Duże awarie sieci energetycznej w Europie

Niedawno miały miejsce dwie duże awarie sieci energetycznej w Europie – jedna na Półwyspie Iberyjskim, druga w Czechach. W Hiszpanii przyczyną okazał się błąd państwowej firmy odpowiedzialnej za koordynowanie stabilności sieci, jednak ustalenie tego zajęło niemal dwa miesiące. W Czechach natomiast szybko wykazano, że winna była awaria państwowego bloku węglowego.

Masowa akcja dezinformacyjna o OZE

Efektem jednodniowej awarii na południu Europy była masowa akcja ruskich trolli w internecie, które odpowiedzialnością za awarię obarczały nadmierny rozwój odnawialnych źródeł energii. Do tej narracji dołączyli również niektórzy pracownicy polskich państwowych firm energetycznych.

Wypowiedź Roberta Tomaszewskiego przed wyjaśnieniem przyczyn

Jednym z głosów w tej dyskusji była wypowiedź Roberta Tomaszewskiego, dyrektora Departamentu Strategii w Polskich Sieciach Elektroenergetycznych, zaprezentowana podczas konferencji Polskiej Zielonej Sieci 12 czerwca 2025 r. w Warszawie – jeszcze przed oficjalnym ustaleniem przyczyny awarii w Hiszpanii. Tomaszewski mówił wtedy:

„Mamy półtora miliona prosumentów. To jest jakby wielka armia energetyki słonecznej, która maszeruje przez nasz system. (…) Ale wieczorem, kiedy słońce zachodzi, nie jesteśmy w stanie inaczej zbilansować systemu niż tylko poprzez źródła synchroniczne, które musimy mieć w rezerwie, żeby ten system utrzymać w całości. Musimy mieć takie funkcje jak inercja, której Hiszpanom zabrakło pod koniec kwietnia, a którą dostarczają tylko źródła synchroniczne. Źródła odnawialne nie są w stanie tego na razie dostarczyć. My leżymy. Nie jesteśmy w stanie utrzymać systemu (…). System tego po prostu nie wytrzyma”.

Oficjalne ustalenia a polska debata

Niedługo potem hiszpański rząd oficjalnie poinformował, że odpowiedzialność za masową awarię ponosiła firma Red Electrica – odpowiednik PSE w Hiszpanii, a nie producenci odnawialnych źródeł energii. Mimo to debata w Polsce nadal toczy się wokół OZE.

Pakiet antyblackoutowy i postulaty PSE

Sprawa została wyjaśniona, ale nie w Polsce. Na początku lipca PSE wysłało do premiera Donalda Tuska szereg postulatów w postaci tzw. pakietu antyblackoutowego. W wielkim skrócie operator polskiego systemu przemysłowego domaga się większej kontroli nad prosumentami oraz masowego wprowadzenia rozliczeń net-billing. W PSE najwyraźniej doszli do wniosku, że premier oraz jego najbliżsi doradcy nie są kompetentni w obszarze energetyki i nie ma znaczenia jakość ani prawdziwość argumentów, bo i tak nikt tam tego nie będzie czytał. Bardziej liczy się emocjonalny przekaz komunikatu.

Przekaz PSE był prosty: należy zlikwidować prosumeryzm w Polsce, bo jak nie, to prądu nie będzie i dojdzie do katastrofy! PSE nie mogło sobie pozwolić na postulat wprost zakazujący montażu paneli fotowoltaicznych, bo to byłoby sprzeczne z prawem unijnym i umowami podpisanymi z Komisją Europejską, chociaż pewnie byłoby to bardziej szczere stanowisko. Jednak narzucenie rozliczeń net-billing wystarczy, by wszystkie nowe montaże nie miałyby sensu pod względem ekonomicznym.

Przy tej okazji PSE podniosło też rękę na spółdzielnie energetyczne, postulując likwidację rozliczeń net-metering. Spółdzielnie to jedyne w kraju realnie działające społeczności energetyczne, ale są na wczesnym etapie rozwoju – większość z nich nie zaczęła jeszcze rozliczać produkcji energii, bo dopiero podpisuje umowy ze spółkami obrotu. Postulat PSE to próba zduszenia zalążków spółdzielni energetycznych. 

Wnioski smutne i alarmujące

Wnioski są przygnębiające, a nawet budzą poważny niepokój. Trudno przejść obok nich obojętnie – pokazują skalę problemu. Jeśli Polskie Sieci Elektroenergetyczne, podmiot kluczowy dla bezpieczeństwa energetycznego kraju, stosuje publicznie dezinformację i manipulację, to znaczy, że nie jesteśmy bezpieczni. Pora zacząć kupować świeczki, bo nadchodzą dni mroku. Państwowe spółki energetyczne mimo swoich wpływów politycznych i ogromnych zasobów finansowych nie będą ratunkiem, będą przyczyną katastrofy. Musimy na nowo wymyślić system bezpieczeństwa energetycznego, bo aktualny przestaje być wiarygodny.

Obywatelskie społeczności energetyczne przedstawia się jako jeden z elementów współrządzenia miastem. – Wszystkie obywatelki i obywatele mogą stać się aktywnymi uczestniczkami oraz uczestnikami polityki energetycznej oraz klimatycznej miasta – powiedział Dariusz Szwed z Zielonego Instytutu.

Czym są same społeczności energetyczne? To po prostu osoby prawne opierające się na dobrowolnym oraz otwartym uczestnictwie, które mają prawo zajmować się wytwarzaniem, dystrybucją, dostawami i zużywaniem energii. Mogą też świadczyć usługi w obszarze efektywności energetycznej lub np. ładowania pojazdów elektrycznych. Co ważne, społeczności te mają prawo do podziału własnej energii elektrycznej między swoich członków.

W Polsce działa 1,7 mln dachowych instalacji fotowoltaicznych

Stowarzyszenie Ekologiczne EKO-UNIA oraz Zielony Instytut w marcu zorganizowały warsztaty dotyczące działalności obywatelskich społeczności energetycznych (OSE) w Małopolsce i na Dolnym Śląsku. W warsztatach wzięli udział przedstawiciele różnych grup interesów.

