej. Ograniczeń technicznych tu nie ma, inne zanikają w oczach.
[2] Sam wódz Bąkiewicz ma wyrok za pobicie, jest ułaskawionym przestępcą. A prezes (połowy) Polski publicznie sugerował stosowanie przemocy wobec oponentów mówiąc o tym, że „trzeba będzie wziąć coś do ręki”.. Może cegłówkę, brukowca, kij baseballowy albo maczetę? Może broń? To nie jest w Polsce abstrakcja, choć jeszcze wyjątek. Jak długo?
[3] Przykład rasistowskiej, antysemickiej imprezy w centrum Poznania na oczach policji, jeden z wielu: https://poznan.wyborcza.pl/poznan/7,36001,31235452,skandal-w-poznaniu-policjanci-sluchali-piosenki-o-zydowskiej.html
[4] Nie widziałem żeby jacyś mundurowi tarmosili Bąkiewicza czy Browna albo ich pomagierów tak jak traktuje się uczestników protestów lewicowych albo ekologicznych. „Nasza władza” podobnie jak poprzednia jest silna wobec słabych i słaba wobec silnych, których się boi.
[5] Widać to zwłaszcza po tym, jaki jest praktyczny stosunek należących do PO z przystawkami „włodarzy” miast (lub przez PO&Co popieranych) – do niezależnej aktywności obywatelskiej w miastach nad którymi panują, często od kilku kadencji. To jest zaprzeczenie demokratycznego zarządzania choć w publicznych okolicznościach ich gęby są pełne demokracji.
[6] Info choćby tu: https://wiadomosci.wp.pl/tak-glosowano-w-wojskowych-osiedlach-zwyciezca-mogl-byc-tylko-jeden-7163386126416576a
[7] Traktuje o tym przełomowa książka pt. „Nierówności po polsku. Dlaczego trzeba się nimi zająć, jeśli chcemy dobrej przyszłości nad Wisłą”, autorzy: Paweł Bukowski, Michał Brzeziński, Jakub Sawulski, Warszawa 2024.
Rząd ugiął się pod presją społeczną
W czerwcu 2025 roku rząd oficjalnie wycofał się z projektu ustawy UDER32, który miał znacząco ograniczyć prawo obywateli do ochrony środowiska oraz dostęp do sądu. Przeciwko nowelizacji zaprotestowało aż 122 organizacji społecznych, podkreślając, że projekt jest rażąco sprzeczny z Konstytucją RP, prawem Unii Europejskiej i Konwencją z Aarhus.
Stanowisko to poparli także eksperci prawa międzynarodowego oraz Minister ds. Unii Europejskiej, wskazując na niezgodność projektu z podstawowymi standardami praworządności i demokracji.
O co chodziło w UDER32?
Projekt UDER32 będący częścią pakietu deregulacyjnego (tzw. „lex Brzoska”), przygotowany przez Ministerstwo Sprawiedliwości, zakładał odebranie organizacjom społecznym prawa do skargi kasacyjnej w postępowaniach administracyjnych. W praktyce oznaczałoby to, że społeczeństwo – reprezentowane przez NGO – straciłoby realne narzędzia do kontroli decyzji władz i ochrony interesu publicznego. Protestujący podkreślali, że dostęp do wymiaru sprawiedliwości nie podlega negocjacjom, a proponowanie takich zmian jest niedopuszczalne w demokratycznym państwie prawa.
Presja społeczna ma sens
Jak podaje serwis rządowy, decyzja o wycofaniu projektu zapadła właśnie dzięki silnej presji społecznej i merytorycznym argumentom przedstawionym podczas konsultacji. „Stanowczy głos strony społecznej w obronie prawa do sądu został usłyszany i odegrał kluczową rolę w zatrzymaniu tych zmian” – czytamy w oficjalnym komunikacie. Ministra ds. społeczeństwa obywatelskiego Adriana Porowska podkreśliła, że dialog i współpraca z organizacjami pozarządowymi przyniosły wymierny efekt, a rząd przychylił się do opinii, że prawo do skargi kasacyjnej musi pozostać bez zmian.
Obywatelski głos nie do zignorowania
Wycofanie UDER32 to nie tylko sukces organizacji społecznych, ale także dowód na to, że presja społeczna i obywatelski dialog mają realny wpływ na kształt prawa. To przypomnienie, że ochrona środowiska i prawo do sądu są fundamentami demokracji, a ich ograniczanie spotyka się ze skuteczną reakcją społeczeństwa obywatelskiego.
Źródło: gov.pl
Udzielne księstwa burmistrzów i prezydentów, ubezwłasnowolnione rady i mieszkańcy w roli petentów. Czy tak wygląda samorządność polskich miast?
27 maja br. minęło 35 lat od pierwszych, w pełni wolnych wyborów samorządowych do rad gmin w Polsce, możliwych dzięki ustawie o samorządzie gminnym z marca 1990 r. Na tę okrągłą i doniosłą rocznicę, udało się sfinalizować publikację książkową o obecnym stanie samorządności i o tym, co z nim zrobić pt. „O pustyni samorządności i jej rewitalizacji”. Wydawcą jest Kongres Ruchów Miejskich, autorami Witold Gawda i Lech Mergler.
Jako załącznik do zapowiedzi jest dostępna jako e-book na stronie KRM: POBIERZ

O pustyni samorządności i jej rewitalizacji. Kongres Ruchów Miejskich 2025
W książce w centrum uwagi nie jest samorząd jako instytucja nad którą wszyscy się teraz rozczulają, tylko SAMORZĄDNOŚĆ (głównie miejska), jako wartość nadrzędną w narracji o samorządzie. Związek między pierwszym a drugim jest taki, że instytucje samorządowe w założeniu miały/ mają być służebne wobec samo-rządzącej się wspólnoty mieszkańców. Wyszło mocno odwrotnie, stąd „pustynia samorządności” jako wątek przewodni publikacji. Instytucje samorządowe uniezależniły się od samorządu, który stanowi wspólnota mieszkańców, i realizują one własne priorytety swoich szefów. Wyraża to powszechnie stosowane nazewnictwo – „samorząd” to urząd miasta/ gminy, czy rada miejska/ gminy, a „samorządowcy” to etatowi rządzący tymi instytucjami, tzw. „włodarze”.
Nie o to chodziło w reformie samorządowej, która wzięła się z ducha uchwały I Krajowego Zjazdu NSZZ „Solidarność” we wrześniu 1981 r. pt. „Samorządna Rzeczpospolita”. Poprawianie instytucji samorządowych jest dziś godne uwagi o tyle, o ile służy rozwijaniu samorządności. Z oczywistym stwierdzeniem, że liczne w ostatnich latach działania władzy centralnej uderzające w same podstawy samorządu (i samorządności), należy kategorycznie potępić. Takie jak centralizacja państwa, „upaństwowienie” samorządu, obcinanie finansowania, ograniczanie kompetencji, upartyjnienie itd.
Krytyczna ocena stanu samorządności lokalnej jest coraz bardziej powszechna. Ten krytycyzm rośnie obok mainstreamowego przekazu, że reforma samorządowa to najdoskonalsze dokonanie III RP. Być może instytucje samorządowe działają często sprawniej niż rządowe, co ludność docenia, a politycy mogą się pochwalić. Aktywiści ruchów miejskich mają konkretną wiedzą, zwykle krytyczną, o codziennym funkcjonowania (braku) samorządności. Opartą na wieloletnich doświadczeniach i obserwacji władzy z bliska, ale „z boku”, czyli niezależnych. Niemniej istotne są inne liczne źródła ocen krytycznych – publikacje książkowe, obszerna publicystyka w czasopismach oraz w mediach elektronicznych (np. reportaże, podcasty), opracowania ekspertów i wyniki badań naukowych (patrz bibliografia na końcu książki).
W tych negatywnych ocenach zawarte są często emocje wynikające z subiektywnych doświadczeń. Potrzebne było zobiektywizowanie diagnozy stanu samorządności. Przyjęliśmy, że wiarygodnie o nim świadczy wdrożenie przez władzę, albo nie, standardowych praktyk samorządnościowych. Chodzi o różne sposoby włączania mieszkańców w zarządzanie miastem i decydowanie o nim, jak konsultacje społeczne, inicjatywy uchwałodawcze, referenda, panele obywatelskie, jednostki pomocnicze (rady osiedli/ dzielnic) i inne (szczegółowych tematów pytań było 29). Całkowity ich brak to wykluczenie mieszkańców ze współdecydowania/ współzarządzania miastem wskazujące na pustynię samorządności w zakresie, którego dotyczyło pytanie. Czyli rządy ponad głowami mieszkańców, bez liczenia się z ich opiniami, problemami i potrzebami. Wybraliście nas, więc teraz u-rządzimy was! TKM[1].
W książce przedstawione zostały wyniki prostego badania skierowanego do prawie wszystkich miast w Polsce, z których wyłania się obraz naszego kraju jako w dużej części pustyni samorządności. INDEKS SAMORZĄDNOŚCI MIASTA (ISM), oparty na informacji o funkcjonowaniu/ wdrożeniu w danym mieście, albo jego braku praktyk samorządnościowych włączających mieszkańców w decyzje i zarządzanie, pokazuje skalę tego spustynnienia.
Oto ponad połowa badanych miast nie może wykazać się wdrożeniem lub przeprowadzeniem ŻADNEJ z 21 praktyk/ procedur samorządnościowych spośród 29, o jakie pytaliśmy. Czyli niemal w 2/3 obszarów możliwego praktykowania samorządności o które pytaliśmy jest ZERO w ponad połowie miast.
Uszeregowaliśmy te miasta wg ISM w kolejności od takich, w których ŻADNA z nich nie miała miejsca w diagnozowanym okresie (2023) – jest kilka takich miast – do takich, gdzie wdrożonych było najwięcej, ale nigdzie wszystkie…. Trzeba dodać, że ta diagnoza odkrywa brak elementarnej samorządności na jej minimalnym, „urzędowym” poziomie. Nie chodzi tu o żadne zaawansowane czy wyrafinowane programy upodmiatawiania mieszkańców.
Niejako równolegle przedstawiamy w publikacji zbiór 43 postulatów opracowanych w zespole roboczym Kongresu Ruchów Miejskich, pod nazwą SAMORZĄDNOŚĆ 2.0. Są to propozycje zmian w rozmaitych regulacjach mających sprzyjać rozwojowi podstawowego poziomu samorządności lokalnej, zwłaszcza miejskiej. O stosunek do najważniejszych z tych postulatów zostało zapytanych kilkuset miejskich radnych z całego kraju. Ich afirmatywny stosunek do naszych propozycji, z jednym-dwoma wyjątkami, wskazuje na krytyczny stosunek do obecnego samorządowego status quo samych jego uczestników. Testowaliśmy też partie polityczne – Zieloni najbardziej podzielili punkt widzenia KRM.
Słowo „rewitalizacja” w tytule publikacji nie jest do końca jest trafne, ale inne wydają się gorsze na określenie zadania polegającego na wykreowaniu samorządności od podstaw („wynalezieniu?”). Nie „poprawieniu”, „ożywieniu”, „odbudowaniu” – bo to zakładałoby, że istnieje już „jakaś” samorządność, którą należy tylko „udoskonalić”. Tak nie jest. Po przełomie 1989 r. żadnej samorządności nie było. W kolejnych latach, a zwłaszcza po 2002 r. kiedy zapanowało miejskie/ gminne jedynowładztwo prowadzące do oligarchizacji, społeczności lokalne były raczej zniechęcane niż wdrażane do zaangażowania w sprawy publiczne. Ożywienie miało miejsce, m.in. za sprawą ruchów miejskich, na zasadzie sprzeciwu, protestu, krytyki władzy, buntu, które zwykle odbijały się od ściany niechęci czy obojętności władzy. Odgórna tzw. „partycypacja” utrwalająca status quo, była/ jest wprowadzana zamiast demokracji miejskiej, w której podmiotowi mieszkańcy mieliby głos stanowiący. Nie ma go w zmanipulowanych budżetach obywatelskich, fasadowych konsultacjach, zablokowanych inicjatywach uchwałodawczych czy ignorowanych wnioskach/ uwagach do planów miejscowych itd. Mamy świadomość, że w rzeczywistości jest gorzej niż pokazują uzyskane wyniki, uchyliliśmy tylko rąbka publicznej tajemnicy…
Samorządność, tak jak demokracja w ogóle, wymaga oparcia w standardach aksjologicznych i moralnych. To nie jest neutralny wobec wartości dyktat większości, żywiołowy anarchizm czy partykularny, agresywny egoizm lokalny. Prawo do miasta, które samorządność ma gwarantować, nie stoi ponad innymi prawami, prawami człowieka, mniejszości, prawem krajowym i uznanym międzynarodowym. Nie może też uderzać w progresywne wymogi zrównoważonego rozwoju.
Obecnie, w 35 lecie samorządu, nasila się ofensywa środowisk i organizacji skupiających „włodarzy”, którzy domagają się jeszcze więcej władzy, więcej pieniędzy i przywilejów (np. emerytalnych). Przede wszystkim chcą trwać na stolcach dożywotnio, stąd początek ostrej walki ws. dwukadencyjności.. O tym też piszemy w książce.
I rzecz ostatnia lecz nie mniej ważna: stan samorządności, czyli de facto miejskiej demokracji, rzutuje na funkcjonowanie demokracji politycznej w szerszej, krajowej skali. Ludzie wdrożeni od wczesnych lat do wolności polegającej na braniu odpowiedzialności za stan swojego najbliższego otoczenia, osiedla, dzielnicy, miasta, w razie potrzeby gotowi do jego obrony, dysponujący odpowiednimi kompetencjami nabywanymi stopniowo, skomunikowani ze sobą i zorganizowani – nie tak łatwo pozwolą na narzucenie porządków autorytarnych uchylających prawa i wolności oraz demokratyczne standardy. Czy nie jest tak, że teraz w jakiś stopniu płacimy politycznymi perturbacjami za wieloletnią pustynię samorządności?
