Bartłomiej Kozek recenzuje najnowsze propozycje gospodarcze Platformy Obywatelskiej, Ruchu Palikota i Sojuszu Lewicy Demokratycznej. (więcej…)
Wakacje to okres politycznych przegrupowań. Wraz z zakończeniem Euro 2012 i przeminięciem emocji związanych z podwyższeniem wieku emerytalnego ukształtowała się nieco inna niż do tej pory tektonika polskiego systemu politycznego. (więcej…)
Tegoroczne Święto Pracy dalekie było od kształtu, jaki powinno przybrać w polskich warunkach: w sytuacji wysokiego bezrobocia, niskich płac, niestabilnego zatrudnienia. A jednak było w porównaniu z poprzednimi latami wyjątkowe. Nowością była rywalizacja o przywrócenie wagi 1 Maja, prowadzona przez dwie główne partie konkurujące dziś o lewicowy elektorat. (więcej…)
Pod koniec marca koalicja PO-PSL odrzuciła wniosek „Solidarności” o zorganizowanie referendum w sprawie wieku emerytalnego. Wszystko wskazuje na to, że nadal ma ona większość do przeprowadzenia planowanej przez siebie zmiany. Jak wygląda obecna sytuacja polityczna i czy perspektywa przedterminowych wyborów została zażegnana? (więcej…)
Gdyby oceniać te wybory jedynie z perspektywy tego, kto będzie premierem, wydawać by się mogło, że do politycznego trzęsienia ziemi nie doszło. Sęk w tym, że zmieniło się bardzo wiele, począwszy od przełamania przechodzenia władzy co kadencję w ręce odmiennych sił politycznych, aż po zmiany w składzie ław opozycyjnych. Dla zielonej polityki w Polsce niesie to nowe, niełatwe wyzwania.
Przed wszystkim Donald Tusk odniósł olbrzymi sukces. Jako pierwszy premier po 1989 r. zapewnił swojemu rządowi drugą kadencję. 4 lata ostrej politycznej walki między partiami rządzącymi a opozycją skończyło się utratą przez PO i PSL… 4 miejsc w Sejmie (w porównaniu do stanu z ostatniego przed wyborami posiedzenia izby). Sondażowe badania, sugerujące niewielką różnicę w poparciu PO i PiS nie zmaterializowały się, być może dlatego, że w ostatnim tygodniu, wikłając się w sprawę legitymizacji rządów niemieckiej kanclerki Angeli Merkel, swoją bardziej koncyliacyjną twarz utracił Jarosław Kaczyński. Kampania wyborcza oceniana jest zarazem jako jedna z najbardziej profesjonalnych oraz najnudniejszych w historii III RP. Wątki merytoryczne pojawiały się w niej raczej jako tło niż meritum, choć na początku września, kiedy rozpoczęły się dyskusje na temat rozszerzania się zjawiska pracy na umowach pozakodeksowych oraz wzrostu kosztów opieki przedszkolnej, wydawało się przez chwilę, że może być inaczej. Skończyło się na rytualnym straszeniu: PO straszyła nawrotem kaczyzmu, zaś PiS – Palikotem w rządzie.
Możliwość kontynuowania dotychczasowej koalicji z Waldemarem Pawlakiem i jego partią jest dla Tuska największym możliwym w obecnych okolicznościach sukcesem. Jeszcze niedawno niemal pewna wydawała się konieczność chwiejnej, trójpartyjnej koalicji: czy to z Ruchem Palikota, czy też słabnącym na jego rzecz SLD, czy też obiema tymi formacjami, ale już bez PSL. Podtrzymanie obecnego aliansu rządowego oszczędzi obecnemu premierowi zmartwień związanych ze żmudnymi negocjacjami koalicyjnymi. Wzmocniwszy swoją pozycję wewnątrz PO, będzie mógł dużo swobodniej wymieniać ministrów. Choć PSL będzie chciało poszerzyć nieco swój stan posiadania w rządzie, mało prawdopodobne, by utrudniło to proces tworzenia rządu. Koalicja z ludowcami umożliwia Tuskowi podtrzymanie lekkiego dryfu na lewo, którego najbardziej charakterystycznym wyrazem był tegoroczny program wyborczy PO. Ponieważ tym razem – poza pieniędzmi z unijnego budżetu oraz z eksploatacji gazu łupkowego – nie obiecywał wyborcom zbyt wiele, trudniej będzie ich rozczarować. Dzięki temu, że obietnice takie jak rozbudowa infrastruktury kulturalnej i naukowej poza wielkimi miastami wydały się być dostosowane do sytuacji świata pozostającego w niepewności co do możliwości nadejścia drugiej fali kryzysu ekonomicznego, PO zapobiegawczo zeszła z linii ostrzału wiarygodności wyborczych postulatów, w przeciwieństwie do mocno krytykowanych w tej kwestii PiS i SLD.