Uspołecznienie miejskiej polityki energetycznej może mieć wpływ na bezpieczeństwo energetyczne kraju. Społeczności energetyczne są w Unii Europejskiej regulowane przez dwa dokumenty: dyrektywę dotyczącą energii odnawialnej RED II oraz dyrektywę dotyczącą rynku wewnętrznego energii elektrycznej IEMD.

W Polsce działa 1,7 mln instalacji fotowoltaicznych. "Ale nie mamy ruchu społecznego"

Pierwsza ma służyć promowaniu odnawialnych źródeł energii (OZE), zachęcaniu do lokalnych inicjatyw oraz – przynajmniej na papierze – zapewnieniu równych szans. Druga ma na celu regulację wewnętrznego rynku energii elektrycznej, eliminowanie przeszkód w jego budowie. Ma też sprzyjać wzrostowi konkurencyjności i efektywności energetycznej oraz wspierać OZE. Polska do dziś nie wdrożyła w pełni dyrektywy IEMD, choć miała na to czas do 2020 r. To grozi Polsce postawieniu przed Europejskim Trybunałem Sprawiedliwości.

Jak ma się polski prosumeryzm, czyli wytwarzanie prądu na własną rękę? W Polsce działa w tej chwili około 1,7 mln dachowych instalacji fotowoltaicznych. – Ale nie mamy ruchu społecznego. Ci ludzie są kompletnie niezorganizowani – zauważył Szwed. – W przeciwieństwie do nich, górnicy przychodzą pod sejm, robią zadymę i często osiągają swoje.

W Polsce działa 1,7 mln instalacji fotowoltaicznych. "Ale nie mamy ruchu społecznego"

Za górnictwo płacimy 10 mld zł rocznie

Szacuje się, jak dodał, że w tym roku Polska przeznaczy na górnictwo 10 mld zł z budżetu państwa.

– Pytanie, dlaczego prosumenci, których jest w Polsce 4-5 mln, nie mają takiej siły oddziaływania? Nie ma lobby prosumenckiego.

Szwed zaznaczył, że gdybyśmy mieli odpowiedni system elektroenergetyczny, moglibyśmy zwiększyć udział zielonej energii z 50 proc. do 80 proc. a nawet 100 proc. Mogłoby to nastąpić np. dzięki magazynowaniu energii.

– Na rynku coraz częściej pojawia się ujemna cena energii elektrycznej. Wtedy ktoś, kto ma magazyn w domu, może zarabiać na ściąganiu jej z sieci i magazynować – nie tyle za darmo, co wręcz ma do tego dopłacane. Następnie, w odpowiednim momencie może ją sprzedawać.

W Polsce działa 1,7 mln instalacji fotowoltaicznych. "Ale nie mamy ruchu społecznego"

Dariusz Szwed tłumaczył, że w transformacji energetycznej nie chodzi tylko o dekarbonizację energetyki, czyli odejście od paliw kopalnych. Transformacja ma na celu przede wszystkim demokratyzację i decentralizację energetyki, czyli zwiększenie udziału obywatelskiego w polityce energetycznej oraz klimatycznej. Prosumenci i społeczności energetyczne współtworzą ją i wspólnie nią zarządzają. Są więc koniecznym centrum tej zmiany.

Projekt realizowany w ramach Inwestycji G1.1.4 Krajowego Planu Odbudowy i Zwiększenia Odporności Wsparcie dla instytucji wdrażających reformy i inwestycje w ramach REPowerEU (2)

Źródło: EKO-UNIA. Artykuł ukazał się pierwotnie na stronie Odpowiedzialny Inwestor. Projekt realizowany w ramach Inwestycji G1.1.4 Krajowego Planu Odbudowy i Zwiększenia Odporności: Wsparcie dla instytucji wdrażających reformy i inwestycje w ramach REPowerEU

O przebudowie przestarzałej sieci energetycznej w Polsce i potrzebie szerokiego uwzględnienia w tych działaniach prosumenckiej energetyki odnawialnej z Bernardem Swoczyną, który zajmuje się tematem magazynowania energii w Fundacji WWF Polska, rozmawia Przemysław Stępień.

Przemysław Stępień: Wielkimi krokami zbliża się reforma systemu prosumenckiego. Przynajmniej takie są zapowiedzi, ale nie do końca wiadomo, co jeszcze z tego wyniknie. Widać wielki ruch na rynku i firmy fotowoltaiczne mnożą się jak grzyby po deszczu. Tymczasem rząd chce teraz wcisnąć hamulec. Na ile obawy o wpływy PGE czy o stabilność sieci są uzasadnione?

Bernard Swoczyna: Obawy o wpływy PGE są uzasadnione, ale z zupełnie innego powodu. Fotowoltaiki ciągle mamy w Polsce mało, a panele produkują prąd tylko przez niewielką część czasu. Natomiast wpływy PGE są zagrożone przede wszystkim dlatego, że w tej chwili PGE ma bardzo dużo elektrowni węglowych, które po prostu będą przynosiły straty. Wynika to wprost z tego, że węgiel powoduje duże emisje dwutlenku węgla, a cena uprawnień do emisji dwutlenku węgla rośnie. Zwłaszcza że już coraz mniej tych uprawnień jest przekazywanych spółkom energetycznym za darmo. Zatem PGE ma większy kłopot z węglem niż z fotowoltaiką. W tej chwili zresztą próbuje pozbyć się tych elektrowni węglowych poprzez oddanie ich do nowej państwowej spółki zwanej NABE.

