Pierwszy dostępny test do wykrywania nowego GMO przy zastosowaniu edycji genomu.

Warszawa, 7 września 2020. IFOAM Organic Europe (Międzynarodowa Federacja Rolnictwa Ekologicznego) wraz z innymi organizacjami pozarządowymi, stowarzyszeniem producentów żywności i pasz bez GMO (VLOG) oraz handlowcami żywności, informują, że została opracowana i opublikowana metoda wykrywania produktów wyprodukowanych przy pomocy nowej techniki hodowlanej – edycji genomu. [1] Nowe badania obalają oświadczenia przemysłu biotechnologicznego i niektórych twórców prawa, że nowe produkty GMO uzyskane za pomocą edycji genomu są nie do odróżnienia od innych produktów bez GMO i dlatego nie mogą być uregulowane prawnie. [2]

Nowa metoda pozwala na wykrycie rzepaku odmiany tolerancyjnej na herbicyd, uzyskanej metodą edycji genomu – nowego GMO. Metoda ta pozwoli krajom członkowskim UE na testowanie w celu zapobiegania nielegalnemu wprowadzaniu niedopuszczonych produktów GMO do łańcucha żywności i pasz. Dotychczas kraje członkowskie UE nie miały możliwości sprawdzania produktów importowanych na obecność modyfikowanego genetycznie rzepaku z USA i Kanady. Nowa metoda pozwoli także firmom żywnościowym, handlowcom, jednostkom certyfikującymi i krajowym inspekcjom bezpieczeństwa żywności na sprawdzanie czy produkty nie zawierają genetycznie modyfikowanego rzepaku.

Heike Moldenhauer, doradca Niemieckiego Stowarzyszenia Producentów Żywności bez GMO (VLOG), powiedziała: “Ta nowa metoda wykrywania jest kamieniem milowym w ochronie konsumentów i producentów. Urzędy mogą od teraz identyfikować niedopuszczone rośliny uzyskane metodą edycji genomu. Pomoże to pszczelarzom, rolnikom, hodowcom, producentom żywności i pasz oraz handlowcom utrzymać łańcuchy żywnościowe bez GMO i spełniać oczekiwania konsumentów na żywność bez GMO”.

Nowa metoda została opublikowana w piśmie naukowym Food. [3] Pozwala ona na wykrycie odmiany rzepaku SU Canola amerykańskiej firmy Cibus, odpornej na niektóre herbicydy. [4] Austriacka Agencja Ochrony Środowiska (Umweltbundesamt), członek Europejskiej Sieci Laboratoriów GMO oceniła tę metodę, jako spełniającą standardy prawne UE.

Europejski Trybunał Sprawiedliwości dwa lata temu wydał wyrok, że organizmy uzyskane przy pomocy metody edycji genomu podlegają prawu UE dotyczącemu GMO. Trybunał orzekł, że wyłączanie nowego GMO spod prawa unijnego jest sprzeczne z celem regulacji oraz nie spełnia zasady przezorności zawartej w traktatach stanowiących podstawy prawa unijnego i będących podstawą zasad bezpieczeństwa żywności. [5]

Nowa metoda testowania pokazuje, że prawo UE określające GMO może być również zastosowane do nowych rodzajów GMO uzyskanych metodą edycji genomu, co pozwoli na utrzymanie wysokich standardów bezpieczeństwa żywności.

Franziska Achterberg, dyrektor ds polityki żywności Greenpeace EU powiedziała: “Najwyższy sąd UE orzekł, że rośliny uzyskane metodą edycji genomu są regulowane prawem dotyczącym GMO i jest to konieczne dla ochrony konsumentów i środowiska. Wypowiedzi, że rośliny uzyskane metodą edycji genomu są nie do wykrycia i dlatego nie mogą być uregulowane prawem dotyczącym GMO, są nieuprawnione. Wykazaliśmy, że rośliny GMO uzyskane metodą edycji genomu mogą być wykrywane. Nie ma już wymówek, że nowego GMO nie da się podporządkować istniejącemu prawu dotyczącemu bezpieczeństwa GMO i znakowania nowego GMO. Komisja Europejska i rządy muszą stosować nowe metody wykrywania i rozwijać procedury, które będą identyfikować produkty uzyskane z zastosowaniem metody edycji genomu.”

