Ponad 100 polskich naukowców apeluje do polityków, przedsiębiorców i wszystkich obywateli: „POSŁUCHAJCIE NAS I DZIAŁAJMY RAZEM DLA KLIMATU. Nie wolno dłużej zwlekać. Wszyscy mamy wkład w zmianę klimatu, więc wszyscy podejmijmy wysiłek, by ją spowolnić. Nie mamy drugiej planety – musimy uratować tę jedną”. Apel podpisało już ponad 10 tys. osób. Zbiórka podpisów trwa dalej.
„Zmiana klimatu jest największym wyzwaniem, z którym musimy się zmierzyć. Podjęcie odpowiedzialnych i celowych działań a przy tym zaangażowanie jak największej grupy osób jest jedyną drogą, jeśli chcemy powstrzymać najgorsze scenariusze kryzysu klimatycznego. Nauka zna rozwiązania, wie co musimy zrobić, ale jej głos nadal jest za mało słyszalny. Gubi się w medialnym szumie, wśród wypowiedzi polityków i celebrytów” Prof. dr hab. Szymon Malinowski, Wydział Fizyki, Uniwersytet Warszawski, Nauka o Klimacie.
Sygnatariusze apelują więc:
- do polityków o podjęcie zdecydowanych działań prowadzących do zmniejszenia emisji gazów cieplarnianych, przejścia na czystą energetykę, ochrony klimatu i różnorodności biologicznej;
- do przedsiębiorców o obliczenie swojego śladu węglowego, obniżenia go, a docelowo – neutralności klimatycznej;
- do obywateli o dokonywanie mądrych wyborów zarówno przy sklepowych półkach jak i przy urnach wyborczych.

„Najnowszy raport IPCC potwierdza, że czas, który mamy na działanie dramatycznie się kurczy. Jeśli teraz nie zrobimy wszystkiego by powstrzymać dalsze emisje gazów cieplarnianych, nie uda się ograniczyć wzrostu temperatury globu do 1,5°C. Świat jaki znamy zniknie. Nasze działania są niestety nieadekwatne do zagrożenia. Dość wspomnieć, że w 2021 roku globalne emisje zamiast spadać rosły, a w ostatniej dekadzie zanotowaliśmy największe emisje w historii ludzkości. Działo się to w czasie, gdy byliśmy już pełną wiedzę o zagrożeniu wynikającym ze zmiany klimatu.” Marcin Kowalczyk, Kierownik Zespołu Klimatycznego.
„Przestańmy zaprzeczać nauce – to samobójcza strategia. Nie pozwólmy, by argumenty paranaukowe czy nieaktualna wiedza była stawiana na równi z wynikami wieloletnich badań. Nie możemy dłużej być obojętni wobec napędzania zmiany klimatu i wobec pozornych działań proklimatycznych. Przyszłość ludzkości to za duża sprawa, by poświęcić ją dla krótkowzrocznych doraźnych politycznych czy biznesowych celów” – apelują naukowcy.
Na stornie www.apelklimatyczny.pl można podpisać apel i w ten sposób wesprzeć głos nauki. W piątek 22 kwietnia, w Dzień Ziemi apel pojawi się w wielu ogólnopolski mediach i w serwisach internetowych.
MOTTO:
Nauka to nie są odkrycia ani wielcy, sławni ludzie, lecz bardzo złożony system powiązanych ze sobą elementów i często bardzo skomplikowanych relacji między nimi. Fala zmian i reform nauki, przelewająca się od kilku dziesięcioleci przez świat, jest falą tsunami, rozbijającą struktury właściwe dla instytucji i organizacji nauki, oferującą w zamian co najwyżej zestaw tratw. Podczas gdy publiczność ze zgrozą i niejaką fascynacją obserwuje potworności, jakie mają miejsce na tej Tratwie Meduzy, przyjrzyjmy się szczątkom okrętu.
Pewna wielka uczona zatrudniona na nowoczesnym i doskonałym brytyjskim uniwersytecie zachorowała na nowotwór. W trakcie leczenia przez jakiś czas czuła się nieźle. Potrzebowała i chciała pracować, zwłaszcza ze swoimi doktorantami, którzy jej potrzebowali i bardzo ją kochali. Jednak jej pracodawca pozbawił ją stanowiska i zakazał pracy z doktorantami. Gdy w zreformowanym systemie uczelnia zabiera stanowisko, to tnie wszystko aż do doktoratu. Jedna z najwybitniejszych uczonych, jakie spotkałam w życiu, umarła jako doktor. Pewien brytyjski emerytowany profesor, wybitny uczony światowej sławy, protestował jakiś czas temu głośno przeciwko złemu zarządzaniu na uniwersytecie, gdzie przepracował dużą część swojego życia zawodowego. Ostrzegał przeciwko konsekwencjom takiego zarządzania (jak się teraz okazuje, wszystkie jego ostrzeżenia się sprawdziły, z naddatkiem). Uniwersytet w odpowiedzi pozbawił go honorowego tytułu professor emeritus. Na innym brytyjskim uniwersytecie, jednym z World Top-100, na stanowisko profesora został awansowany ze stanowiska adiunkta (senior lecturer on probation) meteorycznie – w ciągu jednego roku – człowiek bez dorobku naukowego, ale za to ulubieniec nowych władz do specjalnych poruczeń, mobber i łamistrajk. Francuskie uczelnie prywatne zatrudniają na stanowiska profesora faceta lub babkę ładnie wyglądających, fajnych, bo im się podobają. Po kilku latach zwalnia się takiego modela bez powiedzenia „przepraszam”. (Za to unikająca zaorania przez zreformowanie francuska publiczna wyższa edukacja ma wszystkie stopnie i tytuły z całymi instytucjami im przynależnymi, jak w Polsce, i bardzo na serio.)
Doktorat jest w zreformowanym doskonałym systemie akademii ostatnim stopniem należącym do uczonego, wszystko co powyżej – należy do pracodawcy. Taki system teraz marzy się po nocach polskim młodym akademickim wilczkom, domagającym się zniesienia habilitacji. A też i wiele całkiem sensownych osób z polskiego środowiska akademickiego wyraża nadzieję, że imitacja rozwiązań anglosaskich będzie dla nich korzystna jako dla naukowców, bo nie będziemy musieli tyrać u pana feudała, bo w praktyce często przyjęło się, że stopnie i tytuły to nagrody za dobre sprawowanie na dworze (np. taka miła kwestia od nestora polskiej akademii do autorki tych zapisków: „przecież dostałaś te wszystkie stopnie i tytuły, to o co ci jeszcze chodzi? powinnaś być wdzięczna, a nie ciągle zabierać głos”, nie to tamto, że ciężko zapracowałam itd.).
Ale zniesienie habilitacji i profesury tytularnej nie jest dla naukowców korzystne, bo wtedy dopiero uzależnia ich jednostronnie od zarządów (chyba że dla wilczków, bo oni aspirują do czego innego niż rozwój naukowy). Coraz rzadziej w zreformowanych anglosaskich uczelniach te zarządy mają wiedzę o akademii, a jeszcze rzadziej – szacunek dla nauki i naukowców. Ich cele są inne, biznesowe, i żadne struktury i tradycje nie chronią nauki i naukowców przed zasadniczym przesunięciem celów. Co więcej, stanowiska profesorskie są coraz częściej opisywane i definiowane przez zarządy i ich zawartość naukowa jest coraz mniejsza. Brytyjski profesor to obecnie głównie administrator i menedżer. Znam wielu dobrych uczonych, którzy explicite nie chcą zostać profesorami, bo nie mają ochoty utonąć w administracji do cna.
Owszem, za nieprawomyślność na polskiej uczelni można też człowieka zdegradować do kości. Jednak nie można mu odebrać habilitacji i profesury tytularnej. Utrata stanowiska na zreformowanym Zachodzie oznacza utratę prawa do posługiwania się jego nazwą. Pozostaje doktorat. I skarpetki z logo uczelni.
Polityka akademicka powinna polegać na tym, by podpisywać umowy o wzajemnym respektowaniu swoich stopni i tytułów – a nie na lamentowaniu, jacy jesteśmy beznadziejni i jak powinniśmy wszyscy położyć się w kąciku i przykryć starą śmierdzącą derką (albo trzaskać ekspresowo punkciki). Tak jak studenci, nieprawdaż? Fajnie by było, gdyby nasze osiągnięcia powyżej magistra: polski doktorat, polska habilitacja, polski tytuł profesora były uznawane przez Francję, Szwecję, Niemcy, może i Anglosasów… kto wie? Oni czasami cenią skarby, które sami przetracili.
Brońmy stopni i tytułów, póki jeszcze mamy coś więcej na sobie niż eleganckie markowe skarpety, bo te stopnie i tytuły są nasze, nie pracodawcy. A jeśli nam się nie podoba sposób, w jaki są przyznawane, to jest to nasza własna wina i tylko my coś z tym możemy zrobić.
———————-
Monika Kostera jest profesorem tytularnym nauk ekonomicznych i humanistycznych. Pracowała na licznych polskich, brytyjskich i szwedzkich uniwersytetach jako profesor nauk zarządzania. Zajmuje się m.in. badaniami wyobraźni organizacyjnej i organizatorskiej. Wszystkie wygłaszane tu opinie są oparte na jej doświadczeniu i nie reprezentują marki, strategii ani misji żadnej organizacji.
MOTTO:
Nauka to nie są odkrycia ani wielcy, sławni ludzie, lecz bardzo złożony system powiązanych ze sobą elementów i często bardzo skomplikowanych relacji między nimi. Fala zmian i reform nauki przelewająca się od kilku lat przez świat jest falą tsunami, rozbijającą struktury właściwe dla instytucji i organizacji nauki, oferującą w zamian co najwyżej zestaw tratw. Podczas gdy publiczność ze zgrozą i niejaką fascynacją obserwuje potworności, jakie mają miejsce na tej Tratwie Meduzy, przyjrzyjmy się szczątkom okrętu.