Jeśli chodzi o stabilność sieci, to owszem, w niektórych miejscach jest problem z nadmiarem rozproszonej generacji, ale ten problem jest bardzo lokalny. Problem występuje na poziomie sieci niskiego napięcia, na poziomie krótkich odcinków kabli, tych, które doprowadzają prąd bezpośrednio do domów albo wyprowadzają z domu. Czyli mówiąc krótko: na niektórych obszarach, np. na osiedlach domków jednorodzinnych, jeśli na każdym domku jest panel fotowoltaiczny, sieć nie jest przystosowana do tego, żeby każdy jednocześnie odprowadzał do sieci maksymalną moc przyłączeniową. Sieć jest zaprojektowana tak, że nie wszyscy zużywają maksimum prądu naraz. Albo nie wszyscy produkują maksimum prądu na raz. Natomiast w momencie, gdy na każdym domu się pojawi panel fotowoltaiczny, to lokalnie – powtarzam, lokalnie – może być to problemem.

Niestety, nasza sieć energetyczna jest przestarzała, niedoinwestowana, i to powinno się zmienić. Powinniśmy inwestować w naszą sieć nie tylko po to, żeby móc szerzej korzystać z fotowoltaiki, ale też po prostu żebyśmy mieli niezawodne dostawy prądu. A z tym jest problem na wielu obszarach Polski.

PS: W swoim ostatnim artykule w Wysokim Napięciu wspominałeś o dotowaniu magazynów energii, które byłyby wsparciem dla sieci. Trochę też wynikałoby z tego, co mówi PGE, że oni by chcieli zachęcić ludzi do budowania magazynów energii i żeby funkcjonowały w tandemie z fotowoltaiką. W Niemczech takich prosumentów z własnymi magazynami mamy już kilkaset tysięcy, a w Polsce praktycznie jeszcze nie istnieją. Jak widzisz rozwój tej branży w Polsce? I jaka powinna być rola rządu?

BS: Przede wszystkim w Niemczech są zupełnie inne warunki wsparcia prosumentów. To znaczy w Niemczech nigdy nie wprowadzono takiego jak w Polsce systemu „upustów”, który dla prosumentów jest prosty i korzystny. Polski system wsparcia powoduje, że magazynowanie energii u siebie po prostu się nie opłaca, bo można „magazynować energię w sieci”. Poza tym w Niemczech cena prądu jest wyższa, a to wynika z tego, że prąd jest obłożony wyższymi podatkami. Dlatego w Niemczech korzystanie z własnego prądu po prostu bardziej się opłaca.

Niemiecki właściciel paneli dostaje bardzo niewiele za prąd oddany do sieci, a jednocześnie za pobór z sieci płaci dwa razy więcej niż Polak. Więc w Niemczech konsumentom opłaca się inwestować magazyny energii na własne potrzeby i szacuje się, że tylko w tym roku przybędzie tam tych magazynów energii ok. 150 tysięcy. Czyli to się naprawdę dobrze rozwija, a przy okazji ceny magazynów spadają. W Polsce te magazyny energii też by się przydały. Natomiast jaki powinien być rozwój tej branży i jaka powinna być rola rządu? W Niemczech rozpoczęto od tego, że były dotacje do zakupu magazynów energii, choć nie były one zbyt duże. W Polsce przynajmniej na początku też nie obędzie się bez dotacji, bo rynek musi jakoś wystartować, a przecież ceny prądu dla zwykłych odbiorców są niższe niż w Niemczech.

Jeszcze zwróćmy uwagę na to, że w Niemczech te magazyny energii służą przede wszystkim do tego, żeby odbiorca prądu zużywał swój prąd na własne potrzeby. A w Polsce można dodatkowo by pomyśleć o tym, żeby świadczyły usługi dla sieci, jeśli w tejże sieci wydarzy się coś niespodziewanego. Weźmy na przykład sytuację sprzed kilku tygodni, gdy w ułamku sekundy awaria odcięła od sieci prawie całą elektrownię Bełchatów. Albo występujące normalnie w ciągu doby duże skoki zapotrzebowania. Praktycznie codziennie jest tak, że w ciągu dnia ta fotowoltaika daje dużo energii, natomiast wieczorem słońce zachodzi, a ludzie ciągle potrzebują dużo prądu. W tej chwili operator sieci przesyłowej, czyli PSE, na te kilka godzin każe zwiększać produkcję prądu w elektrowniach węglowych, ale można by pomyśleć o takim rozwiązaniu, w którym domowe magazyny byłyby sterowane przez PSE i dawały prąd na te kilka wieczornych godzin, gdy włączamy światło i siadamy przed telewizorem. Wtedy operator sieci miałby z tego korzyść i konsumenci też potencjalnie mogliby mieć z tego korzyści.

PS: W Australii coraz szerzej upowszechniane jest rozwiązanie wspólnotowych magazynów energii. Nawiązywał też do tego twój artykuł. Czy byłaby to jakaś opcja, żeby stawiać takie magazyny osiedlowe czy dzielnicowe? To operator sieci dystrybucyjnej budowałby takie lokalne magazyny energii, a nie prosument. Czy pomogłoby to zwiększyć przepustowość?

BS: Pomogłoby, jednak zgodnie z prawem Unii Europejskiej operatorowi systemu dystrybucyjnego nie wolno posiadać magazynów energii, bo jako właściciel sieci byłby naturalnym monopolistą. I z nikim by się nie chciał dzielić odpowiedzialnością. Natomiast operator na pewno może kontraktować tego typu usługi u innych firm czy osób. W związku z tym jest to jak najbardziej dobre rozwiązanie. Zwłaszcza że w Polsce największy problem z siecią energetyczną mamy w tej chwili na tych ostatnich kilometrach kabla, które doprowadzają prąd bezpośrednio do naszych domów. Więc im mniejsze są te magazyny energii, im bliżej nas, tym bardziej pomagają.

PS: W pokrewnym temacie: jak pan widzi kierunki rozwoju ciepłownictwa w Polsce? Jak będzie wyglądać proces dekarbonizacji? Wielkoskalowe pompy ciepła, geotermia, magazyny cieplne? Na razie w Polsce wszystko idzie siłą rozpędu prywatnie u prosumentów, w domach i mieszkaniach, gdzie już dosyć masowo ludzie sami inwestują i przerzucają się na pompy ciepła.