Dr John Fagan z Health Research Institute (Iowa, USA) powiedział: “Metoda, którą rozwinęliśmy pozwala wykryć prawdopodobnie najtrudniejszą klasę edycji genomu – modyfikacji pojedynczego elementu w kodzie genetycznym. Od czasu, gdy środowisko naukowe stosuje podobne podejście od dwudziestu lat do wykrywania bardziej złożonego GMO, jest bardziej prawdopodobne, że to podejście może być użyte do opracowania metod wykrywania większości, jeśli nie wszystkich, produktów uzyskanych metodą edycji genomu. Dobra wiadomość to, że procedury i wyposażenie laboratorium może być podobne do tego, które jest znane wszystkim urzędowym i komercyjnym laboratoriom.


[1] Termin „edycja genomu” (‘genome editing’) jest często używany w odniesieniu do nowych technik hodowlanych, które umożliwiają uzyskanie nowych cech bez dodawania obcego materiału genetycznego. Najbardziej znaną metodą jest CRISPR-Cas. Oprócz zamierzonych zmian, edycja genomu powoduje również niezamierzone zmiany genetyczne, które moga wpływać na bezpieczeństwo produktu dla ludzi i środowiska. Długoterminowy wpływ GMO na zdrowie i środowisko nie został dotąd zbadany. Obecnie na rynku dostępne są dwa produkty uzyskane metodą edycji genów, które są uprawiane w Północnej Ameryce: rzepak Cibus’ SU Canola i soja Calyxt o wysokiej zawartości kwasu oleinowego.

[2] Badania zostały przeprowadzone przez konsorcjum pod kierownictweme Dr Johna Fagana w Health Research Institute (Iowa, USA). Badania zostały sfinansowane przez organizacje: Greenpeace European Unit, Greenpeace Germany, Sustainability Council of New Zealand; Stowarzyszenie Producentów Żywności bez GMO VLOG (Niemcy), ARGE Gentechnik-frei (Austria), the Non-GMO Project (USA); Organic and Natural Health Association (USA); Międzynarodową Federację Rolnictwa Ekologicznego IFOAM Organics Europe i SPAR – wiodącą sieć handlową w Austrii.

[3] Fagan, J., Chhalliyil, P., Ilves, H., Kazakov, S., Howard, S., Johnston, B., 2020, A Real-Time Quantitative PCR Method Specific for Detection and Quantification of the First Commercialized Genome-Edited Plant. In: Foods, [Link to online publication]

[4] rzepak SU Canola powstał przy zasosowaniu metody edycji genomu o nazwie oligo-ukierunkowanej mutagenezy (ODM).

[5] Wyrok Europejskiego Trybunału Sprawiedliwości C-528/16, para 53. 25 lipca 2018

Unia Europejska od lat promuje tzw. „gospodarkę obiegu zamkniętego”. W skrócie, Unia wspiera wszelkie inicjatywy, pośrednio i bezpośrednio, zmierzające do wprowadzenia na terenie krajów członkowskich takiego systemu gospodarczego, w którym maksymalnie zmniejsza się zużycie nowych surowców poprzez wytworzenie zamkniętych procesów produkcyjnych.

Tak więc odpady produkowane w ramach jednych procesów są wykorzystywane jako surowce w ramach innych, co minimalizuje ilość odpadów produkcyjnych, które pozostają niezagospodarowane. Przykładem zmiany myślenia o odpadach przez Brukselę jest decyzja o zakończeniu dotowania z pieniędzy unijnych wszelkich inwestycji, które nie realizują wspomnianej polityki – np. spalarni odpadów. Dzięki temu cenny surowiec pochodzący z odpadów nie będzie „szedł z dymem”.