Trudno jest nas lubić. My, akademicy, jesteśmy brzydcy, dziaderscy za młodu, nudni, często nie używamy słów, których wypada używać w eleganckim towarzystwie. Nie umiemy się zjednoczyć i z rzadka demonstrujemy jakąkolwiek solidarność. Jesteśmy bandą besserwisserów i kopiemy pod sobą wzajemnie dołki. Czasem wbijamy sobie wzajemnie noże w plecy. Takiej jadowitej mikropolityki, jaka jest w akademii, nie ma w korporacjach.
To prawda, ale prawda kwalifikowana. Tak zachowujemy się na tratwie na morzu demontujących nasze warunki pracy reform i permanentnej deprywacji. Misie polarne w klatce, karmione starym chlebem, też nie są piękne ani miłe. Żadne żywe stworzenie poza swoim właściwym ekosystemem nie jest na ogół szczęśliwe ani urodziwe. A my jesteśmy specyficznym gatunkiem i wymagamy specyficznych warunków. W dobrych warunkach jesteśmy dziwni, ale intrygujący, niemodni, ale proroczy, antagonistyczni, bo nasza praca polega na niezgadzaniu się ze sobą i angażujemy się totalnie w idee, które reprezentujemy – używając do tego naukowej argumentacji i właściwych środków wyrazu.
W kultowej książce Johna Williamsa pt. Stoner w trakcie rozmowy przyjaciół-akademików pada kwestia:
„To dla nas istnieje Uniwersytet, dla wywłaszczonych ze świata; nie dla studentów, nie dla bezinteresownego dążenia do wiedzy, nie z żadnego z powodów, które się słyszy. Podajemy różne powody i wpuszczamy trochę zwyczajnych osób, takich, które poradziłyby sobie w świecie; ale to tylko barwy ochronne. Podobnie jak Kościół w średniowieczu, który nie dbał o świeckich ani nawet o Boga, mamy swoje pozory, aby przetrwać. I przetrwamy – bo musimy.”
Musimy, wyjaśnia bohater, bo uniwersytet jest naszym schronieniem, nas, niedostosowanych, marzycieli, szaleńców w szalonym świecie. By przetrwać, nie możemy wpuszczać zewnętrza do środka. Nie chodzi o osoby z zewnątrz – przeciwnie, wiele najlepszych i najbardziej oddanych akademików, jakich znam, to praktycy, którzy w pewnym momencie poczuli powołanie do akademii. Ba, sama jestem z zewnątrz, w tym sensie, że jestem akademiczką w pierwszym pokoleniu i nikt inny w mojej rodzinie pochodzenia nie był ani nie jest akademikiem. Akademia potrzebuje świeżej krwi, bez tego staje się nieznośna i klaustrofobiczna. Zewnętrze, którego nie należy wpuszczać – to zewnętrzne reguły gry, standardy, systemy wartości. I właśnie to się teraz stało na skalę powszechną i światową. Zewnętrzne wtargnęło do środka i przejęło nad nami kontrolę.
Ci, którzy dręczyli nas w szkole, podstawiali nam nogi, znęcali się psychicznie, wyśmiewali się z nas, ściągali od nas i skarżyli na nas do pani, te męczydusze i zawistnicy, przejęli stery na tratwie. Z jednej strony – biznes, który nami pogardza, z drugiej – urzędy, które nam nie wierzą, od kilku dziesięcioleci ustalają, co mamy robić i w jaki sposób. Coraz mniej marchewek, coraz bardziej spleśniałych i śmierdzących, coraz bardziej technologicznie zaawansowane kijki. Wymyślają wciąż to nowe konkurencje, co by tu jeszcze, co jeszcze zrobią te znienawidzone pięknoduchy za śmieszny grosz (samym sobie płacąc lepiej niż w korpo za niewymagającą pracę), za namiastkę sławy, za wolny czas – wolny, więc możemy go wykorzystać na naukę. Tak pokazują badania. Gdy mamy wolny czas, przeznaczamy go na badania. Więc ONI wbijają jeszcze jedną szpilę, tłumacząc nam, jak bardzo jesteśmy żenujący, że nawet nie umiemy utrzymać work-life balance. Znam anglosaskich akademików, który dosłownie zapracowali się na śmierć, robiąc rzeczy, które nam ONI każą robić (wypełnianie nienawistnych tabelek, mikroadministrowanie, obsługa klienta, przepraszam, studenta w sensie bycia przewodnikiem na wycieczce, jaką są studia w krajach anglosaskich), ale nie rezygnując z nauki. Znałam też takich, którzy odeszli z akademii, by zajmować się nauką – ale to na ogół nie wychodzi, bo poza za akademią nie ma takich bibliotek, struktur, konferencji – jest wielkie przepastne zewnętrze. Czasami lepsze, ale niemożliwe jako ekosystem do nauki.
Jesteśmy godni pożałowania? Nie, to cud, że w tych warunkach w ogóle funkcjonujemy. Kujonki-herosi, dziwaczki-siłaczki, bo mimo wszystko nadal, w znaczącej i zatrważającej masie, wykonujemy swoją pracę. Przepuszczamy przez siebie wielkie energie, myślimy tak jak nikt inny nie myśli – za cenę przyjaźni i miłych sojuszy, używamy słów, których się nie używa, nie przyjmujemy prostych spraw za oczywiste, dzielimy włos na czworo, na imprezach rozmawiamy o „pracy” (tak myślą inni, spoza akademii, my rozmawiamy o tym, co naprawdę dla nas ważne), zbyt często mówimy „tak, ale” (kto to zniesie), nie zgodzimy się dla świętego spokoju z laikiem, który poucza nas o tym, czym się właśnie naukowo zajmujemy. Nawet w najlepszych czasach – choć ciekawi i chwilami atrakcyjni, nadal jesteśmy niemili i nienormalni.
Mój przyjaciel – benedyktyński mnich powiedział kiedyś, że akademicy to naturalna wspólnota, podobnie jak mnisi i hippisi. Gdy mamy własny ekosystem, jesteśmy nie tylko u siebie, chronieni przed nieprzyjaznym zewnętrzem, ale możemy być bardzo pożyteczni, dla wspólnego dobra. Nawet jeśli zewnętrze nie wie o tym, bez nas się nie obejdzie na dłuższą metę. Jak powiada cytowany już protagonista powieści Stoner:
„Nie robimy krzywdy, mówimy to, co chcemy i dostajemy za to pensję; i to jest triumf naturalnej cnoty, albo coś całkiem bliskie temu.”
———————-
Monika Kostera jest profesorem tytularnym nauk ekonomicznych i humanistycznych. Pracowała na licznych polskich, brytyjskich i szwedzkich uniwersytetach jako profesor nauk zarządzania. Zajmuje się m.in. badaniami wyobraźni organizacyjnej i organizatorskiej. Wszystkie wygłaszane tu opinie są oparte na jej doświadczeniu i nie reprezentują marki, strategii ani misji żadnej organizacji.
prof MOTTO:
Nauka to nie są odkrycia ani wielcy, sławni ludzie, lecz bardzo złożony system powiązanych ze sobą elementów i często bardzo skomplikowanych relacji między nimi. Fala zmian i reform nauki przelewająca się od kilku leci przez świat jest falą tsunami, rozbijającą struktury właściwe dla instytucji i organizacji nauki, oferującą w zamian co najwyżej zestaw tratw. Podczas, gdy publiczność ze zgrozą i niejaką fascynacją obserwuje potworności jakie mają miejsce na tej Tratwie Meduzy, przyjrzyjmy się szczątkom okrętu.
Doskonała uczelnia, Polska 2021. Ze specjalnych funduszy odpalane są inicjatywy badawcze w ramach których pracownicy występują o finansowanie nowych projektów. Powszechnie celebrowana idea głosi, że trzeba koniecznie zmobilizować młodych żeby publikowali za punkty. Niektóre projekty wyglądają nawet ciekawie. Ale trzeba je zrealizować, trzeba wiedzieć jak. Trzeba wiedzieć po co, jaki jest wkład w naukę. Trzeba czytać i wiedzieć, co i gdzie już zostało powiedziane – a co jeszcze nie. Trzeba też umieć opublikować to wszystko co się obiecało, „w prestiżowych międzynarodowych pismach”. Trzeba wiedzieć jakie to pisma. W jaki sposób publikować. Jednakowoż formują się grupki badaczy. Często rzeczywiście składające się młodych – sukces. Zdobywają fundusze, wszyscy im gratulują. Ale co dalej, co dalej??? Etatowi badacze wynajmują na czas projektu studentów i ex-studentów, czasami na zlecenie, ale bywa że za darmo, „dla prestiżu”, takich, którzy wiedzą jak robić badania i którzy chyba coś napiszą. Ale tych ludzi się nie zatrudnia. Nie ma dla nich etatów. Dla etatowych są gratulacje, są sukcesy, są „pieniążki”, może będą „punkciki”. I o to chodzi? Zaraz, zaraz…
Co z wkładem w wiedzę? Nikt o tym nie mówi… teraz trzeba mieć punkty. Na istniejące już projekty i badania nie ma wsparcia ani struktur. Co ludzie w ogóle badają, czy ktoś to wie? Co z tego wynika, czy są jakieś seminaria, dyskusje, wymiany myśli? A co się dzieje, gdy ktoś faktycznie coś opublikuje? Oprócz znanych nam nie od dziś Złotych Neronów, którzy tak jak byli, tak są celebrowani za wszystko. Niektóre wartościowe publikacje w ogóle od razu „idą na przemiał” – są przemieniane w punkty, nie mówi się nic o ich treści. Podsypuje się nimi drzewo z pieniążkami, które idą tam gdzie idą – w górę, do Neronów. System się sam wyżywi, po to żeby gra mogła się toczyć dalej.
