Lasy pokrywają około 30% naszego kraju. To nie jest bardzo dużo, biorąc pod uwagę fakt, że są one domyślną formą szaty roślinnej w naszej strefie klimatycznej.

Żeby rosły, wystarczy ich nie niszczyć. Pewnie co jakiś czas udaje Wam się minąć jakiś las, kiedy wyjeżdżacie z miasta. Być może nawet byliście w nim na jagodach w sezonie letnim albo na grzybach jesienią. Może jakiś rośnie wokół jeziora, nad które jeździliście w wakacje, a może jest jakiś “Wasz” las, z którym wiążą się jakieś dobre wspomnienia? Gdybyśmy mogli odpowiadać na te pytania twierdząco, można by było pomyśleć, że żyjemy w świetnej relacji z naturą. Ale to tylko pozory – jeśli spojrzymy na lasy z szerszej perspektywy, zauważymy kilka sporej wagi problemów.

Po pierwsze – to, co na pierwszy rzut oka uznać można za las, może być skrajnie odmiennym obrazem lasu. Z jednej strony, mogą to być na przykład posadzone w równych odstępach sosny, czyli plantacje drzew jednego gatunku, których wielkie połacie sadzi się jednocześnie, przez co wszystkie wyglądają jak seryjnie produkowane w leśnej fabryce. Takie lasy odpowiadają na potrzeby przemysłu drzewnego, ale nie wypełniają swojego zadania przyrodniczego polegającego na magazynowaniu wody czy pochłanianiu węgla. Młode drzewa pełnią tę funkcję tylko w niewielkim zakresie. Są to lasy, chociaż bardziej przypominają pola uprawne, nad którymi człowiek ma pełną kontrolę – od decyzji o gatunku drzewa, które zostanie zasadzone, po decyzję, kiedy drzewo zostanie ścięte i wyjedzie z lasu jako stos drewnianych kłód.

Z drugiej strony, mamy też w Polsce dzikie ostoje różnorodności, w których drzewa różnych gatunków i w różnym wieku tworzą siedliska dla rzadkich już dzisiaj mchów, porostów, roślin czy owadów. Od lat trwają tam nienaruszone naturalne procesy, dzięki którym puszcze mogą się zapuszczać. Takich ekosystemów leśnych jest zdecydowanie mniej – szacuje się, że zajmują około 15 procent powierzchni kraju. Nie są jednak doceniane, a w niektórych miejscach traktowane są dokładnie tak jak plantacje monokultur – zasadzone jednogatunkowe lasy. Wycina się je, zapominając, że rosły w tych lasach dużo wcześniej, niż zlecający tę wycinkę wysoko postawiony pracownik Lasów Państwowych zdążył się urodzić, a nawet niż powstała ta instytucja, która obecnie zarządza zdecydowaną większością naszych lasów. Są ścinane, a jednocześnie ścinający i ich zleceniodawcy ignorują toczące się tam życie – na przykład okres lęgowy ptaków, czyli czas, w którym zakładają one w koronach drzew gniazda, składają jaja i oczekują potomstwa. Prace leśne prowadzi się przez cały rok; kilkumiesięczny zastój w przerabianiu lasów na deski mógłby bowiem spowodować zbyt duże straty finansowe i przerwę w eksporcie.

Zyski są niestety wciąż ważniejsze niż stare lasy. Zarówno rządzący, jak i kierownictwo Lasów Państwowych powtarzają, że niemożliwe jest tworzenie nowych parków narodowych, bo nasza gospodarka potrzebuje drewna. Tymczasem, w ramach unijnej strategii bioróżnorodności, umówiliśmy się na objęcie ochroną ścisłą przynajmniej 10% powierzchni każdego z krajów członkowskich, w tym wszystkich starych lasów. Formą ochrony przyrody, która faktycznie zapobiega wycinkom jest w Polsce park narodowy. Nie zapewniają tego obszary Natura 2000, ani parki krajobrazowe, w których stale prowadzi się komercyjne pozyskanie drewna.

