Odsunięcie przez Prawo i Sprawiedliwość reformy bądź zniesienia NFZ na swą ewentualną drugą kadencję daje chwilę wytchnienia, w trakcie której progresywne siły polityczne mogą przemyśleć swoją wizję ochrony zdrowia. (więcej…)

Sytuacja kobiet ciężarnych i matek, które niedawno urodziły jest w obozach dla uchodźców wyjątkowo trudna, ponieważ często nie mają niezbędnej opieki. Wymuszone cesarskie cięcia, niedożywienie i zaniedbania w opiece poporodowej to codzienność według najnowszych badań poświęconych sytuacji w Grecji.

W sierpniu 2016 roku Feiza z Syrii urodziła swoje piąte dziecko. Na imię ma Ahmed. Spotkałam Feizę trzy dni po opuszczeniu szpitala w obozie Softex niedaleko Salonik. Skarżyła się na ból brzucha, który był spuchnięty i miejscami siny. Po wyjściu ze szpitala żaden lekarz nie pojawił się, by skontrolować ją i noworodka. Dwa tysiące osób przebywających w obozie może liczyć na podstawową opiekę medyczną, ale ginekologia do niej nie należy.

Feiza narzekała, że cesarskie cięcia robi się tu nawet jeśli nie ma takiej potrzeby lub jeśli kobieta sobie tego nie życzy. „Uchodźca”, wyjaśnia, wzrusza ramionami i spuszcza wzrok. To jedyne słowo w języku angielskim, jakie zna.

„To mój pierwszy poród przez cesarkę”, mówi mi Maryam, a jej 13-letnia córka tłumaczy te słowa na łamany angielski, co wystarcza, żebym zrozumiała, jak beznadziejna jest ich sytuacja. Feiza z dziećmi – których ojciec od stycznia czeka na nich w Niemczech – mieszka w małym namiocie niedaleko dziurawego płotu obozu. Obóz ten nie jest bezpiecznym miejscem, szczególnie dla kobiet i dzieci. Odnotowano przypadki gwałtów i przemocy seksualnej, a bójki są na porządku dziennym. Feiza mieszka tu z czterema dziewczynkami i maleńkim chłopcem.

„Boimy się wychodzić. W nocy w ogóle nie opuszczamy namiotu, a w dzień, jeśli już musimy wyjść, to nigdy osobno” – zaznacza. W namiocie jest jedno duże łóżko, na którym śpi z niemowlakiem. Dziewczyny mają cienki materac rozłożony na drewnianej podłodze. Przeraża je otaczająca przemoc. Boją się, że węże i inne zwierzęta wejdą do namiotu.

Historia Feizy dobrze ilustruje trudności, jakich uchodźczynie doświadczają na swojej drodze. Podobnych historii jest więcej. Fundusz Ludnościowy Narodów Zjednoczonych (UNFPA) podaje, że ponad 55% osób, które przybyły do Europy w styczniu 2016 roku to kobiety i dzieci. Dla porównania w lipcu 2015 było ich tylko 27% wśród przybyszy. Wiele kobiet podróżuje z dziećmi lub noworodkami przy piersi. Organizacja Lekarze bez Granic szacuje, że niemal jedna na dziesięć kobiet, które udaje się uratować z łodzi przemytników jest w ciąży.

Niebezpieczeństwo porodu

Kwestia opieki medycznej rzadko podejmowana jest w kontekście uchodźctwa, choć jest to jedna z podstawowych potrzeb, które kraj przyjmujący miałby zapewnić. Według nowych badań przeprowadzonych przez organizacje Hellenic Action for Human Rights (Pleiades), Human Rights in Childbirth, Are You Syrious? i grupę wolontariuszy sytuacja kobiet rodzących dzieci w greckich obozach jest dramatyczna. Sytuacja w innych krajach I miejscach na szlaku bałkańskim, gdzie przebywa obecnie większa liczba uchodźców i uchodźczyń pewnie jest podobna, ale brakuje twardych danych.

Badania w Grecji prowadzono w obozach i squatach od września do października 2016 roku. Przeprowadzono rozmowy z 29 kobietami, z których 20 niedawno urodziło, a jedna poroniła. Jedno dziecko zmarło krótko po porodzie.

Tylko jedna z 20 kobiet powiedziała, że karetka przyjechała w porę, by zabrać ją do szpitala, gdzie mogła urodzić. 60% kobiet rodziło przez cesarskie ciecie, bez informowania czy pytania o zgodę ze strony personelu medycznego. Jedna z kobiet opowiedziała o panice, która ją ogarnęła, kiedy zdała sobie sprawę, co ją czeka. „Po 12 godzinach prób, by urodzić naturalnie, poinformowano mnie, że będą mnie rozcinać. Ciągle byłam świadoma i przywiązana do łózka, kiedy moje podbrzusze zaczęli czyścić do zabiegu alkoholem” – opowiada. „Bałam się i poprosiłam anestezjologa o znieczulenie, używając arabskiego słowa khadirini (znieczul mnie). Ten zaczął się śmiać i powtarzać: żadnego khadirini. Wpadłam w panikę i wyłam z bólu i  ze strachu, do tego stopnia, że zerwałam pasy krępujące moje ręce. Na szczęście przyszli lekarze, rozmawiali ze mną i uspokajali mnie”. Nieobecność tłumacza powodowała, że wiele kobiet dostawało całkowite znieczulenie bez jakiegokolwiek wywiadu medycznego. Z kolei porody naturalne prowadzono często w ogóle bez znieczulenia.

