W 2025 roku obchodzimy 10. rocznicę przyjęcia przez ONZ Agendy 2030 – globalnej strategii transformacji na rzecz zrównoważonego rozwoju. W jej centrum znajdują się 17 Celów Zrównoważonego Rozwoju (SDGs), dotyczących m.in. walki z ubóstwem, przeciwdziałania zmianom klimatycznym, ochrony bioróżnorodności oraz budowy społeczeństw opartych na równości.

Cele SDGs to kompleksowy zestaw 169 szczegółowych zadań do realizacji do 2030 roku. Skupiają się one na pięciu filarach, powszechnie znanych jako 5xP:

  • People (ludzie) – poprawa jakości życia przez dostęp do edukacji i ochrony zdrowia, eliminacja ubóstwa;

  • Planet (planeta) – ochrona środowiska i działania przeciwko zmianom klimatycznym;

  • Prosperity (dobrobyt) – promowanie trwałego i inkluzywnego rozwoju gospodarczego;

  • Peace (pokój) – budowa pokojowych społeczeństw opartych na sprawiedliwości i instytucjach;

  • Partnership (partnerstwo) – międzynarodowa współpraca na rzecz realizacji celów.

SDGs są naturalną kontynuacją Celów Milenijnych (MDGs) z lat 2000–2015. Pomogły osiągnąć ważne sukcesy, lecz jednocześnie wskazały na potrzebę bardziej holistycznego i mierzalnego podejścia do rozwoju, łączącego aspekty społeczne, ekonomiczne i środowiskowe. Agenda 2030 wprowadziła kompleksowe wskaźniki pozwalające na realne mierzenie postępów i efektywne korygowanie strategii rozwojowych [źródło: zielonewiadomosci.pl].

Najnowszy raport Sustainable Development Report 2025 maluje jednak ponury obraz: jedynie około 17% celów jest realizowanych zgodnie z planem, a ponad 80% jest opóźnionych lub cofających się. Szczególnie wrażliwe obszary to ochrona klimatu, bioróżnorodność czy zmniejszanie nierówności społecznych. Główne przeszkody to ekonomiczne i społeczne nierówności między krajami oraz ograniczone możliwości finansowe państw Globalnego Południa.

Ważnym wyzwaniem jest redefinicja wzrostu gospodarczego. Model neoliberalny wzrostu zwiększa konsumpcję zasobów, powoduje degradację środowiska i pogłębia nierówności. Agenda 2030 stawia pytanie: czy możliwy jest trwały rozwój bez ciągłego zwiększania konsumpcji? To zaproszenie do poszukiwania nowych, zrównoważonych modeli, łączących technologiczną innowacyjność i odpowiedzialność społeczną.

Agenda 2030 nie jest planem spiskowym, lecz otwartym, publicznym programem podjętym przez 193 państwa. Prof. Jeffrey Sachs, ekspert ONZ, opisuje ją jako drogowskaz dla zrównoważonego rozwoju, a nie narzędzie kontroli.

Choć żadnemu państwu nie udało się jeszcze zrealizować wszystkich celów, sukcesy odnoszą m.in. Benin, Nepal, Kostaryka i Zjednoczone Emiraty Arabskie. Pokazują one, że możliwa jest skuteczna współpraca i zaangażowanie.

Hasło „5 lat zaczyna się dziś” przypomina, że czas na fundamentalną zmianę jest krótki. Kolejne lata będą decydujące dla ochrony środowiska, wdrożenia SDGs w biznesie, zapewnienia transparentności oraz współpracy sektorowej.

Eksperci ostrzegają: bez zdecydowanego przyspieszenia inspirowane przez ONZ cele pozostaną tylko na papierze. Pięć lat, które się zaczyna, to ostatnia szansa, by nadać działaniom potrzebną skalę i tempo.

Źródło: inf. prasowa UNEP/GRID-Warszawa

Feminizacja biedy? Feminizacja ubóstwa? Jakkolwiek sformułować, nie brzmi to zachęcająco; bieda czy ubóstwo to tematy, od których chcemy trzymać się z daleka. A słowo “feminizacja” brzmi uczenie, nie pozostawiając miejsca na ludzki wymiar tego, do czego ten termin się odnosi.

Zacznijmy od samej biedy. Nie chcemy o niej myśleć i mówić, bo przystoi tylko biedakom, a nikt przecież nie chce biedakiem być. W badaniach naukowych bieda pojawia się późno, i w naszym regionie zaraz znika: w krajach realnego socjalizmu nie wolno było o biedzie pisać, publikować tekstów na jej temat – nie było więc sensu jej badać. Socjolożka Irena Reszke, która pod koniec lat 80.badała różnice zarobków kobiet i mężczyzn, dowiedziała się, że nie wolno jej uzyskanych wyników opublikować – niezależnie bowiem od owych różnic płace zarówno kobiet, jak i mężczyzn były tak żałośnie niskie, że ich ujawnienie godziłoby w interes państwa. Opublikowała więc jedynie poszerzoną i pogłębioną część teoretyczną książki – dzięki czemu otrzymaliśmy na samym początku transformacji jej „Nierówności płci w teoriach” – a sama zajęła się feminizacją biedy nieco później.

Choć istniała cenzura, równolegle istniała także wiedza dotycząca biedy i jej feminizacji. Gdy w 1971 roku do protestujących w Łodzi włókniarek przyjechała delegacja rządowa, jej uczestników zszokowało to, co zastali na miejscu: kanapki przełożone cebulą zamiast sera lub wędliny czy warunki mieszkaniowe robotniczych rodzin. Strajk włókniarek doprowadził nie tylko do cofnięcia decyzji o podwyższeniu cen, lecz także do przyznania funduszu na program budownictwa mieszkaniowego, program, dzięki któremu powstały osiedla mieszkaniowe.

Jednym z powodów stworzenia w połowie lat 70. funduszu alimentacyjnego była potrzeba zmniejszenia biedy kobiet samodzielnie wychowujących dzieci, których ojcowie nie płacili alimentów. Zaplanowany jako instytucja kredytująca alimenty, które następnie miały do niego wrócić, fundusz stał się filarem systemu alimentacyjnego na następnych kilkadziesiąt lat. Jego likwidacja w 2004 roku wyprowadziła matki na ulice. Okazało się, że bez tego mizernego państwowego wsparcia byt wielu rodzin z jednym rodzicem (czyli praktycznie rodzin matek wychowujących samodzielnie dzieci), balansujących dotąd na granicy ubóstwa, został zagrożony. Na skutek protestów powołano nowy fundusz alimentacyjny, który, choć nadal zmniejsza skalę ubóstwa w najbiedniejszych rodzinach monoparentalnych,  nie rozwiązuje systemowo społecznego problemu niepłacenia alimentów. Przykład funduszu alimentacyjnego pokazuje, że bieda – w tym bieda kobiet – to zjawisko trwające latami, którego nie zmienia nawet transformacja systemu. Potrzebne są konkretne, wycelowane w mechanizmy odpowiedzialne za feminizację biedy, programy polityczne i wola ich wdrożenia.

Po zmianie systemu biedą już można się było zajmować; okazało się wówczas, iż  nierówności będące efektem transformacji mają płeć. I że grupą, w którą transformacja uderzyła mocniej, są właśnie kobiety. Jednak badaczki (bo zajmowały się tym tematem głównie kobiety) napotykały na mur niezrozumienia i braku zainteresowania wynikami ich badań. Tak było w przypadku łódzkiego Instytutu Socjologii, który stał się swoistym ośrodkiem badań nad biedą, rozpoznawalnym na całym świecie, i dostarczającym nie tylko danych, lecz także rekomendacji dla bieżących polityk – żadnej z rekomendacji nie wprowadzono nigdy w życie, bo walka z biedą i ubóstwem nie była nigdy priorytetem dla żadnego rządu. Być może są szanse na zmienienie tego na poziomie samorządu: łódzki Wieloletni Program Działań Antydyskryminacyjnych, którego rozwój przerwała pandemia, uwzględniać ma – jako pierwszy w Polsce – biedę jako jeden z czynników wykluczenia.

Wyniki pierwszych badań dotyczących biedy w transformującej się Polsce nie pozostawiały wątpliwości. Na pierwszym miejscu wskazywano na zjawisko juwenilizacji biedy, czyli biedę dzieci, i towarzyszące mu zjawisko dziedziczenia biedy. Na drugim – feminizację biedy, czyli biedę kobiet i dziewcząt. Badania dowodzą, że sam fakt urodzenia się dziewczynką zwiększa ryzyko popadnięcia w biedę i że wynika to z wielu czynników.

Jednym z nich jest wspomniana już niealimentacja. Jeśli na początku XXI wieku mieliśmy 20% rodzin monoparentalnych, czyli z jednym rodzicem, i wychowywało się w nich około 25 %dzieci, a skala ściągalności alimentów wynosiła od dziesięciu do kilkunastu procent, to ryzyko, że matki samotnie wychowujące dzieci popadną wraz z dziećmi w biedę,  okazuje się poważne, i dotyczyć może przynajmniej miliona takich rodzin.  To tylko jeden przykład pokazujący, jak płeć determinuje biedę. Pozostałe czynniki to między innymi: nierówność kobiet i mężczyzn na rynku pracy, stereotypowe definiowanie ról płciowych, bezpłatna praca w domu i praca opiekuńcza przypadająca w większości kobietom, ekonomiczne bariery dostępu do zdrowia reprodukcyjnego, krzyżowanie się kryterium płci z innymi kryteriami wykluczenia – takimi jak wiek (bieda dziewczynek i starszych kobiet), zdrowie, orientacja psychoseksualna, czy przynależenie do innych niż seksualne mniejszości.

