Rada Miejska w Norwich przyjęła na wniosek radnych Partii Zielonych uchwałę, w której domaga się wprowadzenia przez brytyjski rząd pilotażowego programu bezwarunkowego dochodu podstawowego (UBI) w ich mieście. Została ona podjęta jednogłośnie. Jamie Osborn, jeden z pomysłodawców uchwały chciałby, aby stały dochód był wypłacany wszystkim obywatelom, którzy tego potrzebują.

Kryzys gospodarczy spowodowany pandemią koronawirusa jeszcze bardziej pogorszył sytuację, która już wcześniej nie była łatwa. Liczba ubiegających się o zasiłek zwiększyła się z 3000 osób w marcu 2019 do ponad 7200 osób w marcu 2020 roku. Wprowadzenie UBI zdaniem inicjatorów uchwały zapewni podstawy godnego życia wszystkim mieszkańcom. Uchwała nie zawiera konkretnej kwoty, jaka ma być wypłacana w ramach pilotażowego programu, powinna być jednak dostosowana do lokalnych kosztów życia.

Zwolennicy UBI wskazują, że istniejący system pomocy społecznej jest pełen luk i wiele osób, które wymagają pomocy nie otrzymuje jej. Kryzys gospodarczy wywołany pandemią koronawirusa będzie w najbliższym czasie się pogłębiał i coraz więcej osób znajdzie się w trudnej sytuacji. Ludzie mając zapewnione bezpieczeństwo ekonomiczne będą mogli więcej czasu poświęcać na kształcenie się i szkolenia oraz zakładanie własnej działalności gospodarczej. Zdaniem Jamiego Osborna UBI małby też bardzo dobry wpływ na lokalną kulturę. W Norwich istnieje wyjątkowa scena artystyczna, która może z powodu kryzysu mocno ucierpieć.

Radni chcieliby przetestować w Norwich bezwarunkowy dochód podstawowy, tak aby w przyszłości mógł być on wprowadzony w innych częściach Wielkiej Brytanii. Radny Jamie Osborn zapowiedział również, że uchwała jest tylko pierwszym krokiem na drodze do wprowadzenia UBI. Zapewnił, że będzie współpracował z innymi lokalnymi i krajowymi organizacjami, aby skłonić rząd do wdrożenia postulowanego w uchwale programu pilotażowego.

Fot. John Fielding


 

Zieloni w Wielkiej Brytanii mogą stać się częścią zmian w tamtejszym systemie politycznym o potencjalnie długofalowych skutkach.

Na samym początku tej opowieści należy zastrzec, że większościowy system w wyborach do Izby Gmin ostatecznie pacyfikował niejedną, mającą tam być przełomową zmianę. Tak było, gdy sojusz uciekinierów z Partii Pracy z Partią Liberalną próbował zachwiać duopolem Partii Pracy i Torysów w roku 1983. Tak samo również było, gdy w roku 2010 Liberalni Demokraci notowali sondażowe zwyżki po telewizyjnej debacie liderów.

Tym razem jednak może być inaczej – wszak (mimo, iż czasem można odnieść odmienne wrażenie) Zjednoczone Królestwo nie opuszcza Unii Europejskiej każdego dnia. Premier Theresa May nie może przepchnąć przez parlament umowy rozwodowej. Konserwatyści znajdują się de facto w stanie permanentnej wojny domowej.

Laburzyści z kolei zdają się mieć niemały ból głowy, związany z dysonansem między silnie proeuropejską bazą członkowską, która napłynęła do partii za Jeremy’ego Corbyna, a samym liderem, niezbyt chętnym do utrzymywania wolności przepływu osób i mającym spore problemy z konsekwentnym trzymaniem się idei drugiego referendum.

Zielona wiosna?

Pierwsze ślady tego, że elektorat może mieć dość przeciągającego się procesu i niezdolności klasy politycznej do jego przezwyciężenia widoczne były w majowych wyborach lokalnych. Najwięcej uwagi przyciągnęły wyraźne wzrosty notowań Liberalnych Demokratów. Do tej pory ta centrowa partia miała problemy z odzyskaniem zaufania po tym, jak w latach 2010-2015 umożliwiała politykę cięć i zaciskania pasa jako młodszy partner koalicyjny Torysów.

Zauważalny był również rekordowy wzrost politycznej reprezentacji Partii Zielonych Anglii i Walii. 265 zdobytych w maju radnych może nie robić wielkiego wrażenia w porównaniu do ponad 3,5 tysiąca dla konserwatystów, 2 tysiące dla Partii Pracy czy ok. 1350 LibDemsów, jednak już patrząc się na dynamikę z zmian ich wzrost netto na poziomie 194 pokazuje skalę rosnącego zainteresowania ich ofertą programową.