Przezroczysta opozycja
Paradoksalnie zatem to stan opozycji stał się obiektem większego zainteresowania w powyborczych komentarzach. Nie chodzi tu o sytuację PiS, które w gruncie rzeczy utrzymało swój stan posiadania, nie zwiększając zarazem w żaden sposób swojej szansy na wyjście poza rolę permanentnej opozycji. Hegemonia formacji Kaczyńskiego na prawicy wydaje się póki co niezagrożona, co pokazuje fatalny wynik PJN. Formacja, która w pewnym momencie zaczęła mieć problemy z pogodzeniem swoich hojnych postulatów w polityce prorodzinnej z obietnicą walki z jakimikolwiek podwyżkami podatków, nie była w stanie przekroczyć nawet uprawniającego do udziału w budżetowej subwencji progu 3% głosów. Na chwilę obecną – wbrew zapowiedziom z wieczoru wyborczego – nie widać w jej szeregach woli podtrzymania tego projektu politycznego, chyba że w formie aliansu z innymi prawicowymi formacjami, takimi jak środowiska Marka Jurka czy Janusza Korwin-Mikkego. Mieszanka konserwatyzmu obyczajowego i wolnorynkowego fundamentalizmu, mająca być alternatywą dla bardziej – przynajmniej deklaratywnie – solidarnej społecznie partii Kaczyńskiego, nie znalazła żyznego gruntu.
Monopol Kaczyńskiego na prawo od PO kontrastuje z rozbiciem po lewej stronie sceny politycznej. Janusz Palikot i jego 40-osobowa ekipa z pewnością zmienią nieco sejmowy klimat, czego pierwszym przykładem są jego starania o usunięcie krzyża z sali sejmowej. Lider formacji, która jak na razie wydaje się być bezkrytycznie zauroczona swoim wodzem (starczy przypomnieć pamiętne ślubowanie, złożone elektoratowi w wyborczy wieczór), ma przed sobą niełatwe zadanie. Na początku tworzenia nowego ugrupowania bliska mu była idea „lekkiej partii”, ograniczającej swój przekaz do kilku nośnych haseł. Teraz, w sejmowej praktyce, zmuszony będzie do wypowiadania się na znacznie większą ilość problemów, niż jedynie kwestie świeckości państwa, refundacji antykoncepcji czy walki z biurokracją. Pozostawienie nowym posłankom i posłom wolnej ręki w sejmowych głosowaniach mogłoby szybko ujawnić niespójność programową RP i zagrozić jego spoistości, dlatego praca programowa stanie się – chcąc nie chcąc – sprawą istotną do przetrwania i krystalizacji partii, chyba, że zdecyduje się na pozostanie na pozycjach bliskich politycznemu happenerstwu, wychodząc z założenia, że swoich postulatów światopoglądowych – ze względu na konserwatywną większość sejmową – zrealizować nie będzie w stanie.
