Dokładnie pół roku temu Argentyna wybrała na swojego prezydenta prawicowego ultra libertarianina, Javiera Milei, zmieniając kierunek rozwoju z ostatnich dekad o 180 stopni.

Co zmotywowało społeczeństwo do tak drastycznej zmiany i jak kraj zmienia się pod rządami osoby, widzącej zagrożenie w feminizmie i lewicy oraz negującej istnienie kryzysu klimatycznego?

Argentyna – kraj o zapachu soczystej wołowiny Angus, smażonej na grillu i serwowanej z aromatycznym sosem chimichurri. Teren rozbrzmiewających się zewsząd dźwięków tango, lub charakteryzującego mniejsze miejscowości swojskiego chamame, chętnie słuchanego przez gauchos, przemierzających konno pampę. Państwo rozkochane w piłce nożnej do tego stopnia, że zwycięstwo w World Cup na kilka dni sparaliżowało kraj przez tłum z radości tańczący na ulicach. Kraj liberalny i postępowy, któremu rozwiązań prawnych mogłyby pozazdrościć wszelkie europejskie państwa, bez wyjątku.

Uniwersytety są tutaj darmowe i oferują usługi na bardzo wysokim poziomie. W światowych rankingach Uniwersytet Buenos Aires wyprzedza wszystkie uczelnie w Polsce. Studenci zjeżdżają się do nich z całego regionu, przede wszystkim z okolicznej Brazylii i z Chile, gdzie za wykształcenie wyższe trzeba sporo zapłacić.

Służba zdrowia, choć zdecentralizowana, w każdym regionie działa zadowalająco. Argentyńczycy mogą skorzystać z odpłatnego prywatnego ubezpieczenia, którego ceny częściowo kontrolowane są przez państwo,  albo, bez ubezpieczenia, udać się do dowolnego szpitala. Opieka zdrowotna, poza podstawami, obejmuje między innymi darmowy dostęp do środków antykoncepcyjnych lub, od niedawna, do PrEP dla osób z grupy wysokiego ryzyka zakażenia wirusem HIV. Świadomość społeczna na temat zdrowia jest na bardzo wysokim poziomie. Ruch antyszczepionkowców w zasadzie nie istniał w tym kraju, a poziom szczepień przeciw COVID w pierwszym roku od ich wprowadzenia, osiągnął poziom 91% (dla porównania, w Polsce 61%).

Prawo aborcyjne od 2020 roku zezwala na przerwanie ciąży do 14-tego tygodnia (o przełomowych zmianach pisałem w jednym z poprzednich numerów „Zielonych Wiadomości”). Poza Urugwajem, nie ma w Ameryce Południowej innego państwa z tak liberalną ustawą jak Argentyńska.

Walka z machismo i z przemocą wobec kobiet, a także dyskryminacją osób nieheteronormatywnych jest wzorcowa. Od 2019 roku działa w kraju dedykowane tym problemom Ministerstwo Kobiet, Płci I Różnorodności i chociaż kraj boryka się nadal z ogromnymi problemami, szczególnie w bardziej konserwatywnych prowincjach, jak Salta, Jujuy lub Formosa, liczba aktów przemocy wobec kobiet spadła do drugiego najniższego wskaźnika na kontynencie, zaraz po Chile.

Osoby nieheteronormatywne w kraju mają dostęp do małżeństw jednopłciowych od 2010 roku, dokumentów z wpisaną płcią „X” dla osób niebinarnych od 2021 roku i gwarancją 1% miejsc na uczelniach oraz państwowych stanowiskach pracy dla osób transpłciowych, co ma zapobiegać ich wykluczeniu ze społeczeństwa. Język inkluzywny, neutralny płciowo, z roku na rok staje się coraz bardziej powszechny. Używa się go na ulicach, podczas wydarzeń kulturalnych, a niekiedy nawet w urzędach. Powoli rozpoczyna się debata na temat rodzin poliamorycznych, reprezentowanych w showbiznesie i popkulturze. Najpopularniejszym serialem telewizyjnym w kraju jest obecnie argentyński „Felices los seis”, mówiący o monogamicznym chłopaku z prowincji zakochanym w mieszkańce Buenos Aires, która żyje wraz ze swoimi partnerami w szczęśliwej poliamorycznej rodzinie.

Walka z ubóstwem przyjmuje wiele twarzy. Poza pomocą społeczną i dofinansowaniami do zakupu żywności, państwo argentyńskie inwestuje w program darmowego, powszechnego dostępu do internetu we wszystkich miastach i wioskach, co ma zapobiegać wykluczeniu cyfrowemu, dba o to, by poza przetrwaniem, mieszkańcy Argentyny mieli dostęp do bardzo taniej albo darmowej rozrywki, budując w niemal każdej wiosce baseny, lub pola campingowe z miejscem na grilla, oraz dofinansowuje transport publiczny. Jeszcze do niedawna bilet autobusowy w stolicy kosztował niecałe 20 groszy.

Drastyczny skręt w prawo

Końcem listopada ubiegłego roku, wydarzyła się rzecz niesamowita – wybory prezydenckie w kraju zwyciężył Javier Milei, ultraprawicowy libertarianin, miłośnik Jaira Bolsonaro i Donalda Trumpa, między innymi zrównujący feminizm z zarazą i postulujący wprowadzenie prawa do posiadania broni. Wybór ten wydawał się absurdalny i zupełnie nie odpowiadający rzeczywistym poglądom Argentyńczyków.

Dlaczego więc do tego zwycięstwa doszło?

Argentyna od lat boryka się z ogromnym kryzysem ekonomicznym, na który dodatkowo nałożyły się problemy gospodarcze wynikające z pandemii, która uderzyła ze szczególną siłą w branżę turystyczną, usługi i najmniejsze przedsiębiorstwa. Galopująca inflacja w 2023 roku  osiągnęła poziom 211%, poziom ubóstwa wyniósł ponad 40%, a skrajnego ubóstwa przekroczył 9%. Oznacza to, że niemal co drugi Argentyńczyk nie miał wystarczająco dużo pieniędzy by zaspokoić podstawowe potrzeby żywieniowe i codziennie odczuwał głód, prawie co dziesiąty skrajnie głodował i był zagrożony bezdomnością. Wpisane w argentyńską tradycję wołowe asado lub nawet kilka plasterków sera, stały się towarami luksusowymi.

Podczas wyborów prezydenckich, spośród pięciu kandydatów, rzeczywiście liczących się było trzech: Sergio Massa z lewicowej partii peronistycznej, która do tej pory sprawowała rządy, Patricia Bullrich z głównej opozycyjnej partii prawicowej oraz Javier Milei, nowa postać w polityce, która kreowała się na zbawcę mającego rozbić wcześniejszy duopol partyjny i rozprawić się z polityczno-ekonomiczną “kastą”. Społeczeństwo, zmęczone kryzysem którego nie udawało się opanować ani lewicy ani prawicy, naprzemiennie wymieniającej się władzą, szukało nowych rozwiązań i spoglądało na Milei bardziej przychylnym okiem.

Głosowanie jako bunt, lub wybór „mniejszego zła”

Gdy do drugiej tury wyborów przeszedł Massa i Milei, emocje sięgnęły zenitu. Większość wyborców głosowała w kontrze do drugiego kandydata. Ci, którzy chcieli zwycięstwa Massa, podkreślali, że to mniejsze zło, bowiem Milei jest niebezpiecznym oszołomem, którego poglądy są seksistowskie, homofobiczne i zwyczajnie niebezpieczne (szczególne zagrożenie widziano w jego propozycji prywatyzacji służby zdrowia i edukacji, wprowadzenia powszechnego dostępu do broni, wspominano również o jego wypowiedziach jakoby handel organami lub dziećmi powinien być legalny w ramach kapitalistycznego libertarianizmu). Ekonomiczny postulat Milei by zdolaryzować państwo i pozbyć się lokalnej waluty Peso Argentyńskiego, zwolennicy Massa uważali za nierealny do wprowadzenia zabieg populistyczny. Wszak w kraju brakowało dolarów, lokalne kantory nie działały, a osoby chcące oszczędzać w obcej walucie, musiały zaopatrywać się w nią na czarnym rynku, za trzykrotność wartości oficjalnego kursu.