W nadmorskim Brighton niewiele brakowało, by znów stali się największą partią w tamtejszej radzie. Ich reprezentanci pojawili się w kolejnych samorządach – w tym na północy Anglii, w okolicach stawiających w niedawnym referendum na opuszczenie UE. Pomóc im miał splot konsekwentnego stawiania na kolejne głosowanie w sprawie członkostwa w Unii z rosnącym zainteresowaniem kryzysem klimatycznym i coraz bardziej naglącą potrzebą zapobieżenia mu.

Rozhuśtane emocje

Czy sukces ten uda im się powtórzyć w kolejnej, wyborczej rozgrywce – której na dodatek miało nie być? Sondaże przed wyborami, które w Zjednoczonym Królestwie odbyły się w czwartek nie dają jednoznacznego obrazu. W maju wahały się one w przedziale od 4 do 12% głosów.

W tym pierwszym wypadku zagrożona byłaby ich polityczna reprezentacja w Parlamencie Europejskim, a sama formacja ścigałaby się z przesuniętą mocno na prawo Partią Niepodległości Zjednoczonego Królestwa (UKIP) i rozłamowcami z Partii Pracy i Partii Konserwatywnej, tworzącymi mającą wyraźne trudności ze zdobyciem politycznego gruntu formacją Change UK. W tym Zieloni mają ona szansę na przeskoczenie Torysów, a nawet na zagrożenie laburzystom.

Przy obecnym rozchwianiu brytyjskiej sceny politycznej takie sondażowe rozstrzały wydają się raczej normą niż wyjątkiem – Partia Pracy potrafi na przykład zdobyć w zbliżonym czasie 13 bądź 25% poparcia. Niemal pewny wydaje się jedynie sukces nowej inicjatywy Nigela Farage’a – Brexit Party – a także wyraźna poprawa wyników Liberalnych Demokratów. Oba te fakty zaczynają znajdować swe odzwierciedlenie również w poparciu dla tych ugrupowań w sondażach do Izby Gmin.

Szanse na to, że ostatnie (czy aby na pewno?) wybory europarlamentarne w UK będą dla Zielonych udane nie są jednak małe. Dość wspomnieć, że do niedawna nawet wyobrażenie sobie wyższego poparcia dla nich niż dla Torysów wydawało się niezwykle trudne – dziś tymczasem realne szanse na mandat w PE ma nawet Szkocka Partia Zielonych, która konkuruje z innymi o raptem 6 mandatów z północy wyspy.

Oddać cesarzowi co cesarskie

Czym obie, siostrzane partie starały się przekonać elektorat? Na wstępie zaznaczyć należy, że tegoroczne manifesty brytyjskich partii nie grzeszyły przesadną grubością czy innowacyjnością. Nie ma czemu się zresztą dziwić, skoro Londyn pożegnać się miał z Brukselą już 29 marca. Nie dziwi również fakt, że Brexit i klimat zajęły w nich poczesne miejsce.

W wypadku Zielonych Anglii i Walii zauważyć można poświęcenie uwagi również m.in. kwestiom sprawiedliwości podatkowej – od oddzielenia od siebie skierowanej do firm działalności audytorskiej i konsultingowej po reguły udzielania zamówień publicznych, które uniemożliwiłaby udział w postępowaniach z udziałem funduszy unijnych przedsiębiorstw angażujących się w unikanie płacenia podatków.

Po raz kolejny – tym razem na fali m.in. inicjatywy amerykańskiej kongresmenki z ramienia Demokratów, Alexandrii Ocasio-Cortez – wraca stary, ekopolityczny postulat Zielonego Nowego Ładu, który tym razem powinien być zrealizowany na europejskim szczeblu. Poruszony został również temat sprawiedliwych regulacji i podziału zysków z automatyzacji, choć w dość ogólnikowym zakresie.

Energia dla Europy

Szkoccy Zieloni doprecyzowują, co kryje się dla nich pod hasłem Zielonego Nowego Ładu – 100% europejskiej energii ze źródeł odnawialnych oraz powstanie prawdziwie kontynentalnej sieci przesyłowej, tworzenie nowych miejsc pracy w sektorze, a także odejście od węgla już w roku 2030. Ich zdaniem cel neutralności emisyjnej powinien być przez Unię osiągnięty możliwie jak najszybciej.

Co ciekawe, wśród ich oczekiwań wobec Europy znalazło się również poszerzanie darmowych opcji transportowych – a tam, gdzie nie wciąż obowiązywały opłaty, wyrównywanie pola gry, na przykład poprzez kontrolowanie cen biletów kolejowych oraz opodatkowanie transportu lotniczego.

Warto również wspomnieć o innych ich ich pomysłach społeczno-ekonomicznych, takich jak zabieganie o skrócenie tygodnia pracy na poziomie Unii czy domaganie się dziesięciokrotnego powiększenia budżetu programu Erasmus+, dzięki czemu znacząco wzrósłby zakres osób, korzystających z możliwości międzynarodowej wymiany edukacyjnej.

