Zespół prawników z Uczelni Łazarskiego otrzymał grant na 72 tys. złotych na opracowanie nowego systemu gromadzenia danych telekomunikacyjnych. Naukowcy chcą zbadać, czy obowiązujące przepisy dotyczące udostępniania danych telekomunikacyjnych są zgodne z prawem Unii Europejskiej. Pod lupę wzięte zostaną mechanizmy kontroli udostępniania przekazów. Zbadane będzie, czy wystarczająco chronią one obywateli i czy nie należy ograniczyć uprawnień do przechwytywania danych telekomunikacyjnych
„Zakres przewidzianej przepisami prawa ingerencji państwa w prawa i wolności obywateli jest jednym z fundamentalnych zagadnień w społeczeństwach demokratycznych. Państwo ingeruje w sposób znaczący w sferę praw i wolności obywateli, w tym prawo do prywatności, w zakresie gromadzenia i przetwarzania danych telekomunikacyjnych przez uprawnione podmioty – ocenia kierownik projektu prof. Maciej Rogalski. – Z drugiej strony, bez pozyskiwania przekazów i danych telekomunikacyjnych w wielu przypadkach nie byłoby możliwe skuteczne zwalczanie i zapobieganie przestępczości.”
Jak informują przedstawiciele Uczelni Łazarskiego, w Polsce liczba pozyskiwanych danych bilingowych jest jedną z największych spośród wszystkich krajów UE. Co więcej, po stwierdzeniu nieważności dyrektywy Parlamentu Europejskiego i Rady Unii Europejskiej oraz wyroku polskiego Trybunału Konstytucyjnego w sprawie „bilingów i podsłuchów”, wciąż brakuje w Polsce nowego modelu zbierania i udostępniania danych telekomunikacyjnych.
Dodał: Łukasz Markuszewski, na podstawie PAP
Skrócona wersja analizy napisanej dla Statewatch, pełna wersja z przypisami pod tym linkiem (pdf).
Negocjacje między USA a Unią Europejską nad Transatlantyckim Porozumieniem w dziedzinie Handlu i Inwestycji (TTIP) dotyczą również e-handlu i transatlantyckiego przepływu danych. W tym kontekście coraz więcej wskazuje, że takie porozumienie handlowe może radykalnie nadwątlić europejskie standardy ochrony danych. Organizacje społeczeństwa obywatelskiego i konsumenckie po obu stronach Atlantyku ostrzegają, że zapisy w projektowanym rozdziale o e-handlu i przepływie danych elektronicznych stanowią zagrożenie dla europejskich standardów prywatności i ochrony danych osobowych. Podobne zagrożenia wiążą się z projektowanym porozumieniem w sprawie handlu usługami (TiSA, Trade in Services Agreement).
UE: „Trzymajcie ochronę danych z dala od rozmów o handlu”
Negocjatorzy handlowi Komisji Europejskiej wielokrotnie i publicznie powtarzali, że nie mają możliwości negocjowania reguł ochrony danych. Zostało to także podkreślone przez komisarz ds. sprawiedliwości Viviane Reding w przemówieniu, jakie wygłosiła w Waszyngtonie w październiku 2013 r.: „istnieją kwestie, które mogą spowodować odrzucenie TTIP. Jedną z nich są dane i ochrona danych osobistych. To ważna kwestia dla Europy, ponieważ ochrona danych jest fundamentalnym prawem. […] Dlatego ostrzegam przed wprowadzeniem ochrony danych do rozmów o handlu. Ochrona danych nie jest ani cłem, ani dławiącą biznes regulacją. Jest fundamentalnym prawem i jako takie nie podlega negocjacji”.
