Trzy tygodnie temu przez polskie miasta przeszła brunatna fala, niezbyt duża, od kilkudziesięciu do kilkuset uczestników. Dotknęło to, wg różnych mediów, 50 do 80 miast, co wskazuje na coraz szersze rozlewanie się brunatnych energii, jeszcze raczej płytkich i wątłych. Po pierwszej, emocjonalnej reakcji wszyscy już o zdarzeniu zapomnieli. Niedobrze, bo fala pewnie wróci i będzie większa.

Przypomnijmy – były to przemarsze głównie kiboli, zorganizowane przez skrajną prawacką Konfederację pod hasłem „stop imigracji”. Przemarsze są/ były emanacją tzw. Ruchu Obrony Granic skleconego przez przestępcę Bąkiewicza, prowokatora na utrzymaniu PiS. Uczestnicy ROG głównie wysiadywali grupkami przy niemieckiej granicy, wypatrywali najazdu imigrantów, czepiali się ludzi i kręcili filmiki do sieci. Wypatrywali nieskutecznie, bo imigranci zawiedli, nie dotarli, najazdu nie ma.

BRUNATNE CHMURY

To fakty znane, ale czy fakty mają znaczenie?[1] Uchodźców nie ma, ale plus/ minus połowa rodaków, została skutecznie nastraszona fejkowymi obrazami inwazji krwiożerczych „bestii” o ciemniejszej skórze. I „obrońców granic” popiera, przynajmniej do niedawna. Tutejszy nieudolny rząd dopasował się do brunatniejącego klimatu i przywrócił kontrole graniczne. Wyłapują po kilkoro „nielegałów” dziennie na granicy z Niemcami i Litwą. Para w gwizdek, ale blokowanie komunikacji transgranicznej jest całkiem realne. Przekaz tych pełnych wrogości i agresji marszy był rasistowski i ksenofobiczny. Polska dla Polaków! Bóg, honor, ojczyzna! Nie rzucim ziemi! Wypierdalać z uchodźcami! itd.

To protofaszystowska narracja, radykalizm i akceptacja przemocy[2] także uzasadniają taką ocenę. Zamordyzm i konserwatywny radykalizm połączony z nacjonalizmem (szowinizmem), rasizmem i prymitywnym populizmem to klimaty brunatne. W pakiecie nienawiść do „innych” – Żydów, muzułmanów, społeczności LGBT, feministek, ekologów, gender itd. W powietrzu klimat pogromowy, informacje o próbach samosądu na „obcych” przychodzą co kilka dni. Dla prawackiego obiegu to jest prawdziwy polski patriotyzm (PPP). Ale FASZYZM TO NIE PATRIOTYZM, ma z nim tyle wspólnego co zwykłe krzesło z krzesłem elektrycznym. Te marsze to rozlewanie benzyny na ulicach z intencją, że ktoś rzuci zapałkę i ulica zapłonie przemocą… Póki co przemoc zdarza się incydentalnie, na szczęście, ale się zdarza.

Co zrobić z tą brunatną falą? I czy, oraz dlaczego wróci?

Co zrobić? Przykład dali mieszkańcy Bogatyni, choć w nieco innych okolicznościach niż te marsze, podczas których w paru miastach na drodze brunatnej fali stanęło kilka kontrdemonstracji. W Bogatyni, leżącej blisko styku granic: Polski, Czech i Niemiec, Bąkiewicz zaplanował zgromadzenie. Mieszkańcy je zablokowali i zagłuszyli, nie wpuścili do domu kultury, zbiegowisko nie wyszło. Ponoć 80% czynnych zawodowo mieszkańców Bogatyni pracuje w Niemczech lub w Czechach i naziolskie awantury dezorganizują funkcjonowanie miasta. Imigrantów nikt tam się nie obawia. Tak to aberracja fanatyków (ale też nadmiarowa decyzja rządu utrudniająca ruch transgraniczny) uderza w mieszkańców. Ale to mieszkańcy najskuteczniej mogą dać odpór brunatnym bojówkom.


DLACZEGO MOŻE BYĆ GORZEJ…

Wiele wskazuje, że my mieszkańcy jesteśmy zdani na własne siły w konfrontacji z brunatną falą. Brunatni mają poparcie szerokie, ale płytkie i dość słabe, zwłaszcza w większych, liberalnych miastach. Prawdopodobne jednak jest, że mogą/ będą rosnąć w siłę i zakorzeniać się mocniej i trwalej, i coraz bardziej się panoszyć.

Nie można liczyć, że to obecna demo-liberalna władza („nasza…”) przeciwstawi się brunatnej ekspansji. Bo sama nie chce i otwiera się na elementy prawackiej, brunatnej perspektywy. Snuje kunktatorskie wizje układów z mocodawcami brunatnych – dla przyszłych, wyobrażanych sojuszy. Jak mysz w kącie popiskuje przeciw ekscesom brunatnych. Wyczyny Bąkiewicza, ekscesy na marszach niepodległości, nacjonalistyczne skandale na stadionach,  recydywa Browna i jego wasali i in. pozostają praktycznie bezkarne. To nie przypadek.

Jednocześnie pokojowe protesty Ostatniego Pokolenia, aktywność wolontariuszy na granicy czy akcje ekologów wywołują reakcje samej Tuskowej Góry i często szybkie represje policyjno-prawne. Cała masa drobniejszych ekscesów rasistowskich, antysemickich, ksenofobicznych, jawnie neofaszystowskich itp. pozostaje zwykle bez interwencji policji[3], chyba że media, mieszkańcy lub organizacje społeczne zrobią raban – wtedy słychać, że „postępowanie podjęto”.

Ta asymetria[4] nie jest przypadkowa: demoliberały niezbyt brzydzą się naziolami, ale mają obsesję zagrożenia z demonizowanej „lewej” strony, i ze strony oddolnej aktywności demokratycznie organizujących się obywateli[5].