O ile Ruch Palikota swą polityczną podróż zaczyna, o tyle SLD będzie musiał uważać, by wkrótce jej nie zakończyć. Nie jest to abstrakcyjny problem. Wynik najgorszy od czasu powstania formacji, znacząco przetrzebiony klub poselski, w którym brakować będzie chociażby Marka Balickiego, do tego dominacja starych twarzy SLD wśród jego reprezentantów – wszystko to pokazuje, w jak nieciekawej sytuacji znalazła się siła do niedawna monopolizująca lewą stronę sceny politycznej. Strategia Grzegorza Napieralskiego, rozwadniająca przekaz programowy i chowająca go pod coraz bardziej festyniarsko robioną kampanią wyborczą (której symbolem pozostanie striptiz lubelskiej działaczki Sojuszu) kosztowała pogrzebanie szansy na mandat takich osób, jak Marek Wikiński, Katarzyna Piekarska, Tomasz Kalita czy Łukasz Naczas. Na politycznym rynku huczy już od nazwisk przyszłych liderów SLD – od Piekarskiej, poprzez Ryszarda Kalisza, na poprzednim przewodniczącym Wojciechu Olejniczaku kończąc. Od tego, jaka wizja miejsca partii z Rozbrat zwycięży, zależą wyborcze szanse na przyszłość. Co ciekawe, już dziś pojawiają się w szeregach SLD głosy dopuszczające alians z Ruchem Palikota, z tworzeniem jednej formacji politycznej włącznie. Ich realizacja de facto zakończyłaby samodzielne funkcjonowanie Sojuszu na scenie politycznej, już dziś zagrożone przez kurczowe trzymanie się idei „marszu ku centrum” i podążania „trzecią drogą”, znajdującego swój wyraz we wzmocnionym zdobyciem mandatu poselskiego w Gdyni byłym premierze, Leszku Millerze.
Zielone szanse i zagrożenia
Zieloni nie mogą uznać tych wyborów za udane. SLD, z którego list startowały kandydatki i kandydaci tej partii, nie był zainteresowany formalną koalicją i promowaniem nowych twarzy na czołowych miejscach list wyborczych. Bardzo zły klimat wokół SLD, ciągnący się co najmniej od momentu chaotycznego układania list wyborczych i rezygnacji ze współpracy z SLD Roberta Biedronia i Wandy Nowickiej, przeniósł się także na Zielonych. Nie brakowało głosów – wyrażanych zarówno na forach internetowych, jak i w bezpośrednich rozmowach – że mimo szczerych chęci spora grupa zielonych wyborców nie jest w stanie zagłosować na startujących na „czerwonych listach”. Problem ten nie był tak bardzo widoczny rok temu, zanim Sojusz rozpoczął pasmo karygodnych błędów, które skurczyły jego sejmową reprezentację do poziomu poniżej 30 mandatów. Słabe wyniki Zielonych nawet w obrębie list SLD również powinny stać się powodem do niepokoju. Oznacza to poważne nadszarpnięcie wiarygodności i konieczność jej odbudowy w przeciągu najbliższych 3 lat, kiedy to odbędą się kolejne wybory: do Parlamentu Europejskiego oraz samorządów lokalnych.
Sęk w tym, że pozorny wzrost poziomu pluralizmu po lewej stronie sceny politycznej nie ułatwia Zielonym zadania. Nie ma znaczenia to, że w rzeczywistości wzrost ten jest pozorny. Trudno mówić o podważeniu tezy o zabetonowaniu sceny politycznej – na 5 milionów złotych, jakie od powstania swego stowarzyszenia i partii Janusz Palikot wpompował w jego funkcjonowanie, mało która formacja pozaparlamentarna może liczyć. Zaś lewicowość promującego podatek liniowy, odpłatność za studia humanistyczne oraz pozostawienie polityki społecznej organizacjom pozarządowym Palikota również jest dość wątpliwa. Liczy się jednak etykietka, jaka przywiera do tej czy innej formacji. Fakt, że z finansowej możliwości realizacji założeń programowych oraz ich skutków społecznych Napieralskiego rozliczano znacznie bardziej niż Palikota, dość dobrze pokazuje mechanizm działania obecnej polityki. Pozostanie przez byłego posła PO z Lublina w ławach opozycyjnych, paradoksalnie, jest dla niego wymarzonym scenariuszem. W obliczu powyborczego chaosu w SLD ma on szansę stopniowo zagarniać jego elektorat. Dużo bardziej prawdopodobny niż rozpad jego klubu wydaje mi się scenariusz przeciwny, a więc podkupywanie pojedynczych posłów SLD i mierzenie w poparcie na poziomie 20% w perspektywie najbliższych 3-4 lat. Wiele zależy od tego, w jakim programowym kierunku będzie ewoluował jego ruch, czy pozostanie populistyczną wersją Unii Wolności, czy też większe piętno odcisną na nim osoby takie jak Wanda Nowicka.