Zamiast tego mandat negocjacyjny dla Komisji odnosi się do artykułu XIV Układu Ogólnego w sprawie Handlu Usługami (GATS) Światowej Organizacji Handlu, który dotyczy wyjątków o charakterze ogólnym:
„Pod warunkiem, że środki takie nie są stosowane w sposób, który mógłby tworzyć narzędzie arbitralnej albo nieuzasadnionej dyskryminacji między krajami, gdzie panują podobne warunki, albo ukrytego ograniczenia dla handlu usługami, nic w niniejszym Układzie nie będzie interpretowane jako przeszkoda w przyjęciu i stosowaniu przez któregokolwiek Członka środków:
[…]
(c) niezbędnych dla zapewnienia przestrzegania ustaw i przepisów, które nie są sprzeczne z postanowieniami niniejszego Układu, łącznie z odnoszącymi się do:
[…]
(ii) ochrony życia prywatnego osób w zakresie przetwarzania i rozpowszechniania danych osobistych oraz ochrony poufności ich osobistych akt i rachunków; […]”
Z kolei mandat negocjacyjny Komisji z 17 czerwca 2013 r. stwierdza w artykule 18:
„Umowa nie będzie stanowić przeszkody dla stosowania wyjątków dotyczących świadczenia usług, które można uzasadnić na podstawie właściwych zasad WTO (art. XIV i XIVbis GATS).”
I faktycznie, artykuł XIV GATS został dosłownie przekopiowany do szkicu tekstu TTIP zaproponowanego przez negocjatorów Komisji w lipcu 2013 r. (znanego z przecieku w lutym 2014 r.).
Czy wszystko jest zatem w porządku? Z pewnością nie. To tylko mandat dla europejskich negocjatorów. A w każdych negocjacjach międzynarodowych do porozumienia potrzeba co najmniej dwóch stron.
„Interoperacyjność” contra „odpowiedni stopień ochrony”
Ze strony amerykańskiej było wiele prób podminowania europejskich reguł ochrony danych w kontekście rozmów handlowych. Utworzono nowe organizacje lobbystyczne, takie jak Koalicja dla Prywatności i Wolnego Handlu, koordynowana przez amerykańską firmę prawniczą Hogan Lovells. Do owej „koalicji” należy szereg tuzów świata polityki, np. były ambasador UE w Waszyngtonie Hugo Paemen, były szef Urzędu Przedstawiciela Handlowego USA Clayton Yeutter czy Daniel Weitzner, były zastępca głównego doradcy Białego Domu ds. polityki Internetu.
Powtarzającym się motywem w tych wysiłkach lobbystycznych w ostatnich latach jest nacisk na „interoperacyjność” europejskich i amerykańskich reguł ochrony danych. Właściwie oznaczałoby to wzajemne uznanie reguł obowiązujących po obu stronach Atlantyku, może z jakimiś prawnymi sztuczkami, aby porozumienie wyglądało na solidne.
Na czym polega kruczek? W Stanach Zjednoczonych nie ma obecnie ogólnych praw ochrony danych. Umowa Safe Harbor z 2000 r., w ramach której firmy USA mogą dobrowolnie poddać się standardom europejskim, aby móc przetwarzać dane osobowe z Europy, jest w dużej mierze nieefektywna. Parlament Europejski krytykował ją, gdy była opracowywana w 2000 r., zaś w raporcie końcowym specjalnego dochodzenia w sprawie NSA z 12 marca 2014 r. zażądał wręcz jej zawieszenia.
Z perspektywy UE nie ma zatem po stronie amerykańskiej nic, co mogłoby być „interoperacyjne” z europejskimi standardami. Są jedynie środki dobrowolnej samoregulacji i rytualne niemożliwe do wyegzekwowania zobowiązania do przejrzystości, mające umożliwić konsumentom „wybór”, pogrzebane w długich i nieczytelnych zasadach świadczenia usług.
„Interoperacyjność” nie jest więc niczym innym, jak próbą podminowania europejskich standardów ochrony danych. Wymogi zawarte w prawie ochrony danych UE narzucają znacznie wyższy poziom. Dyrektywa o ochronie danych osobowych z 1995 r. w artykule 25 wymaga, aby:
„przekazywanie do państwa trzeciego danych osobowych poddawanych przetwarzaniu lub przeznaczonych do przetwarzania po ich przekazaniu mogło nastąpić tylko wówczas gdy […] dane państwo trzecie zapewni odpowiedni stopień ochrony”.
