Zielone Wiadomości rozmawiają z Dagmarą Misztelą, współprzewodniczącą koła warszawskiego Partii Zieloni oraz kandydatką komitetu Wygra Warszawa do Rady Miasta w okręgu Ursynów-Wilanów o stołecznej sieci ciepłowniczej.
Czy jesienią czekają nas podwyżki cen ciepła?

Dagmara Misztela: Najnowsza podwyżka weszła w życie 1 września, ale została zakomunikowana odbiorcom już po tej dacie. Taki sposób informowania warszawiaków jest skandaliczny, chociaż sama podwyżka nie jest znaczna. W tym sezonie za ciepło zapłacimy ok. 1,5% więcej. Największe podwyżki cen ciepła wprowadzono w ciągu pierwszych 2 lat po prywatyzacji Stołecznego Przedsiębiorstwa Energetyki Cieplnej (SPEC) w 2011 r. Ceny wzrosły wówczas o ok. 20%.

W latach 90. przedstawiano prywatyzację jako sposób na pozyskanie kapitału i poprawę jakości zarządzania. Czy takie były skutki sprzedaży SPEC-u francuskiej firmie?

Po sprzedaży SPEC-u nabywca (wówczas Dalkia) rozpoczął restrukturyzację. Zaczęto od zlikwidowania Ośrodka Badawczo-Rozwojowego – jednostki odpowiedzialnej za testowanie i wdrażanie nowych rozwiązań i innowacji. Była to jedna z nielicznych takich jednostek w Europie. Trzeba pamiętać, że warszawska sieć ciepłownicza należy do największych w Europie.

Równolegle zwalniano pracowników, a przedsiębiorstwo przestawiono na system outsourcingu. W ciągu dwóch lat pozwoliło to na sprzedaż większości nieruchomości wykorzystywanych wcześniej jako zaplecze techniczne oraz na cele biurowe. Część biur przeniesiono do wynajmowanej przestrzeni w nowych biurowcach innego francuskiego koncernu. Mimo że oficjalnie nieruchomości były przeznaczone pod infrastrukturę komunalną, to ich nabywcy prawie automatycznie dostawali w urzędzie miasta decyzje o przekształceniu na cele zabudowy mieszkaniowej i usługowej. Dzięki temu Dalkia osiągnęła ogromne zyski, zaś odbiorcy ciepła stracili podwójnie.

Dlaczego?

Zyski ze sprzedaży nieruchomości nie były wliczane do zysków z dostarczania ciepła, natomiast wynajem powierzchni biurowej zwiększał koszty dostaw ciepła. Trudno oszacować, o jaki majątek chodziło, bo dane z transakcji sprzedaży nieruchomości nie są jawne. Po operacji sprzedaży nieruchomości pozostała część majątku przedsiębiorstwa została odsprzedana innemu francuskiemu koncernowi z tej samej grupy kapitałowej – Veolii.

Wszystkie konsekwencje prywatyzacji ponoszą warszawianki i warszawiacy. Mieszkańcy budynków podłączonych do sieci płacą za ogrzewanie więcej niż to konieczne, a zyski z przesyłu ciepła, zamiast jak dawniej zasilać miejską kasę, transferowane są za granicę. Inni z kolei latami bezskutecznie czekają na podłączenie do sieci. Najwięcej takich budynków jest na Pradze. Cześć z nich została wyposażona w instalacje c.o. z grzejnikami, ale nie zostały podłączone do sieci, więc ich mieszkańcy nadal skazani są na bardzo drogie ogrzewanie elektryczne. Przez to wpadają w spiralę zadłużenia.

Czy dobrze rozumiem, że właściciel sieci stanowiącej naturalny monopol nie jest zobowiązany do podłączania nowych budynków?!

Niestety, sprzedając sieć, miasto nie zagwarantowało sobie w umowie żadnych mechanizmów, które pozwoliłyby kształtować przyszłe inwestycje, głównie rozbudowę sieci. Koszty tej lekkomyślności ponoszą mieszkańcy.