Warto przypomnieć o zobowiązaniach, jakie zostały nałożone na Polskę w związku z przyjęciem przez europarlamentarzystów w kwietniu 2018 r. pakietu dotyczącego gospodarki w obiegu zamkniętym. Nowe prawo zakłada że 55% odpadów komunalnych do 2025 r. (cel ten wzrośnie do 60% do 2030 r. i 65% – do 2035 r.) będzie objęte recyklingiem, a do 2035 r. jedynie 10% odpadów komunalnych ma podlegać składowaniu. Aby spełnić tak wysokie wymagania, Polska musi bardziej efektywnie prowadzić, promować i rozwijać selektywną zbiórkę odpadów. W 2016 r. poziom recyklingu w Polsce wyniósł jedynie 28%. W 2020 r. powinien wynieść 50%, inaczej zapłacimy kary – i choć według Komisji Europejskiej zagrożonych jest aż 14 państw, to nie ma się co chwalić przynależnością do tego grona. Są państwa, które już teraz spełniają powyższe wymagania. Prymusem wśród państw europejskich jest Belgia – mniej niż 1% wyprodukowanych w tym kraju odpadów jest składowanych.

Przeciwdziałanie

W celu zintensyfikowania zmian w gospodarce odpadowej i aby zniwelować zaniedbania na polu recyklingu w naszym kraju, wprowadzono nowelizację ustawy o utrzymaniu czystości i porządku w gminach oraz akty wykonawcze do ustawy. Przepisy obowiązujące od 1 stycznia 2019 roku wymuszają na samorządach implementację nowego systemu segregacji odpadów. System ten oparty będzie o 5 ścieżek strumieni odpadów (metale i tworzywa sztuczne, papier, szkło, bioodpady, zmieszane), a segregacja będzie wyglądać następująco:

  1. Niebieski kontener (worek lub nalepka) oznaczający papier – gazety i czasopisma, ulotki, czyste opakowania z papieru czy tektury, kartony, zeszyty;
  2. Żółty kontener (worek lub nalepka) oznaczający metale i tworzywa sztuczne – zgniecione butelki plastikowe, zakrętki od butelek czy słoików, puste opakowania, w tym plastikowe torebki, worki foliowe, kartony po sokach czy mleku, zgniecione puszki po napojach i żywności;
  3. Zielony kontener (worek lub nalepka) oznaczający szkło – butelki, słoiki, szklane puste opakowania;
  4. Brązowy kontener (worek lub nalepka) oznaczający bioodpady – odpady po owocach i warzywach, skorupki jaj, zwiędłe kwiaty czy rośliny doniczkowe, fusy po napojach. Należy pamiętać, że do tej frakcji nie wolno oddawać resztek kuchennych pochodzenia zwierzęcego, tłuszczu czy kości;
  5. Czarny kontener (worek lub nalepka) oznaczający odpady, których nie da się ponownie zagospodarować, a które określono jako odpady  zmieszane – resztki pochodzenia zwierzęcego, tłuszcze i kości, zużyte materiały higieniczne (w tym pieluchy), mokry i brudny papier, potłuczone szkło i ceramika, zawartość popielniczek.

Nie udało się jednak uniknąć chaosu. Wiele gmin jest wciąż nieprzygotowanych na zmiany. Jak informuje np. warszawski Ratusz, zmiany w systemie segregacji odpadów w stolicy będą wdrażane stopniowo. Obecnie używane pojemniki muszą zostać wymienione albo na nowo oznaczone. Dopóki w altanach śmietnikowych są trzy pojemniki, mieszkańcy mogą segregować odpady według dotychczasowego systemu, a przejście na nowy system potrwa przynajmniej parę tygodni.

Ministerstwo Środowiska chciało jeszcze pod koniec zeszłego roku zmiany rozporządzenia w sprawie szczegółowego sposobu selektywnego zbierania wybranych frakcji odpadów. Zgodnie z tą propozycją, gminy miały zawrzeć kolejne umowy na odbiór odpadów na zasadach niezgodnych z rozporządzeniem, czyli obowiązujących do końca 2018 roku, na czas nie dłuższy niż do 1 stycznia 2020 roku. Projekt jednak nie opuścił Ministerstwa.

Stare umowy nawet do 2021 roku

Zgodnie z nowym rozporządzeniem, umowy o odbiorze odpadów komunalnych, które obowiązywały w chwili wejścia w życie nowych przepisów, zachowują ważność nie dłużej niż do 30 czerwca 2021 roku. Oznacza to, że w niektórych gminach zmiana sposobu odbioru i gospodarowania odpadami może nastąpić ze sporym opóźnieniem. Wszystko zależy od tego, kiedy gminy podpisywały umowy z odbiorcą odpadów. Nowe umowy podpisane po 1 stycznia 2019 roku muszą już spełniać wymagania stawiane w rozporządzeniu Ministra Środowiska.

