David Cormand, francuski Zielony Europoseł, komentuje w każdy piątek na swoim blogu wydarzenia polityczne, głównie dotyczące Francji i Europy. Tym razem tematem jego refleksji jest nasza polska rzeczywistość, która dotyczy Unii Europejskiej, jak również ma uniwersalny, etyczny wymiar. Chodzi o mur na polsko-białoruskiej granicy i Puszczę Białowieską.

Nie chcę, aby moje piątkowe wpisy były kroniką globalnego bałaganu. Tyle, że nawet jak nasze oczy odwrócą się od prawd, które nas niepokoją, w inne miejsca, gwar świata zawsze nas dogoni. Narzuca się nam jak przywołanie do porządku. W tym tygodniu biorę więc do ręki moje pióro, aby opowiedzieć wam o Białowieży, wiosce liczącej 3 tysiące mieszkańców, położonej na granicy Polski i Białorusi. To miejsce nic wam nie mówi? Jest to jednak scena dramatu, który wiele mówi o europejskich impasach. Błyski stroboskopu wiadomości migają na naszych ekranach w takim tempie, że jedno nieszczęście goni drugie, ale przypomnijmy: jesienią ubiegłego roku, w odpowiedzi na kryzys migracyjny zaaranżowany przez białoruskiego prezydenta Aleksandra Łukaszenkę, Polska postanowiła zbudować antyimigrancki mur.

A więc do rzeczy. Budowa obiektu, którego koszt szacowany jest na prawie 353 mln euro, ma się rozpocząć w tym tygodniu w Białowieży i mamy wszelkie powody, by nie zgadzać się na tę konstrukcję. Mówi nam ona, że Europa nie jest w stanie sprostać swojej misji, że nie jesteśmy w stanie godnie przyjąć tych, którzy narażają swoje życie, w poniżających warunkach, z nadzieją na prawo do godniejszej egzystencji.

Ten mur to również znak ideologicznej i politycznej tektoniki, która rozwija się z zawrotną prędkością… Przypomnijmy sobie. Trump. Mur między USA a Meksykiem. I korowód słusznego oburzenia na ten projekt. „On jest szalony”, „u nas nie byłoby to możliwe”, jakby chorobliwe impulsy znały granice. A jednak, zaledwie cztery lata później, co się dzieje u nas w Europie? Całkowita akceptacja tego co niedopuszczalne i rezygnacja w obliczu najgorszego. Odwrót od wartości i klęska myślenia.

Ta sytuacja nie jest wynikiem niemocy tylko woli. Unia Europejska zamierza zabudować się jak forteca. Na całym naszym kontynencie podnoszą się ponure głosy wychwalające druty kolczaste. Jeszcze w październiku ubiegłego roku dwanaście krajów domagało się od UE ich finansowania. Ursula Von der Leyen odpowiedziała wtedy, że to nie wchodzi w rachubę. Warte odnotowania. Ale zgniłe owoce katastrofalnej polityki migracyjnej Unii Europejskiej nas wciąż trują. Każdy przemijający dzień przynosi swoją liczbę martwych migrantów. I każdego dnia, jak echo, umiera nasz humanizm.

Prawda jest taka, że słowa nie opisują to, co się dzieje. Zaniechanie? Zdrada? Brak pomocy dla ludzkości w niebezpieczeństwie? Przestępstwo? Pozostawiam wam osąd. Ale semantyka jest ważna. Ja sam, mówiąc o migrantach tak, aby mnie zrozumiało ja najwięcej ludzi, podejmuję ryzyko, że esencjalizuję kobiety i mężczyzn za pomocą terminu, który nie wyraża ich złożonego człowieczeństwa, tylko zamyka ich w klatkach, ogranicza i redukuje postrzeganie ich, jak by byli belami słomy rzuconymi wiatrom chaosu globalizacji. Niech mi to będzie wybaczone. Chciałabym móc wymienić ich nazwiska, opowiedzieć ich życie, którego nie znam, oddać im sprawiedliwość.