W skrócie, europejskim wymogiem w przypadku transferu danych osobowych do krajów trzecich jest „odpowiedni stopień ochrony” tych danych. Strona amerykańska usiłuje zastąpić to znacznie słabszym wymogiem „interoperacyjności”.
„Internetowe Schengen”?
Strona USA już od kilku miesięcy gra pewną sztuczką semantyczną. Zaczęła się ona w kontekście europejskich odpowiedzi na aferę podsłuchową Snowdena. Pojawiły się wówczas sugestie wprowadzenia zmian w trasowaniu pakietów danych internetowych tak, aby pozostawały one w granicach UE, czy wręcz w granicach Niemiec w przypadku, gdyby przebywał tam zarówno nadawca, jak i odbiorca.
Choć na pierwszy rzut oka wydaje się rozsądnym pomysłem – dlaczego e-mail z Brukseli do Berlina miałby przechodzić przez Nowy Jork czy inne niepewne jurysdykcje? – technicznie nie jest to łatwe i w dalszej kolejności może nieść potencjalnie groźne konsekwencje.
Nawet gdyby geo-trasowanie było technicznie możliwe, nie może być naszym celem dostosowanie topologii międzynarodowego i globalnego Internetu do istniejących granic narodowych. To szybko spowodowałoby niepożądane konsekwencje, takie jak wezwania do „kontroli imigracyjnej” pakietów danych, co byłoby tożsame z cenzurą internetową.
Zieloni w Parlamencie Europejskim zgłosili poprawkę do ostatecznej wersji raportu ze specjalnego dochodzenia w sprawie NSA, aby zamiast tego szyfrować cały ruch w Internecie z obu stron, ponieważ wtedy nie byłoby ważne, gdzie przepływają dane. Poprawkę tę przyjęto jako część kompromisu na głosowaniu komisji w lutym i potwierdzono na głosowaniu plenarnym w Parlamencie w marcu 2014 r. Debata nad narodowym i europejskim trasowaniem zdawała się na początku 2014 r. wygasła, ale niemiecka kanclerz Angela Merkel w swoim cotygodniowym podcaście wspomniała, że będzie domagać się jakiejś formy europejskiego trasowania, co szybko zostało szeroko podchwycone przez media. Debata rozgorzała ponownie.
Strona amerykańska wykorzystuje tę debatę, aby atakować europejskie regulacje i ograniczenia transferu danych osobowych do krajów trzecich. Wrzucają do jednego worka terminy takie, jak „internetowe Schengen”, „europejska chmura obliczeniowa” i reguły przekazywania danych do krajów trzecich zawarte w dyrektywie o ochronie danych osobowych, etykietując je jako przejawy „lokalizacji”.
Szef Urzędu Przedstawiciela Handlowego USA Michael Froman zrobił to w prezentacji 4 kwietnia 2014 r. raportu nad porozumieniami handlowymi dla rynku telekomunikacyjnego. Twierdził, że europejskie reguły „lokalizacji” wymagałyby transportu czy przetwarzania danych w Europie, co tworzy nielegalną barierę handlową. „Koalicja Biznesu na rzecz Handlu Transatlantyckiego” argumentuje w podobny sposób, wzywając, aby porozumienie TTIP „zakazało wprowadzania wymogów, by dostawcy usług używali lokalnych serwerów czy innej infrastruktury albo rozwijali lokalną obecność”.
Ponieważ ochrona danych w Europie jest wiążącym fundamentalnym prawem o statusie konstytucyjnym w Karcie Praw Podstawowych UE, dane osobowe mogą z zasady być przetwarzane tylko w Europie. Wszelkie reguły transferu takich danych do państw trzecich stanowią wyjątki od tej reguły i muszą spełniać określone warunki – takie jak odpowiedni stopień ochrony w danym kraju.