Konsekwencje

„Nie segregowałem do tej pory, drogo mnie to nie kosztowało” – mogą pomyśleć niektórzy, szczególnie ci, którzy z góry zgłosili do urzędów gmin, że nie będą prowadzić selektywnej zbiórki odpadów. Jednak od nowego roku antyekologiczna postawa może uderzyć niektórych mieszkańców po kieszeni. Zacznie opłacać się segregować odpady, gdyż w życie wchodzą dotkliwe sankcje za brak lub nienależytą segregację.

Nowe przepisy wprowadzają znaczną różnicę między cenami za odbiór śmieci posegregowanych i zmieszanych. Niesegregowanie odpadów będzie kosztowało cztery razy więcej, niż ich sortowanie. Do tej pory rada gminy mogła określić wyższe stawki opłaty za odpady zmieszane w wysokości nie większej niż dwukrotność maksymalnej stawki opłaty za śmieci posortowane. Jeśli właściciel nieruchomości nie będzie segregować odpadów, mimo że złożył stosowną deklarację o takim zamiarze, to firmy odbierające odpady przyjmą je jako zmieszane i powiadomią o tym fakcie gminę.

Taka sytuacja budzi jednak spore kontrowersje. Założenie jest niewątpliwie słuszne – wysokie kary mają pokryć rzeczywiste koszty gmin, z jakimi wiąże się gospodarowanie i utylizowanie odpadów nieselektywnych. Problemem może być jednak, czy zapisy z ustawy będą możliwe do respektowania. Taka opłata o charakterze sankcyjnym spowoduje, że to po stronie organów gminy będzie istniał obowiązek udowodnienia, że warunki umowy zostały przez wytwarzającego odpady naruszone.

Gminy wychodzą z założenia, że w przypadku kontroli zabudowy wielorodzinnej podmiotem kontrolowanym jest administrator czy zarządca budynku, a w takim wypadku w chwili wykrycia nieprawidłowości to on powinien ponieść odpowiedzialność. Jednak jeżeli kontroler stwierdzi, że dochodzi do nagminnej nieprawidłowości w segregacji odpadów, trzeba będzie zastosować odpowiedzialność zbiorową i podwyższyć opłatę za odbiór odpadów dla wszystkich mieszkańców wspólnoty objętej sankcjami. To musi budzić sprzeciw mieszkańców.

Gminy podnoszą w tym miejscu swoje argumenty. Jeżeli właściciel nieruchomości zgłosi chęć prowadzenia selektywnej zbiórki i nie przestrzega reguł jej prowadzenia, gmina musi ponieść dodatkowe koszty. Najpierw śmieciarka wysłana po selektywne odpady stwierdza nieprawidłowości, a następnie musi przyjechać inny samochód po odpady zmieszane. A odpady selektywne nie są łatwiejsze w zagospodarowaniu – niższa stawka to jedynie zachęta dla mieszkańców, by prowadzili ich segregację.

Analizując nową politykę odpadową trzeba wziąć pod uwagę skalę prawdopodobnych problemów, możliwości kontroli, jakimi dysponują gminy, i przewlekłość postępowań (gdyż trzeba uwzględnić postępowanie odwoławcze od decyzji nakładającej sankcyjną stawkę do Samorządowych Kolegiów Odwoławczych). Do tego także problem zabudowy wielorodzinnej, których mieszkańcy muszą wspólnie segregować odpady. Konkluzja nie jest zbyt budująca – cele wprowadzanych zmian w polityce selektywnego odbioru odpadów będą bardzo trudne, jeżeli nie niemożliwe do osiągnięcia.

Zmiana kosztuje

Właściciele nieruchomości są zobowiązani, by samodzielnie wyposażyć swoje posesje w odpowiednie pojemniki do zbierania odpadów, chyba że gmina w wydanym przez siebie regulaminie utrzymania porządku i czystości w gminie zdecydowała inaczej. W takim wypadku samorząd odbije sobie koszty dostarczenia kontenerów – najpewniej w opłatach za odbiór odpadów.