No więc Białowieża. Od miesięcy lokalna solidarność organizuje się, aby zapobiec śmierci ludzi błąkających się po lesie. Naród nigdy nie składa się z jednego bloku. Tam, gdzie rośnie niebezpieczeństwo, rośnie też ratunek. Nieszczęsnej polityce nękania prowadzonej przez polski rząd przeciwstawia się przykładna mobilizacja kobiet i mężczyzn, którzy bronią godnego przyjmowania osób w sytuacji migracyjnej. Powstał też front oporu przeciwko budowie muru. Tak się składa, że wokół Białowieży rośnie las pierwotny liczący ponad 10 000 lat, będący ostoją bioróżnorodności, której zagraża budowa muru wstydu. Ręka, która odpędza migrantów jest tą samą, która uderza w naturę.

W tym momencie przypominają mi się wszystkie głupie wezwania, które regularnie każą nam wybierać między człowiekiem a naturą, tak jakby obrona wszystkich żywych istot była niemożliwa. „Ale kogo wolisz: ludzi czy drzewa?” Taka degrengolada myślenia zawsze prowadzi koniec końców do zniszczenia obu. Bo stawianie pytania w taki sposób oznacza amputowanie z góry naszego człowieczeństwa i okaleczanie naszej świadomości. Dlatego broniąc jednych, nie porzucamy bynajmniej innych. I na odwrót.

Nasza ekologia jest humanizmem: z pewnością zrywa z antropocentryzmem, nie przestając jednak ani na chwilę bronić równej godności wszystkich. W tym sensie nigdy nie będzie to krok wstecz, zawsze krok naprzód w poszanowaniu praw podstawowych.

Nie zaprzeczam, że czasami pojawiają są trudności, że delikatne arbitraże, których trzeba dokonać, wywierają presję na nasze polityczne zaprogramowanie. Ale Europa, którą budujemy, ma właśnie na celu umożliwienie powstania modelu łączącego ochronę ekosystemów, promowanie praw społecznych i obronę integralności demokratycznej.

Niektórzy powiedzą, że budowany mur to sprawa Polaków. Mylą się. Wyzwania ekologiczne wymykają się granicom uznawanym przez państwa. W Polsce, jak wszędzie indziej, bronimy zachowania lasu pierwotnego, cennego dla naszej przyszłości. Lasy naszej planety nie są przeznaczone do zniszczenia i eksploatacji. Ich życie liczy się, samo w sobie, a także poprzez więź jaka nas łączy w biosferze. To samo dotyczy migrantów, którzy są ścigani, piętnowani i porzucani: ich życie liczy się podwójnie. Po pierwsze jako takie, po drugie dlatego, że jest częścią naszego wspólnego człowieczeństwa. Oto podstawa naszej odmowy wobec tego, co się dzieje, nie tak daleko od naszych oczu, w lesie, gdzie stawką jest coś, co wykracza daleko poza samą kwestię polską.

Tekst opublikowany na blogu autora,

tłumaczenie Ewa Sufin-Jacquemart

David Cormand to francuski polityk i samorządowiec, od 2019 roku poseł do Parlamentu Europejskiego w grupie Zieloni/WSE. W latach 2016–2019 był przewodniczącym partii Europa Ekologia Zieloni (EELV).

Gdy piszę ten list do Was, Polek i Polaków, moje serce przepełnia strach o to, co mogło się stać z grupą uchodźców, którzy od ponad dwóch tygodni są porzuceni na granicy, w dziczy, w temperaturach poniżej zera. Grupa, w której znajdują się dzieci, kobiety i osoby starsze, wysłała mi w sobotę, 9 października, błaganie o pomoc poprzez media społecznościowe. Tego samego dnia młody Jazyda, który prosił o pomoc, wysłał mi wideo tej grupy. Znajdowały się w niej osoby z mniejszości jazydzkiej i Kurdowie z Iraku oraz Arabowie syryjscy. Niektórzy z Jazydów w grupie spędzili wcześniej siedem lat w obozach w Iraku.