W epoce post-Snowdenowskiej, istnieje teraz szersza debata w Europie nad zaostrzeniem limitów transferu danych osobowych do USA i innych krajów trzecich. Parlament Europejski wprowadził do przygotowywanego rozporządzenia o ochronie danych osobowych nowy artykuł 43a, który uniemożliwi władzom państw trzecich żądanie transferu danych od kontrolera danych w Europie bez odniesienia do wzajemnego traktatu współpracy prawnej. Europejski Trybunał Sprawiedliwości będzie musiał teraz zdecydować, czy transfer danych do USA w ramach decyzji Safe Harbor jest dalej legalny po wstępnym orzeczeniu Wysokiego Trybunału w Dublinie w sprawie wniesionej przez austriackiego aktywistę Maxa Schremsa i jego grupę „Europa vs. Facebook”.
„Ustawa o handlu cyfrowym”
Szef Urzędu Przedstawiciela Handlowego USA Michael Froman nie jest osamotniony. W grudniu 2013 r. w amerykańskim Senacie pojawił się projekt ustawy o handlu cyfrowym, która ma ustanowić dla Przedstawiciela Handlowego USA wiążący mandat do międzynarodowych negocjacji na polu e-handlu. Regulacje „lokalizacji” miałyby zostać zakazane, zaś „interoperacyjność” reguł przetwarzania danych zostałaby uświęcona jako zasada fundamentalna. Ustawa ta dotyczyłaby oczywiście również negocjacji nad odpowiednim rozdziałem porozumienia TTIP. Ustawa jest teraz procedowana w Komisji Finansów. Podobne warunki można też znaleźć w projekcie ustawy o priorytetach handlowych złożonym w Senacie USA przez przedstawicieli obu największych partii w styczniu 2014 r.
W przedstawionych przez negocjatorów USA propozycjach uregulowania e-handlu w ramach TTIP zawarte są już te dwa kluczowe punkty: zasada „interoperacyjności” reguł ochrony danych w UE i USA oraz zakaz „lokalizacji”. Jest jasne, że ze strony negocjatorów USA, wspieranych przez amerykański przemysł, istnieje silna presja, aby zachować je w końcowym tekście porozumienia.
Komisja Europejska jest zobligowana, aby w żaden sposób nie ulegać tym żądaniom strony amerykańskiej. Jednak negocjacje handlowe zawsze prowadzą do kompromisu. Można się zatem obawiać, że TTIP będzie zawierać – choćby w formie złagodzonej – zapisy podminowujące nasze europejskie standardy ochrony danych. Może to być np. ograniczenie zastosowania klauzuli wyjątku z układ GATS do wyjątkowych okoliczności.
TiSA, czyli TTIP na sterydach
Równolegle do TTIP od stycznia 2013 r. toczą się, początkowo raczej niedostrzegane przez opinię publiczną, wielostronne negocjacje nad porozumieniem w sprawie handlu usługami (TiSA). Porozumienie to ma zastąpić układ GATS dla krajów, których będzie dotyczyć – jak dotąd są to: USA, UE i 21 innych państw, wszystkie uprzemysłowione. Przemysł USA obudził się na wzrost publicznej debaty i krytyki wokół TiSA w ostatnich miesiącach, i podobnie jak w kontekście TTIP, rozpoczął kampanię PR za redukcją ograniczeń handlowych za pomocą TiSA. „Koalicja Biznesu dla TiSA”, zwana też „drużyną TiSA”, została zawiązana 18 czerwca 2014 r. w Waszyngtonie w obecności Przedstawiciela Handlowego USA i ambasadora Japonii.
Negocjacje TiSA otwarcie stawiają sobie za cel przezwyciężenie zawartej w układzie GATS klauzuli wyjątków o charakterze ogólnym, która osłania określone pozataryfowe bariery handlowe, m.in. ochronę danych.
Ilustruje to pierwszy przeciek dokumentu TiSA: szkic aneksu o usługach finansowych w TiSA, opublikowany przez Wikileaks 19 czerwca 2014 r. Proponowane zapisy pozwalałaby instytucjom finansowym, np. bankom, na swobodne przekazywanie danych, w tym danych osobowych, z jednego kraju do innego. Stworzyłoby to radykalną wyrwę w europejskich regułach ochrony danych. Transfer i analiza danych finansowych z Unii Europejskiej do władz USA w ramach amerykańskiego „Programu Śledzenia Środków Finansowych Należących do Terrorystów” (TFTP, Terrorist Finance Tracking Program) już nadwątliło relacje UE-USA w przeszłości i doprowadziło Europarlament do odrzucenia pierwszej wersji porozumienia TFTP w 2010 r. Gdyby przyjęto TiSA w proponowanym kształcie, otwarte zostałyby wszystkie śluzy.