Służby siłowe same z siebie z o wiele większym zapałem pacyfikują ekologów albo wolontariuszy na granicy niż Browna albo kiboli-nazioli, mimo że ci ostatni ich czasem obijają. Bo mundurowi sami sympatyzują z prawackimi poglądami, konserwatywny zamordyzm i nacjonalizm ich kręci. A jak pokazują badania – armia głosowała na Mentzena, Browna a w końcu na Nawrockiego[6], a nie kandydatów z koalicji 15X. A skoro wpatrzony w Trumpa kibol-zadymiarz został prezydentem, to na co tu liczyć?

xBonkiewicz bis

Trudna do przecenienia jest też siła manipulacyjna masowych ogłupiaczy internetowych generujących wrogość i fałsz. W dużej części pracują one dla ruskiej wojny hybrydowej z Polską, dla skłócenia Polaków i Polski z Zachodem oraz rozbijania UE. Wrogość prawactwa wobec UE jest zrozumiała – w Unii na największą na świecie skalę obowiązują prawa chroniące prawa człowieka i obywatelskie wolności, co jest zaporą dla naziolskiego zamordyzmu, ksenofobii, rasizmu i pozostałych obsesji.

Istotne jest podłoże społeczno-ekonomiczne sytuacji: Polska ma jedne z największych nierówności społecznych w UE[7], stale rosnących i to się raczej nie zmieni. Egoizm i partykularne interesy elit blokują szanse na masowe programy ich zmniejszania i wyrównywania szans. Sprzyja to radykalizacji nastrojów społecznych i zaostrzaniu konfliktów klasowych. Masowa frustracja z powodu beznadziei losu „na dole” drabiny społecznej to żyzna gleba dla demagogicznego, prawackiego populizmu.

I last but not least: ruska napaść na Ukrainę i płynące ze Wschodu (nie z Zachodu!) zagrożenie dla Polski nie sprzyja wolnościowym klimatom, przeciwnie. Podobnie – coraz częstsze i intensywniejsze klęski żywiołowe powodowane przez katastrofę klimatyczną. Potrzebna silna, twarda ręka władzy…?


GŁOS SPRZECIWU WOLNYCH MIAST

Nie można milczeć!
Ta (plus/ minus) połowa kraju, która jest przywiązana do wartości demo-liberalnych i lewicowych, jest zorientowana na więź z Zachodem i UE może liczyć tylko na siebie w stawianiu granic brunatnej ekspansji, na własną, oddolną aktywność i determinację.

Potrzebą chwili jest ODWRÓCENIE NARRACJI w imieniu tej połowy rodaków, bo to nie „cała Polska”, nie „wszyscy Polacy” solidaryzują się z przestępcą Bąkiewiczem, jego bojówkami i mocodawcami – przeciwnie: cała masa rodaków jest temu przeciwna.

W warunkach słabnięcia demokratycznych standardów mających oparcie w europejskiej tradycji i prawach UE oraz kokietowania radykalnej prawicy przez obecną władzę – nowego znaczenia nabierają niezależne ruchy społeczne i oddolna aktywność obywatelska. To nie politycy kreują zmiany, oni za zmianami podążają, zmiany generują obywatele. Jest w tym szczególna rola miast i ich społeczności obywatelskich, z ruchami miejskimi włącznie.

Chyba wszędzie na świecie wielkie miasta stawiają opór zamordyzmowi autorytarnej władzy i polityce antyprogresywnej: Budapeszt na Węgrzech Orbana, Stambuł i Ankara w Turcji Erdogana, wielkie miasta amerykańskie odrzucające trumpizm. W Polsce miasta generalnie nie popierają kaczyzmu/ memtzenizmu/ batyryzmu. Ma to swoje historyczne i ontologiczne uzasadnienie – tradycja i tożsamość miasta europejskiego jest zaprzeczeniem tego, co brunatni mają na swoich sztandarach.

Miasto to otwarta przestrzeń spotkania i wymianywolności w różnorodności, tolerancji dla odmiennościStadtluft macht frei  już od średniowiecza… Te wartości napędzają rozwój miast, i świata, choć Polska późno zaczęła w nim uczestniczyć. Siła solidarności miejskiego oporu jest wielka i dobrze ugruntowana, na co wskazują wyniki w nich kolejnych wyborów powszechnych.

Otwarty na świat miejski patriotyzm jest zaprzeczeniem tego, co niesie brunatna fala. Patriotyzm to nie wrogość, agresja i pogarda wobec „innych” – ze względu na język, kolor skóry, religię czy kulturę – będące wyrazem lęku wynikającego z poczucia słabości i niższości. To w miastach może ale i musi wybrzmieć głos sprzeciwu w imieniu myślącej i czującej inaczej niż połowa zmanipulowanych brunatną propagandą rodaków. W „miejskim kryterium ulicznym” mamy przewagę, bo NAS jest po prostu więcej i bardziej nas widać. A może być nas większość…

PS. W Poznaniu marsz solidarnościowy z imigrantami został ogłoszony na 16 sierpnia br..

xMarsz Równości 10 tys. 2023

Dziesięć tysięcy uczestników Marszu Równości w Poznaniu dwa lata temu — ulica Głogowska zajęta na całej długości w śródmieściu…

[1] Trudno oprzeć się wrażeniu, że nie tylko w sferze publicznej mamy do czynienia z dwiema rzeczywistościami coraz bardziej od siebie odległymi. Jedna to obiektywna rzeczywistość faktów, druga to subiektywna rzeczywistość mentalna. Ta druga powstaje w wyniku masowej manipulacji w mediach wszelakich emocjami dotyczącymi informacji, obrazów  mówiących o tej pierwszej. Ograniczeń technicznych tu nie ma, inne zanikają w oczach.

[2] Sam wódz Bąkiewicz ma wyrok za pobicie, jest ułaskawionym przestępcą. A prezes (połowy) Polski publicznie sugerował stosowanie przemocy wobec oponentów mówiąc o tym, że „trzeba będzie wziąć coś do ręki”.. Może cegłówkę, brukowca, kij baseballowy albo maczetę? Może broń? To nie jest w Polsce abstrakcja, choć jeszcze wyjątek. Jak długo?