Tak samo konieczne będzie przeprowadzenie zmian w pojazdach odbierających odpady czy w punktach odbioru. Wszystkie tez zmiany odczujemy w swoich portfelach.

Obowiązek niby jest, ale…

Jak zauważa część ekspertów, właściciel, który zadeklarował nieselektywną zbiórkę odpadów komunalnych nie jest zobowiązany do zmiany swojej deklaracji. Regulacje wprowadzone ustawowo są ze sobą niespójne. Niby zarówno ustawa o odpadach nakazuje prowadzenie zbiórki selektywnej, jednak ustawa o utrzymaniu czystości i porządku w gminach dopuszcza również zbiórkę nieselektywną, jednocześnie nakładając konsekwencje w postaci wyższej opłaty za odbiór niesegregowanych odpadów.

Żeby to zmienić, nie wystarczy jedynie zmiana rozporządzenia. W tym celu konieczna byłaby zmiana ustawy, która całkowicie uniemożliwiałaby prowadzenie zbiórki odpadów niesegregowanych. Również gmina aktem prawa miejscowego nie może nakazać mieszkańcom prowadzenia selektywnej zbiórki odpadów.

Co dalej?

A czy osoby, które segregują odpady będą mogły liczyć na korzyści ze swojej proekologicznej postawy? Niekoniecznie! Część ekspertów jest zdania, że wprowadzone zmiany będą wiązać się z konsekwencja zwiększenia opłat dla wszystkich mieszkańców – ze względu właśnie na zmniejszenie wpływów z opłat od mieszkańców, którzy dziś deklarują brak segregacji odpadów oraz koszty postępowań administracyjnych i odwoławczych.

Obecnie w ogóle brak jest zachęt, które przekonają obywatela do prowadzenia selektywnej zbiórki odpadów. Obywatel nie widzi korzyści w segregowaniu śmieci – rozumie, że musi się ich pozbyć, ale nie ma bodźca, by w uporządkowany sposób je utylizować.

Co zatem w sytuacji, kiedy ustawodawca chętnie rozdaje razy kijem, ale nie jest zbyt skory do nagradzania mieszkańców marchewką? Jak zachęcić obywateli do zbiórki selektywnej? Odpowiedź jest niezbyt atrakcyjna – edukacja.

Chaos który powstał na skutek zmian (co przy skali i skomplikowaniu całej operacji było nieuniknione) jest potęgowany przez brak jednolitej informacji wśród obywateli. I choć są gminy, które bardzo dobrze poradziły sobie ze zmianą i zadbały o komunikację wśród mieszkańców (np. Sosnowiec, Lublin), to generalnie brak jest jasnych i czytelnych komunikatów na poziomie krajowym.

Dlaczego edukacja nie jest atrakcyjna (szczególnie, gdy ambitne cele trzeba osiągnąć już za rok)? Bo na efekty szeroko zakrojonej kampanii edukacyjnej związanej z koniecznością prowadzenia racjonalnej polityki odpadowej trzeba poczekać co najmniej kilka lat. Ale czy istnieje alternatywa? Bez powszechnej edukacji skierowanej do obywateli efekty wprowadzanych zmian będą znacznie mniejsze, a mieszkańcy będą stawiać opór niezrozumiałym, odgórnie narzucanym rygorom i opłatom. Nie chodzi o to, by z obywatelem walczyć o zbiórkę selektywną, ale by mu uświadomić, jak ważna jest ona dla gospodarki odpadowej, a co za tym idzie dla środowiska, zdrowia mieszkańców i poziomu ich życia.

Przykładem świetnie obrazującym ten problem są sytuacje, kiedy poszczególne frakcje odpadów odbierane są przez jeden samochód. W powszechnej świadomości utarło się, że oznacza to po prostu zmarnowanie wysiłku segregacji, podczas gdy nowoczesne śmieciarki często wyposażone są w więcej niż jedną komorę. Bywa też, że do odbioru różnych frakcji, odbieranych w różne dni, przyjeżdżają jednakowo oznakowane samochody, co jest mylące dla obserwatorów.