W środowiskach kobiecych problem feminizacji biedy/ubóstwa zaistniał na dobre w 2008 roku, gdy ukazał się raport Polityka równości płci. Polska 2007, wydany przez UNDP i zgodnie z metodologią tej organizacji zawierający opracowanie na ten temat. Oprócz diagnozy przyczyn, opisu zjawiska i jego skali zawierał również rekomendacje odnośnie do przyszłej polityki równości płci, które są wciąż aktualne (tekst raportu dostępny pod adresem http://phavi.portal.umcs.pl/at/attachments/2014/0718/120514-raport-polityka-rownosci-szans-sz.pdf). Rok później rozdział poświęcony feminizacji biedy przedrukowano (ze zmianami) w raporcie Kobiety dla Polski. Polska dla kobiet. 20 lat transformacji 1989-2009, który został przygotowany z okazji pierwszego Kongresu Kobiet. W ten sposób przekaz dotyczący biedy kobiet dotarł do szerszej publiczności, został też uwzględniony w wydanej w 2014 roku  Encyklopedii gender.

Rekomendacje dotyczące zwalczania feminizacji biedy  są wciąż aktualne. Dodać można do nich temat ubóstwa menstruacyjnego, o którym zaczęto mówić dopiero niedawno. Rozłożywszy zjawisko feminizacji biedy na składniki, bez trudu można wskazać, jak każdy z tych składników rozbroić. Pozostając przy pierwszym przykładzie: aby zmniejszyć biedę matek samodzielnie wychowujących dzieci, należy zadbać o egzekwowanie alimentów, i o to, by zasądzano je w wysokości odzwierciedlającej realne koszty związane z utrzymaniem dziecka i jego edukacją. Aby zmniejszyć i finalnie zlikwidować lukę płacową, skutkującą różnicami w dochodach z pracy kobiet i mężczyzn, należy wprowadzić przepis o równej płacy za tę samą pracę. Aby zmniejszyć ubóstwo starszych kobiet – zreformować system emerytalny. I tak dalej… choć jednak  w innych krajach takie rozwiązania są już od dawna wprowadzane i funkcjonują, w Polsce nikt – poza ekspertkami od feminizacji biedy – ich nie proponuje. Najbardziej systemowym rozwiązaniem, które mogłoby wpłynąć realnie na sytuację kobiet, byłaby ustawa o równym statusie kobiet i mężczyzn. Ustawa taka musiałaby za sobą pociągnąć przepisy dotyczące równej płacy, świadczeń emerytalnych  czy wspólnego ponoszenia kosztów opieki nad dziećmi. Bez wątpienia nie ma szans na wprowadzenie takiego rozwiązania przed uzyskaniem większości sejmowej w kwestii przywrócenia Polkom praw reprodukcyjnych. 

Tymczasem możemy obserwować wpływ prowadzonych polityk na sytuację kobiet. Niedocenionym rozwiązaniem mającym łagodzić skutki rosnącej prekaryzacji pracy stało się „Kosiniakowe” – świadczenie dla matek (i w pewnych przypadkach dla ojców), którym nie przysługuje płatny urlop macierzyński czy rodzicielski, w wysokości 1000 złotych. dużo więcej emocji wzbudził jednak wprowadzony przez PiS program 500+, przewidujący dodatek rodzinny; pomoc, w wysokości 500 złotych, początkowo przysługiwała na drugie i kolejne dzieci bez względu na dochód rodziców, a na pierwsze zaś tylko wtedy, gdy rodzice spełniali wymóg nieprzekroczenia radykalnie niskiego progu dochodowego. Program ten miał w założeniu podwyższyć poziom dzietności Polaków Okazało się jednak, iż jest to raczej pobożne życzenie za to niespodziewanie program wywołał inny skutek: zmniejszenie biedy dzieci! Żywo dyskutowano także jego wpływ na sytuację kobiet. Zmniejszenie biedy dzieci musiało oznaczać zmniejszenie biedy ich rodziców, w przypadku rodzin monoparentalnych – przede wszystkim matek. Szacuje się, że stopień ryzyka popadnięcia w biedę matki samodzielnie wychowującej dziecko jest zbliżony do stopnia tegoż ryzyka w przypadku obojga rodziców wychowujących trójkę dzieci. program 500+, jak się z wydawało, chronił przed głęboką biedą jednych i drugich

Ożywioną dyskusję i spory w środowiskach kobiecych wywołało inne zjawisko związane z tym programem: z pracy zawodowej zrezygnowały kobiety, którym dodatek na jedno dziecko lub na więcej dzieci pozwalał  zoptymalizować domowy budżet bez ich własnego dochodu z pracy. Zwracano uwagę, że w ten sposób kobiety te skazują się na biedę na starość,bo  zmniejszają wysokość swojej przyszłej emerytury; krytykowano je za krótkowzroczność i brak wiedzy ekonomicznej. Krytykującym nie mieściło się w głowie, że w ekonomii wiązania przez “menedżerki biedy” końca z końcem od pierwszego do pierwszego wizja emerytury jest dość odległa, a płace kobiet decydujących się na ich zamianę na dodatek musiały być głodowe. Hejt skierowany w stronę beneficjentów programu 500+, oskarżanych o wszelkie możliwe grzechy – od załatwiania się na wydmach po odpowiedzialność za wyborcze zwycięstwo PiS – tak naprawdę wymierzony był głównie w kobiety, matki, które 500 złotych dostawały. Początkowo godzący w rodziny najbiedniejsze i wielodzietne, trwał w najlepsze, choć  w połowie 2019 roku zniesiono kryterium dochodowego i objęto programem wszystkich rodziców bez względu na dochód. Hejt ten połączył pogardę dla biednych z niechęcią do matek, i pokazuje, jak silny jest wpływ uprzedzeń i stereotypów. 

Aby zmienić politykę państwa wobec kobiet, nie wystarczy jedynie pokonać PiS. Trzeba też zlikwidować społeczne mechanizmy usprawiedliwiania istniejących nierówności czy oskarżania biednych o to, że sami są sobie winni. Albo winne.

*************

Wymienione w tekście prace:

Irena Reszke, Nierówności płci w teoriach: teoretyczne wyjaśnienia nierówności płci w sferze pracy zawodowej, IFiS PAN, Warszawa 1991.

Polityka równości płci. Polska 2007. Raport, red. Naukowa Bożena Chołuj, UNDP, Warszawa 2008.

Kobiety dla Polski. Polska dla kobiet. 20 lat transformacji 1989-2009, raport: Kongres Kobiet Polskich, red. Agnieszka Grzybek, Joanna Piotrowska, Fundacja Feminoteka, Warszawa 2009.

Hasło „Feminizacja biedy (ubóstwa)”, Izabela Desperak, Magdalena Rek-Woźniak, w: Encyklopedia gender. Płeć w kulturze, red. Monika Rudaś-Grodzka, Katarzyna Nadana-Sokołowska, Agnieszka Mrozik, Kazimiera Szczuka, Katarzyna Czeczot, Barbara Smoleń, Anna Nasiłowska, Ewa Serafin, Agnieszka Wróbel, Wydawnictwo Czarna Owca, Warszawa 2014.

Fot. Piotr Drabik


 

Od kilkunastu dni demoliberalny świat nie może się pozbierać – oto zadeklarowany rasista, ksenofob, seksista, zwykły nieokrzesany cham i kłamca, a do tego miliarder (ale nie z pucybutów, tylko po rodzicach) został najpotężniejszym człowiekiem świata – wybrany na prezydenta Stanów Zjednoczonych Ameryki Północnej. Dlaczego? Jak TAKI KTOŚ mógł przekonać do siebie Amerykanów? Te pytania i pochodne są obecnie obracane na wszelkie możliwe sposoby przez wszystkie media zajmujące się polityką.

W Polsce po całej serii wyborów, których wyniki tak mało były spodziewane, jak przejechanie przez byłego prezydenta po pijanemu na przejściu dla pieszych przy czerwonym świetle zakonnicy w ciąży – amerykański szok nieszczególnie powinien zaskakiwać. Po drodze przydarzył się jeszcze Brexit i wybory w Austrii. Wydarzenia te miały miejsce zdecydowanie wbrew bazującym na sondażach kwalifikowanym przewidywaniom, potęgując zaskoczenie. Tak jakby nagle, w ciągu kilkunastu miesięcy, zasadniczo zmieniła się – przynajmniej dla istotnych dotąd dominujących środowisk obserwatorów – logika funkcjonowania świata polityczno-społecznego, radykalnie uniemożliwiając trafną w nim orientację.

Czyj świat?