BS: No właśnie. Nie ma żadnych rozwiązań systemowych, a polski system ciepłowniczy wymaga praktycznie całkowitej zmiany. W tej chwili większość miejskich systemów ciepłowniczych – małych czy dużych – wykorzystuje węgiel lub gaz ziemny. Wiadomo, że ciepłownie i elektrociepłownie będą musiały odejść od tych paliw. W przypadku małych ciepłowni mamy produkcję ciepła bez produkcji prądu, co jest nieefektywne. Więc jeszcze trzeba pomyśleć o skojarzeniu tej produkcji prądu z produkcją ciepła. No i wreszcie wśród osób indywidualnych, które nie są podłączone do żadnej sieci ciepłowniczej, większość ciągle korzysta z węgla i gazu.

Stanowi to więc trudne wyzwanie, ale zwróćmy uwagę, że można je bardzo ułatwić po pierwsze poprzez termomodernizację, dzięki czemu ciepła potrzeba znacznie mniej, a po drugie dzięki wykorzystaniu przede wszystkim lokalnych surowców. W wielu miejscach w Polsce jest dość dobry potencjał do rozwoju geotermii: m.in. Podhale, zachodnia Polska i część Wielkopolski. Więc tam, gdzie są do tego warunki, jest to bardzo dobre źródło ciepła.

W pozostałych miejscach – częściowo właśnie wielkoskalowe pompy ciepła, a częściowo wykorzystanie jakichś surowców opartych o biomasę czy biogaz. Pamiętajmy, że tutaj trzeba szczególnie zwracać uwagę, żeby to była biomasa zrównoważona, np. z wykorzystaniem odpadów z rolnictwa, a nie dedykowanej produkcji rolniczej w monokulturach. Najważniejsza jednak jest oszczędność ciepła. Każde ciepło kosztuje, czy to z węgla, gazu, biomasy czy geotermii, więc im mniej tego ciepła potrzebujemy, tym po prostu mniej będzie to nas kosztowało.

PS: Spójrzmy teraz w przyszłość. Dużo się mówi o tym, że magazynów energii nie ma albo nie ma ich na wymaganą skalę. Obserwując zmiany na rynku magazynów energii, jakie stawiasz prognozy na najbliższe 5-15 lat? Sceptycy mówią, że nie da się tego przeskalować na potrzeby transformacji energetycznej i pozostajemy zależni od energetyki konwencjonalnej, szczególnie gazu jako rezerwy mocy. A twoim zdaniem?

BS: Popatrzmy na to, co już się dzieje: ceny magazynów spadają na łeb na szyję, i to od 20-30 lat. Na początku tego stulecia magazyny energii były zaporowo drogie i samochody elektryczne, jeśli były, albo wykorzystywały mało wydajne akumulatory kwasowo-ołowiowe i miały osiągi Melexa, albo były kosmicznie drogie. Dziesięć lat temu, gdy Tesla wprowadziła pierwszy nowoczesny samochód elektryczny, czyli Tesla Roadster, kosztował on 100 tysięcy dolarów. Obecnie Tesla Model 3 kosztuje 50 tysięcy dolarów, a przy tym jest większy, bardziej komfortowy i ma nieporównanie lepsze osiągi w większości kategorii. Ten postęp jest naprawdę gigantyczny. Cena spadła dokładnie o połowę za większe auto. Sama cena baterii musiała spaść przynajmniej kilkakrotnie.

W tej chwili w Chinach paczka baterii do autobusu elektrycznego kosztuje na poziomie 100 dolarów za kilowatogodzinę pojemności. Małe domowe magazyny energii – już łącznie z montażem i podłączeniem – kilka lat temu w Niemczech kosztowały 1000 euro za kWh, teraz 700. Czyli widzimy, że te ceny spadają bardzo szybko, a najbardziej cena samego urządzenia.

Czy w przypadku samochodów elektrycznych, czy w przypadku magazynów zainstalowanych w domach, coraz większą część kosztów stanowi cena samych pozostałych komponentów samochodowych czy robocizny. Czyli widać, że cena samego magazynu energii spada niezwykle szybko. Za 10-15 lat cena magazynu energii będzie na tyle niska, że również w krajach takich jak Polska opłacać się będzie ich stawianie na masową skalę, i to bez dopłat. Dotyczy to zarówno dużych magazynów sieciowych, jak i takich małych u odbiorców końcowych, choć zależy to od tego, jaki będzie system rozliczeń. Te magazyny po prostu będą opłacalne.

Podobnie było na przykład z energią wiatrową i słoneczną, najpierw się do niej dopłacało, a potem staniała na tyle, że dziś opłaca się z niej korzystać nawet bez dopłat. Te źródła energii stają się już powszechne również w Ameryce Południowej, w krajach Bliskiego Wschodu, w Indiach, Australii… Nie dlatego, że wszystkie te kraje nagle chcą być ekologiczne. Weźmy Rosję czy Arabię Saudyjską: one raczej nie patrzą na ochronę środowiska, ale po prostu na korzyści biznesowe.

Tak samo będzie z magazynami energii. Na pewno będą stosowane na coraz większą skalę. Natomiast jeśli chodzi o węgiel czy gaz, to w przeciągu 10-15 lat nie znikną całkowicie ze świata. Zwłaszcza w krajach rozwijających się będą ciągle wykorzystywane. Jednak ich cena jest dość wysoka i będzie rosła, bo zawsze najpierw zaczyna się eksploatację od najlepszych złóż, po czym sięga się po te trudniej dostępne, a więc droższe. To będzie jakimś hamulcem w rozwoju tych krajów biedniejszych. W Polsce powinniśmy dbać o to, żeby znaleźć się wśród tych, którzy będą korzystać na transformacji energetycznej, a nie biedniejszych krajów, które na zapóźnieniu energetycznym stracą.

PS: Twój wywód zainspirował mnie do zadania pytania o kraje globalnego południa. Czy nie może być jednak tak, że dojdzie do jakiegoś skoku cywilizacyjnego? Ominą ten etap węglowy i od razu przejdą na energetykę słoneczną i wiatrową? W końcu wiele z tych krajów ma do tego idealne warunki.

