Zaproszenie na konferencję online projektu LIFE Riverease (16 kwietnia 2026). Rozwiązania oparte na przyrodzie w adaptacji rolnictwa do zmiany klimatu

Serdecznie zapraszamy do udziału w międzynarodowej konferencji inaugurującej projekt LIFE Riverease. Wydarzenie poświęcone będzie roli rozwiązań opartych na przyrodzie (NBS) w ograniczaniu wpływu rolnictwa na zasoby wodne oraz skutecznym metodom adaptacji terenów wiejskich do zmieniających się warunków klimatycznych.

Spotkanie odbędzie się 16 kwietnia 2026 r. w formule online. Jego celem jest rozpoczęcie szerokiego dialogu oraz wymiany doświadczeń między nauką, administracją a praktyką rolniczą w zakresie zrównoważonego zarządzania wodą.

Dlaczego warto wziąć udział?
Udział w konferencji to okazja do zapoznania się z konkretnymi narzędziami i strategiami, które będą wdrażane w ramach projektu LIFE Riverease:

  • dla samorządowców – dowiesz się, jak skutecznie zarządzać zlewnią na poziomie lokalnym i jak nowoczesne systemy IT mogą wspierać podejmowanie decyzji w sytuacjach kryzysowych (susze, podtopienia). Poznasz koncepcję parku demonstracyjnego w Poddębicach jako narzędzia edukacji mieszkańców,
  • dla naukowców i ekspertów – zyskasz wgląd w najnowsze dane dotyczące modelowania hydrologicznego i klimatycznego. To doskonała okazja do wymiany doświadczeń z przedstawicielami innych projektów LIFE oraz nawiązania międzynarodowych kontaktów badawczych,
  • dla rolników i doradców rolniczych – poznasz sprawdzone, naturalne metody retencji wody, które poprawiają jakość gleby i stabilność plonów bez konieczności kosztownych inwestycji technicznych. Dowiesz się, jak współpraca w skali całej zlewni pomaga chronić konkretne gospodarstwa.

Kogo usłyszymy? (Eksperci i paneliści)
W programie przewidziano wystąpienia uznanych autorytetów oraz praktyków zarządzania wodą:

  • dr hab. Iwona Wagner (FPP Enviro) – o skutkach zmiany klimatu dla rolnictwa w Europie,
  • dr hab. Tomasz Jurczak (Uniwersytet Łódzki) – o roli ekohydrologii w ochronie zasobów wodnych,
  • dr Agnieszka Bednarek (Uniwersytet Łódzki) – o praktycznym zastosowaniu rozwiązań opartych na przyrodzie (NBS),
  • Emilia Skłucka (FPP Enviro) – o zintegrowanych systemach IT wspomagających decyzje w rolnictwie.

Goście zagraniczni: dr Lars Briggs (Amphi International APS, Dania) oraz dr inż. Mariusz Merta (Ingenieurgesellschaft Prof. Dr. Sieker mbH, Niemcy) przedstawią doświadczenia z zachodniej Europy.
Głos praktyków: w dyskusji udział wezmą m.in. przedstawiciele NFOŚiGW, Instytutu Technologiczno-Przyrodniczego (PIB) oraz Łódzkiego Ośrodka Doradztwa Rolniczego.

Co w programie?
Wydarzenie składa się z dwóch części.
W części pierwszej, plenarnej (10:00–13:00) przestawimy analizę wyzwań (susza, jakość wód) oraz prezentację innowacyjnych narzędzi IT, które będą rozwijane w ramach projektu LIFE Riverease.
W części drugiej, warsztatowej (13:30–15:30) zapraszamy do pracy w grupach. Będziemy rozmawiać o budowaniu synergii między projektami LIFE, dobrych praktykach z całej Europy oraz realnych potrzebach użytkowników nowoczesnych technologii.

Informacje organizacyjne
Termin: 16 kwietnia 2026 r. (platforma Zoom).
Koszt: udział w wydarzeniu jest bezpłatny.
Rejestracja: zgłoszenia przyjmujemy do 14 kwietnia 2026 r.
Szczegółowy program oraz formularz zapisów: https://sendzimir.org.pl/projekty/life-riverease/konferencja-inaugurujaca-life-riverease
Wszelkie pytania dotyczące konferencji proszę kierować do: magdalena.niezabitowska-krogulec@sendzimir.org.pl
———————-
Konferencja jest organizowana w ramach projektu LIFE RIVEREASE, który jest współfinansowany ze środków Programu LIFE – unijnego funduszu na rzecz środowiska, klimatu i energii, który wspiera najbardziej ambitne i innowacyjne inicjatywy ekologiczne w Europie oraz Narodowego Funduszu Ochrony Środowiska i Gospodarki Wodnej.
Wyrażone poglądy i opinie w tym dokumencie są jednak wyłącznie poglądami autorów i niekoniecznie odzwierciedlają poglądy Unii Europejskiej, CINEA lub NFOŚiGW. Ani Unia Europejska, ani organ przyznający pomoc nie mogą być pociągnięci do odpowiedzialności.

Jak unijni politycy dali się ograć lobby mięsnemu

W unijnej debacie o żywności i Wspólnej Polityce Rolnej od 2020 r. czyli słynnej poprawki 165 – veggie burger toczy się właśnie „wojna o burgera”. W rzeczywistości nie chodzi jednak o nazwę na opakowaniu – lecz o miliardy euro, polityczne wpływy i przyszłość systemu żywnościowego w Europie. Zaś na samym końcu tej debaty jest prawo do informacji – prawo milionów osób konsumenckich, które wchodząc do sklepów kierują się nie tylko ceną, ale także myśleniem o funkcjonalności danego produktu. Nikt z nas w końcu nie pija porannej kawy z napojem. Green REV Institute i Federacja Bezpieczna Żywność wskazywały na konsekwencje walki z nazewnictwem od lat. W 2021 w ramach kampanii #StopAm171 na ostatniej prostej prac legislacyjnych wspólnie z koalicją europejskich NGO zatrzymaliśmy absurdalne zapisy dot. tego jakich opakowań mogą używać producenci roślinnych jogurtów czy roślinnego mleka (czyli napoju). W 2023 r. rząd Premiera Mateusza Morawieckiego próbował za pomocą rozporządzenia nieskutecznie wprowadzać cenzurę dla roślinnych zamienników mięsa.

Jednak w trakcie uzgodnień trójstronnych (Parlament, Komisja, Rada UE) ustalono właśnie listę 31 zakazanych dla roślinnych alternatyw nazw. Czas pożegnać się z kotletem z ciecierzycy, roślinnym boczkiem czy stekiem z kalafiora.

Dyskusja o tym, czy roślinne produkty mogą nazywać się „burgerami” czy „kiełbasami”, jest jednym z najlepszych przykładów tego, jak skutecznie lobby mięsne potrafi kształtować a raczej zniekształcać i zmonopolizować narrację publiczną. Zamiast realnej debaty o transformacji rolnictwa i wpływie produkcji mięsa na nasze zdrowie, środowisko, klimat, polityczna debata została sprowadzona do sporu o język.

Wydawałoby się, że wygrana dla mięsnych producentów to “tylko” wygrana o umysły osób konsumenckich ale.. badanie przeprowadzone przez BALPRO, niemieckie stowarzyszenie branży roślinnej, oszacowało, że pełny zakaz nazewnictwa mógłby spowodować straty rynkowe przekraczające 250 mln euro w samych Niemczech. Politycy zapomnieli też, że koszt barier regulacyjnych dla sektora – w tym ograniczeń nazewnictwa – może doprowadzić do spadku prognozowanej rocznej wartości dodanej brutto w UE nawet o 56 miliardów euro do 2040 roku.

Batalia o język zamiast debaty o otyłości i nowotworach

W ostatnich latach w Unii Europejskiej i państwach członkowskich, w tym w Polsce (2023 r.) wielokrotnie pojawiały się próby ograniczenia nazewnictwa produktów roślinnych – np. zakazu używania określeń takich jak „veggie burger” czy „wegańska kiełbasa”. Zwolennicy takich regulacji argumentowali, że chodzi o „ochronę osób konsumenckich przed wprowadzaniem w błąd”.

Problem polega na tym, że konsumenci i konsumentki nie są zdezorientowani. Badania organizacji konsumenckich wskazują raczej coś odwrotnego – nazwy takie jak „burger roślinny” pomagają zrozumieć, w jaki sposób produkt można wykorzystać w kuchni. Cały spór dotyczy więc nie tyle informacji dla osób konsumenckich, ile ochrony producentów mięsa przed zdrowszą konkurencją.

Lobby silniejsze niż fakty

Europejski system rolny jest głęboko związany z produkcją zwierzęcą. W ramach Wspólnej Polityki Rolnej Unia Europejska przeznacza dziesiątki miliardów euro rocznie na wsparcie sektora rolnego – system, który przez dekady – bo w końcu początki WPR to 1962 r. – sprzyjał intensyfikacji hodowli zwierząt.

Nic dziwnego, że pojawienie się alternatywnych, zdrowszych, etycznych źródeł białka – produktów roślinnych – wywołało w sektorze mięsnym paniczną reakcję. Nawet jeśli nowe technologie są jeszcze daleko od masowego rynku, sama perspektywa zmiany wywołała polityczną mobilizację i działania.

Rolnicze organizacje lobbingowe w Brukseli od lat prowadzą kampanie przekonujące, że alternatywne produkty „zagrażają tradycyjnemu rolnictwu” i wprowadzają konsumentów i konsumentki w błąd. W praktyce chodzi jednak o utrzymanie dominującej pozycji sektora, który coraz częściej znajduje się pod presją – zarówno zdrowotną, klimatyczną, jak i ekonomiczną.

Tradycja jako narzędzie grup interesów

W wielu krajach Europy politycy zaczęli powtarzać narrację, że alternatywne białka stanowią zagrożenie dla zdrowia, tradycji czy nawet cywilizacji europejskiej. W debacie publicznej pojawiają się teorie spiskowe o planie odebrania ludziom „prawdziwego jedzenia”.