A mogłyby być, z tych istniejących badań, o wiele lepsze tematy badawcze, bo faktycznie realizowane, ba całe projekty dla całych zespołów. Ale gra w punkty nie jest grą, na której korzystają badania, badacze czy nauka. Jest to gra, której zasad łatwiej się nauczyć, niż jak robić badania. I którą łatwo jest zarządzać. W taki sposób zarządzać każdy może (jeden lepiej, drugi gorzej). Jak taśma montażowa sprawiała, że produkcja samochodów stała się tańsza i prostsza (i bezgranicznie nudna), tak parametryzacja powoduje, że produkcja czegokolwiek staje się równie prosta jak produkcja gwoździ. I efekt jest taki, że ze wszystkiego wychodzi mądrość jak gwoździe, z nauki też. Jest to część trwającej od wielu dziesięcioleci fali audytyzacji. Badacze na świecie przeprowadzili wiele dobrych badań, pokazujących, w różnych obszarach życia społecznego, również w akademii. Wiemy z nich, że parametryzacja nauki powoduje eksplozję gierek, takich jak kółka wzajemnych cytowań (a ileż dworskiej mikropolityki wokół tych kółek! jakiż potencjał dla mobbingu i kolesiostwa), drastyczne obniżenie jakości badań (bo trzeba szybko „zapunktować”, a potem i tak nikt tego nie czyta, bo to nie jest punktowane i nikt nie ma na to czasu, a nawet jakby miał to większość tych produktów nie nadaje się do czytania). Do tego dochodzą oszustwa i przekręty – wzrost ilości plagiatów i autoplagiatów. W innych krajach bywa to mniej lub bardziej energicznie tępione, ale w Polsce autoplagiatorstwo się już w zasadzie znormalizowało, ludzie bez krygowania walą te same teksty kilka, a nawet kilkanaście razy w różnych pismach, bywa, że nie zmieniają tytułów. Pojawiają się mistrzowie gatunku, tacy, którzy np. publikują ten sam tekst, powołując się w kolejnych wersjach na samego siebie z poprzedniej wersji, która zawiera cytowanie do jeszcze poprzedniej… nie wynaleziono u nas prochu, perpetuum mobile i owszem. Młodzi, „dla których to wszystko jest robione” patrzą, uczą się… i demoralizują. Do tego w dochodzą atrakcje takie, jak podawanie indeksów z… sufiksu (jak nazywa tę część ciała moja koleżanka filolożka klasyczna). Kto może sobie na to pozwolić (ze względów mikropolitycznych), gra w to, w co wygrywa, czyli np. podaje „H-Index” z google scholara lub innych równie poważanych źródeł – to tak jakby mierzyć naukę ilością lajków na fejsie (my tu śmichu chichu, a jak znam życie, to jakiś Neron już to robi).
Wielu młodych polskich uczonych popierało i nadal popiera parametryzację, bo myślą, że wreszcie zostaną docenieni, że teraz będzie twarda obiektywna miara. Dobry zwyczaj w akademii mówi, by nie wierzyć we wszystkie cuda na patyku, tylko najpierw poczytać o badaniach. A badania są.
Niektóre to klasyka. Stare dobre prawo Goodharta z ubiegłego stulecia mówi, że miara, która staje się celem, przestaje być dobrą miarą. Polski uczony Witold Kieżun zademonstrował dodatkowo, że gdy cele jednostek się zautonomizują, to następuje przesunięcie celów – dobro wspólne zostaje zaniedbane, każdy zajmuje się osiąganiem własnych korzyści. Nauka jest dobrem wspólnym. I te stare prawidłowości potwierdzają nowsze badania prowadzone w różnych krajach.
Co więcej, w naszym kraju nawet te osobiste korzyści są wątpliwe dla większości zwykłych akademickich zjadaczy chleba. Podczas gdy w Wielkiej Brytanii badacz zabiera swoje punkty ze sobą, gdy zmienia pracę, to w Polsce pozostają w miejscu zatrudnienia. Uczony może się przenieść w nowe miejsce w skarpetkach, z logiem albo bez loga ex-pracodawcy, jak woli.
To co jest produkowane w ten sposób to nie nauka, ale czysta entropia. Dwóch uczonych, Mats Alvesson i Yiannis Gabriel, pytają – co by się stało, gdyby nagle jakiś kataklizm spowodował, że wykasuje się z wszystkich serwerów 80% losowych publikacji z nauk społecznych z ostatnich 20 lat. Czy świat się zawali? Czy Extinction Rebellion zorganizuje żałobne marsze we wszystkich większych miastach świata?
A Wy, jak sądzicie?
———————-
Monika Kostera jest profesorem tytularnym nauk ekonomicznych i humanistycznych. Pracowała na licznych polskich, brytyjskich i szwedzkich uniwersytetach jako profesor nauk zarządzania. Zajmuje się m.in. badaniami wyobraźni organizacyjnej i organizatorskiej. Wszystkie wygłaszane tu opinie są oparte na jej doświadczeniu i nie reprezentują marki, strategii ani misji żadnej organizacji.
MOTTO
Nauka to nie są odkrycia ani wielcy, sławni ludzie, lecz bardzo złożony system powiązanych ze sobą elementów i często bardzo skomplikowanych relacji między nimi. Fala zmian i reform nauki przelewająca się od kilku leci przez świat jest falą tsunami, rozbijającą struktury właściwe dla instytucji i organizacji nauki, oferującą w zamian co najwyżej zestaw tratw. Podczas, gdy publiczność ze zgrozą i niejaką fascynacją obserwuje potworności jakie mają miejsce na tej Tratwie Meduzy, przyjrzyjmy się szczątkom okrętu.
Staram się nie czytać opinii studenckich przy ocenie zajęć. Zamieszczone w tym trybie, tak pochwały, jak inwektywy, nie są dla nauczyciela akademickiego budujące, rozdymają tylko nasze ego, które w tym fachu dobrze jest ograniczać. Te ankiety to żaden feedback, lecz akademicki booking.com, system który obecnie obowiązuje niemal powszechnie we wszystkim co zyskało w neoliberalizmie status „usług”. Rozdęte ego to efekt tego typu ocen (nie jestem przekonana, że uboczny). Nieczytanie ich to BHP.
Akademicki booking.com nie rozwija. Nie pomaga ulepszyć zajęć. Żeby ulepszyć zajęcia, często staram się sama przeprowadzać ocenę, głównie opisową i dotycząca konkretnych elementów programu. Odkąd mamy ankiety studenckie, bardzo mało kto ma czas i energię, by takie oceny pisać. Dlatego w tym roku (kurs z metodologii) sprytnie zadałam obowiązkową pracę (niestety bez anonimowości, ale i tak przydatną), w postaci krótkiej pracy domowej na temat: „Czy pod wpływem tych zajęć zmieniły się Pani preferencje metodologiczne; jeśli tak – to w jaki sposób i co szczególnie wpłynęło na zmianę?” Dostałam mnóstwo bardzo pożytecznych uwag, komentarzy, spostrzeżeń, nie tylko dotyczących tego, co robiłam na zajęciach, ale co można by zrobić – i jak studenci się uczą.
Co do ankiet, to mam taki anegdotyczny (ale jakiż typowy!) dowód na to, że te oceny nie mają się nijak do procesu uczenia się/ nauczania. Jakiś czas temu prowadziłam dwa kursy. Jeden totalnie położyłam (choć starałam się, by był dobry). Na zaliczeniach okazało się, że studenci z całych zajęć pamiętają wyłącznie filmiki, które im puszczałam. Nic innego – ani jaki temat miały ilustrować, ani co z nich wynika, ani jak się do siebie mają. Pisali w odpowiedziach: Niebo nad Berlinem, Spółdzielnia straszydeł, Kot Filemon. I tyle. Drugi poprowadziłam prosto ku gwiazdom – studenci przygotowali projekty, które pokazały, że nie tylko zrozumieli, ale mieli własne poglądy i umieli je naukowo wyrazić. W ocenie obu kursów studenci byli bardzo sympatyczni i uprzejmi. Z obu miałam takie same wysokie oceny i takież entuzjastyczne komentarze. Tak, kochani, ja też was strasznie lubię! Ale czy do tego potrzebny jest anonimowy system ankiet, demoralizujący obie strony? Czy nie możemy swojej wzajemnej sympatii wyrazić inaczej – dobrym spojrzeniem, uśmiechem, wspólną konsumpcją czekoladek na ostatnich zajęciach?
Natomiast prawdziwa, merytoryczna ocena zajęć jest bardzo potrzebna. Powinna to być taka ocena, która trzyma ego w ryzach, ani go nie pasie, ani katuje (to na jedno wychodzi w dłuższym okresie), ale za to pomaga nam ciągle poprawiać, zmieniać, budować procesy dydaktyczne, pomaga nam uczyć się jak być lepszym nauczycielem.
To co najbardziej przeszkadza w tworzeniu takich systemów ocen, to władza. Władza w ogóle przeszkadza w konstruktywnym ocenianiu. Pamiętam te czasy, gdy to wykładowca miał jednostronną i absolutną władzę. Byłam świadkiem sytuacji, gdy egzaminator głośnawo komentował wygląd egzaminowanej studentki („Ma złą twarz”), gdy profesor wywalał indeksy studentów przez okno (a co!). Poklepywanie studentek po tyłku nie miało zawsze związku, jak to się dzisiaj sądzi, z erotomanią, to była czysta żywa demonstracja władzy. Weź zaliczaj w takich warunkach. To były koszmary tamtych czasów, odrażające zachowania wynikające z pozycji władzy i ugruntowujące tę pozycję.