Osłabienie reguł ochrony danych UE poprzez TiSA idzie dalej niż „tylko” sektor finansowy. Według źródeł bliskich negocjatorom szkic aneksu o handlu elektronicznym i usługach telekomunikacyjnych w TiSA zawiera zapisy, które zakazałyby jakichkolwiek ograniczeń transgranicznego przepływu informacji i wymagań lokalizacji dostawców usług ICT. Wykluczone byłoby stawianie jakiekolwiek warunków dotyczących przekazywania danych osobowych do krajów trzecich, jak to jest obecnie w UE. Inny zapis zaproponowany przez negocjatorów USA zakazałby wymagań używania ośrodków obliczeniowych w określonym kraju.
Wkrótce przekonamy się, czy Europa będzie potrafiła utrzymać, a nawet poprawić swoje reguły ochrony danych w obliczu potężnej presji na zawarcie porozumień TTIP i TiSA.
Artykuł pochodzi ze strony ttip2014.eu. Przeł. Tomasz Szustek.
Obywatelski protest przeciwko porozumieniom TTIP i CETA można podpisać na stronie Stop TTIP.
W środę 25 września odbyła się w BarStudio debata pt. „Czy jesteśmy skazani na więcej nadzoru?”. Została ona zorganizowana wspólnie przez Partię Zieloni i senatora Józefa Piniora, który ją również poprowadził. Udział w dyskusji wzięli: Jan Philipp Albrecht, niemiecki europoseł z grupy Zielonych, sprawozdawca Parlamentu Europejskiego odpowiedzialny za prace nad rozporządzeniem Unii Europejskiej o ochronie danych osobowych i koordynator Grupy Zielonych w komisji PE prowadzącej dochodzenie w sprawie inwigilacji elektronicznej obywatelek i obywateli UE oraz Caspar Bowden, współautor raportu dla Parlamentu Europejskiego w sprawie prawnych problemów chmur obliczeniowych, wcześniej m.in. dyrektor Foundation for Information Policy Research oraz były główny doradca ds. prywatności w firmie Microsoft.

Po powitaniu gości przez Agnieszkę Grzybek głos zabrał Adam Ostolski. W krótkim wystąpieniu uzasadnił potrzebę podjęcia debaty w tak ważnym obszarze, jakim jest inwigilacja obywateli Unii Europejskiej przez służby amerykańskie. Po ujawnieniu afery przez Edwarda Snowdena i podaniu do publicznej wiadomości informacji o programie PRISM opinia publiczna jest wstrząśnięta, dziś każdy zastanawia się, na ile jego prywatne dane są chronione. Ostolski zachęcał, by wspólnie zastanowić się nad tym, czy rosnącą inwigilację można ograniczyć, czy też jesteśmy skazani na to, by było jej coraz więcej.
Nie tylko nagroda Sacharowa
Senator Józef Pinior zauważył, że w wyniku rewolucji informatycznej pojawiło się szereg niebezpiecznych dla naszej prywatności technologii, z których służby różnych państw bardzo chętnie korzystają. Powstaje orwellowski świat, w którym jesteśmy non stop inwigilowani. Jego zdaniem w jakimś sensie mamy do czynienia z taką sytuacją jak przed rokiem 1989. Wraca system zagrażający naszym podstawowym obywatelskim wolnościom. Powszechna inwigilacja i brak prywatności to największe zagrożenie dla współczesnej demokracji. Orwellowska wizja jest bardzo realna i dlatego jest potrzebny obywatelski sprzeciw. Nie reagując, milcząco zgadzamy się na rosnący nadzór.