Takie komunikaty mają niewiele wspólnego z nauką. W rzeczywistości większość nowych technologii żywnościowych w UE podlega jednemu z najbardziej rygorystycznych systemów oceny bezpieczeństwa na świecie. Lobbyści sprytnie wykorzystują tradycję, żeby opowiadać nam historie o małych gospodarstwach, rodzinnym rolnictwie, a tak naprawdę bronią interesów największych korporacji od JBS, Tysona, Cargilla czy Smithfielda.

Zamiast poważnej dyskusji o tym, jak przekształcić europejski system żywnościowy, debata została sprowadzona do symbolicznych konfliktów: burger kontra kotlet, tradycja kontra innowacja, rolnik kontra wegeterrorysta. Nie dajmy się oszukać – ta wojna to sprytny zabieg, żeby przykryć prawdziwe problemy – emisje z produkcji zwierzęcej, smród i konflikty z mieszkańcami i mieszkankami wsi, dominację ferm wielkotowarowych i pogarszający się stan zdrowia milionów Europejczyków – skazanych na dietę, która opłaca się sektorowi hodowlanemu.

Dezinformacja na półkach

Dziś największym zagrożeniem dla konsumentów i konsumentek nie jest nazwa produktu roślinnego na opakowaniu. Jest nim polityczna dezinformacja, która utrudnia uczciwą debatę o przyszłości żywności. Jeżeli europejscy politycy naprawdę chcą chronić konsumentów i rolników, powinni przestać walczyć z nazwą „burger roślinny”. Zamiast tego powinni zmierzyć się z prawdziwym wyzwaniem: transformacją systemu żywnościowego w kierunku zdrowszym, bardziej sprawiedliwym i przyjaznym dla klimatu. Bo w tej historii nie chodzi o słowa na etykiecie. Chodzi o to, kto kontroluje przyszłość naszej żywności. Osoby konsumenckie stały się po prostu narzędziem przemysłu mięsnego w walce z konkurencją. To najlepszy moment, żeby zacząć pytać polityków o konsekwencje finansowe dla konkretnych sektorów i budowanie nierówności międzysektorowych w systemie żywności, który ma bezpośredni, codzienny wpływ na nasze zdrowie, jakość życia oraz środowisko naturalne. Nasze prawo do żywności, do zdrowia, do życia w czystym środowisku jest nagminnie łamane w imię zysków mięsnych korporacji.

Włochy przyjęły regulacje, które mają doprowadzić do zakończenia uśmiercania jednodniowych piskląt w przemyśle jajecznym. Przepisy przewidują okres przejściowy i opierają się na obowiązku wdrażania technologii określania płci zarodka jeszcze w jajku, tak aby wyeliminować potrzebę zabijania samców kur niosek po wykluciu.

Tym samym Włochy dołączają do Niemiec i Francji, gdzie zakaz zabijania jednodniowych piskląt obowiązuje od 2022 roku. To kolejne państwo Unii Europejskiej, które zdecydowało się na systemowe rozwiązania prawne w tej sprawie, wykraczające poza deklaracje branżowe. Choć włoskie regulacje nie wchodzą w życie natychmiast, ich kierunek jest jednoznaczny: eliminacja jednej z najbardziej kontrowersyjnych praktyk przemysłowej produkcji jaj.

Inny model przyjęła Norwegia. Tam rząd i branża drobiarska zawarły ogólnokrajowe porozumienie, zgodnie z którym do 2027 roku ma zostać zakończone zarówno zabijanie jednodniowych piskląt, jak i stosowanie szybko rosnących ras kurcząt. Nie jest to zakaz wprowadzony ustawą, lecz zobowiązanie sektorowe, którego realizacja ma być monitorowana przez administrację publiczną.

Jak zabija się jednodniowe pisklęta

W przemysłowej produkcji jaj eliminacja samców kur niosek odbywa się niemal wyłącznie na etapie wylęgarni, w pierwszym dniu życia piskląt. Decyzja zapada jeszcze zanim zwierzęta trafią do hodowli, ponieważ samce kur niosek nie mają zastosowania ani w produkcji jaj, ani w opłacalnym tuczu.

Stosowane są głównie dwie metody, dopuszczone prawnie w większości państw Unii Europejskiej, w tym w Polsce: rozdrabnianie mechaniczne (maceracja) lub gazowanie, prowadzące do utraty przytomności i śmierci. Obie praktyki mają charakter rutynowy i masowy. Są elementem standardowego modelu produkcji.

Wspólny mianownik: presja społeczna

W Niemczech, Francji, Włoszech i Norwegii impulsem do zmian była długofalowa presja społeczna: działania organizacji obywatelskich, nagłaśnianie problemu w mediach oraz rosnące oczekiwania coraz bardziej świadomych konsumentów.

Polska poza debatą

Na tym tle Polska pozostaje poza głównym nurtem europejskiej debaty. Temat zabijania piskląt nie jest przedmiotem realnej dyskusji legislacyjnej.

Postępujące w Polsce odchodzenie sieci handlowych od jaj z chowu klatkowego nie rozwiązuje problemu zabijania piskląt. Są to dwa różne etapy tego samego systemu produkcji, regulowane przez odmienne mechanizmy.

Badania opinii publicznej prowadzone w Polsce w ostatnich latach pokazują, że około 80 proc. konsumentów uważa chów klatkowy za system niezapewniający kurom odpowiednich warunków życia i sprzeciwia się jego stosowaniu. To właśnie ta zmiana postaw przełożyła się na decyzje handlu detalicznego o wycofywaniu jaj z chowu klatkowego.

W przypadku zabijania jednodniowych piskląt mechanizm ten nie działa. Etap ten pozostaje niewidoczny dla konsumentów, nie jest oznaczany i nie podlega wyborom zakupowym. Brak presji społecznej nie wynika więc z obojętności, lecz z braku wiedzy i narzędzi wpływu.

Tymczasem w skali przemysłowej liczba samców kur niosek zabijanych w pierwszym dniu życia z powodu braku ekonomicznej wartości wciąż liczona jest w milionach rocznie.

Wniosek: To nie brak wrażliwości, lecz luka informacyjna

Tam, gdzie problem został nazwany i wprowadzony do debaty publicznej, presja społeczna przełożyła się na konkretne decyzje polityczne. Przykłady z Europy pokazują, że możliwe jest regulowanie całego systemu produkcji jaj, a nie jedynie jego najbardziej widocznych elementów. Polska jak dotąd z tej lekcji nie korzysta.

Trwające od kilku miesięcy konsultacje społeczne wokół nowej definicji „aktywnego rolnika” wprowadzają powiew nadziei na gruntową reformę polskiego rolnictwa — reformę, która ma nie tylko uszczelnić system dopłat unijnych, ale także wyeliminować patologie i usprawnić ochronę środowiska.

W Polsce od lat problemem była tzw. fikcyjna działalność rolnicza. Środki unijne często trafiały do podmiotów, które formalnie spełniały wytyczne, lecz w praktyce nie prowadziły realnej produkcji rolnej, co generowało poważne napięcia wśród rzeczywistych producentów żywności. Konsultacje jasno wskazały, że niezbędna jest jasna i transparentna definicja rolnika aktywnego, bazująca na faktycznym zaangażowaniu w produkcję rolną oraz wdrażaniu praktyk proekologicznych.

Przesłanie konsultacji brzmi jednoznacznie: wsparcie finansowe powinny otrzymywać wyłącznie te gospodarstwa, które realnie inwestują w ziemię i jej przyszłość. To krok milowy nie tylko pod kątem ekonomicznym, ale również ekologicznym, bowiem zachęca do wprowadzenia technologii i metod upraw mało szkodliwych dla środowiska.

Ciekawym i nieoczekiwanym elementem dyskusji był temat właścicieli gruntów, którzy osobiście nie uprawiają ziemi, ale wydzierżawiają ją aktywnym rolnikom. Propozycje ograniczenia ich praw spotkały się z poważnym sprzeciwem, ponieważ takie regulacje mogłyby prowadzić do pozostawiania znacznych obszarów nieużytkowanych, co byłoby katastrofalne dla gospodarki rolnej i kwestii środowiskowych. Eksperci podkreślają, że takie działania byłyby nie tylko nieekonomiczne, ale i ekologicznie szkodliwe — zaniedbana ziemia szybko traci swoje walory i staje się siedliskiem chwastów i erozji.

Co ważne, konsultacje zaakcentowały potrzebę elastycznego podejścia do małych gospodarstw, często do 5 hektarów, które działają w systemie uzupełniającym i powinny być wyłączone z nadmiernych obostrzeń administracyjnych. To sygnał, że polityka rolna powinna respektować różnorodność polskiego krajobrazu rolniczego i unikać „uniwersalnych” rozwiązań, które bywają krzywdzące.

Wreszcie, ważnym postulatem zgłoszonym podczas konsultacji jest poszerzenie katalogu dowodów potwierdzających aktywność rolną, aby nie wykluczać rolników działających według indywidualnych, często niestandardowych modeli gospodarowania. Ta inkluzywność zwiększa szansę na sprawiedliwe wsparcie, doceniając różne sposoby i skalę pracy na roli.

Co dalej po konsultacjach?

Po zakończeniu konsultacji społecznych projekt ustawy o aktywnym rolniku przejdzie do procesu legislacyjnego w rządowym centrum legislacji, gdzie uwzględnione zostaną zgłoszone uwagi.  Równocześnie planowane jest uruchomienie rejestru aktywnych rolników prowadzonego przez Agencję Restrukturyzacji i Modernizacji Rolnictwa (ARiMR), co umożliwi skuteczną weryfikację uprawnień do dopłat. Nowa definicja i mechanizmy jej wdrażania mają wejść w życie najpóźniej od 2026 roku, aby zapewnić sprawiedliwy i przejrzysty system wsparcia, promujący realne gospodarstwa i przyjazne środowisku praktyki rolnicze.

