Warunkiem niezbędnym do stworzenia innego świata jest zdolność do wyobrażenia sobie jego kształtu. Wiele systemów edukacyjnych wciąż niesie ze sobą ślady przemysłowych, opartych na państwach narodowych społeczeństw, z których wyewoluowały. Czego potrzebujemy, by umożliwić ludziom stworzenie wizji bardziej zrównoważonego i sprawiedliwego społeczeństwa – a potem jej urzeczywistnienie? O tym w jaki sposób edukacja może urzeczywistnić tę zmianę rozmawiamy z ekonomistką Mają Göpel.
Green European Journal: Świat, w którym żyjemy – od jego struktur ekonomicznych aż po nasze style życia – zorganizowany jest w z gruntu niezrównoważony sposób. Podążamy bardzo niebezpieczną ścieżką. W jaki sposób jego charakter powiązany jest z naszym sposobem myślenia o świecie?
Maja Göpel: W krajach Zachodu istnieje od dawna zakorzeniona tradycja kreślenia podziałów między człowiekiem a naturą. Postrzegamy siebie jako gatunek, który może podporządkować sobie wszystkie pozostałe. Wpływa to na nasz sposób postrzegania i doświadczania świata – w tym na to, z jakim nastawieniem o nim myślimy.
Ideą Oświecenia miało być rozwijanie naszej zdolności do samodzielnego myślenia – tak, abyśmy mogli kształtować nasz los, ale wynikły z tego indywidualizm zaszedł za daleko. Straciliśmy wszelką skromność, stawiając sobie za cel przekształcenie wszystkiego tak, by realizowało nasze pragnienia. Co najmniej od ostatniego stulecia straciliśmy poczucie powiązania z systemami, od których zależymy. Postrzegamy świat fragmentarycznie. Na kawałki, które widzimy, próbujemy nakleić metki z ich ceną, tracąc z pola widzenia podtrzymujące nas sieci życia i możliwość czerpania nie tylko z poszczególnych elementów, ale również ze spajających je powiązań.
Niektórzy widzą w przejściu do bardziej zrównoważonego świata przede wszystkim kwestię techniczną, związaną z regulacjami. Inni z kolei – jako proste zadanie przejęcia władzy politycznej. Co jednak z kształtowaniem sposobu, w który patrzymy na świat? Jak ważne dla zmiany społecznej są nowe koncepcje, narracje czy język?
Esencją liberalnych społeczeństw – przynajmniej w momencie, gdy kształtowała się ta idea – było rozmawianie o tym, dokąd chcemy dojść i w jaki sposób osiągnąć możemy ten docelowy stan. Zakładając, że nie chodzi nam o ich wymuszanie dekretami, prawomocność tych wizji opiera się na tym, w jaki sposób ludzie postrzegają świat, jak objaśniane i prezentowane nam są poszczególne propozycje.
To, w jaki sposób patrzymy na świat, zmieniało się już kiedyś fundamentalnie – dobrym tego przykładem może być chociażby przewrót kopernikański. Kiedy czyta się Raport Brundtland[1] z roku 1987 możemy przypomnieć sobie o nieco mniej odległym momencie skromności ludzkości – o fotografii skrzącej się zielenią, błękitem i bielą planety, która została uwieczniona przez załogę Apollo 17 w roku 1972. Jej zdjęcie uświadomiło nam konieczność zrozumienia mechanizmów, stojących za funkcjonowaniem naszej planety – tak, by mogła ona pozostać dla nas przyjazna. Od idei jej podporządkowania przeszliśmy do bycia jej opiekunami. Tak szeroko zakrojona zmiana naszego podejścia wiązać się rzecz jasna będzie ze sposobem kształtowania naszych instytucji i celów. Z tego też powodu nasze systemy edukacyjne muszą być w forpoczcie działań, wzmacniających zdolności ludzi do nadawania sensu swojemu istnieniu w zmieniającym się świecie.
Zadaniem szkoły jest przygotowywanie ludzi do życia w otaczającym ich świecie. Jaka jest rola szkoły – i szerzej, edukacji – w zmianie naszego sposobu myślenia?
Szkoła pozostaje ważna, ponieważ to w latach naszej młodości jesteśmy kształtowani w najbardziej brzemienny w skutki sposób. Proces ten ma silny wymiar kulturowy. Poza poszerzaniem wiedzy mamy do czynienia z istnieniem, wchodzeniem w interakcje oraz kształtowaniem tego, na czym nam zależy. W naszych społeczeństwach – Niemcy znam tu najlepiej, ale obserwacja ta pasuje do wielu krajów Zachodu – edukacja skupia się głównie na porównywaniu postępów, ich mierzeniu oraz udowadnianiu zapoznania się z kanonem wiedzy. Nie składnia do poszukiwania własnej drogi, rozumienia wpływu otoczenia w którym dojrzewasz na twoje funkcjonowanie w świecie czy do znajdowania własnej równowagi między współtworzeniem a współzawodnictwem. Oceny szkolne są jednym z przykładów na uprzemysłowiony charakter obecnych systemów edukacyjnych – tak, jakby zakładano, że normowanie i szeregowanie młodych ludzi miało pomóc im w swobodnym rozwoju i byciu szczęśliwymi.
Efektem tej sytuacji jest to, że uczennice i uczniowie troszczą się głównie o swoją pozycję w systemie i to, w jaki sposób mogą ją poprawić. Dzisiejsze elitarne szkoły obiecują rodzicom odpowiednio wysokie oceny oraz sieci kontaktów, dzięki którym ich dzieci będą mogły zajmować wpływowe pozycje. Potrzebujemy tymczasem skupiania kształcenia na rozumieniu społeczeństwa oraz stojących przed nim w XXI wieku wyzwań. Organizacje, takie jak UNESCO, działają na rzecz upowszechnienia się tego spojrzenia, prezentując zarysy edukacji na rzecz zrównoważonego rozwoju, globalnego obywatelstwa oraz przydatnych w przyszłości umiejętności. Rozprzestrzenianie się tego spojrzenia dzieje się jednak boleśnie powoli.
Systemy edukacyjne muszą być w forpoczcie działań, wzmacniających zdolności ludzi do nadawania sensu swojemu istnieniu.
Nauczanie umiejętności przyszłości opiera się na założeniu, że umożliwianie ludziom wyobrażenia sobie różnych scenariuszy poszerzy ich horyzonty. W Niemczech rośnie zainteresowanie tego typu umiejętnościami i ich stosowaniem w zróżnicowanych kontekstach społecznych oraz na różnych etapach życia – również w ramach systemu kształcenia osób dorosłych (Volkshochshule), oferującego otwarte dla wszystkich, przystępne cenowo i zróżnicowane tematycznie kursy, takie jak nauka języków, joga, matematyka czy programowanie.