Niestety w Polsce tylko 1% powierzchni kraju jest objęty taką formą ochrony przyrody, a partia rządząca, mimo zapowiedzi (zawartych między innymi w Polskim Ładzie), wciąż nie podjęła żadnego działania. Od dwóch dekad nie powstał w Polsce żaden nowy park narodowy. W tym czasie na przykład z Puszczy Karpackiej zgodnie z obowiązującym tam Planem Urządzenia Lasu każdego dnia wyjeżdża średnio 10 ciężarówek drewna. Podejmujące tę decyzję kierownictwo Lasów Państwowych nie przejmuje się naruszaniem spokoju orłów przednich, ptaków niezwykle rzadkich, których większość żyje właśnie tam. Nie zważa na losy zgniotka cynobrowego czy nadobnicy alpejskiej, sóweczki czy dzięcioła. Ani na fakt, że stare lasy są częścią lekarstwa na kryzys klimatyczny.

Puszcza Karpacka, Puszcza Białowieska, czy Puszcza Borecka to właśnie przykłady lasów starych i dzikich. To one właśnie są najcenniejsze. Dzięki temu, że mogły rosnąć długo, zdążyły wbudować w rośliny, ściółkę i glebę bardzo dużo węgla, który powstaje przez pochłanianie z atmosfery dwutlenku węgla w procesie fotosyntezy. Są więc naturalnymi magazynami węgla, a jak wiemy – z dwutlenkiem węgla mamy obecnie spory problem.

Szeroko rozumiana działalność wielu przedstawicieli naszego gatunku, w tym spalanie paliw kopalnych, sprawiła, że wyemitowaliśmy go do atmosfery tak dużo, iż stanowi on zagrożenie dla stabilności panującego na planecie klimatu, która umożliwia nam przeżycie. Żeby było jasne – nie wszyscy jesteśmy za to odpowiedzialni w równym stopniu. 71% wszystkich globalnych emisji to skutek działania stu firm, które traktowały to zagrożenie jako nieistotny efekt uboczny procesu czerpania zysków. Zamiast ze skruchą przyjąć pomoc, jaką stare lasy mogą nam zaoferować w czasie kryzysu klimatycznego – je także zamieniamy w surowce i element niekończącego się pościgu za wzrostem produktywności gospodarki.

To zagubienie i ślepe podążanie za ideologią wzrostu gospodarczego widzimy zresztą nie tylko w Polsce. Hambach – stary las w Niemczech, miano zetrzeć z powierzchni ziemi, tak jak to się dzieje z miejscowościami i ze wszystkim innym, co staje na drodze kopalniom odkrywkowym węgla brunatnego. Zapatrzenie w dotychczasowe schematy i argumenty o tym, że zawsze pozyskiwaliśmy energię w ten sposób, że nie ma innego wyjścia, jak tylko nadal wydobywać i spalać węgiel, są częścią opowieści ugruntowującej funkcjonowanie systemu, którego głównym celem jest zarabianie na podporządkowywaniu sobie planety.

Niszczone są także stare lasy w Estonii. Z raportu Greenpeace wynika, że wycina się je specjalnie po to, żeby móc je sprzedać i… spalać w celu produkcji energii elektrycznej. Co więcej, takie źródło energii Unia Europejska uznaje za odnawialne i stanowi ono aż 35% energii z odnawialnych jej źródeł. Gromadzony przez wieki w lasach węgiel jest więc uwalniany z powrotem do atmosfery w ciągu kilku chwil. Nie jest to zatem rozwiązanie, lecz pogłębianie problemu kryzysu klimatycznego i generowanie dodatkowych problemów związanych z utratą bioróżnorodności. Drewno z Estonii eksportuje się za granicę – do Holandii, Danii czy Belgii.

Lasy zamieniają się więc w towar będący przedmiotem nierównych międzynarodowych transakcji. Kraje, do których drewno dociera, mogą pochwalić się osiągnięciami w zakresie zrównoważonego podejścia do środowiska i wysokim procentem produkcji energii ze źródeł odnawialnych. Pozwala to przywódcom i przywódczyniom tych państw (czy też całej Unii Europejskiej) opowiadać bajki o decouplingu czy zielonym wzroście, czyli o możliwości utrzymania wzrostu gospodarczego bez dalszego niszczenia środowiska. W rzeczywistości odpowiedzialność przerzucana jest na inne państwa – emisje z przemysłu drzewnego liczone są w Estonii, a kraje takie jak Holandia mogą mówić o redukowaniu emisji wraz z jednoczesnym utrzymywaniem wzrostu gospodarczego. A raczej o marzeniach, że coś takiego kiedyś się wydarzy. Z tego, co wiemy z raportu Decoupling Debunked, opublikowanego przez The European Environmental Bureau – decoupling jeszcze nigdzie na świecie się nie udał. Nawet jeżeli presja na środowisko maleje – jest to spadek minimalny, niezgodny nawet z celami porozumienia paryskiego.