BS: Zdecydowanie tak. Na przykład w Afryce na dużą skalę już się tak dzieje, w miejscach, gdzie nie ma struktury energetycznej. Tam ludzie po raz pierwszy w życiu otrzymują dostęp do prądu właśnie dzięki odnawialnym źródłom energii. Najważniejszą technologią jest oczywiście fotowoltaika. Oprócz tego dobudowywane są małe magazyny energii wystarczające do zasilenia najbardziej podstawowych urządzeń: lodówek, telefonów komórkowych. Oczywiście ludzie w Afryce zużywają mniej prądu niż my, więc można powiedzieć, że im jest łatwiej, bo nie muszą od razu osiągać tak wysokiego poziomu zużycia prądu. Natomiast tam rozwija się to od podstaw, i to w charakterze off-grid.

Podobnie było z telefonami. Są kraje w Afryce, w których w ogóle nie ma telefonii stacjonarnej, ale jest telefonia komórkowa. Albo np. nie ma w ogóle w obiegu tradycyjnej waluty, a ludzie płacą impulsami do telefonii komórkowej. Wymieniają się minutami czy SMS-ami, i w ten sposób płacą za warzywa na targu. Mamy więc tutaj do czynienia z regionami, które wydają się mało rozwinięte pod względem rozwiązań cyfrowych czy energetycznych, a de facto są w absolutnej awangardzie współczesnego świata.

PS: Czy są jakieś technologie magazynowania, które budzą twoją szczególną nadzieję? Dlaczego?

BS: Jest kilka takich technologii, ale na pewno bardzo duże znaczenie będą miały technologie, które już znamy i które już są wykorzystywane, np. baterie litowo-jonowe. Te same, które mamy w telefonach komórkowych, laptopach czy w samochodach elektrycznych. One bardzo szybko tanieją i w zasadzie już stały się podstawową technologią magazynowania energii. W najbliższych latach na pewno jeszcze się rozwiną, jeszcze bardziej stanieją, zwłaszcza pewna ich odmiana – tzw. baterie LFP (litowo-żelazowo-fosforanowe). To jest w tej chwili jedna z najtańszych technologii, a w dodatku te ogniwa mają bardzo dużą żywotność – od 2 tysięcy do nawet 10 tysięcy cykli! Wielokrotnie więcej, niż klasyczne. Można sobie wyobrazić, że gdybyśmy mieli telefon z taką baterią, który byśmy ładowali co dwa dni, miałby on żywotność od 12 do 60 lat. Mówimy tutaj o naprawdę nadzwyczaj długiej żywotności.

Tego typu baterie mogą być stosowane np. w autobusach elektrycznych, gdzie sama bateria przeżyje autobus, albo właśnie do magazynowania energii z fotowoltaiki. Wtedy taka bateria starcza na 15 i więcej lat. Można powiedzieć, że wtedy faktycznie jest ona podporą systemu energetycznego na przyszłość.

Jeśli chodzi o inne technologie, duże nadzieje wiążę z bateriami przepływowymi, np. wanadowymi, dlatego że one mają dość prostą konstrukcję i dużą pojemność. Co ważne, można je bardzo łatwo rozbudowywać. Mamy do czynienia z dwoma zbiornikami z ciekłym elektrolitem: w jednym zbiorniku gromadzimy elektrolit naładowany, a w drugim rozładowany. Pomiędzy nimi jest ogniwo, które dostarcza prąd lub go odbiera przy przepływie w jedną lub drugą stronę. Na dobrą sprawę, jeśli chcemy powiększyć taką baterię, wystarczy dostawić dodatkowy zbiornik i już mamy więcej tego elektrolitu. Więc to jest taka technologia, która jest łatwa do rozbudowy, a jej produkcja jest bardzo elastyczna. Wyobraźmy sobie, że gdzieś potrzebujemy nagle więcej energii, bo trwa sezon turystyczny, odbywa się jakiś festiwal, który wymaga dużo zasilania, a nie mamy tam mocnego przyłącza energetycznego. Przyjeżdża taka bateria o odpowiedniej pojemności, która zasila miasteczko przez dzień lub dwa. Jeśli potrzeba więcej energii, przyjeżdża dodatkowa cysterna z elektrolitami, a potem to wszystko można zapakować na ciężarówki i przewieźć w inne miejsce. Pod tym względem jest to technologia, która jest naprawdę bardzo wygodna.

Kolejnym przykładem jest magazynowanie energii cieplnej. Jak ogrzewamy dom pompą ciepła, przez większą część sezonu grzewczego ta pompa nie musi działać z maksymalną mocą. Dobrze by było, żeby była uruchomiona wtedy, kiedy prądu w sieci mamy nadmiar, czyli np. w nocy, i wtedy to ciepło mogłoby być przechowywane w kubaturze budynku. Dostosowanie poboru do możliwości sieci jest jedną z najważniejszych rzeczy. Na pewno bardzo nam to pomoże przy przejściu w większym stopniu na odnawialne źródła energii czy podczas ostatecznego wycofywania energetyki węglowej i gazowej z Polski.

PS: A jaka tu rola dla bioenergii?

BS: Na pewno bardzo pożyteczne byłoby lepsze zarządzanie energią z biomasy: biogazem, biomasa energetyczną czy bioetanolem. W tej chwili większość elektrowni na biomasę czy biogaz działa przez cały czas z maksymalną mocą. To jest może tańsze pod względem kosztów inwestycyjnych, natomiast w ten sposób nie pomagają one w bilansowaniu sieci. Nie dostosowują swojej produkcji do zapotrzebowania. Tę odnawialną energię musimy wykorzystywać bardzo rozsądnie.

Pamiętajmy, że nie mamy jej za dużo, bo musimy zachować znaczną część powierzchni kraju pod uprawę żywności czy też poszerzać obszary chronione przyrodniczo. Dobrze by było, żeby ta cenna bioenergia, która ma wiele zalet, bo jest np. dostępna na żądanie, była wykorzystywana do produkcji prądu wtedy, kiedy jest najcenniejsza i kiedy tego prądu potrzebujemy najwięcej. To jest taka kolejna technologia magazynowania energii, która byłaby bardzo przydatna.