Technologie mają szereg pozytywnych zastosowań – w tym również w edukacji. Czy jednak nie pojawia się tu ryzyko, że nasze przyklejenie do ekranów ograniczy zdolność do samodzielnego myślenia?
Ostatnimi czasy w niemieckich szkołach można było obserwować spore zainteresowanie kwestiami cyfryzacji. Mamy tu Cyfrowy Pakt dla Szkół, za którym idzie sporo pieniędzy, skupia się on jednak na umieszczaniu sprzętu w placówkach edukacyjnych, a nie na szkoleniu nauczycieli po to, by poszerzali umiejętności cyfrowe uczennic i uczniów. Nie chcemy nauczyć wszystkich jedynie użytkowania aplikacji, które mogą być stworzone przez innych po to, by nami manipulować. Powinniśmy rozwijać zrozumienie tego, w jaki sposób przestrzenie cyfrowe i hybrydowe kształtują nasze społeczeństwa, formy komunikacji i interakcji – tak, byśmy mogli na serio rozmawiać o tym, czemu to ma służyć.
Wiele badaczek i badaczy czyni rozróżnienie między ludzką kreatywnością a sztuczną inteligencją, opierającą się przede wszystkim na wzorcach z przeszłości. Stworzenie czegoś zupełnie nowego pozostaje umiejętnością zarezerwowaną dla człowieka – tak jak empatia. Straciliśmy jednak fascynację potencjałem naszego gatunku oraz świata ożywionego. Zamiast tego ekscytujemy się robotami, które wyglądają jak ludzie. Hej – już w tym punkcie jesteśmy! Czas zająć się wynajdywaniem czegoś, co podtrzymuje życie na ziemi, a nie je zastępuje.
Czy powinniśmy kształtować nasze systemy edukacyjne tak, by poszerzać horyzont ludzkiej wyobraźni?
Ponowne zainteresowanie się przestrzenią wyobraźni uważam za coś kluczowego. Ruchy, łączące ze sobą świat nauki, sztuki i prawodawstwa zajmują się właśnie tą kwestią. W pewnym sensie jest to efektem selekcji. Ludzie, chcący wykorzystywać swoją wyobraźnię, zepchnięci zostali do pola kultury i sztuki – od wszystkich innych oczekuje się, że będą „realistyczni”. Musimy umożliwić większej ilości osób dokonanie kroku wstecz, kwestionowania głębszego celu realizowanych działań oraz wyobrażenie sobie wykonywania ich w zupełnie innym kształcie – bez nakładania na nich łatki utopistów. Koniec końców to właśnie wielkie idee mobilizowały energię i naszą uwagę, umożliwiając zmienianie teraźniejszości i realne zmiany na świecie.
Podważanie status quo jest kluczem dla innowacji. Jako dzieci robimy to bezustannie. Pytamy: Dlaczego? Dlaczego tak musi być? To podejście, które każe zastanowić się nam nad tym, czy możemy robić różne rzeczy inaczej. Spojrzenie na świat oczami dziecka może pomóc nam stworzyć przestrzeń dla naszej wyobraźni – dla cieszenia się możliwością odkrywania, a nie trwożeniem się przed utratą kontroli.
Otwarcie się na wizję pożądanej przyszłości jest czymś niezwykle motywującym. Możemy rozmawiać o tym co musiałoby się stać, by wizja zmieniła się w rzeczywistość. Musimy przestać lekceważyć wyobraźnię i marzenia. Przestać relegować je do sfery prywatnej, sztuki czy religii.
Spojrzenie na świat oczami dziecka może pomóc nam stworzyć przestrzeń dla naszej wyobraźni – dla cieszenia się możliwością odkrywania.
Co zaś z samymi szkołami? Chodziłaś do alternatywnej placówki. W jaki sposób cię ona ukształtowała? Czy kierowała się jakimiś zasadami, które chciałabyś widzieć wdrażane we wszystkich szkołach?
Za element kluczowej wagi dla funkcjonowania szkoły, w której się uczyłam, uważam przejrzyste kryteria przyjęcia, których celem było stworzenie mieszanki osób z różnych kontekstów społecznych. W naszej grupie nie mogło być np. za dużo osób pochodzących z akademickich domów. Celem było to, by klasa stanowiła odzwierciedlenie zróżnicowania lokalnej społeczności. Uwagę zwracano również na wspólne uczenie się. Zawsze istnieje grupa uczennic i uczniów, dla których zrozumienie materiału przychodzi łatwiej, jak i taka, dla których stanowi to większe wyzwanie. Czasem zatem uczysz, czasem zaś jesteś uczony. W rezultacie nie tylko udaje się lepiej zrozumieć materiał, ale również zmusza się do podjęcia próby zrozumienia tego, jak funkcjonują mózgi innych ludzi – oraz że każda i każdy z nas uczy się inaczej.
Inną ważną kwestią był szeroki zakres tematów, o których mówiliśmy. Mieliśmy dostęp do ogródka szkolnego czy warsztatów z obróbki drewna i metalu. Robiliśmy dżemy i dyskoteki, nie mogliśmy narzekać na nudę na naszych placach zabaw. Doświadczaliśmy mnóstwa rzeczy, a nikt z nas nie był mniej lub bardziej ważny. Od ósmej klasy tworzyliśmy samodzielne projekty, zachęcano nas również do zapoznawania się z konkretnym przedmiotem, który wydawał się nam szczególnie interesujący. Zajęłam się wówczas obserwacjami astronomicznymi księżyca za pomocą teleskopu oraz samodzielnym robieniem zdjęć jego powierzchni. Ten alternatywny proces odnajdywania własnej drogi do rozumienia i poznawania świata uważany był za równie sensowny, co pisanie akademickich wypracowań z toną przypisów. Punkt ciężkości stawiany był na podkreślanie, że istnieje szerokie spektrum sposobów na to, by świat zaczął dla nas mieć sens. Jaki jest twój sposób uczenia się i tok myślenia? W jaki sposób możesz wyciągnąć to, co w tobie najlepsze? To właśnie te założenia stały za tym, że aż do ostatnich dwóch klas nie byliśmy oceniani. Był to sygnał, że istnieje wiele sposobów na sensowne zaangażowanie się w otaczający nas świat.