[1] Teraz kurwa my! Nieoficjalny slogan powyborczy prawicy. https://pl.wikipedia.org/wiki/TKM
Prawie 3 tysiące hektarów dzikiego lasu pod Bliżynem to nie tylko sukces przyrodników, ale także dowód, że nauka, współpraca społeczna i zmiana myślenia mogą realnie wpłynąć na nasze podejście do dziedzictwa naturalnego.
Jak powstał rezerwat?
Na początku 2024 roku Stowarzyszenie Pracownia na rzecz Wszystkich Istot, przy wsparciu Stowarzyszenia Przyrodników Ostoja, zainicjowało formalny wniosek o utworzenie rezerwatu „Bliżyńskie Lasy Naturalne”. Inicjatywa spotkała się z szerokim poparciem naukowców, organizacji przyrodniczych i lokalnych społeczności – wniosek poparła Państwowa Rada Ochrony Przyrody, 150 naukowców oraz 92 organizacje. Pozytywną opinię wydała też Regionalna Rada Ochrony Przyrody przy RDOŚ w Kielcach.
Kulminacją tych działań była uroczystość 27 maja 2025 roku w Geonaturze Kielce, gdzie Regionalna Dyrektor Ochrony Środowiska, Iwona Kędzierska-Gębska, podpisała akt powołania rezerwatu. W wydarzeniu uczestniczyli przedstawiciele ministerstw, Lasów Państwowych, organizacji przyrodniczych i samorządów.
Ochrona dziedzictwa – od Żeromskiego do współczesności
W 1925 roku Stefan Żeromski pisał o Puszczy Jodłowej jako o „bezcennej, jedynej, tajemniczej”. Dziś, po niemal stu latach, fragment tej puszczy został objęty trwałą ochroną jako rezerwat „Bliżyńskie Lasy Naturalne” – największy zwarty rezerwat leśny w Polsce, liczący aż 2964,91 ha.
To efekt długofalowej pracy naukowców, leśników i społeczników, a także wyraz nowego rozumienia odpowiedzialności człowieka wobec przyrody.
Skala, która robi różnicę
Przez dziesięciolecia w Polsce powstawały głównie niewielkie rezerwaty – średnio 90-113 hektarów. Bliżyńskie Lasy Naturalne przełamują ten schemat: to niemal 3 tysiące hektarów zwartego lasu, który integruje wcześniejsze, mniejsze formy ochrony. Tylko taka skala pozwala na zachowanie pełnego spektrum naturalnych procesów – od narodzin, przez rozkwit, po rozpad i odnowienie drzewostanów.
Powstanie tak dużego rezerwatu to konkretna odpowiedź na wyzwania współczesnej ochrony przyrody. To uznanie, że procesy, które przez tysiąclecia kształtowały świętokrzyskie lasy, mają nie tylko znaczenie użytkowe czy naukowe, ale przede wszystkim immanentną wartość – samą w sobie, niezależną od korzyści dla człowieka.
Laboratorium natury
Rezerwat chroni jedne z najcenniejszych w Polsce zbiorowisk leśnych: bukowo-jodłowe lasy o wysokim stopniu naturalności oraz wyżynne bory jodłowe, które stanowią zaledwie ułamek krajowych zasobów. Tu przetrwały reliktowe populacje rzadkich chrząszczy, takich jak ponurek Schneidera czy zagłębek bruzdkowany, oraz unikatowe ptaki: dzięcioł białogrzbiety, sóweczka, włochatka, puszczyk uralski. Na terenie rezerwatu żyją również wilki. Tak bogatej fauny i flory nie sposób chronić w małych enklawach – potrzebne są duże, zwarte obszary, gdzie procesy ekologiczne mogą przebiegać swobodnie.

Wspólna siła – od wizji do rzeczywistości
Powstanie rezerwatu to efekt bezprecedensowej współpracy: wniosek o jego utworzenie złożyło Stowarzyszenie Pracownia na rzecz Wszystkich Istot, a wsparło go ponad 150 naukowców, 92 organizacje, leśnicy, samorządowcy i mieszkańcy. Państwowa i Regionalna Rada Ochrony Przyrody wydały pozytywne opinie, a konsultacje społeczne pokazały, że mieszkańcy chcą chronić swoje lasy i rozumieją ich wartość. To właśnie dzięki tej szerokiej koalicji udało się doprowadzić do powstania rezerwatu o takiej skali.
Zmiana myślenia o przyrodzie
Jak podkreśla Tomasz Figarski:
„Problem z ochroną rezerwatową w Polsce jest taki, że te rezerwaty, które powstają, które powstawały przez dziesięciolecia, to są zwykle rezerwaty małe. Średnia powierzchnia rezerwatu w Polsce to zaledwie sto trzynaście hektarów. To jest naprawdę niewiele. Jeżeli byśmy wzięli pod uwagę same rezerwaty leśne, to powierzchnia średnia wynosi zaledwie dziewięćdziesiąt hektarów…”
I dodaje:
„W mojej ocenie powołanie tego rezerwatu to najważniejsze wydarzenie w krajowej ochronie przyrody w XXI wieku. Jest to wydarzenie, które może być przyczynkiem do zmiany paradygmatów obszarowej ochrony przyrody w Polsce. Oto bowiem mamy duży obszar, sięgający 3000 ha, który ma być pozostawiany procesom naturalnym. To ewenement. Zwykle nawet małe rezerwaty nie są pozostawiane ochronie biernej… Tu mamy zupełnie inny schemat myślenia o przyrodzie”.
Unikatowa bioróżnorodność – relikty i rzadkie gatunki
Bliżyńskie Lasy Naturalne to ostoja setek gatunków chronionych i rzadkich: czosnek niedźwiedzi, buławnik czerwony, parzydło leśne, wroniec widlasty, bagno zwyczajne, bezlist okrywowy, widłoząb zielony, reliktowe owady, rzadkie ptaki, płazy i ssaki. To miejsce, gdzie zachowały się procesy i gatunki charakterystyczne dla pierwotnych lasów Europy.
Rezerwat otwarty dla ludzi i regionu
Powstanie rezerwatu to nie tylko sukces naukowy i przyrodniczy, ale także realna korzyść dla lokalnych społeczności. Dzięki subwencji ekologicznej gminy Bliżyn, Suchedniów i Łączna otrzymają niemal milion złotych rocznie na rozwój infrastruktury, edukację i promocję regionu. Rezerwat pozostaje otwarty dla ludzi – można tu zbierać grzyby, korzystać ze szlaków i podziwiać dziką przyrodę, co stwarza potencjał dla rozwoju turystyki przyrodniczej i edukacyjnej.
Nowy standard ochrony przyrody w Polsce
Bliżyńskie Lasy Naturalne wyznaczają nowe standardy – zarówno w zakresie ochrony procesów naturalnych, jak i społecznego podejścia do dziedzictwa przyrodniczego. To miejsce, gdzie odpowiedzialność, nauka i praktyka spotykają się, by chronić to, co samo nie jest w stanie się obronić przed działalnością człowieka – dziką, niepowtarzalną przyrodę, która bez naszej troski i świadomej ochrony może bezpowrotnie zniknąć.
W Polsce od wielu lat trwają próby podważenia mandatu Polek i Polaków do współdecydowania o tym, jak traktujemy środowisko i przyrodę w naszym kraju. W ostatnich dniach byliśmy świadkami kolejnej odsłony tego procesu. “Poprawka Kopcia” i zamieszanie wokół niej nie powinny jednak odwracać uwagi od tego, że problem jest znacznie poważniejszy.
Oświadczenie Fundacji ClientEarth Prawnicy dla Ziemi, Frank Bold, Greenpeace, Pracowni na rzecz Wszystkich Istot i WWF w sprawie prób ograniczania społecznej kontroli nad inwestycjami o znacznym wpływie na środowisko.
W zeszłym tygodniu w Senacie przegłosowana została poprawka zgłoszona przez Tadeusza Kopcia (Porozumienie) praktycznie uniemożliwiająca stronie społecznej udział na prawach strony w postępowaniach administracyjnych, w tym także w postępowaniach dotyczących ochrony środowiska, czyli w procesach, w których określane jest, jak poszczególne inwestycje wpływają na nasze wspólne dobro: przyrodę, powietrze, wodę i glebę. Za poprawką “przez pomyłkę” zagłosowali senatorowie opozycji, co doprowadziło do burzy medialnej, a w konsekwencji do odrzucenia tego złego przepisu przez Sejm.
Nie może jednak umknąć uwadze, że w procesie legislacyjnym zgłaszane były inne poprawki, dużo dalej idące w ograniczaniu praw obywatelek i obywateli w kwestiach środowiskowych. Nie zostały one co prawda uwzględnione, jednak w dużej mierze ze względów formalnych, a nie merytorycznych, zaś ich autorzy zostali zaproszeni do rozmów w Ministerstwie Środowiska i Klimatu.
Tego, że szkodliwe zmiany w jakiejś formie wrócą do Sejmu można być niemal pewnym. Od lat podobne próby podejmowane są przez różne środowiska (głównie biznesowe, ale nie tylko), wyznające prymat podejścia ultrainwestycyjnego (które w imię zysków nie liczy się z nikim i z niczym) nad partycypacyjnym (uwzględniającym głos obywatelski). Nakładają się na to ciągle powtarzane podejścia do pętania organizacji społecznych, takie jak ubiegłoroczna “ustawa Wosia” czy “trójpak Szyszki” z 2016 roku.
Do tej pory żadna z podobnych prób nie zakończyła się sukcesem, ale nie jest powiedziane, że kolejnej się to nie uda. Co ważniejsze i jednocześnie najsmutniejsze, ci, którzy od lat koncentrują się na próbach ograniczania udziału strony społecznej w decyzjach, produkują często prawo (a także lobbują za nim), które w niewystarczającym stopniu chroni środowisko i nasze prawo do współdecydowania o nim.
Dodatkowo, wiele z propozycji legislacyjnych w ostatnich latach stoi w sprzeczności z obowiązującymi Polskę przepisami prawa unijnego i międzynarodowego, może więc doprowadzić do kolejnych postępowań naruszeniowych, kończących się przed Trybunałem Sprawiedliwości Unii Europejskiej. Komisja Europejska, jako „strażnik Traktatów”, traktuje ograniczanie udziału społeczeństwa jako naruszenie prawa unijnego.
My, Polki i Polacy, potrzebujemy ocen oddziaływania na środowisko i potrzebujemy obywatelskiego udziału w procesie ich powstawania. Dzięki temu możemy współdecydować o tym, czy za naszym płotem powstanie zakład produkcyjny, ferma przemysłowa czy wysypisko śmieci i nie jesteśmy zdani wyłącznie na opinię kierującego się własnym interesem inwestora. Bez oceny oddziaływania na środowisko, na którą obecnie strona społeczna ma wpływ, nie powstanie kopalnia odkrywkowa, a więc ogromna dziura w ziemi o skutkach szkodliwych dla tysięcy ludzi. Jeśli organizacje będą się bały dołączać do postępowań administracyjnych, to zwykli obywatele będą pozostawieni sami sobie, w zawieszeniu między biznesplanem inwestora a ambicjami politycznych decydentów.
Należy podkreślić, że wbrew obiegowym i nie popartym faktami opiniom, organizacje ekologiczne nie są przeciwne inwestycjom, a jedynie oczekują ich prowadzenia zgodnie z prawem i w sposób, który dla środowiska i ludzi nie będzie destrukcyjny. Legendarne już protesty w obronie doliny Rospudy nie miały na celu pozbawienia mieszkańców wygodnych dróg, ale takie ich wytyczenie, aby omijały cenne przyrodniczo tereny. Być może zbyt rzadko mówi się o tym, jaki był finał tej historii: Augustów ma obwodnicę, dolina Rospudy nie została zdewastowana, a udało się to dzięki zaangażowaniu strony społecznej w proces przygotowania inwestycji. Takich przykładów – mniejszych lub większych – są w Polsce dziesiątki.
Organizacje społeczne we współdecydowaniu o środowisku i wpływie inwestycji są po prostu niezbędne, a ich prawa są gwarantowane umowami międzynarodowymi i prawem Unii Europejskiej. Prawa obywateli i obywatelek w tej sprawie powinny być poszerzane, a nie ograniczane. Obecnie – niestety – ochrona tych praw wciąż jest daleka od pożądanej, także najnowsza nowelizacja (bez “poprawki Kopcia”) wielu problemów nie rozwiązuje. Tym bardziej musimy zatem podkreślić, że każda kolejna próba ograniczania wspomnianych praw spotka się z naszym zdecydowanym sprzeciwem. Deklarujemy też wsparcie dla każdej propozycji, która procesy środowiskowe uczyni korzystniejszymi dla ludzi i przyrody.
Źródło: Fundacja ClientEarth Prawnicy dla Ziemi
Fot. Michał Chilmon (www.betterly.pl). Most nad Rospudą – obwodnica Augustowa.
Ten reportaż piszę przeszło dwa miesiące po Obozie. Wydarzeniu dającym odczuć całe spektrum emocji, od euforii, przez zmęczenie, smutek, niezrozumienie, aż do pogody ducha, pogodzenia się ze stanem rzeczy, czy niesamowitego wszechogarniającego poczucia zadowolenia, tak po prostu.
To wszystko można zamknąć w ramach krótkiej charakterystyki aktywizmu. Bo aktywizm to nie tylko kolorowe akcje, radosne przemarsze, poruszające przemowy, często to także bezsilność, frustracja, poczucie opresyjności. Myślę, że do wielu z nas ta druga strona medalu, przyszła dopiero po wydarzeniach sobotnich i po wyjeździe ze Stawisk, ale co po niektórzy mierzą się z nią i do teraz.