Osobiście sądzę, że nie tyle świat nagle się zmienił, co dość gwałtownie stało się jawne wszem i wobec, a nie tylko dla licznych, ale niekoniecznie eksponowanych środowisk, że nasz świat jest wyraźnie inny, niż zdawało się środowiskom opiniotwórczym. Ta „inność” nie była przez całe dziesięciolecia dostrzegana albo nie była przyjmowana do wiadomości. Więc i polityka kreowana w oparciu o taki stronniczy ogląd świata musiała być polityką jednostronną. Skoro model świata, praktycznie służący jako jego mapa, określający to, co potrafimy zobaczyć (bo tego, czego nie ma na mapie, nie można odnaleźć w rzeczywistości) odwzorowuje świat wybiórczo, to działanie w tym świecie, przynajmniej do czasu, musi być ograniczone tylko do niektórych ludzi, rzeczy i procesów, a inne musi ignorować. Ale właśnie do czasu. I ten czas graniczny najwyraźniej nadszedł – albo nadchodzi: czas Zmiany (?).

Płynny, ponowoczesny świat globalny miał być przychylny dla Silnych i Sprawnych. I tak też został skrojony – pod ich potrzeby i możliwości, co nie zawsze było do udźwignięcia dla pozostałych. Ograniczenia sprawczej aktywności Silnych – w tym rozmaite serwituty na rzecz tych, którzy nie byli Silni – zostały rozbrojone jako krępujące. Uwolnienie od ograniczeń, wyzwalające aktywność tych, którzy nieśli potencjał sprawczej energii, miało przynieść niedostępny wcześniej przyrost bogactwa i pomyślności. Najpierw („zasłużenie”) tym, którzy go wygenerowali, ale z czasem korzyści miały mieć powszechny zasięg i objąć wszystkich.

Że tak się nie stało, że korzyści z „uwolnienia” aktywności Silnych i Sprawnych na rzecz bogactwa i rozwoju bynajmniej nie stały się udziałem wszystkich, nawet większości – dziś już wiadomo. Dochodzenie do takiej świadomości, czyli uświadamianie sobie głębokiego rozczarowania tak niesprawiedliwym urządzeniem świata trwało długo, a dzisiaj ta świadomość eksploduje. Na szczęście w akcie wyborczym, a nie krwawej rewolcie. Zbuntowanym i rozgoryczonym nie chodzi tylko o materię, bogactwo czy dobrobyt, ani tylko materialne bezpieczeństwo. Chodzi też o sens i godność, poczucie wartości własnej. Została ona fundamentalnie podkopana przez propagowany masowo wzorzec mentalny, w myśl którego na szacunek zasługuje jedynie człowiek tzw. „sukcesu” (kasa, sława, władza), a pozostali to nieudacznicy. Ponieważ „sukces” jest udziałem zdecydowanej mniejszości, powyższa konstrukcja generuje – po upadku nadziei na automatyczne i „naturalne” spłynięcie bogactwa „w dół” hierarchii (dzieje się dokładnie odwrotnie) – oceany frustracji i upokorzenia, a potem wściekłości i agresji.

Wolność – bez równości i braterstwa

Znoszenie ograniczeń dla swobodnej działalności kreatorów „bogactwa i rozwoju” ma za uzasadnienie ideę indywidualnej wolności, wyniesionej ponad wszystko i oderwanej od innych nowożytnych fundamentów aksjologicznych dobrego społeczeństwa, czyli równości i braterstwa. „Inni” to piekło i konkurencja, jesteście sami i musicie sobie radzić. Społeczeństwo nie istnieje, są tylko jednostki („There is no such thing as society” – Margaret Thatcher) walczące z innymi o indywidualny sukces, to jeden z aksjomatów neoliberalizmu. W Polsce w okresie transformacji społeczno-ekonomicznej establishment wbił do głowy nawet szczerym i wytrawnym socjaldemokratom (np. Jackowi Kuroniowi…), że im bardziej brutalny kapitalizm zostanie zaprowadzony, tym lepiej, bo tym szybciej będziemy się rozwijać i stawać się krajem naprawdę cywilizowanym. Stąd porządki zaprowadzane po 1990 r. tworzyły kraj przyjazny dla „ludzi sukcesu”, którzy mieli wreszcie utworzyć upragnioną, oczekiwaną klasę średnią. Reszta, czyli większość, znalazła się we własnym (?) kraju i państwie na pozycjach peryferyjnych. Można powiedzieć, że została „porzucona” przez własne państwo i jego elity.

Tymczasem to właśnie słabsi (społeczno-ekonomicznie, politycznie) członkowie społeczności, których zwykle jest najwięcej, potrzebują władzy, państwa, prawa dla chronienia ich podstawowych potrzeb. Nasilniejsi i najbogatsi mogą sobie wszystko kupić (albo „załatwić”): od bezpieczeństwa i sprawiedliwości po zdrowie i wykształcenie. Działo się odwrotnie, w rezultacie rozwój („rozwój”?) miał charakter jednostronny, koślawy. Rozwój dla jednych, stagnacja dla wielu innych. W rezultacie rozpadło się ogólnospołeczne „my”, w Polsce żywe jeszcze na początku lat 90-tych. Rozpadło się na dwa społeczeństwa, kiedyś komplementarne, potem alternatywne, obecnie przeciwstawne. Ściślej – na cały archipelag „segmentów” społecznych – społeczności, środowisk, obozów, plemion mających ze sobą coraz mniej wspólnego. Na krótszą metę to społeczne rozbicie i nierówności sprzyjały interesom grup najsilniejszych. W ostatnim czasie pojawiła się świadomość ekonomicznych kosztów takiej sytuacji (Picketty i „Kapitał XXI wieku”) i zagrożeń dla całokształtu ładu światowego, ale mocno późno.

Sama kategoria „wspólnoty” była w demoliberalnym dyskursie nacechowana raczej negatywnie, z historycznie uzasadnionych powodów – skojarzeń z nacjonalizmem, ksenofobią, autorytarnym kolektywizmem sprzecznym z indywidualną wolnością. Używano neutralnych pojęć „społeczeństwo”, „społeczność” – opisowych, a nie nacechowanych, jak „wspólnota”, afirmacją i metafizyką potencjalnie groźną. Do wspólnoty się przynależy i ona wiąże, rolę społeczną się przyjmuje i bywa, że można ją negocjować lub zmienić. Okazało się jednak, że dla bardzo wielu „wspólnota” jest jak żyzna gleba, bez której życie nie jest możliwe albo pozostaje jałowe. I groźne, bo z ich perspektywy bez przynależności jednostka jest nikim, jest sama, wyobcowana, bezbronna. „Istnienie zbiorowe” ma dziś swoje silne racje w konfrontacji z liberalną, indywidualną wolnością. Obok upokorzenia ze strony systemu nobilitującego Silnych, a pozostałych dyskredytującego, oraz realnego upośledzenia pod względem szans na zaspokojenie potrzeb życiowych na wystarczającym poziomie – destrukcja więzi wspólnotowych jest najistotniejszym źródłem narastającej frustracji, wściekłości i na koniec buntu.

Polskie końce świata

W Polsce stare wspólnoty straciły przywódców przez wojenne wyniszczenie elit, co zdaniem Andrzeja Ledera („Prześniona rewolucja”) było częścią rewolucji społecznej spowodowanej przez nazistów i radzieckich. Przede wszystkim jednak wspólnoty rozpadły się z historycznych powodów – na skutek wojny, eksterminacji, wysiedleń i przesiedleń, migracji ze wschodu na zachód oraz ze wsi do miast i z prowincji do centrum, urbanizacji i industrializacji. Oraz, zwłaszcza, opresji komuny, która intencjonalnie rozbijała stare więzi wspólnotowe, zaprowadzając „nowy kolektywizm”, programowo plebejski. Wielki ruch „Solidarności” to była skoncentrowana emanacja tego egalitarnego, socjalistycznego społeczeństwa, posiłkująca się tradycyjną symboliką – narodową i religijną. Z kolei transformacja ustrojowa lat 90-tych ten kolektywny ład rozbiła, a wcześniejszych więzi nie ożywiła – bo nie mogła i nie chciała.

Socjolog Stefan Nowak w latach 70-tych odkrył fenomen „próżni socjologicznej”. Badania pokazały, że Polak/Polka dysponuje identyfikacją społeczną na dwóch przeciwstawnych poziomach – mikro i makro. Poziom mikro obejmuje rodzinę, krewnych, najbliższych przyjaciół i sąsiadów. Poziom makro to (wyobrażony) naród polski, także z kościołem rozumianym dość abstrakcyjnie. Pomiędzy nie było nic – żadnych innych społecznych bytów średniej skali, z którymi Polacy by się identyfikowali, jak kluby, zrzeszenia, organizacje społeczne, związki zawodowe, korporacje branżowe, lokalne zrzeszenia mieszkańców itp. Nie oznacza to, że takiej społecznej organizacji nie było, przeciwnie, była i bywało, że ludzie byli w tę działalność głęboko zaangażowani. Jednak badania pokazały brak głębszej identyfikacji z nimi, typu wspólnotowego. Jest oczywiste, że komuna nie dopuszczała autentycznej, oddolnej i autonomicznej aktywności, która nie byłaby politycznie kontrolowana, jako niedopuszczalnego przejawu wolności zrzeszania się.