[3] Przykład rasistowskiej, antysemickiej imprezy w centrum Poznania na oczach policji, jeden z wielu: https://poznan.wyborcza.pl/poznan/7,36001,31235452,skandal-w-poznaniu-policjanci-sluchali-piosenki-o-zydowskiej.html

[4] Nie widziałem żeby jacyś mundurowi tarmosili Bąkiewicza czy Browna albo ich pomagierów tak jak traktuje się uczestników protestów lewicowych albo ekologicznych. „Nasza władza” podobnie jak poprzednia jest silna wobec słabych i słaba wobec silnych, których się boi.

[5] Widać to zwłaszcza po tym, jaki jest praktyczny stosunek należących do PO z przystawkami „włodarzy” miast (lub przez PO&Co popieranych) – do niezależnej aktywności obywatelskiej w miastach nad którymi panują, często od kilku kadencji. To jest zaprzeczenie demokratycznego zarządzania choć w publicznych okolicznościach ich gęby są pełne demokracji.

[6] Info choćby tu: https://wiadomosci.wp.pl/tak-glosowano-w-wojskowych-osiedlach-zwyciezca-mogl-byc-tylko-jeden-7163386126416576a

[7] Traktuje o tym przełomowa książka pt. „Nierówności po polsku. Dlaczego trzeba się nimi zająć, jeśli chcemy dobrej przyszłości nad Wisłą”, autorzy: Paweł Bukowski, Michał Brzeziński, Jakub Sawulski, Warszawa 2024.

Po latach narodowo-konserwatywnych rządów polski system edukacyjny jest coraz silniej skupiony na podtrzymywaniu archaicznej wizji przeszłości zamiast na dawaniu uczennicom i uczniom narzędzi krytycznej analizy rzeczywistości. Anna Dzierzgowska, nauczycielka historii z Warszawy z doświadczeniami tak z sektora publicznego, jak i społecznego, wskazuje na korzenie tego problemu, sięgające głębiej niż reformy Prawa i Sprawiedliwości. Pokazuje również, jak może wyglądać bardziej włączające, pluralistyczne spojrzenie na przeszłość.

Green European Journal: Jak opisałabyś podejście rządów PiS do polityki edukacyjnej od czasu, gdy partia ta objęła w roku 2015 władzę?

Anna Dzierzgowska: Zanim odpowiem na to pytanie muszę krótko powiedzieć o tym, z jakiej perspektywy mówię. Przez większość mojej kariery zawodowej uczyłam historii w szkołach niepublicznych – dziś z kolei pracuję zarówno w sektorze społecznym, jak i publicznym. Jestem również córką osoby, odpowiedzialnej za reformę edukacji za czasów centroprawicowej koalicji AWS-UW po roku 1997.

Wśród skutków tych reform znalazło się utworzenie gimnazjów – nowego szczebla edukacyjnego pomiędzy szkołą podstawową a kształceniem ponadpodstawowym. Dane, zgromadzone m.in. w ramach badań PISA wskazują na to, że ich utworzenie przyczyniło się do poprawy wskaźników kształcenia – przy równoczesnym ograniczeniu nierówności w zakresie jakości edukacji między miastem a wsią. Po początkowych trudnościach, wynikłych z faktu, iż szkoły te gromadziły osoby młode w trudnym okresie ich dojrzewania, nauczycielki i nauczyciele zaczęli cenić uczenie w placówkach tego szczebla.

Rozpoczęłam swoją wypowiedź od tej właśnie kwestii nie bez powodu. Jedną z przedwyborczych obietnic Prawa i Sprawiedliwości była likwidacja gimnazjów i powrót do poprzedniego systemu 8 lat szkoły podstawowej i 4 lat ponadpodstawowej w miejsce modelu 6+3+3. Nie wierzyłam w to, że to zrobią – ale to zrobili. Efektem tego był chaos. Szkoły ponadpodstawowe zaczęły gromadzić więcej uczniów, ale już nie więcej nauczycielek, jako że coraz więcej osób zdecydowało się na zmianę zatrudnienia i znalezienie pracy w nowym zawodzie.

PiS zdecydował się w roku 2017 na znaczące zmiany w programach nauczania, stawiających na promowanie określonej wizji polskiej historii oraz miejsca kraju w świecie. Jak oceniasz cele, stojące za tą reformą? Kto w tej wizji historii Polski i świata się mieści, a kto jest z niej wykluczony?

Historia znalazła się w forpoczcie tej konserwatywnej kontrrewolucji. Muszę jednak zauważy, że w Polsce od zawsze była ona nauczana w bardzo narodowocentryczny sposób. Historia polityczna była i jest tu uważana za znacznie ważniejszą niż społeczna czy gospodarcza. Trend ten uległ obecnie turbodoładowaniu – i to do poziomu, przez który sama rozważam odejście z zawodu.

Zmiany, o których mówimy, zostawiają niewiele miejsca na nauczanie z perspektywy wartości, takich jak wolność czy Europa. Zamiast tego opierają się na bardzo już archaicznych trzech filarach: kulturze greckiej, prawie rzymskim oraz chrześcijaństwie. Nawet ten ostatni element jest węższy niż jego ideowy poprzednik – judeochrześcijański model religijności. Zamiast mówienia o przeszłości z perspektywy praw człowieka musimy się godzić na propagandową narrację o wielkiej Polsce w potężnej Europie. Taka wizja historii nie umożliwia nam zrozumienia źródeł współczesnego (nie)ładu światowego, nie mówiąc już o jego zakwestionowaniu.

Podobne trendy można zauważyć w nauczaniu innych przedmiotów – dla przykładu lekcje Wiedzy o Społeczeństwie (WoS) zastąpione zostały Historią i Teraźniejszością (HiT) gdzie, pomimo nazwy, nie pozostało zbyt wiele miejsca na rozmowę o współczesności. To dużo bardziej pomnik obsesji obecnego ministra edukacji, Przemysława Czarnka, nakierowanych na walkę z „ideologią gender”, feminizmem, marksizmem czy osobami nieheteronormatywnymi. Kusi mnie czasem nauczanie tego przedmiotu po to, by mówić o tych kwestiach na sposób, który byłby w kontrze do założeń ministerstwa.