W wywiadzie z tego roku dla Are You Serious?, Karin Tschare-Fehr, lekarka i wolontariuszka z Austrii, opisuje dramatyczną sytuację kobiet, zwracając szczególną uwagę na częste wykonywanie cesarskiego cięcia u kobiet, które żyją w niehigienicznych warunkach. Karin badała kobiety, które mówiły jej, że lekarze w szpitalach wykonują cięcie prawie wszystkim rodzącym, bez względu na wolę kobiety. „Odpowiedzialność za taki stan ponosi Unia Europejska”, przekonuje i wyjaśnia, że „nie chodzi tylko o uchodźców, ale o samych Greków, którzy są w beznadziejnej sytuacji, ponieważ nie mogą świadczyć podstawowej opieki zdrowotnej swoim obywatelom i nie stać ich na więcej”.

Dom, czyli obóz

Kobiety mówiły również o problemach z lokalami mieszkalnymi po porodzie, braku podstawowego bezpieczeństwa, złych warunkach sanitarnych, złej opiece medycznej, wyłącznie męskim personelu, braku dostępu do pomocy prawnej czy wreszcie o ograniczonym dostępie (lub braku dostępu) do informacji i tłumaczy.

Jakość usług medycznych w wielu greckich obozach jest przerażająco niska. Niektóre obozy mają zespoły medyczne, które zapewniają jedynie bardzo podstawową pomoc w godzinach od ósmej rano do piątej popołudniu. Poza tymi godzinami uchodźcy polegają na greckiej służbie zdrowia, która opornie odpowiada na ich potrzeby. Niektóre raporty wskazują, że karetce może zająć nawet 12 godzin od zgłoszenia zanim dotrze do uchodźcy.

Takich historii jest na pęczki. Pewna 19-letnia Afganka, mieszkająca na stadionie Elliniko, gdzie urodziła dziecko opowiada tak: „Czasami mam tak straszny ból głowy, jakbym waliła nią o ścianę. Lekarze powiedzieli mi, że to normalne i samo przejdzie”. Z kolei jedna 32-letnia Afganka mówi o zaniedbaniach w opiece poporodowej, która powinna pomóc przezwyciężyć trudności związane z życiem w obozie: „Dostałam proszek do picia, który miał pomagać mi w korzystaniu z toalety. Przestałam to brać, bo bałam się iść do toalety nocą, kiedy samotni mężczyźni nie śpią i kręcą się w okolicy”.

Według badań pomimo faktu, że wiele kobiet, z którymi przeprowadzono rozmowy zgłosiło władzom, że są w ciąży w momencie przybycia do Grecji, nie otrzymały dodatkowej opieki zagwarantowanej przez przepisy prawa międzynarodowego, europejskiego, czy greckiego. Autorzy raportu piszą:

Głównym problemem wskazywanym przez kobiety jest niska jakość jedzenia. Wiele kobiet informowało, że przebywały w różnych obozach w Grecji i wszędzie były problemy z jedzeniem. Było surowe, nieświeże lub brudne. Jeśli tylko miały pieniądze, kupowały jedzenie spoza obozu. Ich sytuacja zdrowotna nie upoważniała je do żadnych dodatkowych porcji. Świeże owoce, warzywa, mięso i ryby to rzadkość. Wszystkie skarżyły się na złe odżywianie w ciąży, co prowadziło do anemii i niskiego ciśnienia. Suplementy (witaminy i żelazo) dostawała mniej niż połowa, a jeśli ktoś je dostawał, to musiał za nie dodatkowo płacić.

Życie w trudnych warunkach sprawia, że matki nierzadko zapominają zadbać o swoje zdrowie. Według badań kobiety, które miały cięcie cesarskie często nie wracały do szpitala na usunięcie szwów, ponieważ dotarcie tam nie było dla nich łatwe. W efekcie dwie kobiety przyznały, że ponad 30 dni po zabiegu wciąż maja otwarte rany, które codziennie opatrują bandażami.

Jakby tego było mało, dzieci urodzone w Grecji przez uchodźczynie miewają żółtą gorączkę, zapalenie opon mózgowych, niedobory witaminy D, sepsę i gruźlicę, czyli problemy, które prawie w ogóle nie dotyczą greckich noworodków. Z powodu braku tłumaczy matki często w ogóle nie wiedzą o takich diagnozach. „Kolejnym istotnym problemem jest brak kontroli zdrowia dzieci i nadzoru nad szczepieniami” – czytamy w raporcie. „Wiele matek mówiło, że nie wiedzą, ile ważą ich dzieci, a trzy przyznały, że ich dzieci w ogóle nie były kontrolowane po wyjściu ze szpitala. Niektóre matki twierdziły, że nawet jeśli w ich obozie były organizacje pozarządowe zajmujące się opieką medyczną, to praktycznie nigdy nie były dostępne”.

Dotychczas tego rodzaju ostrzeżenia i informacje podawane przez różne organizacje raczej nie docierały do władzy w Grecji i innych państwach. Media unikają tego tematu i po raz kolejny potwierdzają, że kobiety i dzieci pozostają najsłabszą grupą, której prawa ciągle są łamane.

O autorce

Nidzara Ahmetasevic jest dziennikarką, niezależną badaczką i aktywistką z Sarajewa. Jest wolontariuszką w organizacji Are You Serious?, dla której redaguje stronę AYS Daily Digest i prowadzi prace w terenie. Publikowała w The New Yorker online, EUobserver, Al. Jazeera English online i The Observer. Doktorat zrobiła na Uniwersytecie w Graz.