Wejście Palikota do Sejmu dla wielu osób stało się okazją do poszukiwania podobieństw między nim a Zielonymi, sugerujących konieczność zbliżenia tych dwóch formacji. Najbliższe 3 lata mogą okazać się dobrym czasem na śledzenie rozwoju wypadków. Nie jest dziś rozstrzygnięte, czy Palikot zamierza trzymać się liberalnych ekonomicznie haseł, czy może zacznie proponować bardziej lewicową politykę. Pozostając sceptycznym co do tego scenariusza (obstawiam raczej próbę przykrywania kwestii ekonomicznych wojnami kulturowymi) i dopuszczając współpracę z partiami parlamentarnymi w różnych kwestiach programowych, uważam, że w najbliższych latach to nie Sejm, lecz potencjalnie kiełkujące inicjatywy oddolne powinny stać stać się dla Zielonych punktem odniesienia.
Wielką niewiadomą pozostaje to, czy i jak głęboko uderzy w nas druga fala kryzysu ekonomicznego. Nawet i bez niej trudno upatrywać w modernizacji kulturowej jedynego wyznacznika nowoczesnego państwa. Równie wielką niewiadomą będzie zakres rozwoju polskiej odnogi globalnego ruchu Oburzonych, dla których porzucenie neoliberalnej ortodoksji ekonomicznej pozostaje najważniejszym postulatem. Nie zapominajmy, że także w kwestiach ekologicznych – GMO czy energetyki jądrowej – zaczynająca się właśnie kadencja Sejmu pozostanie kluczowa. Już dziś w ławach rządowych przebąkuje się o wchłonięciu ministerstwa środowiska a to przez wyodrębniony z ministerstwa gospodarki pion energetyczny, a to o jego rozpuszczeniu w samym ministerstwie gospodarki. Mobilizacja społeczna w wyżej wymienionych kwestiach wydaje się prawdopodobna i szkoda by było, gdyby Zieloni w poszukiwaniu kolejnych dróg dostania się na Wiejską pominęli ruchy społeczne, z których wszak się wywodzą. Wielką szansą jest wzmocnienie trwającej od jakiegoś czasu współpracy Zielonych ze związkami zawodowymi. Nauczyciele czy pielęgniarki, zorganizowane w organizacje pracownicze, w wielu krajach należą do najważniejszych grup zielonych wyborczyń i wyborców. Kwestia miejska – od chaosu planowania przestrzennego, poprzez rosnące ceny usług publicznych, aż po sprawy lokatorskie – również będzie potencjalną przestrzenią dla prezentowania zielonej polityki.
Kierunek 2014
Tak czy inaczej najbliższe 3 lata nie będą dla Zielonych czasem łatwym. Konieczność lepszego, wewnętrznego zorganizowania się i większego nacisku na pracę zespołową, w tym lepszego kontaktu między władzami centralnymi a lokalnymi kołami będzie kluczowa dla wzrostu widzialności partii. Większą uwagę, dzięki przyjęciu szeregu uchwał programowych, poświęcić będzie można nie tylko na jego rozbudowę, ale także na promocję i umiejętną prezentację zielonych postulatów. Tegoroczne wybory, symbolizowane przez 140-znakowe wypowiedzi na Twitterze, pokazały siłę krótkich, treściwych komunikatów. Kto nie potrafił nawet najlepszych programów przełożyć na proste, mobilizujące społeczną wyobraźnię hasła – przegrywał. Dodatkową trudnością będzie również płynność nowego układu politycznego. PO z jednej strony kontynuuje koalicję, w której raczej wygładza niż zaostrza swój pierwotny, neoliberalny kurs, teraz jednak, w przeciwieństwie do poprzedniej kadencji, może np. próbować wykorzystać Ruch Palikota do reform takich jak likwidacja subwencji budżetowych dla partii politycznych z budżetu albo do dalszej komercjalizacji i prywatyzacji usług publicznych. Niejasna pozycja polityczna aż 3 z 5 partii politycznych, zasiadających w Sejmie, z których każda kieruje jakąś część swojego przekazu do tego samego co Zieloni elektoratu, to z pewnością spore wyzwanie. Jeśli zielony projekt polityczny ma się udać, to musi ono zostać podjęte.