Zmiana ta nastąpiła pomimo tego, że WoS był wśród młodych ludzi całkiem popularny. Rozmowa o współczesnych wyzwaniach była źródłem żywych emocji. W trakcie niedawnego kryzysu humanitarnego na granicy z Białorusią (będącego rażącym złamaniem praw człowieka) rozmawiałam ze swoimi uczennicami i uczniami na temat wojny w Afganistanie. Wspólnie oglądaliśmy dokumenty na temat niedawnego przejęcia władzy w tym kraju przez Talibów. Celem było zrozumienie tego, skąd pochodzi część spośród trafiających do nas uchodźców i dlaczego Polska ponosi co najmniej częściową odpowiedzialność za ich sytuację. Współczesna historia zachodniej i środkowej Azji jest czymś, czym powinniśmy być bardzo zainteresowani. Zamiast tego musimy radzić sobie z przedmiotem, który każdą nową ideę (w tym ekologię) prezentuje w kategorii potencjalnego zagrożenia dla konserwatywnego sposobu myślenia, przed którym należy chronić młode osoby.

W jaki sposób sytuacja różni się od dotychczasowych programów nauczania? Jakie są skutki tych zmian po pięciu latach od omawianej przez nas reformy?

Wszystko to skutkuje brakiem umiejętności szerszego, globalnego spojrzenia na to, co się dzieje współcześnie. Mamy program, który zamyka nas przed światem i nie pozwala na poszerzenie perspektywy. Funkcjonujemy w systemie, który daje nam fałszywe poczucie wiedzy. Kończący szkołę są przekonani, iż wiedzą sporo o świecie i o tym, czym jest wiedza oraz historia. Nie muszą potem pamiętać wszystkich dat i faktów, mają za to silne opinie co do tego, że historia to polityka, a nie np. her- czy queerstorie.

W efekcie wracamy do kwestii z poprzedniego pytania, a mianowicie o to, o czyjej historii mówimy. W tym wypadku – o historii zwycięzców i perspektywie narodowej, wykształconej w XIX wieku w czasach europocentryzmu, kolonializmu i ksenofobii. Z tej perspektywy uczymy się na przykład o Mieszku I jako twórcy nowoczesnego państwa polskiego bez uwzględniania tego, że w obliczu współczesnej wiedzy naukowej opowieść ta ma niewiele lub zgoła nic wspólnego z faktami.

Na tym jednak problem się nie kończy. Żyjący w X wieku książę prezentowany jest jako jeden z kluczowych graczy świata, w którym żyjemy – świata kryzysu klimatycznego i uchodźczego. Zmuszamy młodych ludzi do zapamiętywania przeszłych władców Polski, a jednocześnie nie widzimy większego problemu w tym, że nie do końca wiedzą jak wygląda Azja, jacy ludzie zamieszkują Bliski Wschód i że nie wszyscy z nich są muzułmanami. Nie mówiąc już o wspominaniu, że nie powinno się utożsamiać muzułmanów z islamistami.

Już te przykłady dają pewne wyobrażenie co do tego, o czyjej historii tu mówimy. Mamy do czynienia z wąską interpretacją przeszłości, w której marginalizuje się społeczności inne niż państwa i narody. Nie uczymy się za wiele o historii chłopów jako klasy społecznej, o historycznej pozycji kobiet czy odmiennych formach samoorganizacji, takich jak społeczności zbieracko-łowieckich. Wśród materiałów edukacyjnych znajdziemy nawet takie, w których – w kontekście niewolnictwa w USA – więcej miejsca zajmują biali abolicjoniści niż doświadczenia społeczności afroamerykańskiej.

Wszystko to dzieje się w kontekście i tak już przeładowanych programów nauczania, przez co brakuje czasu na krytyczną analizę, która dałaby uczennicom i uczniom wiedzę o sposobach studiowania historii, jej interpretacji oraz rozmawiania na jej temat – włącznie z posiadaniem własnego, nawet niepopularnego zdania. W klasach, w których większość osób decyduje się na zdawanie historii na egzaminach, tego typu spojrzenie jest jeszcze mocniej usuwane w cień, priorytetem staje się bowiem osiągnięcie możliwie najlepszych rezultatów na testach.

Rządy PiS wyróżnia konserwatywne, skupiające się na rodzinie podejście do polityki społecznej, którego symbolem jest program 500+. Czy podobny poziom inwestycji kierowany jest w stronę systemu edukacyjnego? Szkoły mają dziś więcej pieniędzy?

Nieszczególnie podoba mi się ta interpretacja. To prawda, że mamy do czynienia z pojawieniem się transferów finansowych, takich jak słynne 500 złotych na dziecko, ale nie oznacza to jeszcze powstania nowoczesnego państwa dobrobytu. Szkoły są dziś wprawdzie wyposażone lepiej niż kiedyś, a część samorządów inwestuje w szkolenia nauczycielskie więcej niż inne, ale już nawet płace w sektorze nie wyglądają zbyt różowo.

Pandemia koronawirusa pokazała skalę niedoinwestowania szkolnictwa. Nauczanie zdalne realizowane było na prywatnych komputerach nauczycielek i nauczycieli. Uczennice i uczniowie musieli radzić sobie z poważnymi problemami ze swoim zdrowiem psychicznym (o którym wiele się mówi, ale nieszczególnie dużo się robi), a część z nich de facto zniknęło z systemu edukacyjnego na długie tygodnie i miesiące.

Sytuacja jest jeszcze bardziej niepokojąca w innych obszarach, którym stanowić powinny kręgosłup nowoczesnego państwa. Jesteśmy świadkami zapaści w systemie publicznej ochrony zdrowia, a także braku spójnej polityki mieszkaniowej. Instytucje kultury nie są uznawane za kluczowe przestrzenie debaty publicznej, ale za łup, który wspierać ma realizację konserwatywnej polityki. Opcje transportu publicznego poza wielkimi miastami pozostają dość ograniczone.

Rok 2019 stał pod znakiem dużego strajku nauczycielek i nauczycieli w Polsce. Czy mogłabyś powiedzieć więcej na temat źródeł tego sporu? Jak wyglądają dziś stosunki między rządem a środowiskami nauczycielskimi?