Wtorek, 16 lipca
Przygnębiający wtorkowy dzień z deszczem w roli głównej. ODK samoorganizuje się zanim zdążę przekroczyć jego progi, których w gruncie rzeczy- nie ma. Jest pomoc, zewsząd, uczestnicy zgłaszają się do odbioru nowo przyjeżdżających ze stacji oddalonej o kilkanaście kilometrów od miejsca obozowiska. Kiedy dojeżdżamy do obozu po jednej stronie widać rozciągające się pole. Im później, tym bardziej będzie się rozrastać, aby w sobotę osiągnąć swoje maksimum możliwości. Po drugiej stronie, przy drodze, czeka infopunkt, strategiczne miejsce obozu, przystanek dla wielu zainteresowanych zgromadzeniem – mnie lub bardziej wypytujących, o co nam w ogóle chodzi. Widzę jednak to poletko, we wtorek, dzień rozpoczęcia obozu, jeszcze dosyć przerzedzone: jeden wykładowy namiot, w oddali namiot cyrkowy, no i toalety. A gdzie wszyscy, gdzie prysznice, jedzenie, jakaś przestrzeń do integracji czy regeneracji?
Niestrudzenie więc zmierzam na poszukiwania i wtedy, za wzgórzem cyrkowym, wyłania się urocza dolinka z kuchnią Food Not Bombs, polowymi prysznicami, tematycznymi namiotami Extinction Rebellion, czy obozowej grupy medialnej i wanną z odzysku służącą za długą umywalkę. Idealnie miejsce do rozmowy, bo jak tu się nie integrować, kiedy szorując zęby ktoś, tuż obok Ciebie, myje stopy. Pierwszy dzień to czas euforii, odnajdywanie przyjacielskich twarzy, poznawanie nowych. Dla tych wcześniej przyjezdnych trwa już pierwszy dzień edukacyjny, od rana odbywają się 
warsztaty. Nie udaje mi się załapać na spotkanie z wolontariuszami projektu Make Rojava Clean Again dotyczącego autonomicznego terytorium na granicy Syrii, w którym demokracja bezpośrednia, feminizm i ekologia stanowią podstawę funkcjonowania tamtejszej społeczności. We wtorek wciąż jest kameralnie, wszyscy gdzieś latają, coś załatwiają, chociaż znajdą się i tacy co bardziej niż organizacją, zajmują się głęboką regeneracją, czyli wypoczynkiem nad okolicznym jeziorem. O dziwo, w okolicy ostało się jeszcze kilka, a jedno z nich było na tyle blisko, że obozowicze mogli przejść się nad nie spacerkiem. Z tym, że mnie się jakoś nigdy nie udało.. Między rozważaniami o jeziorze załapuje się na spotkanie Disrupt Fossil Finance i już czuję ten przypływ solidarnościowej mocy. Tak jakbyśmy zamknięci w namiotach warsztatowych byli w stanie naprawdę zrozumieć, gdzie i dlaczego jesteśmy, i o co tak naprawdę w tym wszystkim chodzi. Poza namiotem mam wrażenie, że się nie rozmawia. Jakiś czas temu miałam okazję porównać obóz z dwudniowymi warsztatami aktywistycznymi, gdzie praktycznie przez większość czasu rozmawialiśmy na tematy około klimatyczne. Na obozie miałam poczucie, że zdarza się to sporadycznie. W większości na wykładach, warsztatach, ale poza nimi tak, jakbyśmy trochę tego nie potrzebowali, nikt nie musiał tłumaczyć nikomu co dzieje się obecnie na Ziemi, i co nasza czeka, a przede wszystkim jakie kroki w związku z tym postanowiliśmy podjąć. I jakoś to poczucie rosło w nas z dnia na dzień, jakaś zmowa milczenia wisząca w powietrzu, napięcie, którego nie sposób zbić. Bo jak tu mówić o nadchodzącej akcji (nieposłuszeństwa obywatelskiego), a tym samym zachowywać środki ostrożności? Nikt, nic tak naprawdę nie wiedział, wszyscy jednak czuli co się święci. Ten czas poprzedzający masowe obywatelskie nieposłuszeństwo to równie strategiczny element, nie patrząc już nawet na to, że siłą rzeczy milczy się do ostatniej chwili, ale napięcie, które jest budowane może triumfalnie wypełnić się w kulminacyjnym wybuchu – w dzień samej akcji.
Środa – czwartek, 17 – 18 lipca
W kolejnych dniach czekała na nas moc atrakcji i wiedzy, bo było o wycinanych drzewach w Bieszczadach i o chroniącej je Inicjatywie Dzikie Karpaty, było o nadchodzącej kampanii by2020weriseup, były spotkania kapitalizmu z ekologią, czy opowieści o Krakowskiej Elektrowni Społecznej. Mnie jednak zaprzątały w ty, dniu warsztaty akcyjne, gdzie niepewność urosła do takich rozmiarów, że o mały włos, a zrezygnowałabym z uczestnictwa w akcji. No a później zajęliśmy się przygotowywaniem do odczytu Globalnego Ocieplenia Serc autorstwa Jaśka Kapeli, sztuki performatywnej, o tym jak to DiCaprio przyjeżdża do polskich przeciętniaków, aby stali się twarzą swej własnej kampanii proklimatycznej. Groteska z przekąsem! Kiedy tematyka klimatyczna ostatecznie wejdzie do mainstreamu ta sztuka podbije sceny polskich teatrów.
I tak oto mijały dni, program nie pozwalał się nudzić, łeb pękał od ilości przyswajanych informacji, a przy okazji jeszcze wszyscy braliśmy odpowiedzialność za funkcjonowanie obozu. Przyjeżdżając tam, nie było się kimś z zewnątrz, tylko częścią współtworzącą przestrzeń. Chcesz, żeby coś zostało wprowadzone, coś Ci nie odpowiada, chcesz coś zrobić – odezwij się na plenum (spotkania całego obozu, na których wspólnie omawia się i decyduje o najważniejszych kwestiach). Wszystko oddolnie, od nas, dla nas.
Piątek, 19 lipca
Coś zaczyna się dziać! Od rana ekipa Młodzieżowego Strajku Klimatycznego ewidentnie organizuje siły na sobotnią demonstrację. Wszędzie trwają spotkania, co raz kolejne plenum.
Sobota, 20 lipca
Jest wcześnie rano, wszyscy spaliśmy bardzo krótko, ale nie jesteśmy zmęczeni, ja nawet nie potrzebuję kawy, adrenalina wystarczająco mnie stymuluje. Moja grupa wychodzi najpóźniej, żegnamy się z wszystkimi, tymi idącymi na legalną demonstrację oraz pozostałymi grupami akcyjnymi. Czuć siłę w powietrzu. Wiemy, że możemy dużo, a przynajmniej w tym momencie w to wierzymy. Chciałoby się krzyczeć, ale jeszcze nie możemy, jeszcze na to nie czas, bo pierwszych parę kilometrów musimy pozostać w całkowitej ciszy. Zaraz po wyjściu z polnej drogi z lasu, w blasku wschodzącego słońca widzimy pierwsze radiowozy. Wiemy, że będzie gorąco. Policjanci nie podejmują jeszcze żadnych działań poza obserwacją. Widzimy jak w okolicy budzi się życie, ludzie wychodzą z domu załatwiać pierwsze sprawunki, odmachują nam, niektórzy są zaskoczeni, po innych zupełnie nie widać żadnego zszokowania, tym, że o 7 rano w sobotę, widzą grupę ubraną w białe kombinezony i maski przeciwpyłowe przemierzającą drogę małej wsi pod Koninem.
Może dzień jak co dzień, ale na pewno nie dla nas. Czuję się jakbyśmy przekraczali kolejne etapy, kiedy nagle z asfaltu znów schodzimy w las – tętno przyśpiesza, wiemy, że jesteśmy coraz bliżej, chociaż nikt wciąż się nie odzywa. Biegniemy. Kiedy robimy przerwę zbieramy się na ustalenia i to wtedy, 20 minut przed akcją, pojawiają się pierwsze informacje, dokładnie tak jak miało być. Cieszę się, ale zarazem zaczynam odczuwać napięcie koncentrujące się w brzuchu.
Zbliża się nieuchronne, coś na co wszyscy czekaliśmy ze swego rodzaju niecierpliwością. Każdy z nas podjął decyzję, bo czuł, że inaczej już nie można. Teraz przyszła chwila spełnienia. Później znów las, polna droga i w końcu wychodzimy na asfalt. Dosłownie 200 metrów za rowem znajduje się nasz cel. Jesteśmy naprawdę bardzo blisko. Idziemy w oczekiwaniu na sygnał. Auta zaczynają się zjeżdżać, a drzwi otwierać. Biegniemy, rozpraszamy się. Słyszę tuż za sobą rzucanie k****** i że mam padać na ziemię, w czym pomóc miała mi pałka wymierzona trzykrotnie w moje uda. Nie pomogła. Biegnę dalej. Nie wiem gdzie są moi znajomi, nie widzę twarzy, ale wszyscy pomagamy sobie nawzajem. Jednak wiem co robię, odpowiednio się do tego przygotowałam. Wiem, że w obliczu nadchodzącej katastrofy klimatycznej nie ma już czasu na opieszałość. Dlatego tam byłam, chwilami sama, jak my wszyscy. Nasze działanie było dla Polski przełomowe, lecz nasza grupa, w stosunku do sił policji niewielka. W szczególności, gdy na horyzoncie widać oddziały antyterrorystyczne, a nad głowami lata helikopter, można poczuć się w tym wszystkim malutkim. Zostaliśmy otoczeni tuż przed samą odkrywką. Nasz ludzki zasób drastycznie się skurczył. Wciąż jednak byliśmy silni. Były negocjacje, debaty, śpiewanie piosenek, wspólne jedzenie. Jednocześnie próbowaliśmy się ochronić przed morderczym upałem. Ostatecznie przystaliśmy na wyprowadzenie nas z terenu przez policję. Mieliśmy co do tego spore wątpliwości. Czy nasza decyzja nie jest w gruncie rzeczy zaprzeczeniem obywatelskiego nieposłuszeństwa? Z drugiej strony grupa licząca kilkanaście osób nie spędziłaby tam więcej niż 15 minut..
Po wyjściu wciąż czuło się moc, zdzieraliśmy gardła i chcieliśmy walczyć dalej. Morale jednak szybko opadły, kiedy nie dotrzymując umowy, policja nie pozwoliła nam opuścić miejsca po spisaniu naszych danych. Zostały nam postawione zarzuty z kodeksu ruchu drogowego. Mandat za przemieszczanie się w nieprawidłowy sposób po drodze. Nie przyjęliśmy ich, więc przygoda dla niektórych z nas, wcale się jeszcze nie skończyła.
W tym samym czasie Młodzieżowy Strajk Klimatyczny zorganizował pokojową manifestację w Kleczewie, gdzie w rytmach „Samby” mówili o niezgodzie młodzieży na tak krótkowzroczną politykę światowych rządów i deklarowali swoją gotowość do walki o wspólną przyszłość. Następnie, już wspólnie rozciągnęliśmy ogromną, czerwoną wstęgę wzdłuż jednej ze stron odkrywki, jednocześnie śpiewając i, pomimo wyczerpującego dnia, nadal wzajemnie się wspierając skandowaniem. W życiu nie widziałam tylu odważnych i silnych ludzi. Nasze „Power to the people because people have the power! Tell me could you feel it, this is stronger every hour! Power, people!” – niosło się tego dnia na całą Polskę.
Powrót z akcji
Oprócz bólu i zmęczenia na powrót zaserwowano nam szczyptę represji. Zatrzymania, niezliczone rutynowe kontrole pojazdów i osób w nim przebywających, mandaty za „przepalone tłumiki”. Były oczywiście kontrole alkomatem i testy na narkotyki. Nawet wracając już po obozie do rodzinnego miasta nie obyło się bez mandatu, wystawionego nam w Koninie. Długa dyskusja i przedstawienie racjonalnych argumentów policji, że w przypadku nie zmienienia przez nas pasu, doszłoby do kolizji – nie pomogło.
Wieczór, wszyscy znowu razem
Atmosfera w obozie pod naszą nieobecność musiała być równie gęsta jak przy samej odkrywce. Jednak z kolejnymi powrotami uczestników akcji ciśnienie powoli spadało. Były łzy, rozgoryczenie, ale przede wszystkim też ulga.
Zrobiliśmy świetną robotę, ponad trzydziestce z nas udało wejść się na teren kopalni i co najważniejsze wszyscy wrócili (względnie) cało z powrotem. To, co działo się na wieczornym plenum, pierwsze wspólne oglądanie filmiku zmontowanego z akcji i emocje temu towarzyszące pozostawię dla siebie. Niech ta tajemnica będzie zachęta dla wszystkich tych, którym w tym roku nie udało się dojechać do dołączenia do nas za rok!
Niedziela, EWALUACJA
W obozie od rana znowu poruszenie, powoli zaczynają znikać namioty. Jednak jeszcze przed rozjechaniem się w swoje strony następuje kluczowy moduł ewaluacyjny. Dzieląc się na grupy omawiamy kolejne etapy przygotowania i przebiegu samego obozu, demonstracji i akcji. Tworzymy grupy lokalne, dołączamy do grup zadaniowych na przyszły rok. Odpoczynek odpoczynkiem, ale walka jeszcze się nie skończyła. Wszystko nabiera tempa, ostatnie momenty w obozie są niezwykle intensywne. Zbieramy do siebie kontakty, jemy ostatnią wspólną zupę.