Źródło: Open Democracy

Tłumaczenie: Robert Reisigová-Kielawski

Książka Bunt białych czepków Julii Kubisy przedstawia historię powstania i działalności Ogólnopolskiego Związku Zawodowego Pielęgniarek i Położnych (OZZPiP). (więcej…)

Reformy brytyjskiej ochrony zdrowia w ciągu ostatnich trzech dekad przekształciły demokratycznie zarządzaną służbę publiczną w otwarty, konkurencyjny rynek. Pomimo regularnych zapewnień przywódców politycznych, że ich decyzje oparte będą na dowodach, nasz nowy raport The Wrong Medicine (Fałszywe lekarstwo) nie znalazł dostatecznych dowodów, które uzasadniałyby te zmiany.

Ustawa o opiece zdrowotnej i społecznej z 2012 r. jest najnowszym i najdalej posuniętym krokiem w stronę urynkowienia służby zdrowia. Wielkie nastawione na zysk organizacje, często amerykańskie, zdobywają coraz więcej kontraktów w służbie zdrowia. Negocjowane właśnie porozumienie handlowe między Unią Europejską a USA (TTIP) grozi utrwaleniem kontroli sektora prywatnego nad ochroną zdrowia poprzez nałożenie ogromnych kar finansowych na wszelkie przyszłe rządy, które próbowałyby przywrócić usługi zdrowotne w ręce publiczne.

Dążenie do podporządkowania ochrony zdrowia logice rynku spotkało się z szerokim sprzeciwem ze strony ekspertów, w tym Królewskiego Kolegium Lekarzy Rodzinnych, Królewskiego Kolegium Pediatrów oraz Królewskiego Kolegium Lekarskiego. Lord Owen ostrzega, że ustawa o opiece zdrowotnej i społecznej może „doprowadzić do pełnego podporządkowania Narodowej Służby Zdrowia logice rynku”. Nawet niektórzy z torysów starszej daty uznało tę ustawę za największy błąd rządu Davida Camerona.

Koszty utrzymywania mechanizmów rynkowych w Narodowej Służbie Zdrowia zostały ostrożnie oszacowane na 4,5 miliarda funtów rocznie. Kwota ta wystarczyłaby do opłacenia 10 specjalistycznych szpitali, 174.798 dodatkowych pielęgniarek, 42.413 dodatkowych lekarzy pierwszego kontaktu lub 39.473.684 dodatkowych wizyt pacjentów na pogotowiu.

Niewielu zdaje sobie z tego sprawę. Dwóch na trzech ludzi objętych badaniem Ipsos MORI powiedziało, że niewiele wie o zmianach w Narodowej Służbie Zdrowia. Ani konserwatyści ani liberalni demokraci nie obiecywali wyborcom tej ustawy w swoich programach wyborczych w 2010 r.

Istnieją przemożne dowody na to, że urynkowienie nie jest dobre ochrony zdrowia. Z pewnością zaś nie ma naukowych dowodów na to, że mechanizmy rynkowe czy prywatna własność będą bardziej wydajne czy poprawią opiekę nad pacjentami w porównaniu z publicznym, publicznie kontrolowanym i finansowanym systemem. Przeprowadzona przez New Economics Foundation analiza skutków reform służby zdrowia pokazała, że:

  • Mechanizmy rynkowe i prywatyzacja systemów ochrony zdrowia mają niepewny lub negatywny wpływ na jakość i równy dostęp do opieki zdrowotnej.
  • Nic nie wskazuje na to, że zwiększenie zakresu wyboru pacjentów poprawił wrażliwość brytyjskiej służby zdrowia na ich potrzeby lub choćby zwiększył jej konkurencyjność.
  • Partnerstwo publiczno-prywatne, czyli dominujące od lat 90. wykorzystanie inwestycji prywatnego sektora, aby budować nowe szpitale, spowodowało poważne i długoterminowe koszty finansowe dla służby zdrowia bez kompensujących je oszczędności czy innych korzyści.
  • System ochrony zdrowia w USA plasuje się znacznie niżej niż brytyjski w międzynarodowych porównaniach pomimo najwyższych na świecie wydatków per capita. Kiepski wynik jest bezpośrednio przypisywany mechanizmom rynkowym. Brytyjska służba zdrowia ma nieustająco lepsze wyniki niż amerykańska pod względem jakości, sprawiedliwości i racjonalnego wykorzystania pieniędzy.
  • Rynki w służbie zdrowia niemal zawsze okazują się nieopłacalne z punktu widzenia pacjentów, obywateli i podatników. Mechanizmy rynkowe funkcjonują najlepiej, gdy wszystkie strony mogą dokonywać wyborów na podstawie pełnej informacji, ale pacjenci często nie mają dość informacji, często z trudem dokonują wyborów i preferują zaufaną, lokalną opiekę.
  • Problemów spowodowanych przez rynki w służbie zdrowia nie da się rozwiązać przez regulację czy ustalenie taryf za określone terapie, co sprzyja „grze” między dostarczycielami usług.
  • Rynki nie są dopasowane do tego, aby promować profilaktykę czy bardziej zintegrowaną opiekę zdrowotną i społeczną. Są zależne od zwiększonej aktywności, która wymaga większej liczby chorych i wymagających opieki. Zdrowy pacjent nie przynosi dochodu. Integracja wymaga zaufanych, długoterminowych relacji i chęci dzielenia się informacjami, ryzykiem i wynagrodzeniem – rynkowa konkurencja stanowczo temu nie sprzyja.
  • Krótko mówiąc, wprowadzane przez konserwatywno-liberalną koalicję reformy nadwątlają zdolność brytyjskiej służby zdrowia do zachowania jej światowego poziomu. Teraz jest coraz bardziej odzierana z pieniędzy. W ramach zaciskania pasa rząd tnie publiczne fundusze, podczas gdy zapotrzebowanie na opiekę medyczną wciąż rośnie, co wpędza służbę zdrowia w finansowe tarapaty.