Teraz koło fortuny się odwróciło i to student ma władzę. W wielu uczelniach od wyników booking.coma zależy przedłużenie pracy nauczyciela, bądź nie przedłużenie. Do tego dochodzą instytucjonalne praktyki dyscyplinujące. Ale to nie dziesiątki zadowolonych z kursu koleżanki osób mają moc sprawczą. Ma ją jeden jedyny student, który skomentował kurs wulgarną uwagą. I dlatego koleżanka dostała reprymendę od władz. A jakże, ona, nie student. Nie miała mocy cała grupa, która cieszyła się z tego, ile nowych rzeczy nauczył ich kolega, ale ten jeden (szkodliwy kretyn), który napisał donos, że kolega powoływał się „zbyt często” na Marksa – i to koledze władzy robiły kłopoty, zamiast odpowiedzieć studentowi, że trzeba się uczyć, a nie pisać donosy.
Koło fortuny z władzą ma tę ciekawą cechę, że jakkolwiek się nie obróci, to produkuje syf i mizerię. Według starej szkoły, wykładowca miał pełnię władzy, bo „wiedział”. Guzik warta taka wiedza, gdy ten co ma ją przekazywać, zachowuje się jak trep. Według nowej szkoły student na zawsze rację, bo student to klient i konsumuje. Jest to równie debilna idea.
Uczenie się z konsumowaniem nie ma nic wspólnego. To proces raczej podobny do operacji na otwartym mózgu. Bywa nieprzyjemny a na pewno jest bardzo, bardzo wrażliwy. Wprowadzanie na salę operacyjną czy to koszar, czy to bazaru, nie jest dobrym pomysłem.
———————-
Monika Kostera jest profesorem tytularnym nauk ekonomicznych i humanistycznych. Pracowała na licznych polskich, brytyjskich i szwedzkich uniwersytetach jako profesor nauk zarządzania. Zajmuje się m.in. badaniami wyobraźni organizacyjnej i organizatorskiej. Wszystkie wygłaszane tu opinie są oparte na jej doświadczeniu i nie reprezentują marki, strategii ani misji żadnej organizacji.
MOTTO:
Nauka to nie są odkrycia ani wielcy, sławni ludzie, lecz bardzo złożony system powiązanych ze sobą elementów i często bardzo skomplikowanych relacji między nimi. Fala zmian i reform nauki przelewająca się od kilku leci przez świat jest falą tsunami, rozbijającą struktury właściwe dla instytucji i organizacji nauki, oferującą w zamian co najwyżej zestaw tratw. Podczas, gdy publiczność ze zgrozą i niejaką fascynacją obserwuje potworności jakie mają miejsce na tej Tratwie Meduzy, przyjrzyjmy się szczątkom okrętu.
Czy istnieje coś bardziej neokolonialnego niż polska akademia samobiczująca się z powodu niskich pozycji naszych uniwersytetów w tzw. rankingach? Jeśli ktoś ma jakieś wątpliwości co do tego, to pomyślmy. Po co? O jakie rankingi tu chodzi i dlaczego zależy nam na tym, by być wysoko w nich uplasowanymi? Według jakich kryteriów są sporządzane? Dlaczego akurat te kryteria są dla nas ważne, a nie jakieś inne? Np. czy nie interesowałyby nas przypadkiem bardziej rankingi według kryterium najlepszego pracodawcy, najstarszego uniwersytetu, uniwersytetu najbardziej oryginalnego? Jeśli nie, to dlaczego? Rankingi jak wiadomo służą temu, by ktoś wygrał i ktoś przegrał. Jeśli się nie rywalizuje o tę samą stawkę, to branie udziału w nich jest – czyż nie? – wejściem do gry po to, by ktoś inny mógł wygrać.
Tak się składa, że obecnie dominujące rankingi uczelni są narzędziem zarządzania marką. Marką zarządza się po to, by najwięcej zarobić na swojej marce w warunkach konkurencyjnego rynku. Marka ma wartość finansową – pozwala na generowanie większych przychodów niż gdyby miał markę mniej znaną. Marka dzisiejszych czasów – sfinasjalizowana – ma niewiele wspólnego z tym, co ludziom kojarzy się na ogół ze słowem „marka”, czyli gwarancja solidności, jakości, przestrzegania procedur. To wszystko cechy marki jako zarządzania strategicznego rodem z ubiegłego stulecia, wraz z półmityczną opowieścią o pracowniku Hondy który poprawiał wycieraczki mijanych po drodze hond, bo nie mógł znieść żadnej niedoskonałości w produkcie, wobec którego czuł oddanie i lojalność. Dzisiaj markowe produkty wytwarza się gdzie indziej niż mieszczą się siedziby firm, nierzadko w sweatshopach, nierzadko produkują je biedacy i dzieci, o których nikt nie dba i którzy nie mają czasu ani warunków na emocjonalne angażowanie się w estetykę wycieraczek. Marki są obecnie bytem samym w sobie, abstrakcyjną wartością finansową. Są ważne dla korporacji dla których osiągnięcie przychodów lub znaczenie wartości finansowej jest istotne.
Anglosaskie uczelnie, które konkurują o środki z czesnego studentów (w zasadniczej mierze azjatyckich), pragną, po pierwsze, wyróżnić się czymś w warunkach totalnego ujednolicenia (dlaczego student z Chin ma zapłacić Uniwersytetowi w Sheffield raczej niż w Manchester?) i mają w tym wyraźny interes (nawet jeśli nie ma on z nauką nic wspólnego). Jaki jest interes polskiej uczelni publicznej? Bo jaki jest interes anglosaskich w tym, by polskie uniwersytety przyłączyły się do konkurencji jest sprawą dość prostą – będzie z kim za darmo wygrywać. Plasowanie się wysoko w rankingach to bardzo drogi program marketingowo-zarządczy i nie stać nas na to. Pochłania gigantyczne koszty i wymaga niezwykle rozwiniętej specjalistycznej administracji (uczelnie brytyjskie zatrudniają na ogół więcej administratorów niż pracowników naukowo-dydaktycznych). To już jest bardziej prawdopodobne, że nasza drużyna piłkarska stanie na podium…. No właśnie.
Nie mówiąc już o tym, że można zadać sobie pytanie, czy w ogóle jest nam to potrzebne. Uczelnie nastawione na strategiczne zarządzanie swoją wartością finansową, czyli przede wszystkim uniwersytety brytyjskie i amerykańskie, są mistrzami w zarządzaniu marką, bo wiąże się to z korzyścią finansową. Dzieje się to kosztem utraty tożsamości i społecznego uprawomocnienia. Jeśli u nas biadoli się coraz częściej, że uniwersytety są zbytkiem i załamuje ręce nad tym, po co w ogóle są uniwersytety i że ludzie nie szanują uczonych, to pamiętajmy, że nadal w rankingach (sic!) zawodów profesor plasuje się w Polsce wysoko. Wyżej, niż biznesmen, którego pragniemy, by uczony naśladował. Może zamiast śnić o dołączeniu do gigantów biznesu edukacji wyższej, sensowniej byłoby zastanowić się nad tym, kim jesteśmy, skąd przybywamy i dokąd zmierzamy. Może wtedy łatwiej byłoby nam uzasadnić po co nam środki publiczne na naukę i edukację wyższą i jak zamierzamy je wydać. Bo troszkę głupio zainwestować mnóstwo publicznych pieniędzy w świetlany cel, jakim jest umożliwienie anglosaskiemu HE-biznesowi (Higher Education business) wygranej w bardziej eleganckim stylu w konkurencji na rynku przezeń stworzonym, zdefiniowanym i zdominowanym.
A więc na pytanie: po co nam rankingi? Mamy stosunkowo jasną odpowiedź – po to, żeby przegrać. Pozostaje pytanie: dlaczego akurat te? Istnieją bowiem różne, choć możemy o tym niewiele wiedzieć (niewiedza nie usprawiedliwia jednak nikogo w branży która, nomen omen, zajmuje się nauką i edukacją). Do niedawna polska akademia była wysoko plasowana w pewnym rankingu. Otóż był to raport, sporządzony w 2016 roku przez Terrence’a Karrana i Lucy Mallinson, dotyczący wolności akademickich według zasad Magna Charta Universitatum z roku 1988 podpisanych w Bolonii przez 80 europejskich uniwersytetów, a zdefiniowanych przez UNESCO w 1997 roku w ramach Rekomendacji w sprawie statusu kadry nauczycielskiej szkolnictwa wyższego. Polska akademia zajmowała wysokie miejsca w rankingach zawartych w tym raporcie, znacznie wyższe, niż uczelnie np. brytyjskie (to było 5 lat temu – już nie kwalifikuje się na takie miejsca).
Co zamienił stryjek tym razem na kijek? W dodatku kijek pocienkowany, który, jak wiadomo, niełatwo jest potem pogrubasić.
——————-
Monika Kostera jest profesorem tytularnym nauk ekonomicznych i humanistycznych. Pracowała na licznych polskich, brytyjskich i szwedzkich uniwersytetach jako profesor nauk zarządzania. Zajmuje się m.in. badaniami wyobraźni organizacyjnej i organizatorskiej. Wszystkie wygłaszane tu opinie są oparte na jej doświadczeniu i nie reprezentują marki, strategii ani misji żadnej organizacji.