Javier Milei. Źródło: Wikimedia

Zwolennicy Milei zaznaczali, że Massa był Ministrem Gospodarki podczas największego kryzysu ekonomicznego w kraju i wystawienie jego kandydatury to potwarz dla Argentyńczyków. Twierdzili albo że media kreują Milei na wariata, a jego rzeczywiste poglądy są dużo bardziej łagodne, albo że nowy prezydent skupi się na poprawie gospodarki i nie wprowadzi mało popularnych zmian społecznych (wyborców rzeczywiście powielających wszystkie poglądy kandydata była garstka). Mówiono też, że w sytuacji kryzysowej każdy nowy kandydat będzie lepszy od polityków, którzy mieli już szansę sprawowania władzy i którzy nie podołali zadaniu.

W drugiej turze wyborów, Javierowi Milei pomogło oficjalne wsparcie prawicowej kandydatki Patrycji Bullrich, za co polityczka została później nagrodzona teczką Ministry Bezpieczeństwa.

Czy rzeczywiście Milei skupia się wyłącznie na sprawach ekonomicznych, pozostawiając ciężko wypracowany postęp społeczny w spokoju? I czy jego rozwiązania gospodarcze, oparte na drastycznych cięciach budżetowych i dążeniu do dolaryzacji kraju się sprawdzają? Mija właśnie pół roku od rozpoczęcia jego prezydentury, jest to więc dobry moment na podsumowanie jego dotychczasowych działań i spojrzenie krytycznym okiem na to, w jaki sposób Argentyna się zmienia. A społeczeństwo zmieniło się bardzo…

Radykalne poglądy wkraczają na salony

Już w pierwszych tygodniach od zmiany władzy, niewidoczna dotąd ultraprawicowa mniejszość w kraju poczuła się bardzo ośmielona i zaczęła jawnie prezentować swoje poglądy. Ci, którzy do tej pory narzekali na imigrantów lub queerowe osoby wyłącznie w domowym zaciszu, poczuli, że swoje radykalne poglądy mogą prezentować w przestrzeni miejskiej. Przez cztery lata mieszkania w Argentynie nie usłyszałem ani jednego ksenofobicznego komentarza. W pierwszym tygodniu panowania Javiera Milei dwukrotnie zasugerowano mi w brutalny sposób powrót do kraju z którego pochodzę,, w tym raz rozradowany mężczyzna dodatkowo splunął na mnie w transporcie publicznym. Moi przyjaciele doświadczyli tego samego – Wenezuelski kolega, pracujący jako taksówkarz został poinformowany, że osoby takie jak on niszczą Argentynę, czarnoskóra koleżanka z Brazylii, wychodząc na spacer z psem, została nazwana małpą, która powinna spakować walizki i wracać do domu. Nieheteronormatywne znajome osoby, nawet w najbardziej liberalnym Buenos Aires, trzymając swoich partnerów za rękę na ulicy, coraz częściej słyszeli homofobiczne okrzyki z przejeżdżających samochodów lub dźwięk klaksonów – rzecz, która w Argentynie nie zdarzyła się niemal nigdy, przynajmniej od piętnastu lat. Po niecałym miesiącu radykalne zachowania najbardziej konserwatywnej części społeczeństwa zaczęły ucichać i zapewne wszystko wróciłoby do normy, gdyby rząd nie działał na nich w ciągły stymulujący sposób.

10 grudnia Javier Milei zamknął Ministerstwo Kobiet, Płci I Różnorodności, tłumacząc iż jest zbędne i generuje dodatkowe koszty, a państwo przecież musi oszczędzać . Przy okazji porównał feminizm do socjalizmu, z którym należy walczyć. Niedługo potem zamknięto Narodowy Instytut Przeciwdziałania Dyskryminacji, Ksenofobii i Rasizmu. Język inkluzywny został zakazany w urzędach i określony elementem składowym “kultu ideologii gender”, zaprzestano przestrzegać gwarantowania 1% miejsc pracy dla osób transpłciowych, a nowo powołani ministrowie zaczęli wypowiadać do kamer homofobiczne obrzydliwości, jakoby naturalnym dla mężczyzny było odczuwać odruch wymiotny na widok dwóch całujących się gejów (seksistowsko dodając, że lesbijki to już inna kwestia i czasami miło popatrzeć). Zagrożona jest też refundacja leków dla osób zakażonych wirusem HIV. Póki co, dzięki oporowi społecznemu, nie usunięto całkowicie refundacji, jednak Milei zapowiada drastyczne cięcia wszystkich dotacji, w tym bardzo drogich leków dla osób pozytywnych. To, de facto, skazanie tysięcy chorych z najniższego szczebla ekonomicznego na pewną śmierć.

Homofobia rządu bezustannie stymuluje do działań garstkę najbardziej radykalnych mieszkańców. W momencie pisania tego artykułu kraj przeżywa szok po napaści sąsiada na dwie pary lesbijek. Zostały one tak dotkliwie pobite, że wszystkie cztery wylądowały w szpitalu. Trzy do tej pory zmarły, czwarta nadal walczy o życie.

Wysłać kobiety z powrotem do kuchni

Wzrasta też przemoc stosowana wobec kobiet. Milei nie tylko zamyka ministerstwa i instytucje, które mają chronić ich prawa, ale sam reprezentuje postawy, z którymi jeszcze do niedawna kraj walczył i za które karał innych obywateli. Najlepszym przykładem może być wywiad z prezydentem w popularnym programie na żywo „Gente Opiniando”, w którym zdenerwowany przebiegiem konwersacji prezydent, zwraca się do dziennikarki ze słowami „Mógłbym wziąć broń 9 mm i podstawić Ci ją do głowy”. Kobieta zdenerwowana opuszcza studio.

Milei nie kryje, że kolejnym krokiem który zamierza wprowadzić, będzie zakaz aborcji. Na razie zdaje się, że społeczeństwo stawia zbyt duży opór by można do tego doprowadzić, ale każde kolejne przekraczanie wcześniejszych granic tego, co dopuszczalne, nastawione są na powolną inżynierię społeczną i stopniowe zmienianie postaw argentyńczyków na bardziej konserwatywne.

Nie dla biednego dyplom, a biednych coraz więcej…

Zagrożeni mogą też czuć się studenci. Zapowiedzi wprowadzenia odpłatnego szkolnictwa wyższego nie powinny nikogo dziwić, bowiem stanowiły postulat Milei w trakcie kampanii wyborczej, jednak społeczeństwo zdaje się być zszokowane, że nowy prezydent wprowadza w życie swoje obietnice. Ostatnie protesty przeciwko prywatyzacji uczelni wyprowadziły na ulice dziesiątki tysięcy młodych ludzi. Prezydent wydaje się jednak nie przejmować zbytnio oporem społeczeństwa. Wielokrotnie podkreślał w wywiadach, że protestujący chcą bronić statusu quo, bowiem na nim korzystają, są częścią kasty (określenie „kasta” ewoluowała – dawniej oznaczała bogatych polityków z poprzedniej kadencji, dziś imigrantów, osób korzystających z pomocy społecznej i, w zasadzie, wszystkich przeciwników Milei). Padł nawet pomysł by zdelegalizować wszelkie zgromadzenia powyżej trzech osób, które nie uzyskają zgody na manifestację, co zaowocowało tysiącami memów o przyjaciołach wychodzących na piwo lub rodzinach chcących spotkać się w parku na pikniku i proszących prezydenta na piśmie o „zezwolenie na zgromadzenie”.