Socjalistyczny kolektywizm był specyficznie „abstrakcyjny”, czego wyrazem był ogólnonarodowy zryw „Solidarności”, a jednocześnie np. kompletny brak szacunku dla własności wspólnej, czyli społecznej. Transformacja ustrojowa lat 90-tych unicestwiła ten niewielki pozostały po jej rozbiciu potencjał uspołecznienia i wspólnotowości, przez komercjalizację osłabiła więzi rodzinne , przyjacielskie, sąsiedzkie, zaś „naród” i kategorie pochodne na lata znikły z mainstreamowego dyskursu publicznego. W sensie egzystencjalnym zwykły człowiek pozostał z niczym. Niektórzy karmili się długo iluzjami szans na materialny sukces, mający umożliwić satysfakcjonujące sycenie się konsumpcją. Kraj widziany jako supermarket, a społeczeństwo jako jego klientela, może być atrakcyjny, ale tylko kiedy ma się forsę…

Transformacja… świadomości

Czas transformacji społeczno-ekonomicznej, czyli lata 90-te, to okres destrukcji mentalnego ładu posocjalistyczno-posolidarnościowego. W istocie chodziło od odwrócenie porządku (względnego), jaki ludzie mieli w głowach po kilkudziesięciu latach centralnie planowanej, niekomercyjnej gospodarki państwowej, stosunków kolektywnych i autorytarnych rządów oraz po ogólnonarodowym doświadczeniu zrywu „Solidarności”, a potem złamania tego ruchu, Zadanie było karkołomne – wykazać, że polityka radykalnego odejścia od idei „Solidarności”, z całym ich aksjologicznym zapleczem (w tym lewicowym, wspólnotowym, socjalnym), to konsekwentna i wierna ich realizacja. Różnym wymiarom tych praktyk i reakcjom na nie poświęcono trochę uwagi, powstało kilka znaczących książek, niekoniecznie eksponowanych – m.in. „Klęska ‘Solidarności’ Davida Osta, „Prywatyzując Polskę” Elizabeeth Dunn albo „Siedmiolatka, czyli kto nam ukradł Polskę” Jacka Kuronia. Nie wchodząc tu w szersze analizy, warto przypomnieć niektóre obrazy sytuacji perswazyjno-dyskursywnych charakterystycznych dla tamtego okresu.

Społeczny, socjalny, wspólnotowy i lewicowy (socjalistyczny – poza własnym doświadczeniem i oceną taką interpretację NSZZ „Solidarność” lat 80-tych daje Karol Modzelewski, ówczesny rzecznik prasowy Związku, w swojej głośnej, autobiograficznej książce „Zajeździmy kobyłę historii, czyli wspomnienia poobijanego jeźdźca”) charakter związku „Solidarność” propaganda wczesnej transformacji przykryła dyskursem antykomunistycznym, narodowym, wolnościowym. Jakkolwiek prawdopodobnie największe znaczenie perswazyjne miała obietnica powszechnego zbawienia w raju masowej konsumpcji, dobrobytu dla wszystkich, który zapewni kapitalizm jak najbardziej „ortodoksyjny” – w obiegu była narracja o „tygrysach wschodu”, których błyskawiczny rozwój gospodarczy miał być wzorem.

W zwięzłej syntezie propagowanej ówcześnie, topornej aksjologii rywalizacja (indywidualna o „sukces”) była przeciwstawiona współdziałaniu, egoizm – solidarności, interesowność – altruizmowi, indywidualność była przeciw wspólnocie, a pragmatyczny materializm przeciw idealizmowi, rynek („wolny”) – państwu („marnotrawnemu” i „rozbuchanemu”), a władza publiczna (niewydolna i sprzedajna) – biznesowi (z natury efektywnemu). Taki naiwny i prostacki przekaz miał być odtrutką na toksyczne miazmaty „komuny” i ekspresowo przekształcić świadomość społeczną na wzór (wydumany! zmitologizowany!)) burżuazyjnych społeczeństw Zachodu.

W kwestii własności aksjologiczna przewaga własności prywatnej jako najbardziej „godnej”, „słusznej” i „naturalnej”, zsakralizowanej („święte prawo własności”…), uzyskała najwyższą podstawę formalno-prawną w zapisie konstytucyjnym (Art. 20-22). Praktyczne tego skutki są widoczne np. w orzecznictwie sądów, gdzie własność inna niż prywatna – państwowa, społeczna, komunalna, grupowa-wspólna jest na gorszej pozycji. Intencją było wymierzenie historycznej sprawiedliwości komunie, deprecjonującej własność prywatną. Efektem stała się reguła, że wielka własność wygrywa z małą, prywatna z publiczną, komercyjna z użytkową/osobistą. Czyli rządzi wielki biznes, a korzyści płynące z tranformacji społeczno-ekonomicznej są prywatyzowane, zaś jej koszty – uspołecznione. Państwo i prawo jest silne wobec słabych, a słabe wobec silnych. W wymiarze praktycznym – wielki biznes wygrywa z władzą publiczną i podmiotami społecznymi nie tylko dzięki zapisom Konstytucji i ustaw. Wygrywa, bo stać go na najlepsze kancelarie prawne, lepsze niż radcy w urzędach albo działający pro bono adwokaci wspierający NGO-sy..

Lata 90-te to był czas wbijania do głów neoliberalnej aksjologii i filozofii społeczeństwa i gospodarki, opartej na wizji brutalnego darwinizmu, egoistycznej rywalizacji w dżungli o „sukces”, pieniądze, pozycję… Gdzie wspólnota, współdziałanie, państwo i sfera publiczne są szkodliwe i powinny być ograniczane. Dość żenującym przykładem jest wieloletnia kampania mediów liberalnych, propagująca różne sposoby obchodzenia systemu podatkowego, która nasila się w okresie rozliczeń podatku dochodowego. Okazuje się, że dzisiaj młodzi buntownicy, poszukujący w nacjonalizmie pożywnej egzystencjalnie i emocjonalnie wspólnoty, wyznają społeczny darwinizm w wymiarze ekonomicznym, łącząc go ze wspólnotowością w wymiarze symbolicznym, nasyconym tradycjonalnymi treściami.

Finale

Nowe „My” wyrastające na takiej glebie warunków społeczno-ekonomicznych, w opozycji do projektu emancypacyjnego lewicowo(?)-liberalnego, który okazał się wykluczający, oznacza REGRES. Bo to „powrót” do archaicznych formuł istnienia zbiorowości – etnicznych, plemiennych, narodowych, rasowych, zwróconych przeciw innym, wspólnot agresji, odwetu i eksploatacji. Wydawało się, że bolesne lekcje historii ten etap skompromitowały. Wykluczeni na szeroką skalę przez neoliberalną gospodarkę i ekskluzywny projekt emancypacyjny nie dążą jednak do zanegowania systemu i sposobu myślenia, który z zasady żeruje na słabszych. Wyzwolone demony przeszłości nie prowadzą do zniesienia wykluczenia i dyskryminacji, tylko do ich radykalizacji przez wykluczenie Innych. Według potrzeb i namiętności.

Wydaje się, że polska debata publiczna zatrzymała się gdzieś w XVII/XVIII wieku. Jej głównymi podmiotami są współczesne wcielenia sarmatów, a spór-walka toczy się pomiędzy Sarmatami „progresywnymi” próbującymi implementować „nowinki” z Zachodu, a Sarmatami „tradycjonalistami”, broniącymi pod hasłami Bóg-honor-ojczyzna wzorów życia (wyobrażonego) z przeszłości. To jest prastary konflikt polski z bajek biskupa Krasickiego, komedii Fredry i „Pana Tadeusza”, odgrywany ponownie i wciąż jak chocholi taniec. Mentalnie sprzed oświecenia… Jedni i drudzy wznoszą się wysoko nad ludem prostym, w którym nie widzą podmiotu praw, wolności i polityki. Jednak Sarmaci tradycjonalni jako dobrzy panowie rozdają szczodrze jałmużnę w naszym folwarku, czym zyskują wdzięczność i poparcie ludu prostego. Sarmaci progresywni, zgodnie ze swoimi wyobrażeniami o „postępie”, tokują o dawaniu ludowi prostemu wędki zamiast ryby, kiedy sami uprawiają rybołówstwo za pomocą generatorów prądu dużej mocy. Toteż dostępnych ryb dawno już w stawach nie ma.

***

Nie udało nam się wykreować projektu nowoczesnej, otwartej, nieekskluzywnej i prospektywnej wspólnoty ludzi równych, ale różnych, a tym bardziej nie udało się do niego na szerszą skalę przekonać i wprowadzić w życie. Dlatego rozdziobią nas kruki, wrony…. Co też już było.

Stowarzyszenia, fundacje, czyli instytucje tzw. trzeciego sektora, społeczeństwo obywatelskie, NGOsy interesują mnie jako przykład zarządzania oporem. Chodzi o przekształcanie społecznie wspieranych, nieformalnych metod samo-organizacji, które kształtują się w konfrontacji z władzą i dążą do zniesienia nierówności, w coś, co wytwarza, jak to ujął jeden z wielkich magnatów, Andrew Carnegie, „harmonię między pałacem milionera, a chatą chłopa”.