MOTTO:
Nauka to nie są odkrycia ani wielcy, sławni ludzie, lecz bardzo złożony system powiązanych ze sobą elementów i często bardzo skomplikowanych relacji między nimi. Fala zmian i reform nauki przelewająca się od kilku leci przez świat jest falą tsunami, rozbijającą struktury właściwe dla instytucji i organizacji nauki, oferującą w zamian co najwyżej zestaw tratw. Podczas, gdy publiczność ze zgrozą i niejaką fascynacją obserwuje potworności jakie mają miejsce na tej Tratwie Meduzy, przyjrzyjmy się szczątkom okrętu.
Jednym z układów w pokerze w polskiej akademii jest ręka znana jako Polak Wielki Zagranicą. Jest to odpowiednik pokera, hasło-klucz do stratosferycznej kariery. Nic dziwnego, że jego tajemnica jest strzeżone z taką zaciekłością. W sumie stosunkowo łatwo jest sprawdzić, co się dzieje – oczywiście, jeśli ktoś wie, czego szukać i gdzie. Ale jeśli wie, to na ogół siedzi cicho i gra w to samo, bo pewnie trzeba być frajerem żeby z tego zrezygnować, albo żeby się narażać zabierając głos? Albo mieć inny system wartości. Wbrew pozorom, sporo polskich uczonych ma inne wartości niż akademiccy pokerzyści i obchodzi ich nauka – nie chcą grać w pokera, w ogóle nie chcą w nic grać, tylko spokojnie pracować. Rozjuszeni pokerzyści przeszkadzają jednak w pracy. Zerknijmy więc na tych graczy. Jak to jest że ci Wielcy Zagranicą tak często są za granicą praktycznie nieznani? Ba, jak to jest, że to co oni opowiadają, że zagranicą się dzieje, często nie ma rąk, ani nóg ani nie trzyma się kupy?
Odpowiedź jest w gruncie rzeczy prosta. Gra w pokera nie bez powodu kojarzy się z blefem. Ci Wielcy często blefują aż dudni, mniej lub bardziej elegancko, naciągają fakty, bezczelnie dopisują sobie afiliacje, ze zbiorowego projektu wyciosują w CV visiting professorshipy, wciskają się na stypendia dla dla młodych pracowników nauki, a potem głoszą, że byli na profesorskim megawypasie, cytują durne strony fejsbukowe, tak jakby naprawdę znali sławne zagraniczne koleżanki i kolegów i jakby sobie przy piwie pogadywali to o „żurnalach”, to o tym, kto z kim śpi. Opowiadają legendy o tym, jak to znana zagraniczna uczelnia prosiła ich, by się na niej zatrudnili, oczywiście na stanowisku profesora (takie rzeczy może się i zdarzały w latach 1980, teraz na każde stanowisko są dziesiątki, a nawet setki kandydatów i polskie podania nie bywają nawet „longlistowane” głównie z powodu braku jakiejkolwiek polityki akademickiej naszego państwa od kilkudziesięciu lat). Bywa, że wchodzą w wielki świat postkolonialnym półgębkiem, publikując z kimś znanym tekst, który potem jest cytowany przez pokolenia doktorantów i wystukują sobie parametry – jednak nie chce im się nauczyć, jak naprawdę pisać i publikować, ani uczestniczyć w życiu środowiska, więc dalej jadą już na wyłącznie gapę. Wyjeżdżają za publiczne pieniądze swoich polskich uczelni na staże i konferencje, plotą trzy po trzy, nikt ich nie słucha, a potem wracają i odpowiadają o swoich niebotycznych sukcesach. Trudno się dziwić. To nadal jest najprostszy przepis na sukces.
Swoich prawdziwie wielkich zagranicą Polacy nie lubią, skazują na naukową banicję – bo Żyd, bo baba, bo o co tu kurka chodzi. Niestety, trzeba czytać, żeby na bieżąco rozumieć „o co cho” w nauce, a komu by się chciało? O ileż łatwiej bez czytania wielbić celebrysorów, co to wypowiadają się w gazetach na każdy możliwy temat. Jesteśmy po prostu narodem prekursorów feniomenu cancel culture. Mistrzowie kancelacji przy rosole. Jeszcze gorzej jest z tymi Polakami, którzy nigdzie nie są szczególnie sławni, ale za to autentycznie uczestniczą w życiu naukowym zagranicą, na zaproszenie i z finansowaniem z zagranicznych instytucji akademii. Elity polskiej akademii wychodzą po prostu z siebie, by ich jakoś uciszyć, unieważnić, „zniknąć”. Nie jest to szczególnie dziwne w kontekście tego co napisałam tu wyżej. Ich głos jest poważnym zagrożeniem dla blefujących graczy. Jeszcze – nie daj Boże! – ktoś usłyszy, posłucha, a potem sam sprawdzi i zobaczy, co naprawdę ściskają w garści ci wszyscy pokerowi Polacy Wielcy Zagranicą.
To nie jest, niestety, tylko parada złotych Neronów, na którą można przymknąć oczy, albo nawet się z niej pośmiać i wrócić do własnej pracy. Przede wszystkim to potwornie demoralizuje. System celebrujący fałsz, zań nagradzający, wysyła mocne i bardzo niewłaściwe sygnały uczestnikom. Co bardziej sprytni szybko się uczą naśladować Neroniczne wzorce – o wiele szybciej niż zajmuje nauka pisania porządnego tekstu. Pozostali mają do wyboru cichą desperację, wieczne rozgoryczenie, albo znalezienie sobie innej pracy. Poza tym ktoś tych Neronów musi dźwigać na swych barkach. Oni sami nie tylko autentycznie nie mają jak się ruszać, ani nie mają w tym kierunku skłonności. Robią to inni, na ogół sprekaryzowani i młodsi uczestnicy systemu. Uczelnia zapisuje się na milion doskonałych programów sukcesu zwieńczonych megapublikacjami w superpismach. Ktoś jednak musi te badania wykonać i te teksty napisać. Z projektowych środków zatrudnia się na groszową umowę zlecenie lub na nędzny czas określony osoby, które wiedzą jak to zrobić i które to zrobią. Zrobią i mogą odejść (wiemy z brzydkiego przysłowia, o kim tak mówiono – to jest ta właśnie rola społeczna). Neronowie zostaną i będą obsypani złotymi nagrodami, honorami, zaszczytami, pieniędzmi – ponownie, bo już gratulowano im gdy dostali te programy i projekty do realizowania. Dostaną pod opiekę kolejne instytucje i struktury, będą uczyć innych jak robić badania, jak pisać teksty, jak publikować. Będą puszyć się i wystawiać pierś do kolejnych nagród. Prekaryjni pracownicy, którzy wykonali całą pracę znikną, pójdą sobie gdzieś, może do korpo, może w niebyt. Może za granicę. I znowu nikt nie powie „sprawdzam”, a zresztą – kto za kilka lat będzie jeszcze wiedział, czym się różni kareta asów od dwóch par. Co jest asem, a co nie definiuje ten, kto został nagrodzony za asy. I tyle.
–––––––––––
Monika Kostera jest profesorem tytularnym nauk ekonomicznych i humanistycznych. Pracowała na licznych polskich, brytyjskich i szwedzkich uniwersytetach jako profesor nauk zarządzania. Zajmuje się m.in. badaniami wyobraźni organizacyjnej i organizatorskiej. Wszystkie wygłaszane tu opinie są oparte na jej doświadczeniu i nie reprezentują marki, strategii ani misji żadnej organizacji.
MOTTO:
Nauka to nie są odkrycia ani wielcy, sławni ludzie, lecz bardzo złożony system powiązanych ze sobą elementów i często bardzo skomplikowanych relacji między nimi. Fala zmian i reform nauki przelewająca się od kilku leci przez świat jest falą tsunami, rozbijającą struktury właściwe dla instytucji i organizacji nauki, oferującą w zamian co najwyżej zestaw tratw. Podczas, gdy publiczność ze zgrozą i niejaką fascynacją obserwuje potworności jakie mają miejsce na tej Tratwie Meduzy, przyjrzyjmy się szczątkom okrętu.
Skoro mamy merytokrację i zarządzanie różnorodnością w jednej wspaniałej pigułce – także w akademii jest to naszym celem i ideałem – to czemu, do stu tysięcy mizerii, wszyscy ludzie sukcesu są bardziej podobni do siebie niż żołnierze terakotowej armii Pierwszego Cesarza Qin?
Zauważyliście jak bardzo podobni są do siebie „sławni i wielcy ludzie” naszych czasów? Autorytety? Eksperci? Elity? Niby mamy te wszystkie „różnorodności” i o tym się ciągle mówi, jaki to postęp, że takie kategorie jak: „kobieta”, „czarnoskóry”, „LGBT” są reprezentowane w ważnych instytucjach społecznych, że trzeba dołożyć wszelkich starań, by ich udział procentowy był jak najwyższy. Ale gdzie mamy dzisiaj tych wszystkich Johnów Bergerów, Pole Negri, Himilsbachów, Piafki, Armstrongów, gdzie Kariny Boye, gdzie Fridy Kahlo? Gdzie są te wszystkie perły znalezione, odkryte, wspierane przez mentorów i odkrywców talentów? Gdzie te burzliwe życiorysy, wielkie próby i kolosalne błędy, niecenzuralne biografie, nieposkromione marzenia? Czyż nie jest miło i spokojnie w elitach, a poza nimi burzy się i wichrzy tłuszcza? Czyż może wręcz nie jest tak, że ta sama warstwa społeczna wypączkowała swoje własne różnorodności: klony-kobiety, klony-czaroskórych, klony-lewicowców, klony-postępowców? Obsadza nimi wolne miejsca, może nawet na pięknych i szczytnych zasadach parytetów. Ale jednak – w świecie gdzie „najlepsi wygrywają” i panuje diversity management wszyscy są zadziwiająco house clean i kończą te same szkoły.