To ważny krok, który może zmienić polskie rolnictwo, promując trwałość, transparentność i ochronę zasobów naturalnych

Źródło: gov.pl

Koalicja Klimatyczna, skupiająca 27 organizacji pozarządowych, skierowała do premiera Donalda Tuska pilny apel, w którym domaga się włączenia bezpieczeństwa klimatycznego do narodowej strategii bezpieczeństwa Polski. Eksperci podkreślają, że stabilność i bezpieczeństwo państwa nie ograniczają się do wojska czy obronności – równie istotne są ochrona zdrowia, produkcja żywności, niezależność energetyczna i odporność na ekstremalne zjawiska pogodowe.

Klimat a bezpieczeństwo państwa

Z opublikowanego raportu Wpływ zmiany klimatu na bezpieczeństwo narodowe Polski” wynika jednoznacznie, że skutki globalnego ocieplenia wpływają na każdy wymiar funkcjonowania państwa i społeczeństwa. Zmiany klimatyczne oznaczają nie tylko fale upałów czy ulewy, ale także:

  • wzrost ryzyka chorób i przedwczesnych zgonów,

  • zagrożenie bezpieczeństwa żywnościowego,

  • poważne kryzysy społeczne wywołane falą podwyżek cen energii i żywności,

  • narastającą dezinformację klimatyczną, często inspirowaną przez obce służby.

Profesor Zbigniew Karaczun, współautor raportu, przestrzega:
– Polskie władze wciąż bagatelizują realne zagrożenia związane ze zmianą klimatu. Tymczasem ekstremalne zjawiska pogodowe zagrażają życiu Polaków, stabilności społecznej i gospodarce. Brak adekwatnej odpowiedzi na dezinformację klimatyczną dodatkowo osłabia państwo.

Propozycje ekspertów Koalicji Klimatycznej

Organizacje wzywają rząd do wdrożenia spójnej polityki klimatycznej, obejmującej wszystkie kluczowe sektory. Wśród rekomendacji znajdują się:

  • Nowoczesne zarządzanie kryzysowe – wykorzystanie sztucznej inteligencji i technologii cyfrowych w koordynacji służb.

  • Prawo do ochrony klimatu – stworzenie ram legislacyjnych prowadzących do neutralności klimatycznej.

  • Walka z dezinformacją – uznanie kłamstw o klimacie i energii za zagrożenie dla bezpieczeństwa państwa.

  • Wsparcie dla rolników – plan adaptacji rolnictwa do zmieniających się warunków.

  • Odbudowa zasobów naturalnych – renaturyzacja rzek i odpowiedzialne planowanie przestrzenne.

  • Dostęp do transportu publicznego i wspieranie energooszczędnych budynków.

  • Edukacja klimatyczna – przygotowanie młodych pokoleń na rosnące zagrożenia.

„To kwestia ponad podziałami”

– Polska strategia bezpieczeństwa narodowego musi w pełni uwzględniać skutki zmiany klimatu. To priorytet, który wymaga rozmowy ponad podziałami – podkreślają sygnatariusze apelu.

Koalicja akcentuje, że przyszłość bezpieczeństwa Polski zależy od szybkiego wdrożenia działań chroniących obywateli przed narastającymi skutkami globalnego kryzysu klimatycznego.

Treść pełnego apelu znajduje się na stronie Koalicji Klimatycznej: koalicjaklimatyczna.org

Treść apelu do premiera znajdziesz tu: https://koalicjaklimatyczna.org/bezpieczenstwo-klimatyczne-polski/

Źródło: inf.pras. Koalicja Klimatyczna

Zrównoważone rolnictwo to nie marzenie – to konieczność

WeMove to społeczność, która łączy ludzi z różnych środowisk – od nauczycieli i emerytów, po drobnych rolników. I to właśnie mali rolnicy są dziś głosem prawdy w debacie o tym, jak wygląda rolnictwo w Europie i dokąd zmierza.

Wiosną 2025 roku Joseph z Rumunii i Manuela z Toskanii – rolnicy prowadzący rodzinne, zrównoważone gospodarstwa – pojechali do Brukseli. Ich celem było jedno: upomnieć się o sprawiedliwość i przyszłość dla rolnictwa, które nie rujnuje planety.

Rolnictwo przemysłowe napędza kryzys

Wielkie koncerny produkujące mięso i nabiał to dziś jedni z największych winnych kryzysu klimatycznego. Model, na którym opierają działalność, prowadzi do nadprodukcji, wylesiania i okrucieństwa względem zwierząt, a przede wszystkim – do emisji metanu, który jest gazem cieplarnianym 80 razy silniejszym niż CO₂.

Co gorsze, to właśnie ten szkodliwy model nadal otrzymuje gigantyczne wsparcie ze środków unijnych – kosztem małych gospodarstw, które realmente dbają o ziemię, ekosystem i lokalne społeczności.

Bruksela i moment przełomu

Podczas wydarzenia organizowanego przez WeMove w Brukseli doszło do przełomu. Po raz pierwszy przy jednym stole zasiedli razem: urzędnicy UE, przedstawiciele przemysłu i mali rolnicy. Ich celem było jasne przesłanie: zrównoważone rolnictwo to nie utopia – to realna i potrzebna alternatywa.

„Po reakcjach niektórych polityków było widać – sprawiliśmy, że poczuli się nieswojo” – powiedział Joseph.
„Przypomnieliśmy im, że igrają z życiem i bytem milionów ludzi. Nasza obecność przypomniała im o ich odpowiedzialności.”

Głos przeciwko systemowi

Rolnicy tacy jak Joseph i Manuela to nie tylko opiekunowie ziemi – to ostatni obrońcy lokalnych społeczności, kultury i różnorodności biologicznej. A mimo to są dziś wypychani z rynku.

„Decydenci niszczą rolnictwo dla małych gospodarstw. Międzynarodowe korporacje dostają całe wsparcie, a mali rolnicy – prawie nic” – mówi Joseph.

W systemie zaprojektowanym pod gigantów, drobni rolnicy nie mają szans bez interwencji politycznej. Dlatego ich głosy muszą być słyszane tam, gdzie podejmowane są decyzje – w Komisji Europejskiej, w krajowych rządach, w mediach.

Wspólnota to siła – i realna zmiana polityki

To, że Joseph i Manuela mogli się spotkać z unijnymi decydentami, wydarzyło się tylko dzięki zaangażowaniu tysięcy ludzi z całej Europy: podpisom pod petycjami, darowiznom i wsparciu oddolnemu. Wspólnota WeMove działa właśnie po to, by wzmacniać tych, których system próbuje uciszyć.

Dziś – po tym symbolicznym spotkaniu – politycy nie mogą już udawać, że nie słyszeli.
Bo zrównoważone rolnictwo to nie tylko ekologiczna alternatywa – to realna odpowiedź na kryzysy klimatyczne, ekonomiczne i społeczne.

Przyszłość jeszcze nie została przesądzona

W tej chwili państwa członkowskie UE dyskutują nad kształtem nowego długoterminowego budżetu wspólnoty. Decyzje, które zapadną w najbliższych miesiącach, przesądzą o tym, czy środki publiczne nadal będą wspierać rolnictwo przemysłowe, czy zostaną skierowane do tych, którzy chcą chronić glebę, wodę i powietrze.

Co możesz zrobić?

Zrównoważone rolnictwo to nie hasło kampanii – to konkretna, oddolna walka o przyszłość naszej planety. A każda podpisana petycja, każda darowizna i każde słowo wsparcia to krok w stronę sprawiedliwszego systemu.

Polska a nowe przepisy UE dotyczące NGT

Debata o nowych technikach genomowych (NGT), określanych także jako „nowe GMO”, wywołuje coraz większe emocje w Unii Europejskiej. Polska, sprawująca obecnie prezydencję w Radzie UE, będzie miała w najbliższych miesiącach kluczowy wpływ na kształtowanie przyszłych regulacji NGT. Propozycja naszego ministerstwa rolnictwa pokazuje skłonność Polski do akceptacji NGT w europejskim rolnictwie. Czy takie propozycje legislacyjne rzeczywiście odpowiadają na potrzeby naszych rolników, konsumentów i lokalnych przedsiębiorstw? A może stanowią wyraz presji globalnych korporacji biotechnologicznych?…

Czym różnią się NGT od tradycyjnych GMO?

Warto jeszcze raz przypomnieć, czym różnią się nowe techniki genomowe od tradycyjnych GMO. GMO, czyli organizmy zmodyfikowane genetycznie, to rośliny, zwierzęta lub mikroorganizmy, w których materiał genetyczny został zmieniony poprzez wprowadzenie genów obcych gatunków. W przypadku NGT proces modyfikacji jest bardziej precyzyjny – zmiany genetyczne wprowadzane są w obrębie istniejącego materiału genetycznego danej rośliny, bez dodawania obcych genów. Dlatego zwolennicy NGT twierdzą, w pewnym uproszczeniu, że są one bardziej naturalne i mniej kontrowersyjne niż GMO, ponieważ modyfikacje mogą przypominać te, które występują w naturze, np. w wyniku spontanicznej mutagenezy. Wielu ekspertów podkreśla jednak, że to wciąż ingerencja w genom, która niesie ze sobą nieprzewidziane konsekwencje dla środowiska i zdrowia ludzi, a przez to, że jest bardziej precyzyjna może stanowić jeszcze większe ryzyko, ponieważ w wielu przypadkach nie jesteśmy jeszcze w stanie przewidzieć całego łańcucha zależności w przyrodzie.

Konsument na celowniku, rolnik na marginesie

Nowe GMO w Polsce to wyzwanie dla rolnictwa, rynku nasiennego i praw konsumentów.

Zdjęcie: Canva

Jednym z najważniejszych wątków debaty o NGT jest kwestia transparentności. Konsumenci w Polsce i w Europie oczekują pełnych informacji o pochodzeniu i sposobie produkcji żywności. Potwierdziły to badania zlecone przez Instytut Spraw Obywatelskich w 2013 r., w których ponad 73% Polaków stwierdziło, że domaga się znaku „wolne od GMO”, a 9 na 10 rodziców dzieci do lat 2 chciało mieć informację, czy sięga po produkty modyfikowane genetycznie. Propozycja Komisji Europejskiej z 2023 r. może jednak zniweczyć lata dążeń do transparentności produktów wytworzonych z wykorzystaniem modyfikacji genetycznych, bowiem według nich większość NGT nie będzie znakowane lub śledzone w łańcuchu produkcji i dystrybucji. Wobec tego brak obowiązku znakowania takich produktów może stawiać prawo informacji o żywności pod znakiem zapytania.