    Dominująca opowieść głosi, że państwowa służba zdrowia się nie sprawdza – potrzebne jest silne lekarstwo, aby ją uratować, co oznacza więcej urynkowienia i więcej dostawców usług z sektora prywatnego. Im bardziej zaś służba zdrowia podlega presji finansowej, tym łatwiej przedstawiać ją jako upadającą instytucję publiczną – problem, który tylko rynek może uzdrowić. Noam Chomsky (i nie on jeden) zauważył, że jest to standardową techniką polityków forsujących prywatyzację: „obciąć fundusze, upewnić się, że nie działa, podburzyć ludzi i oddać wszystko w prywatne ręce”.

    Jakie mamy alternatywy? Badania dowodzą, że usługi zdrowotne dla wszystkich, dostarczane według potrzeb, a nie zasobności portfela, najlepiej można zapewnić przez oparta na współdziałaniu publiczną służbę zdrowia, w które (jak to ujął w 2005 r. Gordon Brown) „zaangażowani funkcjonariusze państwowi przedkładają obowiązek, powinność i służbę publiczną ponad zysk i osobiste korzyści”. Brown zignorował własną słuszną radę. W gruncie rzeczy żaden premier z ostatnich trzech dekad nie oparł się trendowi urynkowienia służby zdrowia; większość mu sprzyjała.

    Ponieważ obecne reformy służby zdrowia nie opierają się na dowodach, możemy wnioskować, że kierowane są ideologią: zestawem idei, które kształtują politykę i – w tym wypadku – sprzyjają konkurencyjnym rynkom z wieloma dostawcami usług zorientowanymi na zysk zamiast publicznym instytucjom, służącym interesom społeczeństwa.

    Jak wskazywaliśmy w opublikowanej przez nas analizie If ideology is dead, how can the new politics find its voice? Neoliberalism and the crisis of politics przywódcy polityczni zadają sobie wiele trudu, aby zdystansować się od ideologii, twierdząc że ich własna polityka jest kształtowana przez konieczność i „naglącą prawdę” (David Cameron) bądź tęż że robią „cokolwiek zadziała” (Tony Blair). Pora, aby przyznali się do swych ideologicznych przekonań, torując drogę publicznej debacie. Narodowa Służba Zdrowia wciąż jest instytucją kochaną przez Brytyjki i Brytyjczyków, ale satysfakcja z jej funkcjonowania dramatycznie spadła od 2009 r. Wyborcy mają prawo wiedzieć, czemu służba zdrowia jest w tarapatach i że rynki są częścią problemu, a nie rozwiązaniem.

    Artykuł Markets are the wrong medicine for the NHS ukazał się na stronie New Economics Foundation (Fundacji Nowej Ekonomii). Przeł. Tomasz Szustek.

    Neoliberalny system ochrony zdrowia nie dostrzega choroby, jeśli nie zostanie ona ujęta w ramy finansowe. Nowoczesna wiedza medyczna została podporządkowana dyscyplinom finansowym. Władzę decydowania o życiu i śmierci odebrano lekarzom i oddano w ręce menedżerów.

    Zacznijmy od kilku przykładów.

    Rok 2006. Klaudii, u której zdiagnozowano raka żołądka, odmówiono ratującej życie terapii. Leczenie wolno przepisać dorosłym, a Klaudia ma 16 lat. Uratowanie jej życia byłoby nielegalne.

    Rok 2007. We wrocławskim szpitalu u 994 kobiet przeprowadzono niepotrzebnie ryzykowny zabieg uteroskopii, dzięki czemu szpital zarobił ok. miliona zł. Zabiegi wykonano z polecenia ordynatora kliniki ginekologii i neonatologii, aby szpital mógł zarobić pieniądze na spłatę długu. Szpital zadłużył się, ponieważ świadczył usługi zdrowotne w oparciu o potrzeby, przekraczając limity zakontraktowane przez Narodowy Fundusz Zdrowia.

    Rok 2012. Szpital akademicki w Gdańsku ocalił życie Annie P., która miała komplikacje przy porodzie. Podano jej kosztowne leki hamujące krwawienie. NFZ odmówił refundacji. Standardowa wycena porodu wynosi 1500 zł, w przypadku Anny koszt wyniósł 23 tys. zł. To codzienne doświadczenie wielu lekarki i pielęgniarki walczą z systemem zarządzania w ochronie zdrowia o możliwość leczenia pacjentów.

    Aż do wczesnych lat 2000. w debacie publicznej obecne były dwa języki. Pierwszym był dyskurs traktujący opiekę zdrowotną jako prawo obywatelskie, jako dobro wspólne i jako „podstawę zrównoważonego rozwoju społecznego i gospodarczego Państwa”. W połowie lat 90. Ministerstwo Finansów, Bank Światowy i neoliberalne think tanki zaczęli wprowadzać nowy dyskurs, ujmujący ochronę zdrowia jako kwestię finansów i wydajnego zarządzania ekonomicznego. Z czasem język praw człowieka niemal całkowicie zniknął z debaty o ochronie zdrowia. Chociaż w 2009 r. przyjęto ustawę o prawach pacjenta, odnosi się ona do kwestii etycznych, takich jak prawo do informacji prawo wyboru lekarza czy prawo do odmowy leczenia. Natomiast dostęp do ochrony zdrowia zdefiniowany jest w ustawie o działalności leczniczej i w rozporządzeniach finansowych.