Ostatni taki maj?

Wspomniane pomysły wpisują się w wizję sprawiedliwej społecznie i ekologicznie Europy, w rozwijanie której Zieloni z Wysp Brytyjskich – tradycyjnie w większości bardziej eurosceptyczni niż koleżanki i koledzy z kontynentu – w ostatnich latach w pełni się zaangażowali.

Ciekawie będzie zatem obserwować, czy wizja pozwoli im utrzymać pozytywny trend wyborczy – ale też czy będzie mogła wpływać na samą Europę, czy też Brexit osłabi to intelektualnie ciekawe (i całkiem skuteczne) połączenie Brytanii z kontynentem i jego polityką.

Zamiast silnego i stabilnego rządzenia – brak samodzielnej większości. Zamiast wyborczego nokautu – dawno nienotowany skok poparcia. To była noc niespodzianek w Wielkiej Brytanii. (więcej…)

W poszukiwaniu nowych trendów ekopolitycznych zaglądamy do stolicy Wielkiej Brytanii. Już 5 maja wybierać będzie swojego burmistrza i radnych. (więcej…)

Dlaczego pozostanie Wielkiej Brytanii w zreformowanej UE jest najlepszym sposobem na ochronę ludzi i przyrody? (więcej…)

Czy kampania wyborcza jest dla Zielonych w Wielkiej Brytanii sukcesem? Choć szanse choćby na drugi mandat w Izbie Gmin nie są duże, to jednak parę osiągnięć ostatnich miesięcy zostanie z Zielonymi na długo. (więcej…)

W połowie stycznia 2015 r. zielone partie w Wielkiej Brytanii prześcignęły pod względem liczby członkiń i członków zarówno UKIP, jak i Liberalnych Demokratów. Partia Nigela Farage’a liczy 41.943 członków, Liberalni Demokraci, według słów osoby odpowiedzialnej za sprawy członkowskie, mają 44.680 członków. W środę 14 stycznia liczba członków Zielonych zwiększyła się o 2.000, w czwartek o kolejne 2.000. Kiedy piszę te słowa, 15 stycznia 2015 r., Szkoccy Zieloni wspólnie z Partią Zielonych Anglii i Walii liczą 44.713 członków i członkiń.

W 2003 r. Zieloni mieli około 5.000 członków i członkiń na obszarze Wielkiej Brytanii. To mniej więcej tyle, ile zapisało się tylko w tym tygodniu. Co spowodowało wzrost, który tak dramatycznie przyspieszył w ostatnich dniach?

1) Spór o debaty telewizyjne

Jest coś dziwnego w brytyjskiej polityce: obsesyjne zainteresowanie procesem demokratycznym. Spora grupa ludzi czuje, że wykluczenie przez BBC Zielonych z przedwyborczych debat liderów było niesprawiedliwe. (W międzyczasie pod presją opinii publicznej BBC musiała zmienić stanowisko – przyp. red. pol.) Dla tych, którzy głosują na Zielonych albo zastanawiali się nad tym, powiedzenie, że ich partia nie jest wystarczająco znacząca, było niemalże osobistą zniewagą. Setki tysięcy podpisały petycję wzywającą do uwzględnienia Zielonych w debatach. Część z nich najwyraźniej zdecydowała się pójść o krok dalej i zapisać się do partii.

2) Referendum niepodległościowe w Szkocji

Znaczny wzrost zielonych szeregów nastąpił w Szkocji w tygodniu tuż po referendum w sprawie niepodległości – Zieloni urośli tam z 1.800 do 7.500 członków i członkiń. Ale to nie tylko Szkocja. W tym samym czasie widać było wyraźny wzrost poparcia dla Zielonych w Anglii i Walii. Jak powiedziała mi jedna z nowych członkiń z Oksfordu, ona i jej partner studiowali na uniwersytecie w Glasgow. Byli bardzo podekscytowani radykalnie proniepodległościową kampanią „Zielone Tak”, jak również szerzej kampanią „Tak”. To skłoniło ich do wstąpienia.

3) Stara „nowa Partia Pracy”

Minęło 21 lat, od kiedy Tony Blair stanął na czele Partii Pracy. Wówczas, oprócz „zmodernizowania” jej, stał się także jej tarczą. Ludzie mogli wmawiać sobie, że wciąż wspierają Partię Pracy, a po prostu nie lubią Blaira. Kiedy nastał czas Eda Milibanda, ta wymówka zniknęła. Najbardziej lewicowy z centrolewicowych kandydatów wygrał wyścig o przywództwo. A mimo to partia nie przestała wspierać polityki zaciskania pasa. Ponieważ Miliband nie ma szczególnej charyzmy i nie mógł być za to obwiniany personalnie, ludzie zaczęli przyglądać się partii bliżej i zauważać jej braki. Spójrzmy na wykres wzrostu członkostwa w Zielonych, a zauważymy dwa niemal równoczesne wydarzenia, które miały miejsce zanim się zaczął. Jednym z nich było referendum, drugim kongres Partii Pracy w 2014 r.