Wrzesień
Obóz się nie kończy, ale nie nasza działalność. Jesteśmy ruchem oddolnym, który urósł tego lata w niebotyczną siłę. Działamy lokalnie, przygotowujemy się na wrześniowy tydzień ogólnej mobilizacji By2020weriseup. Sporo myśli, trochę nierozwiązanych wątków wciąż kłębi mi się jednak w głowie. Nie było przecież tylko kolorowo… Ogrom refleksji z tym czasem związany, jest dla mnie jednak nauką bezcenną. No i przede wszystkim, patrzę dookoła i mówię sama do siebie „Ładnie na tej planetce, jest o co walczyć”.
Do zobaczenia na aktywistycznym szlaku, niebawem!
Ilustracje: Justyna Diabaszewska
Jeśli podoba Ci się to, co robimy, prosimy, rozważ możliwość wsparcia Zielonych Wiadomości. Tylko dzięki Twojej pomocy będziemy w stanie nadal prowadzić stronę i wydawać papierową wersję naszego pisma.
Jeżeli /chciałabyś/chciałbyś nam pomóc, kliknij tutaj: Chcę wesprzeć Zielone Wiadomości.
Żyjemy w czasach wszechobecnej propagandy sukcesu. Jestem oczywiście świadom, że nie jest to stwierdzenie ani nowe, ani odkrywcze. Zdaję sobie jednak sprawę z tego, że zazwyczaj nie zwracamy uwagi na to jak silnie, powszechnie przyjęte normy społeczne, kreują nasze postawy i codzienne zachowania. Wiem również jak łatwo, za sprawą odpowiedniej informacji, która wprowadzi w nas dysonans poznawczy, niespodziewanie utracić, tak pieczołowicie pielęgnowany pewny grunt pod nogami.
CZĘŚĆ I. – dokąd to wszystko zmierza
CZĘŚĆ II. – źródło i przekaz informacji
CZĘŚĆ III. – granice manipulacji rzeczywistością
CZĘŚĆ IV. – świadczenie prawdy
CZĘŚĆ I.
Wstęp, czyli okrutny test z rzeczywistości
Powszechnie postrzegane trudności, z którymi spotykamy się na co dzień, a z którymi przychodzi się nam mierzyć, jako globalna społeczność wydają się na naszych oczach urastać do nierozwiązywalnych węzłów gordyjskich. Na co dzień są pomijane, minimalizowane, a odpowiedzialność za nie jest powszechnie przesuwana tam, gdzie nikt po nią nie sięga, bądź służy jako pretekst do obrzucania się winą. Gdzie schowana prawda jest w tym procesie odzierana z istnienia.
Już na pierwszy rzut oka jest tu widoczne powszechne, a więc nasze milczące przyzwolenie, na pomijanie tematów trudnych – są one przecież niepopularne i z łatwością psują pieczołowicie wybudowany wizerunek. Co więcej, my sami, dajemy się równocześnie tej propagandzie porwać nie potrafiąc, nawet przed samymi sobą, przyznać, że coś jednak jest nie tak, że nie jest tak dobrze, jak mogłoby się wydawać, jak mówią, a co gorsza nie jest tak, jak my sami potwierdzamy przed innymi, że jest grając na co dzień w grę zwaną życiem.
Wykraczanie poza społeczne normy ma daleko idące skutki i gdy raz wkroczy się na tę drogę, nie ma już z niej powrotu. Smutne jest to jak niewielu decyduje się na ten krok, aby wziąć sprawy we własne ręce i nie czekać dłużej na…
Pułapki suwerenności
We współczesności, z braku wspólnych wszystkim wartości, kreowany przez media, ale i przez nas, obraz rzeczywistości ulega mitologizacji – niestety rodem z amerykańskich opowieści o superbohaterach – znacząco odbiegając od realiów codziennego życia. Zamiast pól wspólnych coraz częściej mówimy, że najważniejsze są te indywidualne i zawsze zróżnicowane punkty widzenia, które, jak wiemy, zależą przecież bezpośrednio od punktu siedzenia. Zamiast dobra wspólnego, zgadzamy się na grodzenie. Zamiast dobra ogółu, czy dobra w ogóle, na zysk niewielu i brak odpowiedzialności.
W tym procesie indywidualizacji media, oczywiście z naszą aktywną pomocą, stają się najlepszym narzędziem kreującym i wspomagającym powszechnie toczące się choroby naszego świata – konsumpcjonizm z nadprodukcją, gospodarkę rabunkową z odpadami, a więc degradację środowiska naturalnego. W efekcie tworzące choroby cywilizacyjne wszystkich nas – stres, samotność, depresję. Skoro bowiem z taką łatwością niszczymy życie, to przecież za jednym zamachem, rezygnujemy ze wszystkich jego przejawów.
I tak, w tej postępującej degradacji, otrzymujemy w zamian pozorne bezpieczeństwo bycia częścią czegoś większego, jednego procesu, jednego społeczeństwa, globalnej wioski. Powiedzmy sobie wprost – dogłębną iluzję jednolitości.
Społeczna nieświadomość
Tak zwane wolne media, prezentujące odmienne od ogólnego stanowiska, naświetlające różne punkty widzenia, uświadamiające ciemne strony, zajmujące się porażkami – są jednocześnie coraz rzadsze. Gdzieś między bajki można włożyć naszą dziennikarską, ale niestety i naszą, zwykłą ludzką, odwagę.
Często, w swojej bezsilności, dajemy się jednocześnie ponieść emocjom i lękowi; przekrzykując się wzajemnie jedynie wzmagamy informacyjny chaos i niemożność dojścia do źródeł problemów. Ten proceder braku zaufania, oparty na przesunięciu uwagi z wewnątrz na zewnątrz – z naszego pobliża i tego na co mamy wpływ, na przestrzeń ogólnie społeczną, na którą najczęściej, nasze działania, nie mają bezpośredniego przełożenia – jest dodatkowo wzmacniany wzrastającą skutecznością szeroko pojętego technologicznego marketingu. Z każdym dniem, i z każdą nowo wdrażaną technologią, zyskują one znacząco na sile sięgając po kontrolę nad naszymi nieświadomymi zachowaniami.
Oświata
W tym całym zamieszaniu również rola edukacji została nadszarpnięta zarówno niskim jej poziomem, nieprzystawaniem do obowiązujących trendów i potrzeb, jak i samą jej upaństwowioną formą zbudowaną na wzór pruski, tak by odpowiadała na potrzebę wychowania pułku wojska, a nie grup niezależnie myślących istot. Dodatkowo upadek większości powszechnych autorytetów pogłębił jeszcze problem, a czasem i wybawił, od silnego przywiązania do wartości. Skutkiem tych procesów jest postępująca, niczym nieopanowana indywidualizacja oparta na braku zaufania i, niestety bardzo często, całkowitej ignorancji.
Początek końca
Co nam zatem pozostaje?
Powszechnie wydaje się, że wielu z nas widzi dwie drogi: albo rozwój technologii nagle poradzi sobie ze wszystkimi bolączkami cywilizacyjnymi i, również i ten sukces, wpisze się w ogólną, naturalną tendencję głupi zawsze ma szczęście, która nie została jeszcze zauważona i opisana w opasłych tomach filozofii. W tym wątku wystarczy oczywiście poczekać na zmianę, a ona dokona się niejako sama przez się.
W drugim wypadku nawet nie zauważymy katastrofy pukającej do naszych drzwi, która, w krótkim czasie, wstawi obecną cywilizację w karty historii.
Powyższego dylematu oczywiście nie sposób tu rozwiązać więc pozostawmy ją metafizycznym rozważaniom lub futurystycznemu modelowaniu prawdopodobnych wersji rzeczywistości przez szybko rozwijające się sztuczne inteligencje.
Osobiście uważam, że oba te nurty spotkają się w jednej katastroficzno-technologicznej przyszłości, do której jednak, zamiast biernie czekać lub krzyczeć coraz głośniej, możemy się przygotować.
Działanie
W sposób pełen prostej, ludzkiej i jednocześnie głębokiej wartości – godności istnienia wspartej na szacunku do drugiego człowieka, czy po prostu życia, możemy dokonać daleko idącej zmiany naszego stosunku do otaczającej nas rzeczywistości. Ze środowiska od nas niezależnego, wrogiego i obcego, przyprawiającego o ból głowy, depresję, odrzucenie, czy wręcz wstręt przebudować swoje ego w kierunku odzyskania poczucia sprawczości. W trakcie tego procesu naturalnie przestajemy się lękać nieprzewidywalnego, poznajemy lepiej siebie i innych w naszym pobliżu. Ujawniamy to, co wcześniej uciekało naszej świadomości udzielając się w różnych ruchach oddolnych na rzecz zmiany.
Należy jednoznacznie stwierdzić, że dzięki postępującej indywidualizacji mamy bezpośredni, niemal niczym nieograniczony wybór na kształtowanie siebie i naszego najbliższego otoczenia – taka, czy taka szkoła, taki, czy taki nauczyciel, edukacja powszechna, a może domowa, specjalistyczna, czy ogólna, w wieku młodym, dziecięcym, a może senioralnym, a może przez internet?
Żyjemy w czasach wyboru a dzięki niemu eksplozji kreatywności. Bierzmy więc sprawy, z początku choćby te najmniejsze, we własne ręce, odbudowując naszą szeroko pojętą strefę komfortu, aby dzięki jej dobremu rozpoznaniu śmiało wykraczać dalej. Skupiając się na najbliższym otoczeniu szybko bowiem trafiamy na innych, z którymi możemy dzielić nasze podstawowe pragnienia: spokoju, porządku i czystości. Budując te wartości wpływamy na losy wszystkich, również tych, których nie raz agresywne zachowania wynikają często z niemocy, bezsilności i braku poznaniu własnych horyzontów możliwości, a nie raz również nawet nieuświadomienia sobie własnych potrzeb.
Wszystko jest proste, ale nie jest łatwe
Każdy z nas będąc w nieustannym procesie poszukiwania, zmiany i nauki, w oparciu o wspólne doświadczenia budowane podczas wchodzenia w relacje zmienia oblicze rzeczywistości w kierunku jakiego pragnie, aby spełniała ona jak najlepiej jego oczekiwania. W ten sposób wg. piramidy potrzeb jesteśmy w stanie zaopiekować się sobą na różnych poziomach i nigdy nie jesteśmy w tym dążeniu osamotnieni.
Jako, że człowiek jest zwierzęciem społecznym spełniając swoje pragnienia, w tym samym czasie pomagamy lub przeszkadzamy innym w podobnym pragnieniu. I robimy dzięki każdemu podejmowanemu przez nas działaniu – choćby w sklepie wybierając produkt A lub produkt B. Znacznie częściej jednak wybierając sklep X, czy sklep Y, a może osiedlową panią Gosię, bądź Zenka rolnika.
Gdy więc działamy w naturalnej zgodzie ze sobą, piszemy, mówimy, jest to zdecydowanie silniejsze i dla nas zdrowsze, niż gdy zachowujemy się wbrew sobie, spełniając czyjeś oczekiwania i potrzeby. Oczywistym więc powinno się każdemu z nas wydać, że szczerość i zgodność ze sobą jest naszym największym orężem zmiany. A dzięki nim pojawia się również wrażliwość i empatia na potrzeby drugiego. W takim procesie konflikt schodzi na daleki plan.
Skoro jest tak pięknie…
Niestety w pogoni za łatwym życiem przestało być dla nas naturalnym spoglądanie pod podszewkę rzeczywistości. Skoro bowiem uznaliśmy, że nie mamy na nią wpływu, a jednocześnie nie posiadamy, a nader często nawet nie znamy sposobów w jaki możemy nad nią zapanować, oddaliśmy odpowiedzialność w ręce innych, w ręce kogoś tam, w ręce nieświadomości właśnie.
Koszty takiego ruchu ponosimy my wszyscy i na dodatek nie są one widoczne na pierwszy rzut oka. Często wręcz pilnowane by nie wychodziły z cienia.
Warto się jednak nad nimi pochylić. Nie jest przecież tak, że wspomniana propaganda skutecznie nas usypia! To tylko fasada, która potrafi być wygodna, za którą, możemy wybrać, by się schować, ukryć, nawet przed sobą prawdę o tym kim jesteśmy i czego pragniemy. Możemy wybrać, aby nie mówić głośno o problemach; możemy wybrać, aby w cierpieć w cichości; możemy wybrać, aby nie mieć wyboru, aby ktoś inny stanowił za nas.
Nikt za nas również nie wybierze inaczej!
CZĘŚĆ II.
Odpowiedzialność za przekaz
Nadrzędną rolą mediów, wielokrotnie obwieszczanych jako czwarta władza, jest pomoc w odkłamywaniu prawdy. Samoświadomość bycia publicznym stróżem, i tej wiedzy, tej pewności szerzenie w społeczeństwie. Stanie na straży, nie tylko patrząc szeroko rozumianej władzy na ręce, ale nade wszystko dbanie o siebie, o rzetelność swojego przekazu, o najwyższe wartości godności kierując się, w każdej chwili, z każdym słowem mówionym i pisanym szacunkiem wobec czytelnika.
Głównym narzędziem weryfikacji informacji jest nasza własna wiedza i rozsądek. Jedną z powszechnie znanych i naczelnych zasad dziennikarzy AFP jest check & re-check – sprawdzaj i sprawdzaj jeszcze raz – zyskaj pewność, czy to o czym inni przeczytają będzie zgodna z rzeczywistością, zastanów się, czy to o czym piszesz pomoże komuś lepiej zrozumieć mechanizmy rzeczywistości.
Niestety, nawet źródła uchodzące za wiarygodne, coraz częściej popełniają błędy wynikające z pośpiechu, niedoinformowania, bezmyślnego przeklejania informacji, ale nade wszystko informacyjnej subiektywności, która wydaje się powszechnym symptomem naszych czasów. Wszystko wskazuje na to, że stare, rzetelne dziennikarstwo odeszło wraz z dobą społeczności internetowych i przyzwyczajeniem, że każda podawana informacja jest zabarwiona osądem, zestawem przekonań, punktem widzenia. Często jest ona zresztą elementarną częścią celowego kreowania wizerunku, a więc celowo spreparowanym komunikatem mającym cel odmienny od samego jej przekazania.