To może chociaż poprawiła się jakość usług?

Gdy miasto było właścicielem sieci i części kotłowni, było oczywiste, że zapewnienie dostawy ciepła do budynków stanowi jedno z jego zadań. Przy czym założeniem było, aby ciepło było jak najtańsze, a sposób jego wytwarzania jak najmniej szkodliwy dla środowiska i ludzi. Poza tym plany rozbudowy sieci były ściśle powiązane z planami rozbudowy miasta. Dewastacja struktury przedsiębiorstwa wskutek prywatyzacji powoduje coraz większe problemy z eksploatacją węzłów ciepłowniczych. Odbiorcy nie mają bezpośredniego kontaktu z pracownikami, bo tych po prostu nie ma. Na usuwanie najprostszych awarii często czeka się wiele dni.

Mleko się rozlało, ale czy te szkody można naprawić?

Jeśli komitet Wygra Warszawa będzie miał wpływ na władzę w mieście, doprowadzimy do renegocjacji umowy z właścicielem sieci, a jeśli rozmowy będą niezadowalające – do jej rekomunalizacji.

Brzmi ambitnie, ale czy to jest wykonalne?
W Europie Zachodniej, od Grenoble i Turynu po Berlin i Hamburg, obywatelki i obywatele skutecznie domagają się odzyskania przez swoje miasta kontroli nad sprywatyzowanymi w latach 90. usługami komunalnymi – sieciami energetycznymi, ciepłem, wodociągami. To smutny paradoks, że w momencie, gdy Platforma Obywatelska decydowała o prywatyzacji ciepła w Warszawie, w Europie Zachodniej tendencja była już odwrotna, bo efekty prywatyzacji mieszkańcy zdążyli poznać na własnej skórze.
Chodzi o to, że powrót ciepła w ręce miasta pozwoliłby cofnąć niekorzystne zmiany?

Tak, ale nie tylko o to. Przyszłością miast jest samowystarczalność energetyczna. Miasto powinno aktywnie inwestować w zmniejszanie zapotrzebowania na energię i dbać o to, by pochodziła ona z zielonych źródeł: słońca i wiatru. W Europie coraz więcej miast, małych i dużych, wdraża programy samowystarczalności energetycznej. Warszawę też stać na taki program!

To brzmi jak zadanie na lata…

Przede wszystkim należy zaopatrzyć budynki miejskie w instalacje fotowoltaiczne. Szkoły i przedszkola idealnie się do tego nadają, jednak ze względu na konstrukcję budżetów dla dzielnic takie inwestycje są dziś nieopłacalne, dlatego praktycznie w Warszawie się ich nie robi. Powinniśmy zacząć wykorzystywać przeznaczone na ten cel środki unijne. Taki program mógłby być zrealizowany w ciągu najbliższych 5 lat. Samowystarczalność energetyczna miasta to proces, który mógłby się zadziać w ciągu najbliższych 20-30 lat. W tym roku Paryż przyjął taki cel, wyznaczając datę 2050.

W jaki sposób polityka lokalna zmienia się w postpolityczne zarządzanie? Jak przy ograniczonych zasobach realizować politykę sprzyjającą sprawiedliwości ekologicznej i społecznej? Na te pytania poszukiwano odpowiedzi podczas prowadzonego przez Ewę Charkiewicz warsztatu o ekonomizacji polityki miejskiej, który odbył się 17 listopada w Zielonym Centrum Marszałkowska 1.

W siatce pojęć

Współtwórczyni Think Tanku Feministycznego przypomniała uczestniczkom i uczestnikom siatkę pojęciową, która dziś dominuje w politykach miejskich. Miernikami ich sukcesu stały się takie kategorie, jak przedsiębiorczość, efektywność czy elastyczność. Zmienia się język, w jakim mówimy – dobra wspólne stają się usługami publicznymi, do których świadczenia coraz częściej stosowane są narzędzia rynkowe. Taki zwrot stymulują również instytucje unijne, promujące, np. za pomocą Strategii Lizbońskiej, integrację kontynentu wokół ekonomicznej konkurencyjności.