4) Gospodarka, głupcze!

Być może właśnie po to, by zahamować tę zieloną falę, Ed Milidand wygłosił przemówienie na temat tego, jak bardzo troszczy się o zmiany klimatu. I tu jest problem. Podejrzewam, że faktycznie takie ma poglądy, ale mówienie, że leżą ci na sercu zmiany klimatu, jeśli nie jesteś gotów przeciwstawić się wielkim koncernom naftowym, jest jak twierdzenie, że leży ci na sercu problem nierówności społecznych bez uderzenia w premie bankowców. Fundamentalnym problemem naszego społeczeństwa jest władza ogromnych korporacji – kapitału. I tak długo, jak Miliband i Balls będą obiecywać utrzymanie zwolnień z podatków podarowanych im przez Torysów, tak długo jak Partia Pracy pozostanie partią zaciskania pasa, tak długo będzie wyglądało na to, że stoi po stronie wielkiego kapitału, a nie zwykłych ludzi. Innymi słowy: ludzie przyszli do Partii Zielonych, ponieważ sprzeciwia się ona polityce zaciskania pasa, a Partia Pracy tego nie robi: Zieloni stali się racjonalnym wyborem na lewicy.

5) Kryzys Liberalnych Demokratów

Spora część nowych członków i członkiń Zielonych to osoby poniżej 30. roku życia. Starsi w tej grupie wiekowej w dużej części zagłosowali na Liberalnych Demokratów w 2010 r. i rozczarowali się nimi, nie tylko z powodu ich zgody na potrojenie opłat za studia, ale także z powodu cynizmu liderów Liberalnych Demokratów, którzy złamali składane przez siebie obietnice. Pięć lat temu Liberalni Demokracji byli świetni w przyciąganiu do siebie młodzieży. Ale już nie są. Przez długi czas byli w stanie zainteresować sobą różne elektoraty, przed każdym pokazując inne twarze. Bycie w rządzie sprawiło, że mogli mieć już tylko jedną twarz.

6) Wzrost UKIP

Jeden wspólny przekaz przebija się od nowych członków: byli tak zbulwersowani wzrostem poparcia dla UKIP, że musieli coś z tym zrobić. Poczucie, że Zieloni są jedyną partią, która otwarcie przeciwstawia się UKIP zamiast im ustępować, zdaje się być bardzo częstą motywacją wstąpienia do partii. Dobrą egzemplifikacją jest tutaj wzrost członkostwa w Zielonych w okolicach wyborów uzupełniających w okręgu Rochester and Strood, w których partia startowała pod hasłem „powiedz nie rasizmowi”. Kiedy wysiadłem z pociągu w Rochester w dniu wyborów, pierwsza osoba, na którą wpadłem, miała na sobie wielką przypinkę Partii Zieloni, ponieważ właśnie się do niej zapisała, głównie z tego powodu.

Ponadto, choć większość Zielonych niechętnie by to przyznała, UKIP zmienił brytyjską politykę w sposób korzystny dla wszelkiego rodzaju „outsiderów”. Pokazali, że można mieć olbrzymi wpływ na zmianę polityki nawet wspierając partię, która niemal na pewno nie będzie w rządzie. Obok Szkockiej Partii Narodowej to właśnie oni uczynili nowe i małe partie głównymi protagonistami tych wyborów i stworzyli wrażenie, że establishment jest w odwrocie.

7) Upolitycznienie młodych ludzi

Prawdopodobnie najbardziej niezwykłą rzeczą w przypływie nowych osób do Zielonych jest fakt, że jedna czwarta nowych członków i członkiń jest poniżej 30. roku życia. Kiedyś naczelną zasadą pokolenia Y było „nigdzie się nie zapisuj”. Fakt, że tysiące złamały tę zasadę, jest zaskakujący.

Szczególnie, że pokolenie, które zalało śródmieście Londynu falą wściekłych protestów cztery lata temu, skończyło właśnie szkoły i ma przed sobą ogólnokrajowe wybory. Szukając organizacji politycznych, do których mogą dołączyć teraz, kiedy czasy ich działalności w samorządach studenckich są za nimi, w większości odrzucili organizacje pozarządowe Nowej Lewicy, które stworzyło pokolenie ich rodziców. Interesuje ich kwestionowanie autorytetu władzy i dostrzeganie współzależności współczesnych problemów, a nie prowadzenie kampanii na rzecz jednego problemu po drugim. Nie chcą tylko podpisywać petycji, chcą się organizować by rzucić wyzwanie tym, którzy nimi rządzą. A Zieloni dają im narzędzia do tego, by to zrobić.