Prawdziwa różnorodność wymaga pracy systemu i jego otwartości na własne marginesy, na to co odmienne, niespodziewane, nieprawdopodobne. Prawdziwy postęp społeczny polega na demokratyzacji i używaniu wielu talii kart, nie na dobieraniu mniejszości z tej samej talii. Powinna istnieć funkcja społeczna polegająca na poszukiwaniu osób z wartościowym potencjałem do wykonywania pracy w różnych ważnych dla systemu miejscach, takich jak akademia. Powinno się szukać szeroko i głęboko – to jest prawdziwe zarządzanie różnorodnością. Na różnych marginesach, w różnych przestrzeniach, które pomijane były w tradycyjnej akademii. To jest demokratyzacja. Merytokracja ani jednego, ani drugiego nie zapewni. Socjolog Michael Young ukuł ten termin jako opis indywidualistycznej dystopii o ostrych i twardych podziałach między klasami. Co więcej, taki system tworzy szczególny rodzaj negatywnej kultury, charakterystyczny dla współczesnej akademii, także polskiej.
Ludzie, którzy wygrywają w merytokratycznych wyścigach – „winnersi” – bywa, że czują podświadomie, że coś się nie zgadza, że wygrywają nie w tym, w czym startowali. Są różne sposoby żeby sobie radzić z tym dysonansem. Farmaceutyki to jeden z nich, poza tym stare i nowe używki, pomysły na ugłaskanie pustki takie jak impostor syndrome (to się leczy, a lecząc płaci, a nie uczy i pracuje, żeby przestać być „impostorem”). W Polsce często dochodzi do tego agresja, impuls by nie patrząc w tę stronę skąd pochodzą inne głosy, sięgnąć i zabić. Nie widząc efektu prawdziwej pracy w dziedzinie gdzie jest się „winnersem” (prawda, że lepsze słówko niż „dziaders”?), można bardziej zawzięcie próbować udawać, że jest się najlepszym i zasłużonym. Gdy wszyscy królowie ubrani są w takie same nowe szaty, cały biznes mody opiera się na tym, jak skutecznie oczyszczono z dzieci ulice miast.
Inna metoda to nagrody i wyróżnienia za wszystko, łącznie z rzeczami, które jeszcze niedawno były honorowe. Jest to praca społeczna dla społeczności i spłacanie długu wobec społeczności, połączone z uczeniem się profesji. Jakiś czas temu powstał pomysł, by wystawiać dyplomy uznania za każdą wspólnotową działalność. Jest to coś w rodzaju uścisku dłoni prezesa i jako takie ma swój sens. Jednak w momencie, gdy czyni się z tego brylantowe osiągnięcie, którym elita się szczyci i za które jest obsypywana nagrodami (takie nagrody wysyłają bardzo silny sygnał w system: „idźcie tą drogą”, o nagrodach napisze innym razem). To poprawia samopoczucie elitom – nawet nie muszą już „cierpieć” na impostor syndrome. Ale za jaką cenę? Nieważne, tej ceny nie muszą płacić oni, płacimy my wszyscy, często nawet nie zdając sobie z tego sprawy. Nie wiemy, czego nam ubywa, nie wiemy w jakiej walucie. A co z oczu, to z serca. W głębokim znieczuleniu i z daleka od dzieci mogących wykrzyczeć to i owo pod adresem paradujących monarchów, budujemy terakotową armię.
–––––––––––
Monika Kostera jest profesorem tytularnym nauk ekonomicznych i humanistycznych. Pracowała na licznych polskich, brytyjskich i szwedzkich uniwersytetach jako profesor nauk zarządzania. Zajmuje się m.in. badaniami wyobraźni organizacyjnej i organizatorskiej. Wszystkie wygłaszane tu opinie są oparte na jej doświadczeniu i nie reprezentują marki, strategii ani misji żadnej organizacji.
MOTTO
Nauka to nie są odkrycia ani wielcy, sławni ludzie, lecz bardzo złożony system powiązanych ze sobą elementów i często bardzo skomplikowanych relacji między nimi. Fala zmian i reform nauki przelewająca się od kilku leci przez świat jest falą tsunami, rozbijającą struktury właściwe dla instytucji i organizacji nauki, oferującą w zamian co najwyżej zestaw tratw. Podczas, gdy publiczność ze zgrozą i niejaką fascynacją obserwuje potworności jakie mają miejsce na tej Tratwie Meduzy, przyjrzyjmy się szczątkom okrętu.
Za co nas, naukowców społecznych z centralnej (i wschodniej) Europy cenią w świecie? Hmm, pewnie za to, że wreszcie „mamy indeksy”? Że „publikujemy coraz lepiej, w „żurnalach”? Albo, że „zapełniamy sloty”? Zaraz zaraz, na pewno za lajki w gugleskolarze! Za „zlikwidowanie akademickiego planktonu”? Za „wejście w pierwsze setki rankingów”? Zimno, zimno, zimno, nie trzeba klimatyzacji ani nawet lodówki. Może jednak za coś innego… Tak wygląda wielka pochwała pracy naukowej opublikowanej przez uczonego z Polski przez wybitnie szanowanego uczonego:
„Publikacja uosabia umysł uczonego w stylu środkowoeuropejskim, nie ograniczonego granicami tematycznymi i bibliometrią, który wykorzystuje nauki społeczne jako sposób myślenia o tym, co to znaczy być człowiekiem, jak społeczeństwo jest i jakie można sobie wyobrazić”.
Tak, to jest pochwała. Próżno doszukiwać się tu ironii ani cynizmu więc czytajmy tak, jak jest napisane. Słowo po słowie i powoli. Te słowa zostały napisane niedawno, mimo że idea „wschodnioeuropejskiego uczonego” o której mowa już od bardzo dawna nie występuje w rzeczywistości materialnej. Ale nadal jest żywotną częścią akademickiego imaginarium. Wschodnioeuropejska uczona, erudytka i humanistka, człek żyjący wśród idei, oddany nauce, dla którego są sprawy, które nie mają miary. Ktoś z odwagą myślenia, kto umie widzieć dalej, bo nie ograniczają go granice dyscyplin. Ktoś, komu przyszłość ludzkości leży na sercu bardziej niż własna kariera.
Takich przebłysków z innego świata widziałam i nadal widuję sporo, i wcale nie tylko wśród starszych zachodnich akademików. Wprawdzie już bardzo dawno tak nie jest, że wschodnioeuropejscy uczeni zatrudniani są na pniu – ba, na ogół wypadają bez recenzji poza pulę – ale to nie uczeni w ostateczności dokonują selekcji i nie ich normy i wartości są wiodące w zachodniej akademii. Gdyby były, to być może częściej by się zdarzało to, co było normą w latach 1980-tych, czyli zachodni książę pada na kolana przed wschodnioeuropejskim Kopciuszkiem. Ta uroda nadal się śni po nocach. Dlaczego? Bo, używając języka podejścia systemowego francuskiego filozofia Bernarda Stieglera, to były ogródki negentropii – czegoś całkiem innego, niespodziewanego, co przynosi nadzieję na zwycięstwo bioróżnorodności i życia nad ujednoliceniem przez procesy entropii, nad zoptymalizowaną jednostajnością prochu, nad śmiercią.
Co jakiś czas miewamy w Polsce nadal takie przebłyski świetlistych ogrodów. Przykład? Proszę bardzo: mieliśmy do niedawna coś, co było piękne i dobre, i co wywoływało głęboki szacunek u zachodnich kolegów – osobną dyscyplinę naukową zwaną nauki o zarządzaniu w dziedzinie nauk humanistycznych. Był to negentropijny ogródek, instytucja pasująca idealnie do definicji powyżej, stworzona przez środowisko naukowe wokół prof. Emila Orzechowskiego z Krakowa, zorientowana na badania organizacji kultury i sztuki oraz zarządzania opartego na wartościach Oświeceniowego humanizmu. Programy edukacyjne też były bardzo ciekawe. Składały się na nie kursy z filozofii, kulturoznawstwa, filmoznawstwa, a także z zarządzania pojętego inaczej, niż w większości innych polskich uczelni. Ustawa 2.0 zlikwidowała tę dyscyplinę, bez protestów ze strony środowiska, a jej specyfika i odrębność ulega szybkiej i nieodwracalnej erozji.
Jeśli nie likwidowaniem tego co oryginalne i polskie, to czym, w takim razie, powinna się zajmować polityka akademicka (a czym nie zajmowała się w naszym kraju bodajże nigdy, przynajmniej za mojej pamięci)? Przede wszystkim uzgadnianiem standardów i dbaniem o międzynarodowe uznanie naszych stopni i tytułów naukowych. Czyż nie byłoby pięknie, gdyby nie trzeba było zdobywać uprawnień profesorskich od nowa w każdym kraju, gdzie bierze się udział w konkursie? Gdyby inne kraje, gdzie istnieje habilitacja, z marszu uznawały polską habilitację? Podobnie jak ukończone studia drugiego stopnia liczą się we wszystkich krajach Europy? Albo gdyby nas szanowano za to co mamy: polski profesor, polska doktor habilitowana, każdy Francuz by wiedział, że co najmniej równie dobra gwarancja jakości jak rodzime tytuły? Po co komu tytuły w innym wpisie. Ale nie – lepiej położyć się na pleckach i pokazać brzuszek: „och, och, jacy jesteśmy beznadziejni, najgorsi na świecie, nie warci żeby nas kopnąć, bo na Zachodzie wszystko jest fajne, a u nas wszystko niefajne”.
Nieodmiennie nie ma nic bardziej polskiego niż paw i papuga. Oczywiście metaforyczne, bo żywe zwierzątka są śliczne i Bogu ducha winne.