Duży problem leży w tym, że PAP, Reuters czy inne Wielkie Agencje Informacyjne powinny trzymać poziom, a tak niestety nie jest. Wszelkie informacje oznaczane jako oficjalne mogą takie nie być. Wszelkie źródła osobowe, mogą być w rzeczywistości nieprawdziwe. W czasach bowiem zaawansowanej technologii wizerunek – zdjęcie, a nawet video, logo agencji, czy jeszcze inny sposób oznaczenia pochodzenia informacji to bowiem tylko marka, znaczek, to tylko #hashtag, to tylko #zaufaneźródło podpisane Zaufane Źródło. Rzadkością jest niestety sytuacja w której, dla przykładu Spiegiel posiada 60ściu ekspertów z różnych dziedzin. W Polsce ten temat jest nadzwyczaj często całkowicie pomijany.
A więc bądźmy świadomi, że nawet w pełni oficjalne dane państwowe, bywają pełne uogólnień, błędów i przemilczeń tworzonych na każdym szczeblu ich opracowywania z zupełnie różnych przyczyn. Takie strefy jak demografia, ekonomia, czy choćby przepisy prawa pełne są luk i uogólnień, koncepcji, które nie zawsze odpowiadają rzeczywistości, a co więcej, jakże często po zagłębieniu się w najdrobniejsze szczegóły, wykluczają duże obszary – raz to z wygody obliczeniowej, raz to z uogólnień, raz to z marginalizacji, czy po prostu ludzkiego błędu opartego na wycinkowym postrzeganiu rzeczywistości w oparciu o przekonania, a czasem z pełną premedytacją.
Zawężony obraz
Pamiętajmy też o własnych ograniczeniach. Docierający do nas obraz rzeczywistości pełen jest przecież filtrów opartych na przekonaniach, schematach jakimi myślimy, które wynikają z naszego wychowania, edukacji, kultury i kultur poznanych w czasie podróży, czyli ogólnie świadomości samego siebie w świecie.
Ostatecznie wybieramy bowiem to, co znamy, nie zauważając tego, co wykracza poza nasz paradygmat postrzegania. I nawet algorytmy współczesnych przeglądarek zaczynają ten schemat powielać z braku możliwości uwzględniania przypadkowości. To bowiem jaka informacja do nas dociera zależy bezpośrednio od towarzystwa w jakim przebywamy, mediów jakie przyzwyczailiśmy się oglądać, czy stron jakie najczęściej przeszukujemy – to one bowiem pojawiają się najczęściej w pierwszych wynikach naszych poszukiwań.
Taki dobór wydaje się być zupełnie naturalny. I taki jest, tyle, że w naturalnym środowisku w którym istnieje wielka różnorodność i zmienność. W dobie natomiast samotnego przebywania przed ekranem, zastępowania dużej ilości bodźców poprzez filtry elektronicznych sprzętów zaczyna dochodzić do radykalizacji poglądów. W moim prywatnym świecie, cały świat tak właśnie postrzega problem jak ja! – wybieramy przecież reklamy jakie się nam wyświetlają, znajomych jakich chcemy oglądać na swoim #wallu, czy wiadomości jakie czytamy w swoich #feednewsach. W świecie technologicznym istnieje tylko pozorna różnorodność. Jest ona, pod postacią celowości, wpisana aż po najmniejszą linijkę kodu. Może ona być sprzymierzeńcem, bądź największym wrogiem. Ważne, abyśmy zdawali sobie sprawę z jej możliwości i ograniczeń oraz tego jaki ma na nas wpływ.
Więcej tu: Algorytmy zmieniają rzeczywistość – Forbes – https://www.forbes.pl/technologie/algorytmy-zmieniaja-rzeczywisty-swiat/z77b5ev
Weryfikacja
Nic zatem nie powinno zastąpić źródła opartego na relacji z drugim człowiekiem. Własnego sprawdzenia – danej informacji poprzez kontakt z jej autorem – telefonu, rozmowy, potwierdzającego maila. Kontakt bezpośredni jest więc jedynym sposobem upewnienia się, czy stanowione przez nas poglądy są zgodne z rzeczywistością. A jeśli tak, jest to najważniejszym staje się wejście w prawdziwą relację (i tu nie obawiam się użyć tego przymiotnika) wraz z jej budowaniem i podtrzymaniem na przyszłość. I tylko tak ujęte, odpowiedzialne człowieczeństwo można nas uratować w zalewie #fakenewsów i powszedniego braku zaufania w epoce #postprawdy.
Wspominam o tym dlatego, że zarówno na polu dziennikarstwa, ale i w codzienności, gdy za mediami, czy innymi autorytetami powtarzamy jakieś informacje w czasie zwyczajowej rozmowy, która dalej może zamienić się w plotkę, wspieramy powyższe schematy utwierdzając siebie i innych w błędzie. Przysłowie mówi, że opinie ma każdy. Co jednak jeśli każdy ma rację? i nie jest ona wcale podparta dowodami.
Dowody
Poszukiwanie i powoływanie się na autorytety, podobnie jak z Agencjami ma bardzo krótkie nogi. Podobnie z badaniami naukowymi i ich finansowaniem oraz pochodzeniem danego zlecenia, jak z budżetem, czy wyliczaniem PKB – każdy ma na to swój pomysł. Wielu zgadza się umownie, że coś jest, a czegoś nie ma. Natomiast nie oznacza to, że za jedną z tych opcji musimy się koniecznie opowiedzieć i traktować ją jako aksjomat. Należy przyjrzeć się każdej informacji, a w miarę możliwości sprawdzić ją doświadczalnie obserwując jej skutki.
Uwiarygodnienie prawdziwości przekazu i danego źródła, czyli człowieka wraz z jego motywacjami np. w rozmowie telefonicznej może być trudne, ale często wystarczy poprosić o pokazanie miejscowej gazety, programu telewizyjnego ect. Sprawdzenie najbardziej prozaicznej kwestii upewniając się, z innego źródła, czy jest ona prawdą.
To samo dotyczy np. #fakekont – weryfikacja kont społecznościowych jest trudna… ale nie niemożliwe – czy dane konto wygląda na prawdziwe? skąd bierze się dana informacja?, czy link profilu zgadza się z jego nazwą? kiedy została założona? czy dana treść jest sponsorowana? W tej kwestii kluczowa jest wzmożona uważność w przyglądaniu się materiałom pod każdym kątem. Warto poświęcić na to czas i zagłębić się dalej niż tylko na kilka ostatnich postów. Warto pytać zamiast błądzić w zalewie nieprawdy i półprawdy.
Sprawdzaj zatem fakty, daty, miejsca, imiona i nazwiska oraz nazwy, funkcje i stanowiska, pomyłki w cytatach, źródła i ich zgodność z najnowszymi tekstami, ich kontekst, liczby, ekspertów i ich osiągnięcia oraz kompetencje, a ponad wszystko czy materiały nie są przypadkiem stworzone celowo pod promocję. Szukaj źródeł i informatorów. Wykorzystuj wszelkie dostępne narzędzia i porównuj je z innymi. Ujawniaj dlaczego komuś może na tym zależeć jednocześnie opiekując się opinią innych jaką ta informacja wywoła – nie odnoś się bezpośrednio, a zwracaj uwagę, zachowaj neutralność.
Sprawdzaj człowieka poznając przy okazji samego siebie, dbając o należyty dystans w ogniu działania.
CZĘŚĆ III.
Nie mogę uwierzyć własnym oczom!
Pewności jednak z kim się kontaktujemy, nie możemy mieć nigdy. Wizerunek w dobie obecnej technologii jest przejmowany często i chętnie wykorzystywany do przeróżnych celów. Wszelkie audiowizualne materiały powinny być traktowane z przymrużeniem oka. Sprawdzajmy je dokładnie nie tylko pod względem autorstwa, daty, sprzętu jakim zostało zrobione (czyli tzw. METADANYCH), bądź zastanówmy się dlaczego zostały usunięte albo usuńmy je sami jeśli zależy nam na anonimowości (media społecznościowe często usuwają je automatycznie)).
Programy zmieniające twarze, nakładki w mediach społecznościowych – wszelkie narzędzia pomocne w takich modyfikacjach mają bardzo określony cel – uczą się nas. Analizują nasze zachowania aby w najbliższej przyszłości móc je naśladowania. SnapChat uczy się rozpoznawania emocji i twarzy aby wprowadzić automatycznych, opartych na sztucznej inteligencji personalnych doradców, Uber uczy się algorytmiki decyzji i tras, aby wprowadzić automatyczne samochody. Przykłady można mnożyć.
Ochrona wizerunku czyli elektroniczna higiena
To ważne zagadnienie, którego zakres każdy musi określić sam. Z jednej strony duże firmy budują pełne profile osobowe, aby lepiej dobierać reklamy, lepiej projektować nasze wybory, lepiej przewidywać przyszłość. W tym celu gromadzą nieograniczone ilości danych, które są obrabiane przez zaawansowane algorytmy tworzące nasze profile osobowościowe. Z drugiej strony zaś, w lesie nikt nie będzie miał możliwości nas usłyszeć. Możemy również wybrać drogę elektronicznych wysp poza prawem z których nadają badacze teorii spiskowych.
Wszystko i tu zatem zależy od naszego wyboru. Opierajmy się więc na własnym rozsądku. Pilnujmy haseł, dostępu do telefonu i danych wrażliwych mając jednak świadomość, że jakoś ktoś będzie ich bardzo pragnął z pewnością znajdzie się sposób. Nie zapomnijmy również zadać sobie pytania: dlaczego i po co ten właśnie materiał do nas dotarł? Może jest podstawiony, abyśmy to właśnie my rozesłali go dalej…
Więcej tu: Odzyskaj kontrolę nad informacją – Fundacja PANOPTYKON – https://panoptykon.org/samouczek-dla-dziennikarzy
i tu: Rozmowa z Katarzyną Szymielewicz z Fundacji PANOPTYKON – Jesteśmy non stop podsłuchiwani i podglądani. Jak tego uniknąć? https://www.youtube.com/watch?v=mqrm3yvWaEo
oraz tu: Monolog Algorytmu, czyli jak Facebook przerabia dane użytkowników na swój zysk
https://vimeo.com/248278877
Propaganda sprzedaje się najlepiej
Co może nam sugerować, że mamy do czynienia z #fejkiem? co może obniżać naszą własną wiarygodność? co może powodować, że owszem, gazeta czy artykuł się sprzeda, ale my nie będziemy mieli ochoty dłużej podpisywać się pod taką linią działania; nie będziemy mogli spać spokojnie. To, wbrew pozorom nie tylko kłamstwo, ale przede wszystkim brak rzetelności.
Sen z oczu, nie tylko nam, ale i innym, wrażliwym zdejmują:
- sensacyjne, krzykliwe tytuły,
- dziwne adresy url i nazwy,
- nierówne formatowanie tekstu,
- wykrzykniki,
- błędy ortograficzne,
- kalki językowe,
- zła odmiana słów,
- przeklejki,
- emocjonalny język i przesadzone zdjęcia,
- brak źródeł,
- brak cytatów,
- brak autora i informacji „o mnie/ o nas”,
- brak jakichkolwiek innych źródeł podnoszących temat oraz
- duża ilość dziwnych reklam.
Wszystko ujawnia brak szacunku dla odbiorcy. A zatem, nie boję się określić tego jednoznacznie, brak szacunku do samego siebie – twórcy takiego komunikatu!
Wiarygodność
Skoro wiemy już czego należy unikać skupmy się nad tym co możemy zrobić. Prawo prasowe i etyka dziennikarska są wyznacznikami wiarygodności. A przynajmniej kiedyś były. Gdzieś tam dźwięczy jeszcze sumienie, natomiast, aby nie moralizować, należy jednoznacznie stwierdzić, że w obecnej rzeczywistości, gdy zaczęły się zacierać granice pomiędzy blogerami, naocznymi świadkami udzielającymi się w mediach społecznościowych, a dziennikarzami, szczególnie wśród młodszych użytkowników, wszelkie granice się zatarły. Trzeba więc zrobić coś więcej, aby się wyróżnić. 48% ufa ogólnie znanym mediom, ale to poparcie gwałtownie spada.
Zachowanie neutralności, wiarygodności, szczerości oraz bycie rozpoznawalnym to doskonała baza na manifest zwracający uwagę, że możemy być godni zaufania. W tym najważniejsze to pamiętać, że każdą informację jaką przekazujemy, jakakolwiek by ona nie była – czy to polityczny artykuł, czy wskazanie drogi zagubionemu przechodniowi – świadczymy ją samymi sobą, swoim wizerunkiem wzbogacając ją o tę właśnie dodatkową wartość.
Coraz częściej mamy do czynienia z wyznacznikami zaufania, które mogą być pomocne w zwiększaniu wiarygodności, proponuję więc zacząć z nich korzystać:
- oznaczać rodzaje treści odpowiednimi #tagami– takimi jak np.: jak fakty, opinie, ogłoszenia i treści sponsorowane,
- oznaczać poprawki, zmiany, aktualizacje zawierając ich godzinę i datę,
- dbać o informacje dotyczące redakcji – właścicieli, sposobów finansowania, linii programowej, wizji, misji, historii i doświadczenia,
- zadbać o informacje o autorach, dziennikarzach – bio, zdjęciach, odnośnikach do innych tekstów, ekspertyzach w danym temacie (ewentualnie pamiętając prawie anonimatu)
- zawrzeć fiszkę ogólną, kontekst powstania artykułu – z kim rozmawiał autor, z jakich źródeł korzystał, kiedy i w jakich warunkach powstawał artykuł oraz zwracanie uwagi na ewentualny konflikt interesów.