Pinior pochwalił decyzję grupy Zielonych w Parlamencie Europejskim, by nominować Edwarda Snowdena do nagrody Sacharowa. Podobnie jak Chelsea Manning lub Julian Assange, Snowden spełnia wszystkie kryteria, pozwalające uznać go za współczesnego dysydenta. Informacje ujawnione przez niego mogą pomóc w odwróceniu bardzo groźnego trendu, który w coraz większym stopniu zagraża demokracji. Zdaniem Piniora Unia Europejska powinna podjąć większy wysiłek, by budować bardziej autonomiczną pozycję w toczących się negocjacjach ze Stanami Zjednoczonymi.
Jan Philipp Albrecht zaczął od przypomnienia, że od ujawnienia na łamach „Guardiana” rewelacji o programie PRISM minęło już 16 tygodni. Od tamtej pory wiemy, że cokolwiek robimy, gdziekolwiek jedziemy, to informacje te są dostępne dla służb. Programy takie jak PRISM śledzą wszystkie sieci komunikacji. W jego odczuciu sam fakt zbierania informacji przez służby nie jest czymś zaskakującym. Skala tego zjawiska i stopień dostępności danych – już tak. Szokujący jest fakt, że mimo upływu 16 tygodni nie było oficjalnej reakcji rządów państw UE. Choć prawa obywateli są łamane, rządy nie zamierzają nic z tym robić. Zdaniem Albrechta jako obywatele powinniśmy tę bierność stanowczo potępić.
Zieloni w Parlamencie Europejskim na dwa różne sposoby starają się podjąć temat inwigilacji. Po pierwsze starają się zebrać większość gwarantującą wymuszenie na rządach krajowych zajęcie się inwigilacją obywateli europejskich przez amerykańskie służby. Po uchwaleniu przez Parlament Europejski odpowiedniej rezolucji trudniej rządom państw członkowskich ignorować ten problem. Po drugie udało się Zielonym doprowadzić do powołania komisji śledczej. Ma ona za zadanie uzyskać wszystkie niezbędne informacje zarówno od rządów krajowych, jak i Komisji Europejskiej.
W Parlamencie Europejskim cały czas trwają prace nad rozporządzeniem o ochronie danych osobowych, które ma dać obywatelom realne możliwości decydowania o tym, czy chcą udostępniać swoje dane firmom telekomunikacyjnym, portalom społecznościowym itp. Zieloni chcą, by każdy posiadał pełna kontrolę nad danymi. Jego zdaniem niektórym może się wydawać to abstrakcyjnym problemem, nie wszyscy są w stanie wyobrazić sobie konsekwencje. Na podstawie historii odwiedzanych stron, umieszczanych zdjęć, geolokacji można wyliczyć w sposób bardzo dokładny wiele rzeczy. Firmy przekazują służbom te dane, ale również zbierają je, ponieważ są one dla nich bardzo cenne. Na ich podstawie mogą personalizować ofertę i zarabiać więcej. Dlatego musimy się zacząć na poważnie troszczyć o ochronę swoich danych.
Nadzór i władza
Caspar Bowden na początku wskazał, jak dużo uwagi firmy przykładają do kontaktów z rządami. Zatrudniają one „ambasadorów”, którzy odpowiedzialni są za wzajemne relacje i lobbowanie za korzystnymi dla nich rozwiązaniami. W tej chwili system funkcjonuje tak, że niewiele potrzeba, by wyrazić zgodę na wykorzystanie danych. Teraz, kiedy zostaną zapisane po raz pierwszy, tracimy nad nimi kontrolę. Jeśli zostaną zapisane na serwerach w Europie, to jeszcze mamy jakieś prawa, kiedy jednak serwery są w Stanach Zjednoczonych, to tracimy kontrolę zupełnie. Takie duże firmy jak Microsoft czy IBM wstępnie przystają na europejskie bardziej restrykcyjne rozwiązania dotyczące prywatności w sieci, a potem okazuje się, że program taki jak PRISM ma do nich swobodny dostęp i to w zgodzie z amerykańskim prawem. Co więcej, żaden europejski rząd ani organizacja pozarządowa nigdy się o tym nie dowie, kiedy i czy amerykański rząd te dane przeglądał. System jest tak skonstruowany, by chronić tylko amerykańskich obywateli, można mówić o więc o dyskryminacji.