Zarówno ja, jak i wiele osób, które zobaczyły to świadectwo i obrazy przerażonych małych dzieci i starszych osób, byliśmy zdruzgotani. Para starszych Jazydów w wideo nie miała kontaktu z rodziną w Iraku od niemal dwóch tygodni. Po zamieszczeniu filmu zadzwoniła do mnie ich przerażona córka, płacząc do telefonu. Chciała tylko wiedzieć, czy jej rodzice nadal żyją. Zadzwonił też krewny osób z grupy, mieszkający w Niemczech Jazyd, również płacząc. Następnie udał się z dziećmi i żoną na posterunek policji, prosząc państwo niemieckie o interwencję.

Z rozmów z licznymi dziennikarzami i aktywistami na rzecz praw człowieka w Polsce zrozumiałem, że toczy się dialog publiczny na temat tego filmu, szczególnie w kontekście widocznych na nim dzieci. Mogę Was zapewnić, że dzieci i dorośli byli sfilmowani tu, na granicy polsko-białoruskiej, w zeszłą sobotę, 9 października. Polscy i białoruscy strażnicy graniczni wielokrotnie odmówili im prawa do opuszczenia terenu leśnego na granicy, i ta odmowa dotyczyła też przyjęcia dzieci, osób starszych i tych, których życie było zagrożone.

W dniu 13 października otrzymałem od grupy kolejne wideo, ukazujące ją w tym samym miejscu. Dyskusja na temat migracji jest złożona i upolityczniona, a intencją tego artykułu nie jest przyczynienie się do dalszych kontrowersji. Wierzę jednak, że niewyciągnięcie przez Polskę pomocnej dłoni do tkwiących na granicy uchodźców, którzy uciekli przed ludobójstwem i wojną, nie tylko jest moralnie złe, ale stanowi też pogwałcenie podstawowych praw człowieka. Pozwolenie na to, aby dzieci, osoby starsze i ludzie uciekający przed ludobójstwem umarli na Waszej granicy, nie jest zapewne czymś, czego Polki i Polacy oczekują od swojego rządu. Wierzę także, że w czasach kryzysu i trudności w nas, jako istotach ludzkich, powinno przeważyć dobro i że katastrofy takie jak ta w pewien sposób nas definiują i stwarzają możliwość, aby traktować innych w sposób miłosierny i humanitarny.

Na koniec, w imieniu wszystkich Jazydów, proszę Was o wywieranie nacisku na polski rząd, aby zmienił swoje nielegalne praktyki na granicy, pozwalając również działaczom organizacji humanitarnych i dziennikarzom na dotarcie do rejonu przygranicznego i natychmiastowe zapewnienie tak bardzo potrzebnego jedzenia, schronienia i lekarstw. Apeluję też, abyście otworzyli serca na ludzi pochodzących z niestabilnych rejonów świata. To jest również Wasza możliwość, aby okazać dobroć w kryzysie humanitarnym.

Tłumaczenie listu: Zosia Krasnowolska

Historia Berlina ma wiele obliczy. Najbardziej znanym jest dzielący miasto mur. 13 sierpnia minęło 60 lat od rozpoczęcia jego budowy. W listopadzie mur ma dwie rocznice: 9 listopada 1989 roku mur przestał dzielić, a dokładnie 30 lat temu, czyli w listopadzie 1991 mur przestał istnieć – zostały tylko fragmenty, które opowiadają turystom swoją historię.

Ale zacznę od początku. Po przegranej II wojnie Niemcy zostały podzielone na cztery strefy okupacyjne (amerykańską, francuską, angielską i radziecką), podobnie wyglądał podział stolicy państwa. W latach 1948-49 Berlin Zachodni jest całkowicie odcięty od prądu, dostaw. Z pomocą przychodzą alianci tworząc „most powietrzny” i zapewniając podstawowe produkty. W kwietniu 1949 roku powstaje RFN, zaś w październiku NRD – dwa państwa niemieckie o dwóch różnych ustrojach, oraz najbardziej na wschód wysunięty przyczółek świata zachodu – Berlin Zachodni. Ponieważ nie każdemu mieszkańcowi NRD odpowiadał system wschodni, dość licznie przedostawali się oni do RFN. To z kolei nie odpowiadało ówczesnym władzom wschodnim i najpierw postawiono zasieki z drutu kolczastego, a następnie w 1961 roku rozpoczęto budowę liczącego 156 km muru berlińskiego.