Język ten, choć deklaratywnie sprzyja prowadzeniu biznesu, w praktyce wyklucza małe i średnie przedsiębiorstwa. Punktem odniesienia nie jest już dziś dla władzy przedsiębiorca, ale przede wszystkim wielki inwestor. Szermując hasłem „wolnego rynku”, w praktyce realizuje się politykę sprzyjającą koncentracji kapitału w rękach pojedynczych podmiotów – zapomina się, że rynek nigdy nie istniał w oderwaniu od instytucji publicznych i stanowionego przez nie prawa. Takie podejście kolonizuje wyobraźnię, a w efekcie coraz trudniej nawet jego krytykom zaproponować alternatywną siatkę pojęciową.

Przykładów użycia języka urynkowienia nie brakuje – chociażby w artykułach prasowych. Prywatyzacja usług opiekuńczych dla osób starszych przedstawiana jest jako okazja do rozbudzenia wzrostu gospodarczego i „zmniejszenia ilości beneficjentów”, nie zaś w kategoriach dbałości o odpowiednią jakość wykonywanej pracy czy o prawa człowieka. Edukacja ma służyć produkowaniu pracowników dla firm, nie zaś poszerzaniu wiedzy. Dominują czysto ilościowe wskaźniki, które nie sprawdzają się w takich dziedzinach, jak edukacja czy ochrona zdrowia – jak można bowiem redukować uczenie jedynie do ilości godzin, spędzonych przez nauczyciela przy tablicy? Krytyka Karty Nauczyciela, pod pozorem wdrażania rynkowych norm zarządzania, zataja fakt, że pogarszanie warunków pracy nie przyczyni się do poprawy jakości kształcenia.

Problemy społeczne, jak podkreśla polityczka Zielonych Ewa Sufin-Jacquemart, rozwiązuje się poprzez prywatyzację odpowiedzialności – winę za problemy pojedynczej osoby zrzuca się na nią samą. Sęk w tym, że – jak zauważyła redaktorka naczelna „Zielonych Wiadomości” Beata Nowak – wkład jednostki w dobro społeczne nie jest w ogóle możliwy do wyliczenia, jako że większość pracy ludzi na rzecz społeczności wykonywana jest nieodpłatnie.

Krytyka neoliberalizacji

Charkiewicz zwróciła uwagę na praktyczne konsekwencje wdrożenia modelu rynkowego do polityk publicznych. W polityce ekologicznej oznacza to przesunięcie środka ciężkości od regulacji i kontroli w stronę tworzenia nowych rynków (np. handlu emisjami), zarządzanie skupia się na tworzeniu budżetów zadaniowych – regulacje dostępu, celów i sposobów alokacji środków w połączeniu z centralizacją kontroli nad przepływem środków finansowych. Przykładem zarządzania tego typu jest podwyższenie wieku emerytalnego – reforma skupiała się nie na efektach społecznych jej wprowadzenia, ale głównie na skutkach dla budżetu.

Optykę neoliberalną można krytykować z różnych perspektyw. Dla społecznie zakorzenionego liberalizmu będzie ona niedopuszczalna z powodu lekceważenia dla praw człowieka i likwidacji podziału na rynek, państwo i społeczeństwo. Krytyka w kategoriach Foucaulta skupia się na tym, jak w praktyce model przedsiębiorstwa kolonizuje kolejne obszary życia i polityki, a rynek staje się „permanentnym trybunałem ekonomicznym”. Krytyka foucaultowska przygląda się również migracji suwerenności z państwa do kapitału, czemu towarzyszy upowszechnianie takich pojęć, jak „kapitał ludzki”. Neomarksizm zauważa zjawisko „akumulacji przez wywłaszczenie” i wskazuje, że trwa właśnie nowa runda grodzeń – wywłaszczania ludzi z dóbr wspólnych (np. z przestrzeni miejskiej, jak zauważa David Harvey). Istnieją również krytyki feministyczne, operujące pojęciem „gospodarki opieki”, a także ekologiczne.