Brzmi to na dobry balans między samodzielnością a współpracą.
Owszem — polega na podążaniu za tym, co sprawia nam radość. Moja córka uczęszczała do dwóch szkół. Pierwsza z nich była konwencjonalna w byciu źródłem ogromnej presji na osoby uczące się w niej, zachęcając je do konkurowania ze sobą poprzez ich ocenianie. Uczennice i uczniowie byli wywoływani przed całą klasą, przez co dodatkowo musztrowano ich mieszanką wstydu i dumy. Teraz z kolei chodzi do placówki, która wykorzystuje zainteresowanie młodych osób poznawaniem świata do tego, by im pomagać. Wraz z koleżankami i kolegami są zafascynowani greckimi bogami – nauczyciel zdecydował się zatem na poszerzenie tego bloku tematycznego poprzez wpisanie w jego ramy również innych celów. W rezultacie zajmowali się wynajdywaniem własnych bogiń i bogów, pisali wypracowania o tym, czego byli opiekunami (i skąd taki wybór) oraz tworzyli komiksy tłumaczące w jaki sposób ich postaci dopełniłyby panteon.
Ta elastyczność — wyczuwanie entuzjazmu wobec danego tematu, a następnie dostosowywanie planu czy metody nauczania umożliwiające połączenie go ze spełnieniem wymogów programu nauczania — stanowi przykład najwyższej próby sztuki nauczania. Generuje zupełnie inną energię. U swojej córki dostrzegam realną różnicę w jej podejściu do uczenia się oraz wizji tego, czemu to ma służyć. To dla mnie kluczowa sprawa.
Rozmawialiśmy o edukacji jako narzędziu, które pomaga ludziom spojrzeć na świat pod innym kątem – a może nawet, miejmy nadzieję, zmieniać go. Czy ruch ekopolityczny dostatecznie mocno zajmuje się tematem edukacji? Czy nie ma w nim za dużo skupiania się na kwestiach rozwiązań technicznych, za mało zaś na pracy nad tym, w jakim społeczeństwie chcemy właściwie funkcjonować?
To trudne pytanie. Pamiętam, jak po prześledzeniu dyskusji i sporów wokół opublikowanego w roku 1972 raportu „Granice wzrostu” jego współautor, Dennis Meadows, przyznał, że zapomniano o uwzględnieniu w zbiorze fundamentalnych kwestii — obok społecznych, środowiskowych i gospodarczych — również i kultury. Zauważam ten brak w dwóch aspektach. Po pierwsze, w naszym rozumieniu tego, co uważamy za udane życie oraz odpowiednie zachowanie. Jak to możliwe, że np. uważamy za właściwe nasze podejście do zwierząt, w którym każdego dnia mamy mieć na stole tanie mięso? Czy aby na pewno polityczne zmierzenie się z tym wyzwaniem, umożliwiające nam redukcję emisji gazów cieplarnianych, stanowi ograniczenie naszej wolności?
Ruch ekopolityczny tak często oskarżany był o moralizowanie, że obecnie często woli argumentować na rzecz swoich postulatów językiem ekonomii czy technologii — np. dowodząc, że pomogą one w kontrolowaniu wydatków na zdrowie. Istnieje oczywiście przestrzeń na bardziej techniczne podejście, ale jeśli będziemy wstydzić się o rozmowy o kwestiach etycznych będziemy tracić z oczu to, o czym właściwie rozmawiamy. Rewolucja moralna, jak zauważa m.in. filozof Kwame Anthony Appiah, napędzana jest uczuciami oraz kwestiami reputacyjnymi, nie zaś ekonomicznymi. Każda firma powinna być w stanie przedstawić wpływ swoich działań na społeczeństwo i środowisko. W ten sposób moglibyśmy połączyć te perspektywy i pokazać, w jaki sposób kwestie ekonomiczne mogą wspierać nasze osądy moralne. By tak jednak się stało potrzebujemy innej opowieści o tym, dokąd zmierzamy oraz punktów odniesienia, które będą nas wspierać w tym dążeniu.
Po drugie, istotny jest sposób, w jaki wyobrażamy sobie kulturę jako ramy działania i doświadczeń. Wspólne wartości, pomagające nam w zdefiniowaniu tego, co uważamy za dopuszczalne zachowanie (lub nie) są kluczowe dla każdego społeczeństwa, chcącego uniknąć nadmiernego nadzoru i kontroli. Tego typu wartości stanowią podstawę jakiejkolwiek umowy społecznej, znajdując swe odzwierciedlenie w systemach prawnych.
Zauważamy dziś szeroko rozpowszechnione przekonanie, że żyjemy w okresie wydłużonego, wielowymiarowego kryzysu, kiedy to stojące za naszymi instytucjami opowieści przestają działać. W tym właśnie kontekście często przywoływane są słowa Gramsciego o tym, że „to, co stare umiera, gdy nowe jeszcze się nie narodziło”. Dlaczego sądzisz, że pozostają one aktualne?
Tak jak w wypadku każdego myśliciela, tak również i tu kluczową sprawą jest mówienie o jego koncepcjach, mając z tyłu głowy kwestię tego, co próbował zrozumieć. Na jakie pytanie próbował on odpowiedzieć? Koncepcja hegemonii tłumaczyła, w jaki sposób możliwe jest utrzymanie władzy przy możliwie jak najmniejszym oporze — nawet w sytuacji nierówności. Według Gramsciego to narracje tłumaczą, dlaczego świat wygląda, jak wygląda. Pełnią funkcję kulturowego kleju, porządkując debatę publiczną i uprawomocniając różne role społeczne.
Trudno zmienić rzeczywistość, gdy dominująca narracja bliska jest codziennym doświadczeniom ludzi. Status quo zaczyna się jednak chwiać, kiedy narracja ta przestaje udzielać przekonujących odpowiedzi na problemy społeczne. Mamy dziś do czynienia z załamanie się trzech głównych opowieści ostatnich 40 lat. Pierwszą z nich jest ta o tym, że możliwe jest pełne rozłączenie wzrostu gospodarczego od szkodzenia środowisku. Mimo, iż przez całe dekady był to nasz deklarowany cel nie ma dowodów na to, by był możliwy. Drugą — koncepcja ekonomii skapywania. Obniżki podatków dla najbogatszych nie zachęcają ich do inwestowania w realną gospodarkę, chyba że mają poczucie, że mogą czerpać z tego korzyści. Ich obecnymi priorytetami jest pogoń za rentą oraz spekulacje. Trzecią — koncepcja, że to, co dobre dla świata finansów, przyniesie korzyści również dla realnej gospodarki. To, że sektor ten, odizolowany od rzeczywistego świata, wzbogaca się i ukrywa swe zyski przed urzędami podatkowymi wydaje się dziś wszystkim oczywiste.