PS: Magazynowanie energii jest więc konieczne dla dekarbonizacji?

BS: Trzeba szeroko podkreślać, że magazynowanie energii jest potrzebne. A im szybciej się tę branżę rozwinie w Polsce, tym po prostu bardziej na tym skorzystamy, zarówno technologicznie, jak i w kontekście osiągania celów klimatycznych.

PS: A czy widać w tym zakresie jakąś zmianę podejścia u decydentów?

BS: Na razie zapowiedzi dotyczą innego sposobu rozliczania prosumentów. Ci, którzy podłączą instalacje fotowoltaiczne do końca roku, jeszcze skorzystają z korzystnego i wygodnego systemu upustów. Potem będzie można tylko sprzedawać nadwyżki energii do agregatora po cenie znacznie niższej niż cena późniejszego poboru energii z sieci.

PS: Wydaje się, że do serca sobie wzięli zakładane w PEP 2040 osiągnięcie 5-7 GW fotowoltaiki do 2030 roku i w związku z tym zamierzają włączyć hamulce z końcem roku.

BS: Wygląda na to, że niestety tak. Nadwyżka energii od właściciela paneli ma być sprzedawana do tak zwanego „agregatora”. Rząd bardzo mocno ogranicza możliwość stania się takim agregatorem. Można powiedzieć, że narzuca dość mocne ograniczenie na to, które firmy mogą zajmować się obrotem energią elektryczną. To trochę dusi ten rynek. Niedługo może być tak, że energią będą mogli handlować tylko ci, którzy już to robią, czyli wielkie spółki energetyczne. W tym zakresie przydałoby się uproszczenie przepisów.

PS: Tym bardziej, że w najbliższym czasie nie ma żadnych innych perspektyw na nowe źródła energii, więc zamiast utrudniać rozwój alternatywnych źródeł energii i rozwiązań wspierających, powinni je upraszczać.

BS: Będzie duży problem po 2025 roku. Wtedy kończy się obecne wsparcie z rynku mocy, więc na dobrą sprawę większość elektrowni węglowych z dnia na dzień przestanie być opłacalna. Jeśli pozostaną one w strukturze spółek energetycznych, to spółki te będą zagrożone bankructwem. Jeśli z kolei zgodnie z zapowiedziami zostaną przeniesione do NABE, okaże się, że od 2025 roku musimy rokrocznie dopłacać jakieś ogromne sumy do elektrowni węglowych, które będą własnością Skarbu Państwa.

PS: Dziękuję bardzo za rozmowę.

I Ogólnopolski Kongres Energetyki Obywatelskiej był okazją do policzenia szabel zwolenników rozproszonej, odnawialnej energetyki w Polsce. Jak wypadła? (więcej…)

Po wielu latach dyskusji Sejm RP przyjął ustawę o odnawialnych źródłach energii. Nikt nie jest do końca zadowolony, chociaż wydaje się, że lobbyści indywidualnych instalacji osiągnęli pewien sukces. Jakie są największe wady nowej ustawy? Utrwalenie negatywnego postrzegania OZE, niewykorzystane szanse rozwoju energetyki społecznej oraz brak zachęt do harmonijnego współdziałania OZE z systemem elektroenergetycznym.

Aukcje na energię

Nowa ustawa wprowadza aukcje na energię z OZE od roku 2016. System aukcyjny ma stopniowo zastąpić istniejący system zielonych certyfikatów. Celem systemu aukcyjnego jest poddanie wydatków na OZE pewnej kontroli i ograniczeniu. Chociaż działający obecnie system zielonych certyfikatów jest bardzo niestabilny, to jednak ma on pewne cechy rynkowe, które są likwidowane w systemie aukcyjnym i zastępowane systemem stałych taryf.

Aukcje mają dotyczyć poszczególnych technologii, a ich ogłaszanie będzie poprzedzone ustaleniem cen referencyjnych. O ile ceny referencyjne mogą być narzędziem ograniczenia wsparcia dla OZE, to ich obiektywne ustalenie jest bardzo trudne i będzie mieć charakter uznaniowy. Może to powodować szereg nieprawidłowych relacji pomiędzy producentami i administracją, prowadząc do manipulacji cenami referencyjnymi.

Prosumenci

Rozwiązania przyjęte w nowej ustawie trudno nazwać prosumenckimi. Preferowana jest nie produkcja na własny użytek, ale sprzedaż całej wyprodukowanej energii do systemu. W dodatku produkcję tej energii, jak również przyłączenie instalacji, wyłączono spoza praktycznie jakiejkolwiek kontroli. Producenci energii z małych instalacji nie muszą uzyskiwać koncesji czy zgody na przyłączenie instalacji i nie muszą prowadzić działalności gospodarczej w zakresie produkcji energii elektrycznej. Oznacza to znaczne uprzywilejowanie dla pewnej grupy, prowadzącej w praktyce jednak działalność gospodarczą, ale bez jej rejestracji.

Niejasne jest w jaki sposób będą wykazywane dla celów podatkowych przychody ze sprzedanej energii oraz inne przychody, jak unikanie płacenia znacznej części opłaty sieciowej czy zyski z net meteringu, które są w zasadzie zyskami ze sprzedaży opcyjnej. W ustawie wprowadzono wiele subsydiów dla prosumentów, i ciekawym jest czy Urzędy Skarbowe „podarują” spore przychody grupie obywateli, którzy teoretycznie powinni traktowania na równi z innymi, a nie są, tylko dlatego, że założyli małą instalację do produkcji energii elektrycznej.

W ustawie jest zastawiona pułapka na potencjalnych prosumentów. Podmioty zobowiązane do nabywania energii z małych instalacji mogą stosować preferencyjne ceny zakupu 75gr/kWh lub 65gr/kWh tylko w przypadku, gdy mają pewność, że mikroinstalacja do 3kW mocy należy do pierwszych 300MW, a mała instalacja od 3-10kW do pierwszych 500MW takich instalacji w kraju. Brak jasnego systemu rejestracji tego typu instalacji, ustalania ich kolejności i wystawianie odpowiednich świadectw/zaświadczeń może spowodować, że cały pomysł pozostanie na papierze.