- posiadać w widocznym miejscu politykę redakcji dotyczącą sprostowań, moderowania komentarzy – dbając o transparentność naszych działań,
- oraz mieć formularz do zgłaszania błędów przez odbiorców oraz wszelkie inne informacje o możliwościach skontaktowania się z twórcą, działem i redakcją dbając o komunikację dwustronną w dobie #web2.0.
Dzięki temu wszystkiemu, już w pierwszym rzucie oka, nawiązujemy maksymalnie bliski kontakt z czytelnikiem. Ma on mieć poczucie, że nas zna, że może na nas polegać, że może się również z nami skontaktować – nie tylko za pomocą komentarzy, ale i w sposób bezpośredni. Często warto nagrać choćby krótki filmik. Ostatecznie bowiem twarz mówi znacznie więcej niż słowo pisane.
Więcej tu: TRUST PROJECT: https://thetrustproject.org/ (przykład – thenewsbeat.org)
CZĘŚĆ VI.
Czego się bać świadcząc prawdę
Zagrożenia jakie na nas czekają są nieograniczone:
- #smearcampaigns (kampanie ocenne, podważające wiarygodność, dyskredytujące),
- #hejt,
- #doxing (ujawnianie informacji prywatnych z życia),
- #cyberprzemoc,
- groźby konsekwencji prawnych – posądzenia bazujące na prywatnych koneksjach i innych działań nieoficjalnych,
- odmowa dostępu do informacji – sprawianie problemów w otrzymywaniu informacji,
- konsekwencje finansowe – pozbawienie publikacji ogłoszeń urzędowych,
- presja na lokalnych przedsiębiorców, aby np. nie zamieszczali swoich reklam w określonym medium,
- przejmowanie, wykorzystywanie i kasowanie kont internetowych,
- ataki hakerskie,
- kradzież tożsamości.
Czy wymieniłem wszystkie? Nie. Przyznam, że spoglądając na tę listę i mając w świadomości, że jest ona niepełna chyba po prostu lepiej zamilknąć.
Każde z nich ogranicza naszą wolność, a niektóre prowadzą do bezpośredniego zagrożenia. Zresztą nawet, już tak obecny w internecie, że często marginalizowany #hejt ma przecież bezpośrednie konsekwencje w życiu – poziom psychologiczny, wpływ na karierę i wiele, wiele innych.
Atakujący dążą do tego, aby uciszyć dane osoby, zamknąć usta osobom, dla których internet jest jednym z podstawowych narzędzi komunikacji. Uderza to w wolność słowa dziennikarskiego, blogerskiego, każdego w ogólności. Jest to więc pośrednio, a czasem nawet bezpośrednio łamanie praw człowieka.
Ta #cyberprzemoc przy wykorzystywaniem komunikacji internetowi może zadziać się na wiele różnych sposobów jak komentarze, fotomontaże, memy, fałszywe profile, strony i prowadzić do wywołania bezpośredniej szkody.
Niestety jest tak, że często to kobiety i mniejszości seksualne są bardziej poszkodowane takimi działaniami.
Jak zatem się bronić
Jedną z form obrony jest ujawnienie danej groźby – do danych służb, czasem nawet jeszcze przed wystąpieniem danego zdarzeniem. Ujawnia to szybko rzeczywiste możliwości zarówno atakującego, jak i broniącego, wymaga natomiast ogromnej odwagi.
Działania prawne jakie mogą tu być pomocne to m.in.:
- zawiadomienie o podejrzeniu popełnienia przestępstwa na policji, czy w prokuraturze;
- powództwo o ochronę dóbr osobistych;
- oczekiwanie wsparcia prawnego bezpośrednio od prawników obsługujących daną redakcję, HFPC, Panoptykon i inne).
Organy ścigania mają odpowiednie narzędzia – Paragraf 220 – mowa nienawiści, wulgaryzmy, zniewaga internetowa ect. Niestety brakuje aktu prawnego karzącego wypuszczanie #fakenews. W Polsce dotyczą one tylko konkretnych typów informacji.
W mediach społecznych również są odpowiednie narzędzia do zgłaszania postów. A na portalach, zajmują się tym administratorzy.
Korzystajmy z tego co nam przysługuje. Wymagajmy od innych tego samego co od siebie.
Wybory
Co 4 lata, a od niedawna co 5 w niektórych przypadkach, wydarza się zupełnie wyjątkowa sytuacja. Na tę okazję mamy specjalny – Kodeks Wyborczy, gdzie w Art. 111 ma on zwalczać agitację pozytywną i negatywną zawierającą informacje nieprawdziwe. Można się na niego powołać tylko jeśli dana osoba kandyduje. Może ona domagać się wyjaśnienia i zasądzenia w trybie wyborczym (24h na rozpoznanie i zasądzenie oraz są apelacyjny kolejne 24h – czyli 2 lata w standardowym trybie tu w 48h). Natomiast stronnicy wyrażając swoją opinię mogą dostawać wówczas rykoszetem. Większość sądów II instancji uważa, że kandydat może pozwać gazetę podającą o nim nieprawdziwe informacje.
Poza procesem wyborczym sprostowania dobrze, aby pojawiały się w ciągu 2 miesięcy, a więc powinny być rozwiązywane w trybie przyspieszonym
Więcej w: Przewodniku dla dziennikarzy. Media w okresie wyborczym. – Helsińskiej Fundacji Praw Człowieka: http://beta.hfhr.pl/wp-content/uploads/2014/10/HFPC_media_w_okresie_wyborczym.pdf
Zabezpieczenie dowodów
W powyższych sytuacjach jest dokumentowanie wszelkich materiałów za pomocą zrzutów ekranu, kopii stron, czy waybackmachine.com która to może utworzyć niezależną kopię wskazanego adresu internetowego.
Pomóc może również tworzenie katalogu #pierwszychpodejrzanych oby nigdy nie było potrzebne! #dziennikhejtu nie jest przyjemny, ale może służyć również autoterapii. Zawsze możemy takie działanie komuś podzlecić. Często, taki proceder dodatkowo uwiarygodni zaistniałą sytuację.
Blokowanie hejterów, zgłaszanie ich do administratorów, również w formie zgłoszeń grupowych jest również skuteczne w takich sytuacjach.
Warto pamiętać, że odpowiedzialność za komentarze rozkłada się na autora i zarządcę serwisu. Za to co jest napisane odpowiada komentujący, natomiast administrator może ponosić odpowiedzialność warunkową – nie odpowiada za komentarze jeśli nie ma pozytywnej wiedzy na ten temat. Jeśli ma, musi niezwłocznie ją zablokować. Jeśli bowiem miał okazję się z nią zapoznać i jej nie usunął – podjął w związku z nią określone działanie już na własną odpowiedzialność.
Co ważne nie potrzeba, z uwagi na ciszę wyborczą, wyłączać komentarzy.
Przeciwdziałanie
Dla poszkodowanych zawsze jest ważne, aby dana informacja zniknęła jak najszybciej z sieci i są specjalne zespoły, które się tym zajmują. Zdarza się jednak tak, że dana informacja jest już rozpropagowana w zbyt wielu miejscach. Co wtedy?
Z pewnością nie ma sensu go usuwać – chyba, że ktoś dysponuje wręcz nieograniczonymi środkami. Należy ją natomiast wykorzystać na swoją korzyść.
Takie #odkłamywanie rzeczywistości nie jest jednak proste. Rzadko kiedy jest sens pisać artykuł. Nie ma sensu również prostować, komentować i odpowiadać wikłając się w dyskusje. Należy wykorzystać natomiast własną siłę i wpływ w danym medium – sporządzić mem, nagrać video, napisać krótką, jasną informację – najlepiej śmieszną i zapadającą w pamięć. Na dane zdjęcie można również nanieść informację – nie tylko tekstowo ją opisać prostując, ale nade wszystko ją po prostu zmodyfikować, czymś wyróżnić, aby ludzie pomogli nam ją rozprzestrzenić. #reclaiminghashtag (#przejmowaniehastaga) w formie #wirala (#kampaniiwirusowej) może zawładnąć daną treść i wypromować tą właściwą, na której nam zależy.
– Bo w grupie czuję się pewnie…
Warto budować własną grupę wsparcia, aby móc szczerze informować o tym, że właśnie jest prowadzony na mnie #atak, #mobing, #doxing, #hejt, czy… Przecież na co dzień dzielimy się informacjami o wirusach, pseudo kontach i ciekawostkach, dzielmy się również własnymi niepokojami i stresami. Bądźmy szczerzy nie tylko z sobą, z bliskimi, ale po prostu z każdym.
A jako organizacja, redakcja, zespół, czy społeczność opracujmy strategię zawierając w niej również kwestie związane z pomocą psychologiczną. I edukujmy jak można sobie radzić w trudnych sytuacjach zarówno tych najmłodszych, tych najstarszych jak i tych najbardziej na zagrożenie narażonych – czyli nas wszystkich obcujących w internetowym środowisku na co dzień.
Kilka słów na koniec
Jest zatem tak, że żyjąc w przestrzeni społecznej, która nie akceptuje negatywnych informacji – są one wypierane, usuwane, nie sprzedają się – koloryzujemy życie. Niestety kolory te należą do skali barw pochodzenia chemicznego, nie mającego nic wspólnego naturalnością.
Jest jednak na to rozwiązanie! Po prostu przestań! Przestańmy się oszukiwać. Na powrót stań się człowiekiem z krwi i kości. Dbaj o szacunek do siebie, o szczerość w relacjach i Twoją prawdę – jakakolwiek by ona nie była. Dbaj o to, aby wybierać właściwie i nie wahaj się go zmienić!
Bądź sobą w każdej relacji. Bądź autentyczny.
Autor: Łukasz Nowak
Artykuł inspirowany warsztatami Wybory bez dezinformacji Fundacji Panoptykon.
Photo by Nathan Dumlao from Unsplash.
Jeśli podoba Ci się to, co robimy, prosimy, rozważ możliwość wsparcia Zielonych Wiadomości. Tylko dzięki Twojej pomocy będziemy w stanie nadal prowadzić stronę i wydawać papierową wersję naszego pisma.
Stowarzyszenia, fundacje, czyli instytucje tzw. trzeciego sektora, społeczeństwo obywatelskie, NGOsy interesują mnie jako przykład zarządzania oporem. Chodzi o przekształcanie społecznie wspieranych, nieformalnych metod samo-organizacji, które kształtują się w konfrontacji z władzą i dążą do zniesienia nierówności, w coś, co wytwarza, jak to ujął jeden z wielkich magnatów, Andrew Carnegie, „harmonię między pałacem milionera, a chatą chłopa”.
Działając w grupie nieformalnej – Syrenie – zauważam że nasza wyobraźnia dotycząca metod organizowania się podlega ciągłej presji – wzorce, którę są nam dzisiaj powszechnie sugerowane to wzorce partii politycznych, okrągłych stołów czy NGOsów, a nie np. strajków, rewolt i powstań ludowych: Sierpnia 1980, Wybrzeża 1970, Poznania 1956, itp. Fakt ten jest o tyle godny zastanowienia, że przecież wzorce z owej domeny „społeczeństwa obywatelskiego” nigdy nie były skuteczniejsze od oddolnych zrywów społecznych. Więcej – te obywatelskie negocjacje itp. nie zaistniałyby bez „nieobywatelskich” strajków.
Przez zarządzanie oporem rozumiem zarządzanie wyobraźnią o strategiach oporu- jak budować ruch, zacieśniać więzi solidarności, jak uczyć się z jednej akcji na drugą, poszerzać pole krytyki, eskalować mądrze konflikt. To, że dziś za wzorce mamy społeczeństwo obywatelskie to skutek sporych, historycznych starań ucywilizowania oporu. Kieruję się następującą refleksją: Tam, gdzie ruchy społeczne dążyły do wyrównania przepaści w bogactwie, tam oprócz twardych represji, władze starały się otoczyć pieczą opór społeczny, narzucając własną – mniej groźną – wersję zbliżenia biednych do bogatych poprzez filantropię i kontrolowane dotowanie. Nasz kraj stał się przykładem takich skutecznie wdrażanych miękkich strategii władzy po 1989 r.
Kiełki wolności
W okresie ostrej transformacji wolnorynkowej w Polsce, światowe fundacje, agencje i państwa, rozszerzając swe wpływy na nowe peryferia kapitalizmu, inwestowały gotówkę w każdą sferę życia społecznego w naszym kraju. Za przykład weźmy program władz USA. Amerykański fundusz na rzecz rozwoju kapitalizmu w Polsce był zatwierdzony po wizycie Busha seniora w 1989 roku i dosłownie miał na celu zasiać wolny rynek na naszych terenach – został nazwany „Aktem Ziarno” (the SEED act- Support Eastern European Democracy Act). Dotacjami i zasobami władz USA zarządzała u nas w kraju USAID, czyli rządowa agencja międzynarodowego rozwoju, często we współpracy z prywatnymi amerykańskimi fundacjami, takimi jak np. Fundacja Forda, Sorosa, braci Rockefeller, a także z Bankiem Światowym i MFW.
USAID doradzała m.in. Ministerstwu Przekształceń Własnościowych w planach krajowej prywatyzacji, wspierała rozwój rynku nieruchomości i stworzenie ustawy o prawach autorskich, forsowała powstanie prywatnych funduszy inwestycyjnychi. Sponsorowała ponadto przekształcenia wydziałów ekonomicznych np. na Uniwersytecie Warszawskim. Wpływała na zmianę ustawodawstwa na bardziej sprzyjające biznesowi oraz kształtowała programy szkolenia sędziów, prokuratorów, adwokatów i wykładowców szkół prawniczych; opiniowała projekty ustaw np. mieszkaniowej, zmiany Konstytucji; wspierała powstanie neoliberalnych think-tanków, szkolenia dziennikarzy, opracowanie polityki i strategii NBP itd.