–––––––––––
Monika Kostera jest profesorem tytularnym nauk ekonomicznych i humanistycznych. Pracowała na licznych polskich, brytyjskich i szwedzkich uniwersytetach jako profesor nauk zarządzania. Zajmuje się m.in. badaniami wyobraźni organizacyjnej i organizatorskiej. Wszystkie wygłaszane tu opinie są oparte na jej doświadczeniu i nie reprezentują marki, strategii ani misji żadnej organizacji.
MOTTO:
Nauka to nie są odkrycia ani wielcy, sławni ludzie, lecz bardzo złożony system powiązanych ze sobą elementów i często bardzo skomplikowanych relacji między nimi. Fala zmian i reform nauki przelewająca się od kilku leci przez świat jest falą tsunami, rozbijającą struktury właściwe dla instytucji i organizacji nauki, oferującą w zamian co najwyżej zestaw tratw. Podczas, gdy publiczność ze zgrozą i niejaką fascynacją obserwuje potworności jakie mają miejsce na tej Tratwie Meduzy, przyjrzyjmy się szczątkom okrętu.
Jeszcze nigdy nie zaszkodził mi w mojej pracy żaden akademicki leń. Wielokrotnie zdarzało się jednakowoż, że szkodzili mi ambitni akademiccy pracusie. Bywało, że bardzo poważnie. Potrzebuję spokoju do pracy, warunków pracy zgodnych z wymogami BHP mojej profesji. Potrzebuję mieć własny pokój w budowlach i korytarzach akademii. Tacy jak ja, którym nikt przy zdrowych zmysłach nie odmówi pracowitości, wymagamy, absolutnie wymagamy, by nam nie przeszkadzano przy pracy frenetycznym hałasowaniem rozmaitymi doskonałymi strategiami produktywności i sukcesu.
Istnieją liczne bajdy podmiejskie o facecie, który jako publikacje oddawał przełożonym stos papierów, zawierający puste kartki. Oraz klechdy o gościu, który chwalił się, że może nie opublikować absolutnie nic w ciągu 10 lat i nikt go nie zwolni (owszem taka dykteryjka istniała dawno dawno temu, za siedmioma lasami historii, ale była o wolności akademickiej; czy ktoś jeszcze pamięta, co to jest wolność akademicka? i nie, nie chodzi tylko o deklarowanie poglądów politycznych przez akademików). Zewsząd, tak ze środka jak i z zewnątrz środowiska, słyszy się wciąż, że przywilej, że śrubę przykręcić, za mordę chwycić i zmusić do wydajnego publikowania – bo lenie, bo nieroby, bo akademia musi wykazać społeczeństwu, że coś produkuje. Bo: miernoty i odciąć finansowanie.
W efekcie wylądowaliśmy w naszych czasach z akademią cierpiącą na ADHD. Produkujemy jak szaleni, tryskamy permanentnym uderzeniowym strumieniem tekstów, gdzie chwalimy się gigantycznym ich znaczeniem dla praktyki i poznania (impact). Jednocześnie nigdy nie mieliśmy chyba jeszcze tak znikomego wpływu na cokolwiek, prócz własnego wypalenia zawodowego. Tych tekstów nikt nie czyta, nawet inni akademicy, i są na to solidne badania. Piszemy ciągle to samo lub jakieś do połowy przemyślane banały. W Polsce autoplagiat, czyli publikowanie tego samego w różnych albo nawet identycznych wersjach (w innych krajach wstyd lub nawet karalne wykroczenie) właściwie się znormalizował, nikt się tym nie gorszy, nikt tego nie sprawdza. We wszelkich formularzach oceny widnieją rozmaite rubryki sprawdzające produktywność: ilość tego czy innego, tekstów, punktów, powołań. Nie istnieje miejsce na to, co warunkuje sensowne pisanie i publikowanie, a co zajmuje dużo czasu. Czas na czytanie, myślenie, dojrzewanie, dyskutowanie tekstów z innymi, na popełnianie błędów. Wreszcie, badania naukowe mają swoje wymagania, które na ogół nie licują w żaden sposób z wymogiem ciągłe produktywności. Badania jakościowe to badania procesów, więc nie mają prawa zająć mało czasu, bo inaczej wychodzą badania bylejakościowe. Badania ilościowe mają przetestować hipotezę, więc nie mogą dziać się na skróty i prowadzić wyłącznie do weryfikacji. Jeśli prowadzą, to są zafałszowane.
A że część z nas prochu nie wymyśli? Albo że wymyśli a potem przez 10 lat będzie czytać i dyskutować? Czy to naprawdę jest problem? Utrzymanie nas wszystkich, „pracusiów” i „leni”, wcale nie jest aż tak strasznie drogie. Zawsze tak było i jest to normalne, że tylko niewiele spośród nas to wielcy odkrywcy. I jeśli już to raz, dwa razy w życiu, nie codziennie, do jasnej Anielki. Większość środowiska nie jest i nie musi odkrywać radu, ale może poszukiwać, czytać, dyskutować, uczyć na tym zaawansowanym poziomie innych jak szukać i rozpoznawać, że się coś odkryło. Tak było zawsze i jest to naturalna cecha naturalnego żywego systemu, jakim jest akademia. Dopóki nie przeszkadzają w pracy sobie i innym, bezproduktywni też do tego systemu należą. Nie mówiąc już o tym, że często z różnych powodów publikujemy zrywami a potem milczymy przez wiele lat (jeśli dobre niebiosa i inni ludzie na to nam pozwolą) – bo trzeba przepracować, przemyśleć, pozwolić dojrzeć. Kto w ogóle potrafi dziś odróżnić ziarno od plew bez użycia tego generatora plew jakim są parametry (o nich innym razem)? Ile z tego co teraz z siebie, za przeproszeniem, wydalamy, zostanie po nas za 50, 100 lat? I czy na pewno będą to te rzeczy, które nagradza obecny system oceny i wartościowania? W tej presji na publikowanie nie chodzi o budowanie nauki, bo mało kto zajmuje się tym problemem wśród jej propagatorów. Nie, chodzi o zdyscyplinowanie środowiska, wyrugowanie „przywilejów”.
Czy przywilejem jest noszenie okularów przez spawacza? Ochronników słuchu przez pracownika obsługującego młot pneumatyczny? Ergonomiczne podnoszenie pacjentki przez pielęgniarkę? A może to, o czym piszę tutaj nie jest przywilejem, tylko czymś, co naprawdę jest nam potrzebne do pracy? I może my wiemy lepiej co jest a co nie jest – a nie obserwujący i wrogi nam często zewnętrzny decydent? Bo praca twórcza i naukowa wiąże się z użyciem zarówno umysłu jak i ciała w określony sposób, na tyle brutalnego i zakładającego wykraczanie poza społeczne ramy bez oczywistej własnej korzyści, że wiele i wielu z nas targa, wypacza, tarmosi? Jeśli akademicy nie wyglądają na osoby „normalne”, to może właśnie na tym to polega? (a ci najbardziej pośród nas normalni – może nie zawsze tworzą naukę aż tak zachwycającą jak ich autorzy?). Istnieje takie piękne szwedzkie słowo: arbetsro. Oznacza spokój, pokój dla pracy. Zakończmy wojnę z pracownikami i wciągnijmy na maszty flagi pokoju.
MOTTO
Nauka to nie są odkrycia ani wielcy, sławni ludzie, lecz bardzo złożony system powiązanych ze sobą elementów i często bardzo skomplikowanych relacji między nimi. Fala zmian i reform nauki przelewająca się od kilku leci przez świat jest falą tsunami, rozbijającą struktury właściwe dla instytucji i organizacji nauki, oferującą w zamian co najwyżej zestaw tratw. Podczas, gdy publiczność ze zgrozą i niejaką fascynacją obserwuje potworności jakie mają miejsce na tej Tratwie Meduzy, przyjrzyjmy się szczątkom okrętu.
Drugi wpis w dzienniku dotyczy jednego z ważniejszych elementów akademii, z którym spotkał się każdy, kto miał z nią do czynienia, czy to jako naukowczyni, czy studentka – recenzji.
Recenzje w akademii nie dotyczą człowieka. Dotyczą wkładu w wiedzę. Nie ma nic do rzeczy, czy ktoś jest miły, czy nie, czy jest bratanicą ministra, czy nigdy w życiu nie widziała go na oczy, czy jest elegancki, czy jest szmaciarzem amatorem. Nie ma nic do rzeczy, czy recezentka lubi człeka, czy nienawidzi, czy chce wesprzeć z całego serca, czy pragnie by pogrążył się w mrokach Niflheimu. Kiedy się recenzuje, jest się akuszerką idei. Materia, na której się pracuje jest subtelnie ożywiona i ponadczasowa, jest dobrem wspólnym pokoleń i cywilizacji, co najmniej od czasów Sokratesa i Axiothei – to nauka. Nauka jest krwiobiegiem uczenia się ludzkości. Odpowiedzialność recenzenta jest aż tak wielka. Ale również zadanie recenzowania jest aż tak ludzkie.
Bowiem rzeczą ludzką jest uczenie się. Może jest to to, co nas wyróżnia. Nie tylko jako rodzaj ludzki, ale jako osoby przynależące do tego rodzaju. Recenzja jest z jednej strony elementem ważnego procesu wspólnego zarządzania dobrem wspólnym, a z drugiej – okazją do uczenia się. Uczy się zarówno osoba recenzująca, jak i recenzowana osoba. Dla tej pierwszej jest to przywilej, dla drugiej – obowiązek.