W skali globalnej największym problemem jest niszczenie lasów deszczowych – co dzieje się na przykład w Amazonii. Ostatnie doniesienia o tym, że las ten – nazywany zielonymi płucami Ziemi – w wyniku eksploatowania go przez człowieka obecnie więcej CO2 emituje niż pochłania, wywołały falę gniewu, smutku i strachu. Nie zaskoczy Was pewnie informacja, że głównym powodem niszczenia tych lasów jest to, że gdy powierzchnię, na której rośnie las, wymieni się na pola uprawne, wzrośnie poziom produktywności gospodarki. Amazońskie lasy są wycinane, a nawet wypalane – bo to szybszy i tańszy sposób na pozbycie się ich. Z kolei rolnictwo, które się tam pojawia, jest bardzo często związane z masową produkcją mięsa, nastawioną na jego eksport. Zamiast pochłaniających dwutlenek węgla lasów, w Ameryce Południowej mamy więc pastwiska dla bydła i uprawy roślin na pasze. Swoją drogą – powstałe w ten sposób uprawy często marnieją w wyniku susz, które z kolei wynikają z pozbycia się przez nas magazynujących wodę drzew, a także z kryzysu klimatycznego, który pogłębia się wraz z kolejnymi emisjami gazów cieplarnianych. Warto dodać, że chów przemysłowy w celu produkowania mięsa odpowiada za około 15% globalnych emisji gazów cieplarnianych, w dużej mierze generowanych w wyniku wylesiania.

Spośród dostępnej człowiekowi powierzchni lądowej naszej planety połowę zajmuje rolnictwo. ¾ tego terenu jest wykorzystywane do tego, żeby produkować mięso i nabiał. Lasy natomiast stanowią już tylko 37% powierzchni lądów. Jeżeli będziemy wciąż tkwili w tym nastawionym na ciągły zysk systemie, zniszczymy wszystko, co umożliwia nam przeżycie. Próba dominowania nad naturą, której sami jesteśmy częścią, to wojna samobójcza, którą toczymy już zbyt długo. Nad naszą relacją z naturą możemy jednak pracować, żeby oduczać się tendencji do czynienia jej sobie poddaną. Możemy współistnieć z innymi istotami zamieszkującymi planetę w taki sposób, który wszystkim nam zapewni odpowiednie warunki do funkcjonowania. Nie każdy skrawek ziemi koniecznie trzeba zmienić w pieniądze. Jak mówi przysłowie plemienia Kri, rdzennej społeczności zamieszkującej dzisiejszą Kanadę, “Kiedy wycięte zostanie ostatnie drzewo, ostatnia rzeka zostanie zatruta i zginie ostatnia ryba – odkryjemy, że nie można jeść pieniędzy”.


 

Minister Środowiska odwołał bez podania przyczyn dyrektorów parków narodowych:
– dyrektora Świętokrzyskiego Parku Narodowego, Piotra Szafrańca (14.04.2016),
– dyrektora Biebrzańskiego Parku Narodowego, Romana Skąpskiego (5.04.2016).

Obaj Dyrektorzy za swoich kadencji znacznie poprawili jakość ochrony swoich parków. Należeli do grona najlepszych w Polsce.

W końcu marca Generalny Dyrektor Ochrony Środowiska Krzysztof Lissowski odwołał ze stanowiska Regionalną Konserwator Przyrody w Rzeszowie Agnieszkę Marcelę, która dzielnie broniła przyrody Podkarpacia. Na stanowisko podkarpackiego RKP powołany został Wojciech Wdowik, były wójt gminy Świlcza.

Inf. Wiadomości KP

Istniejące prawo można lepiej wykorzystywać, ale jeśli naprawdę ma być lepiej, to prawo musi się zmienić. O programach partii w dziedzinie ochrony przyrody Beata Nowak rozmawia z Krystyną Słodczyk.
Beata Nowak: Czy lektura programów wyborczych przynosi nadzieję na poprawę ochrony przyrody w naszym kraju?