8) Syriza, Podemos i globalny opór

To pokolenie jest bardzo wrażliwe na mobilizację polityczną zauważalną dziś w całej Europie. Znaczenie ma tu nie tylko fakt, że szkockie referendum pokazało, że uczestnictwo w formalnej polityce może przynosić efekty, a nawet ma potencjał transformatywny. Wzrost znaczenia Syrizy w Grecji i Podemos w Hiszpanii są szczególną inspiracją dla młodego pokolenia, pozwalając im dostrzec możliwości oferowane przez demokrację przedstawicielską i partyjną.

9) Efekt kuli śnieżnej

Oprócz szkockiego referendum i kryzysu Partii Pracy – zewnętrznych wydarzeń, które zapoczątkowały masowy wzrost zielonych szeregów – istnieje też przyczyna wewnętrzna. Partia Zielonych Anglii i Walii znalazła się na nagłówkach we wrześniu ubiegłego roku, kiedy liczba członków przekroczyła 20.000. To zainteresowanie medialne najwyraźniej podziałało jako zachęta dla wielu ludzi, ponieważ w ciągu następnych kilku dni znacznie wzrosła liczba osób zapisujących się do partii.

10) Aktywna liderka

Natalie Bennett jest drugą w historii liderką Partii Zielonych – przed nią była Caroline Lucas, wcześniej zaś nie było w ogóle jednego lidera. Caroline, jako kandydatka do Izby Gmin, a następnie parlamentarzystka, musiała zainwestować ogromną ilość swojego czasu w swój okręg wyborczy, czyli Brighton. Inną strategię przyjęła Natalie, która poświęca swój czas na objeżdżanie całego kraju, często występując publicznie na spotkaniach dwa lub trzy razy w tygodniu.

Wieczorem tego dnia, w którym 2.000 osób wstąpiło do partii, 600 osób pojawiło się na spotkaniu w Exeter, by posłuchać Natalie Bennet. Kolejnej nocy kilkaset osób słuchało jej wystąpienia w Norwich. Przez dwa i pół roku, tydzień po tygodniu, lokalne oddziały donosiły o zaskakująco licznych spotkaniach. Po 200-300 osób pojawiało się tam, gdzie zwykle przyszłoby kilka. Oznacza to, że w całym kraju są tysiące osób, które przyszły na publiczne spotkanie z Natalie Bennett. Znam osoby, które wstąpiły tylko z tego powodu. Warto zadać sobie pytanie: jak wiele spośród nowych członków, którzy ostatecznie zdecydowali się na wstąpienie z powodu jednego lub kilku czynników wymienionych powyżej, było na tych spotkaniach? Albo zostało namówionych przez kogoś, kto był na tych spotkaniach?

Posiadanie krajowej liderki, która nie jest zarazem kluczową kandydatką, dało partii możliwość stworzenia ogólnokrajowej strategii i wyjścia poza kilka bastionów, w których tradycyjnie osiągała sukcesy.

11) Zwrot na lewo

Zieloni zawsze byli po lewej stronie. Ale nie zawsze dobrze umieliśmy się tym chwalić. Zbyt często zdawali się brzmieć jak moralizatorska partia pustelników we włosiennicach, którzy chcą opodatkować wszystkie rozrywki. Oczywiście, zazwyczaj był to po prostu obraz malowany przez naszych przeciwników, ale Zieloni nie potrafili go umiejętnie rozbić.

Równie szkodliwy był utrwalony obraz Zielonych jako partii jednego tematu – środowiska. By go zwalczyć, Zieloni musieli spędzić dużo czasu opowiadając o sobie nową historię. A przez lata nie robili tego, kierując w zamian swój przekaz do grup, które i tak się już z nim zgadzały.

Z Caroline, a później Natalie jako twarzą partii oraz z (lewicującymi i bardzo wpływowymi) Młodymi Zielonymi i grupami takimi jak Zielona Lewica (antykapitalistyczna platforma wewnątrz Partii Zielonych Anglii i Walii – przyp. red. pol.), obraz Zielonych coraz bardziej stawał się konsekwentnie lewicowy. Czasy, kiedy Zieloni mówili o sobie „ani z lewej, ani z prawej, tylko z przodu”, szczęśliwie minęły. Partia stała się mocnym głosem rodzącej się nowej lewicy.

W zeszłym roku partyjna mniejszość, która się z tym nie zgadzała (staroświeccy ekologiczni liberałowie) uformowała grupę przeciwstawiającą się tym zmianom. Jako przeciwwagę dla „arbuzów” Zielonej Lewicy (zielonych na zewnątrz, czerwonych w środku) stworzyli newsletter konferencyjny „kiwi i limonka” (na wskroś zielone). Partia pozostała jednak niewzruszona, i gwałtowny przyrost liczby członków jest za to nagrodą. Na spotkaniach nowych członków i członkiń w całym kraju ludzie jako główny powód wstąpienia do Zielonych podają przeciwstawianie się polityce cięć budżetowych i bycie przez nas jedyną partią, która pozostała na lewicy.