Wyborcy, liczący że prezydent zajmie się wyłącznie ekonomią i nie odważy się cofnąć o kilka dekad postępu w Argentynie, mogą czuć się zawiedzeni. Milei robi to, co zapowiadał że będzie robić, a zmiany wprowadza w trybie ekspresowym.

Sytuacja ekonomiczna kraju również się nie poprawia. W zasadzie znacząco się pogorszyła, co prezydent kwituje słowami “by było lepiej, będziemy musieli przez jakiś czas zaciskać pasa”. W celu obniżenia inflacji i zgromadzenia dolarów niezbędnych do zmiany waluty kraju, wprowadzono szereg ustaw, które jawnie mają doprowadzić do pogorszenia sytuacji klasy średniej i wymuszenia na argentyńczykach wyprzedania dolarów trzymanych w domach. Znacząco podwyższono oficjalny kurs dolara, zamrożono wszystkie pensje, zrezygnowano z regulacji określających maksymalne podwyżki czynszu, anulowano regulację cen ubezpieczeń społecznych, zniesiono większość dotacji…

Gdy pensji nie starcza na trzy posiłki

W efekcie, cena dolara na czarnym rynku zatrzymała się w miejscu. Nikogo nie stać na wykupywanie obcej waluty w celach oszczędnościowych. Pensja minimalna nadal oscyluje w granicach 180 dolarów, mediana, mocno zawyżona przez mieszkańców stolicy, zarabiających lepiej niż reszta kraju, wynosi 450 USD. W międzyczasie ceny transportu publicznego podskoczyły w przeciągu kilku miesięcy ze wspomnianych wcześniej w tekście 20 groszy do pięciu złotych za bilet autobusowy. Osoba zarabiająca minimalną pensję, wydaje teraz 25% swojego wynagrodzenia na same podróże z- i do pracy. Ceny mieszkań poszybowały w górę – stara kawalerka do remontu, oddalona od centrum Buenos Aires, to koszt minimum 300 dolarów, a kontrakty często wzmiankują o podnoszeniu cen w trzymiesięcznych interwałach czasowych. Opłaty za gaz, elektryczność, wodę, bez refundacji, sięgają stu dolarów. Ubezpieczenie zdrowotne staje się towarem luksusowym, dostępnym tylko dla wybranych, co może odciążyć służbę zdrowia, która boryka się z tak znaczącym nie dofinansowaniem, że niedawno jeden z pracowników szpitala w wywiadzie ulicznym stwierdził, że brakuje pieniędzy na zakup podstawowych leków i niebawem stanie przed zadaniem informowania osób chorych na raka, że ich chemioterapia nie może być kontynuowana.

Milei poświęcił klasę średnią, wiedząc iż jego program naprawy gospodarczej kraju będzie finansowany z ich oszczędności. Co jednak z najuboższymi, którzy stanowią 40% społeczeństwa? W zasadzie pozostawiono ich w sytuacji zagrażającej przetrwaniu. Dzisiejsze Buenos Aires to smutny obraz, w którym ogrom ludzi szuka pożywienia lub części na sprzedaż w większości ulicznych koszy na śmieci. To miasto, w którym półpuste restauracje coraz częściej rezygnują z wystawiania stolików na zewnątrz, bowiem klienci w trakcie posiłku potrafią być pięciokrotnie zaczepieni przez różne osoby proszące o drobne, lub kawałek chleba z ich talerza. To ogromna aglomeracja, w której na ulicach mieszkają nawet wykształceni dwujęzyczni obywatele, czytający rozpadające się w ich rękach książki, siedząc na chodniku.

Dochody na rodzinę składającą się z dwojga dorosłych i dwojga dzieci. Źródło: x.com

Inflacja w tym roku przyspieszyła osiągając 250% w skali roku i zyskując miano najwyższej na świecie. Ceny konsumpcyjne tylko z miesiąca na miesiąc podskoczyły ostatnio o 15%. Argentyńczycy, choć przywykli do takiej sytuacji, zawsze posiadali spadochron ochronny pod postacią wsparcia socjalnego i podwyżek pensji o wysokość inflacji kilka razy do roku. Dziś, pozbawieni tego wsparcia, z dnia na dzień zmagają się z coraz trudniejszą do okiełznania codziennością.

Jaka przyszłość czeka Argentynę? Trudno powiedzieć. Część społeczeństwa wsłuchuje się w głos nowego prezydenta jak w głos niekwestionowanego guru, powtarzając za nim, że wysoka inflacja i ekstremalnie trudna sytuacja ekonomiczna w kraju to zarówno wina poprzedniego rządu, jak i cena, którą wszyscy muszą zapłacić, żeby wspólnie posprzątać nieporządek nagromadzony w kraju przez wiele lat. Ci, którzy z Milei się nie zgadzają, gdy tylko ich na to stać, wyjeżdżają z kraju, lub coraz częściej wychodzą na ulice protestować. Wściekłość narodu narasta. W przeszłości, w Argentynie, kryzysy ekonomiczne doprowadziły do zamieszek, masowych protestów, a nawet zmian prezydentów, ewakuujących się w pośpiechu helikopterami ze swoich oblężonych pałaców. Zaskakujące, że Milei nie uczy się na błędach historii własnego kraju, lub historii najnowszej swojego sąsiada, Chile, gdzie podobne do niedawno wprowadzonych podwyżek cen transportu publicznego, zaowocowały przewrotem społecznym, krwawym buntem przeciwko policji i wojsku, a ostatecznie, doprowadziły do zmiany prezydenta i rozpisania referendum mającego wprowadzić nową konstytucję.

Z Krzysztofem Mroczkowskim publicystą, ekonomistą i historykiem, stałym współpracownikiem „Nowego Obywatela” rozmawia Marek Nowak.

Marek Nowak: Cofnijmy się w czasie. Jest maj 2017 roku. Redaktor Adam Szostkiewicz publikuje na swoim blogu w „Polityce” tekst „Populizm w zadyszce”, gdzie przeczytać możemy: „To trzecia przegrana populistów: Austria, Holandia, teraz Francja. Wyraźna przegrana Le Pen z Macronem liczy się najbardziej, ale porażka ksenofobów, eurofobów i islamofobów w mniejszych krajach UE też cieszy”.

W części zagranicznych mediów pojawiają się teksty mówiące już nie tylko o „zadyszce”, ale o „odwrocie fali populizmu”. Teraz wróćmy do współczesności. Nastroje są już dużo mniej optymistyczne. Wydarzenia z tego roku, a zwłaszcza wynik wyborów we Włoszech, pokazują, że był to optymizm cokolwiek przedwczesny. Jak interpretujesz wynik włoskich wyborów?

Krzysztof Mroczkowski: Na początku chciałbym podkreślić, że „fala populizmu”, o której mówisz, w mojej ocenie tak naprawdę nigdy nie została całkowicie zatrzymana. Nawet Macron by wygrać wybory z Le Pen musiał wystąpić pod nowym szyldem i się pokazać jako twarz nowego antymainstreamowego ruchu politycznego, który będzie walczył z establishmentem. To trochę zabawne, bo sam Macron jest kwintesencją mainstreamu pod każdym względem, natomiast by wygrać te wybory musiał udawać, że tak nie jest.