Przykłady z innych krajów, jak USA czy Japonia, gdzie produkty NGT już są dostępne, pokazują, że konsumenci mogą nieświadomie kupować żywność zmodyfikowaną genetycznie. Pieczarki, które nie brązowieją, to tylko „wierzchołek góry lodowej” listy produktów wprowadzanych na rynek bez wyraźnych oznaczeń. W Polsce, gdzie rolnictwo ekologiczne i tradycyjne wciąż cieszy się dużym zaufaniem, brak takich regulacji może podważyć zaufanie konsumentów do całego rynku żywności.

Ryzyka dla rolników i konflikt interesów

Z kolei rolnicy mogą być jednymi z największych przegranych wprowadzenia NGT. Po pierwsze, brak regulacji dotyczących koegzystencji upraw NGT z tradycyjnymi i ekologicznymi sprawi, że ryzyko „zanieczyszczenia” pól roślinami zmodyfikowanymi genetycznie jest bardzo realne. Może to prowadzić do konfliktów między sąsiadującymi rolnikami, jeśli jeden z nich prowadzi gospodarstwo ekologiczne, a drugi korzysta z nasion NGT. Dodatkowo rolnicy, którzy przypadkowo wykorzystają materiał siewny NGT, będą zmuszeni do płacenia opłat licencyjnych właścicielom patentów na te technologie. Historia pokazuje, że takie spory prawne są powszechne w Stanach Zjednoczonych.

Patenty a polski rynek nasienny

Polska może pochwalić się silnym sektorem nasiennym, który jest fundamentem krajowego rolnictwa i jednym z kluczowych elementów zapewniających suwerenność żywnościową. Nasze firmy nasienne utrzymują znaczący udział w rynku lokalnym, co pozwala polskim rolnikom korzystać z wysokiej jakości materiału siewnego, dostosowanego do specyficznych warunków klimatycznych i glebowych naszego kraju. Jednak wprowadzenie nowych technik genomowych bez odpowiednich regulacji, może radykalnie zmienić ten krajobraz i zagrozić stabilności sektora. Globalne korporacje, które już teraz kontrolują znaczną część rynku biotechnologicznego, posiadają prawa patentowe do większości technologii genomowych. To nie tylko gwarantuje im monopol na rozwój i sprzedaż nasion, ale również umożliwia narzucanie własnych warunków finansowych i technologicznych.

W takiej sytuacji lokalni producenci nasion, często działający na mniejszą skalę i nieposiadający tak dużych zasobów finansowych, mogą zostać wypchnięci z rynku. Brak mechanizmów ochrony dla małych i średnich firm nasiennych może prowadzić do sytuacji, w której polscy rolnicy będą coraz bardziej uzależnieni od droższych, opatentowanych nasion oferowanych przez międzynarodowe koncerny. To nie tylko podnosi koszty produkcji, ale również ogranicza wybór dostępnych odmian roślin, ponieważ globalni gracze skupią się raczej na własnych interesach i na kilku wysoce komercyjnych liniach produktów, a nie na dobru ogółu.

Tymczasem różnorodność genetyczna, którą polski sektor nasienny od lat stara się utrzymać, jest kluczowa dla odporności na zmiany klimatyczne i choroby roślin. Co więcej, koncentracja rynku w rękach międzynarodowych gigantów niesie za sobą ryzyko zniknięcia tradycyjnych odmian roślin, które są nie tylko elementem polskiego dziedzictwa rolnego i żywnościowego, ale również istotnym czynnikiem zachowania równowagi ekologicznej. Polscy producenci nasion odgrywają istotną rolę w utrzymaniu lokalnych, unikalnych odmian roślin, które od lat dostosowywały się do specyfiki naszego klimatu i krajobrazu. Ich marginalizacja może prowadzić do homogenizacji rynku rolniczego, co uczyni go mniej odpornym na zmiany i paradoksalnie mniej zrównoważonym.

Brak oceny ryzyka – bomba z opóźnionym zapłonem?

Nowe GMO w Polsce to wyzwanie dla rolnictwa, rynku nasiennego i praw konsumentów.

Zdjęcia: Canva

Jednym z najbardziej niepokojących aspektów propozycji dotyczącej wprowadzania NGT jest brak wymogu oceny ryzyka, co stoi w sprzeczności z zasadą przezorności, zapisaną w art. 191 Traktatu o funkcjonowaniu Unii Europejskiej. Ta fundamentalna zasada unijnego prawa wymaga, aby każda nowa technologia była szczegółowo przebadana pod kątem potencjalnych skutków dla zdrowia ludzi, środowiska oraz bezpieczeństwa żywnościowego, zanim zostanie dopuszczona do obrotu. Brak takich badań w przypadku NGT oznacza, że nowe rośliny mogą trafić na pola uprawne i do łańcucha dostaw bez wiedzy o ich wpływie na środowisko i różnorodność biologiczną.

Przykłady z przeszłości pokazują problemy, które mogą wynikać z braku odpowiedniej oceny ryzyka. Wiele kontrowersji wokół tradycyjnych GMO dotyczyło ich wpływu na bioróżnorodność, np. wspomnianego wcześniej niezamierzonego zanieczyszczenia sąsiadujących upraw konwencjonalnych i ekologicznych. Podobne zagrożenia istnieją w przypadku NGT, ale dodatkowym problemem jest trudność w ich wykrywaniu. Nowe techniki genomowe, takie jak edycja genów metodą CRISPR-Cas9, mogą wprowadzać zmiany w genomie, które są niemal niemożliwe do odróżnienia od naturalnych mutacji. Brak możliwości identyfikacji roślin NGT może utrudnić nie tylko ocenę ich wpływu, ale także monitorowanie potencjalnych szkód.

Niezbadane długoterminowe konsekwencje mogą obejmować zarówno nieprzewidziane skutki w ekosystemach i potencjalne zagrożenia dla zdrowia ludzi. Rośliny zmodyfikowane genetycznie mogą wytwarzać nowe białka lub związki chemiczne, które mogą wywoływać reakcje alergiczne lub mieć toksyczny wpływ na organizmy… Równie istotne są skutki społeczne i ekonomiczne – brak oceny ryzyka może prowadzić do utraty zaufania konsumentów i strat ekonomicznych wynikających z obniżenia eksportu, szczególnie do krajów, gdzie podejście do NGT jest wciąż sceptyczne.

Zignorowanie potrzeby rzetelnej oceny ryzyka może być więc zagrożeniem dla reputacji Unii Europejskiej jako lidera w zakresie standardów bezpieczeństwa i ochrony środowiska. UE od lat buduje swój wizerunek jako przestrzeń, gdzie technologie są wprowadzane z myślą o dobrobycie społecznym i środowiskowym, a nie jedynie o interesach komercyjnych. Wyjątek w przypadku NGT mógłby podważyć zaufanie do całego systemu regulacyjnego.

Czy zatem możemy pozwolić sobie na wprowadzenie NGT bez dokładnych badań? Historia GMO pokazała, że brak transparentności i odpowiedzialności w procesie wdrażania nowych technologii może prowadzić do poważnych konfliktów społecznych oraz gospodarczych.

Głos polskich organizacji społecznych – „Chcemy wiedzieć”

Polska ma wyjątkową okazję, by wpłynąć na przyszłość regulacji dotyczących NGT w Europie. Jednak obecne działania rządu wskazują na zmianę kierunku oraz brak odwagi w podejmowaniu zdecydowanych kroków chroniących społeczeństwo. Propozycje przedstawione w styczniu i lutym 2025 r. wydają się bardziej politycznym kompromisem niż realnym rozwiązaniem problemów związanych z NGT.

Dlatego Koalicja Żywa Ziemia (do której należy również Instytut Spraw Obywatelskich), skupiająca organizacje działające na rzecz zrównoważonego rolnictwa, skierowała do Ministra Rolnictwa i Rozwoju Wsi pismo, w którym podkreśliła konieczność wprowadzenia obowiązkowego znakowania produktów NGT oraz szczegółowej oceny ryzyka przed ich dopuszczeniem do obrotu. Zwróciliśmy też uwagę na potencjalne zagrożenia dla różnorodności biologicznej, rolnictwa ekologicznego oraz praw konsumentów do świadomego wyboru żywności. Ostrzegliśmy polskich decydentów, że ignorowanie tych kwestii może prowadzić do nieodwracalnych strat dla polskiego rolnictwa i rynku spożywczego, a zwłaszcza rynku nasiennego.

Przyszłość NGT w Polsce i Europie

W obliczu tych wyzwań kluczowe staje się więc wypracowanie rozwiązań, które będą chronić interesy konsumentów, rolników i lokalnych producentów. Polska, jako lider w tej debacie, wciąż ma szansę lobbować za regulacjami, które zapewnią transparentność, bezpieczeństwo oraz równowagę między innowacjami, a zrównoważonym rozwojem. Jaki los czeka NGT? Czy polscy decydenci wsłuchają się w głos polskich konsumentów, którzy chcą decydować o tym, co trafia na ich talerze? To pokażą najbliższe miesiące.

Artykuł ukazał się w „Tygodniku spraw obywatelskich” nr. 265/ (4)2025.

Łukasz Janeczko – politolog, specjalista ds. rzecznictwa i kampanier. Od 2016 r. związany z kampanią społeczną „Wolne od GMO? Chcę wiedzieć”, której celem było wprowadzenie w Polsce jednolitych przepisów dotyczących znakowania żywności „wolnej od GMO”. Od 2023 r. członek Komisji do spraw Mikroorganizmów i Organizmów Genetycznie Zmodyfikowanych przy Ministerstwie Klimatu i Środowiska

Analiza przyczyn i społecznych skutków protestów rolniczych w Polsce w 2024 roku

Skąd wzięły się protesty rolników w Polsce?