Dla zwiększenia zaangażowania obywateli w segregację odpadów potrzebne jest uwiarygodnić w ich oczach, że gospodarka odpadami jest skuteczna i legalna. Medialne doniesienia o działalności różnego rodzaju oszustów, mafii śmieciowej, kradzieżach segregowanych odpadów czy pożarach składowisk nadwerężyło zaufanie obywateli do całej branży. Trzeba też wytworzyć nawyk segregacji, którego b. wielu ludziom brak. Dlatego edukacja powinna być zmasowana i prowadzona wieloetapowo, zaczynając od edukacji przedszkolnej i szkolnej, a następnie poprzez kampanie społeczne, najlepiej z udziałem TV, i działalność informacyjną prowadzoną przez władze lokalne.

 

 

Parlament Europejski obecnie dyskutuje nad zaproponowanym przez Komisję Europejską wstępnym projektem dyrektywy o tajemnicy handlowej. Obecnie ochrona tajemnicy handlowej leży w gestii państw członkowskich. (więcej…)

Zamówienia publiczne od dawna wykorzystuje się w Europie do realizacji celów polityki państwa. Kraje takie jak Włochy czy Francja nadal chcą ich używać do wspierania energetyki odnawialnej. Na szczeblu europejskim mamy jednak do czynienia z procesami, które grożą ograniczeniem ich potencjału jako narzędzia rozwoju przemysłowego. (więcej…)

W maju 2013 r. Komisja Europejska przekazała do Parlamentu Europejskiego projekt nowego unijnego rozporządzenia w sprawie produkcji i udostępniania na rynku materiału przeznaczonego do reprodukcji roślin (prawo o materiale przeznaczonym do reprodukcji roślin).

Niebezpieczna propozycja

Na pierwszy rzut oka cel wniosku nie budził podejrzeń: „aktualizacja obecnie obowiązujących regulacji, zwiększenie przejrzystości przepisów i zamieszczenie ich w jednym akcie prawnym”. Gdy jednak przyglądamy się szczegółowo proponowanym przepisom, okazuje się, że Komisja zaplanowała totalną regulację każdego faktu kupna lub przekazania materiału roślinnego przeznaczonego do rozmnażania, czyli nasion, sadzonek, drzewek. Grozi to ograniczeniem dostępu rolników i obywateli do nasion, a także zagraża prawu rolników do swobodnej wymiany nasion, a w konsekwencji stanowi zagrożenie dla różnorodności biologicznej i bezpieczeństwa żywnościowego.

W Polsce najważniejszymi krajowymi aktami prawnymi regulującym tę dziedzinę są: ustawa z dnia 9 listopada 2012 r. o nasiennictwie (Dz. U. z 2012 r. poz. 1512) oraz ustawa z dnia 7 czerwca 2001 r. o leśnym materiale rozmnożeniowym. (Dz. U. Nr 73, poz. 761, ze zmianami). Rzeczywistość w naszym kraju jest daleka od doskonałości, gdyż średnie zużycie kwalifikowanego materiału siewnego, jak informuje Ministerstwo Rolnictwa i Rozwoju Wsi, wynosi ok. 15%, a w przypadku sadzeniaków ziemniaków – ok. 11%. Według informacji podawanych przez Inspekcję Ochrony Roślin i Nasiennictwa w 2011 r. udział kwalifikowanych nasion zbóż wnosił 15,8%.

Mimo oczywistego faktu, że używanie kwalifikowanych nasion odpowiednio dobranych odmian zapewnia wyższe plony, wielu rolników zdobywa nasiona na własną rękę, z własnej produkcji, od sąsiadów, na lokalnym targowisku, a tylko czasem dokupuje kwalifikowany materiał siewny, który – rzecz jasna – jest drogi. Oprócz tego, niekoniecznie godnego polecenia sposobu, są pewne obszary, w których kupno kwalifikowanego materiału siewnego, jest prawie niemożliwe, albo po prostu w ogóle niemożliwe, jak np. nasiona pewnych gatunków i odmian roślin do produkcji ekologicznej, gatunków i odmian „niszowych”, „historycznych”, „lokalnych” lub gatunków hobbistycznych. W takich przypadkach rolnik kupując nasiona pszenicy orkisz, pszenicy płaskurki, kamutu, czy lubianej przez działkowców „jagody kamczackiej” (wiciokrzewu kamczackiego), nie ma szans na kupno materiału kwalifikowanego i kupuje je najczęściej od znajomych rolników, szkółkarzy-amatorów, przez internet, a hobbyści – na lokalnych bazarkach.