Premier Rutte w Holandii również przejął część retoryki populistycznej. Co więcej, jeśli popatrzymy na szerszy obrazek: wybory w Niemczech czy przede wszystkim w Austrii, gdzie skrajna prawica doszła do władzy, to widzimy, że zadowolenie liberałów z pewnych małych sukcesów jest chwilowe.

Wracając do twojego pytania, Włochy są idealnym miejscem, gdzie możemy wyraźnie zobaczyć, że nie zwalczając głównego problemu powodującego niezadowolenie społeczne w Europie, nigdy nie zatrzymamy pochodu prawicowego populizmu przez ten kontynent.

MN: Co jest tym głównym problemem?

KM: Rosnące nierówności społeczne i to, że przez ostatnie lata rządzący w Europie polityczny mainstream nie tylko z nimi nie walczył, ale wręcz prowadził i firmował politykę, która te nierówności zwiększała. Dopóki nie zanegujemy tej polityki w samym jej paradygmacie, dopóty będziemy skazani na rządy szowinistów.

MN: Grozi nam powrót faszyzmu w swej najgorszej formie?

KM: Obrazek nie musi być wszędzie aż tak jednoznaczny. Reżimy szowinistyczne mogą mieć bardziej łagodne lub wprost faszystowskie oblicze i pewnie w różnych miejscach takie oblicza będą miały.

MN: Co zatem zrobić, by zatrzymać triumfalny pochód prawicowego populizmu przez nasz kontynent?

KM: Bardzo dobrym przykładem tego co należy zrobić była odpowiedź USA i Francji przed wojną. Sprowadzała się ona do radykalnego zaprzeczenia polityce cięć, polityce „nie da się” która zakładała, że to najniższe warstwy społeczne zawsze muszą ponosić największe wyrzeczenia.

Zamiast tego postawiono na politykę, która zaczęła bezpośrednio zwalczać to, co jest sednem sprawy, czyli nierówności ekonomiczne w zakresie dochodu i w zakresie majątku. Jedynym co dziś może nas ocalić przed rządami szowinistów, jest powrót do takiej właśnie polityki.

Tak jak system neoliberalny wykorzystywał strukturę polityczną by umacniać nierówności, tak samo nowa polityka musi wykorzystywać tę strukturę, by proces ten odwrócić.

To się wiąże z podwyżkami podatków, zwłaszcza dla tych lepiej zarabiających, transferami socjalnymi, zabezpieczeniem społecznym, inwestycjami w usługi publiczne. Nie ma tu innego rozwiązania. Wiara w to, że wystarczą sztuczki marketingowe, face liftingi i nowy „brand” (marka) jest zwykłym złudzeniem.

MN: Nowy brand i face liftingi potrafią być bardzo skuteczne, jak pokazało kilka wyborów w różnych państwach.

KM: Marketing mógł być bardzo skuteczny kiedyś, ale dziś już nie będzie. Żyjemy w czasach, które nazywam czasami „internetowej widzialności”. Dawniej to polityczne reżimy panowały nad przekazem informacyjnym. Wszelkie „oficjalne wyjaśnienia” miały tę zasadniczą przewagę, że nawet jeśli ktoś miał co do nich wątpliwości, to trudno było znaleźć dla tych wątpliwości skuteczne narzędzie artykulacji.

Internet spowodował, że wszelki uzasadniony i nieuzasadniony sceptycyzm, a także teorie spiskowe o różnym stopniu wiarygodności otrzymały potężne wsparcie. Dziś każdy, kto chciałby zgłaszać swoje wątpliwości do wszelkich „oficjalnych narracji” ma do tego narzędzie.

Kolejną ważną kwestią jest to, że wszyscy polityczni aktorzy, którzy mają swój interes w destabilizowaniu sytuacji w Europie, jak np. Rosja, bardzo wspierają wszystkie te głosy, które kruszą mury europejskich establishmentów.

Trzymanie się przez reżimy status quo starych taktyk polegających na tym, że tutaj się coś marketingowo sprzeda, a tam będzie panować nad głównymi kanałami telewizyjnymi i przekazami z głównych mediów, to zwyczajne nierozumienie współczesności. Mówiąc wprost – dziś wszystko widać, a nawet gdyby nie było widać na pierwszy rzut oka, to Rosja – niekoniecznie z czystych pobudek – przyłoży „lupę” i będzie widać. Dlatego może zamiast marketingowych sztuczek lepsza będzie uczciwa rozmowa ze społeczeństwem?

MN: W swoim tekście dla „Nowego Obywatela” stosujesz pewną nieco ryzykowną analogię historyczną między współczesnymi Włochami a Niemcami z lat 30. XX wieku. Twierdzisz, że tak, jak liberalny technokrata Heinrich Brüning, który objął rządy w Republice Weimarskiej w 1930, swoją polityką doprowadził do późniejszego triumfu nazistów, tak krótkie rządy premiera Mario Montiego w latach 2011-2013 poprowadziły Włochy w podobnym kierunku.

Jest to zabieg, przyznam, bardzo efektowny i nie pozbawiony pewnej słuszności, ale czy biorąc pod uwagę choćby istotne geopolityczne różnice jednak trochę zbyt upraszczający?

KM: W pewnym sensie każda analogia historyczna jest kulawa, przez to każdą można łatwo atakować. Niemniej to, co chciałem poprzez nią powiedzieć, pozostaje absolutnie w mocy.

Cel był prosty – chciałem zwrócić uwagę na powtarzalność pewnych procesów historycznych i przestrzec, że idziemy w kierunku, w którym już szliśmy w historii i to się bardzo źle skończyło. Poziom bezrobocia wśród młodych ludzi w krajach Morza Śródziemnego bije absolutne rekordy. Każdemu nowemu pokoleniu będzie się żyło trudniej, niż pokoleniu jego rodziców. Niezadowolenie i frustracja z pogarszających się warunków życia musi gdzieś znaleźć swoje ujście.

Dlaczego akurat porównuję Włochy z Niemcami? Bo Włochy, tak jak Niemcy przed wojną, to dobry przykład jak polityka bezwzględnego neoliberalnego buta może do tego stopnia zdusić społeczeństwo, że wybierze ono wszystko, co tylko nie jest status quo.

Poprzednie włoskie rządy wybrały rolę ubezwłasnowolnionych wykonawców polityki cięć.

Siedem lat temu w tekście dla „Nowego Obywatela” pt. „Szaleństwo cięć” pisałem o tym, do czego prowadzi taka polityka. Tak naprawdę nic z tego, co napisałem w zeszłym miesiącu, nie jest ani odkrywcze, ani nowe. Procesy, o których piszę, zostały już wielokrotnie zbadane i potwierdzone. Wiemy, że tak jest i że to wszystko się źle skończy, bo zawsze się tak kończyło i tym razem nie będzie inaczej.

Trend jest jednoznaczny. Albo dokonamy naprawdę radykalnej prospołecznej korekty, albo będzie tylko gorzej.

MN: Zatrzymajmy się chwilę przy tym wątku. Kiedyś się mówiło, że wszelkie ruchy populistyczne są silne, gdy są w opozycji, ale wszelka władza bardzo szybko je zużywa. Proste recepty, jakie populiści na ogół głoszą będąc w opozycji, zbankrutują w zderzeniu z realną pragmatyką rządzenia. Tymczasem Ty przewidujesz, że tak się nie stanie.

KM: Dokładnie tak. Widzimy to także w przypadku Trumpa, o którym mówiono, że bardzo szybko skompromituje się tym, iż się nie zna na rządzeniu, sprawuje urząd w sposób absolutnie skandaliczny i że nie potrafi dbać o amerykańskie interesy. Tymczasem coraz bardziej widzimy, że jest to polityk, który ma realną szansę na drugą kadencję.