Niepokój budzi brak kontroli dotyczącej przyłączenia, a następnie działania, co prawda małych, ale jednak instalacji produkujących energię elektryczną. Mogą one stanowić poważne źródło zagrożeń dla prac konserwacyjnych i naprawczych na liniach dystrybucyjnych. Stosowane obecnie procedury bezpieczeństwa nie przewidują możliwości pojawienia się napięcia na końcu wyłączonej linii energetycznej. Co prawda, instalacje OZE są w większości budowane jako źródła prądowe potrzebujące podania zewnętrznego napięcia, aby generować energię, jednak coraz powszechniej stosowane zasobniki energii mogą być właśnie takim źródłem napięcia i pobudzić do pracy małe instalacje OZE w odłączonej linii energetycznej, na które pracują ludzie dokonujący napraw i konserwacji, przekonani, że odłączona linia jest bezpieczna.

Energetyka społeczna

W ustawie nie wykorzystano szansy na wsparcie dla energetyki społecznej, preferując rozwiązania indywidualne. To wielka szkoda.

Energetyka rozproszona pozwala na wykorzystywanie różnego rodzaju źródeł energii przy stymulacji aktywności lokalnych społeczeństw. Preferencje i odpowiednie środki wsparcia powinny być kierowane do różnego rodzaju spółdzielni energetycznych, których współwłaściciele produkowaliby energię elektryczną za pomocą różnych technologii, a także ciepło, zapewniając bardziej równomierną w czasie produkcję i harmonijną współpracę z systemem elektroenergetycznym.

Takie spółdzielnie energetyczne mogłyby działać jako współwłasność prywatno-państwowa z zaangażowaniem środków gminnych oraz środków otrzymywanych z Unii Europejskiej. Spółdzielnie energetyczne byłyby częścią planów zrównoważonego rozwoju i obniżenia emisji. Byłyby one również impulsem do powstawania małych firm energetycznych, świadczących usługi na rzecz powstających spółdzielni, zapewniając profesjonalną obsługę i bezpieczną pracę instalacji OZE oraz lokalnej sieci.

Na stosowanych w obecnej ustawie o OZE rozwiązaniach zarobi kilkaset tysięcy zamożnych właścicieli willi, a odbędzie się to kosztem pozostałych użytkowników energii, którzy nie mają szans zostać „prosumentem” i skorzystać z bardzo dużych przywilejów danych w ustawie. Nie przyczyni się to do tworzenia podstaw długofalowego rozwoju odnawialnych źródeł energii, ale będzie utrwalać negatywny obraz producentów energii z OZE.

Współpraca OZE z systemem elektroenergetycznym

Wzrost produkcji z odnawialnych źródeł energii wymaga ich harmonijnej współpracy z systemem elektroenergetycznym. Z pierwszej fazy rozwoju OZE nazywanej „produce and forget”, trzeba przejść do kolejnej, która nazywana jest „network cooperation”.

Konieczne jest zmniejszenie wahań w produkcji energii z OZE. W tym celu należy tworzyć lokalne obszary bilansowania w sieci dystrybucyjnej, w których niestabilna w czasie produkcja energii elektrycznej z OZE byłaby kompensowana przez inne technologie, jak instalacje biomasowe i biogazowe, wykorzystanie mikrokogeneracji oraz zastosowanie zasobników energii. Tylko takie lokalne obszary bilansowania i źródła odnawialne pracujące w klastrach wyrównujących niestabilność produkcji są w stanie zapewnić wzrost produkcji z OZE w dłuższym horyzoncie czasowym.

OZE_Mielczarski

Odnawialne źródła energii mogą też świadczyć różnego rodzaju usługi systemowe na rzecz sieci dystrybucyjnej podnosząc jakość dostaw energii. Przykład aktywnego obszaru bilansowania pokazany jest na rysunku. Wykorzystanie w nim, poprzez odpowiednie systemy optymalizacyjne, różnego rodzaju źródeł i aktywnych odbiorów dla kształtowania się profilu przepływu energii pomiędzy systemami lokalnymi/dystrybucyjnymi i systemem lokalnym/przesyłowym jest w stanie zapewnić stabilność pracy systemu elektroenergetycznego przy dużym udziale OZE. Byłaby to również możliwość finansowego wsparcia producentów OZE. Szkoda, że nowo uchwalona ustawa nie przewiduje takich możliwości.

W Polsce obecnie zainstalowanych jest około 4000MW elektrowni wiatrowych. Moc instalacji fotowoltaicznych (PV) jest bardzo niewielka, ale pomimo to, przy silnych wiatrach i produkcji z elektrowni wiatrowych na poziomie 3500MW oraz nałożenia się kołowych przepływów z systemów sąsiednich, również powodowanych przez produkcję z farm wiatrowych, polski system elektroenergetyczny zbliża się do granic stabilności. Zwiększenie mocy farm wiatrowych i instalacji PV o kolejne 2000-3000MW będzie powodowało konieczność awaryjnego wyłączania instalacji OZE.

Trudno sobie wyobrazić dalszy wzrost produkcji energii ze źródeł odnawialnych bez lokalnych obszarów bilansujących, o ile instalacje OZE nie mają być wyłączane awaryjnie przez operatorów sieci, co będzie powodowało spadek wolumenu produkcji i odpowiedni wzrost kosztów. Dlatego konieczne jest już obecnie identyfikowanie barier rozwoju OZE i wprowadzanie takich zasad, które pozwolą na dalszy, długofalowy rozwój OZE bez naruszania stabilności pracy systemu elektroenergetycznego. Miejmy nadzieję, że nowa czy zmieniona ustawa o OZE pozwoli na stworzenie warunków długoterminowego rozwoju produkcji energii ze źródeł odnawialnych.