O sporej części problemów, które doprowadziły do rosnącego niezadowolenia (czy wręcz gniewu) z polityki rządowej zdążyłam już powiedzieć. Rezultatem tego niezadowolenia były trwające tygodniami strajki, w trakcie których nie odbywały się zajęcia szkolne. PiS postanowił spacyfikować ten bunt rękami dyrektorek i dyrektorów szkół – osób, które często prywatnie popierały protesty, natomiast z powodu piastowanej funkcji musieli przestrzegać płynących z góry nakazów. Musieli oni zorganizować egzaminy końcowe, co doprowadziło do rozładowania protestów.

Było to bardzo gorzkie doświadczenie. Przez długie tygodnie rząd zdawał się nie przejmować się faktem, że dzieci nie chodzą na lekcje. Nauczycieli nie słuchano, tylko postanowiono zmęczeniem zmusić ich do posłuszeństwa. Choć formalnie strajk uległ jedynie zawieszeniu miał on swój ciąg dalszy w postaci osób rezygnujących z zawodu. Coraz większa część z nas uczy w więcej niż jednej szkole. Na poziomie indywidualnym taka sytuacja to nie problem, prowadzi bowiem do zwiększenia dochodów. Jest to jednak niezwykle szkodliwe pod kątem budowania społeczności szkolnej. Przemykamy się z jednego na drugi koniec miasta, nie mając czasu na budowanie więzi z uczniami i rodzicami.

Chciałabym wspomnieć o czymś jeszcze – o zmianach w nadzorze pedagogicznym. Doprowadziły one do sytuacji, w której dialog między radami szkolnymi, nauczycielami, uczniami i rodzicami zastąpiony został przez sprawdzanie spełnienia biurokratycznych formalności. Kluczowe jest to, by wszystko zgadzało się w papierach. Takie podejście przyczyniło się do pogorszenia komunikacji oraz funkcjonowania samych szkół.

Jakie alternatywy mają przed sobą rodzice, chcący uniknąć narażenia swoich dzieci na nacechowane nacjonalizmem treści? Czy przejście do prywatnego systemu szkolnego może przyczyniać się do wzmocnienia już istniejących podziałów przestrzennych czy klasowych na osi „progresywne miasto – konserwatywna wieś”?

Jestem absolwentką pierwszej niepublicznej szkoły w Polsce – nie oznacza to jednak, że jestem fanką tego modelu. Szkoła ta dała mi wiele, a dziś daje pewien podstawowy poziom bezpieczeństwa tak nauczycielkom, jak i uczniom. Równocześnie jednak istnienie takiego modelu prowadzi do odpływu rodziców z wysokim kapitałem społecznym z publicznego systemu szkolnego, co sprzyja podtrzymywaniu podziałów społecznych. To kolejny przykład na to, jak dobra, racjonalna na poziomie indywidualnym decyzja (dzięki której np. uczennice i uczniowie trafiają do mniejszych klas) może prowadzić do negatywnych skutków społecznych.

Pewne problemy pozostają uniwersalne. Cały system edukacyjny jest obecnie skonstruowany tak, by utrudniać współpracę między rodzicami i nauczycielami, co prowadzi do sytuacji, w której znacząca część tej pierwszej grupy stawia przede wszystkim na realizowanie programów nauczania pod kątem egzaminów. Nie zapominajmy też o już istniejących napięciach o to, kto właściwie – instytucje publiczne czy rodzice – kierować powinien kierować nauczaniem.

Pandemia doprowadziła do rozpowszechnienia się problemów, związanych z izolacją społeczną. Obserwując uczennice i uczniów, powracających do szkoły z lekcji na Zoomie widzimy, jak trudno idzie wyuczenie ich podstawowych umiejętności społecznych. Zjawisko to może być źródłem pokusy dalszego rozluźniania relacji z publicznymi placówkami poprzez upowszechnianie się zjawiska nauczania domowego, przyczyniającego się do jeszcze większego rozwarstwienia społecznego.

W jaki sposób doświadczenia w zakresie kształcenia w wielokulturowej szkole w Warszawie ukształtowały Twoje podejście do tego, jak powinien wyglądać system edukacyjny – w szczególności zaś nauczanie historii?

Marzę o świecie, w którym uczę historii, ruszając z klasą do Berlina we wrześniu, Teheranu w październiku czy Rio de Janeiro w kolejnych miesiącach. Choć wiem, że nie jest to realistyczny scenariusz to wizja, w której nie ograniczamy się do czterech ścian szkoły i uczymy się krytycznego myślenia w przestrzeni publicznej, jest jak najbardziej do zrealizowania.

Mój „program minimum” dla systemu edukacyjnego zawiera w sobie lekturę co najmniej jednej książki historycznej (innej niż podręcznik szkolny) rocznie, dzięki czemu uczennice i uczniowie konfrontują się z różnorodnymi narracjami. W trakcie moich zajęć dyskutujemy o tych źródłach i poznajemy rozwój historii jako nauki. Szczęśliwie mamy dziś znacznie więcej dobrych, gotowych do użycia materiałów internetowych, takich jak nagrania ciekawych dyskusji. Więcej – ale nie dostatecznie dużo, co widać nawet w pozornie dobrze rozpoznanych tematach, takich jak ruch sufrażystek. Niektóre materiały (takie jak dokumenty o kolonializmie czy seksualności przygotowane przez telewizję Arte) dostępne są jedynie przez ograniczony czas, co ogranicza możliwość ich wykorzystywania.

Nauczanie oparte na źródłach jest możliwe w szkole niepublicznej, w której w klasie mamy 20 osób – nie tak łatwo zaś w publicznej, w której w jednej sali jest ich 36. Z tego właśnie powodu musimy zmniejszyć wielkość klas, ale również częstotliwość testowania uczennic i uczniów, dzięki czemu więcej będzie przestrzeni do dyskusji, wymiany zdań. Mniej testów, więcej perspektyw – w tym spoza Europy i z różnych grup społecznych!

W jaki sposób możemy używać historii do tworzenia wspólnych, niewykluczających tożsamości? Jak może ona budować między nami mosty i poszerzać naszą wyobraźnię?