Rolnicy w zachodniej Europie zaczęli wychodzić na ulice i drogi w 2023 r. w reakcji na ogłoszenie przez Komisję Europejską Europejskiego Zielonego Ładu. Rolnicy protestowali także przeciwko importowi towarów rolnych spoza krajów UE, np. w ramach umowy z Mercosur. W poszczególnych krajach dochodziły do tego także inne postulaty związane z lokalną polityką rolną. Fala protestów wkrótce dotarła także do Europy ŚrodkowoWschodniej. W Polsce protestujący skupili się na dwóch kwestiach: zapisach Europejskiego Zielonego Ładu oraz otwarciu rynku na produkty rolne z Ukrainy i innych krajów spoza UE. Skala protestów była bardzo duża. Pierwszy miał miejsce 9 lutego 2024 r., a ich największe natężenie nastąpiło 24 marca 2024 r., kiedy w całej Polsce jednocześnie zorganizowano około 500 protestów. Miały one różną formę: marszów, demonstracji w stolicy, protestu głodowego w Sejmie, lokalnych blokad dróg oraz przejść granicznych z Ukrainą.

Główne powody i społeczne poparcie dla protestów

Mimo powodowania utrudnień protesty rolników cieszyły się dużym poparciem polskiego społeczeństwa. Według danych CBOS w lutym 2024 r. popierało je 78% Polaków. W czasie największej demonstracji w Warszawie (24 marca 2024 r.) rozmawialiśmy z rolnikami i rolniczkami o powodach, dla których zdecydowali się przyjechać na ten protest. Wymieniali przede wszystkim faworyzowanie na naszym rynku produktów spoza UE, głównie ukraińskich. Na drugim miejscu pojawiały się hasła wyrażające obawy wobec Zielonego Ładu. Najczęściej wspominali, że martwią ich konieczność ugorowania, a także działania związane z dobrostanem zwierząt gospodarskich. W ich opinii oba te elementy wiązały się z dalszym spadkiem opłacalności produkcji oraz dodatkowymi obciążeniami rolników w postaci m.in. większego obciążenia formalnościami. Wdrażanie celów Zielonego Ładu, ich zdaniem, to także jeszcze większa biurokracja i „papierologia” wynikająca z nałożenia na nich nowych formalności.

Zielony Ład, biurokracja i komunikacja z rolnikami

Rolnicy od lat skarżą się na zbyt rozbudowaną biurokrację, zmieniające się często oczekiwania formalne, niekiedy nawet wzajemnie sprzeczne, a urzędnicy nie zawsze sami nadążają za zmieniającymi się przepisami. Obawa przed nieznanym i niejasnym, a przy tym mogącym stanowić, w ich opinii, dalsze ograniczanie dochodów, była dla wielu osób manifestujących w Warszawie motywacją do protestów. W czerwcu 2024 r. 217 rolników z woj. zachodniopomorskiego wzięło udział w naszej ankiecie dotyczącej doświadczeń protestacyjnych. Dla 70% badanych to właśnie obawa przed zmianami, które niesie wdrażanie Zielonego Ładu, była motywacją do udziału w jakiejś formie protestu. Inną wskazywaną przyczyną zaangażowania się w protesty było zagrożenie związane z importem produktów z krajów poza UE. Dla wielu rolników problemem był też stały spadek opłacalności produkcji.

W odpowiedzi na pytanie, co w samym Zielonym Ładzie budzi ich największe obawy, deklarowali, że wdrażanie tych regulacji wiąże się ze spadkiem dochodowości i konkurencyjności. Obawiali się także pojawienia się nowych obowiązków nakładanych na rolników. Warto pamiętać, że Europejski Zielony Ład został przyjęty, by wprowadzić m.in. większą ochronę środowiska i klimatu w rolnictwie. Zadania te są realizowane przez ekoschematy. Ich celem jest wspieranie rolników we wdrażaniu praktyk, które powodują zmniejszenie negatywnego wpływu rolnictwa na klimat i są dodatkowo uzupełnione o działania służące poprawie dobrostanu zwierząt gospodarskich. Za ich wprowadzanie rolnicy otrzymują płatności. Badani przez nas rolnicy, mimo obaw wobec Zielonego Ładu, wskazywali, że ⅔ z nich korzystało już z ekoschematów.

To pobieżne spojrzenie na wyniki badań strajków rolniczych prowadzi do kilku wniosków. Przede wszystkim zarówno władze Polski, jak i całej UE słabo komunikują się z rolnikami. Co drugi badany uważa, że kondycja rolnictwa w największym stopniu zależy od działań Komisji Europejskiej, a 23% że od polskiego rządu. Obie te instytucje nie prowadzą dobrej polityki informacyjnej związanej z wdrażaniem Zielonego Ładu. Brakuje spójnej informacji, jak rolnictwo przemysłowe – dominujące w UE – wpływa na zmiany w środowisku i klimacie oraz, co to oznacza dla samego rolnictwa i małych gospodarstw w najbliższej przyszłości.

Mało mówi się o tym, że negatywne oddziaływanie rolnictwa na klimat ma wymierny koszt. Na przykład, jak szacuje Polski Instytut Ekonomiczny, Polska traci nawet 6,5 miliarda złotych w wyniku suszy rolniczej. Pogarszanie się jakości naszego życia i życia zwierząt gospodarskich jest również spowodowane do pewnego stopnia rozwojem przemysłowego systemu żywnościowego.

Potrzeba lepszej polityki informacyjnej i wsparcia dla rolników

Brakuje pozytywnej kampanii informującej, że wdrażanie Zielonego Ładu może się opłacać, zarówno ze względów finansowych, jak i ze względu na poprawę jakości naszego życia i życia naszych dzieci. Na przykład wdrażanie działań związanych z dobrostanem zwierząt gospodarskich to oszczędność w zakresie kosztów weterynaryjnych (mniejsze zagęszczenie to mniejsza zachorowalność zwierząt) i poprawa jakości mięsa. Grunty rolne ugoruje się nie dla przyjemności brukselskich urzędników, ale dla poprawy jakości gleb, a więc też większej produktywności przy mniejszych nakładach własnych (lepszej jakości gleba rodzi więcej zdrowych roślin). Są w tym zakresie pozytywne doświadczenia, szczególnie wśród rolników regeneratywnych. Poza tym nie było absolutnego obowiązku ugorowania, lecz jako obszary lub elementy nieprodukcyjne były uznawane także rośliny bobowate i międzyplony bez stosowania środków ochrony roślin.

Rolnicy czują się samotni i zagubieni wśród zmieniających się regulacji, otrzymują niewystarczające wsparcie w zakresie biurokracji i formalnych reguł. Jednym z powodów jest słabość działania Ośrodków Doradztwa Rolniczego. Rolnicy w czasie protestu w marcu skarżyli się, że trudno im wdrażać działania w ramach Zielonego Ładu, jeśli szkolący ich doradcy nie zawsze nadążają za poszczególnymi przepisami i ich częstymi zmianami. Wielu badanych boli, że szkolący najczęściej są teoretykami, którzy sami nie prowadzą działalności rolniczej. Tym bardziej budzi to niepokój wśród rolników.

Za pozytywną kampanię informacyjną odpowiedzialny powinien być rząd i inne podmioty publiczne. Nie stać nas na odkładanie wdrażania Zielonego Ładu. Trudno jednak grać w grę, w której tak często zmieniają się zasady i są jasne dla niewielu uczestników.

Dr Ruta Śpiewak – pracowniczka naukowa Instytutu Rozwoju Wsi i Rolnictwa PAN. Stypendystka Uniwersytetów USA i Finlandii. Od wielu lat członkini najstarszej kooperatywy spożywczej w Polsce – kooperatywy Grochowskiej.

Europejskie cele redukcji pestycydów – ambitne, ale niewystarczające

Europejskie cele redukcji zużycia pestycydów mogły wydawać się ambitne, ale ich realizacja stoi pod znakiem zapytania. Nawet gdyby udałoby się je osiągnąć, to i tak za mało, by zagwarantować w Europie żywność wolną od najgroźniejszych pestycydów, a także chronić różnorodność biologiczną i ekosystemy na świecie.

Strategia „Od pola do stołu” – gdzie jesteśmy?

Gdzie jesteśmy? Cel przedstawionej przez Komisję Unii Europejskiej w maju 2020 r. strategii „Od pola do stołu” jest jasny – to zmniejszenie wpływu stosowania pestycydów na środowisko i zdrowie ludzi do 2030 r. Cele dotyczą dwóch różnych aspektów: po pierwsze jest to zmniejszenie ryzyka związanego ze stosowaniem pestycydów o 50%, po drugie zmniejszenie o 50% ilości stosowanych środków, przy czym większy nacisk kładzie się na pierwszą z kwestii. Zmniejszenie ryzyka oznacza ograniczanie szkodliwego wpływu pestycydów na zdrowie i środowisko. Może być osiągnięte poprzez wprowadzanie bezpieczniejszych alternatyw dla najbardziej szkodliwych środków oraz lepszych metod aplikacji, a także tzw. zintegrowanego zarządzania szkodnikami. Polega ono na stosowaniu zestawu metod ograniczających populacje szkodników, a więc konieczność zwalczania ich przy pomocy stosowanych na dużą skalę środków ochrony roślin. W 2022 r. roku Komisja przedstawiała projekt rozporządzenia w sprawie zrównoważonego stosowania środków ochrony roślin (ang. Sustainable Use Regulation, SUR), które miało nadać kształt celom ze strategii „Od pola do stołu”. Podczas prac legislacyjnych ambicje projektu były stopniowo osłabiane, a Parlament Europejski i tak odrzucił go podczas głosowania w listopadzie 2023 r. Na początku 2024 r. roku Komisja pod wpływem silnego lobbingu ostatecznie wycofała się z prac nad rozporządzeniem.