Działając w grupie nieformalnej – Syrenie – zauważam że nasza wyobraźnia dotycząca metod organizowania się podlega ciągłej presji – wzorce, którę są nam dzisiaj powszechnie sugerowane to wzorce partii politycznych, okrągłych stołów czy NGOsów, a nie np. strajków, rewolt i powstań ludowych: Sierpnia 1980, Wybrzeża 1970, Poznania 1956, itp. Fakt ten jest o tyle godny zastanowienia, że przecież wzorce z owej domeny „społeczeństwa obywatelskiego” nigdy nie były skuteczniejsze od oddolnych zrywów społecznych. Więcej – te obywatelskie negocjacje itp. nie zaistniałyby bez „nieobywatelskich” strajków.

Przez zarządzanie oporem rozumiem zarządzanie wyobraźnią o strategiach oporu- jak budować ruch, zacieśniać więzi solidarności, jak uczyć się z jednej akcji na drugą, poszerzać pole krytyki, eskalować mądrze konflikt. To, że dziś za wzorce mamy społeczeństwo obywatelskie to skutek sporych, historycznych starań ucywilizowania oporu. Kieruję się następującą refleksją: Tam, gdzie ruchy społeczne dążyły do wyrównania przepaści w bogactwie, tam oprócz twardych represji, władze starały się otoczyć pieczą opór społeczny, narzucając własną – mniej groźną – wersję zbliżenia biednych do bogatych poprzez filantropię i kontrolowane dotowanie. Nasz kraj stał się przykładem takich skutecznie wdrażanych miękkich strategii władzy po 1989 r.

Kiełki wolności

W okresie ostrej transformacji wolnorynkowej w Polsce, światowe fundacje, agencje i państwa, rozszerzając swe wpływy na nowe peryferia kapitalizmu, inwestowały gotówkę w każdą sferę życia społecznego w naszym kraju. Za przykład weźmy program władz USA. Amerykański fundusz na rzecz rozwoju kapitalizmu w Polsce był zatwierdzony po wizycie Busha seniora w 1989 roku i dosłownie miał na celu zasiać wolny rynek na naszych terenach – został nazwany „Aktem Ziarno” (the SEED act- Support Eastern European Democracy Act). Dotacjami i zasobami władz USA zarządzała u nas w kraju USAID, czyli rządowa agencja międzynarodowego rozwoju, często we współpracy z prywatnymi amerykańskimi fundacjami, takimi jak np. Fundacja Forda, Sorosa, braci Rockefeller, a także z Bankiem Światowym i MFW.

USAID doradzała m.in. Ministerstwu Przekształceń Własnościowych w planach krajowej prywatyzacji, wspierała rozwój rynku nieruchomości i stworzenie ustawy o prawach autorskich, forsowała powstanie prywatnych funduszy inwestycyjnychi. Sponsorowała ponadto przekształcenia wydziałów ekonomicznych np. na Uniwersytecie Warszawskim. Wpływała na zmianę ustawodawstwa na bardziej sprzyjające biznesowi oraz kształtowała programy szkolenia sędziów, prokuratorów, adwokatów i wykładowców szkół prawniczych; opiniowała projekty ustaw np. mieszkaniowej, zmiany Konstytucji; wspierała powstanie neoliberalnych think-tanków, szkolenia dziennikarzy, opracowanie polityki i strategii NBP itd.

Jednak dotacje i zagraniczny know-how miały także za zadanie „ucywilizować” gniew i potencjał samoorganizacji, którą wyzwoliła w ludziach Solidarność. Między 1989 a 1999 rokiem, USAID otaczała pieczą młode organizacje demokratyczne- w szczególności feministyczne i ekologiczne. Nowych liderów wysyłała na sponsorowane staże zagranicą, umożliwiała publikacje, organizowała konferencje, sprowadzała ekspertów, pomagała zdobyć odpowiednią literaturę, wykształcić język i cele organizacji. Dotowała te gałęzie Solidarności, które skupiały się na indywidualnych poradach prawnych dla pracowników. Szkoliła polską policję w dziedzinie „walki z przestępczością i w technikach przesłuchań”ii.

Normalizowanie transformacji

Transformacja to niełatwe zadanie: ludzie, którym udało się obalić totalizującą władzę, stawiając sobie jako cel samorządy i kontrolę pracowników nad produkcją, musieli dostosować się do modelu pracy na rzecz prywatnego kapitału. Musieli odłożyć na bok strategie samo-organizacji i nauczyć się zaciskać zęby (i pas!) póki ich rzeczywistość wciąż przypominała koszmar, a nie „American dream”. W 1990 roku 10% gospodarstw domowych znajdowało się na granicy ubóstwa, w 1991-25%, w 1992-39%iii. I ludzie dawali wyraz swojej męce: w 1992 roku miało miejsce 6,351 strajków, łącznie ponad 1,855 straconych dni roboczychiv. W tych latach dramatycznie wzrosła też przestępczość zorganizowana: w 1993 co 1,5 minuty włamywacze składali wizytę w prywatnych mieszkaniach (co 11 minut w obiektach publicznych) , co 14 minut ginął samochódv. W 1992 r. podłożono 1.852 ładunki wybuchowe, w 1993 r.: 1.881.

Przy takich zagrożeniach, wielkie starania były więc wkładane w tłumienie niepokojów i normalizację okresu transformacji. Przyjęcie ostrego kursu na kapitalizm elity starego i nowego systemu ujęły jako naturalny skutek rozwoju, wręcz bezpośredni efekt walk społecznych z poprzednich lat. Kluczowe w tym celu stało się wytyczenie linii ewolucyjnej od ruchu Solidarności do idei „społeczeństwa obywatelskiego”, od związków i ruchów pracowniczych, do organizacji pozarządowych. W 1995 r., zorganizowano seminarium w polskim senacie, pod tytułem, „Budowa społeczeństwa obywatelskiego, rola organizacji pozarządowych”. W raporcie z tego spotkania znaleźć można m.in wypowiedź Adama Struzika, dzisiejszego marszałka województwa mazowieckiego. Społeczeństwo obywatelskie, przekonuje Struzik, „zrodziło się z ducha rewolucji francuskiejvi.”

Uczestnicy seminarium w konkluzjach jednak zaznaczali, że „społeczeństwo obywatelskie” wykuwało się w latach 70-tych w środowisku dysydentów w Polsce, w kontrze do władzy totalitarnej. Dziś jednak, nie ma już potrzeby przyjmować takiej pozycji. W zamian to organizacje pozarządowe mają za zadanie współdziałać z władzami i wypełniać lukę po naturalnie kurczącej się roli państwa w sferze opieki społecznej.

Podczas konferencji, warsztatów, seminariów, wymian studyjnych i wielu publikacji sponsorowanych przez światowe fundacje w latach 90., kładziono nacisk na rzeźbienie „postaw obywatelskich”, gdzie samoorganizacja i walka o cokolwiek miały logicznie prowadzić do rejestracji organizacji pozarządowej lub partii politycznej. Nie-obywatelskie taktyki, jak oddolne budowanie więzi w walce z wyzyskiem, przyklejono do obrazu starego systemu. W nowym systemie, miały one ustąpić miejsca obywatelskim zachowaniom, takim jak okrągłe stoły, konsultacje, wcielanie się w rolę tzw. watchdoga, pisanie petycji, itd.

Nowi obywatele w służbie miękkiej władzy

„Dziś, 25 proc. Polaków jest związanych z organizacjami pozarządowymi, podczas gdy przynależność do związków zawodowych jest na poziomie 7 proc” – chwalił się w 1999 Jakub Wygnański, cytowany w raporcie USAID, pozując do zdjęcia „w budynku przy ulicy Szpitalnej, w pokoju gdzie wcześniej Solidarność odbywała swoje pierwsze spotkania. Teraz mieści się tu grupa organizacji pozarządowych, z których wiele uzyskało wsparcie od USAID”. vii

Dziś w Polsce istnieje ponad 80 tys. stowarzyszeń i fundacjiviii. W latach 2006-2009 powstawało tu codziennie ponad dziesięć nowych organizacji pozarządowychix. Według danych z 2012 roku, członkowie i władze regularnie pracują bez wynagrodzenia w 94 proc. spośród tych organizacjix.

Jednak w kapitalistycznych realiach, z natury, rozwarstwienie społeczne się powiększa. W 2011 r. w Polsce mieszkało aż 50 tys. milionerów, a według firmy Deloitte, na 192 państwa świata Polska obecnie zajmuje pod tym względem 25 miejscexi. Jednocześnie, w tym samym kraju, wg raportu NIK ponad 6 milionów ludzi żyje w nędzy mieszkaniowejxii, jesteśmy europejskim liderem w liczbie emigrantówxiii, a także głodnych dzieci, i to mimo popularnej akcji „Pajacyk” prowadzonej od 1998 roku przez Polską Akcję Humanitarną, dzięki której wydano już 10 milionów posiłków.

Nie twierdzę, że ci woluntariusze nie wkładają ogromnego wysiłku, który pomaga ludziom przeżyć w ciężkich czasach wyzysku. Programy przetrwania są kluczowe, o ile mamy dożyć lepszych warunków życia. Dlatego historycznie w ruchach oporu, programy przetrwania miały nierozłączną partnerkę w drugiej części ruchu, która prowadziła działalność wywrotową, dążąc do wykorzenienia systemu rosnących przepaści społecznych.