Rozpad tych narracji przyczynił się do złamania hegemonii konsensusu waszyngtońskiego. Pod kątem politycznym wiąże się to ze strukturalnymi kryzysami, na które nie działają już dotychczasowe ich wytłumaczenia. Otwiera się zatem okno możliwości dla realnej zmiany. Muszą jej towarzyszyć nowe opowieści, które pozwolą połączyć w realizacji wspólnego celu zróżnicowane grupy. W idealnym scenariuszu jak największa część z nas powinna być wykształcona (i zachęcona) do udziału w tworzeniu tych nowych wizji, narracji oraz działań. Byłby to doskonały scenariusz dla liberalnych społeczeństw i odnowy demokracji.
Musimy zatem zbudować tę nową narrację, a edukacja może nam w tym pomóc?
Zdecydowanie!
[1] Raport Brundtlant (znany również jako „Nasza wspólna przyszłość”, ang. Our Common Future), opublikowany w roku 1987 przez międzynarodową grupę polityków, urzędników oraz ekspertów z dziedziny środowiska i rozwoju, zwrócił uwagę na istotne znaczenie zrównoważonego rozwoju, prezentując jego powszechnie dziś akceptowaną definicję.
Wywiad „Making Sense of the World: Why Education Is Key to Change” ukazał się pierwotnie na łamach magazynu Green European Journal. Dziękujemy za zgodę na przedruk materiału.
Tłumaczenie: Bartłomiej Kozek.
Czy nasze podejście do planety ma szansę się zmienić? Z Anne Snick rozmawiają – Joanna Lebiedzińska i Robert Reisigová-Kielawski.
Joanna Lebiedzińska: Jak najlepiej wytłumaczyć, co to jest postwzrost? Szczególnie ludziom, którzy ciągle uważają, że konkurencja to podstawowy mechanizm porządkujący życie publiczne. Muszą przecież walczyć o pieniądze, pracę, status…
Anne Snick: Zaczęłabym od przypomnienia faktu, że nasza planeta nie rośnie. Tworzy raczej układ zamknięty – jak w pierwszej zasadzie termodynamiki. A jednak stworzyliśmy model ekonomiczny całkowicie zależny od wzrostu, który nie współgra z rzeczywistością planety. Ten prosty fakt leży u podstaw kolejnych kryzysów, konfliktów, degradacji środowiska, czy migracji.
Rozwiązanie tych problemów wymaga modelu ekonomicznego, którego celem jest mądre zarządzanie zasobami mające na celu zapewnienie dobrobytu wszystkim żywym istotom. Chodzi o to, by wzrost dobrobytu nie był zależny od wzrostu produkcji i konsumpcji dóbr. To właśnie podstawowe założenia postwzrostu, na których powinniśmy budować ekonomię.
Robert Reisigová-Kielawski: A jak rozprawisz się z poglądem podważającym to, że nasza planeta i działalność ludzka to układ zamknięty? Ciągle pokutuje przeświadczenie, że rozwój technologii może nas zbawić i niejako otworzyć ten układ – wzrost postrzegany jest jako właśnie przekraczanie naszych możliwości.
AS: Załóżmy, że zaprojektujesz świetne urządzenie do zarządzania systemem wspólnego użytkowania samochodów (car sharing). W obecnym modelu jest tak, że aby przetrwać, twoja firma musi rosnąć, czyli zwiększać sprzedaż i pewnie zużywać więcej zasobów. Ale ten cel – wzrost – nijak się ma do systemu wspólnego korzystania z samochodów, którego celem jest zapewnienie mobilności jak największej liczbie osób, zużywając przy tym jak najmniej zasobów.
Wzrost może być oczywiście wyłącznie finansowy, ale wtedy mamy do czynienia ze spekulacjami. Kolejne bańki na rynkach nieruchomości skutecznie nam o tym przypominają. Spekulacje mogą dać wzrost finansowy, ale nie mają nic wspólnego z ekonomią rozumianą jako mądre i sprawiedliwe zarządzanie zasobami, którego celem jest dobrobyt wszystkich istot, nawet pszczół. A taką funkcję powinna mieć ekonomia w świecie postwzrostu.
Obecny system oparty jest na wydobyciu zasobów. Rozwój technologiczny niczego nie zmieni, ponieważ działamy w systemie planowanego niedoboru pieniądza, którego celem jest „robienie pieniędzy”, czyli zysk – wspólny mianownik kolejnych kryzysów, konfliktów i nierówności. Mamy politykę monetarną, która nie służy społecznym funkcjom ekonomii. Służy bankom, ale ludzie i planeta mają jej wyraźnie dość.
JL: Jeśli nie rozwój technologii, to może zrównoważony rozwój?
Przyłączasz się do głosów, że zrównoważony rozwój to wyświechtane hasło marketingowe – jak społeczna odpowiedzialność biznesu? Czym różni się postwzrost od zrównoważonego rozwoju?
AS: Na pewno „zrównoważona” polityka nie powinna być dzisiaj celem samym w sobie. Celem jest przetrwanie ludzkości i ekosystemów Ziemi oraz zaprojektowanie takiego modelu ekonomicznego, który nie będzie służył garstce wybranych kosztem pozostałych. Dzisiaj każda branża przemysłu konkuruje, walczy o przetrwanie i zasoby. Polityka zrównoważonego rozwoju zakłada, że ekstraktywizm – czyli eksploatację ludzi i planety w celu zanotowania wzrostu – należy zreformować tak, by praca i kapitał służył ludziom, zwierzętom i całej planecie, co pomoże stworzyć zielone produkty i miejsca pracy, poprawi sprawiedliwość społeczną i dobrobyt. Jeśli przyjmiemy taką definicję, to naturalnie zrównoważony rozwój częściowo pokrywa się z założeniami postwzrostu, ale trzeba pamiętać, że wzrost na planecie, która nie rośnie z definicji będzie oparty na eksploatacji i ekstraktywizmie.