Glifosat – kontrowersje wokół najpopularniejszego herbicydu

To nie jedyne niechlubne dokonanie Komisji. Tym razem sprawa dotyczyła najczęściej stosowanego na świecie herbicydu – glifosatu. To substancja aktywna m.in. środków o nazwie Roundup, który jest szeroko wykorzystywany np. przy produkcji genetycznie modyfikowanej soi, kukurydzy i bawełny – odmian Roundup Ready, które mają gen odporności na herbicyd, a zatem uprawy mogą być nim wielokrotnie opryskiwane. Szacuje się, że w skali świata tak uprawiane jest już 80-90% wymienionych roślin. Ale glifosat stosowany jest też w polskich miastach do „pielęgnacji” zieleni, „utrzymania” np. nasypów kolejowych, a także polach – do zwalczania uciążliwych chwastów, a do niedawna nawet do dosuszania plonów bezpośrednio przed zbiorem. Firma Bayer, farmaceutyczny i biotechnologiczny koncern będący właścicielem glifosatu, tylko do października 2023 r. wypłaciła ponad 16 miliardów dolarów odszkodowań za choroby nowotworowe spowodowane długotrwałym stosowaniem glifosatu. Władze UE wciąż nie rozwiązały dotyczącego prawdopodobnej rakotwórczości herbicydu sporu z będącą częścią WHO Międzynarodową Agencją Badań nad Rakiem (IARC). Jednak decyzja zapadła. 28 listopada 2023 r. mimo braku kwalifikowanej większości głosów państw członkowskich i przy proteście organizacji społecznych, Komisja dopuściła glifosat do stosowania na terenie UE na kolejne 10 lat.

Pułapki, w które wciąż wpadamy

Koncerny wydają dużo, żeby przekonać nas – konsumentów, organizacje społeczne, polityków – że pestycydy są całkiem niewinne. Dopiero parę lat temu zniknęła z opakowań Roundupu informacja, że jest on biodegradowalny, o czym latami zapewniano użytkowników. Nie jest. Gromadzi się w glebie, wodzie i ludzkich organizmach. W większości krajów na świecie istnieją normy regulujące najwyższe dopuszczalne poziomy pozostałości pestycydów (NDP) w żywności. Jednak znacznie różnią się one między sobą w zależności od kraju, a praktyka nazywana „tolerancją importową” sprawia, że na rynki europejskie trafiają produkty, które nie spełniają europejskich standardów. Na tym jednak nie koniec. NDP określone są dla pojedynczych substancji, nikt więc nie bada, jakie interakcje zachodzą w produktach, w których poszczególne substancje są w normie, jednak znajduje się ich tam pięć, siedem albo kilkanaście. Nikt też nie bada, jak działa to na glebę i wodę. Entuzjaści stosowania pestycydów zdają się ponadto nie pamiętać, że człowiek codziennie zjada kilkadziesiąt różnych produktów, a pestycydy czy ich pozostałości – a produkty rozpadu są czasem jeszcze bardziej toksyczne niż oryginalne substancje – kumulują się i mieszają w naszych tkankach. Hipokryzja europejskich decydentów ma też inne oblicze: regulacje w Europie dotyczące najbardziej toksycznych pestycydów są może bardziej restrykcyjne niż na innych kontynentach, ale to nie chroni nas przed importem produktów z krajów, gdzie regulacje są znacznie mniej restrykcyjne i słabiej egzekwowane. Dotyczy to np. egzotycznych owoców chętnie kupowanych w Polsce zimą, ale także pasz, szczególnie dla drobiu i trzody chlewnej opartych na poekstrakcyjnej (po wytłoczeniu oleju) śrucie sojowej czy kukurydzy z Ameryki Południowej. Pestycydy kumulują się w tkankach zwierząt karmionych paszą z pestycydami, a ich pozostałości są obecne w mleku, jajach czy mięsie, które produkowane są lokalnie.

Trupy w szafach – pestycydy w ekosystemie i zdrowiu publicznym

A jaki pestycyd jest najczęściej wykrywany w próbkach gleb z gospodarstw ekologicznych w Polsce? Tu uważny czytelnik Zielonych Wiadomości powinien obruszyć się słusznie. Tak, w produkcji ekologicznej nie mogą być wykorzystywane syntetyczne pestycydy. Natomiast zakazane w 1976 r. (sic!) ze względu na wysoką toksyczność DDT do dziś jest z nami. DDT, jak wiele innych wciąż i powszechnie stosowanych pestycydów, ma zdolność bioakumulacji – zamiast rozkładać się w ekosystemie, kumuluje się w tkankach roślin i zwierząt, krąży w obiegu materii i energii. W Unii Europejskiej ponad połowa warzyw, owoców i zbóż jest zanieczyszczona produktami rozkładu pestycydów. Jest jasne, że pestycydy są substancjami toksycznymi, niebezpiecznymi dla organizmów, które nie są celem ich działania. Czyli, między innymi, dla nas. Może zaskakiwać, że badania w tak istotnej sprawie nie są prowadzone na szerszą skalę i nie budzą powszechnego zainteresowania. Jednak danych jest dość, by nie mieć wątpliwości, że pestycydy są przyczyną nowotworów (mózgu, jajników, szyjki macicy, wątroby, płuc, prostaty, białaczki), chorób wynikających z nasilenia stresu oksydacyjnego (m.in. choroby neurodegeneracyjne, cukrzyca), zaburzeń hormonalnych czy problemów z płodnością, donoszeniem ciąży i urodzeniem zdrowych dzieci i ich prawidłowym rozwojem. Pestycydy przekazywane są już przez łożysko, z krwią pępowinową i mlekiem matki. Na naszych oczach koncepty są rozmywane, cele osłabiane, a ich realizacja – ofiara doraźnych interesów politycznych i ekonomicznych – odkładana w czasie. Ale badania są bezlitosne i mówią jednoznacznie: im mniejsze stężenia substancji pestycydów, tym większa ich toksyczność.

*Tekst powstał w oparciu o informacje zawarte w Atlasie Pestycydów wydanym w 2024 r. przez Fundację Heinricha Boella, Koalicję Żywa Ziemia i Polski Klub Ekologiczny Koło Miejskie w Gliwicach. www.pl.boell.org/pl/2024/01/08/ atlas-pestycydow

Debata w Sejmie o przyszłości Wspólnej Polityki Rolnej i przyszłości polskiego rolnictwa.

W codziennym pośpiechu rzadko zastanawiamy się, jak decyzje polityczne wpływają na to, co trafia na nasz stół. Tymczasem już 5. czerwca, w godzinach 14:00–16:30, odbyła się debata o przyszłości Wspólnej Polityki Rolnej online – wydarzenie transmitowane z Sejmu RP, które może przesądzić o kształcie polskiej wsi, bezpieczeństwie żywnościowym i jakości produktów, po które sięgamy każdego dnia1.

Wspólna Polityka Rolna nie jest odległym projektem z Brukseli, lecz systemem, który dotyka każdego – od rolnika po konsumenta, od mieszkańca wsi po mieszkańca miasta. To właśnie dzięki niej polscy rolnicy mogą liczyć na wsparcie, a konsumenci – na dostęp do żywności wysokiej jakości. Jednak dziś ten system wymaga głębokiej reformy. Zmiany klimatu, degradacja gleb, zanieczyszczenie wód i wyzwania związane z przyszłością małych gospodarstw sprawiają, że debata o przyszłości WPR jest debatą o naszej wspólnej przyszłości1.

Dlaczego warto śledzić debatę o przyszłości Wspólnej Polityki Rolnej online? Bo właśnie teraz, w trakcie polskiej prezydencji w Radzie UE, ważą się decyzje, które wpłyną na kształt WPR po 2027 roku. Wśród panelistów znajdą się nie tylko politycy, ale także praktycy, naukowcy i przedstawiciele organizacji społecznych – osoby, które rozumieją wyzwania stojące przed rolnictwem i potrafią o nich mówić bez zbędnego patosu. To okazja, by zobaczyć, jak rodzi się kompromis i jak wygląda prawdziwy, europejski dialog1.

W czasach, gdy polityka często wydaje się odległa, transmisja online z Sejmu pozwala każdemu z nas być bliżej kluczowych rozmów. Nie trzeba być ekspertem, by zrozumieć, że od jakości tej debaty zależy nie tylko los rolników, ale i nasze codzienne bezpieczeństwo żywnościowe. To moment, w którym warto być świadkiem, a może nawet uczestnikiem zmiany.

Program wydarzenia:

  • Powitanie: Małgorzata Tracz (Partia Zieloni)

  • Przedstawienie wniosków raportu: dr Justyna Zwolińska (Koalicja Żywa Ziemia), Dorota Metera (Koalicja Żywa Ziemia), Aleksandra Pępkowska-Król (Ogólnopolskie Towarzystwo Ochrony Ptaków)

  • Wystąpienia wprowadzające: Tomasz Obszański (NSZZ RI „Solidarność”), Tomasz Jakiel (Lubuskie Angusowo)

  • Dyskusja z udziałem osób uczestniczących w spotkaniu

Organizatorami debaty są posłanka Małgorzata Tracz, Klub Parlamentarny Koalicji Obywatelskiej, Fundacja im. Heinricha Bölla w Warszawie oraz Koalicja Żywa Ziemia.

Wspólna Polityka Rolna to system, który dotyka każdego – od rolnika po konsumenta. Decyzje podejmowane podczas debaty o przyszłości Wspólnej Polityki Rolnej online wpłyną na kształt polskiej wsi, ceny żywności i ochronę środowiska. W trakcie debaty, transmitowanej online, głos zabiorą politycy, naukowcy i praktycy rolnictwa.

Transmisję śledzić można na oficjalnej stronie Sejmu RP w zakładce „Transmisje”.

W pierwszy dzień kwietnia 2025 roku wzięliśmy udział w prima aprillisowej zabawie . Bayer SA, gigant agrochemiczny, miał rzekomo porzucić pestycydy, przelać miliardy na walkę z rakiem, a jego akcjonariusze – sprzedać jachty i wyspy w geście pokuty. Żart okazał się zaskakująco bliski rzeczywistości.