Po pierwsze – w polskim kontekście – musimy doprowadzić do uspójnienia systemu. Od kiedy pamiętam spotykałam się z tezą, że choć ciąży na tobie obowiązek przekazywania wiedzy z programów nauczania to możesz znaleźć przestrzeń do tego, by przedstawić uczniom swój punkt widzenia, póki tylko zrealizowana będzie praca papierkowa i zdane zostaną egzaminy. Na takiej bazie nie da się jednak budować systemu edukacyjnego. Powszechne kształcenie powinno dać nam wszystkim narzędzia, umożliwiające zrozumienie skomplikowanej rzeczywistości, w której żyjemy.

Podam tu przykład potrzeby takiego krytycznego myślenia. Na niedawnych zajęciach czytaliśmy „W pustyni i w puszczy” Henryka Sienkiewicza – nie jako źródło literackie, ale historyczne. Widzimy w nim dwójkę dzieci (Polaka i Angielkę) walczących o przetrwanie w Afryce, które na swej drodze spotykają stereotypowych „tubylców” w postaci Arabów czy Czarnych Afrykanów. Zetknięcie się z obecnym na stronach tej książki rasizmem było traumatycznym doświadczeniem – zarówno dla mnie, jak i dla moich uczennic i uczniów. Książka ta jest tymczasem elementem kanonu lektur szkolnych, którą czyta się i omawia bez dawania szerszego kontekstu, umożliwiającego zrozumienie tych rasistowskich podtekstów, które potem kształtują nasz sposób myślenia o świecie muzułmańskim czy o Afryce.

Czeka nas zatem zmierzenie się z niekończącą się dyskusją o kanonie – zestawie lektur, uważanych za niezbędne dla bycia częścią danej społeczności. Chciałabym, by środek ciężkości przeniósł się na rozmową o sposobach wsparcia czytania na szerszą skalę, uwzględniającego bardziej zróżnicowany zestaw źródeł – w tym literaturę współczesną, pozostającą dziś na marginesie programów nauczania w Polsce. Nie powinniśmy przy tym ograniczać się do perspektywy narodowej. Powinniśmy również zauważyć rolę i wzmocnić znaczenie innego narzędzia rozumienia świata – sztuki, która pozwala ludziom wyrażać siebie i współpracować zamiast konkurowania ze sobą. Taki zestaw zmian mógłby pomóc nam zbudować lepszą przyszłość.

ArtykułAlternatives to Nationalist Education: Lessons From Poland ukazał się na łamach magazynu Green European Journal. Dziękujemy redakcji za zgodę na przedruk.

Tłumaczenie: Bartłomiej Kozek


 

Rozmowa z Prof. Stanisławem Obirkiem – teologiem, historykiem, antropologiem kultury, byłym jezuitą.

Piotr Kozak: Właściwie to po co nam wspólnota?

Stanisław Obirek: Nie mogę odpowiedzieć jednoznacznie, że wspólnota jest dobra albo zła. Różnie bywa. Sądzę, że każdy ma jakieś doświadczenie dzieciństwa, rodziny, w której się urodził, i to jest doświadczenie podstawowe, do którego się odwołujemy. To nam daje zakorzenienie w społeczeństwie. To pierwsze doświadczenie wspólnoty jest dla mnie osobiście bardzo ważne i pozytywne. Być może dlatego, że pochodzę z rodziny wielodzietnej. Mam szóstkę rodzeństwa i to jest pierwszy moment myślenia o wspólnocie – myślenie o siostrach, braciach i rodzicach. Z drugiej strony stosunkowo szybko rodzinę opuściłem i zamieszkałem w internacie. To już był inny typ wspólnoty, mimo że internat może się kojarzyć z pół więziennym życiem – to były lata 70-te, głęboki PRL, małe miasteczko. Reżim dyscyplinarny dość duży. Nie buntowałem się, bo nie miałem świadomości, że może być inaczej. Ale wtedy, jako nastolatek, dostrzegałem też inną, pod pewnym względem mocniejszą więź z rówieśnikami opartą na wspólnocie zainteresowań.

PK: Buntowałeś się?

SO: W latach 70-tych wyrażało się to dość mocno przez odmienność stroju, długich włosów. Sygnalizowaliśmy, że należymy do innego świata. Oczywiście to wszystko działo się z pewnym poślizgiem w stosunku do świata zachodniego, ale dzisiaj z perspektywy czasu mogę powiedzieć, że powtórzyłem gest kontrkulturowy, który studenci artykułowali w latach 60-tych. Można powiedzieć, że było to odrzucenie burżuazyjnych wartości, ale dla mnie to był proces upodmiotawiania. Moja rodzina pozwoliła mi na to, odcięcie w sferze obyczajowej nie oznaczało w moim wypadku zerwania więzi. Funkcjonowałem trochę na zasadzie „Staszek jest inny”. Być może też zawsze wartość wspólnoty oceniałem przez jej łatwość akceptacji odmienności. O tyle jest ona dobrą wspólnotą, o ile nie tłamsi indywidualności. Ta wspólnota, która jest zdolna kwestionować własne wartości, jest wspólnotą dającą poczucie bezpieczeństwa. Natomiast wspólnota, która nie jest w stanie tego zrobić, powoduje, że w pewnym momencie musi dojść do rozejścia. W moim przypadku nastąpiło to po 30 latach funkcjonowania we wspólnocie zakonnej.

PK: Kim więc jesteś, Stanisławie Obirku? Polakiem, wykładowcą? Należymy do wielu wspólnot, ale jest takie przekonanie, że powinniśmy wybrać jedną dominującą wspólnotę. Np. przede wszystkim jestem Polakiem, warszawiakiem itd.

SO: Myślę, że to nie jest dobre oczekiwanie społeczne. Nie mam takiej potrzeby dookreślania się, kim jestem, tzn. wszystkie moje kręgi przynależności traktuję jako przypadkowe w sensie kulturowym. To, że urodziłem się Polakiem, że rozmawiamy po polsku, że wiele lat spędziłem we wspólnocie jezuickiej – nie przywiązuję do tego większej wagi. To jest pewien przypadek, że tych siedem miliardów ludzi ma różne konfiguracje przynależności kulturowej. Jednak to, że nie absolutyzuję tych kręgów kulturowych, nie oznacza, że uważam, że są one nieistotne. Istotne jest jednak to, co z tymi przynależnościami robimy. Szczególnie w obecnym momencie, w którym w Polsce ma miejsce wzmożenie nastrojów patriotycznych, podkreślanie przynależności do polskości, a co za tym idzie, tworzy się narracje dumy narodowej czy pewnej historycznej wyjątkowości.