Przyłączam się jednak do głosów, że zrównoważony wzrost nie wystarczy, ponieważ nie kwestionuje obecnej polityki monetarnej, nie wyciąga wniosków z systemowych błędów, opisanych choćby przez Thomasa Piketty’ego w Kapitale w XXI wieku: koncentracja kapitału pogłębia nierówności. Eksploatacja Globalnego Południa trwa w najlepsze. Biedni zmuszeni są do migracji. Z kolei Richard Wilkinson i Kate Pickett w Duchu równości dowodzą, że nierówności szkodzą wszystkim, nie tylko biednym. Społeczeństwo amerykańskie jest bogatsze od japońskiego, ale bardziej nierówne i to właśnie ci drudzy żyją szczęśliwiej. Dzisiaj zrównoważony rozwój to za mało, by walczyć z nierównościami.
JL: Jeśli wzrost jest paliwem kryzysów, wojen, migracji i nierówności, to w jaki sposób postwzrost może pomóc uniknąć ich w przyszłości?
AS: Niedobór pieniądza jest ważną przyczyną nierówności. Jeśli stworzymy system, w którym pieniędzy nie brakuje, zysk jako cel sam w sobie zostanie zastąpiony przez równość i dobrobyt. Zresztą ludzie dobrze to wiedzą i już teraz tworzą własne systemy wymiany, niezależne od banków. W paradygmacie postwzrostu wzrost nie oznacza wzrostu zysków, które dzielą społeczeństwa, czy rozbudowy infrastruktury, która przyspiesza zmiany klimatu. Jeśli celem ekonomii będzie więcej dobrobytu i mniej nierówności, i jeśli tak zdefiniujemy wzrost, to osiągnięcie go może zakładać spadek tradycyjnie rozumianego wzrostu. Postwzrost oznacza więc rozwój bardziej dostępnej i włączającej infrastruktury opartej na odnawialnych źródłach energii. W pewnym sensie dzisiaj mamy już fragmenty takiej infrastruktury. Tworzą ją praca u podstaw i oddolne inicjatywy społeczne – często wbrew dogmatom wolnorynkowym.
Warto dodać, że wiele pracy wykonywanej jest poza ekonomią, choć bez niej nie byłoby „wolnego rynku”. Przede wszystkim chodzi o pracę opiekuńczą i pracę społeczną. W kategoriach postwzrostu taka praca jest fundamentalna, ponieważ jej celem jest właśnie zdrowie, dobrobyt, solidarność czy więzy społeczne. Dotychczasowe modele ekonomiczne wykluczały to, co niektórzy nazywają „wartościami kobiecymi”, były patriarchalne, ceniły konkurencję i hierarchiczność. Modele, które cenią współpracę wymagają innej filozofii zarządzania – opartej na zaufaniu. Zamiast odgórnej hierarchiczności, potrzebujemy modeli wrażliwych na inicjatywy oddolne.
Weźmy wspomniany car sharing. Jestem członkinią takiego systemu i uczestniczę w procesach zarządzania. Na pewnym etapie nasz car sharing stał się nie tylko korzystny dla nas samych, czyli poszczególnych „klientów”, ale lokalni politycy powoli zaczęli dostrzegać, że takie rozwiązania poprawiają jakość życia wszystkich mieszkańców. Zaczęli więc wspierać takie inicjatywy. W Gandawie za darmo zaparkujesz tylko samochodem należącym do systemu wspólnego użytkowania. To pokazuje powolne zmiany w systemie zarządzania: oddolnie idzie sygnał, że chcemy taki system, a odgórnie mamy rozwiązanie, które pozwala mu się rozwijać. Inicjatywy społeczne muszą być rozpoznawane, wspierane i popularyzowane. Liczne przykłady takich inicjatyw znajdziemy we francuskim dokumencie Nasze jutro.
JL: Sugerujesz, że ekonomia wzrostu gospodarczego zaniża wartość pracy opiekuńczej, którą wykonują głównie kobiety, a jednocześnie umacnia wiarę w większą „wydajność” mężczyzn i tym samym utrwala nierówności między płciami. Jakie rozwiązania tej kwestii podsuwa postwzrost?
AS: Powtórzę. Obecny system wymusza wzrost gospodarczy i wzrost wydajności pracy. Jednak rozumienie „wydajności” jest związane z kulturą, rolami społecznymi i przyjętą polityką monetarną. Ponieważ mężczyźni nie rodzą dzieci, mogą być w pracy zamiast na sali porodowej i w mniejszym stopniu zajmują się domem i dziećmi, są bardziej „wydajni” w systemie, który zaniża wartość pracy opiekuńczej. Ciąża i opieka nad dziećmi są niestety wykluczające dla kobiet, ponieważ nie uznaje się wpływu takiej pracy na indywidualny zysk. Historia feminizmu pokazuje, że wywalczenie prawa do udziału w patriarchalnym społeczeństwie przez uprzywilejowane kobiety oznaczało, że w pracy opiekuńczej musiały je zastąpić kobiety z najniższych klas, czarne kobiety oraz migrantki.
Tradycyjnie rozumiany wzrost wymusza konkurencję i walkę o zasoby, bo przetrwanie zależy od możliwości ich eksploatacji. Nie każda działalność może się rozwijać, może generować zysk, ponieważ planeta jest układem zamkniętym. Wychowujemy kolejne pokolenia w duchu rywalizacji i indywidualizmu, ponieważ obecna polityka ekonomiczna takie wartości premiuje. Ostatni kryzys ekonomiczny jest tego przykładem. Instytucje finansowe prowadzą śmiertelnie niebezpieczną grę w pogoni za zyskiem, a rządy wyciągają je z tarapatów za pieniądze podatników. Mamy więc przyzwolenie na żyłkę do hazardu, co ma fatalne skutki dla społeczeństwa.
Nieprzypadkowo kobiety zarabiają mniej i częściej zmagają się z ubóstwem. Postwzrost przeciwstawia się takim niesprawiedliwościom, logice zysku i wyniszczającemu ekstraktywizmowi. Jego celem jest przeprojektowanie ekonomii tak, by jej celem było zmniejszanie nierówności. Nierówności niszczą, na różnych poziomach. Dzisiaj bogate kraje Europy mogą kupić sobie prawa do połowu w biednych krajach Globalnego Południa i zniszczyć lokalne rynki oraz społeczności, jak w Senegalu.
RRK: Jaki powinien być kolejny krok w stronę postwzrostu? Jak edukować i lobbować za postrozwojem, aby wyjść poza paradygmat zrównoważonego rozwoju?