    Od początku lat 90. odpowiedzialność za ochronę zdrowia była stopniowo przerzucana na samorządy, ale bez zapewnienia im niezbędnych środków budżetowych. Sytuacja pacjentów i personelu medycznego znacząco pogorszyła się wraz z reformami Buzka w 1998 r. Obejmowały one reformę finansowania ochrony zdrowia i wprowadzenie korporacyjnych norm zarządzania.

    Ochrona zdrowia jest centralnie regulowana i zarządzana przez Ministerstwo Zdrowia wraz z Agencją Oceny Technologii Medycznych i Narodowym Funduszem Zdrowia. Instytucje te nieustająco wprowadzają nowe rozwiązania mające ograniczać koszty, zwiększając tym samym złożoność zarządzania finansowego, co z kolei oznacza wzrost kosztów zarządzania jak i ograniczenie czasu jaki personel medyczny poświęca na zadania bezpośrednio związane z leczeniem. Sfinansjalizowana ochrona zdrowia jest nie tylko nieefektywna społecznie, lecz również ekonomicznie.

    Leczenie zostało przeobrażone w techno-finansowy towar, którym handluje się na rynku usług medycznych. Tam, gdzie wcześniej nie było żadnego rynku, w drodze interwencji państwa utworzono centralnie regulowany rynek. Państwo uprzywilejowuje prywatne świadczenie usług, jednocześnie zapewniając i kontrolując napływ pieniędzy za pomocą scentralizowanej kontroli nad wyceną usług medycznych i wysokością składki zdrowotnej. Zarazem decydenci dążą, aby koszty ochrony zdrowia zamknąć w ramach składek. Otwierają też nowe rynki na prywatne ubezpieczenia medyczne. Ludzkie potrzeby i prawa znikają z pola widzenia. Gdy zdrowie staje się towarem, ludzie muszą podporządkować swoje ciała i pieniądze wymogom tego nowego rynku, aby mógł powstać i funkcjonować w interesie sektora prywatnego i neoliberalnego państwa.

    Dyskurs o prawie do ochrony zdrowia został wymazany za pomocą nowej polityki prawdy. Publiczną służbę zdrowia skojarzono z kryzysem, upadkiem, niewydolnością, korupcją, błędami medycznymi, rozdętym budżetem i marnotrawstwem środków. Reformy nastawione na decentralizację i prywatyzację przedstawiano jako drogę wyjścia z tej katastrofy.

    Aby wytworzyć poparcie dla reform, obywatelom obiecywano, że staną się pełnoprawnymi konsumentami, władnymi domagać się opieki wysokiej jakości. Ów nowy dyskurs, przerabiający obywateli na klientów, ignoruje fakt, że dostęp do ochrony zdrowia jest zróżnicowany ze względu na zamożność i położenie społeczne czy miejsce zamieszkania

    Na kształcie reform odcisnęło swój ślad spotkanie projektu neoliberalnego z konserwatywnym. Od lat toczy się batalia o refundację znieczulenia przy porodzie. Kobiet o niskich dochodach nie stać na dodatkowe opłaty. Kilka lat temu główny doradca Ministra Zdrowia ds. zdrowia reprodukcyjnego stwierdził, że ból jest dla kobiety naturalny i proponował finansowe mechanizmy zniechęcające szpitale do cesarskich cięć. Z kolei w odpowiedzi na faktyczny zakaz aborcji w szpitalach publicznych powstał czarny rynek, na którym – wedle określenia Agaty Chełstowskiej – „grzech przemienia się w złoto”. Zdarza się, że lekarz, który odmówił aborcji w publicznym szpitalu, wykonuje ją za sowitą opłatą w prywatnej klinice. Splot neoliberalizmu z konserwatyzmem nie ogranicza się do kwestii aborcji i rodzi poważne pytania o stan demokracji i obywatelstwa.

    Szkodliwe zmiany budzą opór społeczny. Pielęgniarki, położne, lekarze i pacjenci organizują się (choć osobno), aby sprzeciwiać się reformom lub też uzyskać dla siebie lepsze warunki. Jedyną organizacją krytyczną wobec urynkowienia i prywatyzacji ochrony zdrowia jako takiej jest Ogólnopolski Związek Zawodowy Pielęgniarek i Położnych. Feminizm jako nowa krytyka społeczna powinien utożsamić się z ich walką i wspierać ją, wiążąc ją z mozaiką innych form oporu w imię odzyskania państwa i powstrzymania nowej rundy grodzeń, która prywatyzuje dobra wspólne jakimi są opieka, ochrona zdrowia, edukacja, mieszkalnictwo, zabezpieczenia społeczne i przyroda.

    Fragmenty referatu z międzynarodowej konferencji „Wszyscy jesteśmy pacjentami”, zorganizowanej przez Ogólnopolski Związek Zawodowy Pielęgniarek i Położnych wspólnie z Europejską Siecią przeciwko Prywatyzacji Ochrony Zdrowia w Warszawie 6.10.2012. Relację z konferencji zamieściliśmy w ZW nr 13 („Na co choruje ochrona zdrowia”).

    Odpowiedzialność za zdrowie obywateli spoczywa na państwie i nikt jej z niego nie zdejmie. Z Lucyną Dargiewicz, przewodniczącą Ogólnopolskiego Związku Zawodowego Pielęgniarek i położnych, rozmawia Marcin Wrzos. (więcej…)

    Pielęgniarek w Polsce jest za mało i drastycznie ich ubywa. I nikt nie jest w stanie powiedzieć, ile ich tak naprawdę powinno być. Z Iwoną Borchulską, przewodniczącą Ogólnopolskiego Związku Zawodowego Pielęgniarek i Położnych, rozmawia Adam Ostolski. (więcej…)

    W sobotę 6 października 2012 r. odbyła się w Warszawie konferencja „Wszyscy jesteśmy pacjentami”. Konferencję zorganizował Ogólnopolski Związek Zawodowy Pielęgniarek i Położnych, zapraszając gości z kilkunastu krajów. Tematem były przemiany ochrony zdrowia w różnych krajach Europy, oglądane z punktu widzenia zarówno jej pracowników, jak i pacjentów.