Miał on skutecznie zatrzymać ludzi w NRD. Warto wspomnieć, że każda z uciekających osób po przekroczeniu granicy i znalezieniu się w Berlinie Zachodnim mogła poczuć uścisk pomocnej dłoni. Najważniejsze dla uciekinierów z NRD było to, aby mieć mur za plecami, stojąc twarzą do muru można było zginąć.

Szacunki są różne, bo podaje się od 78 do 250 ofiar śmiertelnych podzielenia miasta. Różnice wynikają z przyczyn śmierci. Ludzie ginęli, ponieważ mieli wypadki podczas przekraczania granicy, po nieudanej próbie ucieczki popełniali samobójstwa, zostali zastrzeleni podczas próby pokonania muru… Ginęli również strażnicy pilnujący muru. Jako ostateczną liczbę ofiar muru podaje się 136 osób. Po zjednoczeniu Niemiec odbyły się liczne procesy, w których oskarżono władze NRD oraz pełniących na granicy strażników. 35 strażników uniewinniono, ale 44 zostało skazanych na karę pozbawienia wolności w zawieszeniu.

Kawałki muru istnieją do dzisiaj, a w miejscach gdzie ginęli ludzie próbujący przekroczyć mur stoją charakterystyczne pomniki w kształcie czworokątnego słupa informujące o ofiarach, które poniosły śmierć podczas próby przekroczenia granicy w danym miejscu.

Na granicy białorusko-polskiej zaczyna się dziać niemal analogiczna sytuacja. Na razie powstają zasieki z drutu żyletkowego. Z jedną małą różnicą. W podzielonym Berlinie nie można było wyjść poza mur i przywitać się z osobą czekającą z wyciągniętą dłonią. Trzeba było pokonać mur, mieć go za plecami. Na tej granicy, białorusko-polskiej, po polskiej stronie nikt nie czeka z wyciągniętą dłonią, a ci, którzy chcieliby tę dłoń wyciągnąć, skutecznie są od granicy odsuwani, zaś zasieki z drutu kolczastego rozciągane są między uchodźcami a strażnikami wpatrzonymi w koczujących ludzi. Ci strażnicy nie strzelają, ale biernie patrzą na szukających pomocy, głodnych i wyziębionych ludzi. Wprowadzenie stanu wyjątkowego w obszarze przygranicznym miało na celu odcięcie ludzi od informacji, ale już wiadomo, że na granicy, na oczach strażników zaczynają umierać ludzie.

Ciekawi mnie, jak strażnicy wpatrzeni przez zwoje drutu kolczastego w koczujących na granicy uchodźców zachowają się w dniu wigilii Bożego Narodzenia. Raczej na pewno tradycja nakaże im, rozstawiając talerze na kolację wigilijną, postawić dodatkowe nakrycie dla „zbłąkanego wędrowca”.

Co dalej? Czy powstanie 418-kilometrowy mur na granicy?

Kiedy i jakie konsekwencje zostaną wyciągnięte wobec tych strażników? Warto w tym momencie przytoczyć art. 162 § 1 k.k., który mówi, że „kto człowiekowi znajdującemu się w położeniu grożącym bezpośrednim niebezpieczeństwem utraty życia albo ciężkiego uszczerbku na zdrowiu nie udziela pomocy, mogąc jej udzielić bez narażenia siebie lub innej osoby na niebezpieczeństwo utraty życia albo ciężkiego uszczerbku na zdrowiu, podlega karze pozbawienia wolności do lat 3″.

I na koniec jeszcze jedno pytanie: czy my także za kilka lat na granicy polsko-białoruskiej postawimy upamiętniające monumenty, aby nauczyć następne pokolenia, że oba te mury, ten berliński i ten polski, to tylko granice człowieczeństwa?