Korporacyjna fikcja vs. gorzka prawda

Żart:

„Do 2026 roku koniec z glifosatem! Bayer inwestuje w ekologię i zdrowie”.

Rzeczywistość:

Bill Anderson, CEO Bayera, zapowiada: „Decyzja zapadnie w ciągu miesięcy”. Powód? Fala pozwów o odszkodowania za rzekome choroby wywołane przez Roundup. Zyski z herbicydu topnieją, a koszty procesów sięgają 3 mld USD rocznie.

Żart:

„Akcjonariusze sprzedają luksusowe majątki”.

Rzeczywistość:

Zamiast wysp i jachtów – cięcia kosztów. Bayer zwolnił 15% pracowników w 2024 roku.

Dlaczego Roundup stał się przekleństwem Bayera?

Sądowa karuzela: 140 tys. pozwów i miliardy strat

Od przejęcia Monsanto w 2018 roku Bayer zmaga się z lawiną pozwów o odszkodowania za rzekome choroby wywołane glifosatem. Do kwietnia 2025 r. firma przegrała 140 tys. spraw w USA, a łączna suma ugód sięgnęła 16 mld USD. Kluczowym argumentem powodań jest raport Międzynarodowej Agencji Badań nad Rakiem (IARC) z 2015 r., uznający glifosat za „prawdopodobnie rakotwórczy”. Mimo że EPA i UE utrzymują, iż substancja jest bezpieczna, sądy w stanach takich jak Georgia czy Kalifornia przyznają milionowe odszkodowania – w marcu 2025 r. werdykt w Georgii wyniósł 2,1 mld USD.

Paradoks nauki: Regulacje vs. rzeczywistość

Podczas gdy EPA i Europejski Urząd ds. Bezpieczeństwa Żywności (EFSA) regularnie potwierdzają bezpieczeństwo glifosatu, sądy w USA opierają się na dowodach przedstawionych przez pozwanich. Badania zlecone przez Bayer, które trafiły do regulatorów, często nie spełniają współczesnych standardów naukowych – 6 z 11 analizowanych przez niezależnych ekspertów uznano za „częściowo wiarygodne”, a 3 za „niewiarygodne”. Tymczasem rolnicy, jak John Barnes z Georgii, który używał Roundupu przez 20 lat, wygrywają sprawy, dowodząc związku z chłoniakiem nieziarniczym.

Koszty vs. zyski: Matematyka, która nie wychodzi

Sprzedaż Roundupu generuje rocznie 6 mld USD, ale wydatki na adwokatów, ugody i rezerwy na przyszłe sprawy pochłaniają 50% tych przychodów.. W 2025 r. Bayer zarezerwował 5,9 mld USD na pozostałe 67 tys. spraw, ale kwota ta jest już niewystarczająca po rekordowym wyroku z Georgii. Dyrektor generalny Bill Anderson przyznał: „Ledwo wychodzimy na zero. Jeśli doliczymy koszty procesów, mówimy o stratach rzędu 2–3 mld USD rocznie”.

Bayer vs. system: Gra o immunitet – miliardowy koncern w  z prawem

W obliczu 167 tys. pozwów i 16 mld USD wydatków na ugody, Bayer uruchomił strategię, by uciec przed odpowiedzialnością za rzekome rakotwórcze działanie Roundupu. Jego celem nie jest już wygrana w sądach, lecz przepisanie zasad gry na poziomie legislacyjnym.

1. Lobbing w Kongresie: „Federalna tarcza” przeciwko stanom

Bayer forsuje ustawy w kluczowych stanach rolniczych, by zablokować pozwy oparte na „braku ostrzeżeń o raku”. W Georgii udało się przeforsować przepisy chroniące producentów pestycydów przed roszczeniami, jeśli ich produkty mają aprobatę EPA. W Missouri i Iowie próby spełzły na niczym – tamtejsze legislatury odrzuciły projekty po protestach organizacji społecznych i kampanii reklamowej Bayera na Meta o wartości 171 tys. USD

2. Batalia w Sądzie Najwyższym: Próba unieważnienia 67 tys. spraw

W kwietniu 2025 r. Bayer złożył petycję do Sądu Najwyższego w sprawie precedensu z Missouri, gdzie sąd stanowy przyznał poszkodowanemu ogrodnikowi 1,25 mln USD odszkodowania. Argument firmy: EPA uznała glifosat za bezpieczny, więc stanowe pozwy są niezgodne z prawem federalnym. To ryzykowny ruch – w 2022 r. Sąd odrzucił podobny wniosek Bayera, uznając, że brak ostrzeżeń EPA nie zwalnia z odpowiedzialności cywilnej. Tym razem koncern liczy na zmianę stanowiska dzięki konserwatywnej większości w SN.

3. Szantaż gospodarczy: „Wycofamy Roundup, jeśli nie dostaniemy immunitetu”

„Bez zmian legislacyjnych będziemy musieli opuścić rynek” – grzmi Bill Anderson, CEO Bayera. Groźba jest realna: w marcu 2025 r. koncern zamknął zakłady Roundupu w Idaho, wstrzymując 40% krajowej produkcji glifosatu. Efekt? Cena Roundupu skoczyła o 28%, a farmerzy z Iowa zaczęli masowo kupować tańszy, ale 5-krotnie bardziej toksyczny parakwat z Chin. Jednocześnie Bayer negocjuje z Kongresem: „Ochrona prawna albo Ameryka straci niezależność żywnościową”

Czy korporacje mogą się zmienić?

Nawet proroczy primaaprilisowy żart o nie zmienia faktu, że Bayer walczy o przetrwanie, a nie o planetę. Jednak presja sądów i opinii publicznej wymusza zmiany i otwiera okno do debaty na temat odpowiedzialności i kosztów społecznych, z którymi firmy musza się liczyć oraz konieczności poszukiwania alternatyw i rozwiązań, które nie niszczą zdrowia i środowiska.

„Nie możemy cofnąć przeszłości, ale możemy… ograniczyć straty” – ta mantra Bayera streszcza jego strategię. Era glifosatu dobiega końca nie przez altruizm, ale przez zimną kalkulację: 2,1 mld USD kary w jednej sprawie to więcej niż roczne zyski z Roundupu. I choć Bayer przetrwa, jego historia to przestroga: w świecie czujnych konsumentów i sądów, bezkarność korporacji ma swoje granice.

Wnioski?

Kryzys Bayera z Roundupem obnaża fundamentalny problem współczesnego rolnictwa: środki chemiczne niszczą gleby, a korporacje broniące zysków grożą utratą suwerenności żywnościowej. Monokultury uzależnione od herbicydów degradują ziemię – według FAO 30% światowych gleb jest już wyjałowionych przez intensywne stosowanie agrochemii. Tymczasem firmy jak Bayer, zamiast naprawiać szkody, uciekają się do szantażu: „Wycofamy Roundup, jeśli nie dostaniemy immunitetu”. To nie walka o „niezależność”, tylko próba utrzymania monopolu, który uzależnia rolników od swoich produktów. Czas odciąć się od paradygmatu „chemia albo głód” i postawić na rolnictwo, które regeneruje, a nie niszczy.

Żródła: Lawsuit Information Center , Reuters, Environmental Health News, 

Rolnicy mają wiele obaw wobec Zielonego Ładu. Spodziewają się wzrostu kosztów związanego z ograniczeniem stosowania nawozów sztucznych, pestycydów i intensywnej gospodarki rolnej. Do tego dochodzą wymagania ograniczania emisji metanu i amoniaku oraz rozbudowane warunki ochrony przyrody. O tym, czy ich obawy są słuszne i jakie wsparcie w procesie transformacji zaoferuje im Polska oraz Unia Europejska, rozmawiamy z prof. dr hab. Zbigniewem Karaczunem

Jakub Bojanowski: Jest pan profesorem sozologii. Czy mógłby pan wyjaśnić naszym czytelnikom, czym zajmuje się ta dziedzina nauki? 

Prof Zbigniew Karaczun: Sozologia, której nazwę wprowadził wybitny polski geolog i ekolog Walery Goetel, zajmuje się zagadnieniami aktywnej ochrony środowiska przyrodniczego oraz badaniem przyczyn i skutków zmian w naturalnych lub zmodyfikowanych przez człowieka układach przyrodniczych.

Na czym polega zmiana klimatu i jakie są jej skutki? Długotrwałe zmiany w systemach klimatycznych Ziemi są skutkiem zarówno naturalnych procesów, jak i działań człowieka, a właśnie działania ludzi mają kluczowy wpływ na to, co dziś obserwujemy. Obecna zmiana jest w wynikiem emisji gazów cieplarnianych, które trafiają do atmosfery w wyniku spalania paliw kopalnych, sposobu funkcjonowania przemysłu oraz rolnictwa. Te gazy zatrzymują ciepło w atmosferze, powodując wzrost średnich temperatur na Ziemi.

Zmiana klimatu ma ogromny wpływ na gospodarkę. Na całym świecie rosną wydatki na likwidację skutków ekstremalnych zjawisk pogodowych, takich jak huragany, powodzie lub pożary. W tym roku w Polsce najsilniej odczuli to mieszkańcy Dolnego Śląska. Coraz częstsze i bardziej intensywne zdarzenia klimatyczne powodują straty infrastrukturalne, wiążące się z ogromnymi kosztami napraw i odbudowy.

Jedne z najbardziej istotnych skutków zmiany klimatu dotyczą zasobów wodnych. Wzrost temperatury powoduje intensywniejsze parowanie i zwiększa częstotliwość takich zjawisk jak susze i powodzie, które wpływają na zasoby wód powierzchniowych i podziemnych. W wielu regionach zmienia się ilość i rozkład opadów, co powoduje problemy z dostępnością wody w czasie największego zapotrzebowania. Brak opadów w okresach letnich i przesunięcia w ich cyklach skutkują wyczerpywaniem się zbiorników wodnych oraz obniżaniem poziomu wód gruntowych, dlatego coraz więcej regionów cierpi z powodu suszy, co wpływa na rolnictwo, przemysł, a także na dostępność wody pitnej dla ludzi.