AS: Odpowiedzi na te pytania już teraz szuka wiele osób i instytucji – od lokalnych polityków, przez ruchy społeczne, po firmy. To żywe laboratoria, na które warto zwrócić uwagę, aby zrozumieć zmiany w myśleniu o funkcjach ekonomii. Niestety nie widzę żadnego ogólnoświatowego planu. Idee postwzrostu znajdują odbicie w działaniach lokalnych, bo tam pojawia się zrozumienie dla dobrobytu wspólnoty, tam pojawia się zaufanie. Jeśli chcemy zmiany w skali makro, to musimy przyglądać się zmianom w skali mikro i wspierać wszelkie działania mające na celu sprawiedliwą alokację zasobów.
Niestety na poziomie samorządów i państw sprawa się komplikuje, są ogromne opory. Obawiam się, że bez jakiegoś gwałtownego zwrotu wkrótce może być za późno, by zatrzymać zmiany klimatu na poziomie, który zapewni godne warunki życia nie tylko kilku bogaczom. Obowiązująca dogma ekonomistów prowadzi nasz tankowiec prosto na górę lodową. Wpływ ideologów i interesantów wzrostu jest tak potężny, że nie ma szans, byśmy zmienili kurs jakąś odgórną decyzją. Chodzi raczej o to, by wszyscy aktorzy zainteresowani przywróceniem ekonomii jej podstawowych funkcji połączyli siły i naciskali na klasę polityczną. Im więcej osób dowie się, że ciągły wzrost sprowadzi na nas katastrofę, tym większe szanse na to, że alternatywne rozwiązania takie jak postwzrost będą brane pod uwagę.
Postwzrost może oznaczać zmniejszenie produkcji – na przykład samochodów, których mogłoby być mniej, jeśli sprawnie działałyby systemy wspólnego użytkowania. Chodzi tu przede wszystkim o funkcję (równy dostęp do środków transportu i mobilność), którą odpowiedni model ekonomiczny powinien zapewnić. Transformacja w kierunku ekonomii postwzrostu wymaga społecznej innowacyjności, czyli takiej organizacji lokalnych społeczności, która zapewni dobrobyt wszystkim jej członkom i członkiniom. Wymaga również wspierania takiego rozwoju technologicznego i naukowego, który pozwoliłby lepiej zarządzać dostępnymi zasobami. Oczywiście kolejnym wymogiem jest odpowiednia polityka monetarna, której celem byłoby zapewnienie równego i bezpiecznego przepływu kapitału. Wreszcie taka transformacja wymaga zmian w prawie, co pozwoliłoby utrwalić model postwzrostu.
Bez zmiany we wszystkich opisanych obszarach – nie może być mowy o świecie postwzrostu. Sama technologia nas nie zbawi i nie chodzi tylko o prawo patentowe. Ekonomia i polityka są nierozerwalnie połączone w zglobalizowanym świecie. Świadomość kresu obecnego modelu nie ogranicza się wyłącznie do elity w krajach bogatej Północy. Alternatywne modele ekonomiczne pojawiają się w Afryce i na Bliskim Wschodzie. Powodem są wyniszczające skutki nierówności. Pojawienie się oporu wobec ideologii wzrostu w różnych zakątkach świata daje nadzieję na nowe sojusze i możliwości wywierania wpływu na polityków.
Już dzisiaj wiemy, że bieda, głód, zmiany klimatu mają i będą miały katastrofalne skutki. Mam tylko nadzieję, że idee postwzrostu w porę złagodzą je i poprawią życie przyszłych pokoleń. Przecież ekonomia i polityka są właśnie od tego!
Przełożył Robert Reisigová-Kielawski
Dr Anne Snick – doktorat z filozofii edukacji. Prowadzi badania naukowe (KU Leuven), pracuje z rodzinami cierpiącymi ubóstwo (Uniwersytet Centrum Kortenberga) i badania-działania (action research) wprowadzające nowe modele ekonomiczne (Flora Network). Zainteresowania badawcze: systemowa analiza ubóstwa, nierówności (gender) i katastrofy ekologiczne, współtworzenie alternatywnych modeli społeczno-gospodarczych. Stworzyła ramy metodologiczne dla ułatwiania transdyscyplinarnych inicjatyw na rzecz zrównoważonego zarządzania. Od 2012 roku jest członkinią zarządu Klubu Rzymskiego – rozdziału UE.
Zieloną gospodarkę przedstawia się jako model przeciwdziałania kryzysom ekologicznym i gospodarczym. Czy może ona spełnić pokładane w niej nadzieje? Thomas Fatheuer, Lili Fuhr i Barbara Unmüßig z Fundacji im. Heinricha Bölla przyglądają się jej podstawowym założeniom, hipotezom i propozycjom oraz ukazują ich rzeczywiste konsekwencje.
Więcej o książce: Inside the Green Economy – Promises and Pitfalls
1. Zielona gospodarka stanowi optymistyczną wizję stopniowego wycofywania paliw kopalnych i poszanowania środowiska dzięki technologiom i zwiększonej wydajności wykorzystywania zasobów
W zbiorowej świadomości zielona gospodarka jest próbą odejścia od naszych tradycyjnych sposobów działania opartych na paliwach kopalnych. Jej przesłanie jest miłe i optymistyczne – rozwój gospodarczy może trwać i być ekologiczny. Ma ona nawet nadzieję stać się siłą napędową dodatkowego wzrostu. Jednak pogodzenie niwelowania zmian klimatycznych i ochrony zasobów z rozwojem gospodarczym w świecie ograniczonych zasobów i niesprawiedliwości pozostaje złudzeniem. Pojęcie „zielonej gospodarki” nasuwa pozytywne skojarzenia i sugeruje, że świat, jakim znamy go dziś, będzie nadal istniał w dotychczasowej formie dzięki zielonemu paradygmatowi wzrostu charakteryzującego się większą wydajnością i mniejszym zużyciem zasobów.
Ktokolwiek składa takie obietnice, z pewnością celowo umniejsza złożoność problemu i mocno wierzy w obiecywane cuda gospodarki wolnorynkowej oraz postępu technologicznego, ignorując jednocześnie nierówności społeczne i unikając konfrontacji z istniejącymi strukturami władzy ekonomicznej i politycznej. Okazuje się więc, że zielona gospodarka jest kwestią wiary i wybiórczej percepcji.
Może stać się realistycznym rozwiązaniem na przyszłość tylko wtedy, gdy uwzględni ograniczoną dostępność zasobów, przezwycięży niesprawiedliwości społeczne i polityczne oraz zapewni zarówno gwałtowną redukcję emisji i konsumpcji, jak również sprawiedliwą dystrybucję zasobów.