Gdyby projektowane rozporządzenie zostało przyjęte w formie proponowanej przez Komisję, rolnicy byliby zmuszeni kupować materiał siewny i wegetatywny materiał rozmnożeniowy w specjalistycznych firmach, a wszelkie sposoby, by nawzajem sprzedawać sobie nasiona lub nawet je podarować, byłyby zabronione. Jeśli rolnik chciałby przekazać nasiona z własnej uprawy, musiałby spełniać biurokratyczne wymagania zgodne z unijnymi przepisami. Dotyczyłoby to także odmian, które nie podlegają ochronie. W Polsce 85% rolników, którzy wysiewają niekwalifikowane nasiona (niestety często nieznanego pochodzenia) oraz producenci tych nasion mogliby być potencjalnie narażeni na kary. Amatorzy pszenicy płaskurki i pomidorów nazywanych potocznie na bazarkach „malinowymi”, a w rzeczywistości już prawie nieprzypominających oryginalnej odmiany, mogliby zapomnieć o swobodzie wymiany nasion.

Nasiona są dobrem wspólnym

Całe szczęście w wielu krajach, zwłaszcza w Austrii, Wielkiej Brytanii, Francji, Niemczech i Hiszpanii, gdzie istnieje tradycja wymiany nasion między amatorami, a także pasjonatami starych gatunków i odmian, a nawet fachowcami-rolnikami, powstała silna opozycja na rzecz zachowania swobody w tej dziedzinie. W listopadzie 2013 r. z inicjatywy dwóch organizacji austriackich, GLOBAL 2000 i Arche Noah, kilkadziesiąt organizacji z różnych krajów podpisało Deklarację z Wiednia, która jest opublikowana w kilku językach i rozpowszechniana w mediach, ale przede wszystkim skierowana do europosłów.

Sygnatariusze deklaracji, w tym polskie organizacje broniące różnorodności biologicznej w rolnictwie, postulują ograniczenie rozporządzenia do podmiotów zajmujących się produkcją i obrotem nasionami w celach zarobkowych. Chcą, aby z jego zakresu wykluczyć małych producentów, gatunków i odmian „niszowych”. Postulują dobrowolną, a nie obowiązkową kwalifikację nasion i wegetatywnego materiału rozmnożeniowego. Zwracają też uwagę, że w konsekwencji wejścia w życie tego rozporządzenia duża grupa rolników (a w naszym kraju bardzo duża!) byłaby narażona na kary, na skutek powstania „czarnego rynku”.

Akcję poparła m.in. Vandana Shiva, indyjska działaczka na rzecz ochrony środowiska, nawołując 2 października, w dniu urodzin Mahatmy Gandhiego, do poparcia Deklaracji na rzecz wolności nasion i demokracji żywności (można ją podpisać tu) oraz Carlo Petrini, inicjator ruchu Slow Food, publikując we włoskiej gazecie codziennej „La Repubblica” artykuł w obronie różnorodności nasion.

W rezultacie – w grudniu 2013 r. europosłowie złożyli ponad 1400 poprawek, wielu z nich jest za odrzuceniem wniosku z projektem nowego rozporządzenia. Także polscy europarlamentarzyści: Jarosław Kalinowski, Czesław Siekierski, Wojciech Olejniczak i Janusz Wojciechowski złożyli poprawki do projektu. Po krytycznych i ostrych wypowiedziach kilku europarlamentarzystów sprzeciwiających się tak drastycznym zmianom prawa, m.in. austriackiej europosłanki Elisabeth Köstinger, Parlament Europejski zdecydował o odroczeniu decyzji w tej sprawie do stycznia 2014 r.

Wydaje się prawdopodobne, że Parlament w głosowaniu w dniu 21 stycznia odrzuci projekt, a z uwagi na wybory do Parlamentu w maju dalsze prace przesuną się przynajmniej o kilka miesięcy. Jednak organizacje ekologiczne i rolnicze nie przestają działać: 20 stycznia w Brukseli planowana jest demonstracja Via Campesina, zaś 22 stycznia konferencja Związku Demeter International „Czyje będą nasiona?”.