We współczesnej polskiej akademii recenzja jest korespondencją dworską. Przede wszystkim dotyczy pozycji mikropolitycznych adresata i autora. Bywa (dość często) plugawie osobista. Jest częścią misternego systemu, ale nie nauki – lecz strategii politycznych na różnych poziomach. Bywa, że pisze się ją bez czytania tekstu, którego powinna dotyczyć. Bywa, że używa się jadowitego bądź dętego polityczego języka, niemającego żadnego związku z rozmową (argumentacją, polemiką, inspiracją, rezonansem) naukową. W efekcie adresat polskiej recenzji często się obraża, a recenzent – często obraża adresata. Żaden wkład w wiedzę naukową z tego nie wynika. Używając języka nauki i przyjmując rolę recenzentki polskich tratwowych recenzji akademickich powiem tak: te recenzje nie spełniają swojego zadania, a nawet mogą przeciwdziałać jego realizacji.
W moim życiu zawodowym miałam wiele okazji do uczenia się, ale najlepszą z nich chyba były recenzje moich tekstów, które dostałam w międzynarodowych pismach naukowych w latach 1990tych. Międzynarodowe pisma mają jednak od jakiegoś czasu swoje problemy i są to problemy gigantyczne. Częściowo także dotyczą recenzji. Ale zostawię je sobie na przyszłe okazje wpisów do tego dziennika, chcę zająć się w pierwszej kolejności naszym własnym okrętem. Miałam wielkie szczęście do polskich recenzji, które otrzymałam na stopnie i tytuły – ale zdaję sobie sprawę z tego, że zawdzięczam to w bardzo dużej mierze oldschoolowym recenzentom. Byli staranni, uważni, mieli szacunek dla recenzowanych tekstów. Miewali też wysoką kulturę słowa. Zwracali uwagę na błędy i wskazywali, jak je poprawić. Zwracali też uwagę na to, co wartościowe i oryginalne w recenzowanej pracy. Do artykułów pisanych do polskich pism już takiego szczęścia często nie miałam. I widziałam niektóre recenzje pisane młodszym pokoleniom polskich naukowczyń przez inne postaci i w innym duchu – niestety widziałam. Polskie recenzje naukowe obecnie to mocne narzędzie sprawowania władzy. I tyle.
Jednak recenzowanie jest formą służby dla dobra wspólnego. Nie ma powodu by pobierać za nie dodatkowe wynagrodzenie. Nie ma też żadnego powodu, by się tym chwalić i czynić z tego wielki sukces zawodowy. Wymaga pokory i umiejętności poskramiania swoich emocji, afektów i ambicji. Jest jednym z głównych zadań, gdzie natychmiast widoczne są efekty mojej ulubionej maksymy: nic nie powoduje w akademii tak wielu nieszczęść jak przerost ambicji przy niedostatku dyscypliny.
A jednak taki proces recenzowania jaki mamy obecnie czegoś uczy, systemowo, bigtime. Uczy, że nieważne co się robi, ważne, kim się jest (na zasadzie: „pan nie wiesz kto ja jestem”) i z kim się gra. Od czasu do czasu, gdy recenzuje się kogoś „nieważnego” można go „zaorać”, żeby sobie ulżyć po wszystkich upokorzeniach, których się doznało. Uczy, że „teraz na mnie kolej”. Uczy, że inni są o wiele głupsi/ bardziej odrażający/ bardziej oszukują a jednak mają wielkie sukcesy – więc ja, starając się wszystko robić dobrze, jestem samotną idiotką.
Dziwimy się, że akurat te umiejętności są na tratwie tak rozwinięte? W sumie jest w tym dobra wiadomość – uczenie się ma moc. Pomyśleć co to by było, gdybyśmy uczyli się rzeczy dokładnie wręcz odwrotnych?
MOTTO:
Nauka to nie są odkrycia ani wielcy, sławni ludzie, lecz bardzo złożony system powiązanych ze sobą elementów i często bardzo skomplikowanych relacji między nimi. Fala zmian i reform nauki przelewająca się od kilku leci przez świat jest falą tsunami, rozbijającą struktury właściwe dla instytucji i organizacji nauki, oferującą w zamian co najwyżej zestaw tratw. Podczas, gdy publiczność ze zgrozą i niejaką fascynacją obserwuje potworności jakie mają miejsce na tej Tratwie Meduzy, przyjrzyjmy się szczątkom okrętu.
Na pierwszy rzut proponuję ważny element, który stanowi nieoczywistą część złożonego systemu nauki – wydawnictwa. Żeby nie zataczać kręgów zbyt szeroko w materii, która i tak jest beznadziejnie szeroka, skoncentrujmy się na polskiej sytuacji wydawniczej.
Niemal wszystkie polskie wydawnictwa naukowe od co najmniej 8 lat publikują prawie wyłącznie na zasadach „vanity press”, czyli za wysoką opłatą. Bardzo często nie próbują potem nawet tych książek sprzedać. Nie istnieje polityka wydawnicza, polegająca na systematycznym budowaniu wiedzy przez redaktorów, (którzy powinni być równie kompetentni naukowo jak publikowani autorzy), wyszukiwaniu nowych wartościowych obszarów (do tego potrzebna wiedza i kontakty bardziej ekstensywne, niż posiada większość publikowanych autorów), prowadzeniu wybranych, szczególnie cennych dla wydawnictwa autorów (do tego potrzebne jest budowanie więzi i stabilność).
Ja np. przestałam praktycznie publikować po polsku, bo nie mam takich środków. Wolę publikować za darmo za granicą – ba, tam nawet dostaję jakieś grosze w ramach royalties. Bardzo niewielkie ostatnimi czasy – a gdy zaczynałam pracę ludzie z takich honorariów żyli dostatnio – i ja miałam na to nadzieję. Zresztą z polskich książkowych również żyło się dobrze, jeszcze załapałam się na jakąś końcówkę tego na początku lat 1990-tych.
Polskie wydawnictwa naukowe często nie prowadzą aktywnie tych publikacji. Raczej obowiązuje zasada „klient – nasz pan” i wydaje się cokolwiek „klient” przyniesie, bywa, że bez redakcji, a bywa, że próby ewidentnej redakcji są przez „klienta” traktowane jako obraza majestatu (przechodzą ewidentne błędy).
Wiedza na temat tego, co publikować, również dyktowana jest opiniami środowisk dysponujących środkami i wpływami. Tłumaczone są te pozycje, które te środowiska uznają za stosowne. Pomijana jest cała reszta. Z punktu widzenia osoby, która troszkę wie o naukach zarządzania na świecie wygląda to prawie (tragi-)komicznie – w Polsce panuje coś w rodzaju niemal całkowitego zaćmienia, prawie że nie istnieje zasadnicza część wiedzy z tej dziedziny.
W ten sposób polska nauka staje się całkowicie kolonialna, publikowanie książek jest pasywne, nikt nie próbuje mieć pomysłu na to, dokąd zmierzamy, ani kim jesteśmy. Zbyt wiele za to jest pomysłów na to, skąd przybywamy i one też zazwyczaj mają z nauką wiele wspólnego.
Bardzo często – a podobnie jest w sztuce – osoby posiadające dostęp do środków po prostu „same sobie artystami”, zajmują różne puste nisze, wydają swoich „poetów”, „młode gwiazdy”, „odkrywców”. Nikt nie szuka już „ukrytych pereł”, nie wysila się żeby znaleźć to cenne ziarno, które gdzieś tam jest – w terenie, w szkole, na przedmieściach, i które może przynieść coś, co naprawdę poruszy i przyniesie nadzieję (negentropia). Poszukiwaniami zajmowały się instytucje, których dziś nie ma bo „każdy sam sobie sterem” i trzeba „samemu zasłużyć” – co w praktyce realizuje się zazwyczaj tak jak tu opisuję (jakoś wyjątkowo podobni do siebie w naszych czasach ci „najzdolniejsi i najlepsi”, nieprawdaż?). Zresztą publiczność też już nie wie, jak być poruszona, ludzie nie mają na to czasu i nie mają wyćwiczonej wyobraźni. Sztuka jest źródłem sensu, ale nie jest powietrzem i nie oddycha się nią instynktownie, trzeba mieć czynne receptory. Podobnie z nauką – jest źródłem nadziei, ale by ją przyjąć trzeba mieć wielką odwagę myślenia i dyscyplinę uczenia się. Media i coraz bardziej także edukacja zajmują się czymś zupełnie innym niż rozwijaniem tych umiejętności.
W wielu dyscyplinach wypadło naszemu krajowi w ten sposób coś koło trzech dekad wiedzy. W tej chwili już chyba nie do odzyskania, chyba że pojawi się jakiś super ambitny projekt, z poważnym finansowaniem i instytucjonalnym wsparciem i zacznie porządkować stan bliski chaosowi. Nic jednak już nie naprawi tego, że niektórych autorów, niektóre kierunki, niektóre idee można było przez te lata wspierać, budować, czy używając odrażającego języka, który obecnie obowiązuje – ale może w ten sposób uda mi się przekazać sedno sprawy – „inwestować w nie”. To wszystko przepadło i se ne vrati.
Jeśli ktoś myśli sobie, że nic nie szkodzi, bo świat i tak dla młodych, to niech najpierw stuknie się w głowę, a potem zastanowi z czego ci młodzi mają tworzyć ten świat? Z tego prochu dużo nie stworzą.
–––––––––––
Monika Kostera jest profesorem tytularnym nauk ekonomicznych i humanistycznych. Pracowała na licznych polskich, brytyjskich i szwedzkich uniwersytetach jako profesor nauk zarządzania. Zajmuje się m.in. badaniami wyobraźni organizacyjnej i organizatorskiej. Wszystkie wygłaszane tu opinie są oparte na jej doświadczeniu i nie reprezentują marki, strategii ani misji żadnej organizacji.