2. Powiększenie rynku remedium na jego zawodność – przedefiniowanie przyrody zamiast biznesu
Zielona gospodarka na nowo określa koncepcję prymatu ekonomii jako ostatecznej odpowiedzi na obecne kryzysy. Jej replika brzmi: „jeszcze więcej ekonomii”. Ekonomia stała się bowiem walutą polityki, jak twierdzą jej entuzjaści i zwolenniczki. W konsekwencji chcą oni zniwelować zawodność gospodarki wolnorynkowej poprzez zwiększenie rynku, tak by objął sfery znajdujące się uprzednio poza jego zasięgiem poprzez ponowne ustalenie relacji między naturą a gospodarką.
W rezultacie nie zmienia się sposób, w jaki robimy interesy, lecz powstaje nowa koncepcja przyrody, w której mówi się o usługach ekosystemów oraz o przyrodzie jako kapitale. Zamiast redefinicji biznesu zielona gospodarka proponuje przemianować biosferę poprzez jej pomiar i rejestrowanie, wycenę i ujęcie w bilansie – w oparciu o abstrakcyjną globalną walutę, jaką stanowią jednostki węglowe.
Przesłania to wiele strukturalnych przyczyn kryzysu środowiskowego i klimatycznego, przez co nie są już one uwzględniane przy poszukiwaniu realnych i opłacalnych rozwiązań. Konsekwencje takiego podejścia znajdują swoje odzwierciedlenie w nowych mechanizmach rynkowych dotyczących obrotu zbywalnymi jednostkami bioróżnorodności. W wielu przypadkach nie powstrzymują one degradacji ekosystemów, lecz jedynie organizują je według zasad rynkowych.
Zielona gospodarka sprowadza fundamentalną i niezbędną transformację do kwestii czysto ekonomicznych i daje złudzenie, że jej wdrożenie może nastąpić bez większych wstrząsów i konfliktów.
3. Polityka ekologiczna to coś więcej niż tylko emisja dwutlenku węgla
Główna strategia dekarbonizacyjna zielonej gospodarki zawiera się w powtarzanym jak mantra haśle o konieczności „nałożenia ceny na węgiel”. Podejście sprowadzające wszystko do cen i jednolitej waluty (kredytów węglowych) jest ograniczone.
Dekarbonizacja może przyjmować różne formy – stopniowe wycofywanie węgla, ropy i gazu, wyrównywanie szkód wynikających z emisji gazów poprzez składowanie „ekwiwalentnych” ilości węgla w roślinach lub glebie czy też wykorzystanie technologii sekwestracji dwutlenku węgla (ang. CCS – Carbon Capture and Storage) na skalę przemysłową. Ze społecznego i ekologicznego punktu widzenia alternatywy te przynoszą zupełnie odmienne skutki.
Globalny kryzys nie dotyczy jedynie klimatu. Powszechnie już uznawane pojęcie „ograniczonych zasobów planety”, stworzone przez Stockholm Resilience Centre, wskazuje trzy obszary, w których ludzkość przekroczyła już bezpieczne granice w zakresie samej tylko ekologii, mianowicie:
- zmiany klimatu,
- utrata bioróżnorodności,
- rosnący poziom zanieczyszczenia azotem (szczególnie z powodu wykorzystywania nawozów w rolnictwie).
Zielona gospodarka pomija złożoność i interaktywny charakter tych kryzysów, redukując ratowanie świata do prostej narracji o modelu biznesowym i jednej globalnej abstrakcji – ekwiwalentu węgla.
4. Fetysz innowacji – bez uwzględnienia ukrytych interesów i struktur władzy
Wiara w udoskonalenia inżynieryjne jest kluczowa dla obietnic programu zielonej gospodarki. Bez wątpienia potrzebujemy nowatorstwa na każdym poziomie – społecznym, kulturowym i technologicznym – w celu urzeczywistnienia globalnych przemian.
Pomysły na ulepszenia, szczególnie te natury technologicznej, należy jednak zawsze rozpatrywać w ujęciach społecznych, kulturowych i środowiskowych. Wszak nie zachodzą w sposób automatyczny czy oczywisty. Kształtują ją interesy oraz struktury władzy podmiotów społecznych. Dlatego też wiele innowacji nie przyczynia się do gruntownych przemian, legitymizując status quo i przedłużając często okres stosowania produktów i systemów nieprzystosowanych do przyszłościowych wyzwań.
Na przykład przemysł motoryzacyjny produkuje więcej wydajnych silników spalinowych niż kiedykolwiek wcześniej. Jednocześnie wytwarza jednak większe pojazdy o wyższej mocy i masie. Ponadto branża motoryzacyjna wykazała się wielką innowacyjnością, również w manipulowaniu testami emisyjnymi, co ukazała niedawna afera „dieselgate”. Należy też wspomnieć o śmiałym zastąpieniu paliw kopalnych biopaliwami, które są wysoce problematyczne zarówno pod względem społecznym, jak i ekologicznym.
Czy możemy spodziewać się, że taka branża odegra wiodącą rolę w przemianach, które radykalnie zrestrukturyzują nasz system transportu, w dodatku ograniczą liczbę prywatnych samochodów?
Innowacje zmieniają nasze życie, lecz nie czynią cudów. Technologia jądrowa nie rozwiązała światowych problemów energetycznych, zaś zielona rewolucja nie położyła kresu głodowi na świecie. Przykłady energii atomowej, biologii syntetycznej (będącej nową ekstremalną formą inżynierii genetycznej) i geoinżynierii pokazują, jak kontrowersyjne mogą okazać się technologie, jeżeli ich ograniczenia i związane z nimi ryzyka społeczne i ekologiczne nie zostały zawczasu poddane dokładnej i wielowymiarowej analizie.
5. Fałszywa obietnica efektywności
Prawdą jest, że nasza gospodarka staje się coraz bardziej wydajna, co jest zjawiskiem pozytywnym. Przy obecnym tempie rozwoju nie jest to jednak wystarczające. Na przykład poszczególne artykuły gospodarstwa domowego zużywają wprawdzie mniej energii, ale w naszych mieszkaniach znajduje się więcej sprzętu elektrycznego niż kiedykolwiek wcześniej. Ten efekt odbicia zmniejsza pozytywny wpływ wyższej wydajności.
Względne uniezależnienie wzrostu gospodarczego od zużycia energii jest możliwe. Aby doprowadzić do potrzebnych przemian, potrzeba jednak dużo więcej – radykalnego i absolutnego ograniczenia zużycia energii i zasobów, w szczególności w krajach uprzemysłowionych. To bezwzględne ograniczenie będzie realistyczne wyłącznie pod warunkiem zakwestionowania modelu dobrobytu opartego na wzroście.