Moim zdaniem wynika to z tego, że szowinistyczni liderzy bardzo sprytnie za cel ataków wybierają dotychczasowy, znienawidzony przez dużą część społeczeństwa reżim status quo, na którym korzystała jedynie (mniejsza) część społeczeństwa włączona w merytokratyczny system awansu. Poza tym systemem pozostawało coraz większe grono ludzi, dla których stracił on legitymizacje, gdyż jego obietnice okazały się puste.

Wystarczy, że populistyczni liderzy pokazują ten fałsz, obnażają go i wytykają hipokryzję poprzedników, a będzie to jeszcze przez długi czas wystarczającym dla nich paliwem politycznym.

MN: Przejdźmy na koniec do Polski i porozmawiajmy chwilę o politycznej alternatywie. Czy wobec zbliżających się wyborów samorządowych takie porozumienia, jak to zawiązane przez stowarzyszenie Wolne Miasto Warszawa, Partię Zielonych, Razem i Inicjatywę Polską, które ogłosiło 9 lipca Jana Śpiewaka jako wspólnego kandydata na prezydenta Warszawy, to polityczna odpowiedź budząca jakiejś Twoje nadzieje?

KM: Po pierwsze, cieszę się, że parę środowisk potrafiło się porozumieć, by wspólnie spróbować przełamać duopol PO-PiS.

Co do Jana Śpiewaka, to ma on pewne wady, ale ma również zalety, z których największą jest wiarygodność. Na pewno jest to człowiek, który realnie przeciwstawił się mafii reprywatyzacyjnej i robił to w czasach, kiedy było to dużo trudniejsze, niż dziś. Kiedy ktoś z mainstreamowych oponentów politycznych będzie mu chciał zarzucić brak wiarygodności, to będzie mógł odpowiedzieć, że nie widział go walczącego z mafią reprywatyzacyjną, a on stawia się za Warszawiakami. To wiarygodność, która będzie mu pomagała.

Wobec, jak można przypuszczać, mało merytorycznej kampanii prowadzonej przez dwie największe siły polityczne, trzeci kandydat z wiarygodnym przekazem, który zamiast ściemniać mówi o rzeczach, które są ważne, ma szanse zbudować pewną polityczną siłę. Miejmy nadzieję, że nie tylko dla siebie, ale dla różnych ruchów prospołecznych.

O konferencji-kołysance „Jeszcze Polska nie zginęła. Wieś”

Musimy budować niektóre instytucje całkiem od nowa, instytucje, które będą ludzi wychowywać zgodnie z uznanymi wartościami
Minister Kultury Piotr Gliński

Od obrońców przyrody zależy przyszłość ludzkości
Agnieszka Holland

Być może nie ma sensu analizować o co chodziło na konferencji, a raczej show, „Jeszcze Polska nie zginęła. Wieś” zorganizowanej przez ministra środowiska Jana Szyszkę oraz ojca Tadeusza Rydzyka. Musimy wziąć w nawias intelekt i podkręcić na cały regulator nasze emocje – zadowolenie, gniew, lęk, zazdrość, chęć upokarzania – aby „zrozumieć”, co było jej celem. 13 maja w Toruniu chodziło o strawę dla ducha, a raczej wywołanie głodu świata, który ostatnio musi walczyć o swoje miejsce. W Stanach Zjednoczonych świat ten chce być znowu wielki, a w Polsce ma być bastionem wartości takich jak piękno, dobro i prawda.

Jaki zatem sens pisać o tej konferencji? Z jednej strony to próba wyartykułowania tego, co z ust prelegentów nie zostało wprost powiedziane. Z drugiej sprawdzenie samej siebie, czy można o tej konferencji pisać nie popadając w ton oskarżający i prześmiewczy. Wydarzenie w Toruniu może bowiem kusić, aby zagrać w innym show czy spektaklu. Jak sugeruje krytyk teatralny Jacek Sieradzki – cała Polska gra obecnie w „Klątwie”[1]. Tyle tylko, że ten spektakl „oprócz udanej formy scenicznej, wiele do debaty publicznej nie wnosi”. Pod Teatrem Powszechnym, a wcześniej Teatrem Polskim we Wrocławiu w związku z premierą „Śmierci i dziewczyny” toczyły się wojny dwóch światów „Polska”. Dwie strony barykady nieświadomie zagrały swoje role – przeciwnicy „Klątwy” z jadem, a zwolennicy w poczuciu wyższości, że wiedzą na czym polega dobry świat. Tylko czy to wszystko jest takie proste?

Konferencja naukowa?

Zorganizowana z rozmachem „konferencja naukowa” zwiozła z całego kraju leśników, myśliwych, rolników ,polityków i duchownych. Co dostaliśmy? Popis retoryki i mistrzowsko przygotowany akt cementujący porządek symboliczny – Polskę folwarczną, wiejską, katolicką, Polskę jedyną w swoim rodzaju, kraj i naród wybrany. „Jeszcze Polska nie zginęła” tak przecież zaczyna się NASZ hymn narodowy. Teraz można by dodać – „Póki żyje wieś”. Ale niech nie obrażają się ludzie mieszkający na prowincji, bo wieś o której była mowa na konferencji nie istnieje. Nie ma jej na mapie. Ten fantazmat nie ma nic wspólnego z polskimi wsiami, których mieszkańcy, często nawet bardziej niż mieszkańcy miast, muszą stawiać na pragmatyzm i nowoczesne rozwiązania. Wieś przyświecająca konferencji jest po prostu wyśniona[2]. Zatrzymana na kartach epopei narodowych, które przez wieki skutecznie wmówiły nam, że polski szlachcic to brzmi dumnie. Fantazmat ten przez lata uniemożliwiał Polakom wyzwolenie się z sytuacji i zależności, których tak naprawdę nienawidzimy – pana i niewolnika, panicza i parobka oraz obłędnej idei eksploatacji polskiej ziemi czy ciała w ogóle. Sądzę, że konferencja w Toruniu miała na celu zakołysanie nas w tym śnie.

Zielony nazizm

To hasło wywołało oburzenie. I słusznie. Do rektora Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego został już skierowany list z żądaniem odsunięcia ks. prof. Tadeusza Guza od dydaktyki. Guz w swojej wypowiedzi porównywał bowiem ekologów do funkcjonariuszy III Rzeszy. Naziści mieli być jednak lepsi od „tzw. zielonych”, bo jakby nie było zwolennicy Hitlera i wierni słuchacze Goebbelsa kochali swoją aryjską rasę, szukali dla niej przestrzeni życiowej, organizowali olimpiady sportowe i zaprawiali młodzież do militarnego oddania. Tymczasem, jak chciał przekonać słuchaczy ks. Guz, ekolodzy nienawidzą każdą rasę, a nawet ludzi w ogóle – bowiem celem ekologów jest unicestwienie wszystkiego, co żyje.

Nie wiadomo jednak jak doszło do wyprowadzenia wniosku o „chęci zniszczenia wszystkiego” przez ekologów. Argumentacja ks. Guza była niejasna, a do tego pełna chwytów erystycznych i jawnego flirtowania z zebranymi na hali „autorytetami”. Przecież, gdyby Pani, droga Pani minister, powiedziała, że jest Pani człowiekiem, to zostałoby to wyśmiane – podkreślał Guz. Ksiądz przekonywał, że stanowisko ekologów i nowej lewicy jest ufundowane w skrajnym materializmie rodem z Ernsta Haeckla czy Marksa. Skoro byt, przekonywał ksiądz, według materializmu ontologicznego wyznawanego przez ekologów jest tylko materią, to bycie człowiekiem jest złudzeniem. A jeżeli jesteśmy samą materią to trzeba ją, w tym także nas, zniszczyć (sic!).