Ilustracja: Robert Wielgórski, Wikipedia.
W ostatnim odcinku Gry o tron młody król Joffrey pyta minstrela, schwytanego na śpiewaniu w tawernie piosenki wyśmiewającej królową, czy wolałby zachować ręce, czy język. „Człowiek nie może żyć bez rąk”, odpowiada minstrel. Król każe wyrwać mu język.
W kleszczach PO-PiS-u
Przed podobnym dylematem stoją w Polsce progresywni wyborcy. Od kiedy linią podziału stał się konflikt między „Polską solidarną” a „Polską liberalną”, co pewien czas musimy wybierać, czy ważniejsze są dla nas prawa reprodukcyjne kobiet, godność osób LGBT, wolność od religijnej indoktrynacji, czy raczej prawo do powszechnej ochrony zdrowia, godnych warunków pracy, bezpieczeństwa socjalnego. To nie jest wybór pozytywny. Dobrze wiadomo, że polityka PO nie poszerza naszej wolności, tak jak polityka PiS nie budowała solidarności. Wybór zależy od tego, co bardziej boimy się stracić. Nagonka na gejów i lesbijki czy demontaż kodeksu pracy? Całkowity zakaz aborcji czy prywatyzacja szpitali? Nic dziwnego, że czasem czujemy się sfrustrowani; do takich decyzji trzeba mieć nerwy.
Jak wygląda ten dylemat z punktu widzenia wolności określanych mianem „kulturowych”? Można o nie walczyć na dwa sposoby. W ramach projektu konsekwentnie liberalnego można domagać się, aby liberalizm oznaczał nie tylko wolny rynek, ale także ochronę praw kobiet i mniejszości, świeckie państwo i politykę antydyskryminacyjną. Albo można próbować wykroczyć poza dominujący podział na „Polskę solidarną” i „liberalną”, i żądać realizacji wszystkich praw człowieka jako niepodzielnego pakietu. Tę pierwszą drogę proponuje od niedawna Palikot, tę drugą od lat wybierają Zieloni.
Postęp na skróty?
Można zrozumieć ludzi o lewicowych poglądach, którzy dają się uwieść projektowi Palikota. Ostatecznie to wygląda racjonalnie: lepiej mieć coś już teraz, zamiast długo czekać na więcej. Uzyskać to, co się w aktualnych warunkach da uzyskać, a z resztą postulatów poczekać na lepsze czasy. Problem w tym, że nie ma postępu na skróty. Wybierając tę lub inną partię, nie tylko głosujemy na głoszone przez nią konkretne postulaty, lecz także opowiadamy się za pewnym kształtem świata, który ta partia reprezentuje.
Kształt świata, jaki proponuje Palikot, nie jest tak progresywny, jak mogłoby się na pierwszy rzut oka wydawać. Wbrew prospołecznej retoryce, jaką daje się czasem słyszeć w tej kampanii, i pomimo faktu, że dobre miejsca na listach Ruchu Palikota przypadły osobom, którym nikt nie musi tłumaczyć, co to jest sprawiedliwość społeczna, jest to program głęboko neoliberalny. Proponowana przez Palikota jednolita 18-proc. stawka PIT, CIT i VAT oznaczałaby obniżenie podatków dla garstki najbogatszych kosztem wzrostu obciążeń podatkowych większości społeczeństwa. A podatek liniowy to tylko wierzchołek góry lodowej… są tu jeszcze postulaty dotyczące kodeksu pracy, BHP czy prawa budowlanego. Palikot nie tylko nie ma żadnego programu w dziedzinie polityki społecznej, ale proponuje program gospodarczy, który znacząco przyspieszyłby wzrost rozwarstwienia.