    Oszczędności czy spijanie śmietanki?

    Jako pierwsza wystąpiła prof. Wiesława Kozek z Uniwersytetu Warszawskiego, socjolożka zajmująca się badaniem stosunków pracy i funkcjonowania organizacji. Prof. Kozek przedstawiła wyniki porównawczych badań nad prywatyzacją szpitali w wybranych krajach Unii Europejskiej. Podkreśliła, że tendencja do prywatyzowania szpitali pojawiła się na początku lat 90. w całej Europie. Była ona efektem kilku czynników: walki z deficytem budżetowym, przyjęcia hipotezy, że potrzeby medyczne stanowią „worek bez dna”, a także pojawienia się nowych, kosztownych technologii. W odpowiedzi na te zjawiska w wielu krajach wprowadzano podział na „płatnika” i „dostarczyciela” usług medycznych, pojawił się nacisk na ekonomizację ochrony zdrowia (m.in. odejście od pełnego finansowania szpitalnych budżetów) oraz pokusa prywatyzacyjna. Prof. Kozek podkreśliła, że pokusa prywatyzacyjna nie wynika z kondycji ekonomicznej szpitala – pojawia się zarówno wtedy, gdy szpital przynosi dochód, jak i wtedy, gdy przynosi stratę.

    Według danych za 2008 r. prywatne szpitale istnieją w całej Europie, choć wielkość tego sektora jest zróżnicowana. W Austrii 62% łóżek szpitalnych było w szpitalach publicznych, 28% w szpitalach prowadzonych przez zakony i grupy religijne, a 10% w szpitalach prywatnych. W Belgii w szpitalach publicznych było 38% łóżek, zaś 68% w szpitalach prywatnych działających non profit. W Niemczech szpitale publiczne obsługiwały 49% łóżek, szpitale prywatne non profit 35%, zaś szpitale działające dla zysku pozostałe 16%. Wyraźnie mniejszy udział łóżek w szpitalach prywatnych charakteryzował kraje takie jak Wielka Brytania (8%, w ramach partnerstwa publiczno-prywatnego), Szwecja (5%, zarówno działające dla zysku jak i non profit) czy Polska (7,5%, zarówno działające dla zysku jak i non profit).

    Jakie są konsekwencje prywatyzacji szpitali? Przede wszystkim dochodzi do redukcji personelu (co zaobserwowano w Polsce, Niemczech, Szwecji, Wielkiej Brytanii). Zmieniają się także formy zatrudnienia: na niepełny etat, na czas określony, na zlecenia, na kontrakty – każdy kraj ma swoją „preferowaną” formę nietypowego zatrudnienia. W efekcie lekarze nie mogą już strajkować, znikają również lub słabną związki zawodowe. Następuje stopniowy outsourcing funkcji: najpierw sprzątania, prania, gotowania, a następnie funkcji medycznych, zaczynając od laboratoriów aż po zadania ścisłego personelu medycznego.

    Jednym z najdonioślejszych z punktu widzenia interesu publicznego efektów prywatyzacji szpitali jest zjawisko creamingu (spijania śmietanki). Z badań przeprowadzonych przez Gdański Uniwersytet Medyczny wynika, że szpitale prywatne chętnie wykonują dochodowe zabiegi, pozostawiając zabiegi kosztowne bądź ryzykowne szpitalom publicznym. Prof. Kozek opowiedziała o znajomej, której prywatny szpital odmówił zoperowania krótkowzroczności, motywując to jej wiekiem i odsyłając ją… do publicznego szpitala. Funkcjonowanie prywatnych szpitali obok publicznych oznacza więc w praktyce, że zyski trafiają do prywatnych kieszeni, natomiast koszty przerzucane są na szpitale publiczne.

    Prywatyzacja to nie fatum

    Następnie zabrał głos Marek Balicki, były minister zdrowia, obecnie dyrektor Szpitala Wolskiego w Warszawie. Balicki zauważył, że w Polsce od wielu lat, często bez publicznej dyskusji, podejmuje się decyzje przekierowujące system opieki zdrowotnej z opcji wspólnotowej na rynkową. Dzieje się tak mimo zapisów Konstytucji, które nakładają na władze publiczne określone obowiązki. Konstytucja zobowiązuje państwo do zapewnienia każdemu równego dostępu do ochrony zdrowia finansowanej ze środków publicznych (Art. 68 pkt. 2), zawarta jest w niej również zasada sprawiedliwości społecznej (Art. 2).

    Politycy podejmujący decyzje skutkujące urynkowieniem ochrony zdrowia ignorują nie tylko swoje konstytucyjne obowiązki, lecz także wiedzę, jaką można wyciągnąć z podobnych eksperymentów w innych krajach. Istnieją wystarczające dowody, że mechanizmy rynkowe nie zapewniają optymalnej alokacji środków w opiece zdrowotnej. Przykład Stanów Zjednoczonych dowodzi, że system oparty na prywatnych ubezpieczeniach nie działa ani taniej, ani rozsądniej od systemów publicznych, a na dodatek nie zapewnia powszechnego dostępu do ochrony zdrowia. Pouczający jest też przykład prywatyzacji szpitali w Hamburgu. Spowodowała ona redukcję zatrudnienia, spadek jakości opieki medycznej i wzrost liczby skarg ze strony pacjentów.