Nie wspominając nawet o błędzie wyprowadzania zdań powinnościowych ze zdań opisowych, można powiedzieć, że logika tego wywodu była niejasna i enigmatyczna. Ale to dopiero początek. Podczas swojego wystąpienia ks. Guz głównie wdzięczył się do publiczności. Rzucał trudnymi terminami i nieznanymi większości nazwiskami. Do tego odwoływał się do „inteligencji tłumu”, aby zyskać poparcie. Za Guzem można wnioskować, że „właściwa” filozofia życia skończyła się na Arystotelesie. Potem nagle przyszedł „brutalny Hegel”, który utorował drogę materializmowi, a ten z kolei stał się podstawą dla nowej lewicy, która planuje akt zniszczenia ludzkości. Nie wiem, czy jest sens skupiać się na zawiłościach merytoryczno-argumentacyjnych, nie to było bowiem najciekawsze w całym wystąpieniu.

Warto obejrzeć nagranie z konferencji i przyjrzeć się twarzom zebranych leśników. Sądzę, że nie niedowierzają, gdy nagle ksiądz Guz z zadowoleniem i w homilijnym tonie mówi, że jego studenci dali się niestety zmanipulować i uznają ewolucjonizm za wyjaśnienie zmienności gatunków. Z kolei o ich słabości ducha świadczy traktowanie Darwina jako wartościowego naukowca. Musimy przywrócić ducha w biologii, fizyce i chemii – nawoływał. I to w sumie nie jest śmieszne, ponieważ kwestia obecności ducha czy świadomości w świecie materialnym, czy relacji między nimi, to temat, który nadal jest podejmowany przez filozofów. Dodatkowo współcześnie także przez naukowców zajmujących się np. kognitywistyką i jej powiązaniami z neurologią. Nie jest też niczym nadzwyczajnym, że filozof jak ks. Guz przywiązany do tradycji antycznej i średniowiecznej, upomina się o szczególną pozycję człowieka, który według Arystotelesa obdarzony jest nie tylko duszą wegetatywną i zmysłową, ale też rozumem. Guz nie jest pierwszym, który postuluje przywrócenie filozofii życia sprzed czasów nowożytnych, bo nawet nauka współczesna odcina się od materializmu, a szczególnie tego skrajnego. Z kolei przywoływany przez niego biolog i materialista Ernst Haeckel jest co prawda ważny z punktu widzenia historii biologii, ale jego koncepcje są w większości dawno przestarzałe. Kulawe jest też usilne przeciwstawianie ludzi wszystkim zwierzętom. To anachronizm, ale również konsekwentne wyrażanie stanowiska religijnego, z którego wynika, że między rozwielitką a np. delfinem nie ma większej różnicy.

Nietrafione merytorycznie dywagacje to jedno, ale nazywanie ekologów nazistami to inna zupełnie sprawa. Jego słowa już zbierają żniwa, bo pod adresem ekologów pada coraz więcej oskarżeń. Zaufajmy paragrafom i miejmy nadzieję, że w Polsce nie ma miejsca na nienawistne słowa, szczególnie z ust duchownego. Nie oznacza to wcale, że nie możemy zastanawiać się, co stoi za takimi epitetami.

Gdzieś to już słyszeliśmy

Sądzę, że ks. Guz w swoim wykładzie nawiązywał do filozofów, ponieważ potrzebny był mu wytrych retoryczny. Chciał uzasadnić spiskową teorię, że nowa lewica lub „przebrany na zielono stary komunizm” chcą, aby człowiek zginął bezśladowo. Nie wszystko jednak w wypowiedzi Guza było nieprawdą. Trzeba przyznać mu rację gdy mówi, że eksploatacyjny stosunek człowieka do przyrody nie jest ideą związaną z chrześcijaństwem, ale materializmem i mechanicyzmem, czy ogólnie z nowożytną nauką. Wiedzo-władza Franciszka Bacona oraz mechanicyzm Kartezjusza to stanowiska, w ramach których zwierzęta traktowane są jak automaty. Guz w swoim nawoływaniu do krytyki materialistycznego paradygmatu przypominał, że duch w różny sposób obecny jest w materii, ale tylko w człowieku realizuje się w wyjątkowy sposób. Pod tym względem wnioski ks. Guza są mocno katolickie i zgadzają się z wykładnią papieża, w tym także Franciszka.

Ukłony w stronę Telewizji Trwam też nie są do końca nieuzasadnione, jeżeli pod uwagę weźmiemy wątek troski o ziemię i lasy. Prawdą jest, że Trwam była jedną z niewielu telewizji, która poruszyła temat protestów rolników z Wielkopolski wobec planowanej budowie na ich ojcowiznach kopalni odkrywkowych. Jednak wokół innych kwestii ekologicznych, szczególnie Puszczy Białowieskiej i jej masowej wycinki, milczy. Zarówno Guz, jak i biskup odprawiający mszę, kpili z ekologów przypisując im obce interesy i wynaturzone poglądy: Niedługo tzw. zieloni zabronią chodzić dzieciom do sklepów mięsnych. Absurd. Księża, mówiąc wielokrotnie o wyjątkowej roli Polski na arenie międzynarodowej, wypowiadali się momentami jak Kościół Anglikański sprzed aktu założycielskiego. Chociażby w swoim niewerbalnym dystansowaniu się od nauk obecnego papieża.

Obudź się człowieku

Wróćmy jeszcze do retoryki ks. Guza. Wydaje się, że najgorszym co w ekologach widzi on i jemu podobni, nie jest ich materializm, ale krnąbrność. Jeżeli tak jest, to poszukiwania odpowiedzialnego za krzewienie w ludziach takich kompetencji jak krytyczność, sceptycyzm, relatywizm i odrzucenie hierarchii (w tym kościelnej), Guz powinien zacząć od Sokratesa. A jeżeli już chce narzekać, to powinien krytykować nie Hegla, ale raczej zakazać czytania filozofii Immanuela Kanta. Kantowskie „Czym jest oświecenie”[3] jest tekstem omawianym w liceach i na studiach. Znany fragment tego dzieła brzmi: „Oświeceniem nazywamy wyjście człowieka z niepełnoletności, w którą popadł z własnej winy. Niepełnoletność to niezdolność człowieka do posługiwania się swym własnym rozumem, bez obcego kierownictwa. Zawinioną jest ta niepełnoletność wtedy, kiedy przyczyną jej jest nie brak rozumu, lecz decyzji i odwagi posługiwania się nim bez obcego kierownictwa. Sapere aude! Miej odwagę posługiwać się własnym rozumem – tak oto brzmi hasło Oświecenia”. Zakaz czytania Kanta byłby tym bardziej sensowny, że filozof z Królewca wzywał człowieka do emancypacji w myśleniu. Ale czy można się wyzwolić we śnie? W onirycznej i sielskiej wizji wsi, gdzie bezpieczeństwo okupione jest pozostaniem na etapie dziecka?

Dostrzeganie w wypowiedzi Guza i innych prelegentów lęku przed samodzielnością to nie przesada. Na konferencji często bowiem padały słowa, że oto „jesteśmy tutaj dziećmi”, niczym „pastuszkowie” z Fatimy, którzy zostali specjalnie predystynowani do słuchania pocieszającego, usypiającego głosu Matki Boskiej, która sama będąc zagrożona, oddaje nam się bez reszty i poświęca.