Dla świata zamieszkanego przez dziewięć miliardów ludzi nie istnieje realny scenariusz, który w wiarygodny sposób łączyłby wzrost, bezwzględne ograniczenie eksploatacji środowiska i zwiększenie poziomu globalnej sprawiedliwości.
6. Zielona gospodarka jest apolityczna – ignoruje prawa człowieka oraz partycypację w procesie podejmowania decyzji
Scenariusz zielonej gospodarki posiada wiele białych plam – niespecjalnie interesuje się polityką, ledwie dostrzega prawa człowieka, nie uznaje partnerów społecznych i sugeruje możliwość bezkonfliktowych reform. Konflikty społeczne – w związku z budową farm wiatrowych lub wielkich tam bądź wynikające ze sporu o to, kto dysponuje potencjałem magazynowania dwutlenku węgla w lasach – są pomijane.
Wychodząc z założenia, że status quo nie wchodzi w grę zielona gospodarka dostarcza pozornie apolitycznych narzędzi służących do przejęcia kontroli nad ścieżką przemian przy jednoczesnym odwróceniu uwagi od kwestii interesów gospodarczych i politycznych, struktur władzy i własności, praw człowieka oraz zasobów władzy.
7. Realizm zamiast myślenia życzeniowego – przyszłość potrzebuje polityki środowiskowej, która potrafi radzić sobie z konfliktami
Aby sprostać wyzwaniom jutra, potrzebujemy realistycznego spojrzenia na świat, którego nie zniekształca myślenie życzeniowe. Innymi słowy – nie będzie ani prostych rozwiązań, ani sytuacji, gdy zawsze wygrywają obie strony. Nie zawsze da się pogodzić ekologię z biznesem. Wymagane przemiany wpłyną na interesy władzy, co spowoduje, że pojawią się przegrani. Doprowadzenie do przemian nie będzie możliwe bez twardych negocjacji, konfliktu i oporu.
Jest to wezwanie do działania, w szczególności dla decydentów i decydentek. Kluczem do większych sukcesów ekologicznych jest dobrze rządzenie. Ukierunkowana i egzekwowana ochrona siedlisk ludzkich i naturalnych jest dużo bardziej skuteczna niż monetyzacja przyrody i siedlisk ludzi, którzy chronią swoje ekosystemy od tysiącleci.
Nie trzeba regulować każdego szczegółu. Czasami jednak zakazy – m.in. używania takich substancji jak benzyna ołowiowa, wysoce toksyczne pestycydy czy freony – są nieuniknione, podobnie jak niezależny monitoring oraz bezwzględne limity i cele ograniczenia emisji.
8. Alternatywy są możliwe
Nie brakuje ani alternatyw, ani dobrych przykładów. Rolnictwo ekologiczne rozwija się na szeroką skalę – to wysoce produktywny sektor gospodarki. Teoretyczne podstawy alternatywnych systemów mobilności usieciowionej, które nie bazują na autach prywatnych, lecz integrują pojazdy o zerowym poziomie emisji, zostały już opracowane i znajdują się we wczesnej fazie wdrażania.
Przede wszystkim do innowacji poza technologiami należą nowe style życia i zarządzania miastem. Zdecentralizowane dostawy energii odnawialnej znajdują się w zasięgu Realpolitik, podobnie jak eliminacja dotacji szkodliwych dla środowiska.
W gruncie rzeczy nie brakuje progresywnych rozwiązań, ale władzy gotowej do ich urzeczywistnienia, w szczególności wobec oporu ze strony głęboko zakorzenionych interesów mniejszości. W takich warunkach obsesja na punkcie pytania o to, jak osiągnąć ekologiczny wzrost, przynosi skutki odwrotne do zamierzonych.
Świat, w którym za jedyną uznaną odpowiedź uchodzi „więcej rynku” i innowacje technologiczne nastawione na dalszy wzrost, udaje, że istotna kwestia stworzenia lepszej przyszłości przy odmiennym i różnorodnym wykorzystaniu mniejszej ilości zasobów jest już nieaktualna.
9. Kwestia władzy – ponowne upolitycznienie polityki środowiskowej
Radykalny realizm ma fundamentalne znaczenie dla zrozumienia ekologii politycznej jako niestroniącej od niewygodnych pytań i poszukującej w społeczeństwie większości, która pozwoli doprowadzić do przemian sprawiedliwych pod względem społecznym i ekologicznym. Autorki i autor wzywają do ponownego upolitycznienia kwestii środowiskowych i powrotu do pojęcia „ekologii politycznej” jako sposobu zrozumienia złożonych relacji między polityką a ekologią oraz pomiędzy ludźmi jako częścią przyrody. Takie świeże ujęcie da polityce środowiskowej i administracji prymat nad interesami gospodarczymi.
Więcej uwagi należy koniecznie poświęcić związkom między innowacjami społecznymi, kulturowymi i inżynieryjnymi. Technologie – a szczególnie ich wpływ na społeczeństwo i ekologię – powinny stać się przedmiotem szerokiej debaty oraz demokratycznej kontroli.
Zazielenienie gospodarki poprzez ochronę zasobów, odnawialne źródła energii, efektywność energetyczną i skuteczne bodźce gospodarcze w postaci np. ulg podatkowych stanowi niewątpliwie element rozwiązania. Jednakże projekt globalnych przemian społeczno-ekologicznych sięga dużo dalej – musi zakwestionować obowiązującą władzę, nadać priorytet demokratycznie legitymizowanym procesom i strukturom podejmowania decyzji, a także skupić się na zgodności z podstawowymi normami ochrony środowiska i praw człowieka.
Odwrócenie trendu będzie musiało być bardziej radykalne niż oferta zielonej gospodarki. Będzie wymagać pasji i optymizmu, a także wiązać się z kontrowersjami i walką. Książka „Zielona gospodarka od środka – obietnice i pułapki” jest częścią światowych poszukiwań i zaprasza czytelników i czytelniczki do udziału w debacie.
źródło: Fundacja Heinricha Bölla
Artykuł udostępniony na podstawie licencji Creative Commons Attribution-ShareAlike 3.0 Unported License
Obrazek: Creator: ManuDs.
Zdjęcie na licencji Creative Commons License.
Z Agnieszką Grzybek, feministką, przewodniczącą partii Zieloni, rozmawia Bartłomiej Kozek. (więcej…)
Czy zielone technologie wystarczą, aby zatrzymać kryzys ekologiczny i zbudować bardziej zrównoważoną gospodarkę? (więcej…)