Proces neoliberalizacji wygląda różnie w różnych kontekstach społecznych – jest inny np. w Szwecji, a inny w Polsce. Bez jego krytyki, jak zauważa Charkiewicz, nie można będzie zmniejszyć własnego uwikłania w dyskurs neoliberalny. Brak takiej krytyki skutkuje trudnością w budowaniu aliansów między różnymi „ruchami jednej sprawy”. Sprawę utrudnia fakt, że neoliberalizm ma dziś dwa odcienie: prawicowy i lewicowy. Ten ostatni afirmuje narzędzia rynkowe pod płaszczykiem „troski o wykluczonych”.

Walki miejskie

Praktyka miejskiego zarządzania za swe główne narzędzie obiera sobie budżet samorządowy. W optyce rządzących wydatki na „usługi komunalne” są uznawane za koszt – wymusza to legislacja centralna, a dokładnie reforma administracyjna Buzka, która doprowadziła do tworzenia kierujących się logiką rynkową spółek do świadczenia tychże usług. Realizację części z nich zrzuca na organizacje pozarządowe, pozbywając się za nie odpowiedzialności. Jednocześnie – mimo deklaracji – konsultacje społeczne nadal nie przyczyniają się do zmian w działaniach samorządów.

Inne działania – jak w wypadku polityki mieszkaniowej – oddaje się w ręce rynku, co doprowadziło do zdominowania budownictwa przez prywatnych deweloperów i do erozji publicznego zasobu komunalnego. Nawet jeśli jakiś samorząd chciałby realizować inną politykę, jest spętany przez różnego rodzaju regulacje centralne, jak np. planowana krajowa polityka miejska, która w swej obecnej formie będzie utrwalać dominację myślenia o przestrzeni miejskiej nie jako przestrzeni społecznej, lecz przede wszystkim inwestycyjnej.

Przykład prywatyzacji SPEC (Stołecznego Przedsiębiorstwa Energetyki Cieplnej) – jak zwrócił uwagę redaktor naczelny „Zielonych Wiadomości” Adam Ostolski – pokazuje, że przy prywatyzacji miejskich spółek dla władz miasta nie liczą się ani argumenty ekonomiczne jej przeciwników, ani aspekty społeczne, ani szacunek dla prawa i transparentności. Na żądania ujawnienia treści analizy przedprywatyzacyjnej miasto odpowiadało negatywnie, zasłaniając się „tajemnicą handlową” prywatyzowanej spółki i pomijając milczeniem fakt, że to przecież miasto było właścicielem tej spółki. Z kolei Beata Nowak wskazała, że wraz z siecią ciepłowniczą sprzedano infrastrukturę światłowodową, którą można by wykorzystać np. do dostarczania w Warszawie darmowego Internetu.

PO próbowała zalegitymizować swoje działania pokazując, że w poprzedniej kadencji radni SLD zgodzili się na przeprowadzenie analizy przedprywatyzacyjnej. Opór przeciwko prywatyzacji, prowadzony przez niechcące ze sobą współpracować ośrodki, skończył się niepowodzeniem – nie udała się ani inicjatywa referendalna Zielonych i SLD, ani inicjatywa PiS-u. To lekcja na przyszłość, jeśli miałoby dojść do podobnych działań, np. w przypadku sprzedaży miejskich wodociągów. Wypracowania wymagają narzędzia umożliwiające krytykę ekonomizacji polityk miejskich, takie jak audyty budżetów samorządowych czy opracowanie kryteriów Oceny Oddziaływania na Społeczeństwo zarówno inwestycji, jak i sprzedaży miejskiego majątku.

Wyrok Wojewódzkiego Sądu Administracyjnego w Warszawie w sprawie uchybień podczas prywatyzacji SPEC może oznaczać trwały regres praw obywatelskich w Polsce. (więcej…)

O pracy radnego, stylu rządów PO w warszawskim Ratuszu oraz o tym, dlaczego lepiej być posłem niż radnym – z Krystianem Legierskim rozmawia Joanna Mazgajska. (więcej…)