12) Pozostajemy radykalni

Od dawna Zieloni mieli radykalne propozycje polityczne – jak wspieranie Bezwarunkowego Dochodu Podstawowego – ale czasem wstydzili się mówić o nich zbyt głośno. Natalie Bennett, która ma wspaniałe rozeznanie w złożoności zielonego programu, dużo chętniej podnosi takie propozycje. Po kryzysie finansowym wielu dochodzi do wniosku, że propozycje, które nie są radykalne, po prostu są niewystarczające. A Zielonym dobrze idzie przyciąganie ich do siebie.

13) Opowiadamy historię o naszej partii

Przez lata partia, jak się zdaje, po prostu wypuszczała stanowiska prasowe w odpowiedzi na zewnętrzne wydarzenia, długo po tym jak artykuły o nich zostały napisane. Nie tylko była to bezwartościowa strategia dotarcia do mediów, ale też nie pozwalała na stworzenie wyraźnej narracji o tym, czym jest ta partia. Więc ludzie przyjmowali narracje stworzone przez innych. Od kiedy Natalie przejęła stery, Zieloni dużo lepiej radzą sobie z proaktywnym wychodzeniem do mediów i znacznie rzadziej uciekają od konfliktu i kontrowersji (bo przeciwieństwem bycia kontrowersyjnym jest bycie ignorowanym).

Czy to trafiając na czołówki gazet po ogłoszeniu poparcia dla płacy minimalnej na poziomie £10 za godzinę, czy przeciwstawiając się z otwartą przyłbicą antyimigranckiej retoryce Farage’a, Zieloni są coraz lepsi w budowaniu medialnego obrazu partii po lewej stronie toczącej się wojny kulturowej, partii, która nie boi się rzucić wyzwania establishmentowi.

Artykuł ukazał się na witrynie Open Democracy na licencji CC-BY-NC. Przeł. Artur Wieczorek.

„Ani z lewa, ani z prawa, tylko z przodu” – takie nieoficjalne motto przyjęło wiele partii Zielonych w Europie w momencie swych narodzin w latach 60. I 70. XX w. Wrześniowy kongres Partii Zielonych Anglii i Walii (GPEW) potwierdził jednak, a nawet pogłębił jej lewicowy kurs. Konsekwencje takiego pozycjonowania są interesujące zarówno w kontekście brytyjskiej sceny politycznej, jak i dla partii ekopolitycznych na świecie.

Zmiany w partyjnym pejzażu

Na niecały rok przed wyborami brytyjska polityka znajduje się w ciekawym momencie. Jakie miejsce na scenie politycznej chcą tu zająć Zieloni?

Jedną z opcji jest zajęcie przestrzeni po Liberalnych Demokratach – formacji, która utworzyła w 2010 r. prawicową koalicję z Partią Konserwatywną. Choć wcześniej postrzegani byli jako partia centrolewicowa, dziś realizują politykę cięć i zaciskania pasa, której symbolem może być potrojenie czesnego na uczelniach wyższych, do czego Liberalni Demokraci przyłożyli rękę na samym początku rządowej przygody.

Opozycja Partii Pracy wobec tych posunięć wydaje się jednak niezbyt wyraźna. Pomimo wyboru w 2010 r. na szefa partii Eda Milibanda – polityka uważanego wówczas za reprezentanta centrolewicowego skrzydła partii – labourzyści zobowiązali się do utrzymania surowej polityki obecnej koalicji przynajmniej przez pierwszy rok swoich rządów, przekonując, że „przyszły rząd Partii Pracy będzie miał mniej pieniędzy do wydawania”. Deklaracje te składane są w okresie, gdy w ciągu ostatniego roku bogactwo tysiąca najbogatszych osób w kraju urosło o 15% do poziomu 874 miliardów dolarów. Miliband zapowiada również cięcia w świadczeniach socjalnych w postaci limitu maksymalnej wysokości sumy zasiłków wypłacanych najbardziej potrzebującym.

Oznacza to, że na lewo od Partii Pracy powstało mnóstwo pustego miejsca. Znalazły się w nim osoby niezgadzające się z polityką cięć, a także uznające pilną konieczność podjęcia działań na rzecz zapobiegania zmianom klimatu. Główny przekaz jesiennego kongresu Zielonych stawiał sobie za cel trafienie do tej grupy – uznanie się za „prawdziwą lewicę” oraz „rzucenie wyzwania Partii Pracy”.