Sprowadzanie na siłę mojej tożsamości do pewnego kręgu kulturowego jest nie tylko niemądre, ale również szkodliwe. Zamykamy wtedy oczy na złożoność tych przynależności. Bardzo mi trudno na przykład włączyć do mojej polskiej tożsamości nasze kolonialne dziedzictwo na Wschodzie. Pisał o tym francuski historyk Daniel Beauvois, a wiele z jego twierdzeń przejął w swojej znakomitej książce Fantomowe ciało króla Jan Sowa. Chętnie przyznajemy się do tolerancji i do dziedzictwa jagiellońskiego, pomijamy natomiast te ciemne strony, bo w końcu polskość ma być konstruktem idealnym. Ma być mitem, który mnie uskrzydla. W praktyce jest to dość prymitywna i paraliżująca zbroja rodem z najgorszych tradycji nacjonalistycznych.

PK: Skąd się bierze taka potrzeba idealizowania? Bo bez wątpienia mamy skłonność do zapominania o ciemnych kartach naszej historii.

SO: Myślę, że Andrzej Leder wskazał na pewien istotny element naszej świadomości (Prześniona rewolucja. Ćwiczenie z logiki historycznej, 2014 – przyp. red.). Mechanizm prześnionej rewolucji opiera się na nie wzięciu odpowiedzialności za to, co się działo w naszej historii. Leder zastosował klucz psychoanalityczny, ale myślę, że o wiele trafniejsze są niejednowymiarowe interpretacje. Myślę np. o Niemytych duszach Witkacego, który zrobił psychoanalizę naszym kompleksom. Oczywiście zrobił to w niezdyscyplinowany sposób, ale tam jest pewna odpowiedź. Jest to wizja Witkacego, którego rzeczywistość Polski okresu międzywojennego niezwykle martwiła – wizja, w której prężymy muskuły i gardzimy innymi, a tymczasem są to kompensacje nieprzepracowanych kompleksów niższości kulturowej. Myślę, że psychoterapia tożsamości kulturowej jest nam niezwykle potrzeba.

PK: W szczególności teraz!

SO: Rozmawiamy po roku od „dobrej zmiany” i jak na dłoni widać, że grupa rządząca, od Kaczyńskiego przez Dudę po Szydło, ma ogromny kłopot ze swoją tożsamością. „Dobra zmiana” jest mechanizmem kompensacyjnym, nie ma nic wspólnego z budowaniem wspólnoty, ale jest ucieczką w niedojrzałość. Jest to infantylizm wręcz chłopięcy. Infantylizm dzieci, jak Macierewicz bawiących się w wojnę.

PK: My chyba nigdy nie byliśmy jedną wspólnotą. Bez względu na to, czy mówimy o okresie piastowskim, oświeceniu, czy o okresie międzywojennym. Zawsze to było szycie wielu wspólnot. Zawsze były to również konflikty – konflikty na poziomie chłop-szlachta, konflikty na poziomie religijnym czy narodowym. Infantylizm polega też chyba na przeświadczeniu, że był taki moment w historii rzeczywistej lub mitycznej, w której tworzyliśmy jedną wspólnotę, i ktoś nam tę wspólnotę zabrał.

SO: To jest znowu ten mit utraconego raju. Wypędzenia z łona matczynego. Nawet naród to jednak kategoria wyobrażona. Oczywiście można się zastanawiać, jakie funkcje spełniało pojęcie narodu w końcu XIX wieku. Na pewno polski nacjonalizm ma jednak cechy typowe dla narodu małego z poczuciem krzywdy. Przykładem może być cały nasz romantyczny okres kompensacji narodu pozbawionego tożsamości politycznej, który osiągnął swoje apogeum w idei Polski-Chrystusa narodów. Dla obcokrajowców jest to po prostu groteskowe.
Myślę, że podobne cechy ma nacjonalizm żydowskich ultrakonserwatystów w Izraelu. Zresztą trzeba jasno powiedzieć, że ani Polacy, ani Żydzi nie mają tutaj monopolu. Nacjonalizm daje o sobie znać również w krajach o ugruntowanych tradycjach demokratycznych, jak Francja czy Stany Zjednoczone. Warto jednak zauważyć, że zwykle tam, gdzie najżywiej budzą się demony nacjonalizmu, pojawiają się też równie żywe reakcje. Przykładem jest bardzo mi bliska koncepcja postetnicznej Ameryki, wypracowana przez Davida Hollingera. Ale nacjonalizmy i populizm zdają się dzisiaj dominować.

PK: Masz pomysł, jak to zmienić?

SO: Potrzebna jest nam redefinicja polskości. Po pierwsze, jak pokazała Olga Tokarczuk w Księgach jakubowych, Polska w swojej historii nigdy nie była tworem jednolitym religijnie. Po drugie, mamy już wystarczająco dużo dowodów, że kultury mono etniczne lub mono religijne źle kończą. Są jałowe kulturowo. Po trzecie, żyjemy w erze globalizacji, w której jeżeli możemy mówić o lokalnej tożsamości, to na zasadzie kultury lokalnej dosłownie bombardowanej wpływami globalnymi. Każdy, kto tego nie uwzględnia w swoim myśleniu o tym, kim jest, skazany jest na śmieszność.

PK: Być może mamy tylko tę śmieszność. Chcę się postawić w roli adwokata diabla. Z punktu widzenia naszej kultury – marginalnej pod względem dorobku cywilizacyjnego – powrót do korzeni, do tożsamości narodowych, to prawdopodobnie jedyne co mamy. Przez ostatnie 25 lat zaciskaliśmy pasa. Teraz dochodzimy do pewnej granicy rozwoju ekonomicznego. Być może jedyne, co mamy, to groteskowość, a już na pewno nie działa zawołanie: „jesteście groteskowi, idzie globalizacja, nie nadążacie”.