Krystyna Słodczyk: Przestudiowałam programy partii mających obecnie przedstawicieli w parlamencie. Niestety, nie można liczyć na specjalną poprawę. Stan środowiska i polskiej przyrody nie budzi specjalnego zatroskania w partiach. Programy są bardzo ogólne i życzeniowe. Procedowanie w sprawie prawa ochrony jest wynikiem interesów partyjnych, a nie jest powodowane dobrem samej przyrody. Niepokojące są zapowiedzi manipulowania w sieci obszarów chronionych Natura 2000 przez PiS i SLD. Bardzo często parlamentarzyści zmieniają swoje poglądy na problemy przyrody, zachowując się jak chorągiewka na wietrze. Tak jest np. w kwestii upraw GMO, czyli organizmów genetycznie modyfikowanych, które zagrażają bioróżnorodności.

Ale końcówka kadencji charakteryzuje się wytężoną pracą sejmu…

O tak. To przypomina przyjmowanie nowych ustaw metodą „last minute”. W tych warunkach nie wszystkie ustawy są dobrze przygotowane. Proponowane są poprawki w ostatniej chwili, czasem przyjmowane są buble prawne, takie jak ustawa o nasiennictwie, która wprowadzała GMO „tylnymi drzwiami” do Polski. Wszystko to świadczy o niskiej odpowiedzialności parlamentarzystów za stan środowiska i przyrody polskiej. Ogólnie mówiąc, ochrona zwierząt czy roślin, parki narodowe i cała ochrona środowiska to sprawy bardzo upartyjnione.

Czy sugerujesz, że istniejące parki narodowe nie są dostatecznym sposobem na ochronę ekosystemów?

Polskie parki narodowe są miniaturami ekosystemów. Procesy ekologiczne, np. obieg materii i energii, nie są w nich chronione w wystarczającym zakresie. Ponadto parki są zagrożone przez partykularne interesy lokalnych społeczności. To samorządy mają decydujący głos przy powołaniu nowych parków i rozszerzaniu starych. A przecież park narodowy to, jak sama nazwa wskazuje, dobro ponadlokalne.

Obywatelski projekt ustawy o ochronie parków pt. „Oddajcie parki narodowi” nie doczekał się procedury sejmowej, a jest to projekt, który odbierałby samorządom ich swoiste „liberum veto”. Projekt ten likwiduje możliwość odwoływania dyrektorów parków narodowych przez ministra środowiska. Cisza Sejmu w sprawie projektu oznacza, że partia mająca w nazwie słowo „obywatelska” ma za nic starania 250 tys. obywateli, którzy zaangażowali się w sprawie parków. Może wynika to z obawy narażenia się samorządom przed wyborami. Ale dlatego obszar polskiej Puszczy Białowieskiej jest objęty zaledwie w 17% parkiem narodowym, a w pozostałej części wyrębuje się stare drzewostany w tempie 100-150 tys. metrów sześciennych rocznie?

Dlaczego mieszkańcy gmin obawiają się poszerzenia parków narodowych, a także obszarów Natura 2000, kolejnej formy ochrony siedlisk?

Między innymi dlatego, że nikt ich nie informował, jakie korzyści będą mieli z obecności obszaru chronionego na swoim terenie. Najczęściej ani przy wyznaczaniu obszarów sieci ani teraz, gdy rozpoczyna się tworzenie planów zadań ochronnych, nie było akcji informacyjnej. W większości przypadków przy powoływaniu obszarów chronionych zapomniano o konsultacjach społecznych. Nic więc dziwnego, że obecność obszarów Natura 2000 na terenie gminy uważana jest za problem i postrzegana jako bariera dla rozwoju. To błędny pogląd. Kto gospodaruje na obszarach Natura 2000, może korzystać choćby ze wsparcia finansowego. Ale rolnicy rzadko z tego korzystają.

A jakie korzystne zmiany wystąpiły w prawie ochronnym?

Nowelizacja ustawy ochronie zwierząt w sierpniu b.r. przyniosła poprawę ich traktowania. To bardzo ważne, aby społeczeństwo zrozumiało, że zwierzę nie jest rzeczą i wyzbyło się takiego traktowania zwierząt jak w przysłowiu „chłop żywemu nie przepuści”. Większe kary za znęcanie się nad zwierzętami, zakaz stałego trzymania psów na łańcuchu, odstrzeliwania błąkających się zwierząt domowych oraz przycinania psom ogonów i uszu, to efekty nowelizacji. Ale w dalszym ciągu brakuje kontroli nad hodowlami zwierząt, miejscami opieki nad nimi czy obiektami, gdzie zwierzęta używane są do zarobkowania. Bardzo ważne byłoby też prawo, które zapobiegałoby bezdomności zwierząt.

To znaczy, że przed polskim sejmem jest dużo pracy, aby usprawnić system ochrony. A czego życzyłabyś ludziom i przyrodzie w ramach istniejących możliwości prawnych?