Zdaniem Bowdena problemy te dotyczą już nie tylko Stanów Zjednoczonych. Mocarstwami informatycznymi są już Indie i Chiny, a transfer danych ma wymiar globalny. Wkrótce może pojawić się problem inwigilacji z ich strony. W prawie amerykańskim niepokoi Bowdena szczególnie jeden zapis. Prawo pozwala amerykańskim służbom inwigilować wszystkie organizacje polityczne, których działalność dotyczy zainteresowań amerykańskiej polityki zagranicznej. Również w Polsce.
W jego ocenie świadomość tak szerokiej inwigilacji może mieć bardzo negatywne skutki społeczne. Ponieważ NSA wie o nas wszystko, mogą się pojawiać wątpliwości co do bezstronności ludzi pełniących zawody zaufania społecznego takich jak sędziowie, urzędnicy, dziennikarze, politycy itp. Rodzi się jego zdaniem pytanie czy ktoś nie będzie chciał na nich wpływać? Czy sami nie będą podświadomie dostosowywać się do oczekiwań? NSA ma przecież dostęp do wielu wrażliwych danych, zna historię odwiedzanych stron, przegląda prywatną korespondencję… Może być to niebezpieczne dla samej demokracji.
Służby i sygnaliści
W dyskusji pierwszy zabrał głos Józef Halbersztadt. Jego zdaniem służby amerykańskie nie interesują się specjalnie polskimi obywatelami. Nie wiemy jednak, jak działają polskie służby i czy współpracują z Amerykanami. Prawdopodobnie nie dysponują aż tak zaawansowaną technologią, ale sposób działania jest podobny. Niepokój budzi fakt, że polski rząd odmawia udzielenia jakichkolwiek informacji na ten temat. Zapytał również panelistów czy nowe rozporządzenie o ochronie danych zostanie przyjęte jeszcze przed wyborami do PE w maju przyszłego roku.
Adam Ostolski poruszył kwestię ochrony sygnalistów. Jego zdaniem zdolność do stawienia oporu rosnącej inwigilacji zależy od tego, czy i jak będzie się chronić takich ludzi jak Edward Snowden. Czy Unia Europejska ma możliwości i wolę, by ich chronić? – pytał.
Jan Philipp Albrecht zapewnił, że rozporządzenie o ochronie danych zostanie przyjęte jeszcze w tej kadencji parlamentu. Teraz jest przychylna większość w izbie i poparcie opinii publicznej. Po wyborach może się to zmienić. Jego zdaniem trzeba wywierać presję ekonomiczną na amerykańskie firmy, by te przestrzegały europejskich regulacji. Również negocjacje handlowe pomiędzy UE a Stanami Zjednoczonymi powinny w centrum stawiać ochronę prywatności. Jego zdaniem ludzie tacy jak Edward Snowden powinni być chronieni przed wymierzeniem kary. Bez nich nigdy nie będzie wiadomo, jaką technologią dysponują firmy, co wiedzą i jak tę wiedzę wykorzystują.
Caspar Bowden stwierdził, że to państwa mają duże możliwości, by chronić dane. Przed sprawą Snowdena nie zrobiły jednak nic. Dopiero teraz zaczynają się interesować tym problemem. Jego zdaniem są dwa rozwiązania: albo pozostawić to w gestii krajów członkowskich, albo niech zajmie się tym Komisja Europejska. Oba rozwiązania są według Bowdena niedobre, ponieważ wcześniej na inwigilację nie reagowały ani kraje członkowskie, ani Komisja. Odnosząc się do ochrony sygnalistów, stwierdził, że jest sprawą o fundamentalnym znaczeniu, aby tacy ludzie nie musieli spędzać reszty życia w strachu. Trzeba ich chronić. Dobrym pomysłem jest, by dostawali nagrody finansowe za wyjawianie nieprawidłowości. Byłyby one wypłacane z kar nakładanych na firmy, które się ich dopuściły. System taki funkcjonuje w Stanach Zjednoczonych w kontekście rozwiązań antykorupcyjnych, i można by go przenieść na grunt europejski.