Jednak dotacje i zagraniczny know-how miały także za zadanie „ucywilizować” gniew i potencjał samoorganizacji, którą wyzwoliła w ludziach Solidarność. Między 1989 a 1999 rokiem, USAID otaczała pieczą młode organizacje demokratyczne- w szczególności feministyczne i ekologiczne. Nowych liderów wysyłała na sponsorowane staże zagranicą, umożliwiała publikacje, organizowała konferencje, sprowadzała ekspertów, pomagała zdobyć odpowiednią literaturę, wykształcić język i cele organizacji. Dotowała te gałęzie Solidarności, które skupiały się na indywidualnych poradach prawnych dla pracowników. Szkoliła polską policję w dziedzinie „walki z przestępczością i w technikach przesłuchań”ii.
Normalizowanie transformacji
Transformacja to niełatwe zadanie: ludzie, którym udało się obalić totalizującą władzę, stawiając sobie jako cel samorządy i kontrolę pracowników nad produkcją, musieli dostosować się do modelu pracy na rzecz prywatnego kapitału. Musieli odłożyć na bok strategie samo-organizacji i nauczyć się zaciskać zęby (i pas!) póki ich rzeczywistość wciąż przypominała koszmar, a nie „American dream”. W 1990 roku 10% gospodarstw domowych znajdowało się na granicy ubóstwa, w 1991-25%, w 1992-39%iii. I ludzie dawali wyraz swojej męce: w 1992 roku miało miejsce 6,351 strajków, łącznie ponad 1,855 straconych dni roboczychiv. W tych latach dramatycznie wzrosła też przestępczość zorganizowana: w 1993 co 1,5 minuty włamywacze składali wizytę w prywatnych mieszkaniach (co 11 minut w obiektach publicznych) , co 14 minut ginął samochódv. W 1992 r. podłożono 1.852 ładunki wybuchowe, w 1993 r.: 1.881.
Przy takich zagrożeniach, wielkie starania były więc wkładane w tłumienie niepokojów i normalizację okresu transformacji. Przyjęcie ostrego kursu na kapitalizm elity starego i nowego systemu ujęły jako naturalny skutek rozwoju, wręcz bezpośredni efekt walk społecznych z poprzednich lat. Kluczowe w tym celu stało się wytyczenie linii ewolucyjnej od ruchu Solidarności do idei „społeczeństwa obywatelskiego”, od związków i ruchów pracowniczych, do organizacji pozarządowych. W 1995 r., zorganizowano seminarium w polskim senacie, pod tytułem, „Budowa społeczeństwa obywatelskiego, rola organizacji pozarządowych”. W raporcie z tego spotkania znaleźć można m.in wypowiedź Adama Struzika, dzisiejszego marszałka województwa mazowieckiego. Społeczeństwo obywatelskie, przekonuje Struzik, „zrodziło się z ducha rewolucji francuskiejvi.”
Uczestnicy seminarium w konkluzjach jednak zaznaczali, że „społeczeństwo obywatelskie” wykuwało się w latach 70-tych w środowisku dysydentów w Polsce, w kontrze do władzy totalitarnej. Dziś jednak, nie ma już potrzeby przyjmować takiej pozycji. W zamian to organizacje pozarządowe mają za zadanie współdziałać z władzami i wypełniać lukę po naturalnie kurczącej się roli państwa w sferze opieki społecznej.
Podczas konferencji, warsztatów, seminariów, wymian studyjnych i wielu publikacji sponsorowanych przez światowe fundacje w latach 90., kładziono nacisk na rzeźbienie „postaw obywatelskich”, gdzie samoorganizacja i walka o cokolwiek miały logicznie prowadzić do rejestracji organizacji pozarządowej lub partii politycznej. Nie-obywatelskie taktyki, jak oddolne budowanie więzi w walce z wyzyskiem, przyklejono do obrazu starego systemu. W nowym systemie, miały one ustąpić miejsca obywatelskim zachowaniom, takim jak okrągłe stoły, konsultacje, wcielanie się w rolę tzw. watchdoga, pisanie petycji, itd.
Nowi obywatele w służbie miękkiej władzy
„Dziś, 25 proc. Polaków jest związanych z organizacjami pozarządowymi, podczas gdy przynależność do związków zawodowych jest na poziomie 7 proc” – chwalił się w 1999 Jakub Wygnański, cytowany w raporcie USAID, pozując do zdjęcia „w budynku przy ulicy Szpitalnej, w pokoju gdzie wcześniej Solidarność odbywała swoje pierwsze spotkania. Teraz mieści się tu grupa organizacji pozarządowych, z których wiele uzyskało wsparcie od USAID”. vii
Dziś w Polsce istnieje ponad 80 tys. stowarzyszeń i fundacjiviii. W latach 2006-2009 powstawało tu codziennie ponad dziesięć nowych organizacji pozarządowychix. Według danych z 2012 roku, członkowie i władze regularnie pracują bez wynagrodzenia w 94 proc. spośród tych organizacjix.
Jednak w kapitalistycznych realiach, z natury, rozwarstwienie społeczne się powiększa. W 2011 r. w Polsce mieszkało aż 50 tys. milionerów, a według firmy Deloitte, na 192 państwa świata Polska obecnie zajmuje pod tym względem 25 miejscexi. Jednocześnie, w tym samym kraju, wg raportu NIK ponad 6 milionów ludzi żyje w nędzy mieszkaniowejxii, jesteśmy europejskim liderem w liczbie emigrantówxiii, a także głodnych dzieci, i to mimo popularnej akcji „Pajacyk” prowadzonej od 1998 roku przez Polską Akcję Humanitarną, dzięki której wydano już 10 milionów posiłków.
Nie twierdzę, że ci woluntariusze nie wkładają ogromnego wysiłku, który pomaga ludziom przeżyć w ciężkich czasach wyzysku. Programy przetrwania są kluczowe, o ile mamy dożyć lepszych warunków życia. Dlatego historycznie w ruchach oporu, programy przetrwania miały nierozłączną partnerkę w drugiej części ruchu, która prowadziła działalność wywrotową, dążąc do wykorzenienia systemu rosnących przepaści społecznych.
Z perspektywy władzy, miękkie strategie po prostu się bardziej opłacają. W przeglądzie 20 ostatnich lat swojej działalności w naszym regionie USAID wylicza, że wydatki na zbrojenia z budżetu władz amerykańskich, w okresie 1948-1986 pochłoneły 6,3 biliona dolarów, czyli około 163 miliardy dolarów roczniexiv. Strategicznie inwestowana filantropia natomiast w latach 1990-2012 kosztowała łącznie 20 miliardów dolarów, czyli około 900 milionów roczniexv.
Naszym zadaniem jest rozpracowanie historii strategii miękkiej władzy nad społecznym oporem. Istnieje obecnie w Polsce i na świecie wiele sił z ogromnym zapleczem finansowym, które pragną przywrócić urok stosunków wręcz poddańczych. Już dziś ledwo połowa pracowników w Polsce może liczyć na wypłatę na czas, powszechne stają się napędzane (re)prywatyzacją rugi chłopskie i miejskie. Tej tendencji do tej pory nie powstrzymały praworządne organizacje społeczeństwa obywatelskiego. W miarę jak coraz mniej jest ziemi i pieniędzy do zagrabienia, elity imają się coraz bardziej brutalnych form osiągania zysku. Zarazem, istnieje ogromny dorobek w historii ruchów wyzwoleńczych, na który możemy powoływać się w praktyce naszych działań bez potrzeby rejestracji kolejnego NGO.
Maria Burza
Kolektyw Syrena
Artykuł jest skróconą (przez Autorkę) wersją artykułu, który ukazał się w broszurce „ABC kapitalizmu – zeszyt trzeci” – do ściągnięcia i zamówienia w formie papierowej na stronie internetowej balcerowicz.com.
Przypisy:
i „Reforma emerytalna dokonała wielkiego kroku w 1997 r., z przejściem kluczowej ustawy tworzącej prywatne fundusze emerytalne i ciało nadzorcze. Kilkoro kluczowych prawodawców, dziennikarzy i urzędników wzięło udział w sponsorowanych przez USAID wycieczkach studyjnych do Chile i Argentyny, na podstawie dośwadczeń których, oparte są reformy w Polsce”. USAID Congressional Presentation Fiscal Year 1999 ANNEX III: Europe and the New Independent States, Str. 178.
ii „USAID i Polskie Dziesięciolecie”. Str. 101- 175
iii Adam Minkiewicz, 1996. Zagrożenia Społeczne w „Społeczeństwo polskie w latach 1989-1994 : zagadnienia polityki społecznej / Zbiór oprac. pod red. Antoniego Rajkiewicza. Warszawa : Friedrich-Ebert-Stiftung, Str. 167 – 189.
vi „Budowa Społeczeństwa Obywatelskiego- rola organizacji pozarządowych w Polsce”, Kancelaria Senatu RP, Warszawa, 12 czerwca 1995. Dział Opracowań Tematycznych. Seria: Stenogramy. Str. 1-2
vii „USAID i Polskie Dziesięciolecie” str. 59
viii „Polskie organizacje pozarządowe 2012”. Badania aktywności obywatelskiej stowarzyszenie Klon / Jawor. Str. 2
ix Jan Sowa, 2015. „Inna Rzeczpospolita jest możliwa! Widma przeszłości, wizje przyszłości”. W.A.B. Str. 240
x „Polskie organizacje pozarządowe 2012”. Badania aktywności obywatelskiej stowarzyszenie Klon / Jawor. Str. 6
xiii http://polska.newsweek.pl/emigracja-z-polski-bliska-rekordu-liczba-emigrantow-newsweek-pl,artykuly,348282,1.html
xiv „20 Years of USAID Economic Growth Assistance in Europe and Eurasia”. 2013. Str. 2
Wojewódzki Sąd Administracyjny w Gliwicach przyznał rację Zdzisławowi Kuczmie i Fundacji ClientEarth, którzy twierdzili, że Wisła nie ma prawa pobierać opłat miejscowych od turystów, bo leży w strefie z zanieczyszczonym powietrzem.
Zdzisław Kuczma, znany działacz na rzecz czystego powietrza, wygrał 24. listopada, sprawę sądową o niezgodnie z prawem pobraną opłatę miejscową w Wiśle. Wyrok potwierdza, że gminy położone w strefach, w których powietrze nie spełnia ustawowych norm nie mogą inkasować opłaty miejscowej od przejezdnych. Kuczma był wspierany przez prawników z Fundacji ClientEarth.
Strefa Śląska jest zakwalifikowana do najgorszej klasy pod względem poziomu przekroczeń pyłu zawieszonego. Pomimo tego, Wisła od 2008 roku pobiera od turystów opłatę w wysokości około 2 złotych za każdy dzień pobytu przekraczającego jedną dobę.
– Od lat zajmuję się problemem zanieczyszczenia powietrza na Śląsku. Wiem, czym grozi oddychanie zanieczyszczonym powietrzem i nie rozumiem, dlaczego miejscowości turystyczne często świadome stanu powietrza, każą turystom jeszcze za nie płacić– mówi Kuczma.
Skarżący dodaje, że w sprawie nie chodzi o pieniądze, ale zdrowie mieszkańców i turystów odwiedzających kurorty: Mam nadzieję, że widmo utraty wpływów do budżetu zmusi władze lokalne i regionalne w całej Polsce do podjęcia szybkich i skutecznych działań dla poprawy czystości powietrza – dodaje.
– Istnieją zarówno prawne jak i finansowe możliwości poprawy czystości powietrza– mówi Małgorzata Smolak, prawniczka Fundacji ClientEarth. Niedawno przyjęta tzw. ustawa antysmogowa daje władzom lokalnym szerokie możliwosci walki z niską emisją. Mamy nadzieję, że dzisiejszy wyrok będzie sygnałem dla wszystkich miejscowości turystycznych, które położone są w strefach notujących przekroczenia norm czystości powietrza, że problem jest pilny i może wpływać nie tylko na zdrowie mieszkańców i komfort wypoczynku, ale także bezpośrednio na budżet gminy.
ClientEarth wskazuje, że zgodnie z Rozporządzeniem Rady Ministrów z dnia 18 grudnia 2007 r. , opłata miejscowa może być pobierana tylko jeżeli w strefie, na obszarze której położona jest miejscowość, nie notuje przekroczeń dopuszczalnych poziomów niektórych substancji w powietrzu. W Wiśle nie ma stacji pomiarowej, ale z punktu widzenia prawa, nie ma to znaczenia.
Fundacja ClientEarth wspierała działania Zdzisława Kuczmy bezpłatnie, w ramach realizacji swoich działań statutowych. Fundacja zrzesza prawników zajmujących się ochroną środowiska.
Dodała: Beata Nowak, za inf. pras. ClientEarth
Niedługo przed katastrofą smoleńską „Gazeta Wyborcza” opublikowała niecodzienny tekst. W artykule Rewolucja z ludzką twarzą Marek Beylin pokazał, jak w całej Europie „władza przesuwa się od partii, rządów i parlamentów do rozmaitych grup obywateli”. Rewolucje z reguły kojarzyły się z terrorem oraz przelewem krwi. Ta, która odbywa się na naszych oczach, nie stanowi zagrożenia dla demokracji. Przeciwnie, jest szansą na jej pogłębienie. W ten sposób Beylin dokonał rzeczy rewolucyjnej: po latach niełaski przywrócił do łask pojęcie rewolucji.