Z perspektywy władzy, miękkie strategie po prostu się bardziej opłacają. W przeglądzie 20 ostatnich lat swojej działalności w naszym regionie USAID wylicza, że wydatki na zbrojenia z budżetu władz amerykańskich, w okresie 1948-1986 pochłoneły 6,3 biliona dolarów, czyli około 163 miliardy dolarów roczniexiv. Strategicznie inwestowana filantropia natomiast w latach 1990-2012 kosztowała łącznie 20 miliardów dolarów, czyli około 900 milionów roczniexv.

Naszym zadaniem jest rozpracowanie historii strategii miękkiej władzy nad społecznym oporem. Istnieje obecnie w Polsce i na świecie wiele sił z ogromnym zapleczem finansowym, które pragną przywrócić urok stosunków wręcz poddańczych. Już dziś ledwo połowa pracowników w Polsce może liczyć na wypłatę na czas, powszechne stają się napędzane (re)prywatyzacją rugi chłopskie i miejskie. Tej tendencji do tej pory nie powstrzymały praworządne organizacje społeczeństwa obywatelskiego. W miarę jak coraz mniej jest ziemi i pieniędzy do zagrabienia, elity imają się coraz bardziej brutalnych form osiągania zysku. Zarazem, istnieje ogromny dorobek w historii ruchów wyzwoleńczych, na który możemy powoływać się w praktyce naszych działań bez potrzeby rejestracji kolejnego NGO.

Maria Burza

Kolektyw Syrena

Artykuł jest skróconą (przez Autorkę) wersją artykułu, który ukazał się w broszurce „ABC kapitalizmu – zeszyt trzeci” – do ściągnięcia i zamówienia w formie papierowej na stronie internetowej balcerowicz.com.

Przypisy:

i „Reforma emerytalna dokonała wielkiego kroku w 1997 r., z przejściem kluczowej ustawy tworzącej prywatne fundusze emerytalne i ciało nadzorcze. Kilkoro kluczowych prawodawców, dziennikarzy i urzędników wzięło udział w sponsorowanych przez USAID wycieczkach studyjnych do Chile i Argentyny, na podstawie dośwadczeń których, oparte są reformy w Polsce”. USAID Congressional Presentation Fiscal Year 1999 ANNEX III: Europe and the New Independent States, Str. 178.

ii „USAID i Polskie Dziesięciolecie”. Str. 101- 175

iii Adam Minkiewicz, 1996. Zagrożenia Społeczne w „Społeczeństwo polskie w latach 1989-1994 : zagadnienia polityki społecznej / Zbiór oprac. pod red. Antoniego Rajkiewicza. Warszawa : Friedrich-Ebert-Stiftung, Str. 167 – 189.

iv Tamże.

v Tamże.

vi „Budowa Społeczeństwa Obywatelskiego- rola organizacji pozarządowych w Polsce”, Kancelaria Senatu RP, Warszawa, 12 czerwca 1995. Dział Opracowań Tematycznych. Seria: Stenogramy. Str. 1-2

vii „USAID i Polskie Dziesięciolecie” str. 59

viii „Polskie organizacje pozarządowe 2012”. Badania aktywności obywatelskiej stowarzyszenie Klon / Jawor. Str. 2

ix Jan Sowa, 2015. „Inna Rzeczpospolita jest możliwa! Widma przeszłości, wizje przyszłości”. W.A.B. Str. 240

x „Polskie organizacje pozarządowe 2012”. Badania aktywności obywatelskiej stowarzyszenie Klon / Jawor. Str. 6

xiii http://polska.newsweek.pl/emigracja-z-polski-bliska-rekordu-liczba-emigrantow-newsweek-pl,artykuly,348282,1.html

xiv „20 Years of USAID Economic Growth Assistance in Europe and Eurasia”. 2013. Str. 2

xv Tamże.

Osoby ubogie, biedne, mające problemy finansowe i nie odczuwające stabilności finansowej wydają na leki przeciwbólowe do 20% więcej niż osoby w dobrej sytuacji finansowej.

Do takiego wniosku doszli naukowcy z uniwersytetów w Virginii i Columbia. Przeprowadzili oni badanie na ponad trzydziestu tysiącach osób w 2008 r. Okazało się, że gospodarstwa domowe, gdzie obie osoby są bezrobotne, wydają znacznie więcej pieniędzy na środku uśmierzające ból.

Jednocześnie przeprowadzono inne badanie, w których podzielono studentów na dwie grupy. Jedną z nich poproszono o rozważenie scenariuszy ich wejścia na rynek pracy. Grupa ta cechowała się niższą wytrzymałością na ból niż ci, których o to nie proszono.

Naukowcy uznają, że przyczyna tej sytuacji leży w stresie, zmęczeniu i lękach, które wywołują podobne reakcje co dolegliwości fizyczne. W znacznie większym stopniu dotyczą one osób ubogich, biednych, niezamożnych i pozostających w niestabilnej sytuacji finansowej.

Dodał: Łukasz Markuszewski

Jak donosi ośrodek badawczy Pew Resarch Center, po raz pierwszy od czterdziestu lat klasa średnia przestała stanowić połowę amerykańskiego społeczeństwa. W 2015 r. do klasy średniej należało 49,9% obywateli USA. Dla porównania w 1971 r. do klasy średniej zaliczało się ponad 60%.

Wraz z chudnięciem klasy średniej wzrósł procent przedstawicieli klasy niższej (z 16 do 20%) oraz wyższej (z 4 do 9%). Bez zmian pozostał procent aspirujących do klasy średniej (9%) i do klasy wyższej (12% od 1981 r., dekadę wcześniej 10%).

Wzrost nierówności w USA spędza sen z powiek amerykańskim wyborcom, którzy oczekują od polityków zdecydowanych kroków, które doprowadzą do zahamowania i cofnięcia tego procesu. W grupie poszukujących ratunku od pogarszających się warunków życiowych są zwłaszcza młodzi ludzie, obciążeni kredytami studenckimi lub pracujący na bardzo niskich pensjach w niepewnych warunkach zatrudnienia. Według ośrodka Pew Resarch Center, tylko emeryci nie zwiększyli swojego przedstawicielstwa w grupie klasy niższej, w przeciwieństwie do młodych poniżej 30 roku życia, którzy najmocniej stracili na przemianach ekonomicznych ostatnich czterech dekad.

Dodał: Łukasz Markuszewski

Utrzymujące się globalne przepaści między dochodami, bogactwem i standardem życia ludzi od dawna postrzegane są jako porażka ludzkiej woli i pomysłowości. Jednak w ostatnich latach uświadomiliśmy sobie również to, jaką zarazą są nierówności ekonomiczne wewnątrz krajów. Dotyczy to też Wielkiej Brytanii, gdzie problem narasta przez ostatnie 30 lat.

Zważywszy na ludzką skłonność do skupiania uwagi jedynie na tych problemach, które są najbliżej, może ta nowa świadomość – nawet pośród prezydentów i szefów Międzynarodowego Funduszu Walutowego – stwarza nam szansę, by stanowczo zmierzyć się z problemem nierówności zarówno na poziomie krajowym, jak i międzynarodowym.

Zasięg i trwałość nierówności ekonomicznych świadczy o głęboko zakorzenionych ułomnościach systemu. W Fundacji Nowej Ekonomii (NEF) zajmujemy się m.in. Poszukiwaniem rozwiązań, które Wielka Brytania może i powinna wprowadzić, aby zmierzyć się z tą kwestią. Chodzi o mieszankę rozwiązań, a nie pojedynczy „złoty środek”, gdyż źródła nierówności są różnorodne, uporczywe i wzajemnie powiązane.

Biorąc na warsztat przypadek Wielkiej Brytanii, Fundacja Nowej Ekonomii zbudowała model, pomagający powiązać ze sobą różne czynniki, które wpływają na ludzi w różnych momentach życia. Składa się on z pięciu części:

1. Warunki początkowe – położenie ekonomiczne rodziny, w której dana osoba się urodziła
2. Wpływy we wczesnych momentach życia – wczesne lata życia i formalna edukacja
3. Ramy ekonomiczne, które określają dystrybucję przychodów i bogactwa w danym kraju – szanse na rynku pracy, poziom wynagrodzeń i dostęp do dóbr materialnych
4. Ustrój polityczny i redystrybucja – zaangażowanie danej osoby w ustrój polityczny i jego wpływ na jej dochody poprzez podatki i pomoc społeczną
5. Warunki zewnętrzne – szersze czynniki wpływające na ramy krajowej gospodarki, takie jak globalizacja czy technologia

Nasza propozycja, opracowana z udziałem ekspertów z całej Europy, ma służyć wykreowaniu pozytywnego sprzężenia zwrotnego między różnymi rozwiązaniami i działaniami politycznymi, tak aby skutecznie zmierzyć się z czynnikami generującymi nierówności w wymienionych punktach. Najważniejsze działania, jakie proponujemy, to:

  • Cel nr 1: Opieka nad dziećmi – wysokiej jakości, tania i dostępna dla wszystkich
  • Priorytet polityczny: zobowiązanie do publicznego finansowania podaży wysokiej jakości opieki nad dziećmi, tak aby wydatki rodziny na opiekę nad dziećmi nie przekraczały 15% jej przychodów.