Jaki dokładnie wpływ na nasze rolnictwo ma zmiana klimatu i czy polskie państwo lub instytucje unijne robią coś, aby tym skutkom przeciwdziałać?

Zmiana klimatu stanowi ogromne wyzwanie dla rolnictwa, które jest bardzo uzależnione od warunków pogodowych i dostępności wody. Obserwujemy zmiany sezonów wegetacyjnych, co zaburza tradycyjne cykle upraw. Susze, upały, przymrozki i nadmierne opady często prowadzą do zmniejszenia lub nawet do całkowitych strat plonów. W rezultacie rosną cen żywności i niepewność związana z bezpieczeństwem żywnościowym.

Nasz kraj i Unia Europejska podejmują wiele działań, aby przeciwdziałać negatywnym skutkom zmiany klimatu i wspierać rolników w dostosowywaniu się do nowych warunków. Polska rozwija m.in. programy retencyjne, zachęcające do budowy zbiorników, które gromadzą wodę w okresach deszczowych, a następnie są wykorzystywane w czasie suszy. Ponadto instytucje unijne i krajowe promują innowacyjne technologie, takie jak nawadnianie kropelkowe, systemy zarządzania wodą czy technologie nawożenia dostosowane do zmieniających się warunków klimatycznych. Ładu Unia Europejska dąży do transformacji rolnictwa w bardziej zrównoważonym kierunku w ramach Zielonego Ładu, który Ład kładzie nacisk na ograniczenie emisji gazów cieplarnianych z rolnictwa, ochronę bioróżnorodności, zrównoważone gospodarowanie zasobami wodnymi, poprawę jakości gleby i promowanie gospodarki obiegu zamkniętego na obszarach wiejskich. 

Zaproponowany przez UE Zielony Ład spotkał się z ogromnym sprzeciwem przede wszystkim rolników, także w Polsce. Czy te obawy były zdaniem pana profesora słuszne?

Z perspektywy polityki klimatycznej oraz zrównoważonego rozwoju Zielony Ład to krok niezbędny i długo oczekiwany. Unia Europejska, wprowadzając ten program, zareagowała na nasilające się skutki kryzysu klimatycznego, wyznaczając ambitne cele ograniczenia emisji i ochrony bioróżnorodności. Rolnictwo, jako sektor gospodarki w dużej mierze odpowiedzialny za emisję gazów cieplarnianych, musi przejść transformację, jeśli chcemy mówić o rzeczywistej neutralności klimatycznej i ochronie środowiska dla przyszłych pokoleń. Rozumiem jednak, że rolnicy mają uzasadnione obawy, często dotyczące znacznych trudności finansowych oraz operacyjnych. Wielu z nich spodziewa się wzrostu kosztów, związanego z ograniczeniami stosowania nawozów sztucznych, pestycydów i intensywnej gospodarki rolnej, na której opiera się produkcja żywności w Europie. Do tego dochodzą wymagania ograniczania emisji metanu i amoniaku oraz rozbudowane warunki ochrony przyrody, na przykład zwiększenie obszarów poddanych regeneracji ekosystemów. Obawy te mają pewne podstawy, lecz są jedynie częścią całego obrazu. 

Transformacja zawsze wiąże się z kosztami, ale Zielony Ład oferuje także konkretne korzyści i pomoc dla rolników. UE przewidziała liczne instrumenty finansowe, takie jak Fundusz Sprawiedliwej Transformacji czy wsparcie w ramach Wspólnej Polityki Rolnej, które mają na celu ułatwienie tego procesu. Fundusze te mogą być przeznaczone na modernizację gospodarstw, inwestycje w retencję wodną czy praktyki regeneracyjne, które pozwalają zachować żyzność gleby.

A co by Pan profesor odpowiedział rolnikom, którzy obawiają się ugorowania, ograniczenia użycia pestycydów czy środków ochrony roślin? Jak przy tych wymaganiach skutecznie prowadzić gospodarstwo rolne?

Rozumiem obawy rolników związane z ugorowaniem i ograniczeniem używania pestycydów. Te działania mogą się wydawać ryzykowne, zwłaszcza w kontekście oczekiwanego poziomu produkcji oraz stabilności plonów. Jednak musimy spojrzeć na to z perspektywy długoterminowej – zarówno dla dobra samych gospodarstw, jak i środowiska, które jest fundamentem rolnictwa. Ugory i ograniczenie stosowania pestycydów nie są celem samym w sobie, lecz narzędziem odbudowy zdrowia gleby i ekosystemu. Okresowe wyłączenie gruntów z produkcji pozwala glebie się zregenerować, zmniejsza wyjałowienie oraz wspiera odbudowę materii organicznej. Zdrowa gleba to podstawa produktywności rolnictwa – lepiej magazynuje wodę, jest bardziej odporna na erozję, a uprawiane na niej rośliny lepiej znoszą stresy spowodowane zmianami klimatycznymi.

Warto też pamiętać, że w 2023 r. na gruntach oficjalnie ugorowanych można było uprawiać wszystkie gatunki roślin uprawnych, z wyjątkiem soi i kukurydzy, a w 2024 r. zamiast ugorowania – uprawiać rośliny bobowate i międzyplony bez stosowania środków chemicznej ochrony roślin. Za tę powierzchnię rolnik również otrzymywał płatność obszarową, tak jak za inne grunty uprawne.

Także ograniczenie stosowania chemicznych środków ochrony roślin przynosi korzyści – pozwala odbudować bioróżnorodność na polach i wokół nich. Większa liczba pożytecznych owadów może znacząco ograniczyć liczebność szkodników bez konieczności użycia pestycydów. 

Rolnictwo przystosowane do zmiany klimatu wymaga od nas nowej perspektywy – nie tylko wydajności krótkoterminowej, ale także troski o długoterminową żyzność gleby i zdrowie ekosystemów. Stosując techniki regeneratywne, integrowaną ochronę roślin i rolnictwo precyzyjne, rolnicy mogą osiągnąć stabilne, a przy tym bardziej ekologiczne plony. To wymaga inwestycji i nauki, ale w dłuższej perspektywie przynosi korzyści – zdrową glebę, niższe koszty chemii rolniczej i bardziej stabilne plony mimo zmieniającego się klimatu.

A czy Zielony Ład wiąże się z dodatkowymi kosztami, jak twierdzą sami zainteresowani, i czy może faktycznie doprowadzić do upadku polskiego rolnictwa?

Zielony Ład niewątpliwie wiąże się z dodatkowymi kosztami dla rolników, przynajmniej w krótkiej perspektywie. Zmniejszenie zużycia nawozów chemicznych, pestycydów, wprowadzenie rolnictwa regeneratywnego oraz adaptacja do nowych, bardziej zrównoważonych praktyk to wyzwania wymagające nakładów finansowych i organizacyjnych. Dla wielu osób, zwłaszcza prowadzących małe i średnie gospodarstwa, to m.in. konieczność zakupu nowych maszyn lub zmiana systemów produkcji. W tym kontekście obawy, że poniosą dodatkowe koszty, są uzasadnione, zwłaszcza że obecnie polskie rolnictwo zmaga się z presją konkurencyjną, niskimi cenami skupu i nieprzewidywalnością rynków. Największym problemem i błędem popełnianym podczas wdrażania rozwiązań Zielonego Ładu jest stosowanie ograniczeń, a niedbanie o zakaz importu produktów z państw, które nie mają takich wyśrubowanych wymogów, np. z USA, Kanady, Nowej Zelandii czy krajów Ameryki Południowej. Patrząc z tej perspektywy, można podzielać obawy rolników, jednakże upadek polskiego rolnictwa jest, moim zdaniem, mało prawdopodobny, jeśli wdrożenie Zielonego Ładu będzie odpowiednio wsparte na poziomie krajowym i unijnym. Istotą tych inicjatyw jest nie tylko przekształcenie rolnictwa, ale też zapewnienie środków na wsparcie tej transformacji. W dłuższej perspektywie Zielony Ład daje szanse na stabilizację sektora rolnego, a przejście na bardziej zrównoważone techniki rolnicze może sprawić, że polskie gospodarstwa staną się bardziej konkurencyjne i odporne na skutki zmiany klimatu.

Na koniec chciałbym zapytać, na jakim etapie wdrażania Zielonego Ładu jesteśmy?

W tej chwili na etapie przechodzenia od ogólnych deklaracji do działań. Wspólna Polityka Rolna (WPR) na lata 2023–2027 jest pierwszym narzędziem, które ma bezpośrednio wspierać realizację celów Zielonego Ładu w sektorze rolno-spożywczym. Krajowe plany strategiczne, w tym polski, zostały zaakceptowane przez Komisję Europejską i uwzględniają zasady Zielonego Ładu, takie jak wspieranie rolnictwa ekologicznego, ograniczenie użycia nawozów i pestycydów oraz rozwój praktyk sprzyjających bioróżnorodności. Daje to nadzieję na wdrażanie efektywnych systemów zarządzania wodą, retencją, praktykami regeneratywnymi czy stosowania technologii precyzyjnych. A wnioski z zakończonego we wrześniu 2024 r. Strategicznego Dialogu na temat przyszłości rolnictwa w UE wskazują, że kwestie klimatyczne, środowiskowe, ale też społeczne i zdrowotne będą nadal stanowiły istotną część praktyk rolnych w Unii Europejskiej. 

Dlatego, kontynuując działania w ramach tworzenia Paktu społecznego dla polskiego rolnictwa, zainicjowanego w 2021 r. przez Koalicję Żywa Ziemia i Koalicję Klimatyczną, od 2024 r. rozpoczęliśmy w Polskim Klubie Ekologicznym Okręg Mazowiecki prowadzenie debat, które pozwolą – mam nadzieję – w szerokim gronie interesariuszy wypracować narzędzia wsparcia dla polskich rolników i konsumentów, w zgodzie z potrzebą ochrony środowiska i klimatu.

 

Dziękuję za rozmowę.