Na czym polega ta rewolucja? Chodzi o „narastający napór obywateli na państwo i partie, gdy ludzie czują się zagrożeni albo lekceważeni czy pozbawieni wpływu. Spontanicznie organizują się wtedy poza dotychczasowymi instytucjami politycznymi”. Obok ruchów ekologicznych i kobiecych przejawem upominanie się ludzi o własną podmiotowość są miejskie ruchy obywatelskie. Reprezentują one potrzeby i interesy mieszkańców wykluczanych z procesów kształtowania otaczającej ich przestrzeni. Ruch ten ma już swoją ideę: prawo do miasta. Organizuje się wokół konkretnych kwestii, takich jak drogi rowerowe czy gospodarka przestrzenna, nie tylko na poziomie miejskim, lecz także w skali krajowej, a nawet globalnej. Daje okazję do przemyślenia związku między demokracją a życiem miejskim, pozwalając lepiej zrozumieć obecny kryzys demokracji przedstawicielskiej.
Miasto i rewolucja
To nie przypadek, iż nowa siła polityczna kiełkuje ze sporów o przestrzeń. To właśnie zmiana organizacji przestrzeni, jaką przyniosła rewolucja przemysłowa, stała się podwaliną współczesnej demokracji. Początkowo urbanizacja była tylko obocznym skutkiem uprzemysłowienia: ludzie przenosili się do miast, aby pracować w fabrykach. W ten sposób powstał kluczowy dla zrozumienia polityki ostatnich dwu stuleci układ przestrzenny– oddzielenie miejsca pracy od miejsca zamieszkania. Wcześniej w miastach mieszkano i pracowano na jednej przestrzeni (np. w domach rzemieślniczych czy kupieckich). Nowy system stworzył nową przestrzeń dla wolności. To, że pracodawcy nie interesowali się tym, co robotnicy robią po pracy, jak i gdzie mieszkają, dało impuls do wytworzenia się autonomicznej kultury robotniczej oraz oddolnej organizacji. To właśnie tam, jak pokazuje Charles Tilly, narodziło się zjawisko „ruchów społecznych”. Przed 1750 r. tylko organizacje takie jak cechy czy wspólnoty religijne, posiadające określone przywileje prawne (takie jak prawo regularnego spotykania się w jednym miejscu) mogły reprezentować „lud” w rozmowach z władzą. Ruchy społeczne z XIX w. walczyły o poszerzenie praw politycznych dla miejskich mas. To im zawdzięczamy zdobycze współczesnej demokracji. Ich spuścizną jest również cały współczesny „repertuar” protestu politycznego: przemarsze ulicami miasta, transparenty i hasła, mobilizacja mediów i opinii publicznej.
Pierwszym momentem, w którym na jaw wyszły polityczne konsekwencje uprzemysłowienia, była rewolucyjna fala, która wstrząsnęła Europą w 1848 r. Wymusiła ona na władzach zmianę sposobu planowania przestrzeni. Symbolem tego jest przebudowa Paryża pod egidą barona Haussmanna. Wąskie i kręte uliczki zamieniono w szerokie aleje – na których o wiele trudniej stawiać barykady i prowadzić walki uliczne. Haussmann jest uważany za pioniera „wytwarzania” przestrzeni miasta. Jako pierwszy zaczął myśleć o mieście jako spójnej całości, oraz udoskonalił podział miasta na jednofunkcyjne rejony (np. mieszkalne, handlowe, przemysłowe). Wcześniej biedni i bogaci mieszkali obok siebie, im ktoś był biedniejszy, tym wyższe piętro zajmował w kamienicy. Haussmann doprowadził do zmiany tego systemu, tworząc w mieście „lepsze” i „gorsze” dzielnice.
Nowa organizacja przestrzeni nie sprzyjała oddolnej mobilizacji i budowie społecznych koalicji. Tak powstał system, który Ira Katznelson określił mianem „zasieków miejskich”. Polega on na pogłębionej separacji miejsca zamieszkania od miejsca pracy. O ile w pracy amerykańscy robotnicy identyfikowali się „klasowo”, o tyle w miejscu zamieszkania dominowała tożsamość etniczna. Dualizm ten umożliwił związkom zawodowym, partiom politycznym oraz wspólnotom lokalnym, kierowanym przez „ustawione” już grupy etniczne, wygaszanie protestów i utrzymywanie porządku na poziomie lokalnym poprzez zarządzanie zbiorową konsumpcją. Dopiero ruchy miejskie lat 60., wywołane migracjami ludności czarnoskórej z amerykańskiego Południa do miast Północy, rozbiły ten system. Afroamerykanie byli wykluczeni z systemu podziału dóbr w oparciu o etniczne enklawy, więc wytworzyli nowe struktury, oparte na budowaniu mostów między „zasiekami”. Identyfikowali się jako „czarni” zarówno w miejscu pracy. jak i zamieszkania. Koalicje, którym przewodzili, wychodziły daleko poza etniczne opłotki – duży udział miała w nim np. ludność latynoska. Takie oddolne rozsadzanie miejskich enklaw było początkiem pełzającej rewolucji społecznej.
To właśnie ferment lat sześćdziesiątych skłonił Henriego Lefebvra do napisania książki Rewolucja miejska. Stawia on tezę przewrotną: rewolucja przemysłowa była jedynie preludium do znacznie donioślejszej rewolucji miejskiej. Z jednej strony rewolucja miejska to pogłębiające się urbanizacja naszej planety – i rzeczywiście, dopiero od kilku lat na świecie więcej osób żyje w miastach niż na wsi. Z drugiej strony rewolucja miejska to właśnie szansa na pogłębienie demokracji przedstawicielskiej poprzez wykształcenie nowej przestrzeni publicznej, nowej idei dobra wspólnego, oraz budowanie nowych koalicji społecznych. W tej chwili taką rolę zaczyna odgrywać hasło „prawa do miasta”. Idea rewolucji miejskiej jest ściśle z nim związana. Tak jak za postulatami pracowniczymi czy ideą praw człowieka stały silne ruchy społeczne, tak tutaj jedynie presja społeczeństwa obywatelskiego może przemienić czystą ideę w rzeczywistość prawną. Jednocześnie idea prawa do miasta jest właśnie takim parasolem – wizją nowego dobra wspólnego – która pozwala na pogodzenie tylko pozornie sprzecznych interesów partykularnych.
W gruncie rzeczy wszystkie rewolucje, począwszy od francuskiej, rozegrały się w miastach. To właśnie odróżnia ich od powstań – które również miały demokratyczne aspiracje, ale ich wymiar miejski był poboczny. W Polsce wciąż błędnie uważa się powstania jako moment „założycielski” współczesnej wspólnoty politycznej – poprzez zaangażowanie „ludu” w sprawy narodu, zwłaszcza odzyskania państwowości. Jak pokazał Robert Blobaum, momentem wejścia mas do polityki w Polsce była rewolucja 1905-1907. Zwykle uważa się ją za preludium do rewolucji 1917, choć na ziemiach polskich miała ona szczególny przebieg. Najbardziej burzliwy był czerwiec 1905 w Łodzi. Biedota polska, żydowska oraz niemiecka na kilka dni przejęła wówczas kontrolę nad miastem. Łódź nie była przebudowana w duchu Haussmanna, co umożliwiło walki uliczne i np. atakowanie wojsk carskich z dachów kamienic. Jednocześnie spontaniczne wystąpienie setek tysięcy łodzian było aktem upomnienia się o prawo do miasta oraz o współuczestniczenie we wspólnocie politycznej. Rewolucja łódzka zaskoczyła wszystkie partie politycznie od prawa do lewa. Po 1905 żadna organizacja nie mogła już pominąć kwestii mas. W efekcie, pisze Blobaum, „ludność zamieszkująca największy i najistotniejszy zabór wkroczyła w erę nowoczesnej, czyli masowej, polityki”.
Demokracja miejska
Rewolucja 1905-1907 przyniosła o wiele więcej wymiernych korzyści niż powstania styczniowe, listopadowe i warszawskie razem wzięte. Co więcej, została ona okupiona zdecydowaniem mniejszą ilością przelanej krwi. To, że powstania zajmują chlubne miejsce w naszej zbiorowej świadomości, a pojęcie rewolucji kojarzone jest z tyranią i terrorem, ukazuje fundamentalny problem polskiej demokracji. Jak zauważył Bronisław Łagowski, w przeciwieństwie do francuskiego, polski „lud” nie jest świadomy swojej własnej historii, a postszlacheckie elity skutecznie narzuciły mu identyfikację z własną stanową, historią. W efekcie polska demokracja przedstawicielska szybko wytworzyła mechanizmy uśmierzania oddolnej samorządności i nabrała cech paternalistycznych, w którym to ci „na górze” zawsze wiedzą lepiej, co jest dobre dla tych „na dole”.
Przemiany po 1989 szybko doprowadziły do mitologizacji trudno wywalczonego aktu wyborczego. Obecnie proces demokratyczny w Polsce, według powszechnie obowiązujących wyobrażeń, obraca się wokół wyborów, po których władza może robić to, co uzna za słuszne. O ile na poziomie narodowym alienacja większości społeczeństwa z życia politycznego nie zakłóca funkcjonowanie tego systemu, o tyle na poziomie lokalnym wciąż dochodzi do spięć. W starciach tych mieszkańcy są z góry na przegranej pozycji. Na przykład inicjatywa Łodzianie Decydują złożyła do obywatelski projekt uchwały, który miał zmniejszyć z 6 tys. do 1 tys. liczbę potrzebnych podpisów pod kolejnymi obywatelskimi uchwałami, które mogłyby być potem rozpatrywane przez Radę Miasta. Projekt ten został w lipcu br. odrzucony ze względów formalnych, gdyż zawierał błędne sformułowania, np. zamiast „rada miejska w Łodzi” użyto słów „rada miasta”. Zwykle, gdy projekty uchwał zgłaszają radni, mają oni możliwość wniesienia autopoprawek korygujących takie błędy. W tym przypadku obywatele muszą raz jeszcze zebrać 6 tys. podpisów pod nowym, poprawionym, wnioskiem. Władza może się mylić, obywatele – nie.
Władza zwykle boi się bezpośredniego zaangażowania obywateli, wykorzystując swoją przewagę lub formalizując i biurokratyzując tzw. partycypację społeczną. Jednym z formalnych kanałów, dzięki któremu lud może wpływać na decyzje władzy jest tzw. trzeci sektor. Organizacje pozarządowe zostały jednak niestety silnie uzależnione od władz lokalnych i często pełnią funkcje czysto dekoracyjne. Na przykład w Poznaniu jest grubo ponad sto organizacji wspierających osoby niepełnosprawne (ok. 10% populacji miasta), ale przez 30 lat od zbudowania centralnego ronda nie były one w stanie kategorycznie zażądać zbudowania w przejściach podziemnych pod nim podjazdów dla wózków inwalidzkich. Miasto nie miało tego w planie, więc NGO’sy miały milczeć. I milczały.
Zarzewiem fermentu mogą być niektóre rady osiedli. Są to ciała niezależne, ale też i pozbawione podmiotowości prawnej, funkcjonujące jako „samorządy pomocnicze”, choć wyłaniane w wyborach powszechnych. W Poznaniu nie są one częścią administracji miasta, a działają w nich nieopłacani społecznicy. W ciągu ostatnich 3 lat, to właśnie środowisko rad osiedli wygenerowało najbardziej spójną i druzgocącą krytykę lokalnych włodarzy. Zdarzało się, że władza przyparta do muru musiała pójść na kompromis, ale jednocześnie przygotowywano reformę jednostek pomocniczych, tak aby raz a dobrze zneutralizować ogniska zapalne.
Czy możliwe jest włączanie w samorząd pewnych form demokracji bezpośredniej? To wymaga pewnej odwagi. Jedną z największych szkód wyrządzonych przez neoliberalizm było zabicie wyobraźni. Donna Haraway, jedna z najbardziej twórczych intelektualistek, przyznała się ostatnio, iż łatwiej jej jest wyobrazić sobie koniec świata niż koniec neoliberalnego kapitalizmu. Fakt, iż nawet Haraway nie potrafi wykroczyć poza obowiązujące horyzonty, pokazuje, iż żyjemy w epoce głębokiego kryzysu intelektualnego. Jednak chociaż neoliberalizm wciąż dominuje, to nie tworzy już nowych idei. Nowe rozwiązania pojawiają się oddolnie, spontanicznie, wbrew i obok skostniałych struktur. Dlatego od nich proponujemy rozpocząć dyskusję na temat tego, co roboczo nazywamy demokracją miejską – systemu, w którym „prawo do miasta” stałoby się kluczowym elementem życia politycznego. To, z czego korzystamy dzisiaj, też musiało kiedyś być trudne do wyobrażenia. Owo „niewyobrażalne” stało się jednak rzeczywistością. Tak też może być z demokracją miejską. Nic jednak nie zrobi się samo. Dzisiejsza demokracja przedstawicielska byłaby niemożliwa bez rewolucji – francuskiej, amerykańskiej czy łódzkiej. Demokracja przyszłości nie powstanie bez rewolucji miejskiej.
Niniejszy tekst jest skrótem artykułu Lecha Merglera i Kacpra Pobłockiego „Rewolucja miejska”, który ukazał się w „Le Monde diplomatique – edycja polska”
W czwartek, 7 października 2010 roku w Muzeum Sztuki Nowoczesnej odbył się pierwszy „Departament Propozycji” w obecnej edycji festiwalu „Warszawa w budowie”. Jest to otwarta sesja projektów dla Warszawy prezentowanych przez zawodowców i amatorów, organizacje i jednostki, fantastów i realistów – mówi Magdalena Mosiewicz, pomysłodawczyni Departamentu. W odróżnieniu od branżowych konferencji tutaj spotykają się różne światy, mentalności z dość odległych galaktyk. (więcej…)
Od co najmniej dziesięciu lat na świecie trwa gorąca debata na temat generalnej zmiany sposobu urządzania naszych miast. Zwrócenie się ku modelowi miasta obywatelskiego, w którym to mieszkańcy kształtują miejskie polityki, jest określane hasłem: „Prawo do miasta”. (więcej…)