Artysta i ekolog – zgorszenie

Jeżeli zagrożeniem dla Polski ma być emancypacja mentalna to zrozumiałe stają się słowa ministra Glińskiego, który chce wychowywać zgodnie z uznanymi wartościami. A wartości tych – jak podkreślali prelegenci toruńskiej konferencji – nie znajdziemy ani w spektaklu „Klątwa”, ani w filmie „Pokot”. Zresztą oba te dzieła zostały „zamówione przez lewicę”. Tak przynajmniej twierdzili prelegenci.

Oprócz ekologów, to właśnie artyści, a szczególnie Ci, którzy przemawiają do nas obrazem, stanowią zagrożenie dla Polski – powtarzano ex cathedra. Dlatego, jak zadecydował Gliński, trzeba cofnąć dotację dla festiwalu Malta, którego kuratorem miał być reżyser „Klątwy”. To dlatego krytyczka teatralna Temida Stankiewicz-Podhorecka, puszczająca oko do księdza Guza w kwestii zielonego nazizmu, w swoim wystąpieniu skrytykowała nie tylko ekologów, ale też szeroko pojętych ludzi sztuki. Przestrzegała, że teatr w Polsce chętnie produkuje spektakle na „zamówienia ekologów”, zaś poruszany ostatnio chętnie na deskach teatru problem komunikacji międzygatunkowej to w istocie „projekt zoofilii”. Bo do tego prowadzi traktowanie na równi zwierząt i człowieka – do „stosunku seksualnego z kozą”[4]. „To iście szatański pomysł […] Poprzez szok i prowokację doprowadza się do transgresji, czyli przekroczenia granic piękna i prawdy. Jeśli się te granice przekroczy, wchodzi się do przestrzeni ciemności”, „Ekologia to przykrywka” – straszyła prelegentka o wymownym imieniu Temida. Jej zdaniem to, do czego zmierzają artyści i ekolodzy to transgresja, przekraczanie granic, zaburzenie proporcji, dodatkowo wszystko na zlecenie „międzynarodówki”, bo przecież taki pomysł nie wypłynąłby od żadnego Polaka. Mowa o wynaturzeniu, jakie napływa do Polski z zachodu przywoływało „Entartete Kunst”[5] czy manifest socrealizmu. My z kolei – mówiła – jesteśmy tu po to, aby przywracać normalność. I co ciekawe, jako przykład świata normalnego, w którym każdy wie, gdzie jest jego miejsce, podała „Pana Tadeusza”. Tam mamy szukać wzorów – tradycyjnej wsi, ale też myślistwa. Pani Temida okazała się też wierną czytelniczką innego filozofa – Platona, a to ze względu na nawoływanie do piękna, dobra i prawdy oraz potrzeby wychowania młodzieży w sposób, aby wiedziała, gdzie jej miejsce. Co ciekawe Platon w „Państwie” opowiada się za cenzurowaniem sztuki. Widzi w niej najwyraźniej niebezpieczeństwo dla państwa idealnego.

Społeczeństwo otwarte i jego wrogowie

Niewątpliwie zarówno ks. Guz i Stankiewicz-Podhorecka widzą swoją rolę jako strażników światła i prawdy. Jeżeli przysłuchać się ich wypowiedziom można nie tylko zobaczyć jak flirtują z ks. Rydzykiem czy ministrem Szyszką, ale w jak paternalistyczny sposób traktują społeczeństwo, które należy oświecać. Tyle, że to oświecenie prowadzi raczej do zaślepienia i błogiego uśpienia. Warto poświęcić też trochę miejsca niewypowiedzianej sympatii do filozofii Platona. Bo powtarzanie słów dobro, piękno, prawda odsyłają do autora „Państwa”. Platon był, co prawda, wielkim filozofem, ale wiemy również, że jego filozofię można traktować jako konstytucję dla społeczeństwa zamkniętego. Analizę tę zawdzięczamy m.in. Popperowi, który zaznacza: Uważam, że program Platona nie tylko nie jest wyższy moralnie od totalitaryzmu, ale jest z nim zasadniczo identyczny. Myślę, że sprzeciwy, jakie ten pogląd budzi, mają swe źródło w odwiecznym i głęboko zakorzenionym przesądzie idealizującym Platona[6].

Idealizacja Platona to jednocześnie akceptacja czegoś głębszego, a mianowicie ideologii nauczania, którą w dydaktyce nazywa się podejściem transmisyjnym. To szkoła dydaktyki z XIX w., opierająca się na usztywnionym i ujednoliconym systemie pracy szkół. Celem tej dydaktyki miał być silny moralny charakter ucznia kształtowany poprzez kierowanie, karność i nauczanie wychowujące[7]. Beata Kempa, która podczas toruńskiego wiecu czytała list premier Beaty Szydło zdradzała zresztą pewnego rodzaju wyuczoną podległość, monotonnie zwracając się do wszystkich męskich ważnych gości słowem „czcigodny”. A jej mowa ciała zdradzała, które miejsce sama chce zajmować w hierarchii.

Nostalgia

Najciekawsze na konferencji było to, co nie zostało powiedziane wprost. Nazywanie ekologów nazistami miało na celu ich poniżyć. Epitety mogły być dowolne, najważniejsze było wywyższyć swoje środowisko moralnie. Dowiedzieliśmy się, że na wsi są nasze korzenie, tam rozwijała się „duma” narodowa, rzeczpospolita szlachecka. Miasto to kapitalizm, obcy kapitał, wartości niezgodne z wyśnionymi ideałami wsi spokojnej i wesołej. Śnienie sarmackiej wsi może mieć jednak fatalne konsekwencje dla przyszłości Polski. Jak sugeruje Jan Sowa m.in. w pracy „Inna Rzeczpospolita jest możliwa” to jednostronne przypominanie sobie czasów rzeczpospolitej wiejskiej, szlacheckiej wypiera, że I Rzeczpospolita w znacznej mierze sama wpędziła się w problemy, które skończyły się zaborami[8]. Nie było jedynie tak, że wyłącznie zła wola naszych sąsiadów zadecydowała o podziale Polski. Nasz kraj nie chciał się modernizować i został w swoim polskim, sarmacko-niewolniczym zaułku zdany na łaskę sąsiednich mocarstw.

Co ciekawe analogie do stanu I Rzeczpospolitej można rozszerzyć na współczesne problemy, m.in. związane z energetyką. Krzysztof Księżopolski posługuje się nawet terminem „energetyczny rozbiór Polski” [9]. Kiedy bowiem na świecie odbywa się rewolucja w pozyskiwaniu energii elektrycznej ze źródeł odnawialnych, Polska nie ma strategii energetycznej i unika jak ognia myśli, że węgiel jest nie tyle bogactwem narodowym, co kulą u nogi. Beata Kempa w Toruniu mówiła nawet, że pakiet klimatyczno-energetyczny to niesamowity miecz, który nad nami wisi. Raport NIK obnaża jednak brutalnie w jakiej kondycji jest polska energetyka: „W latach 2007-2015 sektor górnictwa węgla kamiennego otrzymał wsparcie ze Skarbu Państwa w wysokości 65,7 mld złotych, co jednak nie przełożyło się na zapewnienie jego rentowności”[10]. Trwanie przy nieprzynoszącej zysków ekonomicznych energetyce węglowej, trawiącej nasze zasoby oraz ciała ludzkie przypomina zaściankowy model gospodarki I Rzeczpospolitej, która nastawiona była na niewolniczą pracę chłopów i eksport dóbr narodowych, którym wówczas było zboże oraz drewno. Teraz nostalgia za czasami wiejskimi, ale też industrialnymi, z tradycyjnym, centralnym modelem pracy, przynieść może brak konkurencyjności w zakresie energetyki, a w ostateczności np. konieczność kupowania prądu od Niemców. Trzeba odpowiedzieć na pytanie – gdzie będą powstawały miejsca pracy w energetyce, w Polsce czy w Niemczech?