    W Polsce zaślepienie rządzących posunęło się tak daleko, że w ustawie o działalności leczniczej początkowo w ogóle nie przewidziano miejsca na organizacje prowadzące placówki opieki zdrowotnej non profit. Fundacjom prowadzącym szpitale i hospicjom groziła utrata statusu organizacji pożytku publicznego. To na szczęście skorygowano, ale ogólna tendencja do komercjalizacji ochrony zdrowia pozostała.

    O tym, że prywatyzacja ochrony zdrowia nie jest jakimś fatum, świadczy przykład Słowacji. Na Słowacji istnieje system mieszany: jeden publiczny ubezpieczyciel obsługuje 2/3 ludności, pozostałymi zaś zajmuje się dwóch ubezpieczycieli prywatnych. Premier Robert Fico postanowił jednak przywrócić jednolity system ochrony zdrowia. Stwierdził, że „niemoralne jest czerpanie zysków z publicznych pieniędzy” i że każde euro w systemie ochrony zdrowia powinno iść na świadczenia medyczne, a nie na czyjś zysk.

    Balicki podkreślił, że jeśli będziemy kiedyś musieli odbudowywać publiczną opiekę zdrowotną od podstaw, to będzie to znacznie droższe niż utrzymywanie publicznych szpitali tu i teraz.

    Szpitale, kapitalizm, demokracja

    O szerszym kontekście procesów prywatyzacji ochrony zdrowia mówił niemiecki lekarz Klaus Engert. Engert podkreślił, że w ostatnich 20–30 latach mamy do czynienia z ogólniejszym procesem prywatyzacji dóbr publicznych. Wiąże się to ze spadającą stopą zysku kapitalistów i desperackim poszukiwaniem przez grupy kapitałowe nowych obszarów akumulacji. W Niemczech kiedyś większość szpitali była własnością publiczną (należały do samorządów lub landów), mniejsza część była i nadal jest w rękach kościołów, a bardzo niewiele było szpitali prywatnych. W 2011 r. po raz pierwszy było więcej szpitali prywatnych niż publicznych.

    Aby umożliwić prywatyzację, zmieniono system płatności w ochronie zdrowia. Dawniej płacono szpitalom tylko tyle, ile wydały, obecnie płaci się od liczby pacjentów lub od wykonanych procedur, tak aby możliwe było czerpanie zysków z działalności medycznej. W prywatyzowanych szpitalach pogarszają się płace i warunki pracy personelu. Większe obciążenie pracą bezpośrednio przekłada się na pogorszenie jakości opieki medycznej. Wykonuje się niepotrzebne procedury medyczne tylko po to, aby czerpać z nich zysk (dotyczy to np. 50–60% endoskopii). Prywatni właściciele nie są też zainteresowani utrzymywaniem szpitali z powodów geograficznych. Zdarza się, że niedochodowe szpitale są zamieniane w hotele, co skutkuje zwiększeniem dystansu ludzi do najbliższego szpitala.

    Zdecydowana większość ludzi w Niemczech jest przeciwna prywatyzacji szpitali, ale politycy z różnych partii nie zawsze liczą się z ich głosem. Referenda w tej sprawie odbyły się m.in. w Dreźnie (84% przeciwko prywatyzacji) i w Hamburgu (76%). W Hamburgu sprywatyzowano szpitale, ignorując wynik referendum.

    Opór wobec takiej polityki rośnie zarówno w społeczeństwie, jak i wśród pracowników i pracownic ochrony zdrowia. W XXI w. doszło do pierwszych od II wojny światowej strajków lekarzy i pielęgniarek (którzy w Niemczech są zrzeszeni w tym samym związku zawodowym). Musimy upomnieć się o zasadę, że zdrowie to nie towar, to dobro publiczne – konkludował Engert. Potrzebna jest deprywatyzacja całego sektora opieki zdrowotnej.

    Od narodowej religii do „drzwi obrotowych”

    Kolejnym mówcą był Nicholas Csergo, aktywista ruchu w obronie NHS (National Health Service) w Wielkiej Brytanii. Wyjaśnił, że brytyjska służba zdrowia nie zajmuje się tylko zdrowiem, odegrała także rolę w wyciąganiu ludzi z ubóstwa. To jedyna instytucja w Wielkiej Brytanii naprawdę namiętnie kochana przez społeczeństwo, coś w rodzaju „narodowej religii”. Dlatego nawet konserwatyści nie mówią, że są przeciw NHS – w kampaniach wyborczych zapewniają, że chcą ją chronić.

    Jednak już od ponad dwóch dekad następuje marketyzacja brytyjskiej służby zdrowia. Za czasów Margaret Thatcher i Johna Majora wprowadzono podział na „płatnika” i „dostarczycieli” świadczeń medycznych, stworzono „wewnętrzne rynki” w ochronie zdrowia, rozpoczął się outsourcing żywienia, sprzątania itp. Rządy laburzystów pod wodzą Tony’ego Blaira oznaczały przede wszystkim wewnętrzną reorganizację ochrony zdrowia i promowanie partnerstwa publiczno-prywatnego. Partnerstwo publiczno-prywatne wywindowało koszty i wygenerowało ogromne długi, bo prywatny inwestor musiał zarobić.

    Wraz z tymi zmianami w brytyjskiej służbie zdrowia pojawiło się zjawisko „drzwi obrotowych”. Co najmniej trzech byłych ministrów zdrowia pracuje dziś w sektorze prywatnym, nie mówiąc już o trudnych do policzenia masach niższych (eks)urzędników.