Chciałabym, aby państwo równo traktowało wszystkich obywateli. Polska ma z tym poważny problem. Są przypadki, gdy uczciwi obywatele traktowani są z całą ostrością prawa, a inni, lepsi obywatele „mogą więcej” i chociaż dopuszczają się czynów zagrażających przyrodzie, traktuje się ich z pobłażliwością. Oto przykłady. Myśliwy zastrzelił żubra pozostającego pod ochroną gatunkową wartego ponad 50 tys. zł. Prokurator jednak uznał, że ustrzelenie żubra nie spowodowało istotnej szkody przyrodniczej i sprawę umorzono. Młody ornitolog był oskarżony o umyślne i złośliwe płoszenie zwierzyny w Puszczy Białowieskiej, bo przeprowadzał w lesie obserwacje. Zapadł wyrok uniewinniający, ale zestawiając oba te przypadki mamy wrażenie dysproporcji. Znana jest sprawa dwojga emerytów, którzy byli ścigani z pełną surowością prawa za wycięcie krzaków na swojej działce w obszarze, na którym nie było żadnej ochrony ekologicznej. Porównajmy to do casusu znanego biznesmena, który w drodze samowoli budowlanej wyrąbał drzewa, by postawić narciarski wyciąg w obszarze Natura 2000, pod czym zalegalizował inwestycję.

Istniejące prawo można lepiej wykorzystywać, ale jeśli naprawdę ma być lepiej, to prawo musi się zmienić.

Wstępując na szlak turystyczny mojego ulubionego Bieszczadzkiego Parku Narodowego, bilet kupowałam z przyjemnością. Miałam poczucie, że moje pieniądze zasilą budżet parku i przyczynią się do ochrony bieszczadzkiej przyrody. Dzisiaj nie mam już takiej pewności. (więcej…)

Państwo zachowuje się jak zubożała hrabina, która wyprzedaje rodowe klejnoty, aby zjeść posiłek w barze mlecznym.

Najpierw Minister Skarbu zdecydował o wyprzedaży Austriakom kolejki na Kasprowy Wierch. Wprawdzie Tatry to dobro narodowe, ale zysk ważniejszy. Sprzeda się kolejkę i teren górnej stacji, zyska się trochę grosza na podtrzymanie przy życiu PKP. Potem Ministerstwo Środowiska nakazało dyrekcjom parków narodowych podać wartość ich terenów. Nie wiemy dlaczego, podobno to taki  rytuał, ale wiadomo, że jak coś ma wycenioną wartość, to może być przedmiotem transakcji. Uznać więc można taką wycenę jako wstęp do komercjalizacji polskiej przyrody. Dwadzieścia trzy parki narodowe muszą określić, ile warte są ich tereny, Morskie Oko na przykład, albo Krutynia czy Trzy Korony.

Dyrektor Tatrzańskiego Parku Narodowego jest przeciwny w obu tych przypadkach,  nie chce sprzedać Kasprowego i nie chce wyceniać Doliny Pięciu Stawów. Upatruje w tych przedsięwzięciach – słusznie! – końca ochrony przyrody. Tak czy siak wycenę robić trzeba, bo za jej brak grozi odpowiedzialność karna. Najwyższa Izba Kontroli  przypomniała o konieczności wyceny narodowego  dobra, jakim jest niewątpliwie polska przyroda, chroniona w enklawach zwanych parkami narodowymi. Z przedstawionego przez NIK raportu wynika, że dyrekcje parków narodowych nie podjęły działań, mających na celu zapewnienie przestrzegania przepisów w zakresie ustalenia wartości gruntów pozostających w trwałym zarządzie parków narodowych i ich ujęcia w ewidencji księgowej. Parki nie zrobiły też bilansów parków narodowych, brak też  i bilansu łącznego Ministerstwa. Oczywiście potem przyjdzie czas na wycenę  parków krajobrazowych, użytków ekologicznych, rezerwatów itp. Wycenę trzeba powierzyć ekspertom, a ci nie pracują za darmo, a wręcz przeciwnie, cenią sobie  swoją pracę.