Zielona posłanka z Niemiec Bärbel Höhn opowiada o źródłach sukcesu i wyzwaniach związanych z niemiecką transformacją energetyczną w rozmowie z Bartłomiejem Kozkiem. (więcej…)

Fotowoltaika rozwija się dynamicznie dzięki odkryciom i masowemu wdrażaniu nowych technologii. Nowe pomysły zwiększają sprawność zamiany energii promieniowania Słońca na prąd elektryczny.

W najnowszych rozwiązaniach łączona jest technologia monokrystalicznego i polikrystalicznego krzemu. Zapewnia ona wysoką sprawność zarówno w dni pochmurne, jak i słoneczne. W czasie zachmurzenia taki panel wykorzystuje rozproszone promieniowanie ultrafioletowe.

Zwiększenie ilości ścieżek połączeń pomiędzy ogniwami również podnosi sprawność, a ponadto zmniejsza straty w przypadku mikropęknię lub uszkodzenia panelu oraz spowodowane cieniem elementów konstrukcyjnych, komina lub drzew. W niedługim czasie rozwój tej technologii pozwoli na zwiększenie opłacalności fotowoltaiki tak, że będzie się obywać bez dotacji, a nawet może spowodować obniżenie rynkowej ceny za energię elektryczną.

Prawo skali powoduje, że panele stają się coraz tańsze. Obecnie panel o mocy 250 W można kupić już za 160 euro. Sytuacja ta sprawia, że wiele krajów wspiera ten rodzący się filar cywilizacji zrównoważonego rozwoju.

Czy Polska dołączy do tej sztafety? Czy redukcja emisji dwutlenku węgla odbędzie się przy udziale energetyki odnawialnej czy atomowej?

Planowana przez Ministerstwo Gospodarki nowelizacja ustawy o OZE blokuje rozwój obywatelskiej fotowoltaiki – ewidentnie skrojona jest ona pod potrzeby wielkich korporacji. Zamiast jasnej oferty dla społeczeństwa, proponuje się mętny, nieprzewidywalny system aukcyjny, który nie sprawdził się ani w Wielkiej Brytanii, ani we Włoszech, ani też w Holandii. Faworyzuje on dużych inwestorów, praktycznie eliminując małe, montowane na dachach budynków inwestycje zwykłych obywateli. Wielka Brytania właśnie się z niego wycofuje. Jak nazwać forsowanie gorszych, niebezpiecznych, niegospodarnych rozwiązań?

Sprawdził się natomiast system niemiecki, dotujący mikroelektrownie słoneczne poprzez zakontraktowanie średnio dwukrotnie wyższej ceny za prąd z baterii słonecznych, niż wynosi cena rynkowa. Na dachach domów, hal produkcyjnych i stodół powstało w ciągu kilku lat setki tysięcy elektrowni, wiele miast i wsi osiągnęło samowystarczalność energetyczną. Niemcy mają obecnie 10.000 razy więcej zainstalowanej mocy z baterii słonecznych niż Polska.

Ponad sto tysięcy obywateli Niemiec i podobna liczba Duńczyków stała się udziałowcami elektrowni wiatrowych. Udział w takiej spółdzielni gwarantuje dywidendę w wysokości 4% oraz możliwość zakupu energii elektrycznej po niższej cenie. Niemcy mogą teraz wyłączać swoje niebezpieczne elektrownie atomowe.

W ubiegłym roku pojechaliśmy na badawczą wyprawę aby naocznie się o tym przekonać. Instytut Badań i Rozwoju opublikował na YouTube relacje filmowe. Panele na dachach widzieliśmy w prawie każdej wiosce. W niektórych na co trzecim domu lub stodole. Odwiedziliśmy samowystarczalne gospodarstwa ekologiczne. Przy wejściu do stodoły obserwowaliśmy licznik, pokazujący aktualnie produkowaną moc. Nawet w pochmurny dzień wykazywał on nadwyżkę, odsprzedawaną do sieci. Inwestycja zwróciła się po 4 latach. Czy takie prawo – korzystne dla setek tysięcy obywateli – możliwe jest również w Polsce?

Brak stabilnej długoterminowej polityki rozwoju energetyki odnawialnej jest konsekwencją apatii, niechęci i niewiary w możliwość współudziału w życiu publicznym, jest wyrazem niedorozwoju społeczeństwa obywatelskiego. Konieczne jest zaangażowanie w politykę ludzi, którzy to rozumieją. Moc sprzeciwu zależeć będzie od zaangażowania aktywistów, sympatyków, lobbystów. Nikt tego za nas nie zrobi.

Obecnie każdy obywatel może założyć mikroelektrownię do 40 kW, zgłosić potrzebę wymiany licznika na dwukierunkowy i odsprzedawać energię elektryczną po cenie 80% ceny ubiegłorocznej. Takie prawo czyni opłacalnym rozwiązanie polegające na wytwarzaniu energii na poziomie 70%-80% zapotrzebowania własnego. W czasie dnia nadmiar energii jest odsprzedawany do sieci, zaś wieczorem i w nocy odkupywany – niestety po wyższej cenie.

Płacąc rachunek w wysokości 200 złotych za miesiąc, najbardziej opłaca się postawić na dachu 8 paneli o łącznej mocy 2 kW. Koszt takiej instalacji wyniesie około 15 tysięcy złotych i zwróci się po 10 latach. Przy dotacji z Wojewódzkiego lub Narodowego Funduszu Ochrony Środowiska wynoszącej 50% zwróci się już po 5 latach.

Czy nie prościej byłoby jednak wzorem Niemiec zakontraktować potrzebną ilość energii elektrycznej ustalając cenę na niezbędnym do jej zainicjowania poziomie? Im wyższa cena zostanie zakontraktowana za energię odnawialną, tym więcej osób zdecyduje się na budowę większych instalacji odsprzedających prąd do sieci. Priorytet dla mikroelektrowni pozwoli większej liczbie ludzi cieszyć się z paneli na dachu – wzmocni zwykłych obywateli – prosumentów. Bez żadnych wniosków o dotacje.