SO: Oczywiście nie o to chodzi! Zauważ, że ci, którzy dzisiaj tworzą mit Polaka, który był wykluczony przez ostatnie 25 lat, nie są osobami poszkodowanymi przez transformację. Powodem ich cierpienia mogło być co najwyżej to, że nie są autorami głównej narracji. Kaczyński czy Macierewicz nigdy nie byli wykluczeni, choć z pewnością czuli się wykluczeni. Obecna dobrozmianowa narracja o dowartościowaniu wykluczonych jest narracją fałszującą. To nie jest tak, że daje się platformę do artykulacji tym, którzy do tej pory nie mieli głosu. Operacja jest o wiele bardziej skomplikowana. Znacznie silniejszy niż inkluzywizm jest ekskluzywim – jeżeli nie jesteś z nami, jesteś przeciwko nam. Nawet brak entuzjazmu dla dobrej zmiany jest postrzegany jako zdrada. Jest też pewna nowa jakość. Mamy do czynienia z perfidnym aliansem z upolitycznioną religią. Rydzyk ze swoją retoryką wykluczenia i nienawiści bardzo dobrze wpisuje się w nową rzeczywistość. Spotkanie religii z polityką o wyraźnych tendencjach autorytarnych jest nową, a zarazem bardzo groźną jakością. Kościół w swej większości z sympatią patrzy na to nowe przymierze. Tego nie było nawet w okresie międzywojennym! Większość księży w latach 30. była przeciwko sanacji.

PK: Co jest nam zatem potrzebne? Zerwanie z religią? A może jest właśnie odwrotnie? Być może jest to jakieś światełko w tunelu? Zgadzam się z Tobą wprawdzie co do diagnozy i co do sojuszu kościoła i państwa, ale być może jest jakaś nadzieja we wspólnotach religijnych. Dostrzegasz jakiś potencjał emancypacyjny religijnych wspólnot? Istnieje w kościele jakiś ruch, który idzie w poprzek negatywnych prądów?

SO: Mamy pewne doświadczenie z historii, które może nam ułatwić odpowiedź. Myślę o katolicyzmie w Europie w latach 60-tych. Mieliśmy wówczas do czynienia z rosnącym oddalaniem się od świata i coraz większym poczuciem izolacji u Piusa XII. To był papież, który nie był w stanie nawiązać kontaktu, nie mówiąc o jakimkolwiek dialogu ze światem zewnętrznym. Silne było jednak przekonanie, że trzeba coś zmienić i nie bez przypadku słowa, których użył Jan XXIII, to aggiornamento (uwspółcześnienie) i dialog. Jan XXIII, człowiek wówczas stary i schorowany, przez kilka lat pontyfikatu wskazał przynajmniej kierunki możliwego rozwoju, co radykalnie odmieniło kościół. Oczywiście potem mieliśmy okres restauracji i zamrożenia u papieża Polaka i jego następcy. Niemniej od trzech lat coś się znów zmienia.

PK: Nawet w Polsce?

SO: Myślę, że brak krytycyzmu i nienaruszalność ikony papieża, które zastosował episkopat po śmierci Jana Pawła II, powoli pękają. To było skuteczne przez około 10 lat. W tej chwili ten paroksyzm oblężonej twierdzy przekłada się na bardzo sceptyczny stosunek do Franciszka. Oczywiście żaden biskup nie posunie się do tego, by – jak w przypadku Terlikowskiego – otwarcie zarzucać Franciszkowi zerwanie z dziedzictwem Jana Pawła II, ale myślą tak. Paradoksalnie jest to znak nadziei. To jest jak późny Breżniew. Również wówczas wydawało się, że jest to nie do ruszenia. Sowietologów zaskoczyła pierestrojka. Podobnie w Polsce. Polski kościół nie ma języka, żeby zasymilować Franciszka. Rydzyk ze swoimi wielomilionowymi dotacjami, biskupi grzmiący na gender, inicjatywy antyaborcyjne – to wszystko jest tylko wielkim znakiem odklejenia od rzeczywistości i tego, czym żyją ludzie. Społeczeństwo jest inne. Ludzie wyjeżdżają i wracają. Więc nie ruchy religijne. Nie powstanie nowy zakon jezuitów XXI wieku. Kościół nigdy się nie zmieniał z własnej inicjatywy. Zmiany były zawsze wymuszone. Wymuszenie na Kościele tych zmian w tej chwili przyjdzie z góry – od papieża. Oczywiście jeśli pożyje wystarczająco długo.

PK: No, ale czekaliśmy na papieża, tymczasem jego pobyt pod koniec lipca 2016 roku nic w Polsce nie zmienił!

SO: Tak, to prawda, wielu czekało na papieża i mieli nadzieję, że coś zmieni. Trzeba jasno powiedzieć, że nie zmienił nic. Ale młyny kościelne wolno mielą. Papież może zmienić polski katolicyzm, zmieniając biskupów. Tak się już dzieje w innych krajach. Tak samo stanie się też i w naszym.
Fot. z archiwum domowego S. Obirka

Kiedy w mediach pojawiła się wiadomość, że Wojciech Smarzowski postanowił nakręcić „Wołyń”, głównym moim uczuciem była obawa. (więcej…)

Pytanie o przyszłość integracji europejskiej stało się szczególnie ważne po głosowaniu Zjednoczonego Królestwa za wyjściem z Unii Europejskiej. (więcej…)

Narodowcy wszystkich krajów rozważają, czy łączyć się. Media przedstawiają współpracę ruchów nacjonalistycznych jako kuriozum. Ironiczny chichot grzęźnie jednak w gardle, kiedy zastanawiamy się nad konsekwencjami. (więcej…)

Jedenastego listopada zamierzam stanąć na drodze marszu nacjonalistów i nie przepuścić go. Ponieważ nigdy nie ukrywałem, że wolność zgromadzeń jest dla mnie drogą wartością, wyjaśniam publicznie, dlaczego będę blokował ten marsz.
(więcej…)