Czy w ogóle jest możliwa wycena wartości przyrody, a więc roślin, zwierząt, skał, potoków i strumieni, a także  piękna krajobrazu, doznań estetycznych itd? Na pewno nie wystarczy sama wycena zasobów: zsumowanie wartości rynkowej jagód, mięsa z dzika i drewna dębowego. Na wartość przyrody składają się przecież także jej niewymierne walory, jak kojący szum wiatru, cudowny krajobraz oraz korzyści pośrednie, takie jak np. ludzkie zdrowie. Wycena (określenie ceny) jest rzeczywiście niezbędna w szczególnych przypadkach, np. gdy trwa spór o własność.

W pozostałych przypadkach nie należy mówić w ogóle o cenie, lecz o wartości, którą umownie wyraża maksymalna kwota pieniędzy, jaką ludzie byliby gotowi zapłacić za korzystanie z danego dobra przyrody, gdyby było ono dostępne tylko odpłatnie. Analogicznie z dobrami kultury: Mona Lisa nie jest na sprzedaż; nie ma ceny, za którą dałoby się ją kupić i w tym znaczeniu Mona Lisa jest bezcenna. Ale przecież przez to nie staje się bezwartościowa! Wręcz przeciwnie: nie wyznacza się na nią ceny właśnie dla tego, że przedstawia wartość bezcenną.  Dla mnie  polska przyroda jest bezcenna. Nie sądziłam, że rząd zacznie jej wyprzedaż od klejnotów Tatrzańskiego Parku, pierwszego narodowego parku w Polsce.

Obecnie nauka zna metody wyceny obiektów takich jak elementy przyrody, czy  atrakcje turystyczne, ale są to metody niedoskonałe.  Do najpopularniejszych metod wyceny należą:  metoda oddziaływanie-skutek,  metoda substytucyjna, metoda odtworzeniowa, metoda prewencyjna,  metoda kompensacji, metoda utraconych możliwości. Już same nazwy tych metod sugerują, że są to metody pośrednie. Sugerują też, co jest meritum danej metody, np.  ile kosztowałoby odtworzenie danego ekosystemu, ile stracimy, jeśli dany obiekt zniszczymy itp. Oto przykład: młody naukowiec z Zamościa dokonuje próby oszacowania wartości parku w Zamościu [1] przy pomocy dwóch metod:  metody kosztów podróży oraz  metody deklarowanych preferencji (MDP). Do każdej z tych metod potrzebne są wstępne badania społeczne: trzeba zapytać osoby korzystające aktualnie – lub mogące korzystać potencjalnie – z danego obiektu ich preferencje co do kontaktu tym obiektem lub o gotowość ponoszenia wydatków na rzecz tego kontaktu.

  • Metoda kosztów podróży jest oparta na spostrzeżeniu, że człowiek chcąc odwiedzić dane miejsce musi odbyć do niego podróż, co wiąże się z określonymi kosztami. Koszt ten (związany np. z odległością dojazdu, jaką jesteśmy skłonni pokonać) jest miarą atrakcyjności danego dobra dla nas (ile realnie zapłacił za dojazd statystyczny turysta zwiedzający Wielki Kanion, a ile – statystyczny turysta zwiedzający Wąwóz Homole?). To metoda bezpośrednia, bo mierzy koszt faktycznie poniesiony.
  • Metoda deklarowanych preferencji badana gotowość ludzi płacenia za korzystanie z określonych walorów środowiska oraz gotowość akceptacji pewnej kwoty wydatku dla ocalenia jakości środowiska (ile „podatku ekologicznego” byłby gotów zapłacić respondent dla ocalenia przed zniszczeniem Wielkiego Kanionu, a ile – Wąwozu Homole?). To metoda pośrednia, bo bada ona zadeklarowaną gotowość płacenia.


Oszacowane wartości parku w Zamościu przy pomocy obu metod okazały się wprawdzie zbliżone (wynoszą odpowiednio:  5 007 600 zł oraz 5 280 600 zł), co mogłoby świadczyć o względnym obiektywizmie i względnej dokładności obu metod. Jednak zwracam uwagę, że wartość oszacowana obiema metodami różni się o – bagatela – ćwierć miliona z okładem,  co może okazać się bardzo korupcjogenne.

Dlatego: ręce precz od parków narodowych! Bo – jak mawiali  wodzowie indiańscy – prawdą jest, że te wszystkie skały, lasy, zwierzęta strumienie są niepowtarzalne i bezcenne, bo stworzyła je Natura.
*********************************
[1]: A. Malinowski: Wycena środowiska przyrodniczego. Uniwersytet Przyrodniczy w Lublinie, Wydział Nauk Rolniczych, Międzywydziałowe Studium Pedagogiczne