Mamy również do czynienia z innym trendem – zarazem interesującym i niepokojącym. Wzrost znaczenia Partii Niepodległości Zjednoczonego Królestwa (UKIP) grozi dalszym przesuwaniem się brytyjskiej sceny politycznej na prawo. Formacja ta żywi się (i zarazem napędza) atmosferą eurosceptycyzmu, niechęcią wobec osób korzystających z pomocy społecznej oraz antyimigracyjną retoryką. Atmosfera ta przejawia się jest również w postaci wewnętrznego podziału wśród Torysów. Pomimo większościowego systemu wyborczego podział ten nadal wygląda groźnie dla osób ceniących sobie sprawiedliwość społeczną oraz ekologię – tym bardziej, że UKIP właśnie po raz pierwszy zdobył mandat w Izbie Gmin.

Co więcej, konserwatyści przyjmują jako swoje postulaty UKIP – począwszy od referendum w sprawie członkostwa w Unii Europejskiej aż po coraz mocniejsze ataki na imigrantów. Mimo to poparcie dla UKIP nie topnieje. Dlaczego? Głównie dlatego, że bierze się ono z gniewu wobec establishmentu i „klasy politycznej” – niezależnie od tego, jak bardzo źle ukierunkowany jest ten gniew. W efekcie to bogaty, wykształcony w prywatnych szkołach, biały lider – człowiek, który był niegdyś pracownikiem sektora finansowego – może pozować na wroga całej klasy politycznej, jeśli tylko mówi o tym dostatecznie przekonująco. Dzięki dużemu zainteresowaniu mediów oraz hojnym dotacjom Nigel Farage zaczął w ostatnich trzech latach mieć coraz większy wpływ na brytyjską scenę polityczną. A wszystko to w momencie, gdy kraj walczy o odkrycie swej prawdziwej tożsamości i miejsca w świecie – co doskonale pokazuje zarówno niedawne referendum w sprawie niepodległości Szkocji, jak i zapowiadany plebiscyt w sprawie wyjścia z UE.

Nowy zielony radykalizm

Jaka powinna być odpowiedź Zielonych na tę sytuację? Tak jak w przypadku wzrostu innych partii populistycznej prawicy w Europie, nie może nią być naśladowanie reakcyjnych postulatów. Zamiast tego – co jest uzasadnione zarówno ideowo, jak i pragmatycznie – Zieloni powinni na nowo skupić się na przedstawianiu różnicy między zieloną wizją świata a wizjami innych ugrupowań.

Członkinie i członkowie Zielonych, jak się zdaje, zdają się podążać tym tropem. Na jesiennym zjeździe na stanowisko wiceliderów wybrali ekosocjalistkę Amelię Womack wraz z londyńskim działaczem Shahrarem Alim. Womack zdobyła najwięcej głosów, co pokazuje wolę zaproponowania wyborcom radykalnych odpowiedzi na obecną sytuację polityczną w kraju. Dotychczasowy wicelider, lewicowiec Will Duckworth, był niezmiernie blisko utrzymania fotela.

Partia promuje już również najważniejsze postulaty, z którymi idzie do przyszłorocznych wyborów parlamentarnych: podatek od majątku ponad 3 miliony funtów oraz renacjonalizacja kolei, sieci wodociągowych i energetycznych. Konferencja postawiła również na postulat podniesienia do r. 2020 płacy minimalnej do poziomu 10 funtów (ok. 13 euro) za godzinę pracy. Pomysły te cieszą się poparciem większości społeczeństwa, a zarazem są ignorowane przez polityków establishmentu.

Postulaty te stanowiły w ciągu ostatnich dwóch lat rdzeń przekazu wybranej na kolejną kadencję liderki partii, Natalie Bennett, tuż obok walki o prawa pracownicze. Walka ta nie tylko jest moralnie słuszna, ale też umożliwia zabieganie o poparcie ze strony brytyjskich związków zawodowych. Związkowcy regularnie przemawiają na konwencjach i wydarzeniach Zielonych, w tym na ostatnim wrześniowym kongresie partii. Zarówno Bennett, jak i Caroline Lucas (poprzednia liderka partii i jej jedyna posłanka w Izbie Gmin) często goszczą na konferencjach związkowych, przemawiając m.in. na spotkaniach wciąż potężnego Krajowego Związku Nauczycieli czy Kongresu Związków Zawodowych (TUC).

Choć w perspektywie średniookresowej jest mało prawdopodobne, by w dużej mierze wspierające dziś Partię Pracy związki zmieniły swoje partyjne upodobania, w najbliższych latach kluczowe może się okazać wsparcie ze strony 6 milionów ich członkiń i członków oraz lokalnych kół związkowych. Na poziomie lokalnym zdarzało się już, że związki takie jak zrzeszenie kolejarzy (RMT) brały udział w zielonych kampaniach wyborczych, zarówno angażując się w agitację, jak i wspierając fundusz wyborczy. Romayne Phoenix, partyjna rzeczniczka ds. polityki społecznej, zajmująca jednocześnie niedawno utworzoną funkcję łączniczki ze związkami zawodowymi, jest jednocześnie jedną z liderek brytyjskiego ruchu przeciwko cięciom i zaciskaniu pasa – Zgromadzenia Ludowego. To ważny symbol tego, jak bardzo Partia Pracy opuściła tę polityczną przestrzeń, a także w jaki sposób Zieloni traktują pojęcia „zielone” i „lewicowe” jako dwie strony jednej monety.