  • Cel nr 2: Stworzenie dobrych (nie tylko jakichkolwiek) miejsc pracy dla wszystkich
  • Priorytet polityczny: gwarancja pełnego zatrudnienia. Pomóc w tym może: (1) publiczne finansowanie tworzenia społecznie produktywnych miejsc pracy (inspiracją może tu być Nowy Ład prezydenta Roosevelta); oraz (2) państwowy bank inwestycyjny z oddziałami regionalnymi, mający za zadanie wspierać tworzenie dobrych miejsc pracy oraz przekształcanie miejsc pracy niskiej jakości na dobre.

  • Cel nr 3: Przyzwoite płace dla wszystkich zatrudnionych i mniejsze rozpiętości w zarobkach
  • Priorytet polityczny: ustawowe gwarancje prawa do zbiorowego wyrażania opinii przez pracowników we wszystkich sektorach i na wszystkich stanowiskach. Zwiększona przejrzystość i współudział w procesie decyzyjnym mogą odegrać decydującą rolę w poprawie zarządzani firmami, tak aby pomóc im w podnoszeniu płac pracownikom o niższych dochodach i utrzymywać pensje szefów na rozsądnym poziomie.

  • Cel nr 4: Ścieżki rozwoju kariery, tak aby zarówno wykształcenie zawodowe, jak i studia tworzyły drogę do rozwoju umiejętności zawodowych i awansu
  • Priorytet polityczny: wspieranie dla sektorowych i branżowych inwestycji w planowanie zatrudnienia, szkolenia oparte na ścieżce kariery, wysokiej jakości zarządzanie i dostępność staży. Firmy miałyby możliwość utworzenia ram jakości i dzielenia się między sobą dobrymi praktykami. Wspólne ustalenia mogłyby także zmniejszyć ryzyko inwestowania firm w pracowników tylko po to, aby stracić ich dla konkurencji, zanim inwestycja się zwróci.

  • Cel nr 5: Sprawiedliwe i skuteczne opodatkowanie dochodów i majątku
  • Priorytet polityczny: zmiany w podatkach pośrednich i bezpośrednich w celu osiągnięcia bardziej progresywnego systemu. W pierwszej kolejności konieczne jest: (1) zwiększenie liczby progów i stawek podatku dochodowego, poczynając od natychmiastowego podniesienia stawki płaconej przez najbogatszych do 50% od przychodów powyżej 50.000 funtów; oraz (2) reforma opodatkowania pośredniego, tak aby zmniejszyć nadmierne obciążenie mniej zamożnych gospodarstw domowych.

    Ta lista celów i priorytetów politycznych nie jest wyczerpująca, ale naszym zdaniem stanowi solidne podstawy skoordynowanego działania na rzecz sprostania nierównościom ekonomicznym u ich źródła w Wielkiej Brytanii. I że może znaleźć zastosowanie także w innych krajach.

    Artykuł How to take down economic inequality ukazał się na stronie New Economics Foundation (Fundacji Nowej Ekonomii). Przeł. Tomasz Szustek.

    Tak mocno przywykliśmy do kojarzenia klasy średniej z ideą „sukcesu”, że trudno nam przyjąć do wiadomości fakt, że sytuacja się zmienia. Już nie tylko biedni borykają się z trudnościami, także klasy średnie przestają wygrywać. (więcej…)

    27 lutego luksemburscy Zieloni (Déi Gréng) zagłosowali przeciwko paktowi fiskalnemu i zaapelowali do premiera Jean-Claude’a Junckera o niewprowadzanie go w życie. Zdaniem Zielonych poważnie zagroziłoby to programom ożywienia gospodarczego, potrzebnym, aby Unia Europejska wydobyła się z kryzysu. Pakt fiskalny pogłębia ponadto nierówności społeczne, nie przyczyniając się w żaden sposób do autentycznego pogłębienia europejskiej integracji.

    1. Pakt fiskalny narzuca pogłębianie nierówności społecznych

    Najbardziej problematycznym elementem paktu są wpisane weń „hamulce fiskalne” (debt brake). „Sześciopak” [pakiet zawierający pięć fiskalnych regulacji i jedną dyrektywę – przyp. tłum.] wprowadził wszystkie inne składniki już dwa lata temu, zaś późniejszy „dwupak” [kolejne dwie regulacje w tym obszarze – przyp. tłum.] uzupełni proces tworzenia tak potrzebnej skoordynowanej polityki fiskalnej UE. Jednakże pakt fiskalny nie uwzględnia w ogóle strony przychodowej budżetów państwowych. Nie pogłębia harmonizacji podatków, nawet od przedsiębiorstw. Jedynym sposobem na osiągnięcie zbilansowanego budżetu mają być więc cięcia w wydatkach publicznych. W przypadku niektórych krajów jest to uzasadnione, ale to dalece za mało, jeśli weźmiemy pod uwagę wysokie ryzyko gospodarczego spowolnienia w całej Unii.

    Jeśli nie ograniczymy stanowczo dumpingu podatkowego, hamulce fiskalne wymuszą na rządach w całej Europie likwidację programów zabezpieczenia społecznego, które są konieczne do zniwelowania społecznych skutków kryzysu. Rzesza bezrobotnych, którą musimy wziąć pod uwagę, nie zrozumie tego, nawet tu – w Luksemburgu (gdzie wydatki publiczne na programy pomocowe dla bezrobotnych prawie się podwoiły od roku 2008). I słusznie.

    A więc wprowadzanie hamulców fiskalnych bez zwiększenia przychodów z podatków – co zakłada pakt fiskalny – jest ze społecznej perspektywy bardzo nieodpowiedzialne.

    2. Pakt fiskalny jest gospodarczo nieefektywny

    To dość wymowne, że cztery lata cięć w krajach dotkniętych kryzysem nie doprowadziły do znaczącej poprawy sytuacji gospodarczej. Co więcej, nie przyniosły nawet redukcji zadłużenia. Nic dziwnego! Hamowanie zadłużenia i połączona z tym ostra polityka cięć doprowadziły do kurczenia się gospodarek, co zmniejszyło zdolność spłacania długu, a efekty są zatrważające tak ze społecznego, jak i biznesowego punktu widzenia. Pakt fiskalny, który narzuca takie podejście, wyklucza wszelkie alternatywy i czyni z polityki zaciskania pasa zasadę rangi konstytucyjnej. Takie dławienie gospodarki nie doprowadzi do oczekiwanego rezultatu, zwłaszcza jeśli chodzi o czysto fiskalny wymiar stosunku długu do PKB.

    Potrzebujemy zamiast tego silnego bodźca wprowadzającego Zielony Nowy Ład: inwestycji w zieloną infrastrukturę i przejścia na przemysł przyjazny środowisku – opartych na wydajności, wystarczalności, zasobach odnawialnych, przyzwoicie opłacanej pracy, społecznej inkluzji oraz innowacji, jak również na szkoleniu i edukacji.

    Nie trzeba nawet mówić o bardziej technicznych problemach związanych z paktem fiskalnym: jak wprowadzić hamulce fiskalne, skoro nie ma zgody co do tego, co tworzy „deficyt strukturalny”? Martwi również wizja Europejskiego Trybunału Sprawiedliwości, jako instytucji kreującej politykę na drodze regulacji prawnych, a nie decyzji podjętych przez parlamenty na poziomie państw. Nie przysporzy ona zwolenników idei lepszej koordynacji podatków i polityki społecznej na szczeblu europejskim.

    Hamulce fiskalne są po prostu gospodarczo nieefektywne.

    3. Pakt fiskalny osłabia demokratyczną konstrukcję Europy

    Ostatecznie Parlament Europejski wraz z Komisją i Radą udowodniły, że nie ma potrzeby niedemokratycznego paktu fiskalnego. Wszystkie te gremia zgodziły się na „sześciopak” już pod koniec 2011 r. i wzmocniły go kilka tygodni temu „dwupakiem”. Oznacza to, że skoordynowana polityka fiskalna jest możliwa bez porzucania przyjętych metod uzgadniania decyzji na szczeblu europejskim.

    Prawdziwie europejskie podejście powinno po pierwsze zakładać minimalną stawkę podatkową – by powstrzymać konkurencję podatkową pomiędzy państwami członkowskimi – zwłaszcza dla państw, które nie przestrzegają Paktu Stabilności. Po drugie należy wprowadzić euroobligacje, by zredukować zadłużenie publiczne poprzez zmniejszenie spekulacji.

    I jedno, i drugie jest w procesie tworzenia. Komisja formalnie zaangażowała się w powołanie grupy ekspertów, którzy mają wypracować lepszą harmonizację podatkową w Europie oraz pomysł wspólnego funduszu spłaty długów, wyjścia awaryjnego dla nadmiernie zadłużonych krajów.

    Dylematy Zielonych

    Luksemburska partia Zielonych jest świadoma tego, że w niektórych krajach, np. w Niemczech, Zieloni głosowali za paktem fiskalnym. Czy oznacza to, że tak bardzo różnimy się w poglądach? Niekoniecznie.