Wzrost rozwarstwienia społecznego nie tylko negatywnie wpływa na jakość życia i stan zdrowia społeczeństwa, ale także – co tu szczególnie istotne – powoduje wzrost nastrojów ksenofobicznych. Próba zwalczania takich postaw za pomocą samej tylko edukacji skazana jest na niepowodzenie. Zwłaszcza gdy ta sama ręka, która wkłada ludziom do głów tolerancję, jednocześnie zabiera im chleb. Nie ma lepszego paliwa dla nienawiści do mniejszości niż poczucie krzywdy. I dlatego nie ma praw człowieka bez sprawiedliwości społecznej.
Cywilizacyjny projekt, który reprezentuje Palikot, wygląda modernizacyjnie, ale nie ma nic wspólnego z nowoczesnością. Jest to w gruncie rzeczy projekt głęboko konserwatywny. I to co najmniej z trzech powodów.
Jak Syfon z Miętusem
Po pierwsze Ruch Palikota utrwala opozycję między „Polskę solidarną” i „liberalną” oraz związany z nią podział na prawa socjalne i kulturowe. Warto pamiętać, że prawa człowieka nie dzielą się „z natury” na socjalne i kulturowe. To podział narzucony przez naszą klasę polityczną i w jej interesie. Tylko podważając ten podział i odrzucając jego założenia możemy liczyć na trwały postęp. W tym celu musimy pamiętać, że prawa kobiet i mniejszości to nie jest wyraz jakiegoś partykularnego interesu, ale element projektu cywilizacyjnego zbudowanego wokół idei niezbywalnych i niepodzielnych praw człowieka.
Tak dochodzimy do drugiego problemu. Ruch Palikota traktuje prawa kobiet i mniejszości seksualnych czy świeckość państwa jako postulaty, które można realizować w oderwaniu od szerszej polityki społecznej i gospodarczej. Takie myślenie nie ma pokrycia w rzeczywistości. Tym, czego potrzebujemy, nie jest tylko jednorazowa zmiana prawa, lecz także głęboka zmiana postaw społecznych, która sprawi, że zmiany prawne, na których nam zależy, nie będą łatwe do odwrócenia. Ludzie są bardziej gotowi zaakceptować zmiany kulturowe, kiedy mają w życiu poczucie bezpieczeństwa, przede wszystkim ekonomicznego. Ignorując ten fakt, skazujemy się na wieczne przeciąganie liny. Albo – co powinno być bliskie czytelnikom Gombrowicza – niekończący się pojedynek Syfona z Miętusem.
Trzeci problem jest logiczną konsekwencją poprzednich: Palikot oferuje szacunek osobom wykluczonym w pakiecie z pogardą do „moherów”. Tym, co proponuje, nie jest dystrybucja godności, ale redystrybucja pogardy. Ponieważ zaś jego polityka gospodarcza zapewni świeży dopływ sił dla populistycznej prawicy, można mieć pewność, że zawsze będzie pod ręką ktoś, kim można gardzić. Trwałego postępu nie uzyskamy, poprawiając sobie humor pogardą wobec innych. To najwyżej paliwo niekończących się „wojen kulturowych”.
Sukces Palikota może na lata zablokować w Polsce szanse na postęp. Trwały postęp wymaga bowiem solidnych podstaw, a to oznacza, że musimy zaproponować kształt świata, do którego zaprosimy także naszych przeciwników. Bo wierzymy, że także oni będą czuć się w nim lepiej. A przynajmniej tego byśmy chcieli.
Najwyższa pora przestać wypominać Palikotowi „Ozon” i happenerstwo. Zamiast tego lepiej przeczytajmy jego program.
(więcej…)