Ekologia to tylko przykrywka

Nie dopisujmy sobie roli głównego wroga partii rządzącej. Aczkolwiek można pokusić się o tezę, że podobnie jak w 2007 r. w przypadku Rospudy, tak teraz protesty w ramach tematyki ekologicznej, mogą się okazać kluczowe dla przyszłości rządu. Dla rządzących jednak ekologia nie jest zasadniczym celem ataku. Refleksja prelegentów dotycząca kondycji naszej kultury prowadziła do wniosków, że trzeba odzyskać wpływ nad obyczajowością, w tym sztuką, bo nic tak dobrze jak obraz nie kształtuje wyobraźni narodowej. Niebezpieczne jest nie stare drzewo, ale wykluczenie z Polski tradycyjnych wartości, a w tym obrazów. Symptomatyczne były zatem wycieczki myślowe do prac współczesnych artystów, którzy niczego nie przedstawiają, degenerują sztukę. I tu moim zdaniem tkwi coś kluczowego – z naszej perspektywy wydaje się, że cięcie starego lasu to brak wiedzy ekologicznej. Ale ważne są też preferencje estetyczne. A do nich należy m.in. rodzaj lasu. Jak twierdzi Peter Wohlleben, wielu ludzi reaguje negatywnie na dziki las, pełen wykrotów[11]. W puszczy widzi się wtedy chaos, wręcz bałagan. Warto się też przyjrzeć gatunkom, które sadzimy w ogrodach. W Polsce dominuje tuja i cyprys – gatunki obce. Nawet kwiaty, z których przygotowujemy bukiety, rzadko przypominają nasze polskie łąki. Lubimy kicz i żeby było na bogato. O kształtowaniu przestrzeni publicznej w Polsce pisze się ostatnio wiele, sporo też się narzeka[12]. Ciekawe byłyby z pewnością badania, które wyjaśnią czy i w jaki sposób to właśnie kościół wpływa na nasze preferencje estetyczne.

Znamienne było ile czasu oraz energii prelegenci poświęcili na kwestie estetyczne, obyczajowe i ogólnie tzw. „dobrego smaku”. Jeżeli chodzi o malarstwo, toruńscy prelegenci zdecydowanie opowiadali się za realizmem, a do tego przedstawiającym scenki dydaktyczne – w wizji Temidy Stankiewicz-Podhoreckiej najlepiej gdyby obraz wsi uzupełniony był o Matkę Boską, która trzyma małe dzieci za rękę, bo przecież grozi im niebezpieczeństwo ze strony lasu. Jak dodał ksiądz bp Antoni Dydycz, obok wiejskiej krętej drogi, powinny też stać wilki „symbol zła”. Przy czym rolę Matki Boskiej mogliby na obrazie „zastąpić myśliwi”. Kim są z kolei „watahy zgłodniałych wilków, które pędzą w stronę budynków gospodarskich”? Może to ekolodzy, artyści? Czy raczej coś bardziej ogólnego – nowoczesność i progresywizm. To przed nimi mamy bronić polskiej wsi – oczywiście tej, która jak już zaznaczyłam, istnieje nie ma mapie, ale w naszych głowach. Progresywizm to także wróg dla wielkich betonowych projektów węglowych czy hydrotechnicznych, bo dzisiaj nowoczesność oznacza rozproszenie, a nie centralizację.

Sen o wielkiej Polsce szlacheckiej jest dla nas nie tylko zagrożeniem, ale też czymś co nie pozwala nam pozbyć się tego, czego jako Polacy nienawidzimy – ograniczenia wolności. Bo Polska sarmacka była miejscem bogactwa niewielu, kosztem upodlenia większości. Dzisiaj potrzebujemy pieniędzy na realizację populistycznych programów politycznych więc pieniądze z wycinki lasu się przydadzą. Nieważne, że pozbędziemy się skarbu, który wpisany jest na listę UNESCO, że stracą na tym pracownicy branży turystycznej. Polska autarkia jest przyjemną ideą, ale też oznaczać może brutalną rzeczywistość w przyszłości. Iluzja wielkiej wsi nie pozwala nam poznać siebie samych i oswoić się z myślą, że byliśmy w historii nie tylko ofiarami, ale też przyczynialiśmy się do naszych klęsk. Jeżeli zatem, ideą przewodnią konferencji było hasło „Jeszcze Polska nie zginęła”, i obowiązkiem naszym jest tę Polskę chronić, to trzeba zadać po raz kolejny pytanie, czy można się emancypować i chronić we śnie?


Tekst pierwotnie ukazał się na www.eko.org.pl
Tekst ukaże się wydaniu papierowym Dzikiego Życia w lipcu 2017.

Przypisy:

  1. J. Sieradzki, Cała Polska w Klątwę gra, [w:] Odra 4(655)/2017, s. 38-40.
  2. Mówiąc o „śnieniu” nawiązuję do książki „Prześniona rewolucja. Ćwiczenie z logiki historycznej”, w której autor Andrzej Leder zwraca uwagę na wyparcie, zapomnienie niewygodnych dla naszego narodu prawd, jakimi było np. traktowanie żydowskich sąsiadów, kolonizowanie za czasów I Rzeczpospolitej ziem na wschodzie czy uczynienie z sąsiadów, podobnie jak ze swoich rodaków, niewolniczych parobków. Fakty te nie współgrają z chętnie „śnioną” na jawie wizją tolerancyjnego, gościnnego Polaka, który ciemiężony przez obce mocarstwa walczył o ziemię naszą i tradycję. Zapomnienie to pozwala na snucie wizji Polaka, który sam wybudował drogi kolejowe, infrastrukturę miejską i ogólnie rozpoczął modernizację po tym, jak sprawiedliwość dziejowa wygnała złego zaborcę czy Niemców z naszych odzyskanych ziem. A. Leder, Prześniona rewolucja. Ćwiczenie z logiki historycznej, Warszawa 2014.
  3. http://www.humanizm.net.pl/kantsa.html
  4. Tu nawiązanie do spektaklu omawianego na konferencji, granego w teatrze prowadzonym przez Krystynę Jandę: KOZA, ALBO KIM JEST SYLWIA?
  5. Entartete Kunst – z niemieckiego – sztuka wynaturzona. Termin używany przez nazistów do określenia sztuki niezgodnej z ideologią III Rzeszy. Oficjalna sztuka opierała się na realizmie, a za niegodną „rasy panów” uznawano m.in. dadaizm, kubizm, ekspresjonizm, ale też muzykę jazz.
  6. K. R. Popper, Społeczeństwo otwarte i jego wrogowie, przeł. H. Krahelska, Warszawa 2010, s. 134.
  7. Por. T. Pilch (red.) Encyklopedia pedagogiczna XXI wieku, t. I, Warszawa 2003, s. 799.
  8. J. Sowa, Inna Rzeczpospolita jest możliwa. Widma przeszłości, wizje przyszłości, Warszawa 2015, s. 51.
  9. http://www.energetyka24.com/569560,czy-grozi-nam-energetyczny-rozbior-polski-komentarz
  10. Raport NIK https://www.nik.gov.pl/aktualnosci/nik-o-gornictwie-wegla-kamiennego-w-latach-2007-2015.html
  11. P. Wohlleben, Sekretne życie drzew, Kraków 2016, s. 238
  12. Zob. m.in. F. Springer, Wanna z kolumnadą. Reportaże o polskiej przestrzeni, Wołowiec 2013.

Skrajnie prawicowe partie, posiłkując się populistyczną retoryką, stają się znaczącymi graczami w Europie. Dlaczego? (więcej…)