    Gdy Bundestag decydował o pakcie fiskalnym, Angela Merkel była na tyle sprytna, by połączyć to z głosowaniem nad Europejskim Mechanizmem Stabilizacyjnym, który popierali Zieloni i którego wprowadzenie było pilne ze względu na konieczność dofinansowania Grecji. Jednocześnie kanclerz Merkel musiała zaakceptować, mimo silnej opozycji ze strony jej partnerów koalicyjnych, liberałów, poparcie Niemiec dla wprowadzenia podatku od transakcji finansowych na poziomie europejskim. To było poważne zwycięstwo Zielonych. Ponadto hamulce fiskalne i tak są wpisane w niemieckie prawo. Stanowisko niemieckich i luksemburskich Zielonych nie jest więc ostatecznie aż tak różne. Nie widzimy tutaj żadnego istotnego konfliktu.

    W Luksemburgu Zieloni są jedyną większą partią, która odmówiła poparcia paktu fiskalnego. Wskazywaliśmy na społeczne i gospodarcze skutki paktu i naświetlaliśmy dość dwuznaczne stanowisko socjaldemokratów, którzy są mniejszym partnerem koalicyjnym. Mimo to, ze względu na fakt, że budżet Luksemburga od r. 2008 jest deficytowy i jako partia kilkakrotnie apelowaliśmy o prowadzenia rozsądniejszej i bardziej zrównoważonej polityki fiskalnej, byliśmy świadomi, że grozi nam utrata wizerunku zwolenników odpowiedzialnego zarządzania budżetem.

    Należy stawić czoła takiemu ryzyku, obstając przy poparciu dla bardziej demokratycznej europejskiej polityki fiskalnej, wprowadzanej w sposób, który podkreśla solidarność europejską między państwami członkowskimi, zamiast je skłócać. Takie stanowisko jest wspólnym obowiązkiem Europejskiego Ruchu Zielonych, którego jesteśmy częścią i który naszym zdaniem podąża we właściwym kierunku.

    Artykuł „Fiscal Compact undermines good solutions to the crisis” ukazał się na stronie „Green European Journal”. Przeł. Katarzyna Sosnowska.

    Nierówność była jednym z czynników, które wprawiły w ruch prowadzącą w dół spiralę, zakończoną globalnym kryzysem finansowym. Obecnie została ostatecznie uznana za kluczowy problem. Skuteczne działanie w celu jej zmniejszenia może nam pomóc nie tylko w poradzeniu sobie z kryzysem, lecz również w przejściu do bardziej zrównoważonego społeczeństwa. (więcej…)

    O jedzeniu mówi się dużo. W mediach przewijają się tematy dotyczące prostego, szybkiego i zdrowego żywienia. Zamożniejsi rozmawiają o tym, gdzie dobrze zjeść. Od czasu do czasu pojawi się kolejna kampania społeczna, która ma skłonić do wsparcia finansowego biednych dzieci. Akcje te docierają jednak do stosunkowo wąskiej grupy odbiorców. Panuje pogląd, że problem niedożywienia dotyka tylko dzieci z biednych rodzin.

    Warto więc zastanowić się, kogo nazywamy „biednymi dziećmi”. Są one często postrzegane dosyć stereotypowo. Biedne dziecko to takie, które ma niedoprany dres, a jego lub jej rodzice są alkoholikami. Wydaje mi się, że wiele osób uważa za oczywiste, iż każdy (poza bezdomnymi, którzy jakoby „sami są sobie winni”, oraz rodzinami patologicznymi) ma co jeść. Może nie wszystkich stać na żywienie się na mieście, ale z pewnością każdy je codziennie ciepły posiłek. Przecież żyjemy w rozwiniętym, zmodernizowanym kraju. Tym trudniej dopuścić myśl o tym, że w Warszawie (i jej okolicach) mogą żyć pracujący, „normalni” ludzie, którym nie wystarcza na jedzenie. A tak się właśnie dzieje. Co więcej, są tu także głodne dzieci.

    Chcę zwrócić uwagę na to, jak duże problemy mogą wiązać się z jedzeniem (a raczej jego brakiem) dla dzieci w wieku (przed)szkolnym. Jedzenie jest jednym z podstawowych warunków biologicznego przetrwania. Dla dzieci jest to również czynnik niezbędny do prawidłowego rozwoju i skupienia się na nauce. Brak odpowiedniego pożywienia niesie ze sobą liczne konsekwencje, nie tylko związane z potrzebami fizjologicznymi. To, czy dziecko je obiad w zerówce czy nie, albo czy przynosi ze sobą dodatkowe jedzenie, ma również duże znaczenie społeczne. Wykupienie obiadu albo posiadanie dodatkowego jedzenia łączy się z nierównościami społecznymi. Na pozycję dzieci wpływa to czy i jakie przynoszą ze sobą jedzenie. Natomiast niezaspokojenie podstawowej potrzeby, to znaczy niezjedzenie obiadu, stygmatyzuje.

    Prowadzone przeze mnie badanie (obserwacja nierówności między dziećmi w zerówce przy zespole szkół w podwarszawskiej miejscowości) wskazuje, że dzieci przynoszące słodycze do szkoły zyskują uznanie w grupie. Posiadanie ciastek zwiększa szanse na to, by stać się liderem. Natomiast ich brak obniża pozycję dziecka oraz znacząco utrudnia stanie się gwiazdą w grupie. Gdy przedszkolak posiada smakołyki, zainteresowanie jego osobą bardzo szybko rośnie. Może również dobierać sobie dzieci, z którymi ma ochotę się bawić. Można zatem sformułować jedną z zasad życia społecznego przedszkolaków: „Masz cenne jedzenie, masz władzę”. Rozmowy dzieci potwierdzają, że to silnie ugruntowana zasada:

    D: Nie dam Ci [ciastek]!
    N: Bo Ty zawsze przynosisz coś do jedzenia! Jesteś słaby!
    D: A ja Ci i tak nic nie dam!
    N: To ja się nie będę z Tobą bawił!
    D: To nie! Nie jesteś mi potrzebny!

    Bycie „niepotrzebnym” z pewnością zostaje przez dziecko zapamiętane. Pytanie, czy jedzenie posiłków może jeszcze bardziej utrudnić życie przedszkolakowi? Odpowiedź jest prosta: może. Jak już wspomniałam, z żywieniem zerówkowiczów łączy się bardziej podstawowa kwestia, jaką jest spożywanie głównego posiłku. Spędzając w zerówce pory obiadowe zauważyłam, że dzieci siadają przy różnych stolikach. Osoby, które mają wykupiony obiad siedzą wspólnie, a dwójka dzieci bez obiadów wybiera osobny stolik. Ten podział nie jest inicjowany przez nauczycielkę, stanowi coś oczywistego. Pokuszę się zatem o stworzenie drugiej zasady: „Nie jesz, to nie powinieneś (nie powinnaś) siedzieć z nami”.

    I tak się właśnie dzieje. W czasie obiadu dziewczynka bez wykupionego posiłku je kanapki, natomiast drugie dziecko krząta się między przedszkolanką (która zajada się własną porcją) a stolikiem i mówi, że jest głodne. A na to wszystko spogląda znad swoich talerzy reszta dzieci.

    W pierwszym miesiącu mojej obecności w zerówce dzieci jadły posiłki w szkolnej stołówce. Jednak w trakcie trwania roku szkolnego rozpoczął się remont kuchni, a na ten okres obiady zaczęła dostarczać firma cateringowa. Głęboko zmieniło to stosunki między dziećmi. Na stołówce szkolnej każde dziecko dostaje pierwsze danie (niezależnie od tego, czy rodzice opłacają obiady). Siedząc przy jednym, długim stole i wspólnie jedząc, dzieci bardziej się integrują. Natomiast porcje przywiezione przez zewnętrznego dostawcę są ściśle wydzielone. Są rozdawane po kolei dzieciom, które wykupiły posiłki (przedszkolaki siedzą przy swoich stolikach w sali, w której przez cały dzień mają zajęcia). To prowadzi do sytuacji, w której dzieci niejedzące obiadów są wyraźnie wykluczone z grupy.

    Osoby sprzeciwiające się prywatyzacji szkolnych stołówek podnoszą najczęściej takie argumenty jak tańsze obiady, lepszej jakości jedzenie czy pozostawienie miejsc pracy dla kucharek. W placówce, w której prowadziłam badania, jedzenie cateringowe faktycznie było o kilka złotych droższe od posiłków przygotowywanych w kuchni w szkole. Ta suma w skali miesiąca staje się dla niektórych rodziców znacząca. Jednak argumenty ekonomiczne nie są jedynymi. Oprócz kosztów ważny jest też sposób organizowania posiłków. Obiady przygotowywane w szkolnych kuchniach pozwalają skupić się bardziej na wspólnym przebywaniu, a w mniejszym stopniu na samym posiłku. Stołówki szkolne bardziej sprzyjają tworzeniu egalitarnej społeczności. Gdy więc mówimy o organizacji żywienia w placówkach edukacyjnych, powinniśmy pamiętać o tym, jakich ludzi chcemy wychować.