    Powrót konserwatystów w 2010 r. oznaczał dla służby zdrowia prawdziwą katastrofę. Mimo że w kampanii wyborczej zapowiadali, że nie zamierzają wprowadzać w niej żadnych odgórnych zmian, w istocie w szybkim tempie ją prywatyzują. Pod rządami Davida Camerona wprowadzono takie zmiany, jak: koniec obowiązku zapewniania przez państwo całościowej opieki medycznej, pozwolenie szpitalom na pobieranie opłat od pacjentów, zezwolenie publicznym szpitalom na przyjmowanie przytłaczającej większości pacjentów „prywatnie”, redystrybucja środków do sektora prywatnego pod zwodniczym hasłem „oddania władzy w ręce lekarzy rodzinnych”. Zarazem konserwatyści konsekwentnie zaprzeczają, że chodzi im o prywatyzację ochrony zdrowia. Mimo nakazu sądu rząd odmówił też upublicznienia raportu dotyczącego ryzyka medycznego związanego z wprowadzanymi reformami.

    Dlaczego ludzie nie protestują? Zdaniem Csergo nie mają dostatecznych informacji o tym, co się dzieje, gdyż BBC nie przedstawia sprawy rzetelnie. Przeszkodą są także przywódcy związków zawodowych, którzy nie palą się do wspierania protestów wewnątrz szpitali.

    Ochrona zdrowia „chora na Europę”

    Poranna część konferencji zamknął belgijski pielęgniarz i związkowiec Yves Helleendorf. Jego wystąpienie nosiło tytuł „Ochrona zdrowia w Belgii choruje na swoją Europę”. Helleendorf jest rzecznikiem organizacji Santé Solidarité, walczącej o dostępną dla wszystkich ochronę zdrowia wysokiej jakości. Na wstępie podkreślił, że w całej Europie mamy do czynienia z tym samym problemem: niedofinansowanie publiczne odpowiada za kruchość usług medycznych świadczonych non profit. Funkcjonowanie prywatnej ochrony zdrowia rozbija system oparty na solidarności, bo wysysa zamożniejszych pacjentów i opłacalne procedury, obciążając pozostałymi sektor publiczny. Ten mechanizm działa we wszystkich krajach Europy, choć na różnym stopniu zaawansowania.

    Belgijska ochrona zdrowia „choruje na Europę” w dwóch znaczeniach. Po pierwsze w Brukseli jest mnóstwo instytucji europejskich, mieszkają tu rzesze urzędników i lobbystów, którzy mają wysokie zarobki i korzystają z komercyjnej ochrony zdrowia. Powoduje to utrudniony dostęp do opieki zdrowotnej dla ludności lokalnej – a trzeba pamiętać, że 1/3 ludności Brukseli żyje z zasiłków, rent, emerytur itp.

    Ale belgijska ochrona zdrowia jest „chora na Europę” także w szerszym znaczeniu, które nie dotyczy jedynie Belgii. Unia Europejska narzuca we wszystkich dziedzinach życia „wolny rynek” i nieskrępowaną konkurencję. Zastrzeżenie prawa świadczenia usług medycznych dla organizacji non profit jest traktowane jako „nieeuropejskie”. Politycy w wielu krajach lubią mówić „Europa nam każe”. Ale to nieprawda – stwierdził Helleendorf. To my możemy narzucić naszą politykę Europie.

    * * *

    To tylko pierwsza część konferencji – po południu skupiono się na takich wątkach, jak jakość opieki zdrowotnej i bezpieczeństwo pacjentów. Na marginesie warto pokusić się o pewną refleksję. To znamienne, że międzynarodową konferencję, na której omawiano społeczne i zdrowotne konsekwencje prywatyzacji ochrony zdrowia w Europie, zorganizowały właśnie pielęgniarki.

    Pielęgniarki żywo interesują się wnioskami, jakie można wyciągnąć z doświadczeń innych krajów i próbują animować publiczną dyskusję o ochronie zdrowia. Taka dyskusja istotnie mogłaby przynieść zmiany na lepsze, gdyby o odpowiedni poziom debaty zadbali również redaktorzy, dziennikarze czy publicyści mediów masowych. Albo gdyby odpowiedzialni za decyzje o systemie ochrony zdrowia politycy podejmowali je w oparciu o dowody naukowe, badania empiryczne czy doświadczenia innych krajów, a nie tylko modę, podszepty lobbystów i własne ugruntowane przesądy. W sumie to jednak nic dziwnego, że te, które wraz z pacjentami jako pierwsze doświadczają na własnej skórze skutków kolejnych reform, są też najlepiej przygotowane do merytorycznej dyskusji na ich temat.

    Przemysł farmaceutyczny znajduje się dziś na szczycie listy podmiotów, które korzystają z ochrony patentowej, czerpiąc z tego ogromne zyski. (więcej…)

    W Salonikach na początku listopada otwarto Społeczną Klinikę Solidarności, aby zapewnić pomoc lekarską rosnącej liczbie osób, których wskutek cięć wydatków publicznych na ochronę zdrowia nie stać na opłacenie leczenia w przychodniach i szpitalach. Społeczna Klinika Solidarności w Salonikach potrzebuje Twojej pomocy. (więcej…)

    Partia Demokratyczna – demokraci.pl rozpoczęła cykl debat programowych, poświęconych najważniejszym tematom społecznym. Na pierwszy ogień, w stołecznym Centrum Łowicka 21, poszła kwestia ubezpieczeń zdrowotnych. Relacja Bartłomieja Kozka. (więcej…)

    Zdrowie powinno znajdować się w centrum zielonej polityki. To zdrowie jest punktem wyjścia do formułowania programów politycznych w dziedzinach takich jak zatrudnienie, edukacja, ochrona środowiska czy polityka żywnościowa. (więcej…)