Tego typu przykłady możemy mnożyć – w formularzu deklaracji członkowskiej pojawiło się pytanie o przynależność do związków zawodowych, Młodzi Zieloni zainicjowali kampanię na rzecz uzwiązkowienia swych członkiń i członków w ich miejscach pracy (pod hasłem „Organizujcie się!”), ideowe podstawy ugrupowania mówią o tym, że „nierówności i wyzysk zagrażają przyszłości planety”, a niedawno przyjęte postulaty programowe uwzględniają prawo pracownic i pracowników do przejmowania firm, w których pracują, i zmieniania ich w spółdzielnie.

Wszystko to ma wpływ na postrzeganie Partii Zielonych jako realnej progresywnej alternatywy dla neoliberalizmu, co przyczynia się do zauważalnego w ostatnich 4 latach wzrostu poparcia.

Mnożenie sił

Pomimo nieznacznego spadku procenta zdobytych głosów Zielonym udało się zdobyć trzeci mandat w Parlamencie Europejskim – tym razem na zazieleniającym się południowym zachodzie kraju. Nową zieloną europosłanką została ekonomistka Molly Scott Cato. Od czasu wyboru Caroline Lucas do Izby Gmin członkostwo w Partii wzrosło dwukrotnie – z 9 do 18 tysięcy osób, mamy również 170 lokalnych radnych. Sukcesem są również najlepsze od roku 1989 wyniki sondażowe, gdzie coraz częściej zrównujemy się z Liberalnymi Demokratami w okolicach 7%.

Imponujący jest również wzrost Młodych Zielonych – od marca przyrost przekroczył 70% i dziś jest nas ponad 3 tysiące. Być może zawdzięczamy to również paradoksalnie wzrostowi UKIP.

„Nie” dla prawicy

Powyższe statystyki to nie tylko numerki – odzwierciedlają one przypływ nowej energii odczuwalny w partii, dążącej do utrzymania przez Lucas miejsca w Izbie Gmin oraz zdobycia kolejnego mandatu czy dwóch. Pomóc w tym może bycie radykalną siłą, zdecydowaną zatrząść polityczną sceną Wielkiej Brytanii – „UKIP-em lewicy”. Szeregi partii rosną również wskutek coraz silniejszego strachu przed wzrostem prawicy.

Czy Wielka Brytania jest w tej materii wyjątkowym przypadkiem? Niewiele innych krajów (może poza Hiszpanią) stoi przed obliczem tak dalece posuniętej destabilizacji konstytucyjnej i politycznej, spowodowanej niedawnym referendum w Szkocji. Wzrost skrajnej prawicy jest zjawiskiem, z którym Zieloni mogą skutecznie walczyć, mogąc z dumą powiedzieć, że w przeciwieństwie do wielu partii socjaldemokratycznych odrzucają tak język, jak i akty nietolerancji, jakie szerzą się w Europie. Skala rozczarowania partiami głównego nurtu jest duża nie tylko w Wielkiej Brytanii – zniesmaczenie politycznym establishmentem to również ogólnoeuropejskie zjawisko. Musimy na nie odpowiedzieć – chyba że chcemy, by zrobiły to inne, reakcyjne formacje.

Co najważniejsze, możemy obnażyć fakt, że partie te nie mają żadnych odpowiedzi na kwestie związane ze zmianami klimatu, zanieczyszczeniem środowiska czy polityką cięć i zaciskania pasa, które odciskają piętno na życiu zwykłych ludzi.

W obliczu oderwanej od rzeczywistości radykalnej lewicy oraz „ruchu” socjaldemokratycznego, który dawno skapitulował przed skazanymi na porażkę pomysłami ekonomicznymi i ekologicznymi, Zieloni w Wielkiej Brytanii – i zapewne również w całej Europie – mogą pokazać, że nie brak im ideowej odwagi oraz umiejętności przekazania swoich pomysłów osobom, które system polityczny pozostawił na marginesie.

Artykuł Green, left, growing ukazał się w „Green European Journal” (Zielonym Magazynie Europejskim). Przeł. Bartłomiej Kozek.

O rządach torysów, miejscu Wielkiej Brytanii w Unii Europejskiej oraz o tym, co łączy, a co różni Zielonych i Partię Pracy opowiada Natalie Bennett, liderka Partii Zielonych Anglii i Walii, w rozmowie z Bartłomiejem Kozkiem. (więcej…)

Jak powinna wyglądać zielona polityka społeczna? O co chodzi w ekologicznym obywatelstwie? Bartłomiej Kozek omawia nowe publikacje brytyjskiego think tanku Green House. (więcej…)